Best of Forum (Albumy - WRZUTKI)

Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 01 lip 2023 11:57

lol, faktyko, bylo niekompletne

dobra, poprawione juz
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 01 lip 2023 11:58

Że też ja zawsze muszę robić za Murzyna na tym forum...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 01 lip 2023 12:28

żal.pl xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 07 wrz 2023 16:31

Panowie moi mili, we związku z tem żeśmy już przerobyly przedostatni album w kolejce a jutro ruszamy z ostatnim pozwalam sobie zatem wszem i wobec ogłosić co następuje:

WRZUCAJCIE ALBUMY NA NASTĘPNĄ KOLEJECZKĘ

:)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 07 wrz 2023 16:32

Zaczynam!

China Crisis - Diary of a Hollow Horse (1989)

Ehh, powiem Wam, PT Forumowicze, że miałem straszny problem ze zdecydowaniem się na to, jaki album wrzucić następny w naszej bestce. Tzn. wiedziałem, że będzie to China Crisis, ale miałem aż 4 pozycje na stole (a w "przypadku rozszerzonym" aż 5 trololo). Stanęło w końcu na tzw. opcji środkowej, i - przyznaję zupełnie szczerze - najlepszej dla mnie spośród tych wyżej wspomnianych 4 (5). CHOCIAŻ podobną sumę pieniędzy postawiłbym na ich ostatni krążek, którym niespodziewanie powrócili w roku 2015 (od tamtej pory wyłącznie koncertują). Krążek, który... ale od początku.

China Crisis to przede wszystkim duet - śpiewająco-klawiszujący Gary Daly i czasem-śpiewająco-gitarujący Eddie Lundon. Rzucili szkołę pod koniec lat 70. krótko przed brytyjskim odpowiednikiem naszych matur, albowiem stwierdzili, że będą nagrywać muzykę i z tego się utrzymywać. Początkowo chcieli grać punk, ale ten szybko im się nudził, poza tym Daly wolał kupić sobie klawisz niż bas albo drugą gitarę (Lundon już grał na gitarze i pisał proste piosenki). Postawili więc na synthpop, inspirując się mocno OMD i... Depeche Mode. I w takim też klimacie ukazał się ich pierwszy album o absurdalnie długim tytule, który wyspawnował 2 istotne hity - African & White i Christian - a był to rok 1982. Grupa zdążyła się wówczas rozrosnąć do tria (ale trzeci gość, Dave Reilly dołączył na bębny tylko na ten jeden krążek) i zyskać nieco rozgłosu, supportowali np. Toma Verlaine'a z Television. Zauważył ich John Peel i zaprosił do siebie. Ponagrywali kilka sesji, dołączył do nich Gazza Johnson na basie i Kevin Wilkinson (wiele lat później popełni samobójstwo) jako pałker i tak powstał ich drugi album, zdecydowanie ważniejszy od pierwszego i mocno hitowy - wyprodukował on ich największy hit ejtisowy, a więc Wishful Thinking. Band był wówczas czymś z pogranicza popu i nowej fali, raczej bardzo lajtowe granie, zupełnie inne od tego, co ja tutaj zapodaję. Nie utrzymali tego stylu zbyt długo zresztą z jednego prostego powodu - duży wpływ na ich kolejne dzieła miał Walter Becker, połowa duetu Steely Dan, który od trzeciej aż do piątej płyty China Crisis (piątej, a więc tej, którą wrzucam) był ich producentem. Bardzo było czuć zmianę w stylu granej muzyki, która robiła się odrobinkę bardziej "rockowa", ale bez przesady oczywiście. Po Diary of a Hollow Horse nastąpiło kilka lat przerwy i nagle ukazał się album Warped By Success, który właściwie został nagrany już wyłącznie przez duet Daly-Lundon (zresztą, myślałem, czy właśnie tegoż nie wstawić, albo któregoś z dwóch pierwszych). A potem cisza, aż do 2015 roku i fantastycznego Autumn in the Neighbourhood (to też chciałem wstawić xD; musi Wam wystarczyć utworowa).

Ja poznałem China Crisis w 2005 roku, czyli tym "przełomowym" muzycznie dla mnie, kiedy zacząłem chłonąć ejtisy na potęgę. Zaczęło się od tego, kiedy zobaczyłem na MTV Classic wideo do... no właśnie, po dziś dzień nie pamiętam, co to była za piosenka, choć znam ich niemal kompletną dyskografię xD Jak to możliwe? Fragment teledysku, który pamiętam, wskazuje na Wishful Thinking - ale muzyka w mojej głowie się nie zgadza. Prawdopodobnie mózg robi sobie ze mnie jaja, no ale nic na to już nie poradzę. Warto zauważyć, że poza Depeche Mode czy Simple Minds (względnie Alphaville i ELO), to ja wtedy - a więc jesienią 2005 - nie poznawałem innych wykonawców albumami, a pojedynczymi utworami. Wyjątkiem z tamtego czasu były Disintegration The Cure, oraz druga płyta China Crisis - Working With Fire and Steel (a więc właśnie ta z Wishful Thinking). Przepadłem w niej strasznie, takich new-wave-like-pop bardzo mi się wtedy podobał (kogo ja próbuję oszukać, wciąż mi się podoba). Z jakichś powodów wkrótce potem w moje ręce wpadła bestka CC, która chyba była samoróbką - większość numerów na tejże było piosenkami z Warped By Success. Dało się zauważyć przepaść (choć nie taką znów dużą) w formie, ale wciąż mnie to kupiło. Z Dziennika Pustego Konia znałem wówczas tylko 2 albo 3 piosenki. Po czasie zasysałem więcej, ale nie przychodziło mi do głowy posłuchać całości jako całości. Aż do mniej więcej 2012 roku, kiedy - już w Warszawie mieszkając - postanowiłem się wybrać z tym albumem na wczesnojesienny spacer. Ale no... nie kliknęło wtedy. Wolałem słuchać hipsterskich rzeczy w stylu Blouse czy tam Wild Nothing. To jeszcze nie był ten setting, to jeszcze nie był ten czas. Kiedy nadszedł TEN czas?

3 lata później, jesienią 2015. Tak, to TA jesień, ta REMBERTOWSKA jesień, las, piękna pogoda, choć jesienny chłód, dobra muzyka i mieszkanie de facto w pojedynkę (choć de iure już nie). Raz, że postanowiłem wtedy wrócić do China Crisis choćby z tego powodu, że udało mi się zassać ich najnowszy album, który ukazał się wówczas 3 miesiące wcześniej (a więc wspominane już Autumn in the Neighbourhood), to jeszcze jorgnąłem się, że w 2013 ukazała się reedycja Diary of a Hollow Horse w wersji deluxe, z drugim krążkiem wypakowanym bonusami. Jak się jeszcze do tego dołoży fakt, że w 2015 wypadała dokładnie okrągła, dziesiąta rocznica mojego Wielkiego Odkrywania Muzyki<TM>, to już w ogóle hype na pełnej. A więc zassałem Dzienniki Rozszerzone, do tego ten nowy, no i łaziłem po Rembertowie (po innych częściach Warszawy też) i słuchałem. Słuchałem dużo, i to był ten właściwy setting, to był ten właściwy czas. Wikipedia opisuje styl tej płyty jako art rock. Jeśli porównać to do Roxy Music chociażby (tego późniejszego), to tego typu łatka nie wytrzymuje konfrontacji. Dla mnie to po prostu solidnie zrealizowany pop. Ale w jakim stylu! To zdecydowanie najbardziej dojrzała produkcja China Crisis, Becker na pewno pomógł. Ciekawe, że w ostatniej chwili podmieniono na płycie trzy numery - oryginalnie wyprodukował je Becker, ale Virgin wolało wersje Mike'a Thorne'a (które, moim skromnym zdaniem, są lepsze, bardziej "powerful", dobre na single, zresztą jako takie się ukazały). Niestety, wytwórnia olała kompletnie (z jakichś powodów) promocję albumu i ten przepadł na listach. Szkoda, bo moim zdaniem jest fantastyczny - od otwierającego go St. Saviour Square, będącego ciekawym komentarzem społecznym (w pewnym uproszczeniu), przez niesamowicie chillowe Stranger By Nature, rozczulające Sweet Charity in Adoration, filmowe In Northern Skies i przebojowe All My Prayers, aż po gorzkie w brzmieniu Age Old Need (jak dla mnie mogliby na tym skończyć album, ale wersja CD ma jeszcze jeden numer, który jednak średnio mi się podoba). Generalnie... jesienne złoto w całej okazałości.

