Ok, to jadę:
Mortal Kombat
Nie będę zaskakujący, nie grałem

może z parę razy na automatach nad morzem, ale nigdy mnie jakoś nie ciągnęło do takich gier - zawsze wolałem ścigałki. Prawdopodobną przyczyną mojego braku zainteresowania tą franczyzą był... brak konsoli. Nigdy takowej nie miałem w żadnej postaci i nie mam do dziś (wraz z już ex mieliśmy plany dot. zakupu jakiejś, ale nie mogliśmy się zdecydować czy inwestować w nowe PS czy raczej Xboxa). Przyczyna prozaiczna - rodzice nie pozwalali xD mogłem mieć jedynie komputer i to z reglamentowanym (mocno i długo) czasem gry w te zaaprobowane wyłącznie przez starych (przywiązywali do tego większą wagę, niż można było się spodziewać; dość powiedzieć, że w takiego Maxa Payne'a zagrałem po raz pierwszy dopiero w jakimś 2002 roku). Bijatyki, nawet takie "lajtowe" (że niby nie do końca na serio) jak Battle Beast nie wchodziły w rachubę. No i do dziś tak zostało, nie gram, bo nie mam na czym albo mi się nie chce xD brat mnie ostatnio na Mortala zapraszał, parę lat temu kupili z narzeczoną Xboxa. Może pogram. Przez długi czas moim jedynym kontaktem z tą marką była muzyka z gry? Filmu? Nawet nie wiem, ale chodzi mi o ten najbardziej charakterystyczny motyw. Miałem go za dzieciaka w MIDI i lubiłem słuchać, nauczyłem się grać na pianinie i bajerowałem tak laski w podbazie. Nic więcej nie mam do dodania
System Shock 2
Podobnie jak wyżej, tylko słyszałem, że taka gra istnieje. Ale grać nie grałem. Jakoś mi się obijało o uszy, że to jeden z tych klasyków tamtych czasów, coś jak Deus Ex albo Sanitarium, ale no nie było okazji. W tamtym czasie (tj. od uzyskania kompa wczesnym latem 1998) mniej więcej aż do 2004-05 roku moim głównym dostawcą gier (spiraconych, a jakże) był znajomy informatyk który nam tego i kolejnego kompa (wiosna 2002) stawiał. Zwyczajnie na pudełka nie było mnie stać, a rodzice niechętnie otwierali kiesę w tym celu; święta te czy inne były zawsze dobrą okazją, póki w 2004 mnie nie olśniło z DM, potem SM i gry zamieniłem na płyty, co zresztą bardziej im się podobało. Pamiętam, że gość od płyty liczył 10 ziko (szkoda, że GOGa wtedy nie było xD) ale nawet to było sporawo jak na nastolatka bez pracy dorywczej, więc brałem tylko to, co mi albo polecano, albo o czym przeczytałem w CDA i wiedziałem, że może mi się spodobać. SS2 (ani prequel) nigdy mi nie wpadły w ręce w ten sposób. Warto zresztą dodać, że nigdy nie zaliczałem się do maniakalnych graczy - w przeciwieństwie do wielu moich kumpli z tamtych czasów - i nie miałem naturalnej potrzeby napieprzania we wszystko co się ukazuje, czy to te najgorętsze tytuły, czy też te bardziej niszowe. No jakoś nie. Może gdyby było inaczej i w SS bym zagrał. Pozostaje mi o tym czytać. No wiem skąd shodan, i wiem, że nie z lasu (kmwtw

).
