Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
I podeptanego szczypiorku.
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
China Crisis - Diary of a Hollow Horse
Nie znałem wcześniej tego zespołu, ale po zapowiedzi Deva, że będzie to album w stylistyce muzyki lat 80., mniej więcej się pewnych rzeczy spodziewałem. Zwłaszcza tego, że w tamtych czasach różnym piosenkarzom umiarkowanie wychodziły całe albumy, ale za to przebojowe single często były w dechę. Potrzebowałem kilku odsłuchów, żeby się w miarę z materiałem osłuchać, a tymczasem w weekend trafił mi się kryzys taki, że nie potrafiłem słuchać muzyki, głowa mnie bolała i w ogóle niemało z tego czasu przespałem. A sam album średnio się podobał.
Zaczynamy od Saint Saviour Square i... już na dzień dobry pojawia się problem. Kawałek zaczyna się tak, jakby był kolejnym z płyty, a nie otwieraczem (nie ma intra, brak mu również siły przebicia). Brzmienie typowe, wokal też standardowy, a sam utwór mało chwytliwy i sam z siebie może być niezły jako wypełniacz do słuchania między wieloma sobie podobnymi, ale samego z siebie to bym raczej nie włączał. Parę innych hitów też przypomina. Stranger by Nature jest bardzo podobny do poprzednika. Bit mało wyrazisty i mało chwytliwy, pojawiają się gitary, saksofon, wszystko to jednak wtapia się w całościowy amalgamat, raczej nie wychodzi na pierwszy plan (saksofon na tle tego bitu to nie to, co np. Lily Was Here), a może by się to przydało. Tempo też dosyć jednostajne. Zdawało mi się, że lubię przeboje lat 80. za przebojowość, a tu tej przebojowości brakuje. Zdecydowanie brak zdecydowania: chcemy być wielcy. I na tym cierpi piosenka.
Sweet Charity And Adoration tempem przypomina poprzedników. Stopniowo zaczyna mi to przypominać jakąś muzykę z początku lat 80., nie wiem, jakiś Avalon, jakiś lekki jazz (słychać podobny vibe), generalnie jest bardzo spokojnie, chilloutowo wręcz. I jest spoko. Refren niby bardziej przebojowy, ale nie porywa. Day After Day prezentuje się ze strony chillowej - są spokojne keyboardy, jest wolne tempo, wokal ogólnie jest średni, przypomina mi to trochę taki wieczorek przy świecach (czy nawet choince), jest sobie kolacyjka, jest sympatyczne towarzystwo, wszystko jest, tylko atmosfery trochę brak, jakby każdy trochę się bał odezwać do innych. I, niestety, ta płyta grawituje w tę stronę. Saksy budują przyjemne tło, keyboardy, pełen chill.
Tytułowy utwór jest sympatyczny i zaczyna się rodzić pytanie, czy nie lepsze byłyby inne aranżacje, bo czuć, że wrzucono na te piosenki nie najpiękniejsze wdzianka, ale takie z pozoru eleganckie, a w efekcie ograniczające. Bo to wszystko ładne kawałki, niewykluczone, że kiedyś sobie posłucham w tle, ba, teraz, kiedy jestem w słabej formie, słucha mi się tego dobrze. Red Letter Day przynosi mocne klawisze na dzień dobry, jednostajne (znów!) wokal (można by go wystawić na pierwszy plan) i tempo, goście chyba nadawali się do ciekawszej muzyki niż ta. Chyba najbardziej wyrazisty kawałek jak dotąd, fajna sekcja instrumentalna, keyboardy, przejście bez przejścia, ciekawa linia wokalu. Ma w sobie coś z jakiejś muzyki filmowej. Fajny kawałek!
In Northern Skies zaczyna się bardzo przyjemnie (jak wszystko tutaj poza otwieraczem). Zwracają uwagę krótkie intra lub ich brak - brak wprowadzenia w klimat płyty. Więcej prezentowania instrumentów, a nie wokalu, brzmi solidnie, aż się przypominają różne polskie cuda, ma klimacik, jest lekko, nastrojowo, ciekawa rzecz. Płyta się rozkręca (tylko szkoda, że po takim początku, a nie od razu). Jest nawet outro! Wcześniej takich rzeczy nie było, a szkoda. Singing The Praises of Finer Things zaczyna się dobrze (czemu tu nie ma wyrazistszego basu!?) A potem jest to samo, co wcześniej, no, nie odróżniłbym tych kawałków po tytułach, wszystkie bardzo podobne do siebie, z jednej bajki (choć tu mamy chórek rodem z jakiejś rewii). I jest ładne outro.
All My Prayers ma wejście totalnie z kosmosu, klimat kawałka zepsuty zanim się na dobre zaczął, chórki są dziwne, nie podobają się za bardzo, nadają niepotrzebnej wzniosłości. Panowie chcieli coś zmienić, ale za późno. Jakby początek płyty szedł na wystawę, a reszta do skrzyni ze skarbami... wcale zresztą nie tak bogatej, jak się zapowiadała. Mamy te charakterystyczne, miękkie keyboardy, mocne uderzenia, wyrazisty bit podany w skromny sposób. I can't shake this feeling... ja też nie. Age Old Need jest inny niż inne, z innej bajki, dużo bardziej stonowane brzmienie, keyboardy i bit, które tworzyły przez wszystkie poprzednie numery zawiesinę przylepiającą się do wszystkiego, teraz się pochowały, można za to podziwiać wokalistę o miękkim głosie (wydaje mi się mało wyrazisty, ale może taka ekspozycja była wskazana wcześniej?) Wolne tempo, delikatniejsza od pozostałych piosenka, dobrze się słucha. Back Home przywołuje mi skojarzenia z Genesis (to ten wokal! chodzi mi o sposób śpiewania, nie o barwę, bo tej nie lubię, poza tym jest inna). Kawałek lżejszy bez tych keyboardów na pierwszym planie, lekki, bardziej przebojowy, w sumie to bardzo dobry zamykacz.
Ufff... wyjdę pewnie na marudę, ale nie o to mi chodzi, że płyta jest słaba, bo nie jest. Jest mało wyrazista i brakuje jakichś elementów przyciągających uwagę na dłużej. Początek taki sobie, ale im bliżej końca, tym ciekawsze propozycje się pojawiają. Może i dobrze, że to nie idzie w drugą stronę, że im dalej, tym gorzej. Generalnie jednak jestem lekko zawiedziony, przebojowe ejtisy okazały się mało przebojowe, bardziej chillowe, a i to nie do końca. No nic, mogło być gorzej, zabieram ze sobą drugą połowę płyty i idę spać. Dobranoc.
Nie znałem wcześniej tego zespołu, ale po zapowiedzi Deva, że będzie to album w stylistyce muzyki lat 80., mniej więcej się pewnych rzeczy spodziewałem. Zwłaszcza tego, że w tamtych czasach różnym piosenkarzom umiarkowanie wychodziły całe albumy, ale za to przebojowe single często były w dechę. Potrzebowałem kilku odsłuchów, żeby się w miarę z materiałem osłuchać, a tymczasem w weekend trafił mi się kryzys taki, że nie potrafiłem słuchać muzyki, głowa mnie bolała i w ogóle niemało z tego czasu przespałem. A sam album średnio się podobał.
Zaczynamy od Saint Saviour Square i... już na dzień dobry pojawia się problem. Kawałek zaczyna się tak, jakby był kolejnym z płyty, a nie otwieraczem (nie ma intra, brak mu również siły przebicia). Brzmienie typowe, wokal też standardowy, a sam utwór mało chwytliwy i sam z siebie może być niezły jako wypełniacz do słuchania między wieloma sobie podobnymi, ale samego z siebie to bym raczej nie włączał. Parę innych hitów też przypomina. Stranger by Nature jest bardzo podobny do poprzednika. Bit mało wyrazisty i mało chwytliwy, pojawiają się gitary, saksofon, wszystko to jednak wtapia się w całościowy amalgamat, raczej nie wychodzi na pierwszy plan (saksofon na tle tego bitu to nie to, co np. Lily Was Here), a może by się to przydało. Tempo też dosyć jednostajne. Zdawało mi się, że lubię przeboje lat 80. za przebojowość, a tu tej przebojowości brakuje. Zdecydowanie brak zdecydowania: chcemy być wielcy. I na tym cierpi piosenka.
Sweet Charity And Adoration tempem przypomina poprzedników. Stopniowo zaczyna mi to przypominać jakąś muzykę z początku lat 80., nie wiem, jakiś Avalon, jakiś lekki jazz (słychać podobny vibe), generalnie jest bardzo spokojnie, chilloutowo wręcz. I jest spoko. Refren niby bardziej przebojowy, ale nie porywa. Day After Day prezentuje się ze strony chillowej - są spokojne keyboardy, jest wolne tempo, wokal ogólnie jest średni, przypomina mi to trochę taki wieczorek przy świecach (czy nawet choince), jest sobie kolacyjka, jest sympatyczne towarzystwo, wszystko jest, tylko atmosfery trochę brak, jakby każdy trochę się bał odezwać do innych. I, niestety, ta płyta grawituje w tę stronę. Saksy budują przyjemne tło, keyboardy, pełen chill.
Tytułowy utwór jest sympatyczny i zaczyna się rodzić pytanie, czy nie lepsze byłyby inne aranżacje, bo czuć, że wrzucono na te piosenki nie najpiękniejsze wdzianka, ale takie z pozoru eleganckie, a w efekcie ograniczające. Bo to wszystko ładne kawałki, niewykluczone, że kiedyś sobie posłucham w tle, ba, teraz, kiedy jestem w słabej formie, słucha mi się tego dobrze. Red Letter Day przynosi mocne klawisze na dzień dobry, jednostajne (znów!) wokal (można by go wystawić na pierwszy plan) i tempo, goście chyba nadawali się do ciekawszej muzyki niż ta. Chyba najbardziej wyrazisty kawałek jak dotąd, fajna sekcja instrumentalna, keyboardy, przejście bez przejścia, ciekawa linia wokalu. Ma w sobie coś z jakiejś muzyki filmowej. Fajny kawałek!
In Northern Skies zaczyna się bardzo przyjemnie (jak wszystko tutaj poza otwieraczem). Zwracają uwagę krótkie intra lub ich brak - brak wprowadzenia w klimat płyty. Więcej prezentowania instrumentów, a nie wokalu, brzmi solidnie, aż się przypominają różne polskie cuda, ma klimacik, jest lekko, nastrojowo, ciekawa rzecz. Płyta się rozkręca (tylko szkoda, że po takim początku, a nie od razu). Jest nawet outro! Wcześniej takich rzeczy nie było, a szkoda. Singing The Praises of Finer Things zaczyna się dobrze (czemu tu nie ma wyrazistszego basu!?) A potem jest to samo, co wcześniej, no, nie odróżniłbym tych kawałków po tytułach, wszystkie bardzo podobne do siebie, z jednej bajki (choć tu mamy chórek rodem z jakiejś rewii). I jest ładne outro.
All My Prayers ma wejście totalnie z kosmosu, klimat kawałka zepsuty zanim się na dobre zaczął, chórki są dziwne, nie podobają się za bardzo, nadają niepotrzebnej wzniosłości. Panowie chcieli coś zmienić, ale za późno. Jakby początek płyty szedł na wystawę, a reszta do skrzyni ze skarbami... wcale zresztą nie tak bogatej, jak się zapowiadała. Mamy te charakterystyczne, miękkie keyboardy, mocne uderzenia, wyrazisty bit podany w skromny sposób. I can't shake this feeling... ja też nie. Age Old Need jest inny niż inne, z innej bajki, dużo bardziej stonowane brzmienie, keyboardy i bit, które tworzyły przez wszystkie poprzednie numery zawiesinę przylepiającą się do wszystkiego, teraz się pochowały, można za to podziwiać wokalistę o miękkim głosie (wydaje mi się mało wyrazisty, ale może taka ekspozycja była wskazana wcześniej?) Wolne tempo, delikatniejsza od pozostałych piosenka, dobrze się słucha. Back Home przywołuje mi skojarzenia z Genesis (to ten wokal! chodzi mi o sposób śpiewania, nie o barwę, bo tej nie lubię, poza tym jest inna). Kawałek lżejszy bez tych keyboardów na pierwszym planie, lekki, bardziej przebojowy, w sumie to bardzo dobry zamykacz.
Ufff... wyjdę pewnie na marudę, ale nie o to mi chodzi, że płyta jest słaba, bo nie jest. Jest mało wyrazista i brakuje jakichś elementów przyciągających uwagę na dłużej. Początek taki sobie, ale im bliżej końca, tym ciekawsze propozycje się pojawiają. Może i dobrze, że to nie idzie w drugą stronę, że im dalej, tym gorzej. Generalnie jednak jestem lekko zawiedziony, przebojowe ejtisy okazały się mało przebojowe, bardziej chillowe, a i to nie do końca. No nic, mogło być gorzej, zabieram ze sobą drugą połowę płyty i idę spać. Dobranoc.
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dobranoc, pchły na noc.
No to teraz ktoś MUSIAŁby to podsumować jeszcze
No to teraz ktoś MUSIAŁby to podsumować jeszcze
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
No jestem. Muszę przyznać, że jestem lekko zaskoczony odbiorem Waszym, albowiem obstawiałem 3 osoby, którym się ten album powinien spodobać. I... wszystkim trzem się właściwie nie spodobał xD Za to spodobał się na pewno jednej, co do której miałem wątpliwości, i raczej obstawiałbym, że będzie na "nie". O Hiena się nie bałem, albowiem znał już tę płytę wcześniej dzięki mnie - na co oczywiście zwrócił uwagę - byłem jednak ciekaw odświeżenia jego opinii. No cóż, o ile patrząc na sprawę obiektywnie byłbym w stanie jako-tako się zgodzić z tym, że sporo rzeczy brzmi tutaj podobnie, to jednak widzę też, że czasem zdawałoby się uniwersalny duch albumu jest uczuciem baaardzo subiektywnym. No nic, następna moja wrzuta płytowa będzie w zupełnie innym klimacie (a na pewno tak planuję), co do tej... może ktoś kiedyś do niej wróci. Ja co jesień wracam z przyjemnością nieskrywaną. Wciąż dziękuję za wszelkie opinie ^^
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Najważniejsze dev, że Tobie się to podoba. Tego się trzymaj. Ja też przeżywałem ogromne porażki tam, gdzie mnie to najbardziej bolało. Nic nie poradzisz.
Najważniejsze, żeby każdy podszedł do tematu poważnie. Jak się nie da, to trudno. Gorzej by było, gdyby ktoś wydawał wyroki na szybcika, na skróty. Ja nigdy tak nie robię. Wolę żeby mnie opierniczano za opóźnianie, niż bym miał wydawać opinie pochopnie.
Najważniejsze, żeby każdy podszedł do tematu poważnie. Jak się nie da, to trudno. Gorzej by było, gdyby ktoś wydawał wyroki na szybcika, na skróty. Ja nigdy tak nie robię. Wolę żeby mnie opierniczano za opóźnianie, niż bym miał wydawać opinie pochopnie.
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Gites majonez, zatem jutro oficjalnie wyruszymy na Wyspy młodej Leokadii
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Zabiorę Was tam, gdzie stolicą Hawana
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
na munlupa
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Oficjalnie otwieram kolejeczkę dla Islands grupy King Crimson
Dragon pisze:07 wrz 2023 17:05Robert Fripp 2: Electric Boogaloo
King Crimson - Islands (1971)
Mam nadzieję, że w ten sposób wynagrodzę Karmazynowym Bogom wcześniejszy fuckup. O ile Easy Money po czasie wydaje się wyborem mooocno na wyrost, tak Wysepki mają u mnie utrwalony, stabilny status najlepszej płyty Latającego Cyrku Roberta Frippa. Jedna z niewielu rzeczy w ogóle, która pomimo upływu lat wywołuje ciarki, poważnie porusza i wzrusza. Red słuchałem z wypiekami pod koniec gimnazjum, tych odsłuchów mogło być za dużo, dziś czuję namiastkę dawnego wrażenia. ConstruKction of Light ma przede wszystkim paskudnego czwartego Larksa. Nie przejadę się z całą resztą, bo jest szansa, że sam w jakimś 2026 roku wrzucę drugą od nich, ale raczej nie wrzucę tych wspomnianych. Islands to majstersztyk bez żadnych zgrzytów, choć docierałem się z tą myślą latami.
Kiedyś przeczytałem tekst z ciekawą tezą, że strategią artystyczną Frippa, jego pomysłem na King Crimson jest coś w rodzaju porządkowania chaosu. Bardziej biegli w historii zespołu są świadomi zachodzących gwałtownych rewolucji stylistycznych, często na przestrzeni jednego roku nawet. Za czasów pierwszego King Crimson w pięć lat wydarzyły się przynajmniej trzy takie rewolucyjne zwroty. Tu znowu inny wokalista, inni instrumentaliści, tylko Fripp ten sam, chętny do rozpieprzenia w parę miesięcy kolejnego znakomitego składu. Idzie wybaczyć, gdy później w innych konfiguracjach dalej robił dobrą muzykę. Dla mnie punkt kulminacyjny tego pozytywnego wariactwa przy całej toksycznej otoczce znajduje się na krążku wydanym w 1971 roku. Spoiwem dla wszystkich dotychczas wydanych rzeczy był jeszcze tekściarz Sinfield, ale i on zniknął po wydaniu Wysp. Tutaj z chaosu wynika pomysł na płytę i na poszczególne utwory. Jedna z tych niewielu, gdzie melotron w tle wydaje tak potężne, wcale nieoczywiste dźwięki, a pozornie proste piosenki przypominają luźno napisane szkice w 5 minut, ale są wykonane z nieprawdopodobnym wyczuciem, choć pewnie nie należą do najłatwiejszych. Cisza też jest pełnoprawnym instrumentem. W czterdzieści minut na pięciu rozdziałach rozpisano jedną z piękniejszych płyt, jakie kiedykolwiek słyszałem. Na początku przygody z King Crimson słuchałem ich dość wybiórczo. Najpierw debiut, potem Wake of Poseidon, od którego lekko się odbiłem - wrażenie odtwórczości było całkiem spore. Dla zaskoczenia siadłem do Larksa, ruszyłem dalej w epokę Wettona na wokalu. Nie pamiętam czy dalej były ejtisy czy krok do tyłu z Lizardem i Wyspami właśnie. Jakaś końcówka gimnazjum, puściły głębsze emocje związane z paroma relacjami w szkole. Pierwsze poważne rozczarowania przyniosły specyficzne otępienie. Wolałem się zaszyć w muzyce (jako młodziutki twórca i słuchacz) niż spędzać czas z ludźmi. Wyspy zostały ze mną najdłużej jako najlepsze lekarstwo na różne momenty w życiu.
Pierwsze było Ladies on the Road. Nie interesuje mnie zdanie ludzi z rozdeptanymi uszami na ten temat. Zadziałało zaskoczenie, że pod szyldem KC mógł wyjść kawałek z dość frywolnym tekstem. Nie tylko smutki, ale też bardziej przyziemne potrzeby. Nigdy nie słyszałem tak ostro brzmiącego saksofonu. Wrażenie robił też oczywisty kontrast - tu lżej nerwowe zwrotki, tam bardziej sielskie, a między tym wszyta agresywna energia. Tak, od tego się zaczęło, a potem było tylko lepiej. Niby Formentera Lady i Sailor Tale to osobne były, ale ja traktuję oba jako jeden potężny jazzowy utwór. Niepokojący start, ale z czasem robi się bardziej odlotowo. Mniej nieprzystępne piosenkowe wrażenie, a potem spokojnie podawany rytm i parada znakomitych partii. Czego tu nie ma - kontrabas, flet, rozbiegane pasaże na fortepianie, dalej sopranowe wokalizy, charakterystyczna gitara Frippa, saksofon. Nauczyłem się, że właściwym przejściem jest moment z samą perkusją, choć w zasadzie ta psychodeliczna opowieść nie słabnie. Już wielokrotnie w ramach bestek mieliśmy do czynienia z muzycznymi baśniami, ale jeszcze nie na taką modłę. Lubię tę płytę za współdziałanie różnych elementów. Tu instrumenty podają w inny sposób te same melodie, co wokalista. Boz Burrell tutaj brzmi dość kojąco i przyjemnie. Nie zawsze tak będzie. Sailor Tale to już instrumentalna jazda bez trzymanki. Kluczowy jest bas, hałaśliwa gitara, choć saksofon też nie stoi z boku. Oczywiście później idzie melotron - taki subtelny znak, że to akurat ja proponuję tę płytę. Dać sobie dwanaście minut dla właściwego uderzenia, które robi robotę.
Zakładam, że najwięcej wątpliwości może wzbudzić Prelude: Song of the Gulls. Pochodzi z innego świata, jakby wyciągnięty ze znacznie większej całości jakiegoś klasycznego dzieła. Proponuję potraktować to jako wyciszenie przez drugim poważnym złamaniem serca. Pierwsze przyjdzie razem z The Letters. Gwałtownych zmian jest tam bez liku. Najbardziej porusza mnie jednak interpretacja wokalna. Bardzo blisko tutaj do poezji śpiewanej, czegoś na granicy scenicznego wydarzenia pełną gębą. Mały dramat w warstwie instrumentalnej i na wokalu. Sugestywna gitara, a w mostkach znowu wyraźne perkusyjne bicia i saksofon z przodu. W gąszczu emocji zrobi się dziwnie spokojnie, gdy nagle wejdzie ta jedna linijka, po której wiadomo czy jesteś już na Wyspie czy jeszcze błądzisz niewiadomo gdzie. Na koniec czeka tytułowa ballada ewoluująca w ekpresyjne jazz-rockowe granie. Nie lubię za bardzo trąbki, ale kiedy po wokalach kornet właściwie powtarza wokalną partię... do dziś często zbierają mi się łzy do uczu. Razem z tłem budowanym na fisharmonii [?!?, kolejny genialny instrument] przez Frippa robi się tu głęboko uduchowiona atmosfera. Jedna z piękniejszych melodii w ogóle, a później jeszcze oczyszczający finał. Popisowe połączenie brzmień, na które trzeba mieć pomysł i odwagę. Wielokrotnie na poważne smutki zderzałem się z The Letters i Islands, za każdym razem po wszystkim z trochę bardziej podniesioną głową, ale też pewnie z wyraźnie widocznymi emocjami na twarzy.
Ni to jazz, ni to rock. Ni to rozbudowane instrumentalne improwizacje, ni to krótkie, zwarte "proste" utwory. Spójnie brzmiący materiał wykorzystujący tak wiele różnych brzmień, inspiracji. Miło mieć Wyspy na półce. W zeszłym roku na pewno zdarzyła im się wycieczka do Wrocławia, tam też wybrzmiały obok innych osobistych klasyków jak Oxygene 7-13 czy Tangram (bo Rubyconu jeszcze nie kupiłem). Myślę, że późne Talk Talk odrobiło lekcje z aktywnego odsłuchu tej płyty. Mam nadzieję, że pomimo pewnych trudności, które z pewnością napotkacie w trakcie słuchania, ostatecznie znajdziecie tu coś dla siebie. Jak best of, to best of.
PS Ja przez większość czasu słuchałem Islands bez jakiegokolwiek interluda na końcu. Właściwie zawsze go pomijam. Mała ciekawostka oddająca w pewnym promilu atmosferę w studiu, ale mnie trochę drażni. Proponuję posłuchać raz i potem odpuścić, chyba że komuś taki muzyczny powrót do rzeczywistości przypadnie do gustu. Nie przywiązywałbym do niego zbyt dużej wagi... a najlepiej to po prostu ściągnijcie sobie od kolegi na dysk.
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... kzOEoH_BVC
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
King Crimson - Islands
Z dotychczasowych doświadczeń z King Crimson jakie miałem - a miałem je jedynie za sprawą tego forum - całkiem nieźle wspominam wrzutki mentosowe, nie pamiętam już prawie za to smoczej wrzuty z utworów która wydawała mi się po prostu rzetelna (chociaż ok, przyznam się, próbowałem po czasie wrócić do Discipline i ze zdziwieniem stwierdziłem że jakoś nie mam ochoty słuchać tej płyty, NAWET hołubionego przeze mnie wówczas The Sheltering Sky, dziwny obrót spraw). Dragon w opisie obiecywał sobie naprawić swój błąd i podnieść poprzeczkę albumem, z lekką obawą ale i ciekawością - bo KC interesującą muzę grali - wybrałem się biletem last minute na karmazynowe Wyspy (w samolocie dla wprowadzenia w klimat obowiązkowo słuchałem Leosi).
Album otwiera Formentera Lady przy akompaniamencie wiolonczeli (na moje ucho, creditsy wspominają coś o skrzypcach?). Następnie w asyście podążają flet i fortepian, jakieś dzwonki pobrzękują również w tle. Wszystko to brzmi jak melodie wyłaniające się z mroku nocy. Spokojny wokal snuje opowieść. Bardzo pasuje mi brzmienie tego fortepianu, tak krystalicznie czyste. Po wstępie nadchodzi spokojny groove, wokalista kontynuuje swą opowieść, ten rytm na chwilę znika a gdy powraca dochodzi jeszcze pobrzękująca spokojnie gitara. Z czasem zjawia się też saks, to wszystko naprawdę bardzo dobrze brzmi muszę przyznać, klimat jest wybitnie late night jak dla mnie i Dragon może śmiechnąć ale znów przychodzi mi do głowy to Affenstunde grupy Popol Vuh którego już w sumie nie pamiętam nawet ale słuchałem kiedyś na nocce w pracy i zdaje się miało podobny klimat. Naprawdę solidne otwarcie albumu i podoba mi się to płynne przejście w drugi utwór na płycie, niezauważalne jeśli ktoś nie zerka na track listę przy odsłuchu. Kiedy wchodzi Sailor's Tale człowiek bardziej ma wrażenie że oto nadchodzi instrumentalna coda albumowego otwieracza. Tempo przyspiesza, brzmienie się intensyfikuje. Wszystko potem się nagle przerywa i wchodzi skradający się segment utworu, niby powolny groove okraszony ostrymi zagraniami na gitarze. Ostatecznie całość eksploduje w żywszym graniu, robi się jazda bez trzymanki, odrobinę rozczarowuje mnie ta przymusowa, jeszcze intensywniejsza kulminacja, mam wrażenie że tu o jeden bieg za dużo na końcu wrzucono. Mimo wszystko całość robi bardzo dobre wrażenie. The Letters zaczyna sie spokojną smutną opowieścią o złamanym sercu po którym wchodzi dopiero mocniejszy akcent saksofonu (świetnie brzmiącego zresztą). Następuje instrumentalne przejście po którym otrzymujemy akt 2 melodramatu, odpowiedź zranionej żony. Bardzo zgrabna opowiastka!
Wchodzimy na drugą stronę płyty frywolnym jak zauważył sam OP utworem Ladies of the Road. Tu tematyka dużo lżejsza i przyjemniejsza niż w poprzednim utworze, jest o wiele przyziemniej. Ale struktura początkowo podobna, spokojny wstęp, potem żywsze uderzenie saksem po uszach. Kiedy z wyższym wokalem wchodzi druga zwrotka aż na chwilę mam wrażenie jakbym słyszał Roberta Planta, ogólnie trochę Zeppelinowy vibe tu czuję. Podoba mi się ten delikatny refren, w ogóle fajnie że taki moment luzu wkrada się na tym albumie dla przeciwwagi. Saksofon - jako że za wiele takiej 70sowej muzy w życiu nie słuchałem - kojarzy mi się z Pink Floyd z kolei. Przy przedostatnim na albumie Preludium mam moment Mandeli, pamiętam że przy pierwszym odsłuchu zwróciłem na niego uwagę najbardziej i dziwiłem się że tak nie podobał się Dragonowi. Potem z kolei sam byłem zaskoczony tym pierwszym odbiorem bo numer faktycznie odstaje zdrowo od albumu, wczoraj słuchając uważałem że przynudza wręcz, teraz moja opinia się gdzieś wypośrodkowuje. Jest to ładny, lekki, liryczny przerywnik, jak balonik z helem przywiązany do ciężaru reszty albumu, odciążający go nieco. Islands to taki melancholijny ale nie jakoś bardzo smutny moim zdaniem epilog tej opowieści. Podoba mi się ta melancholia w głosie wokalisty, obrazuję sobie samotną wyspę na morzu i jakąś chatkę nad jego brzegiem gdzie po różnych przeżyciach wraz z ukochaną znalazł dla siebie bezpieczną przystań. Instrumentalne outro z fisharmonią i kornetem jest piękne, dla mnie tak brzmi happy end, ba, widziałbym nawet zgrabne zastosowanie dla takiego numeru na jakimś ślubie.
Zabawna sprawa na koniec - byłem przekonany że to interludium gadane na końcu jest już częścią osobnej bonusowej ścieżki na płycie (słuchałem na Spoti i potem wchodzą Studio Sessions) a patrząc w track listę widzę że jest to doklejone na końcu ostatniego numeru - cóż za bezsens, ba, profanacja trochę tak wyrywać słuchacza z tego transu kiedy on zbiera się z podłogi, ociera te łzy itede itepe.
Kurde ciekawa sprawa z tą płytą bo podchodziłem do niej z lekką rezerwą, spodziewałem się jakiegoś sandałowego grania - ok jest może tu taki specyficzny kurz, albo inaczej, to bardziej coś takiego jak aromat papieru w starej książce - było to przyjemne doznanie. Jak dla mnie ta płyta to jest coś na miarę takiego nocnego słuchowiska radiowego, tu jak wspominał Dragon gra też miejscami cisza, przestrzeń (aż mnie teraz natchnął by jeszcze namieszać w bestce utworowej czymś takim co wciąż czeka na swój moment), lubię takie zabiegi. Ja się w ogóle nie znudziłem przy tych odsłuchach, groweruje niesamowicie szybko ta płyta gdyż po prostu jest no... doskonała! To było naprawdę easy listening experience i dla takich albumów się czeka w tej bestce jak dla mnie. Potrzebowałem takiej płyty teraz, ogólnie siedzi mi taki liryczny vibe (wejście w Islands z mojej fazy na wrzutkę Kelly Family może brzmieć zabawnie ale było płynne i przyjemne). Świetnie wyważone akcenty, jednak jakaś różnorodność jest, płyta nie jest długa więc nie męczy, tylko siedzieć i słuchać. Trochę w szoku jestem, no zobaczymy jak to się z czasem ułoży bo propsowałem trochę Discipline a powrót był potem bolesny i nieudany pamiętam. Tu mam większe poczucie obcowania z dziełem spójnym i zachęcającym do słuchania go w całości. Zaskoczenie, rewelacyjna wrzutka, polecam tego forumowicza.
Z dotychczasowych doświadczeń z King Crimson jakie miałem - a miałem je jedynie za sprawą tego forum - całkiem nieźle wspominam wrzutki mentosowe, nie pamiętam już prawie za to smoczej wrzuty z utworów która wydawała mi się po prostu rzetelna (chociaż ok, przyznam się, próbowałem po czasie wrócić do Discipline i ze zdziwieniem stwierdziłem że jakoś nie mam ochoty słuchać tej płyty, NAWET hołubionego przeze mnie wówczas The Sheltering Sky, dziwny obrót spraw). Dragon w opisie obiecywał sobie naprawić swój błąd i podnieść poprzeczkę albumem, z lekką obawą ale i ciekawością - bo KC interesującą muzę grali - wybrałem się biletem last minute na karmazynowe Wyspy (w samolocie dla wprowadzenia w klimat obowiązkowo słuchałem Leosi).
Album otwiera Formentera Lady przy akompaniamencie wiolonczeli (na moje ucho, creditsy wspominają coś o skrzypcach?). Następnie w asyście podążają flet i fortepian, jakieś dzwonki pobrzękują również w tle. Wszystko to brzmi jak melodie wyłaniające się z mroku nocy. Spokojny wokal snuje opowieść. Bardzo pasuje mi brzmienie tego fortepianu, tak krystalicznie czyste. Po wstępie nadchodzi spokojny groove, wokalista kontynuuje swą opowieść, ten rytm na chwilę znika a gdy powraca dochodzi jeszcze pobrzękująca spokojnie gitara. Z czasem zjawia się też saks, to wszystko naprawdę bardzo dobrze brzmi muszę przyznać, klimat jest wybitnie late night jak dla mnie i Dragon może śmiechnąć ale znów przychodzi mi do głowy to Affenstunde grupy Popol Vuh którego już w sumie nie pamiętam nawet ale słuchałem kiedyś na nocce w pracy i zdaje się miało podobny klimat. Naprawdę solidne otwarcie albumu i podoba mi się to płynne przejście w drugi utwór na płycie, niezauważalne jeśli ktoś nie zerka na track listę przy odsłuchu. Kiedy wchodzi Sailor's Tale człowiek bardziej ma wrażenie że oto nadchodzi instrumentalna coda albumowego otwieracza. Tempo przyspiesza, brzmienie się intensyfikuje. Wszystko potem się nagle przerywa i wchodzi skradający się segment utworu, niby powolny groove okraszony ostrymi zagraniami na gitarze. Ostatecznie całość eksploduje w żywszym graniu, robi się jazda bez trzymanki, odrobinę rozczarowuje mnie ta przymusowa, jeszcze intensywniejsza kulminacja, mam wrażenie że tu o jeden bieg za dużo na końcu wrzucono. Mimo wszystko całość robi bardzo dobre wrażenie. The Letters zaczyna sie spokojną smutną opowieścią o złamanym sercu po którym wchodzi dopiero mocniejszy akcent saksofonu (świetnie brzmiącego zresztą). Następuje instrumentalne przejście po którym otrzymujemy akt 2 melodramatu, odpowiedź zranionej żony. Bardzo zgrabna opowiastka!
Wchodzimy na drugą stronę płyty frywolnym jak zauważył sam OP utworem Ladies of the Road. Tu tematyka dużo lżejsza i przyjemniejsza niż w poprzednim utworze, jest o wiele przyziemniej. Ale struktura początkowo podobna, spokojny wstęp, potem żywsze uderzenie saksem po uszach. Kiedy z wyższym wokalem wchodzi druga zwrotka aż na chwilę mam wrażenie jakbym słyszał Roberta Planta, ogólnie trochę Zeppelinowy vibe tu czuję. Podoba mi się ten delikatny refren, w ogóle fajnie że taki moment luzu wkrada się na tym albumie dla przeciwwagi. Saksofon - jako że za wiele takiej 70sowej muzy w życiu nie słuchałem - kojarzy mi się z Pink Floyd z kolei. Przy przedostatnim na albumie Preludium mam moment Mandeli, pamiętam że przy pierwszym odsłuchu zwróciłem na niego uwagę najbardziej i dziwiłem się że tak nie podobał się Dragonowi. Potem z kolei sam byłem zaskoczony tym pierwszym odbiorem bo numer faktycznie odstaje zdrowo od albumu, wczoraj słuchając uważałem że przynudza wręcz, teraz moja opinia się gdzieś wypośrodkowuje. Jest to ładny, lekki, liryczny przerywnik, jak balonik z helem przywiązany do ciężaru reszty albumu, odciążający go nieco. Islands to taki melancholijny ale nie jakoś bardzo smutny moim zdaniem epilog tej opowieści. Podoba mi się ta melancholia w głosie wokalisty, obrazuję sobie samotną wyspę na morzu i jakąś chatkę nad jego brzegiem gdzie po różnych przeżyciach wraz z ukochaną znalazł dla siebie bezpieczną przystań. Instrumentalne outro z fisharmonią i kornetem jest piękne, dla mnie tak brzmi happy end, ba, widziałbym nawet zgrabne zastosowanie dla takiego numeru na jakimś ślubie.
Zabawna sprawa na koniec - byłem przekonany że to interludium gadane na końcu jest już częścią osobnej bonusowej ścieżki na płycie (słuchałem na Spoti i potem wchodzą Studio Sessions) a patrząc w track listę widzę że jest to doklejone na końcu ostatniego numeru - cóż za bezsens, ba, profanacja trochę tak wyrywać słuchacza z tego transu kiedy on zbiera się z podłogi, ociera te łzy itede itepe.
Kurde ciekawa sprawa z tą płytą bo podchodziłem do niej z lekką rezerwą, spodziewałem się jakiegoś sandałowego grania - ok jest może tu taki specyficzny kurz, albo inaczej, to bardziej coś takiego jak aromat papieru w starej książce - było to przyjemne doznanie. Jak dla mnie ta płyta to jest coś na miarę takiego nocnego słuchowiska radiowego, tu jak wspominał Dragon gra też miejscami cisza, przestrzeń (aż mnie teraz natchnął by jeszcze namieszać w bestce utworowej czymś takim co wciąż czeka na swój moment), lubię takie zabiegi. Ja się w ogóle nie znudziłem przy tych odsłuchach, groweruje niesamowicie szybko ta płyta gdyż po prostu jest no... doskonała! To było naprawdę easy listening experience i dla takich albumów się czeka w tej bestce jak dla mnie. Potrzebowałem takiej płyty teraz, ogólnie siedzi mi taki liryczny vibe (wejście w Islands z mojej fazy na wrzutkę Kelly Family może brzmieć zabawnie ale było płynne i przyjemne). Świetnie wyważone akcenty, jednak jakaś różnorodność jest, płyta nie jest długa więc nie męczy, tylko siedzieć i słuchać. Trochę w szoku jestem, no zobaczymy jak to się z czasem ułoży bo propsowałem trochę Discipline a powrót był potem bolesny i nieudany pamiętam. Tu mam większe poczucie obcowania z dziełem spójnym i zachęcającym do słuchania go w całości. Zaskoczenie, rewelacyjna wrzutka, polecam tego forumowicza.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
King Crimson – Islands
Nie słuchałem „Islands” od bardzo dawna, więc z radością skorzystałem z okazji żeby wrócić, bo wiedziałem, że to jest dobra płyta. Moja opinia, o ile się zmieniła, to tylko na lepsze. Generalnie, co będę jeszcze w swoim czasie powtarzał, uważam że największym talentem Roberta Frippa nie była gra na gitarze, czy komponowanie, ale otaczanie się doskonałymi i inspirującymi muzykami, tekściarzami, kompozytorami, którzy de facto robili mu robotę. Nie inaczej jest tutaj. Ten konkretny skład nagrał jeden album i istniał tylko 2 lata. Jak na 1971 r., album brzmi nierealnie. Jest tu sporo typowych 70sów, ale przeplatanych rzeczami, których nikt w tamtym czasie nie próbował. No co będę się rozpisywał, pasuje mi mocno tamte King Crimson, zresztą mało które KC mi nie pasuje.
„Formentera Lady” zaczyna się jak ost z jednej z moich ulubionych gier – Vampyr – kontrabas robi robotę wprowadzając w gruby klimat. A potem wchodzą flety i mam z miejsca flashbacki z płyty „Flowermouth” no-man, bo ta sama osoba gra na obu albumach – Mel Collins. Tych zagrywek nie da się pomylić. Burrel śpiewa bardzo delikatnie, bardzo w stylu debiutu KC. Potem wchodzą typowe lata 70, czuję się zadomowiony w tych klimatach. Robi się niemal folkowo. Keith Tippett na pianinie, z jednej strony trochę się popisuje szopenizmem, ale nie do tego stopnia żeby nazwać to zwykłym wankerstwem, jest w tym melodia i jakiś sens. Końcówka to klasyczna psychodelia w wykonaniu KC, bardzo robi mi ten delikatny free jazz i okrzyki na tle jednostajnego groove’u. O ile dobrze wyczytałem, Paulina Lucas na drugim wokalu pod koniec, klimat nie z tej ziemi. Kawałek mógłby spokojnie ciągnąć się tak jeszcze z 5 minut.
Płynne przejście w „Sailor’s Tale”, które mogłem usłyszeć na żywo w 2016 r., ale powiem szczerze, że niewiele z tego pamiętam. Długie, rozimprowizowane intro, zabieg który próbował parę razy imitować Steven Wilson, ale bez wyjątkowych rezultatów (natomiast jego miksy albumów KC są fenomenalne). Tutaj jest to zdecydowanie bardziej strawne, bardziej jako szczery środek niż próba robienia czegoś w konkretnej, wypróbowanej przez kogoś wcześniej stylizacji. Rytmiczne gitary, które potem wchodzą brzmią kosmicznie, jak na tamte czasy. Charakterystyczny mellotron pobrzmiewa w tle. Momentami przypomina mi to Massacre. Końcówka niemal jak outro „The Family and the Fishing Net” Gabriela.
„The Letters” też grali na koncercie King Crimson, na którym byłem i też tego praktycznie nie pamiętam, a utwór jest bardzo dobry. Klimat początku zahacza lekko o „Moonchild”, mój ulubiony numer z debiutu, oczywiście do czasu kiedy wchodzą lizardowe dęciaki. Środek to powrót do jazzowego podejścia, jest saksik Collinsa, trochę w miarę kontrolowanego chaosu muzycznego, który jednak bardzo mi odpowiada. Na koniec popis wokalny Burrela (basowy też).
„Ladies of the Road” ma bardzo fajny, barowy klimat. Fragmenty brzmią niemal jak wyjęte z kawałków The Beatles, inne zaś jak coś, co by mógł nagrać Roger Waters na „Wish You Were Here” lub „Animals”. Bardzo ładnie zaaranżowany i skomponowany numer, w większości wyjątkowo zwarty jak na ten album, chociaż bliżej końca Fripp pozwala sobie na trochę atonalnych solówek, podobnie jak Mel Collins.
„Song of the Gulls” to dosyć ostry zakręt w rejony bliskie muzyki poważnej, no ale w końcu progresywny rock. Przyjemna i bogata muzyka, nie mam wiele więcej do napisania.
„Islands” to ukoronowanie tego co się do tej pory działo na tym albumie. Utwór sunie sobie powoli, konsekwentnie pojawiają się kolejne instrumenty, piękne melodie płyną jedna za drugą. O dziwo, nie mam za dużo do napisania o tym, co by nie mówić, dosyć długim kawałku, ponadto co napisałem powyżej. Tu nie ma co gadać, tu trzeba słuchać i się rozkoszować. Piękny finał, bardzo dobrego albumu King Crimson.
Tamta reinkarnacja zespołu była wyjątkowa, ale szanuję, że Fripp zdecydował się iść dalej, w innym kierunku, z innymi ludźmi. „Islands” na stałe zostanie zapamiętane jako jedna z tych najlepszych płyt KC, przynajmniej przeze mnie.
Ps. Polecam Smokowi, jeśli nie sprawdzał, box „Islands” sprzed paru lat, jest tam dużo naprawdę interesujących i przyjemnych dla ucha rzeczy z tego okresu działalności zespołu.
Nie słuchałem „Islands” od bardzo dawna, więc z radością skorzystałem z okazji żeby wrócić, bo wiedziałem, że to jest dobra płyta. Moja opinia, o ile się zmieniła, to tylko na lepsze. Generalnie, co będę jeszcze w swoim czasie powtarzał, uważam że największym talentem Roberta Frippa nie była gra na gitarze, czy komponowanie, ale otaczanie się doskonałymi i inspirującymi muzykami, tekściarzami, kompozytorami, którzy de facto robili mu robotę. Nie inaczej jest tutaj. Ten konkretny skład nagrał jeden album i istniał tylko 2 lata. Jak na 1971 r., album brzmi nierealnie. Jest tu sporo typowych 70sów, ale przeplatanych rzeczami, których nikt w tamtym czasie nie próbował. No co będę się rozpisywał, pasuje mi mocno tamte King Crimson, zresztą mało które KC mi nie pasuje.
„Formentera Lady” zaczyna się jak ost z jednej z moich ulubionych gier – Vampyr – kontrabas robi robotę wprowadzając w gruby klimat. A potem wchodzą flety i mam z miejsca flashbacki z płyty „Flowermouth” no-man, bo ta sama osoba gra na obu albumach – Mel Collins. Tych zagrywek nie da się pomylić. Burrel śpiewa bardzo delikatnie, bardzo w stylu debiutu KC. Potem wchodzą typowe lata 70, czuję się zadomowiony w tych klimatach. Robi się niemal folkowo. Keith Tippett na pianinie, z jednej strony trochę się popisuje szopenizmem, ale nie do tego stopnia żeby nazwać to zwykłym wankerstwem, jest w tym melodia i jakiś sens. Końcówka to klasyczna psychodelia w wykonaniu KC, bardzo robi mi ten delikatny free jazz i okrzyki na tle jednostajnego groove’u. O ile dobrze wyczytałem, Paulina Lucas na drugim wokalu pod koniec, klimat nie z tej ziemi. Kawałek mógłby spokojnie ciągnąć się tak jeszcze z 5 minut.
Płynne przejście w „Sailor’s Tale”, które mogłem usłyszeć na żywo w 2016 r., ale powiem szczerze, że niewiele z tego pamiętam. Długie, rozimprowizowane intro, zabieg który próbował parę razy imitować Steven Wilson, ale bez wyjątkowych rezultatów (natomiast jego miksy albumów KC są fenomenalne). Tutaj jest to zdecydowanie bardziej strawne, bardziej jako szczery środek niż próba robienia czegoś w konkretnej, wypróbowanej przez kogoś wcześniej stylizacji. Rytmiczne gitary, które potem wchodzą brzmią kosmicznie, jak na tamte czasy. Charakterystyczny mellotron pobrzmiewa w tle. Momentami przypomina mi to Massacre. Końcówka niemal jak outro „The Family and the Fishing Net” Gabriela.
„The Letters” też grali na koncercie King Crimson, na którym byłem i też tego praktycznie nie pamiętam, a utwór jest bardzo dobry. Klimat początku zahacza lekko o „Moonchild”, mój ulubiony numer z debiutu, oczywiście do czasu kiedy wchodzą lizardowe dęciaki. Środek to powrót do jazzowego podejścia, jest saksik Collinsa, trochę w miarę kontrolowanego chaosu muzycznego, który jednak bardzo mi odpowiada. Na koniec popis wokalny Burrela (basowy też).
„Ladies of the Road” ma bardzo fajny, barowy klimat. Fragmenty brzmią niemal jak wyjęte z kawałków The Beatles, inne zaś jak coś, co by mógł nagrać Roger Waters na „Wish You Were Here” lub „Animals”. Bardzo ładnie zaaranżowany i skomponowany numer, w większości wyjątkowo zwarty jak na ten album, chociaż bliżej końca Fripp pozwala sobie na trochę atonalnych solówek, podobnie jak Mel Collins.
„Song of the Gulls” to dosyć ostry zakręt w rejony bliskie muzyki poważnej, no ale w końcu progresywny rock. Przyjemna i bogata muzyka, nie mam wiele więcej do napisania.
„Islands” to ukoronowanie tego co się do tej pory działo na tym albumie. Utwór sunie sobie powoli, konsekwentnie pojawiają się kolejne instrumenty, piękne melodie płyną jedna za drugą. O dziwo, nie mam za dużo do napisania o tym, co by nie mówić, dosyć długim kawałku, ponadto co napisałem powyżej. Tu nie ma co gadać, tu trzeba słuchać i się rozkoszować. Piękny finał, bardzo dobrego albumu King Crimson.
Tamta reinkarnacja zespołu była wyjątkowa, ale szanuję, że Fripp zdecydował się iść dalej, w innym kierunku, z innymi ludźmi. „Islands” na stałe zostanie zapamiętane jako jedna z tych najlepszych płyt KC, przynajmniej przeze mnie.
Ps. Polecam Smokowi, jeśli nie sprawdzał, box „Islands” sprzed paru lat, jest tam dużo naprawdę interesujących i przyjemnych dla ucha rzeczy z tego okresu działalności zespołu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jak tam Wyspy? Chyba towarzystwo ma zaparcie po Young Leosi heh
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
King Crimson - Islands
Mój pierwszy kontakt z zespołem King Crimson miał miejsce kilka lat temu, gdy w związku z rekomendacją Hiena ściągnąłem sobie album THRAK. Posłuchałem, nie spodobało mi się i zapomniałem o tym zespole. Potem przyszły bestki i Mentos zapodał Discipline. I o dziwo bardzo dobrze odebrałem ten album. Naprawdę sam byłem zaskoczony, że tak weszło. Potem był jeszcze utwór, ale kompletnie go nie pamiętam. No i teraz kolejny kontakt z KC czyli Islands. Byłem ciekaw, jak będzie tym razem.
Od początku miałem z tym albumem mocno pod górę. Murzyn zachwalał mi ten album, a mnie mocno od niego odpychało. Jedynie Prelude wydawało mi się ok i częściowo Islands. Od reszty się srogo odbiłem. Dlatego jak mam w zwyczaju w takich wypadkach robię sobie dłuższe przerwy w odsłuchach nie śpiesząc się z recenzją.
Przypomnę Wam jeszcze, że przez całe życie stroniłem od rocka progresywnego, jazzu, muzyki poważnej. I od wszystkiego, co było starsze ode mnie. Owszem od jakiegoś czasu lubię Wilsona i jego projekty, ale też nie w stu procentach. Są albumy Porcupine Tree, które bardzo lubię, ale są i takie, których nie lubię albo lubię tylko częściowo. Więc fanem muzyki progresywnej nigdy bym się nie nazwał.
Wracałem więc co parę dni niechętnie do Islands w międzyczasie czytając opis Dragona i pierwsze recenzje. I przy bodaj piątym odsłuchu coś drgnęło. Zainteresował mnie najpierw nieco pierwszy utwór. Pomyślałem, ze w sumie ta wyśpiewywana melodia jest całkiem całkiem. Szybko przesłuchałem album kolejny raz i pomalutku zaczęły do mnie przemawiać też i inne utwory. Tak, jak ktoś takiej muzyki nie słuchał, to ona może na początku odrzucać. Ale muzyka to takie coś, czemu czasami trzeba po prostu dać czas i szansę. A nawet kilka szans nie odrzucając jej pochopnie. Teraz jestem po około 9-10 odsłuchach, więc mogę z czystym sumieniem napisać, że to bardzo dobry album. Choć uczciwie też uprzedzę, że są momenty, które mi nie pasują. Nie wpływają jednak one ostatecznie na odbiór całości. Nie miałem z nim łatwo, ale po raz kolejny się udało. Jasne, że to nie będzie dla mnie muzyka pierwszego wyboru, że nie będę do niej wracał tak często, jak do moich ulubieńców. Ale będę wracał na pewno kiedy najdzie mnie ochota na takie granie.
Formentera Lady to chyba w tej chwili mój ulubieniec z albumu. Piękne wejście kontrabasu. Dziwię się teraz, jak mogłem na początku nie docenić tej melodii. Przecież ona jest w dechę. Potem mamy całe bogactwo różnych instrumentów i brzmień. I wszystko tak misternie ze sobą dopasowane. Pięknie pogrywa flet. Hien pisze o skojarzeniach z No-man. No jasne, jak mogłem sam na to nie wpaść! Przecież to tak łudząco podobne do Animal Ghost. Piękne te zagrywki. Potem wchodzi spokojny i delikatny wokal. Na początku uważałem go za zupełnie nijaki. Teraz uważam, że jest wręcz idealny do tej opowieści. Bo ten utwór to dla mnie taka swoista opowieść. Bajkowa wręcz. Wokalista sobie podśpiewuje przy akompaniamencie tych różnych zwiewnych zagrywek, a ja się czuję, jakbym wędrował przez np. krainę Hobbitów. Albo inną bajkową krainę. Bo ten klimat naprawdę jest niezwykle bajkowy. W tle co rusz mamy jakieś fajne brzmienia. A to delikatnie przygrywa gitarka, a to saksofon, jakieś dzwonki, bębenki. Wszystko delikatne, nienachalne. No i ten kobiecy zawodzący wysoko głos. Na początku potwornie mnie to „wycie” irytowało. Teraz uważam, że robi klimat. Piękny utwór bez dwóch zdań. I pięknie połączony z Sailor’s Tale. W tym utworze jest szybciej i dynamiczniej. Fajnie gra bas i talerze. Chociaż brzmienie tych instrumentów dętych nie należy do moich ulubionych akurat. Saksofon też nie zachwyca. Na szczęście po dwóch minutach wszystko zwalnia. Robi się klimatycznie i przyjemnie. Gitary brzmią naprawdę dobrze. Potem utwór znowu to przyspiesza, to zwalnia aż do fajnego zakończenia. Te dęciaki na końcu brzmią bardzo niepokojąco, kreując klimat jak z Obcego.
The Letters wraca do spokojnych rejonów z otwieracza. Wokalista jakby wespół z delikatną gitarą kontynuował swoją wcześniejszą opowieść. Nagle atakuje ostro saksofon zabierając słuchacza z Shire prosto do Mordoru. Z jednej strony czuję lekki zawód, że wyrywa się mnie z tak błogiego klimatu. Z drugiej strony to jest przecież też dobre. Część instrumentalna utworu wkurzała mnie na początku. Wydawała mi się takim graniem dla sztuki. Ale jak się osłuchałem, to doceniam i ten fragment. W końcówce wraca wokal. Na początku agresywny i mocny, żeby potem złagodnieć i się ładnie wyciszyć.
Ladies of the Road podoba mi się nieco mniej od poprzedników, bo tutaj mamy już w pełni klimat lat 70’, których zwyczajnie nie lubię. To jest wciąż dobry utwór, ale klimatycznie mi mniej odpowiada. Już nie ma śladu po Hobbitach czy innych bajkowych klimatach, za to skojarzenia z tymi wszystkimi prastarymi znienawidzonymi przeze mnie zespołami. Na szczęście Prelude wraca na odpowiednie tory. Znów jest bajkowo. Bardzo przyjemny instrumentalny przerywnik.
Islands to kolejny akt tej klimatycznej opowieści. Ładna melodia, ładne pianino. Też nie przepadam zazwyczaj za kornetem, ale ten tutaj wypada genialnie. Ładnie gra klarnet. Bardzo lubię tak pięknie malowane dźwiękiem tła jak w tym utworze.
No cóż, dotarliśmy o końca tej muzycznej opowieści, a ja jestem znów zaskoczony. Na początku wszystko przemawiało na nie. Rok powstania albumu mnie straszył, muzyka straszyła. Potem powolutku zacząłem łapać ten klimat. Murzyn pewnie ma za mnie niezły ubaw, jak sobie przypomni moje wypowiedzi na temat Islands sprzed paru dni. Bo wtedy tylko narzekałem. Teraz się dziwię, że po dwóch odsłuchach naprawdę byłem gotów skreślić ten album. I zrobiłbym duży błąd. Islands wydawał mi się wtedy pełen niezrozumiałego chaosu. A to przecież piękna, spójna i klimatyczna muzyczna opowieść. Jedynie utwór nr 4 mi średnio tu pasuje.
Mój pierwszy kontakt z zespołem King Crimson miał miejsce kilka lat temu, gdy w związku z rekomendacją Hiena ściągnąłem sobie album THRAK. Posłuchałem, nie spodobało mi się i zapomniałem o tym zespole. Potem przyszły bestki i Mentos zapodał Discipline. I o dziwo bardzo dobrze odebrałem ten album. Naprawdę sam byłem zaskoczony, że tak weszło. Potem był jeszcze utwór, ale kompletnie go nie pamiętam. No i teraz kolejny kontakt z KC czyli Islands. Byłem ciekaw, jak będzie tym razem.
Od początku miałem z tym albumem mocno pod górę. Murzyn zachwalał mi ten album, a mnie mocno od niego odpychało. Jedynie Prelude wydawało mi się ok i częściowo Islands. Od reszty się srogo odbiłem. Dlatego jak mam w zwyczaju w takich wypadkach robię sobie dłuższe przerwy w odsłuchach nie śpiesząc się z recenzją.
Przypomnę Wam jeszcze, że przez całe życie stroniłem od rocka progresywnego, jazzu, muzyki poważnej. I od wszystkiego, co było starsze ode mnie. Owszem od jakiegoś czasu lubię Wilsona i jego projekty, ale też nie w stu procentach. Są albumy Porcupine Tree, które bardzo lubię, ale są i takie, których nie lubię albo lubię tylko częściowo. Więc fanem muzyki progresywnej nigdy bym się nie nazwał.
Wracałem więc co parę dni niechętnie do Islands w międzyczasie czytając opis Dragona i pierwsze recenzje. I przy bodaj piątym odsłuchu coś drgnęło. Zainteresował mnie najpierw nieco pierwszy utwór. Pomyślałem, ze w sumie ta wyśpiewywana melodia jest całkiem całkiem. Szybko przesłuchałem album kolejny raz i pomalutku zaczęły do mnie przemawiać też i inne utwory. Tak, jak ktoś takiej muzyki nie słuchał, to ona może na początku odrzucać. Ale muzyka to takie coś, czemu czasami trzeba po prostu dać czas i szansę. A nawet kilka szans nie odrzucając jej pochopnie. Teraz jestem po około 9-10 odsłuchach, więc mogę z czystym sumieniem napisać, że to bardzo dobry album. Choć uczciwie też uprzedzę, że są momenty, które mi nie pasują. Nie wpływają jednak one ostatecznie na odbiór całości. Nie miałem z nim łatwo, ale po raz kolejny się udało. Jasne, że to nie będzie dla mnie muzyka pierwszego wyboru, że nie będę do niej wracał tak często, jak do moich ulubieńców. Ale będę wracał na pewno kiedy najdzie mnie ochota na takie granie.
Formentera Lady to chyba w tej chwili mój ulubieniec z albumu. Piękne wejście kontrabasu. Dziwię się teraz, jak mogłem na początku nie docenić tej melodii. Przecież ona jest w dechę. Potem mamy całe bogactwo różnych instrumentów i brzmień. I wszystko tak misternie ze sobą dopasowane. Pięknie pogrywa flet. Hien pisze o skojarzeniach z No-man. No jasne, jak mogłem sam na to nie wpaść! Przecież to tak łudząco podobne do Animal Ghost. Piękne te zagrywki. Potem wchodzi spokojny i delikatny wokal. Na początku uważałem go za zupełnie nijaki. Teraz uważam, że jest wręcz idealny do tej opowieści. Bo ten utwór to dla mnie taka swoista opowieść. Bajkowa wręcz. Wokalista sobie podśpiewuje przy akompaniamencie tych różnych zwiewnych zagrywek, a ja się czuję, jakbym wędrował przez np. krainę Hobbitów. Albo inną bajkową krainę. Bo ten klimat naprawdę jest niezwykle bajkowy. W tle co rusz mamy jakieś fajne brzmienia. A to delikatnie przygrywa gitarka, a to saksofon, jakieś dzwonki, bębenki. Wszystko delikatne, nienachalne. No i ten kobiecy zawodzący wysoko głos. Na początku potwornie mnie to „wycie” irytowało. Teraz uważam, że robi klimat. Piękny utwór bez dwóch zdań. I pięknie połączony z Sailor’s Tale. W tym utworze jest szybciej i dynamiczniej. Fajnie gra bas i talerze. Chociaż brzmienie tych instrumentów dętych nie należy do moich ulubionych akurat. Saksofon też nie zachwyca. Na szczęście po dwóch minutach wszystko zwalnia. Robi się klimatycznie i przyjemnie. Gitary brzmią naprawdę dobrze. Potem utwór znowu to przyspiesza, to zwalnia aż do fajnego zakończenia. Te dęciaki na końcu brzmią bardzo niepokojąco, kreując klimat jak z Obcego.
The Letters wraca do spokojnych rejonów z otwieracza. Wokalista jakby wespół z delikatną gitarą kontynuował swoją wcześniejszą opowieść. Nagle atakuje ostro saksofon zabierając słuchacza z Shire prosto do Mordoru. Z jednej strony czuję lekki zawód, że wyrywa się mnie z tak błogiego klimatu. Z drugiej strony to jest przecież też dobre. Część instrumentalna utworu wkurzała mnie na początku. Wydawała mi się takim graniem dla sztuki. Ale jak się osłuchałem, to doceniam i ten fragment. W końcówce wraca wokal. Na początku agresywny i mocny, żeby potem złagodnieć i się ładnie wyciszyć.
Ladies of the Road podoba mi się nieco mniej od poprzedników, bo tutaj mamy już w pełni klimat lat 70’, których zwyczajnie nie lubię. To jest wciąż dobry utwór, ale klimatycznie mi mniej odpowiada. Już nie ma śladu po Hobbitach czy innych bajkowych klimatach, za to skojarzenia z tymi wszystkimi prastarymi znienawidzonymi przeze mnie zespołami. Na szczęście Prelude wraca na odpowiednie tory. Znów jest bajkowo. Bardzo przyjemny instrumentalny przerywnik.
Islands to kolejny akt tej klimatycznej opowieści. Ładna melodia, ładne pianino. Też nie przepadam zazwyczaj za kornetem, ale ten tutaj wypada genialnie. Ładnie gra klarnet. Bardzo lubię tak pięknie malowane dźwiękiem tła jak w tym utworze.
No cóż, dotarliśmy o końca tej muzycznej opowieści, a ja jestem znów zaskoczony. Na początku wszystko przemawiało na nie. Rok powstania albumu mnie straszył, muzyka straszyła. Potem powolutku zacząłem łapać ten klimat. Murzyn pewnie ma za mnie niezły ubaw, jak sobie przypomni moje wypowiedzi na temat Islands sprzed paru dni. Bo wtedy tylko narzekałem. Teraz się dziwię, że po dwóch odsłuchach naprawdę byłem gotów skreślić ten album. I zrobiłbym duży błąd. Islands wydawał mi się wtedy pełen niezrozumiałego chaosu. A to przecież piękna, spójna i klimatyczna muzyczna opowieść. Jedynie utwór nr 4 mi średnio tu pasuje.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Gdybyś Thrak tyle razy przesłuchał, to też by Ci weszło.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Całkiem możliwe. No i parę lat temu nie było mowy, żebym słuchał takiej muzyki.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jeżeli kiedyś jakiś album KC tu wrzucę, to będzie to właśnie Thrak. Dragon będzie hejtował, zobaczymy jak u Ciebie się pozmienia.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No w sumie THRAK to dość kontrowersyjny wybór na wprowadzenie do świata KC. Już nawet nie chodzi o to, że jest mało reprezentatywna, bo to jednak taki zespół, gdzie ciężko o takowy album, ale i tak praktycznie każda ich płyta poza ConstruKcion of Light jest zwyczajnie w świecie lepsza
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, a dla mnie nie jest (tadaa)
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
CKoL znacznie lepsze tbh