China Crisis, jak już wspomniałem, od 2015 roku występują tylko na żywo, już nic nie nagrywają (choć podobno przymiarki były). Szkoda, bo o ile wiele grup z ejtisów, które jakoś jeszcze tam podlazło pod lata 90. po wieeelu latach wypuszczało w ramach Wielkich Comebacków<TM> straszne guano, tak Daly i Lundon zrobili naprawdę świetny album, który zresztą został w całości zcrowdfundowany. Gdy się ukazał nie mogłem tego przegapić (tylko długo szukałem go w necie) i zachwyciłem się tymi gośćmi na nowo. Tak więc lata 2005 i 2015 zostały dla mnie China Crisis wręcz naznaczone. Jak będzie z rokiem 2025? A wiecie, że ten album ma właściwie tyle lat, co ja? xD

https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... YCprx5Aj1s

PS. Z jakichś powodów otwieracz jest z teledyskiem (który, nota bene, premierę miał dopiero na YT, albowiem choć powstał on wraz z albumem w roku 1989, to Virgin nigdy go nie wypuściło lol), ta wersja ma 30 sekund utworu mniej, ale myślę, że to do przeżycia. Względnie można zobaczyć osobno (na drugiej playliście, wrzuconej przez jakiegoś randoma, w ogóle nie ma otwieracza) i wciąż się zachwycać.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 07 wrz 2023 17:05

Robert Fripp 2: Electric Boogaloo

King Crimson - Islands (1971)

Mam nadzieję, że w ten sposób wynagrodzę Karmazynowym Bogom wcześniejszy fuckup. O ile Easy Money po czasie wydaje się wyborem mooocno na wyrost, tak Wysepki mają u mnie utrwalony, stabilny status najlepszej płyty Latającego Cyrku Roberta Frippa. Jedna z niewielu rzeczy w ogóle, która pomimo upływu lat wywołuje ciarki, poważnie porusza i wzrusza. Red słuchałem z wypiekami pod koniec gimnazjum, tych odsłuchów mogło być za dużo, dziś czuję namiastkę dawnego wrażenia. ConstruKction of Light ma przede wszystkim paskudnego czwartego Larksa. Nie przejadę się z całą resztą, bo jest szansa, że sam w jakimś 2026 roku wrzucę drugą od nich, ale raczej nie wrzucę tych wspomnianych. Islands to majstersztyk bez żadnych zgrzytów, choć docierałem się z tą myślą latami.

Kiedyś przeczytałem tekst z ciekawą tezą, że strategią artystyczną Frippa, jego pomysłem na King Crimson jest coś w rodzaju porządkowania chaosu. Bardziej biegli w historii zespołu są świadomi zachodzących gwałtownych rewolucji stylistycznych, często na przestrzeni jednego roku nawet. Za czasów pierwszego King Crimson w pięć lat wydarzyły się przynajmniej trzy takie rewolucyjne zwroty. Tu znowu inny wokalista, inni instrumentaliści, tylko Fripp ten sam, chętny do rozpieprzenia w parę miesięcy kolejnego znakomitego składu. Idzie wybaczyć, gdy później w innych konfiguracjach dalej robił dobrą muzykę. Dla mnie punkt kulminacyjny tego pozytywnego wariactwa przy całej toksycznej otoczce znajduje się na krążku wydanym w 1971 roku. Spoiwem dla wszystkich dotychczas wydanych rzeczy był jeszcze tekściarz Sinfield, ale i on zniknął po wydaniu Wysp. Tutaj z chaosu wynika pomysł na płytę i na poszczególne utwory. Jedna z tych niewielu, gdzie melotron w tle wydaje tak potężne, wcale nieoczywiste dźwięki, a pozornie proste piosenki przypominają luźno napisane szkice w 5 minut, ale są wykonane z nieprawdopodobnym wyczuciem, choć pewnie nie należą do najłatwiejszych. Cisza też jest pełnoprawnym instrumentem. W czterdzieści minut na pięciu rozdziałach rozpisano jedną z piękniejszych płyt, jakie kiedykolwiek słyszałem. Na początku przygody z King Crimson słuchałem ich dość wybiórczo. Najpierw debiut, potem Wake of Poseidon, od którego lekko się odbiłem - wrażenie odtwórczości było całkiem spore. Dla zaskoczenia siadłem do Larksa, ruszyłem dalej w epokę Wettona na wokalu. Nie pamiętam czy dalej były ejtisy czy krok do tyłu z Lizardem i Wyspami właśnie. Jakaś końcówka gimnazjum, puściły głębsze emocje związane z paroma relacjami w szkole. Pierwsze poważne rozczarowania przyniosły specyficzne otępienie. Wolałem się zaszyć w muzyce (jako młodziutki twórca i słuchacz) niż spędzać czas z ludźmi. Wyspy zostały ze mną najdłużej jako najlepsze lekarstwo na różne momenty w życiu.

Pierwsze było Ladies on the Road. Nie interesuje mnie zdanie ludzi z rozdeptanymi uszami na ten temat. Zadziałało zaskoczenie, że pod szyldem KC mógł wyjść kawałek z dość frywolnym tekstem. Nie tylko smutki, ale też bardziej przyziemne potrzeby. Nigdy nie słyszałem tak ostro brzmiącego saksofonu. Wrażenie robił też oczywisty kontrast - tu lżej nerwowe zwrotki, tam bardziej sielskie, a między tym wszyta agresywna energia. Tak, od tego się zaczęło, a potem było tylko lepiej. Niby Formentera Lady i Sailor Tale to osobne były, ale ja traktuję oba jako jeden potężny jazzowy utwór. Niepokojący start, ale z czasem robi się bardziej odlotowo. Mniej nieprzystępne piosenkowe wrażenie, a potem spokojnie podawany rytm i parada znakomitych partii. Czego tu nie ma - kontrabas, flet, rozbiegane pasaże na fortepianie, dalej sopranowe wokalizy, charakterystyczna gitara Frippa, saksofon. Nauczyłem się, że właściwym przejściem jest moment z samą perkusją, choć w zasadzie ta psychodeliczna opowieść nie słabnie. Już wielokrotnie w ramach bestek mieliśmy do czynienia z muzycznymi baśniami, ale jeszcze nie na taką modłę. Lubię tę płytę za współdziałanie różnych elementów. Tu instrumenty podają w inny sposób te same melodie, co wokalista. Boz Burrell tutaj brzmi dość kojąco i przyjemnie. Nie zawsze tak będzie. Sailor Tale to już instrumentalna jazda bez trzymanki. Kluczowy jest bas, hałaśliwa gitara, choć saksofon też nie stoi z boku. Oczywiście później idzie melotron - taki subtelny znak, że to akurat ja proponuję tę płytę. Dać sobie dwanaście minut dla właściwego uderzenia, które robi robotę.

Zakładam, że najwięcej wątpliwości może wzbudzić Prelude: Song of the Gulls. Pochodzi z innego świata, jakby wyciągnięty ze znacznie większej całości jakiegoś klasycznego dzieła. Proponuję potraktować to jako wyciszenie przez drugim poważnym złamaniem serca. Pierwsze przyjdzie razem z The Letters. Gwałtownych zmian jest tam bez liku. Najbardziej porusza mnie jednak interpretacja wokalna. Bardzo blisko tutaj do poezji śpiewanej, czegoś na granicy scenicznego wydarzenia pełną gębą. Mały dramat w warstwie instrumentalnej i na wokalu. Sugestywna gitara, a w mostkach znowu wyraźne perkusyjne bicia i saksofon z przodu. W gąszczu emocji zrobi się dziwnie spokojnie, gdy nagle wejdzie ta jedna linijka, po której wiadomo czy jesteś już na Wyspie czy jeszcze błądzisz niewiadomo gdzie. Na koniec czeka tytułowa ballada ewoluująca w ekpresyjne jazz-rockowe granie. Nie lubię za bardzo trąbki, ale kiedy po wokalach kornet właściwie powtarza wokalną partię... do dziś często zbierają mi się łzy do uczu. Razem z tłem budowanym na fisharmonii [?!?, kolejny genialny instrument] przez Frippa robi się tu głęboko uduchowiona atmosfera. Jedna z piękniejszych melodii w ogóle, a później jeszcze oczyszczający finał. Popisowe połączenie brzmień, na które trzeba mieć pomysł i odwagę. Wielokrotnie na poważne smutki zderzałem się z The Letters i Islands, za każdym razem po wszystkim z trochę bardziej podniesioną głową, ale też pewnie z wyraźnie widocznymi emocjami na twarzy.

Ni to jazz, ni to rock. Ni to rozbudowane instrumentalne improwizacje, ni to krótkie, zwarte "proste" utwory. Spójnie brzmiący materiał wykorzystujący tak wiele różnych brzmień, inspiracji. Miło mieć Wyspy na półce. W zeszłym roku na pewno zdarzyła im się wycieczka do Wrocławia, tam też wybrzmiały obok innych osobistych klasyków jak Oxygene 7-13 czy Tangram (bo Rubyconu jeszcze nie kupiłem). Myślę, że późne Talk Talk odrobiło lekcje z aktywnego odsłuchu tej płyty. Mam nadzieję, że pomimo pewnych trudności, które z pewnością napotkacie w trakcie słuchania, ostatecznie znajdziecie tu coś dla siebie. Jak best of, to best of.

PS Ja przez większość czasu słuchałem Islands bez jakiegokolwiek interluda na końcu. Właściwie zawsze go pomijam. Mała ciekawostka oddająca w pewnym promilu atmosferę w studiu, ale mnie trochę drażni. Proponuję posłuchać raz i potem odpuścić, chyba że komuś taki muzyczny powrót do rzeczywistości przypadnie do gustu. Nie przywiązywałbym do niego zbyt dużej wagi... a najlepiej to po prostu ściągnijcie sobie od kolegi na dysk.

https://www.youtube.com/playlist?list=P ... kzOEoH_BVC
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 08 wrz 2023 10:41

Pisałem Hienowi o tym że mam spory problem z wybraniem czegoś na jesień do tej bestki, mam wybrane już pewne wrzutki na następną zimę, wiosnę i lato ale to takie pewniaki u mnie, trudniej było dobrać coś na teraz co nie odstawało by poziomem. Natomiast moja ławka rezerwowych - płyt które tu wjadą ale stoją chyba już ciut niżej pękała w szwach i to od wrzutek iście jesiennych dla mnie, zatem trudno, trzeba było wziąć je pod mikroskop i wyłuskać najbardziej godną miejsca w bestce na ten moment. Hien mi pisał że najlepiej nie rapsy no bo już trochę za gęsto od nich, że on pewnie sam mehnie z przejedzenia a w ogóle po Biggiem trudno byłoby dorównać czymkolwiek, z tym ostatnim trudno mi się nie zgodzić. Nie będę jednak ustawiał bestki pod kogoś, to nie koncert życzeń a poza tym moja następna wrzuta nie musi wcale konkurować z Biggiem, mogą na spokojnie egzystować w jednym uniwersum gdyż reprezentują inny vibe i styl w obrębie gatunku. Poza tym... niektórzy pewnie po wstępie z bestki utworowej z zaciekawieniem i tak czekają na tę wrzutę nie wiedząc jeszcze jaki to album wybiorę.

Common - Be
(2005)

2005 rok, cóż to były za czasy, skończyłem 18 lat, dostałem pierwszy telefon komórkowy w moim życiu a komp mojego brata grzał się od ciorania w GTA: San Andreas. Był to też czas pewnej przemiany w mainstreamowym rapie gdzie gangsterski rap 50 Centa stopniowo ustępował backpackerskim rapsom Kanye Westa i jemu podobnych raperów (jak choćby wrzucany przez deva Lupe Fiasco) którzy wyrastali na muzyce A Tribe Called Quest, De La Soul czy Queen Latifah. Był to więc czas kiedy znów bardziej niż złoto na szyi i fajna fura liczyły się umiejętności czy szczery i świadomy przekaz. Na fali tego backpackerskiego rapu do formy z nowym albumem powrócił wówczas Common.

Common przez lata ukształtował swoją sylwetkę rapera który stał nieco poza głównym nurtem, poniekąd pewnie z racji tego że nie naginał się pod panującymi trendami, miał swój styl, swój fanbase któremu bliżej też było właśnie do jakiegoś De La Soul niż Biggiego dajmy na to. W 2003 roku wydał album Electric Circus który był nieco bardziej eksperymentalny, nieco wyalienował go od jego fanów i ogólnie sprzedawał się słabo. Common potrzebował powrotu który jednocześnie nadal byłby w jego stylu a zarazem jakoś odnalazłby go w ówczesnym świecie rapu. Wtedy z pomocą zjawił się ON, cały na biało - Kanye. Kanye West który dopiero zaczynał karierę jako raper ale z miejsca stał się takim liderem tego backpackerskiego nurtu, który nawijał o rzeczach zwykłych, życiowych bardziej a wszystko to okraszał własną produkcją, przyjemną dla ucha, chwytliwą, opartą mocno na soulowych samplach. Jako że obaj Panowie pochodzą z Chicago i poznali się jeszcze w latach 90. poprzez wspólnego znajomego - producenta No I.D, szybko znaleźli wspólny język, a że Kanye był wtedy świeżą, gorącą ksywką w świecie rapu pomogło to zwrócić większą uwagę na album Commona.

No ale dobra, do rzeczy, co to za album i z czym to się je? Be to wielki comeback Commona, wyprodukowany w większości przez Kanye i z jego gościnnym udziałem na mikrofonie miejscami, w większości to faktycznie jest show tych dwóch postaci ALE jest i trzeci element, autor dwóch bitów na tej płycie - J Dilla, który z Commonem współpracował już wcześniej. Całość gęsto przepleciona jest soulowymi samplami i w dużej mierze dla samego nawet ciepłego vibe'u tych produkcji lubię sięgać po tę płytę jesienią. Nie znaczy to bynajmniej że lirycznie coś tu kuleje, jest to ot standardowy Common jakiego mieliście okazję poznać już z moich wrzutek. Tytuł płyty "Be" oznacza ni mniej ni więcej tylko właśnie "bądź", w domyśle - bądź sobą, bądź szczery, bądź tu i teraz, żyj. Brzmienie o którym wspominałem też nie wzięło się znikąd bo Common nie ukrywał że nagrywając Be mocno inspirowało ich The Low End Theory z którym mierzyliście się w lutym jeszcze bodajże. Nie chodziło rzecz jasna o jazz ale bardziej o ten unikalny czarny klimat skrzętnie zbudowany na tamtym albumie. Album jest podobnie kompaktowy - spójny brzmieniowo i dość krótki bo przy swoich zaledwie 11 utworach trwa niecałe 43 minuty, dzięki czemu odsłuch upływa raczej lekko i przyjemnie. Mam oczywiście swoje ulubione momenty na tym albumie, takie jak choćby samo Intro z żywym brzmieniem kontrabasu które stopniowo nabudowuje się kolejnymi warstwami dźwięków (bardzo lubię takie zabiegi). Bardziej uliczne The Corner zawiera gościnny udział grupy The Last Poets (obok Gila Scott-Herona jedni ze spoken wordowych prekursorów rapu), co ciekawe grupy samplowanej wielokrotnie w rapie (choćby w samym Excursions na Low End Theory) a tu zaliczającej pierwszy featuring w rapowym numerze - piękne zatoczenie koła historii. GO! to ciepły, bardziej R&B brzmiący singiel dla babeczek, ale najlepsze dla mnie są Faithful oraz Love Is... Ten pierwszy jest trochę w stylu znanego większości z Was z bestki klipowej I Used To Love HER - tam Common spersonifikował jako kobietę gatunek rapu a tu z kolei rozważa co by było gdyby to Bóg był kobietą, zestawienie tej liryki wraz z produkcją tego numeru zawsze mnie jakoś poruszało. Love Is... to jeden z numerów wyprodukowanych przez J Dillę i jest to naprawdę fajny kawałek o miłości po prostu. Nie będę rozpisywał się o całości, nie umniejszając niczego pozostałym numerom jednakże, jako ciekawostkę dopowiem fakt że z trochę niezrozumiałych względów na płycie zawarty jest utwór The Food w wersji na żywo zagranej w Dave Chapelle Show podczas gdy studyjna wersja tego kawałka była wydana jedynie na stronie B jednego ze singli (dorzucę link bonusowo dla zainteresowanych).

Chyba dość się rozpisałem zatem bez zbędnych ceregieli zapraszam Was do mego czarnego świata ponownie, tym razem będziecie mogli pospacerować ulicami pełnymi kolorowych jesiennych liści w rytmie rapsów lat zerowych ale w klimacie czarnej muzyki lat 70. zarazem.

P.S.

O outro nic nie napisałem więc tylko dopowiem że jak na wielu innych albumach Commona zawiera spoken word Lonniego Lynna Jr znanego jako Pops, jest to po prostu ojciec samego Commona ;-)

Enjoy.

https://youtube.com/playlist?list=PLeK0 ... Q_TfzPdXD0

The Food (wersja studyjna):

https://youtu.be/ZtH6OW4hsnE?si=MKoBcj7SQSEgcy_f
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 wrz 2023 12:31

Ja tylko zaznaczę, że jeszcze nic nie wrzuciłem, bo chcę być ostatni, a nie dlatego, że nie jestem gotowy, więc śmiało.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 13 wrz 2023 12:33

To ja chcę być ostatni. Bo ostatni będą pierwszymi.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 wrz 2023 12:36

No ja mam konkretne powody ku temu, a nie jakieś pierdololo.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 13 wrz 2023 12:37

Bez śmieszkowania bo zaraz żaden z Was nie dotrze do następnej kolejki :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 13 wrz 2023 12:42

Chęć bycia ostatnim, żeby być jednak pierwszym to też konkretny powód. :P
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 wrz 2023 12:50

Jeśli liczysz Wujek, że lepiej ocenimy Twój album przez to, to lepiej nie licz.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 15 wrz 2023 22:16

London Grammar - Californian Soil

Pociągniemy dalej temat London Grammar. Bo mam do zaprezentowania jedną z najlepszych rzeczy, jakie mi w albumach zostały w moim mniemaniu.
To brytyjskie trio w składzie Hannah Reid, Dot Major i Dan Rothman ma na koncie jak już pisałem 3 albumy wydawane od 2013 roku w czteroletnich odstępach. Last podpowiada, że poznałem ich w 2019r. A dokładnie pierwszy album If You Wait. Bardzo spodobał mi się utwór Hey Now i jeszcze ze dwa inne utwory. W ogóle uznałem tę muzykę za całkiem fajną, nie na tyle jednak, żeby się porządnie wkręcić czy sprawdzać inne albumy. Miałem jeszcze wtedy jedno „ale” do zespołu, a mianowicie nie byłem przekonany do głosu Hannah. Szczególnie do jej niskich rejestrów. Teraz tego kompletnie nie jarzę, bo uważam, że to jeden z najlepszych damskich wokali, jakie znam. No ale widocznie z niektórymi rzeczami trzeba się po prostu odpowiednio osłuchać (pamiętacie jak było z Fishmans i moją awersją do wokalisty?).
W ogóle byłem wtedy nie wiedzieć czemu przekonany, ze oni mają wydaną tylko tę jedną płytę. Drugi longplay zupełnie mi umknął. No ale też zbytnio nie dociekałem. Album If You Wait przesłuchałem w sumie kilka razy i tak jakoś zapomniałem o nim, od czasu do czasu powracając tylko do koncertowego Hey Now na YT. Ponownie przypomniałem sobie mocniej o zespole, gdy ukazał się ich trzeci album Californian Soil. Pamiętam, że przesłuchałem go ze 2-3 razy na YT Music, znowu uznałem za niezły kawałek muzyki do dokładniejszego przebadania w późniejszym czasie. Więc odłożyłem to na bliżej nieokreślone później. To wciąż nie był chyba czas na tę muzykę. A ten czas nadszedł w obecnym roku. Już to wielokrotnie tutaj pisaliście, że na niektórą muzykę często musi być odpowiedni czas i miejsce. Widocznie wtedy jeszcze nie byłem w pełni na LG gotowy. Nie można niczego jednak przekreślać. Coś co nas kiedyś nie chwyciło w pełni lub zainteresowało w zbyt małym stopniu może chwycić nieoczekiwanie, gdy najmniej się tego spodziewamy. Po prostu w którejś tam kolejce bestki przypomniałem sobie o tym, że mam na liście życzeń do wrzucenia utwór Hey Now. Z tej okazji włączyłem go sobie do posłuchania w wersji live. I o ile zawsze go lubiłem, to wtedy mnie wręcz najzwyczajniej oczarował. Oczarowała mnie również Hannah. Nagle zrozumiałem, jak nieprzeciętna to wokalistka. Szybko przesłuchałem cały album, który bez ostrzeżenia wydał mi się tak bardzo dobry! Jak mogłem tego wcześniej nie słyszeć! Błyskawicznie przypomniałem sobie o Californian Soil, który ściągnąłem z neta szybciej, niż biegał Usain Bold (jak i drugi album, o którym się dopiero dowiedziałem z Wikipedii). Włączyłem Californian Soil, posłuchałem rzetelnie i z miejsca przepadłem. Ten album właściwie nie schodził z moich słuchawek. I właściwie od lipca wciąż nie schodzi. Nagle z pełną mocą usłyszałem to wszystko, czego właściwie nie słyszałem przy pierwszym podejściu do albumu. Niesamowitą wręcz klasę kompozycji. I to wszystkich bez wyjątku. Wspaniałe brzmienie, wspaniały wokal Hannah. Jej potencjał i ogromne możliwości. Wydaje mi się, że London Grammar wypracowali sobie fajne brzmienie. Niezwykle pogodne, przyjemne i stojące na bardzo dobrym poziomie. Gitara jest wciąż obecna, chociaż ani na moment nie wychodzi na pierwszy plan. Wszystko jest wyważone i smakowite. A Hannah potrafi śpiewać w każdej tonacji. Don Major bardzo dużo gra na pianinie, co jest dla mnie mega zaletą. Ta trójka ma do tego naprawdę talent do pisania świetnych piosenek. Trzeba tylko pozwolić się im zadomowić w naszej świadomości. Poznać je na tyle, żeby rozróżniać, potrafić może nawet zanucić.
Jak pisałem podoba mi się każdy utwór, od iście baśniowego Intro i tytułowego cudnego Californian soil począwszy. Ta płyta jest wg mnie pełna takiego bardzo klasowego, zwiewnego i przyjemnego brzmienia. Sporo ballad ale i parę żywszych rytmicznych utworów. Najbardziej jaram się utworami Californian soil, Lose your head, Call your friends czy singlowymi, przebojowymi I niesamowitymi Lord it's a feeling oraz How does it feel.
Może kogoś dziwić, że wrzucam do bestki album w sumie dosyć dla mnie świeży (choć znany mi jednak jednocześnie od 2 lat). I w dodatku nazywam go jednym z najlepszych rzeczy, jakie mam. Ale uwierzcie mi, że w takich przypadkach to się po prostu wie. Jeszcze nigdy się nie pomyliłem w takiej sytuacji. Bo kiedy jakaś muzyka przekroczy w mojej hierarchii pewien próg, to już odwrotu nie ma. Jestem kupiony w 100% tym brzmieniem, tymi kompozycjami, tym wokalem. I równie dobrze każdą z trzech płyt London Grammar mógłbym tutaj zamieścić bez obawy, bo każda jest świetna. A ja szczególnie cenię sobie wykonawców, którzy nie zaliczają dołów, tylko potrafią utrzymać wysoki poziom na przestrzeni lat. London Grammar szturmem wdarł się do czołówki moich ulubieńców muzycznych i nie sądzę, żeby z niej wypadł. Za mocno mnie to jara. Bo to jest shodan-core w 100%.
Już z niecierpliwością czekam na ich czwarty album.
Trochę się jeszcze łamałem, czy to teraz wrzucać. Trochę późno już. To taka dosyć letnia płyta, idealna na obecną porę roku, czyli przełom lata i jesieni. Choć wciąż bardziej lato za oknem. Obawiam się, że zanim nadejdzie kolej na ten album może być już np. brzydko i deszczowo. No ale nie mam cierpliwości kisić tego przez następny rok.

https://www.youtube.com/watch?v=NesrOrR ... Fe&index=1
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 16 wrz 2023 01:19

Tortur ciąg dalszy, shodan nie ma litości... liczę na minimalne pozytywne zaskoczenie
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 16 wrz 2023 09:18

Nasze albumy są dla Dragona torturą i to jeszcze przed posłuchaniem. Brawo. :fletch:
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 16 wrz 2023 09:26

No, ja bym takich komentarzy nie rzucał przed rozpoczęciem kolejki, ale prawda jest taka, że Wuja zaczął ten trend.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 16 wrz 2023 12:19

No pamiętam, jak narzekałem na konieczność słuchania JT, ale potem się z tego elegancko wycofywałem, bo album był lepszy, niż się spodziewałem. Mam więc nauczkę na przyszłość. Może Dragon też się miło zaskoczy.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 16 wrz 2023 12:20

najlepiej zostawmy komentarze na recenzje a tu niech jednak przeważają posty z wrzutami, łatwiej potem się przegląda temat :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 16 wrz 2023 12:24

A rzucę sobie, bo to do tej pory jeden z ostatnich zespołów, jakie chciałbym dalej sprawdzać ;) Będzie co porównywać po wszystkim, gdy wleci recka.