GTA
O tym się mogę rozpisać xD potrzeba było pewnej erystyki, żebym mógł zagrać w to odpowiednio wcześnie, i trochę pomocy ze strony w/w informatyka od starych, który też miał nastoletnich synów, był bardziej wyrozumiały i parę rzeczy "przemilczał" wręczając mi kopię dwójki. Dwójkę otrzymałem totalnym przypadkiem prosząc o jedynkę, w którą miałem okazję grać u podbazowego kumpla w jego domu. Niesamowite wrażenie zrobiła na mnie przede wszystkim otwartość świata. Że mogłem po prostu wsiąść w auto, ruszyć przed siebie i jeździć gdzie tylko chcę (mniej istotna była możliwość mordowania mieszkańców tegoż świata na różne sposoby). Broń, misje etc. były tylko dodatkiem. Auto, miasto i ciekawy widok z góry już robiły robotę. Kumpel pożyczył mi płytę z grą (a raczej płytę, na której poza masą różnego śmiecia była również ta właśnie gra), ale jako tępy 10 czy tam 11-latek nie potrafiłem jej zainstalować xD do dziś nie wiem, o co chodziło. Może to było archiwum, którego nie potrafiłem rozpakować? Na pewno szukałem pliku wykonawczego (choć tyle rozumiałem z tego, jak działają programy na komputerach), ale go nie znajdowałem. Zasmucony oddałem płytę i zagaiłem tego informatyka przy byle okazji. W tym konkretnym przypadku udało się uniknąć parental advisory i zostałem szczęśliwym posiadaczem GTA2. Nie 1, ale primo - gość do niej akurat dostępu nie miał i secundo - 2 dosłownie rok wcześniej miała premierę. Wessało mnie - po szybkiej eksploracji miasta (jeszcze nie miałem pojęcia że są 3 różne jego części) powoli wkręcałem się w mordowanie i misje. Choć znałem już angielski w nienajgorszym jak na dzieciaka stopniu nie ogarniałem slangu, wyrażeń potocznych etc. no i bluzgów (poza fuck może), przez co połowy rzeczy musiałem się domyślać (dopiero mając 14 lat dowiedziałem się, co oznacza sformułowanie bust your balls

), ale jakoś udało mi się rozgryźć mechanikę. Zrobiłem połowę misji, zarobiłem sporo kasy, dorwałem czołg i przeszedłem do drugiej planszy. I tę wspominam najlepiej, miała genialny klimat, który nadal lubię revivalować choćby przez gameplaye na YT. Do 3 samodzielnie nigdy nie dotarłem, tylko przez kody. Kolejne części GTA były ofc dużo lepsze, ale jakoś z rozrzewnieniem wspominam KIIIIIIIIIIIIL FRENZY! czy ELVIS HAS LEFT THE BUILDING!. Gdzieś chyba nawet mam instalkę...
Oczywiście po ograniu dwójki rzuciłem się na część III. Akurat miała premierę, w CDA ukazała się recenzja (którą z jakiegoś powodu czytałem na głos swojej ciotce na jakichś wczasach w Zakopanem) i okrutnie chciałem w nią zagrać. Informatyk, dyszka, gra jest. Nawet poszła na świeżo zmienionym kompie (komunia brata). Wciągnęła mnie mocno, ale również dopiero w 2007 ją ukończyłem xD momentami była dla mnie trochę zbyt trudna, i na tamtym etapie język też nie do końca mi pewne rzeczy ułatwiał. Ale 3D robiło niesamowite wrażenie, realistyczne (na tamten czas) kolizje, możliwość pozbawiania przechodniów rączki, nóżki, tudzież główki (przy akompaniamencie srogiej krwistej fontanny), niektóre misje mroczne a niektóre wykręcone, świetna muzyka w radio, żywe miasto... nie spodziewałem się, że może być lepiej. A było, z Vice City. Już wtedy czułem w taki lub inny sposób vibe w stronę lat 80., ale dopiero Vice City mnie w to wepchnęło na pełnej. Klimat podrabianego Miami tamtych czasów, pastelowość, wszechobecne kolory, niekończące się lato i MUZYKA. Na każdej (niemal) stacji radiowej złoto. Tak poznałem 80sy w całej swojej krasie, tak się w nie wkręciłem. Na początku miałem pewne problemy z identyfikacją tego, co leciało w radio - wiedziałem jedynie, że znam te kawałki - do tego stopnia, że jak na Forum 80s jakiś czas później pojarałem się, że ktoś wrzucił I Ran AFOS byłem pewien, że faktycznie zasysam Pale Shelter TFF, bo nie znałem tytułów ani wykonawców

. Ale mniejsza - gra to było złoto o najwyższej próbie (do dziś zresztą jest) i grałem w nią najdłużej ze wszystkich części. Wkręcała mi się fabuła, misje były bardzo fajne, główny bohater wreszcie miał głos, wszystko absolutnie super. Cały 2003 rok grałem właściwie tylko w to (i parę zapomnianych już rzeczy jak np. Duke Nukem Manhattan Project czy Devastation, co to miała mieć rewolucyjny silnik fizyczny), i grałbym dalej, gdybym nie odkrył Gothika. Po raz pierwszy wróciłem w 2007 roku (jak i do GTA III), kiedy zakupiłem wydany przez Cenegę box z trójką i Vice City właśnie. Potem wracałem jeszcze parę razy, ale ani myślę kupować najświeższego remastera. Nie będę sobie psuć wspomnień. Zajarany formułą gry chętnie sięgnąłem po San Andreas na jesieni 2005, choć zachęcony głównie rozmiarami świata (ponieważ byłem wtedy najbardziej zanurzony w 80s w ogóle nie jarał mnie setting, fabuła i muzyka w grze). I przez te rzeczy wymienione w nawiasie nigdy nie wkręciłem się na tyle, by tę grę skończyć. W efekcie zrobiłem sobie z niej platformę do rozpier*olu bawiąc się masowo kodami na wprowadzanie różnego total mayhem. Najdalej doszedłem do połowy mniej więcej i przestało mi się chcieć. Raczej już nie wrócę, choć wspomnienia miałem fajne. Podobały mi się wprowadzane powoli mechaniki erpegowe, które w czwórce nieco zniknęły (by powrócić w piątce), no ale nie na tyle, by przysiąć na dłużej lub ponownie. Więc zostawiłem serię w cholerę aż do grudnia 2008. Wówczas na święta zakupiłem sobie czwórkę.
I znów mnie wessało - i to w jakim stylu. Gra była - ba! nadal jest - absolutnie fenomenalna. GTA reinvented, wreszcie porządny silnik graficzny, porządna fizyka, powrót do Liberty City, fabuła mroczna jak diabli, no i w końcu posiadałem odpowiedni "kapitał kulturowy", żeby pewne rzeczy zrozumieć tak, jak należało je rozumieć od początku by dobrze wczuć się w rozgrywkę. Nie było tam rzeczy, która by mi się nie podobała. Znów dzięki GTA poznałem trochę muzyki (zwłaszcza The Smashing Pumpkins, o którym wcześniej wiedziałem tylko tyle, że istnieje), odepchnąłem wręcz wszystko inne w co grałem w tamtym czasie (może poza moim wiecznym guilty pleasure jakim jest druga część The Sims) i rok później zaliczyłem swój absolutny, niepobity do dziś rekord najdłuższej rozgrywki ever - 11 godzin przed kompem z jedną chyba tylko przerwą na ustęp (nawet nie jadłem i nie piłem). Owszem, trochę jak Mentos pisze, niektóre zadania zbyt powtarzalne, ale strasznie chciałem przeć z fabułą do przodu bo czułem się aż tak w nią wkręcony. Bardzo chciałem wiedzieć, co będzie dalej. Jak skończyłem tę grę autentycznie dostałem poczucia pustki xD na szczęście już rok później położyłem łapy na 2 mniejszych follow-upach, ale ukończyłem tylko jeden - The Ballad of Gay Tony, który pod pewnymi względami jako dodatek-turned-stand-alone jest wręcz lepszy od oryginału. Właściwie GTAIV było ostatnią aż do Skyrima parę lat później tak dużą grą z jaką się zmierzyłem i jaką ukończyłem. Trochę kończyła się wraz z nią epoka w moim życiu w której naprawdę mocno wsiąkałem w granie. Bo i też w/w Skyrim był właściwie ostatni. O GTA V czytałem przed premierą i po niej, na pewno czytałem reckę w CDA (które wtedy kupowałem już tylko z doskoku od paru lat), ale nie miałem możliwości sprzętowych, by w nią zagrać. Jak już miałem, to mi się nie chciało. I byłbym nie zagrał pewnie, gdyby nie mój brat, który postanowił mi sprezentować kopię na święta 2018, 10 lat po GTAIV. Ale i tak zainstalowałem ją dopiero wiosną 2019 xD Pograłem trochę i przestałem. Miałem inne rzeczy na głowie, przede wszystkim robotę. Kolejna okazja wyprodukowała się sama, kiedy w sierpniu tego samego roku jadąc na spotkanie z Hienem rozwaliłem sobie nogę a potem postanowiłem ją dalej eksploatować. Skończyło się prawie gipsem i tygodniowym uziemieniem. Z braku lepszych pomysłów zainstalowałem GTA na nowo i tym razem postanowiłem bardziej pocisnąć fabułę. Cisnąłem przez tydzień dzień w dzień i - jak się potem okazało - dotarłem niemal do samego końca, ale jakoś wytraciłem momentum i rozgrywkę szlag trafił. Nie skończyłem do dziś i się nie zanosi. Grafika już trochę trąciła wtedy myszką, ale gra nadrabiała masą dodatkowych aktywności, które można było eksplorować. Nie należałem też do hejterów rozwiązania z 3-ma różnymi bohaterami, uważam, że było całkiem fajne. Jednocześnie nie mogłem tak zupełnie wejść w setting fabularny, jak to miało miejsce z czwórką. Nie pykło.
Seria jedocześnie jest jedną z tych, które wspominam bardzo ciepło. Nie byłem nigdy wielkim hardcore fanem, zwłaszcza SA - co stawia mnie w opozycji do większości fanów, ale z GTA na różnych grupach FB poświęconych grom jest z tym tak samo jak z możliwym bingo na muzbawkach i pokrewnych, po prostu SA o muerte i tyle - jednak nie miało to dla mnie większego znaczenia. Liczył się fun, a ten miałem od pierwszych kontaktów z grą. Z serii nie grałem tylko w to, co ukazywało się na konsole i w oba Londony po pierwszej części. Czy czekam na VI? Nie. Czy zagram, jak się ukaże? Pewnie tak.
O The Settlers później, bo już ten tekst pisałem prawie godzinę xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl