Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 14 paź 2023 22:36

Mnie zmęczyło strasznie, ale przyznaję jednocześnie, że podchodziłem może ze dwa razy i dawno
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 paź 2023 13:08

10 dni już lecimy, halo

dev?
Mentos?
Melki?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 17 paź 2023 14:09

Panowie w trybie leniuszek może na nieświadomce nikt nie zauważy
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 17 paź 2023 15:29

Nie, w trybie: jestem chory, a Islands to płyta, która jednak wymaga wiele skupienia. Ale wjedzie dzisiaj. I pewnie będzie czuć wpływ samopoczucia na ocenę.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 paź 2023 16:40

Ja mam covid a wczoraj oglądałem i pisałem Pogorzelsko, nie ma przebacz.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 paź 2023 17:09

I na forum wchodzisz wirusa rozsiewać? Niektórzy są skrajnie nieodpowiedzialni 🙄
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 paź 2023 18:09

Mam maseczkę, spokojnie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 17 paź 2023 18:27

Covid? Jesienią 2023? So passe, może jeszcze z 3DSa na forum wbijasz (jak coś to się nie da)
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 paź 2023 19:33

Dragon pisze:
17 paź 2023 14:09
Panowie w trybie leniuszek może na nieświadomce nikt nie zauważy
Na razie to ja widze tryb leniuszek w innej bestce :8
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 17 paź 2023 21:18

Malkolit pisze:
17 paź 2023 15:29
Nie, w trybie: jestem chory, a Islands to płyta, która jednak wymaga wiele skupienia. Ale wjedzie dzisiaj. I pewnie będzie czuć wpływ samopoczucia na ocenę.
Ja miałem wlecieć dziś, ale nie mam totalnie głowy na pisanie o takiej muzyce, mimo iżem zdrów i trzymam się nawet znośnie :?:
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 paź 2023 21:55

I jeszcze wpadasz tu napisać że nie masz żadnej wymówki :?:
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 17 paź 2023 21:57

PIES MI ZJADŁ RECENZJĘ
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 paź 2023 22:11

TAKA MUZYKA (TFU)
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 17 paź 2023 22:56

mintaj pisze:
17 paź 2023 21:57
PIES MI ZJADŁ RECENZJĘ
Pies zjadł telefon czy kompa? :?:
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 18 paź 2023 02:55

Robert Fripp Band - Islands

Podchodziłem do tej płyty trochę jak pies do jeża - poznałem ją już wcześniej i niespecjalnie przypadła mi do gustu - jakkolwiek uważałem, że Islands to piękny utwór, jeden z najpiękniejszych kawałków progrockowych w ogóle, tak od dwóch pierwszych utworów zupełnie mnie odrzucało, uważałem je za z leksza bezsensowny jazgot. Poza tym nie lubię lidera grupy, nazwijmy go, jak to ktoś powiedział w innym temacie o innym człowieku, konesera przemocy, ten cały angst dookoła niego generalnie przeszkadza mi. Warto zauważyć, że to jedyny studyjny album tej grupy.

Formentera Lady zaczyna się bardzo niepozornie, jak na otwieracz albumu rockowego zespołu, zupełnie jakbyśmy się szykowali do wysłuchania koncertu muzyki dawnej lub muzyki kameralnej (ten kontrabas). Muzyka jest bardzo delikatna, skromna, można rzec, przywołuje na myśl jakąś łąkę, słowa Boza o zwiewnej magii (bez dodatkowych epitetów) zdają się trafiać w odpowiednie miejsce, z kolei głos wokalisty przywołuje na myśl panów z Gentle Giant, np. z Acquiring The Taste wydanego w tym samym rocku i Edge of Twilight. Śpiew spokojny, nieco mechaniczny. Tippett wygrywa kapitalne partie na pianinie. Potem wchodzą instrumenty perkusyjne. Oj, nie dziwię się, że to mogło nie pasować, bo muzyka mocno odbiega od tego, czego się stereotypowo spodziewamy po rockmanach, prawda? Nieźle testuje cierpliwość słuchacza (w końcu to Fripp!), żeby wynagrodzić wszystko kapitalną, ulotną atmosferą pełną przestrzeni. Ciekawe, co by było, gdyby poszli (o, przepraszam, on poszedł) dalej w te klimaty. Bardzo wolno płynie to naprzód i z pewnością nie jest to muzyka na każdą chwilę. W ogóle przejście w Sailor's Tale jest bardzo płynne, jak to zauważył Mudżyn, przy nieuważnym odsłuchu może umknąć. Bardzo ciekawe pasaże instrumentalne, niemal baśniowe zaśpiewy pani Lucas, flety, saksofony i gitara i tylko ten rytm bardzo przyziemny trzyma to w karbach. Kończy się to bardzo lekko. Z początku zdawała mi się przydługa.
Sailor's Tale zaczyna się od dość intensywnego wybijania rytmu, długie intro, znów brzmi to, jakby się szykowali na koncert muzyki dawnej, dęciaki kapitalne, rytmiczny bieg za nie wiadomo czym, ale w sumie niepotrzebna nam ta wiedza, brzmi to wszystko staro, ale ma (może właśnie przez to!) swój wdzięk. Tu właśnie poczułem, że nie mam się najlepiej (przy ostatnim odsłuchu) i zgubiłem wątek i musiałem wrócić, bo mi półtora kawałka uciekło. A tu w pewnym momencie brzmienie nabiera pewnej jazgotliwości (ale przy odpowiednim osłuchaniu nie przeszkadza ona), tempo przyspiesza, robi się intensywnie, choć dalej eterycznie, jakby wietrzycho zajęło miejsce bryzy i porywało różne rzeczy w górę. Kończy się rozładowaniem napięcia i powoli się wycisza.
The Letters zaczynają się od spokojnego akompaniamentu i spokojnego śpiewu Boza, a potem robi się ostrzej, jazzowiej, średnio fajne to brzmienie. A potem pojawia się saksofon, przerywnik instrumentalny, wraca Boz ze swoim wokalem, wycisza się powoli. Ladies on the Road zaczynają się tak spokojnie, jak skończyły się listy. Nie zgadzam się z interpretacją, że tekst jest wulgarny, ten, kto to napisał, chyba mało wulgarności widział. Specyficzny jak na Sinfielda, swoją drogą. Kawałek w stylu R&B, lekki, frywolny, Boz śpiewa bardziej prowokująco, refren też taki jest, za to z miękkim podkładem. Czuć podskórnie ten angst, czuć, że on tam jest, czuć wpływ lidera, że on zmusił resztę do takiej estetyki, co potwierdza, do czego był zdolny i dlaczego, choć efekt znakomity, to był tylko jednorazowy. A potem mamy zgrzytliwy, dynamiczny saksofon na dość niepozornym, barowym, jak to Hien ujął, podkładzie.
Prelude - Song of the Gulls, jak sama nazwa wskazuje preludium do właściwego dzieła, zaczyna się bardzo spokojnie. Niby lekkie, urokliwe, zwiewne brzmienie, ale te smyczki mają swój ciężar. A może to mnie wydaje się teraz wszystko ciężkawe z tym bólem głowy? Ładna muzyka, po prostu. I tytułowe Islands, spokojny, kameralny utwór ze spokojnym śpiewem. Delikatne pianino, skromny podkład, nastrojowa pieśń z równie eterycznym jak muzyka tekstem. Czuć ten nastrój, świetne zakończenie intrygującej, nastrojowej płyty, czuć tę ulotność, baśniową atmosferę, ten spokój, tę ciszę (jak się miało okazać - przed burzą). Bardzo liryczna kompozycja wieńcząca bardzo udaną płytę.

A potem Fripp uznał, że wyciągnął maksa z tego zespołu i się go pozbył, forma zakończenia współpracy pozostawia wiele do życzenia (kiedyś był w necie fajny artykuł na ten temat). Przypuszczalnie czuł, że nie takiej muzyki świat oczekuje, a, jak wiadomo, wzdragał się na myśl o zostaniu rockowym dinozaurem. I został nim później niż główni konkurenci, kiedy nie miało to już większego znaczenia. Niewątpliwie jeden z najbardziej inteligentnych, pomysłowych rockmanów, niewielu ludzi szło w tę stronę, chwała mu za to, że zawsze miał otwartą głowę, dużo bardziej otwartą niż wielu rywali, a przede wszystkim krytyka. Dziś to już zbliżający się do osiemdziesiątki dziadek, który nic już nie musi, a, jak pokazują nagrania z Toyah, wiele może i to zdecydowanie na plus, bo te występy są po prostu dobre i udane i warto do nich wracać.

O czym zapomniałem? Aha, o pięknej okładce z mgławicą gwiezdną, kolejny urokliwy progrockowy front.

Generalnie obawy okazały się przesadzone, kurz zamienił się w patynę, ulotny nastrój tej płyty pozwolił na chwilę zapomnieć o świecie, generalnie, udane nagrania, dobrze jest.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 paź 2023 20:29

mintaj pisze:
17 paź 2023 21:18
Malkolit pisze:
17 paź 2023 15:29
Nie, w trybie: jestem chory, a Islands to płyta, która jednak wymaga wiele skupienia. Ale wjedzie dzisiaj. I pewnie będzie czuć wpływ samopoczucia na ocenę.

Ja miałem wlecieć dziś, ale nie mam totalnie głowy na pisanie o takiej muzyce, mimo iżem zdrów i trzymam się nawet znośnie :?:
Jak tam, znalazłeś już jakąś wymówkę chociaż?

Nie wiedziałem że aż tak macie dość hip hopu żeby stopować King Crimson w nieskończoność :D
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 paź 2023 20:43

Murzyn nie poganiaj, nie tak łatwo ogarnąć 5 utworów. ;)
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 paź 2023 20:56

A co dopiero 6
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 paź 2023 21:02

A rzeczywiście, nawet 6.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 19 paź 2023 21:50

King Crimson - Islands

Jak zapewne doskonale wiecie, King Cimcimcirmcon to projekt muzyczny, który jest mi doskonale znany, więc nie będę się odnosić do rzeczy, które się tu pojawiały, bo i tak to ja je sam wrzucałem. Dyskografię bowiem znam od dawien dawna i po dziś dzień uważam, że w szeroko pojętej muzyce rozrywkowej (a umówmy się, że KC to jeszcze ta szufladka) nie powstało zbyt wiele równie dobrych i jednocześnie równie ambitnych rzeczy, a poza tym Robert Fripp to wielki poeta, człowiek i nie tylko, który miał na moją edukację muzyczną wpływ wręcz gargantuiczny, bez którego pewnie mój gust muzyczny byłby zupełnie inny i pewnie ja sam byłbym też w innym miejscu. Wybaczam mu te starcze wygłupy z żoną, zwłaszcza jeśli ich kosztem muzyka King Crimson może być łatwo dostępna na wszelkiej maści streamingach (ja już sam ledwo pamiętam czasy, w których było inaczej).
Według RYMa pierwszy raz na Wyspy - w tym miejscu uprassza się nie nawiązywać do Young Leosi - zawitałem jesienią 2011 roku. Możliwe, nie pamiętam tego zupełnie, być może nawet słuchałem tej płyty jeszcze wcześniej, gdy po prostu próbowałem jakkolwiek wkręcić się w tę muzykę, ale chyba najzwyczajniej w świecie nie byłem na nią i na to gotowy. Nic dziwnego, to mimo wszystko nie jest AŻ TAK prosta muzyka, by miał ją przyswoić jakiś głupawy licealista z absolutnie minimalnym rozeznaniem w jakiejkolwiek muzyce. xD Zbyt trudne, zbyt dziwaczne (mówię o obecnej perspektywie, dziś też mnie to śmieszy), nudne. Ale mimo to ziarno zostało zasiane i po czasie, gdy już się trochę osłuchałem i trochę ogarnąłem, zakiełkowało. Z racji tego, że moje ówczesne konta na laście odeszły do niebytu nie mogę powiedzieć kiedy ostatecznie mi zaskoczyło, ale na 99% był to wczesny rok 2013 - późna zima, może wczesna wiosna. Co prawda moja przygoda związana ze słuchaniem King Crimson wyglądała nieco inaczej niż u Roberta, bo np. nigdy nie byłem aż takim fanem albumu Red, by kiedykolwiek go zakatować do zmęczenia materiału, tak jednak łączy nas ten fakt, że w pewnym momencie też zaszyliśmy się w piwnicy, z dala od męczących i irytujących ludzi, by słuchać muzyki. I jednym z takich pierwszych obrazków związanych ze słuchaniem tego albumu jest pokój na poddaszu, na którym spędziłem znakomitą większość tamteego okresu, notebook Acera i ja słuchający na nim tej płyty z AIMPa oraz rozpływający się nad nią z ówczesnym internetowym kolegą Jarkiem na Gadu-Gadu (tak! to był dziwny okres, w którym ten komunikator na chwilę wrócił do moich łask), który był chory na jakąś nieuleczalną chorobę i z którym albo obrażałem papieża, albo kontemplowałem jakichś przedstawicieli rocka progresywnego. Był spoko, nawet jeśli lubił Dream Theater.
Ponownie przepadłem w dygresjach, didaskaliach i uwagach na marginesie. Mój problem z pisaniem o tej płycie nawet nie polega na moim braku wykształcenia muzycznego czy czymś związanym z faktem, że nie chcę zabrzmieć pretensjonalnie. Po prostu dla mnie fakt, że mamy do czynienia z arcydziełem jest oczywisty i próbując to opisać, czuję sie jakbym pisał wam o tym, że niebo jest niebieskie, a krowa robi muuu. Ta płyta składa się z sześciu wspaniałych kompozycji, które są tym, czym faktycznie powinien być rock progresywny - muzyką niebalną, nieszablonową, wychodzącą poza ramy gatunku, eksperymentującą z formą, jednocześnie bez popadania w pretensjonalność, banał, czy odtwórstwo (co w sumie nie powinno mieć miejsca ze względu na chociażby samą nazwę gatunku, ale było zjawiskiem częstym).
Otwierające płyte FORMENTELA LADY jest.... no na pewno stawiam to na półce z napisem PIĘKNO i DOBRO, to fakt i oczywistość. Ale szczerze mówiąc, ciężko mi znaleźć jakieś określenia, które nie trąciłyby banałem czy pretensjonalnością. Kolega Robert słusznie zwrócił uwagę na dość oczywisty, ale jednak fakt, że to mocno jazzująca kompozycja, a co jak co - nie bez kozery ktoś tam kiedyś tam wypalił, że pisanie o jazzie to jak tańczenie o literaturze. To faktycznie jest jak muzyczna opowieść, jak pierwszy rozdział muzycznej podróży, w którą się udajemy w przeciągu najbliższych kilkunastu minut. Bardzo subtelna, sprawnie skonstruowana i pełna smaczków opowieść bym uzupełnił. Ja się jaram i daję porwać klimatowi, po czym słucham SAILOR'S TALE, które faktycznie mógłbym uznać za kontynuację poprzedniego kawałka, ale ja tam po prostu dzielę tę płyty tak jak pan winyl nakazał, tj. na stronę A i stronę B. Tutaj akurat klimat się zmienia na bardziej... psychodeliczny, łajbą, którą płyniemy w trakcie naszej podróży zaczyna trząść, dzieją się rzeczy mroczne i dziwne. To jest kapitalne ile tu się dzieje i ile tu emocji, które wybrzmiewają to poprzez ten jazgot saksofonu w pierwszych dwóch minutach, w kapitalnym przejściu w okolicach 2:30, gdzie wybitny motyw na basie uzupełnia jeszcze genialniejsza, jazgotliwa gitara i wszystko to razem kumuluje w muzycznym szale. Takie rzeczy robiło GY!BE i wymieniam tę nazwę nieprzypadkowo, tj. tylko po to by podkurwić potencjalnych antyfanów tego zespołu, którzy z jakichś przyczyn mogliby lubić KC i przeczytać te recenzję. LETTERS to symboliczne zwieńczenie tej muzycznej opowiastki, cztery minuty z hakiem przepełnione wszystkimi emocjami i w zasadzie WSZYSTKIM - gdy już się nam wydaje, że to coś pokroju ballady Emerson, Lake i Palmer, na ryj dostajemy - kolejny już na tej płycie raz - jazzowym jazgotem, a po tej kakofonii jakby i balladowa część ciut mocniejsza, by zwieńczyć to wszystko tyleż subtelnym, co epickim finałem.
W tym momencie udaję, że zmieniam stronę płyty winylowej w adapterze. LADIES OF THE ROAD to faktycznie luźniejszy moment tej płyty. Gdyby nie fakt, że dzięki niemu się doń przekonałem, może nie byłbym aż tak pozytywnie nastawiony, bo jednak - mimo wszystko - średnio mi to pasuje, nawet nie tylko na płytę, ale i jakoś do dyskografii zespołu. Trochę to zbyt rubaszne na poziomie tekstowym i beatelsowskie na poziomie muzycznym, ale przy tym jednocześnie po prostu bardzo dobre. Na tyle, że nie psuje odbioru całości. PRELUDE - SONG OF THE GULLS faktycznie brzmi jak coś, co ludzie zowią muzyką klasyczną czy tam poważną. Ja jestem zbyt krótki, by o niej pisać, ale nigdy nie miałem z nią problemu - pasuje mi tu i uważam, że spełnia swoją rolę, czyli rolę... no ten no, jakby preludium. Do ISLANDS, które po prostu jest jednym z większych osiągnięć Frippa i spółki, obok Starless, całej różowej płyty i 21st Century Schizoid Man. Chyba kiedyś na grupce sprzedawałem wam ciekawostkę o tym, jak mój serdeczny kolega rozważał pierwszy taniec na swoim weselu pod ten utwór - ostatecznie wybrał coś innego, bo muzykę z Twin Peaks, ale myślę, że pewnie nie raz i nie siedem żałował swojej decyzji. To naprawdę jest rzecz wybitna i piękna, kocham ten saksofon, kocham te wszystkie motywy, kocham jak one brzmią i przechodzą z jednego w drugi i w ogóle mało co w muzyce tak kocham, jak ten kawałek. W sumie to kolega Negroid faktycznie całkiem zgrabnie go opisał i to nie jest tak, że się podlizuje mu tylko po to, by nie zjadł mnie za kolejne opóźnienie - po prostu do tej pory jako jedyny napisał cokolwiek, ale ja nikogo się nie czepiam, bo to faktycznie jest rzecz, o której się gorzej pisze, niż której się słucha.
Pro forma tylko napiszę, że tę końcówkę z fragmentami jakichś sesji ze studio faktycznie lepiej pominąć, bo średnio potrzebna. Całej reszty zdecydowanie NIE, bo to dawka świetnej, wyrafinowanej i wzruszającej muzyki. Kocham Roberta Frippa i kc KC. Wielki znak jakości.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5