Best of Forum VIII
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Das EFX - Change
(1998)
Dzisiejsza wrzuta przenosi mnie wspomnieniami gdzieś do roku 2004, który był wyjątkowy i przełomowy dla wielu naszych rodaków ze względu na to że staliśmy się wówczas członkiem Unii Europejskiej a zarazem uzyskaliśmy swobodny dostęp do rynku pracy na terenie jej państw członkowskich, w tym Wielkiej Brytanii. Zmiana ta dotknęła również i moją rodzinę bo wraz z wejściem do UE na Wyspy wyjechali obaj moi starsi bracia. Dla mnie zmiana ta była o tyle istotna bo wówczas dopiero po raz pierwszy w moim życiu - mając lat 17 miałem (choćby tymczasowo) własny pokój, albo przynajmniej pokój dla siebie.
Byłem wówczas w liceum (kończyłem 1. i zaczynałem niedługo drugą klasę) i nie mając w domu kompa wolny czas poświęcałem m. in. na wertowanie bogatej płytoteki starszego brata - rzecz jasna składającej się z pirackich cedeków powypalanych u kumpli i tym samym poszerzałem swoje rapowe horyzonty. Wiele z tych płyt opisana była jedynie zdawkowo markerem z nazwami wykonawców i to często nie wszystkich wypalonych na danej płycie. Jedna z nich zawierała album Generation EFX rapowej grupy Das EFX, który nawet przypadł mi wtedy do gustu a zwłaszcza moja dzisiejsza wrzuta czyli utwór Change.
Od strony muzycznej dużą siłą tego kawałka był dla mnie samplowany refren w fajnym klimacie i z bardzo fajnym wokalem, którego źródło mnie trochę nawet zaskoczyło. Otóż jak dowiedziałem się jakiś czas później ten wokal z refrenu należał do Freddy'ego Mercury'ego a wysamplowany utwór to Sail Away Sweet Sister grupy Queen:
https://youtu.be/kGXsIt4l1Tg?si=H45KGAHaf5EZgjrf
Poniekąd refren ten nadawał specyficznego wydźwięku temu utworowi bo słuchając go byłem przez lata przekonany że tekst Change skierowany jest właśnie do jakiejś kobiety, nawet zaczyna się on od słów
"Boo how ya doin? Let's go walk and talk" a "boo" to slangowe określenie w stylu "baby" albo "darling" czyli powiedzmy Kochanie. I dlatego długo byłem pewien że tekst tego numeru opowiada właśnie o jakiejś kobiecie bliskiej sercu która zmieniła się, nie jest już taka jak dawniej, mówiąc ogólnie zeszła na psy a panowie Drayz i Skoob z Das EFX są tym faktem zmartwieni. Ja po latach poniekąd odnosiłem w myślach ten utwór do mojej kumpeli i zarazem pierwszej miłości kiedy tkwiąc sobie w friendzonie nagapiłem się na to jak trochę rozmienia się na drobne uparcie pakując się w przyjaźnie czy związki nie mające sensu i nie byłem w stanie przemówić jej do rozsądku.
I tak to sobie przez długie długie lata tłumaczyłem i odbierałem ten kawałek nie rozbierając tego tekstu na czynniki pierwsze i tak naprawdę najbardziej mając w pamięci pierwszą zwrotkę tego kawałka, tymczasem dopiero jakoś niedawno wróciwszy do niego dopiero ZAŁAPAŁEM o co tu biega bo tak sobie słucham go, słucham, wchodzi ten samplowany refren i dopiero jedna rzecz mnie zastanowiła...
...bo tam poza tym samplowanym wokalem Mercury'ego są też dorzucone inne cuty (samplowane i skreczowane wokale), może nieco niewyraźnie brzmiące i przez to nigdy nie skupiałem się na nich, co to tam leci?
"hip hop"
*skrecze*
"hip"
"hop"
No. I wtedy załapałem lol. Ten numer jest o hip hopie, dokładnie tak jak w 1994 roku Common spersonifikował w I Used To Love H.E.R. kulturę hip hopową jako kobietę która się zmieniła (wówczas m. in. jakby winiąc za to gangsta rap czy hardkorowe ekipy typu Onyx i właśnie Das EFX) tak tu podobnie Das EFX nagrało taki numer kilka lat po nim.
Przyznaję jestem trochę debilem że tego nie wyłapałem wcześniej ale z drugiej strony jednak muzyka potrafi być uniwersalna i to chyba dobrze kiedy daje pole do interpretacji. A teraz posłuchajcie i Wy, może też coś z tego wynajdziecie dla siebie.
https://youtu.be/iKZWziyj4X4?si=2LAYNP0wCodrhuPW
(1998)
Dzisiejsza wrzuta przenosi mnie wspomnieniami gdzieś do roku 2004, który był wyjątkowy i przełomowy dla wielu naszych rodaków ze względu na to że staliśmy się wówczas członkiem Unii Europejskiej a zarazem uzyskaliśmy swobodny dostęp do rynku pracy na terenie jej państw członkowskich, w tym Wielkiej Brytanii. Zmiana ta dotknęła również i moją rodzinę bo wraz z wejściem do UE na Wyspy wyjechali obaj moi starsi bracia. Dla mnie zmiana ta była o tyle istotna bo wówczas dopiero po raz pierwszy w moim życiu - mając lat 17 miałem (choćby tymczasowo) własny pokój, albo przynajmniej pokój dla siebie.
Byłem wówczas w liceum (kończyłem 1. i zaczynałem niedługo drugą klasę) i nie mając w domu kompa wolny czas poświęcałem m. in. na wertowanie bogatej płytoteki starszego brata - rzecz jasna składającej się z pirackich cedeków powypalanych u kumpli i tym samym poszerzałem swoje rapowe horyzonty. Wiele z tych płyt opisana była jedynie zdawkowo markerem z nazwami wykonawców i to często nie wszystkich wypalonych na danej płycie. Jedna z nich zawierała album Generation EFX rapowej grupy Das EFX, który nawet przypadł mi wtedy do gustu a zwłaszcza moja dzisiejsza wrzuta czyli utwór Change.
Od strony muzycznej dużą siłą tego kawałka był dla mnie samplowany refren w fajnym klimacie i z bardzo fajnym wokalem, którego źródło mnie trochę nawet zaskoczyło. Otóż jak dowiedziałem się jakiś czas później ten wokal z refrenu należał do Freddy'ego Mercury'ego a wysamplowany utwór to Sail Away Sweet Sister grupy Queen:
https://youtu.be/kGXsIt4l1Tg?si=H45KGAHaf5EZgjrf
Poniekąd refren ten nadawał specyficznego wydźwięku temu utworowi bo słuchając go byłem przez lata przekonany że tekst Change skierowany jest właśnie do jakiejś kobiety, nawet zaczyna się on od słów
"Boo how ya doin? Let's go walk and talk" a "boo" to slangowe określenie w stylu "baby" albo "darling" czyli powiedzmy Kochanie. I dlatego długo byłem pewien że tekst tego numeru opowiada właśnie o jakiejś kobiecie bliskiej sercu która zmieniła się, nie jest już taka jak dawniej, mówiąc ogólnie zeszła na psy a panowie Drayz i Skoob z Das EFX są tym faktem zmartwieni. Ja po latach poniekąd odnosiłem w myślach ten utwór do mojej kumpeli i zarazem pierwszej miłości kiedy tkwiąc sobie w friendzonie nagapiłem się na to jak trochę rozmienia się na drobne uparcie pakując się w przyjaźnie czy związki nie mające sensu i nie byłem w stanie przemówić jej do rozsądku.
I tak to sobie przez długie długie lata tłumaczyłem i odbierałem ten kawałek nie rozbierając tego tekstu na czynniki pierwsze i tak naprawdę najbardziej mając w pamięci pierwszą zwrotkę tego kawałka, tymczasem dopiero jakoś niedawno wróciwszy do niego dopiero ZAŁAPAŁEM o co tu biega bo tak sobie słucham go, słucham, wchodzi ten samplowany refren i dopiero jedna rzecz mnie zastanowiła...
...bo tam poza tym samplowanym wokalem Mercury'ego są też dorzucone inne cuty (samplowane i skreczowane wokale), może nieco niewyraźnie brzmiące i przez to nigdy nie skupiałem się na nich, co to tam leci?
"hip hop"
*skrecze*
"hip"
"hop"
No. I wtedy załapałem lol. Ten numer jest o hip hopie, dokładnie tak jak w 1994 roku Common spersonifikował w I Used To Love H.E.R. kulturę hip hopową jako kobietę która się zmieniła (wówczas m. in. jakby winiąc za to gangsta rap czy hardkorowe ekipy typu Onyx i właśnie Das EFX) tak tu podobnie Das EFX nagrało taki numer kilka lat po nim.
Przyznaję jestem trochę debilem że tego nie wyłapałem wcześniej ale z drugiej strony jednak muzyka potrafi być uniwersalna i to chyba dobrze kiedy daje pole do interpretacji. A teraz posłuchajcie i Wy, może też coś z tego wynajdziecie dla siebie.
https://youtu.be/iKZWziyj4X4?si=2LAYNP0wCodrhuPW
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Yves Larock - Rise Up (2007)
Już był Seba z tzw. radiowcem, teraz ja wjadę z tzw. eskowcem, z tym, że ten eskowiec to już chyba nigdzie nie jest za bardzo grany. Raz, że nieco staroć a dwa, że jest to numer dość... specyficzny. Ktoś spyta, dlaczego ja tu wrzucam takie rzeczy? Ano kiedyś, dawno temu, chyba w pierwszej bestce jeszcze, zapodałem tutaj Lupe Fiasco i jego Superstar. Numer ten znalazł się w moim "kanonie" dzięki pewnemu wyjazdowi wakacyjnemu (a raczej późnowakacyjnemu) do Szklarskiej Poręby we wrześniu 2008. Byłem tam z ówczesną dziewczyną - moją pierwszą zresztą - i mieliśmy przywilej mieszkać w pensjonacie, który był tak nowy, że jeszcze trwały w nim prace wykończeniowe (a wciąż był w sam raz na studencką kieszeń).
Urlop w górach człowiek taki jak ja spędza przede wszystkim na szlaku, a szlaków było tam mnóstwo. Ja tamte rejony Polski znałem bardzo średnio, więc były to moje pierwsze spotkania z takimi Śnieżnymi Kotłami np., ale wspominam do dziś bardzo miło, przede wszystkim ze względu na widoki (na dziewczynę już mniej, to pomyłka była). W pokoju pensjonatowym mieliśmy telewizor, ale ten odbierał garstkę kanałów. Jednym z nich była Viva, na której non-stop leciał właśnie albo Fiasco, albo Akcent (ten rumuński), albo Dan Balan solo (ten od O-zone, niby Mołdawianie, ale to w sumie to samo, co Rumuni), R.I.O. albo to. I garstka tych numerów tak bardzo utknęła mi w głowie, że grały w niej niemal cały czas, szlak czy nie szlak.
No i co... do paru z nich mam pewien sentyment. Jak np. do mojej obecnej wrzutki, która muzycznie może nie przedstawia wielkiej wartości, ot, klubowa nawalanka z wokalistą/tekstem w stylu wysrywów Boba Sinclaira, ale jednocześnie ten riff ma w sobie coś lekko hipnotyzującego i się potwornie wkręca. Przez to jakoś wytłumaczalne staje się to, iż chcąc nie chcąc nuciłem to pod nosem (dziewczyna zresztą też), gdy wspinaliśmy się na Twarożnik. Było wtedy całkiem ciepło, człowiek zaczynał nowe życie za chwilę, szedłem na studia... Dziś to jest bardzo odległe, a wydaje się, jakby było wczoraj. Za to sam Yves Larock pochodzi ze Szwajcarii i jest tanim didżejem. Ale co hicior międzynarodowy wygenerował, to jego.
https://youtu.be/9dmKPc7GwOY?si=ctwBJH6szaye8N0N
Już był Seba z tzw. radiowcem, teraz ja wjadę z tzw. eskowcem, z tym, że ten eskowiec to już chyba nigdzie nie jest za bardzo grany. Raz, że nieco staroć a dwa, że jest to numer dość... specyficzny. Ktoś spyta, dlaczego ja tu wrzucam takie rzeczy? Ano kiedyś, dawno temu, chyba w pierwszej bestce jeszcze, zapodałem tutaj Lupe Fiasco i jego Superstar. Numer ten znalazł się w moim "kanonie" dzięki pewnemu wyjazdowi wakacyjnemu (a raczej późnowakacyjnemu) do Szklarskiej Poręby we wrześniu 2008. Byłem tam z ówczesną dziewczyną - moją pierwszą zresztą - i mieliśmy przywilej mieszkać w pensjonacie, który był tak nowy, że jeszcze trwały w nim prace wykończeniowe (a wciąż był w sam raz na studencką kieszeń).
Urlop w górach człowiek taki jak ja spędza przede wszystkim na szlaku, a szlaków było tam mnóstwo. Ja tamte rejony Polski znałem bardzo średnio, więc były to moje pierwsze spotkania z takimi Śnieżnymi Kotłami np., ale wspominam do dziś bardzo miło, przede wszystkim ze względu na widoki (na dziewczynę już mniej, to pomyłka była). W pokoju pensjonatowym mieliśmy telewizor, ale ten odbierał garstkę kanałów. Jednym z nich była Viva, na której non-stop leciał właśnie albo Fiasco, albo Akcent (ten rumuński), albo Dan Balan solo (ten od O-zone, niby Mołdawianie, ale to w sumie to samo, co Rumuni), R.I.O. albo to. I garstka tych numerów tak bardzo utknęła mi w głowie, że grały w niej niemal cały czas, szlak czy nie szlak.
No i co... do paru z nich mam pewien sentyment. Jak np. do mojej obecnej wrzutki, która muzycznie może nie przedstawia wielkiej wartości, ot, klubowa nawalanka z wokalistą/tekstem w stylu wysrywów Boba Sinclaira, ale jednocześnie ten riff ma w sobie coś lekko hipnotyzującego i się potwornie wkręca. Przez to jakoś wytłumaczalne staje się to, iż chcąc nie chcąc nuciłem to pod nosem (dziewczyna zresztą też), gdy wspinaliśmy się na Twarożnik. Było wtedy całkiem ciepło, człowiek zaczynał nowe życie za chwilę, szedłem na studia... Dziś to jest bardzo odległe, a wydaje się, jakby było wczoraj. Za to sam Yves Larock pochodzi ze Szwajcarii i jest tanim didżejem. Ale co hicior międzynarodowy wygenerował, to jego.
https://youtu.be/9dmKPc7GwOY?si=ctwBJH6szaye8N0N
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
缺省 - 鸽哨 (2017)
Po dołkach przychodzą chwile chwały. Pojawia się ulga, idzie odpłynąć. Na różnych etapach życia przebytego do tej pory mam różne muzyczne odpowiedniki tego stanu. Obecna propozycja pasuje pod świeżutki kontekst, ale wybiega znacznie dalej. 2023 rok, czyli jak zacząć od wywrotek na lodzie, nerwów studenckich, a skończyć po drugiej stronie skali doświadczeń. Wówczas jeszcze bez perspektywy wiązania się z kimś na stałe. Przelotne miłostki, bliższe znajomości dające dużo radochy, a jednocześnie bez deklaratywnego rzucania słowami, które za dużo znaczą, by nimi nadmiarowo szastać. Styczeń zostawiłem za sobą, do dziś duma z braku jakiejkolwiek odpowiedzi. Niektórzy paplają za dużo, ale nie potrafią szczerze i głęboko rozmawiać... po poprzedniej relacji nie potrzebowałem udawać słodko-pierdzącego mężczyzny, a i tak przez znaczną większość czasu czułem się lepiej niż wtedy. Formą przyjacielskiego kontaktu z rzeczywistością były tony rozmówek z W., moją bratnią duszą. Trochę o pasjach, o zbliżeniach (bez zbędnych szczegółów), ale mnóstwo dobrej, twórczej energii i przemyśleń o życiu. Chyba wzajemnie pomagały nam w trudach innych aspektów codzienności dookoła. Tam pierwszy kontakt z tym cudeńkiem. Wieczory i noce na Bacciarellego, przytłumione światło lamp. Zasłonięte okna, ale jednocześnie delikatny przewiew. Bezowe kadzidełka w pokoju. W tle niezobowiązująco płynie muzyka. Między Lebanon Hanover, Laną i innymi w pewnym momencie atakuje mnie rozmarzony szugejz. Akurat jestem chwilę sam. Sprawdzam sobie, kto za niego odpowiada. Niewiele trzeba, by odfrunąć. Jedno z przyjemniejszych wrażeń tamtej ery. Niby dłuższa chwila, w końcu kilka minut, ale oddaje sedno tamtej atmosfery, wszystko pasuje. Oprócz tego ta potrzeba spotkania, bo od tamtej pory wiele się pozmieniało i już z W. się nie widywałem tak często. Tęsknota za tamtym czasem, za nią, w końcu to jak rodzina, tyle że w sumie wybierasz samodzielnie, dlatego tym bardziej brakuje. Jeszcze ta nieznośna lekkość bytu, naprawdę, tyle dobrego się działo... i wciąż dzieje, ale wtedy było trochę inaczej, a brzmiało właśnie tak.
https://youtu.be/oOhfAYkqBbA?si=lj1sy4mTgW7Epfaa
Po dołkach przychodzą chwile chwały. Pojawia się ulga, idzie odpłynąć. Na różnych etapach życia przebytego do tej pory mam różne muzyczne odpowiedniki tego stanu. Obecna propozycja pasuje pod świeżutki kontekst, ale wybiega znacznie dalej. 2023 rok, czyli jak zacząć od wywrotek na lodzie, nerwów studenckich, a skończyć po drugiej stronie skali doświadczeń. Wówczas jeszcze bez perspektywy wiązania się z kimś na stałe. Przelotne miłostki, bliższe znajomości dające dużo radochy, a jednocześnie bez deklaratywnego rzucania słowami, które za dużo znaczą, by nimi nadmiarowo szastać. Styczeń zostawiłem za sobą, do dziś duma z braku jakiejkolwiek odpowiedzi. Niektórzy paplają za dużo, ale nie potrafią szczerze i głęboko rozmawiać... po poprzedniej relacji nie potrzebowałem udawać słodko-pierdzącego mężczyzny, a i tak przez znaczną większość czasu czułem się lepiej niż wtedy. Formą przyjacielskiego kontaktu z rzeczywistością były tony rozmówek z W., moją bratnią duszą. Trochę o pasjach, o zbliżeniach (bez zbędnych szczegółów), ale mnóstwo dobrej, twórczej energii i przemyśleń o życiu. Chyba wzajemnie pomagały nam w trudach innych aspektów codzienności dookoła. Tam pierwszy kontakt z tym cudeńkiem. Wieczory i noce na Bacciarellego, przytłumione światło lamp. Zasłonięte okna, ale jednocześnie delikatny przewiew. Bezowe kadzidełka w pokoju. W tle niezobowiązująco płynie muzyka. Między Lebanon Hanover, Laną i innymi w pewnym momencie atakuje mnie rozmarzony szugejz. Akurat jestem chwilę sam. Sprawdzam sobie, kto za niego odpowiada. Niewiele trzeba, by odfrunąć. Jedno z przyjemniejszych wrażeń tamtej ery. Niby dłuższa chwila, w końcu kilka minut, ale oddaje sedno tamtej atmosfery, wszystko pasuje. Oprócz tego ta potrzeba spotkania, bo od tamtej pory wiele się pozmieniało i już z W. się nie widywałem tak często. Tęsknota za tamtym czasem, za nią, w końcu to jak rodzina, tyle że w sumie wybierasz samodzielnie, dlatego tym bardziej brakuje. Jeszcze ta nieznośna lekkość bytu, naprawdę, tyle dobrego się działo... i wciąż dzieje, ale wtedy było trochę inaczej, a brzmiało właśnie tak.
https://youtu.be/oOhfAYkqBbA?si=lj1sy4mTgW7Epfaa
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
O, Robert dostrzegł to o co mi chodziło od samego początku heh. CHOCIAŻ ON...
Amon Düül II - I Want the Sun to Shine
Nie chcieliśta popu, to go nie będzie - przynajmniej w najbliższym czasie. Nie ukrywam, że nie znam się na krautrocku tak dobrze jak chciałbym, ale chyba trochę za mało w życiu wyćpałem plus na dłuższą metę zapierdoliłbym się, gdybym miał żyć w komunie z jakimiś hipisami pierdolonymi. Ale coś tam słyszałem i dziś pt. gremium przedstawię.
Amon Duul to grupa właśnie takich hipisów, o której wżdy postronni mawiają, ze zainicjowała ten nurt swoim albumem o arcyzabawnej nazwie PHALLUS DEI. I dzisiaj właśnie, w pewnym sensie, wrzucę jego przedstawiciela wam na ruszt. W pewnym sensie, bo utwór który wam sprzedaje jest bonus trackiem z wydania CD z 2006 roku i nic nie wskazuje na to, by nagrano go w latach 60, ale nie ma to większego znaczenia.
Znaczenie ma dla mnie to, że niby zbliża się ta mityczna jesień - pora roku, którą gloryfikuje jako samozwańcza jesieniara. Pal sześć te wszystkie rzeczy, które ludziom się kojarzą z tą porą roku, bo choć je lubię, to nie o nie chodzi. Lato przez dużą część życia kojarzyło mi się z okropną i niemożebną NUDĄ. Teoretycznie spędzanie lata na wsi powinno brzmieć na super rozrywkę, bo wiadomo - żniwa, dożyniki ogniska i te wszystkie fajne sprawy, które ludziom kojarzą się ze spędzaniem czasu na wsi.
W praktyce jakoś tak wyszło, że mieszkałem na totalnym wygwizdowiu, gdzie w pobliskim otoczeniu miałem dwóch znajomych, z czego jeden praktycznie co lato wyjeżdzał na dwa miesiące do rodziny na Śląsku, a drugi był wiecznie zajęty jakimiś pracami polowymi. Jakoś tak się śmiesznie złożyło, że pomimo mieszkania na wsi, nie mieliśmy nawet niewielkiego gospodarstwa, zatem i ten sposób zajmowania sobie czasu nie wchodził w grę. Nawet telewizją nie można było zająć sobie czasu, bo ile można oglądać powtórki Czterech Pancernych i Psa.
I dlatego zawsze jakoś tak lubiłem tę jesień, bo był to okres, w którym po dwóch miesiącach nudy i zamuły mogłem wrócić do żywych i generalnie miałem wrażenie, że świat też trochę wraca do życia, bo a to szkoła, a to nowe programy w telewizorze, a to coś tam i generalnie coś się zaczyna dziać.
I w sumie to taki defaultowy stan na dzień dzisiejszy, chociaż wiadomo, że od tamtych czasów TROCHĘ się u mnie zmieniło i nie każde lato wiąże się z beczynnością, nudą i stagnacją, nawet jeśli w ostatnich latach najgorsze gówno spadało na mnie o tej porze roku. Są jednak wyjątki, a jednym z nich jest ten rok. Nie wiem, jakoś nie czekam szczególnie na jesień, trochę nawet się jej boję, a latem... latem było fajnie, o czym wielokrotnie pisałem i ówdzie.
A w ogóle to pisząc te słowa padał deszcz, ale gdy zakończyłem to przestał. O. Nie wiem co z tego wynika, więc po prostu bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=V4OCDCfBVpA
Amon Düül II - I Want the Sun to Shine
Nie chcieliśta popu, to go nie będzie - przynajmniej w najbliższym czasie. Nie ukrywam, że nie znam się na krautrocku tak dobrze jak chciałbym, ale chyba trochę za mało w życiu wyćpałem plus na dłuższą metę zapierdoliłbym się, gdybym miał żyć w komunie z jakimiś hipisami pierdolonymi. Ale coś tam słyszałem i dziś pt. gremium przedstawię.
Amon Duul to grupa właśnie takich hipisów, o której wżdy postronni mawiają, ze zainicjowała ten nurt swoim albumem o arcyzabawnej nazwie PHALLUS DEI. I dzisiaj właśnie, w pewnym sensie, wrzucę jego przedstawiciela wam na ruszt. W pewnym sensie, bo utwór który wam sprzedaje jest bonus trackiem z wydania CD z 2006 roku i nic nie wskazuje na to, by nagrano go w latach 60, ale nie ma to większego znaczenia.
Znaczenie ma dla mnie to, że niby zbliża się ta mityczna jesień - pora roku, którą gloryfikuje jako samozwańcza jesieniara. Pal sześć te wszystkie rzeczy, które ludziom się kojarzą z tą porą roku, bo choć je lubię, to nie o nie chodzi. Lato przez dużą część życia kojarzyło mi się z okropną i niemożebną NUDĄ. Teoretycznie spędzanie lata na wsi powinno brzmieć na super rozrywkę, bo wiadomo - żniwa, dożyniki ogniska i te wszystkie fajne sprawy, które ludziom kojarzą się ze spędzaniem czasu na wsi.
W praktyce jakoś tak wyszło, że mieszkałem na totalnym wygwizdowiu, gdzie w pobliskim otoczeniu miałem dwóch znajomych, z czego jeden praktycznie co lato wyjeżdzał na dwa miesiące do rodziny na Śląsku, a drugi był wiecznie zajęty jakimiś pracami polowymi. Jakoś tak się śmiesznie złożyło, że pomimo mieszkania na wsi, nie mieliśmy nawet niewielkiego gospodarstwa, zatem i ten sposób zajmowania sobie czasu nie wchodził w grę. Nawet telewizją nie można było zająć sobie czasu, bo ile można oglądać powtórki Czterech Pancernych i Psa.
I dlatego zawsze jakoś tak lubiłem tę jesień, bo był to okres, w którym po dwóch miesiącach nudy i zamuły mogłem wrócić do żywych i generalnie miałem wrażenie, że świat też trochę wraca do życia, bo a to szkoła, a to nowe programy w telewizorze, a to coś tam i generalnie coś się zaczyna dziać.
I w sumie to taki defaultowy stan na dzień dzisiejszy, chociaż wiadomo, że od tamtych czasów TROCHĘ się u mnie zmieniło i nie każde lato wiąże się z beczynnością, nudą i stagnacją, nawet jeśli w ostatnich latach najgorsze gówno spadało na mnie o tej porze roku. Są jednak wyjątki, a jednym z nich jest ten rok. Nie wiem, jakoś nie czekam szczególnie na jesień, trochę nawet się jej boję, a latem... latem było fajnie, o czym wielokrotnie pisałem i ówdzie.
A w ogóle to pisząc te słowa padał deszcz, ale gdy zakończyłem to przestał. O. Nie wiem co z tego wynika, więc po prostu bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=V4OCDCfBVpA
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Seba, ale wiesz, że nie chodziło ani o pop, ani nawet o piosenkę xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 3. (178.)
13. Billie Eilish - SKINNY (shodan)
14. Echo & the Bunnymen – The Killing Moon (WHYT Radio Session, 1997) (Hien)
15. Das EFX - Change (stripped)
16. Yves Larock - Rise Up (devotional)
17. 缺省 - 鸽哨 (Dragon)
18. Amon Düül II - I Want the Sun to Shine (mintaj)
13. Billie Eilish - SKINNY (shodan)
14. Echo & the Bunnymen – The Killing Moon (WHYT Radio Session, 1997) (Hien)
15. Das EFX - Change (stripped)
16. Yves Larock - Rise Up (devotional)
17. 缺省 - 鸽哨 (Dragon)
18. Amon Düül II - I Want the Sun to Shine (mintaj)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Billie Eilish - SKINNY
Muszę przyznać, że cały album nie przetrwał u mnie próby czasu w takim stopniu co „Happier”. Słychać, że to nie jest ten poziom zajebistości. NIEMNIEJ, „Skinny” to ta szkoła Billie, którą lubię. Brzmi to trochę jak mocno dosłodzony King Krule. Słychać, że Finneas śpi z gitarą często w rytmach tego typu. Miałem ponarzekać na orkiestrę, ale jest ona na tyle schowana w tle, na tyle „ambientowa”, że ostatecznie nie uważam, żeby psuła tutaj ten minimal klimat. Samo zakończenie na pełną orkiestrę, kojarzy mi się trochę z Radiohead (aranżacja trąci Greenwoodem na kilometr). Generalnie propsy, muszę wrócić do tego albumu i zweryfikować to i owo.
Das EFX - Change
Spoko, też bym tego kontekstu hip-hopowego nie wyłapał. Murzyn dba, aby biblioteka ludzi, którzy się na hh nie znają tak jak on, składała się z najlepszych rzeczy. Serio, za każdym razem, jak nie chce mi się już powtarzać tych laurek, tak czuję się, mimo wszystko, zobligowany żeby taką tutaj zamieścić, bo numer jest zajebisty. Fajny, mroczny klimat, zajebista wstawka z Queen, doskonały rap i bity. Świetna rzecz na jesień, która mimo że kalendarzowe (jak i astronomicznie, sprawdziłem) jeszcze nie nadeszła, to wystarczy wyjrzeć za okno. Ciary są.
Yves Larock - Rise Up
I czar trochę prysł. Z początku zastanawiałem się, co to za przeróbka Opa Opa. Musiał ewidentnie nie potrafi w tym roku odpuścić lata, co widać po dwizji i teraz po tej wrzucie. Niby hicior międzynarodowy, ale chyba nie aż tak mocny, bo nigdy go nie słyszałem. Faktycznie, wpada to w ucho i prawdopodobnie, gdybym był narażony na taką ekspozycję, co Musiał te lata temu, to też nie mógłbym tego wybić z głowy przez cały wyjazd. Jest to spoko i w sumie niewiele więcej mam do napisania, ale też czy wiele więcej da się napisać?
缺省 - 鸽哨
Pierwszy raz słyszę taką muzykę w chińskim wydaniu. Szybkie porównanie, które przychodzi mi do głowy - chińskie Bark Psychosis (takie bardziej wczesne), ale bardziej skręcające w szugejz. Brzmi feelsowo, nawet bez kontekstu. Zajebista okładka płyty. Senny, rozmarzony klimat, tak jak lubię. Fajne gitary, które w miły sposób przypominają mi taką jedną muzyczną rzecz. Wokale też doskonale dopełniają ten numer. Album się ściąga as we speak.
Amon Düül II - I Want the Sun to Shine
Jeden opiernicz i już porządny i ciekawy opis wleciał, widać da się. Swego czasu, „badałem” Amon Duul, porównywałem jedynkę z dwójką, generalnie band sprzedał mi Steven Wilson, ale minęły lata, zanim chciało mi się faktycznie to sprawdzić. Okazało się, że ci niedomyci hipisi, brzmieli momentami dosyć przełomowo i wyprzedzali swoje czasy. Wrzuta Seby, to jest dobry przykład tego. Instrumentalnie jest gęsto, ale nie tylko pod kątem aranżacji, tutaj się cały czas dzieje cos innego, mimo że wszystko spojone jest tą frazą „I want the sun to shine” powtarzaną prawie w ten sam sposób. Tylko krajobraz w tle się zmienia. Jest to dosyć fascynująca podróż, autentycznie ma się wrażenie jakby brało się udział w jakiejś przygodzie. Klimat jest zajebisty. Czasami ćpanie i squatowanie z grupą śmierdzących ludzi, przynosi takie niezwykłe owoce. Zazwyczaj nie, ale jednak lata 60 i 70, to była inna epoka.
Naprawdę gruby, klimatyczny i świetny zestaw. Musiał trochę odstaje, ale też nie było tragedii.
Muszę przyznać, że cały album nie przetrwał u mnie próby czasu w takim stopniu co „Happier”. Słychać, że to nie jest ten poziom zajebistości. NIEMNIEJ, „Skinny” to ta szkoła Billie, którą lubię. Brzmi to trochę jak mocno dosłodzony King Krule. Słychać, że Finneas śpi z gitarą często w rytmach tego typu. Miałem ponarzekać na orkiestrę, ale jest ona na tyle schowana w tle, na tyle „ambientowa”, że ostatecznie nie uważam, żeby psuła tutaj ten minimal klimat. Samo zakończenie na pełną orkiestrę, kojarzy mi się trochę z Radiohead (aranżacja trąci Greenwoodem na kilometr). Generalnie propsy, muszę wrócić do tego albumu i zweryfikować to i owo.
Das EFX - Change
Spoko, też bym tego kontekstu hip-hopowego nie wyłapał. Murzyn dba, aby biblioteka ludzi, którzy się na hh nie znają tak jak on, składała się z najlepszych rzeczy. Serio, za każdym razem, jak nie chce mi się już powtarzać tych laurek, tak czuję się, mimo wszystko, zobligowany żeby taką tutaj zamieścić, bo numer jest zajebisty. Fajny, mroczny klimat, zajebista wstawka z Queen, doskonały rap i bity. Świetna rzecz na jesień, która mimo że kalendarzowe (jak i astronomicznie, sprawdziłem) jeszcze nie nadeszła, to wystarczy wyjrzeć za okno. Ciary są.
Yves Larock - Rise Up
I czar trochę prysł. Z początku zastanawiałem się, co to za przeróbka Opa Opa. Musiał ewidentnie nie potrafi w tym roku odpuścić lata, co widać po dwizji i teraz po tej wrzucie. Niby hicior międzynarodowy, ale chyba nie aż tak mocny, bo nigdy go nie słyszałem. Faktycznie, wpada to w ucho i prawdopodobnie, gdybym był narażony na taką ekspozycję, co Musiał te lata temu, to też nie mógłbym tego wybić z głowy przez cały wyjazd. Jest to spoko i w sumie niewiele więcej mam do napisania, ale też czy wiele więcej da się napisać?
缺省 - 鸽哨
Pierwszy raz słyszę taką muzykę w chińskim wydaniu. Szybkie porównanie, które przychodzi mi do głowy - chińskie Bark Psychosis (takie bardziej wczesne), ale bardziej skręcające w szugejz. Brzmi feelsowo, nawet bez kontekstu. Zajebista okładka płyty. Senny, rozmarzony klimat, tak jak lubię. Fajne gitary, które w miły sposób przypominają mi taką jedną muzyczną rzecz. Wokale też doskonale dopełniają ten numer. Album się ściąga as we speak.
Amon Düül II - I Want the Sun to Shine
Jeden opiernicz i już porządny i ciekawy opis wleciał, widać da się. Swego czasu, „badałem” Amon Duul, porównywałem jedynkę z dwójką, generalnie band sprzedał mi Steven Wilson, ale minęły lata, zanim chciało mi się faktycznie to sprawdzić. Okazało się, że ci niedomyci hipisi, brzmieli momentami dosyć przełomowo i wyprzedzali swoje czasy. Wrzuta Seby, to jest dobry przykład tego. Instrumentalnie jest gęsto, ale nie tylko pod kątem aranżacji, tutaj się cały czas dzieje cos innego, mimo że wszystko spojone jest tą frazą „I want the sun to shine” powtarzaną prawie w ten sam sposób. Tylko krajobraz w tle się zmienia. Jest to dosyć fascynująca podróż, autentycznie ma się wrażenie jakby brało się udział w jakiejś przygodzie. Klimat jest zajebisty. Czasami ćpanie i squatowanie z grupą śmierdzących ludzi, przynosi takie niezwykłe owoce. Zazwyczaj nie, ale jednak lata 60 i 70, to była inna epoka.
Naprawdę gruby, klimatyczny i świetny zestaw. Musiał trochę odstaje, ale też nie było tragedii.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Billie Eilish - SKINNY
Miałem jakieś złudne wrażenie że Wujas bombarduje nas muzyką Billie nieustannie a tu zdaje się nic takiego, jedna wrzuta w bestce, potem album i chyba tylko raz w depeszwizji? To niedużo biorąc pod uwagę kiedy ta pierwsza wrzuta utworowa była. Pamiętam za to na pewno że coś tam słuchałem tego albumu gdy wychodził (2 scrobble tego numeru z maja '24 to potwierdzają) choć nic ze mną nie zostało na dłużej.
Co mogę powiedzieć o samym utworze to to że w sumie jest dobry. Ładny, oszczędny w aranżu, skupiony na budowaniu klimatu i oddaniu tego smutku który Billie towarzyszył w opisywanej sytuacji. Wuja to wzrusza niesamowicie, chłop nam się tu rozpływa w egzaltacji a mnie to aż tak nie rusza i aż sie czuję jak jakiś zimny cyniczny drań przez to, heh. Po prostu mamy inną wrażliwość może, kolejny raz kiedy powiedzmy rozumiem i doceniam daną wrzutę chociaż jej tak nie czuję w pełni. Orkiestrowe outro na smyczkach naprawdę fajne.
Echo & the Bunnymen - The Killing Moon
Jak widać kapela ta w mojej bańce nie była dość popularna bo Kuba zdaje się wrzuca jednym z największych ich przebojów a ja kurde w ogóle nie trybię nic a nic. Miałem na pewno styczność z ich muzyką ale nic z niej nie zostało w głowie. I słuchałem tak tego kawałka bez znajomości oryginału - żeby się nie sugerować, nie biasować na wszelki wypadek ani nic - ale kurde nie bardzo chciał on się przegryźć u mnie. To po prostu nie są moje klimaty chyba, ostatecznie w akcie desperacji uznałem że posłucham oryginału bo byłem przekonany z opisu Hiena że tam musi być zasadnicza różnica w wersjach i może odkrycie tamtej pomoże mi coś odblokować (tak jak Zephyr Mix pomógł mi polubić albumowe In Your Room np.), no więc odpaliłem oryginał i trochę zdębiałem bo... to praktycznie niewielka różnica lol. Kuba coś tam pisał o gotyckich smyczkach, myślałem że tam może jakieś chłodne klawisze będą grały czy coś ale to zasadniczo ten sam numer jednak. Wersja z radia ma fajniejszy, cieplejszy aranż i jest wolniejsza ale np. wokal moim zdaniem lepiej brzmi w oryginale, ma większą głębię. No i nie pomógł mi w niczym ten zabieg, zostałem ze znajomością tego oryginału jak Himilsbach z tym angielskim, będę musiał z tym żyć. Tymczasem nie hejtuję acz pewnie też wracać nie będę.
Yves Larock - Rise Up
Musiał ostro wlatuje letniakiem, tymczasem pogoda zdaje się wreszcie powoli odpuszczać słoneczka. Niemniej nie jest to jakiś powód do hejtowania. Ciekawa sprawa bo gdy odpaliłem ten numer z miejsca miałem skojarzenia z... piłką nożną. Byłem wręcz przekonany że ten klawiszowy riff był gdzieś użyty jako jingiel, szukałem czy może to mundial w Katarze czy coś ale nic z tego nie wyszło. Być może jest to numer tego typu który leci na stadionach w przerwie meczu (coś jak Freed From Desire) i tam to słyszałem przy jakiejś transmisji? Tak czy siak ma to mocno futbolowy sound dla mnie i śmiało mogłoby hulać jako hymn Euro tudzież innego Mundialu, happy i uplifting type muzyczka. Co poza klawiszowym riffem i rytmiczną gitarą mogę jeszcze wyróżnić to ten arpeggiowy basik pod spodem. Całość to naprawdę SPOKO numer, choć może ciut lepiej śmigało by to w czerwcu aniżeli teraz.
缺省 - 鸽哨
Nie lubię takich numerów kiedy nie znając języka kompletnie nie wiem jak nazywa się wykonawca ani dany utwór xD na szczęście kiedy muzyka dostarcza takie sprawy szybko ulatują z głowy. A ten numer naprawdę pięknie dostarcza, dzięki Wam shoegaze który pojawia się tu jednak rzadko jawi się jako idealny jesienny soundtrack. Z miejsca miałem dobre przeczucia bo okładka zalatuje nieco Islands od King Crimson a to budzi miłe skojarzenia, wspomnienia (nawet jeśli do albumu nie wracałem jakoś mocno potem). Naprawdę fenomenalny klimat, jeszcze do tego fajnie dorzucona wstawka dialogowa z jakiegoś filmu, wszystko tworzy tak potwornie przytulny nastrój że człowiekowi robi się błogo na duszy. Zabawna sprawa jeszcze z tym wykorzystaniem dialogu filmowego, bo pod tym kątem powiedzmy może będę miał odpowiedź na ten kawałek, z tym że numer będzie elektroniczny a vibe - jak dla mnie wiosenny. Dragon jakby z kolejki na kolejkę tylko lepszy, strach pomyśleć jakby taką wznoszącą miał utrzymać dalej
Amon Düül II - I Want the Sun to Shine
Nie lubię kiedy nie wiem z jakiego okresu czasowego pochodzi dany numer. Tu po krótszym śledztwie wychodzi mi na to że jednak mogło to być nagrywane w 2006 krótko przed premierą tamtej reedycji płyty. To z kolei sprawiło że się chwilę krzywiłem, bo niby mentos nęci klasyką ale wrzuca numer nowy który w sumie niewiele ma z płytą wspólnego. Potem już przestałem zwracać uwagę na te pierdolety i słuchałem. Jest to na pewno INTERESUJĄCY utwór, w sumie to głównie te afrykańskie wpływy najbardziej zdradzają tu dla mnie że numer raczej nie pochodził z przełomu lat 60./70., wydaje mi się że docenianie muzycznych wpływów Czarnego Lądu przez Europejczyków następowało dopiero kilka lat później. Numer zasadniczo wydaje się dość prosty i buduje przede wszystkim jakiś specyficzny nieco szamański klimat z tym mantrycznym wołaniem o słońce i w sumie brzmi to wszystko całkiem spoko, mankament znajduję nieco w długości tego numeru który myślę można było zmieścić w 6-7 minutach max i jedynie by na tym zyskał, po tym czasie zaczynam jednak nerwowo zerkać na zegarek. Wciąż jednak było to ciekawe experience, ja sam chętnie kiedyś podrzucę coś z tej sceny muzycznej tylko kurde kiedy, lecimy bestkę czwarty rok a ja ciągle mam ważniejsze dla mnie wrzutki eh.
Miałem jakieś złudne wrażenie że Wujas bombarduje nas muzyką Billie nieustannie a tu zdaje się nic takiego, jedna wrzuta w bestce, potem album i chyba tylko raz w depeszwizji? To niedużo biorąc pod uwagę kiedy ta pierwsza wrzuta utworowa była. Pamiętam za to na pewno że coś tam słuchałem tego albumu gdy wychodził (2 scrobble tego numeru z maja '24 to potwierdzają) choć nic ze mną nie zostało na dłużej.
Co mogę powiedzieć o samym utworze to to że w sumie jest dobry. Ładny, oszczędny w aranżu, skupiony na budowaniu klimatu i oddaniu tego smutku który Billie towarzyszył w opisywanej sytuacji. Wuja to wzrusza niesamowicie, chłop nam się tu rozpływa w egzaltacji a mnie to aż tak nie rusza i aż sie czuję jak jakiś zimny cyniczny drań przez to, heh. Po prostu mamy inną wrażliwość może, kolejny raz kiedy powiedzmy rozumiem i doceniam daną wrzutę chociaż jej tak nie czuję w pełni. Orkiestrowe outro na smyczkach naprawdę fajne.
Echo & the Bunnymen - The Killing Moon
Jak widać kapela ta w mojej bańce nie była dość popularna bo Kuba zdaje się wrzuca jednym z największych ich przebojów a ja kurde w ogóle nie trybię nic a nic. Miałem na pewno styczność z ich muzyką ale nic z niej nie zostało w głowie. I słuchałem tak tego kawałka bez znajomości oryginału - żeby się nie sugerować, nie biasować na wszelki wypadek ani nic - ale kurde nie bardzo chciał on się przegryźć u mnie. To po prostu nie są moje klimaty chyba, ostatecznie w akcie desperacji uznałem że posłucham oryginału bo byłem przekonany z opisu Hiena że tam musi być zasadnicza różnica w wersjach i może odkrycie tamtej pomoże mi coś odblokować (tak jak Zephyr Mix pomógł mi polubić albumowe In Your Room np.), no więc odpaliłem oryginał i trochę zdębiałem bo... to praktycznie niewielka różnica lol. Kuba coś tam pisał o gotyckich smyczkach, myślałem że tam może jakieś chłodne klawisze będą grały czy coś ale to zasadniczo ten sam numer jednak. Wersja z radia ma fajniejszy, cieplejszy aranż i jest wolniejsza ale np. wokal moim zdaniem lepiej brzmi w oryginale, ma większą głębię. No i nie pomógł mi w niczym ten zabieg, zostałem ze znajomością tego oryginału jak Himilsbach z tym angielskim, będę musiał z tym żyć. Tymczasem nie hejtuję acz pewnie też wracać nie będę.
Yves Larock - Rise Up
Musiał ostro wlatuje letniakiem, tymczasem pogoda zdaje się wreszcie powoli odpuszczać słoneczka. Niemniej nie jest to jakiś powód do hejtowania. Ciekawa sprawa bo gdy odpaliłem ten numer z miejsca miałem skojarzenia z... piłką nożną. Byłem wręcz przekonany że ten klawiszowy riff był gdzieś użyty jako jingiel, szukałem czy może to mundial w Katarze czy coś ale nic z tego nie wyszło. Być może jest to numer tego typu który leci na stadionach w przerwie meczu (coś jak Freed From Desire) i tam to słyszałem przy jakiejś transmisji? Tak czy siak ma to mocno futbolowy sound dla mnie i śmiało mogłoby hulać jako hymn Euro tudzież innego Mundialu, happy i uplifting type muzyczka. Co poza klawiszowym riffem i rytmiczną gitarą mogę jeszcze wyróżnić to ten arpeggiowy basik pod spodem. Całość to naprawdę SPOKO numer, choć może ciut lepiej śmigało by to w czerwcu aniżeli teraz.
缺省 - 鸽哨
Nie lubię takich numerów kiedy nie znając języka kompletnie nie wiem jak nazywa się wykonawca ani dany utwór xD na szczęście kiedy muzyka dostarcza takie sprawy szybko ulatują z głowy. A ten numer naprawdę pięknie dostarcza, dzięki Wam shoegaze który pojawia się tu jednak rzadko jawi się jako idealny jesienny soundtrack. Z miejsca miałem dobre przeczucia bo okładka zalatuje nieco Islands od King Crimson a to budzi miłe skojarzenia, wspomnienia (nawet jeśli do albumu nie wracałem jakoś mocno potem). Naprawdę fenomenalny klimat, jeszcze do tego fajnie dorzucona wstawka dialogowa z jakiegoś filmu, wszystko tworzy tak potwornie przytulny nastrój że człowiekowi robi się błogo na duszy. Zabawna sprawa jeszcze z tym wykorzystaniem dialogu filmowego, bo pod tym kątem powiedzmy może będę miał odpowiedź na ten kawałek, z tym że numer będzie elektroniczny a vibe - jak dla mnie wiosenny. Dragon jakby z kolejki na kolejkę tylko lepszy, strach pomyśleć jakby taką wznoszącą miał utrzymać dalej
Amon Düül II - I Want the Sun to Shine
Nie lubię kiedy nie wiem z jakiego okresu czasowego pochodzi dany numer. Tu po krótszym śledztwie wychodzi mi na to że jednak mogło to być nagrywane w 2006 krótko przed premierą tamtej reedycji płyty. To z kolei sprawiło że się chwilę krzywiłem, bo niby mentos nęci klasyką ale wrzuca numer nowy który w sumie niewiele ma z płytą wspólnego. Potem już przestałem zwracać uwagę na te pierdolety i słuchałem. Jest to na pewno INTERESUJĄCY utwór, w sumie to głównie te afrykańskie wpływy najbardziej zdradzają tu dla mnie że numer raczej nie pochodził z przełomu lat 60./70., wydaje mi się że docenianie muzycznych wpływów Czarnego Lądu przez Europejczyków następowało dopiero kilka lat później. Numer zasadniczo wydaje się dość prosty i buduje przede wszystkim jakiś specyficzny nieco szamański klimat z tym mantrycznym wołaniem o słońce i w sumie brzmi to wszystko całkiem spoko, mankament znajduję nieco w długości tego numeru który myślę można było zmieścić w 6-7 minutach max i jedynie by na tym zyskał, po tym czasie zaczynam jednak nerwowo zerkać na zegarek. Wciąż jednak było to ciekawe experience, ja sam chętnie kiedyś podrzucę coś z tej sceny muzycznej tylko kurde kiedy, lecimy bestkę czwarty rok a ja ciągle mam ważniejsze dla mnie wrzutki eh.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Smieszna sprawa z tym Amon Duul. Też poszperałem, znalazłem info, że grano to już w latach 80tych, ale nagranie pochodzi z lat 90tych (a wydane w 00ych, trolololo). Fani zwracają uwagę na to, że stylistycznie to się ma nijak do debiutu i generalnie te bonusy, mimo że bardzo dobre, to są z dupy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
LINK???
Mieszasz w głowie
Potem będę recenzje od nowa musiał pisać
Mieszasz w głowie
Potem będę recenzje od nowa musiał pisać
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Komentarze na YT, posty na progarchives, na forum stevehoffman, nie chce mi się tego szukać, bo to nie było nic pewnego. Nikt nie wie do końca z kiedy to naprawdę jest, ale sam bym się zdziwił gdyby to było z 2006 r.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Na forum stevehoffman właśnie najpewniejsze info było niby March/April 2006, że dużo tracków wtedy na potrzeby wydań Revisited nagrali i tbh wydaje mi się to najsensowniejsze po prostu
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, ale to i tak nic pewnego. w ogóle to nie brzmi jakby pochodziło z 2006, co najwyżej jakby było miksowane wtedy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ta sama wytwórnia robiła reedycje (a przynajmniej zaczęła) katalogu Klausa i tam też różnie bywało z dodatkami, więc ja bym się kompletnie nie przywiązywał do tego 2006 roku.
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Billie Eilish SKINNY
Miło słyszeć, że Billie poważnieje. Dla bardziej wczutych fanów gratka. Będą mogli sięgać po rzeczy godne rozmaitych stanów emocjonalnych i wczut wszelakich. Pewnie jeszcze dostaniemy szansę kontaktu z całą płytą. Jak na początek przygody z trójeczką jest dostatecznie okej. Solidna indie produkcja. Charakterystyczne szeptane wokalizy jakoś ani nie drażnią, ani nie wybijają się ponad standard w tym gatunku. Smyczkowy sznyt pod koniec dodaje szlachetności i głębi. Nie ukrywam, że najciekawsze były tę bębny na sam koniec, no ale to już zostawię na kiedyś tam. Zdecydowanie daleko do egzaltacji. Bardziej solidny średnio-dobry poziom produkcji radiowej. Nie ma lipy, choć też nic szczególnego nie zostaje w głowie poza wrażeniem kontaktu z czymś zrobionym w porządku. RAMka plus, raczej nocne godziny prędzej sprzyjające lepszym kontaktom.
Echo & the Bunnymen The Killing Moon (WHYT Radio Session, 1997)
Nie będę zmyślał, że jakoś dobrze kojarzę oryginał, ale być może kiedyś się z nim spotkałem... bo kojarzę okładkę płyty. Radiosesyjna wersja wchodzi bez potrzeby weryfikacji i dokładnego zestawiania. Klimatyczna, nocna ballada z aranżacyjną mocą. Lekkie przyjemne dobre-niedobre za sprawą wokali, potem ładnie wyciosana solóweczka. Takie połączenie rozmachu i kameralności to ja rozumiem. Bębny mocno z lat 60', jak jakieś Love przynajmniej. Bas też bardzo wyrażny, a to z każdym rokiem doceniam jeszcze mocniej. Munlupizm stosowany na pełnej, tego typu rzeczy lubię, szanuję, same dostatecznie mocno kopią w dupę, ale znaczna większość daje się polubić od pierwszego odsłuchu.
PS Ok, numer jest na soundtracku do Donnie Darko xD No to ja już wszystko wiem i rozumiem. Klasa.
Das EFX Change
W sumie cały numer stoi na tym samplu z Kłinów. Trochę nie do końca czuję klimat. W sensie, kumam metaforyczne opowieści o kondycji hip-hopu, ale w zestawieniu z Common brakuje lekkości, panowie też trochę gorzej wypadają, a poza wokalną wycinką bicior dość średniawy. Raz klap dwa klap hyp hap, no spoko, tyle że klimat ucieka. Ani płaczliwy przez te melodramatyczne akcenty, ani przewózkowy, ani nie wzbudza jakiś większych rozmyślań różnych. Techniczne wyróżniają się przyspieszeniami, ale to też brzmi dość DZIWNIE tutaj. Szanuję głęboki kontekst sytuacyjny i historyczny, ale sam numer nie za bardzo.
Yves Larock Rise Up
Trochę to samo, co w przypadku poprzedniej wrzuty Seby, ale wjeżdża dodatkowo kontekst muzycznych TV, bo dłuższy czas po premierze teledysk chodził całkiem często. Adrian zresztą pisze o tym w opisie, a ja notarialnie jeszcze potwierdzam empirycznie. Utrzymany w podobnych kolorach, co okładka tego całkiem przyzwoitego kawałka. W takich przypadkach kwestia autorstwa nie ma większego znaczenia, zostają charakterystyczne melodie; letni vibe bije na kilometr. Dla zachowania odpowiedniej stosowności dochodzi równie anonimowy wokalista i voila. Nikt nikomu nie tłumaczy, kto, co i jak. Liczy się przebojowość, całość nawet nie brzmi szczególnie tandetnie przy bliższym wsłuchiwaniu. Ten ni to tribalowy, ni orientalizujący dźwięk robi robotę, a jednocześnie nie zajeżdża paczką z darmowymi samplami. Zdecydowanie zasługuje przynajmniej na umieszczenie jeden schodek wyżej niż Sinclairy i inne takie. Pan Bob miał swoje utwory w zabawkach w Happy Meal, za to Iw chyba nie... a to o czymś świadczy. Sentymentalna sekcjo radiowa, macie mój kciuk postawiony do góry. Szklarska Poręba 2008 - dojazd pociągiem w tę stronę trwałby wtedy z miesiąc xD
Amon Düül II I Want the Sun to Shine
Skutecznie odetkałem umysł na doświadczenia muzyczne, zatem wracam do spraw zarzuconych wcześniej lub jeszcze wcześniej. Camouflage, Pavement, Namysłowski... do kolejki dołącza Amon Duul 2. RYM podpowiada, że kiedyś już się mierzyłem z Phallus Dei. Pod koniec liceum byłem jednak bardziej zafrasowany równieśnikami, zalotami, maturami i działaniem w teatrze, a nie akurat rozumieniem absolutnie wszystkiego, co udało się wtedy przesłuchać. Takiej Magmie dałem dostatecznie dużo czasu, to samo z wieloma niemieckimi zespołami krautowymi i całą masą progrockowych rzeczy. A Amon Dulle byli za trudni. To zdecydowanie nie brzmi jak 1969 rok. Prędzej jak Shpongle, które w 1996 roku chciałoby pograć coś bardziej na rockową nutę. Pociągające połączenie. Gęsta perkusja, e t n i c z n e akcenty jeden za drugim, a nad nimi równie luźne i rozmarzone pasażyki. W sumie nie do końca wiadomo z czego i na czym zagrane, ale ten płynny kolaż robi robotę. Egzotyczny, tyle że bez pretensji oraz nie wiadomo jak bardzo wymagającego przekazu. Chyba bardziej chodzi o tę psychodelę, odlot i efekt obcości. Na głębokie mistycyzmy jestem zbyt cienki w uszach. Jeden znieczulony na te kwestie, bo już za dużo widziałem w internecie przykładów dezintegracji z rzeczywistością. Wystarczy sama muzyka, klimat, który mi się podoba i to intrygujące wrażenie kontaktu z czymś innym, co niby zawiera kilka znajomych tropów, ale w takiej formie nigdy ich nie zgłębiłem. Elegancka wrzutka.
Miło słyszeć, że Billie poważnieje. Dla bardziej wczutych fanów gratka. Będą mogli sięgać po rzeczy godne rozmaitych stanów emocjonalnych i wczut wszelakich. Pewnie jeszcze dostaniemy szansę kontaktu z całą płytą. Jak na początek przygody z trójeczką jest dostatecznie okej. Solidna indie produkcja. Charakterystyczne szeptane wokalizy jakoś ani nie drażnią, ani nie wybijają się ponad standard w tym gatunku. Smyczkowy sznyt pod koniec dodaje szlachetności i głębi. Nie ukrywam, że najciekawsze były tę bębny na sam koniec, no ale to już zostawię na kiedyś tam. Zdecydowanie daleko do egzaltacji. Bardziej solidny średnio-dobry poziom produkcji radiowej. Nie ma lipy, choć też nic szczególnego nie zostaje w głowie poza wrażeniem kontaktu z czymś zrobionym w porządku. RAMka plus, raczej nocne godziny prędzej sprzyjające lepszym kontaktom.
Echo & the Bunnymen The Killing Moon (WHYT Radio Session, 1997)
Nie będę zmyślał, że jakoś dobrze kojarzę oryginał, ale być może kiedyś się z nim spotkałem... bo kojarzę okładkę płyty. Radiosesyjna wersja wchodzi bez potrzeby weryfikacji i dokładnego zestawiania. Klimatyczna, nocna ballada z aranżacyjną mocą. Lekkie przyjemne dobre-niedobre za sprawą wokali, potem ładnie wyciosana solóweczka. Takie połączenie rozmachu i kameralności to ja rozumiem. Bębny mocno z lat 60', jak jakieś Love przynajmniej. Bas też bardzo wyrażny, a to z każdym rokiem doceniam jeszcze mocniej. Munlupizm stosowany na pełnej, tego typu rzeczy lubię, szanuję, same dostatecznie mocno kopią w dupę, ale znaczna większość daje się polubić od pierwszego odsłuchu.
PS Ok, numer jest na soundtracku do Donnie Darko xD No to ja już wszystko wiem i rozumiem. Klasa.
Das EFX Change
W sumie cały numer stoi na tym samplu z Kłinów. Trochę nie do końca czuję klimat. W sensie, kumam metaforyczne opowieści o kondycji hip-hopu, ale w zestawieniu z Common brakuje lekkości, panowie też trochę gorzej wypadają, a poza wokalną wycinką bicior dość średniawy. Raz klap dwa klap hyp hap, no spoko, tyle że klimat ucieka. Ani płaczliwy przez te melodramatyczne akcenty, ani przewózkowy, ani nie wzbudza jakiś większych rozmyślań różnych. Techniczne wyróżniają się przyspieszeniami, ale to też brzmi dość DZIWNIE tutaj. Szanuję głęboki kontekst sytuacyjny i historyczny, ale sam numer nie za bardzo.
Yves Larock Rise Up
Trochę to samo, co w przypadku poprzedniej wrzuty Seby, ale wjeżdża dodatkowo kontekst muzycznych TV, bo dłuższy czas po premierze teledysk chodził całkiem często. Adrian zresztą pisze o tym w opisie, a ja notarialnie jeszcze potwierdzam empirycznie. Utrzymany w podobnych kolorach, co okładka tego całkiem przyzwoitego kawałka. W takich przypadkach kwestia autorstwa nie ma większego znaczenia, zostają charakterystyczne melodie; letni vibe bije na kilometr. Dla zachowania odpowiedniej stosowności dochodzi równie anonimowy wokalista i voila. Nikt nikomu nie tłumaczy, kto, co i jak. Liczy się przebojowość, całość nawet nie brzmi szczególnie tandetnie przy bliższym wsłuchiwaniu. Ten ni to tribalowy, ni orientalizujący dźwięk robi robotę, a jednocześnie nie zajeżdża paczką z darmowymi samplami. Zdecydowanie zasługuje przynajmniej na umieszczenie jeden schodek wyżej niż Sinclairy i inne takie. Pan Bob miał swoje utwory w zabawkach w Happy Meal, za to Iw chyba nie... a to o czymś świadczy. Sentymentalna sekcjo radiowa, macie mój kciuk postawiony do góry. Szklarska Poręba 2008 - dojazd pociągiem w tę stronę trwałby wtedy z miesiąc xD
Amon Düül II I Want the Sun to Shine
Skutecznie odetkałem umysł na doświadczenia muzyczne, zatem wracam do spraw zarzuconych wcześniej lub jeszcze wcześniej. Camouflage, Pavement, Namysłowski... do kolejki dołącza Amon Duul 2. RYM podpowiada, że kiedyś już się mierzyłem z Phallus Dei. Pod koniec liceum byłem jednak bardziej zafrasowany równieśnikami, zalotami, maturami i działaniem w teatrze, a nie akurat rozumieniem absolutnie wszystkiego, co udało się wtedy przesłuchać. Takiej Magmie dałem dostatecznie dużo czasu, to samo z wieloma niemieckimi zespołami krautowymi i całą masą progrockowych rzeczy. A Amon Dulle byli za trudni. To zdecydowanie nie brzmi jak 1969 rok. Prędzej jak Shpongle, które w 1996 roku chciałoby pograć coś bardziej na rockową nutę. Pociągające połączenie. Gęsta perkusja, e t n i c z n e akcenty jeden za drugim, a nad nimi równie luźne i rozmarzone pasażyki. W sumie nie do końca wiadomo z czego i na czym zagrane, ale ten płynny kolaż robi robotę. Egzotyczny, tyle że bez pretensji oraz nie wiadomo jak bardzo wymagającego przekazu. Chyba bardziej chodzi o tę psychodelę, odlot i efekt obcości. Na głębokie mistycyzmy jestem zbyt cienki w uszach. Jeden znieczulony na te kwestie, bo już za dużo widziałem w internecie przykładów dezintegracji z rzeczywistością. Wystarczy sama muzyka, klimat, który mi się podoba i to intrygujące wrażenie kontaktu z czymś innym, co niby zawiera kilka znajomych tropów, ale w takiej formie nigdy ich nie zgłębiłem. Elegancka wrzutka.
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ktoś jeszcze będzie miał rigcz żeby dziś to zamknąć, czy bawimy się w coraz dłuższe kolejki?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dobra, już dostałem sygnały, że przynajmniej dwie osoby wjadą dopiero w weekend, wiec ukatrupiono mi jedną jazzową wrzutę z października, bo październik nie jest z gumy, a na listopad mam już coś innego. Możemy się chociaż trzymać tego tygodniowego okresu na kolejkę? Zakładam, że wrócimy do pon - nd, więc fajnie by było gdyby uczestnicy, uczestniczyli (chyba, że mają poligon, to wtedy mogą np. opuścić kolejkę?).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ja wracam do szybszego tempa, także kibicuję innym
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Pomijając hienowe przytyki postaram się do jutra ogarnąć. 
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
w międzyczasie uczcijmy poległą jazzową wrzutę minutą ciszy
MORDERCY
MORDERCY
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup