Best of Forum III
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
No to ja chyba zaczynam nową kolejkę?
Moev - Should Have Been Mine (2010)
Moev już tu był, wszyscy pamiętają moją ścianę tekstu z dupy, ciekawe, kto poza Kubą i Golasem ją przeczytał xD Ale zupełnie serio, dałem tam myślę dobry background historii grupy, która przeszła tyle zmian i konfiguracji personalnych, co może Electric Light Orchestra, z tym, że ELO miało jednak grubą popularność a Moev jednak nie. Wrzucane Wam przeze mnie w ubiegłym roku Yeah Whatever pochodziło z czasów, kiedy u steru grupy na wokalu i jako tekściarz stał charyzmatyczny Dean Russell i w końcu zespół miał więcej niż jeden krążek wydany z jednym wokalistą (po mrocznym i bardzo udanym Zimmerkampf z Madeleine Morris i nieco dziwacznym Dusk and Desire z Michelą Arichiello i Calem Stephensonem, który wcześniej tylko walił w parapet). Byłby i trzeci, pracowano nad nim, ale Russell, który był kochankiem życia i żył kochankami nagle się przekręcił na AIDS. Moev dokonało zanurzenia na parę lat a potem wróciło w postaci de facto duetu, gdzie jedynemu oryginalnemu członkowi, tj. Tomowi Ferrisowi towarzyszyła na wokalu jego żona, Julie (na pierwsze EP wydane w 1999 wrócił na chwilę Stephenson i stary gitarzysta sesyjny, ale kto by ich pamiętał). Ich pierwsze pełnoprawne wydawnictwo długogrające, Ventilation, ukazało się dopiero w 2010 i właśnie z niego pochodzi wrzucony przeze mnie kawałek. W ogóle ja bardzo polecam tę płytę, bo pomimo tego, iż jest na niej 13 numerów, z których połowa brzmi ekstremalnie podobnie, to są one naprawdę dobre, fajnie się tego słucha, jest i elektronika i przebitki industrialu, konglomerat synthpopu z Killing Joke i Skinny Puppy (gdzieś tam idzie nawet usłyszeć NIN, choć to ciągle Moev). Julie Ferris może nie ma najbardziej wyróżniającego się głosu na świecie, ale wciąż daje radę i nie pisze wcale złych tekstów. Nie pisze wciąż złych, ale generalnie wciąż pisze, albowiem follow-up, czyli One Minute World ukazał się już 3 lata później, a potem eee nic xD Parę luźnych singli, jakieś EP chyba znów, ale jeszcze nie położyłem na tym łap. Tyle wstępu.
Jakieś osobiste doświadczenia? No, cała masa. Primo, co już wiecie, w Moev wkręciłem się przypadkiem w marcu 2012 roku, kiedy szukałem w necie czegoś zupełnie innego, a wpadłem na Zimmerkampf. I przez kilka następnych miesięcy słuchałem TYLKO Zimmerkampf od nich, choć i poczytałem historię na Wiki, i na jakichś blogach i nawet sprawdziłem dyskografię na Discogs, ale jakoś nie przeszło mi przez tępy łeb, aby coś innego niż Zimmerkampf zassać. Kiedy w końcu to zrobiłem okazało się, że reszta ich twórczości też jest super. Pamiętam, że dorwanie Ventilation (na nim się wtedy ich płytoteka kończyła) graniczyło z cudem - ani to kupić w necie (nie byłem w stanie pchnąć polskiej karty przez iTunes Store), ani zassać (na Soulseeku nie było). Pomógł... downgrade Soulseeka do duuużo starszej wersji, tam były całe 2 osoby z tym krążkiem i w końcu się udało. Zaletą Moev było dla mnie to, że na przestrzeni tych niekończących się lat usilnych prób wydania przez nich czegokolwiek jak już coś wydali, to było to niemalże unikalne. Zimmerkampf jest super, Dusk and Desire też ma świetne momenty (nawet, jeśli wokal ssie huia), płyty z Russellem, no, jednej sami słuchaliście i każdy znalazł tam coś dla siebie, edycja z Julie Ferris też jest bardzo fajna bo inna od pozostałych rzeczy (jednocześnie idzie znaleźć wspólny mianownik). Ventilation wkręciło mi się srogo i opanowało sporą część lata 2012 (obok Wild Nothing między innymi lol). Ze 3 utwory utknęły mi w głowie szczególnie - Should Have Been Mine do nich należy. Przede wszystkim, strasznie podoba mi się muzyka w tym numerze. Momentami brzmi jak z jakichś generatorów hitów, trochę bardziej zaawansowana wersja FL, jakieś AI i mamy niemal klasyczną formułę - powtarzany co chwila w tekście tytuł, sam tekst ckliwo-smutny, niemal-mocny-refren, jakieś tam efekty, jakieś niskie chórki, szarpiąca gitara, motoryczne - choć płaskie - bębny, no ale temu aż nie idzie się oprzeć. I chociaż przez 1/3 utworu na koniec nie dzieje się właściwie nic, to wyjątkowo trafia do mnie ta przedłużona "coda". Muzyka muzyką, trafia też do mnie tekst. Był taki moment, bardzo pod koniec 2012 czy nawet na przełomie 12/13, że doskonale pasował do okoliczności. Słuchałem wtedy tej piosenki na zapętleniu właściwie, pamiętam, że była solidna, mocna zima. Wszędzie walił śnieg, przemakały mi buty, ja cuchnąłem fryturą (praca w gastro FTW) i włóczyłem się po przyszarzonej Stolicy nucąc sobie pod nosem. Z różnych powodów utwór ten towarzyszył mi aż po wiosnę, a maj też był wtedy deszczowy, w ogóle ta piosenka pasuje mi bardzo do deszczowego maja. Jest deszczowy maj? Jest. Kojarzy mi się przez to nieco z Vicious Streak od New Order, którego też słuchałem w maju, ale 2006, i też był to deszczowy maj. I w ogóle tekst też mi pasuje nadal, trochę za bardzo wręcz. Ważne, że jest Moev i jest super. Pewnie wolałbym, żeby było inaczej, ale nie można mieć wszystkiego.
BTW, wrzucam wersję z takim biednym, dość gównianym wideo zrobionym przez Toma Ferrisa (każdy kawałek z Ventilation miał takie coś, w ten sposób wepchnęli płytę na YT), ale w przeciwieństwie do samego kawałka wrzuconego już automatycznie na YT z remastera Ventilation (na który wciśnięto też jakieś niepublikowane kawałki i remiksy, nie idzie tego nigdzie dostać), ta wersja nie ucina się na sam koniec. Przebolejecie.
https://www.youtube.com/watch?v=IqpEbAE9tcg
Moev - Should Have Been Mine (2010)
Moev już tu był, wszyscy pamiętają moją ścianę tekstu z dupy, ciekawe, kto poza Kubą i Golasem ją przeczytał xD Ale zupełnie serio, dałem tam myślę dobry background historii grupy, która przeszła tyle zmian i konfiguracji personalnych, co może Electric Light Orchestra, z tym, że ELO miało jednak grubą popularność a Moev jednak nie. Wrzucane Wam przeze mnie w ubiegłym roku Yeah Whatever pochodziło z czasów, kiedy u steru grupy na wokalu i jako tekściarz stał charyzmatyczny Dean Russell i w końcu zespół miał więcej niż jeden krążek wydany z jednym wokalistą (po mrocznym i bardzo udanym Zimmerkampf z Madeleine Morris i nieco dziwacznym Dusk and Desire z Michelą Arichiello i Calem Stephensonem, który wcześniej tylko walił w parapet). Byłby i trzeci, pracowano nad nim, ale Russell, który był kochankiem życia i żył kochankami nagle się przekręcił na AIDS. Moev dokonało zanurzenia na parę lat a potem wróciło w postaci de facto duetu, gdzie jedynemu oryginalnemu członkowi, tj. Tomowi Ferrisowi towarzyszyła na wokalu jego żona, Julie (na pierwsze EP wydane w 1999 wrócił na chwilę Stephenson i stary gitarzysta sesyjny, ale kto by ich pamiętał). Ich pierwsze pełnoprawne wydawnictwo długogrające, Ventilation, ukazało się dopiero w 2010 i właśnie z niego pochodzi wrzucony przeze mnie kawałek. W ogóle ja bardzo polecam tę płytę, bo pomimo tego, iż jest na niej 13 numerów, z których połowa brzmi ekstremalnie podobnie, to są one naprawdę dobre, fajnie się tego słucha, jest i elektronika i przebitki industrialu, konglomerat synthpopu z Killing Joke i Skinny Puppy (gdzieś tam idzie nawet usłyszeć NIN, choć to ciągle Moev). Julie Ferris może nie ma najbardziej wyróżniającego się głosu na świecie, ale wciąż daje radę i nie pisze wcale złych tekstów. Nie pisze wciąż złych, ale generalnie wciąż pisze, albowiem follow-up, czyli One Minute World ukazał się już 3 lata później, a potem eee nic xD Parę luźnych singli, jakieś EP chyba znów, ale jeszcze nie położyłem na tym łap. Tyle wstępu.
Jakieś osobiste doświadczenia? No, cała masa. Primo, co już wiecie, w Moev wkręciłem się przypadkiem w marcu 2012 roku, kiedy szukałem w necie czegoś zupełnie innego, a wpadłem na Zimmerkampf. I przez kilka następnych miesięcy słuchałem TYLKO Zimmerkampf od nich, choć i poczytałem historię na Wiki, i na jakichś blogach i nawet sprawdziłem dyskografię na Discogs, ale jakoś nie przeszło mi przez tępy łeb, aby coś innego niż Zimmerkampf zassać. Kiedy w końcu to zrobiłem okazało się, że reszta ich twórczości też jest super. Pamiętam, że dorwanie Ventilation (na nim się wtedy ich płytoteka kończyła) graniczyło z cudem - ani to kupić w necie (nie byłem w stanie pchnąć polskiej karty przez iTunes Store), ani zassać (na Soulseeku nie było). Pomógł... downgrade Soulseeka do duuużo starszej wersji, tam były całe 2 osoby z tym krążkiem i w końcu się udało. Zaletą Moev było dla mnie to, że na przestrzeni tych niekończących się lat usilnych prób wydania przez nich czegokolwiek jak już coś wydali, to było to niemalże unikalne. Zimmerkampf jest super, Dusk and Desire też ma świetne momenty (nawet, jeśli wokal ssie huia), płyty z Russellem, no, jednej sami słuchaliście i każdy znalazł tam coś dla siebie, edycja z Julie Ferris też jest bardzo fajna bo inna od pozostałych rzeczy (jednocześnie idzie znaleźć wspólny mianownik). Ventilation wkręciło mi się srogo i opanowało sporą część lata 2012 (obok Wild Nothing między innymi lol). Ze 3 utwory utknęły mi w głowie szczególnie - Should Have Been Mine do nich należy. Przede wszystkim, strasznie podoba mi się muzyka w tym numerze. Momentami brzmi jak z jakichś generatorów hitów, trochę bardziej zaawansowana wersja FL, jakieś AI i mamy niemal klasyczną formułę - powtarzany co chwila w tekście tytuł, sam tekst ckliwo-smutny, niemal-mocny-refren, jakieś tam efekty, jakieś niskie chórki, szarpiąca gitara, motoryczne - choć płaskie - bębny, no ale temu aż nie idzie się oprzeć. I chociaż przez 1/3 utworu na koniec nie dzieje się właściwie nic, to wyjątkowo trafia do mnie ta przedłużona "coda". Muzyka muzyką, trafia też do mnie tekst. Był taki moment, bardzo pod koniec 2012 czy nawet na przełomie 12/13, że doskonale pasował do okoliczności. Słuchałem wtedy tej piosenki na zapętleniu właściwie, pamiętam, że była solidna, mocna zima. Wszędzie walił śnieg, przemakały mi buty, ja cuchnąłem fryturą (praca w gastro FTW) i włóczyłem się po przyszarzonej Stolicy nucąc sobie pod nosem. Z różnych powodów utwór ten towarzyszył mi aż po wiosnę, a maj też był wtedy deszczowy, w ogóle ta piosenka pasuje mi bardzo do deszczowego maja. Jest deszczowy maj? Jest. Kojarzy mi się przez to nieco z Vicious Streak od New Order, którego też słuchałem w maju, ale 2006, i też był to deszczowy maj. I w ogóle tekst też mi pasuje nadal, trochę za bardzo wręcz. Ważne, że jest Moev i jest super. Pewnie wolałbym, żeby było inaczej, ale nie można mieć wszystkiego.
BTW, wrzucam wersję z takim biednym, dość gównianym wideo zrobionym przez Toma Ferrisa (każdy kawałek z Ventilation miał takie coś, w ten sposób wepchnęli płytę na YT), ale w przeciwieństwie do samego kawałka wrzuconego już automatycznie na YT z remastera Ventilation (na który wciśnięto też jakieś niepublikowane kawałki i remiksy, nie idzie tego nigdzie dostać), ta wersja nie ucina się na sam koniec. Przebolejecie.
https://www.youtube.com/watch?v=IqpEbAE9tcg
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Paczta jaki wyrywny się zrobił. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No i bardzo dobrze
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
DJ Nigga Fox - Sub Zero (2019)
Już wisiał nad jedną kolejką. W pewnym momencie się rozmyśliłem, ale tym razem mam gotowe różne ścieżki kontynuacji trzeciej części bestki, więc nie ma odwrotu. Potężny luzofon w moim repertuarze to całkiem logiczna konsekwencja elektronicznych poszukiwań i queerowych miłostek szprechających w mniej oczywistych językach. Wiadomo, Doña była pierwsza, ale ciekawił mnie szerszy kontekst. Chciałem się lepiej osłuchać, poszukać kolejnych inspiracji, które mogłyby popchnąć do robienia rzeczy. Połamane rytmy i bardzo oszczędne gospodarowanie melodiami? Tak, w pewnym momencie miałem ambitne plany połączenia pozornie niemożliwego, czyli przełożenie tego na bardziej analogowe granko. Jak na razie nic z tego nie wyszło, ale gdy znowu przyjdzie faza to zacznę inaczej śpiewać.
Paru wykonawców z tej baardzo szerokiej rodziny już poznaliście, teraz odbijamy w stronę portugalską, a nawet i głębiej, bo Pan ROGERIO pochodzi z Angoli. Teraz raczej rezyduje w Portugalii, ale to wcale nie oznacza wyparowania z jego muzyki bardzo specyficznych rytmów. Płyty NigiFoksa wydaje ciekawa wytwórnia Principe Records (portugalska ofc), tam jest cały klan wykonawców i producentów robiących numery w zbliżonej stylistyce. Czym to tak naprawdę jest? Te wymyślne, bardziej lokalne nazwy nic nie powiedzą. Korzeń to ma trochę houseowy, może śladowe ilości techno, ale nad tym mamy całe piękno afro rytmiki, grubych podkładów perkusyjnych, soczystych porcji basu. I weedu. Chciałem rzucić moją ulubioną łamigłówką, czyli Vicio, w której sam czasem gubię tempo i tonę w hipnozie. Dla was zaproponuję jednak coś bardziej kształtnego i reprezentatywnego. Sub Zero już prędzej słyszałbym w klubie niż w domu. Najpierw sałatka z drumsów, a potem dodatkowe basowe wwiercenia i transowy oniryczny pad w tle. Pod koniec mamy już pełny odpływ. Żadna piwnica w Polsce ani bardziej profesjonalne festiwale elektroniczne jeszcze go nie zaprosiły... JA CZEKAM JAKBY CO.
To odkrywka z przełomu 2019/2020. Na RYMie zameldowałem się z oceną na początku roku pandemicznego. Reszta z towarzystwa Principe jest nudniejsza, bardziej odtwórcza. DJ Murzyn Lis wśród nich stanowi prawdziwą perłę, zasługuje na znacznie więcej uwagi. Numer pochodzi z longpleja uszytego z bangerów o nazwie Cartas Na Manga, nie trwa nawet czterdziestu minut. Gdy już posłuchacie Sub Zero i was wciągnie, to wcale nie będziecie zdziwieni. Potrafi zmęczyć, ale właśnie o to chodzi. Niech żyje klub! Tu może wejść każdy zewsząd i przynieść wyjątkową energię.
PS Oczywiście to nie jest muzyka, o której mogę z każdym znajomym pogadać. Najlepiej podpasowała temu, z którym wreszcie rok temu widziałem się na żywo na Tauronie.
https://youtu.be/t-wP3HV8mu8
Już wisiał nad jedną kolejką. W pewnym momencie się rozmyśliłem, ale tym razem mam gotowe różne ścieżki kontynuacji trzeciej części bestki, więc nie ma odwrotu. Potężny luzofon w moim repertuarze to całkiem logiczna konsekwencja elektronicznych poszukiwań i queerowych miłostek szprechających w mniej oczywistych językach. Wiadomo, Doña była pierwsza, ale ciekawił mnie szerszy kontekst. Chciałem się lepiej osłuchać, poszukać kolejnych inspiracji, które mogłyby popchnąć do robienia rzeczy. Połamane rytmy i bardzo oszczędne gospodarowanie melodiami? Tak, w pewnym momencie miałem ambitne plany połączenia pozornie niemożliwego, czyli przełożenie tego na bardziej analogowe granko. Jak na razie nic z tego nie wyszło, ale gdy znowu przyjdzie faza to zacznę inaczej śpiewać.
Paru wykonawców z tej baardzo szerokiej rodziny już poznaliście, teraz odbijamy w stronę portugalską, a nawet i głębiej, bo Pan ROGERIO pochodzi z Angoli. Teraz raczej rezyduje w Portugalii, ale to wcale nie oznacza wyparowania z jego muzyki bardzo specyficznych rytmów. Płyty NigiFoksa wydaje ciekawa wytwórnia Principe Records (portugalska ofc), tam jest cały klan wykonawców i producentów robiących numery w zbliżonej stylistyce. Czym to tak naprawdę jest? Te wymyślne, bardziej lokalne nazwy nic nie powiedzą. Korzeń to ma trochę houseowy, może śladowe ilości techno, ale nad tym mamy całe piękno afro rytmiki, grubych podkładów perkusyjnych, soczystych porcji basu. I weedu. Chciałem rzucić moją ulubioną łamigłówką, czyli Vicio, w której sam czasem gubię tempo i tonę w hipnozie. Dla was zaproponuję jednak coś bardziej kształtnego i reprezentatywnego. Sub Zero już prędzej słyszałbym w klubie niż w domu. Najpierw sałatka z drumsów, a potem dodatkowe basowe wwiercenia i transowy oniryczny pad w tle. Pod koniec mamy już pełny odpływ. Żadna piwnica w Polsce ani bardziej profesjonalne festiwale elektroniczne jeszcze go nie zaprosiły... JA CZEKAM JAKBY CO.
To odkrywka z przełomu 2019/2020. Na RYMie zameldowałem się z oceną na początku roku pandemicznego. Reszta z towarzystwa Principe jest nudniejsza, bardziej odtwórcza. DJ Murzyn Lis wśród nich stanowi prawdziwą perłę, zasługuje na znacznie więcej uwagi. Numer pochodzi z longpleja uszytego z bangerów o nazwie Cartas Na Manga, nie trwa nawet czterdziestu minut. Gdy już posłuchacie Sub Zero i was wciągnie, to wcale nie będziecie zdziwieni. Potrafi zmęczyć, ale właśnie o to chodzi. Niech żyje klub! Tu może wejść każdy zewsząd i przynieść wyjątkową energię.
PS Oczywiście to nie jest muzyka, o której mogę z każdym znajomym pogadać. Najlepiej podpasowała temu, z którym wreszcie rok temu widziałem się na żywo na Tauronie.
https://youtu.be/t-wP3HV8mu8
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Smutne heh po ostatniej wrzutce, ale podejrzewam, ze mogło być gorzej, więc wracamy do punka i sprawdzimy.
Good Charlotte – Waldorfworldwide
Na wstępie, muszę Wam wyznać coś szokującego, więc lepiej usiądźcie. To nie jest kawałek z Tony’ego Hawka xD Wiem, że jakiś utwór Good Charlotte był w którejś z gier „Tony Hawk Underground”, ale ja w nie grałem. Zespołem zainteresowałem się z zupełnie innych powodów, a mianowicie chciałem po prostu posłuchać czegoś jednej z legendarnych pop punkowych grup z lat 90/00. Ponadto, Benji Madden, gitarzysta GC, wystąpił gościnnie u Apoptygmy Berzerk na płycie „Rocket Science” (co wtedy wydawało się być kompletnie z dupy, ale Benji okazał się fanem APB), więc na dzień dobry istniał już jakiś łącznik. Sięgnąłem więc po debiut Good Charlotte i reszta jest już historią. To nie przypadek, że ta grupa stała się jednym z tych, o dziwo, niewielu bandów pop punkowych, które przebiły się do naprawdę scisłego mainstreamu, chociaż tamte czasy był łaskawsze dla collegowego grania. „Waldorf Worldwide” to kawałek o byciu z małego amerykańskiego miasteczka, założeniu zespołu pop punkowego i związanych z tym nadziejach i marzeniach. Czyli generalnie coś, co nie powinno w ogóle ze mną rezonować, bo urodziłem się w dużym mieście i nigdy nie chciałem zakładać punkowego zespołu (po latach tego żałuję, chociaż w Polsce to by nie było to). Ale może dlatego czuję sentyment do czegoś, czego w sumie nigdy nie miałem. W USA każdy (KAŻDY) ma garaż, a konstrukcja tamtejszych osiedli na przedmieściach, daje gwarancję, że na jednej z tych niekończących się ulic, z identycznymi domkami, z identycznymi zestawami do BBQ i równo przystrzyżonymi trawnikami, będą mieszkać młodzi perkusiści, basiści, gitarzyści, klawiszowcy, itd., którzy na bank chodzą do tego samego liceum i będą chcieli spotykać się w garażu, w celu grania dla funu. Bez spiny, bez przytłaczająco wielkich ambicji i wiążących za jaja kontraktów, ale po to żeby potajemnie otworzyć sobie po piwku, pośpiewać o bzdurach, itd. Ja się takiego czegoś dorobiłem dopiero na studiach w towarzystwie najlepszego zioma, którego znałem z liceum (ale w liceum nie chciał grać muzyki, bo uważał, że nie umie – na dzień dzisiejszy zagrał więcej koncertów niż ja), ale to trochę nie było to, bo brakowało nam ludzi do składu i generalnie nie było już tyle wolnego czasu i młodzieńczej energii (chociaż gramy razem do dziś). Piszę dużo o tym czego Munlup nie zrealizował za czasów nastoletnich, ale w sumie trochę o to chodzi. „Waldorfworldwide” jest kawałkiem, który wzbudza we mnie nostalgię za czymś, co z perspektywy czasu chciałbym żebym miał w tamtych latach, a nie miałem. Zamiast tego miałem deskę (którą jeden gość z klasy mi złamał próbując zrobić ollie) i komputer, przed którym przesiedziałem zdecydowanie zbyt duże ilości czasu. W każdym razie, przepisowe 3 minuty z hakiem amerykańskiego pop punka z domieszką reggae, dla Was.
https://www.youtube.com/watch?v=_1WrOPb2yaU
Good Charlotte – Waldorfworldwide
Na wstępie, muszę Wam wyznać coś szokującego, więc lepiej usiądźcie. To nie jest kawałek z Tony’ego Hawka xD Wiem, że jakiś utwór Good Charlotte był w którejś z gier „Tony Hawk Underground”, ale ja w nie grałem. Zespołem zainteresowałem się z zupełnie innych powodów, a mianowicie chciałem po prostu posłuchać czegoś jednej z legendarnych pop punkowych grup z lat 90/00. Ponadto, Benji Madden, gitarzysta GC, wystąpił gościnnie u Apoptygmy Berzerk na płycie „Rocket Science” (co wtedy wydawało się być kompletnie z dupy, ale Benji okazał się fanem APB), więc na dzień dobry istniał już jakiś łącznik. Sięgnąłem więc po debiut Good Charlotte i reszta jest już historią. To nie przypadek, że ta grupa stała się jednym z tych, o dziwo, niewielu bandów pop punkowych, które przebiły się do naprawdę scisłego mainstreamu, chociaż tamte czasy był łaskawsze dla collegowego grania. „Waldorf Worldwide” to kawałek o byciu z małego amerykańskiego miasteczka, założeniu zespołu pop punkowego i związanych z tym nadziejach i marzeniach. Czyli generalnie coś, co nie powinno w ogóle ze mną rezonować, bo urodziłem się w dużym mieście i nigdy nie chciałem zakładać punkowego zespołu (po latach tego żałuję, chociaż w Polsce to by nie było to). Ale może dlatego czuję sentyment do czegoś, czego w sumie nigdy nie miałem. W USA każdy (KAŻDY) ma garaż, a konstrukcja tamtejszych osiedli na przedmieściach, daje gwarancję, że na jednej z tych niekończących się ulic, z identycznymi domkami, z identycznymi zestawami do BBQ i równo przystrzyżonymi trawnikami, będą mieszkać młodzi perkusiści, basiści, gitarzyści, klawiszowcy, itd., którzy na bank chodzą do tego samego liceum i będą chcieli spotykać się w garażu, w celu grania dla funu. Bez spiny, bez przytłaczająco wielkich ambicji i wiążących za jaja kontraktów, ale po to żeby potajemnie otworzyć sobie po piwku, pośpiewać o bzdurach, itd. Ja się takiego czegoś dorobiłem dopiero na studiach w towarzystwie najlepszego zioma, którego znałem z liceum (ale w liceum nie chciał grać muzyki, bo uważał, że nie umie – na dzień dzisiejszy zagrał więcej koncertów niż ja), ale to trochę nie było to, bo brakowało nam ludzi do składu i generalnie nie było już tyle wolnego czasu i młodzieńczej energii (chociaż gramy razem do dziś). Piszę dużo o tym czego Munlup nie zrealizował za czasów nastoletnich, ale w sumie trochę o to chodzi. „Waldorfworldwide” jest kawałkiem, który wzbudza we mnie nostalgię za czymś, co z perspektywy czasu chciałbym żebym miał w tamtych latach, a nie miałem. Zamiast tego miałem deskę (którą jeden gość z klasy mi złamał próbując zrobić ollie) i komputer, przed którym przesiedziałem zdecydowanie zbyt duże ilości czasu. W każdym razie, przepisowe 3 minuty z hakiem amerykańskiego pop punka z domieszką reggae, dla Was.
https://www.youtube.com/watch?v=_1WrOPb2yaU
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Na wstępie chciałbym rzec że bardzo pozytywnie mnie zaskoczyliście odbiorem Sokoła i Oxy.gen, najbardziej cieszyło mnie to bardzo celne stwierdzenie że numer niebezpiecznie porusza się na granicy cringe'u jednocześnie jej nie przekraczając i że dobry aranż robi tu trochę handicap Sokołowi odwracając uwagę nieco. Spodziewałem się srogiego roastu a tu nic takiego, szokens.
Jedźmy dalej, jak to leciało?
"Warm like the month of May it was"
Za ciepło nie jest, bardziej jesiennie ale to mnie inspiruje by uderzyć w bardziej melancholijną nutę...
Timi Yuro - I Didn't Know What Time It Was
(1964)
To będzie wrzutka z serii po nitce do kłębka, czyli o moich podróżach od sampla do źródła. Pierwsze zetknięcie z fragmentami tego numeru w formie sampli nastąpiło u mnie poprzez rapowy utwór pt. "Światło" niejakiego Tau ale o tym kawałku już pisałem swego czasu na forum w temacie o rapie (wiecie to taki temat należący tylko do mnie, coś jak temat o Midnight Oil jest Melczeta). Pogrzebawszy głębiej okazało się że owo "Światło" nie jest wcale nową produkcją a jedynie kawałkiem zarapowanym na instrumentalu pt. "Know The Time" autorstwa producenta Apollo Browna, tenże dopiero z kolei opiera się na samplach ciętych z wrzucanego przeze mnie numeru Timi Yuro, tu poszło raczej prosto i leniwie - chyba wyczytałem to na whosampled będąc właśnie ciekaw źródła.
Utwór źródłowy okazał się być piękną balladą taką w stylu białego soulu (Timi Yuro jest biała, to amerykańska piosenkarka włoskiego pochodzenia), co ciekawe jak wyczytałem teraz za produkcję odpowiedzialny był Quincy Jones (późniejszy producent choćby słynnego dżeksonowego Thrillera). To są jednak lata 60., muzycznie klimaty są to bliższe Dusty Springfield (z rzeczy które pojawiały się w bestkach chyba najbliższy jest dopiero munlupowy Sinatra), są rzewne smyczki, jest silny piękny wokal Timi Yuro i tekst opowiadający o zakochiwaniu się. Numer jest świetny i lubię go słuchać choć to wrzutka z cyklu tych do których dziwnie się wraca po latach, przypomina mi ten dziwny czas kiedy po jednym koszu szukałem ukojenia i doszukiwałem się kolejny raz choć odrobiny uczuć ze strony mojej kumpeli, tak to bywało że gdy odbijałem się od różnych kobiet ona ciagle była obok i raz za razem padała niejako ofiarą moich zalotów i ta relacja między nami raz była lepsza by za chwile ulec kolejnemu pogorszeniu i powoli, stopniowo się wykruszać. No nikt nie mówił że będzie łatwo, ta bestka raz bywa terapią a innym razem masochistycznym grzebaniem w przeszłości, ale dobra muzyka wciąż pozostaje dobra. Słucham tego numeru i wciąż budzi emocje, a gdy Timi Yuro pod koniec robi taki wokalny grand finale (coś prawie jak martinowa przerwa w Somebody na żywo) to ja mam ciarki, ciekaw jestem czy i Wam się to udzieli.
https://youtu.be/oqnZu-i1Bvs
Jedźmy dalej, jak to leciało?
"Warm like the month of May it was"
Za ciepło nie jest, bardziej jesiennie ale to mnie inspiruje by uderzyć w bardziej melancholijną nutę...
Timi Yuro - I Didn't Know What Time It Was
(1964)
To będzie wrzutka z serii po nitce do kłębka, czyli o moich podróżach od sampla do źródła. Pierwsze zetknięcie z fragmentami tego numeru w formie sampli nastąpiło u mnie poprzez rapowy utwór pt. "Światło" niejakiego Tau ale o tym kawałku już pisałem swego czasu na forum w temacie o rapie (wiecie to taki temat należący tylko do mnie, coś jak temat o Midnight Oil jest Melczeta). Pogrzebawszy głębiej okazało się że owo "Światło" nie jest wcale nową produkcją a jedynie kawałkiem zarapowanym na instrumentalu pt. "Know The Time" autorstwa producenta Apollo Browna, tenże dopiero z kolei opiera się na samplach ciętych z wrzucanego przeze mnie numeru Timi Yuro, tu poszło raczej prosto i leniwie - chyba wyczytałem to na whosampled będąc właśnie ciekaw źródła.
Utwór źródłowy okazał się być piękną balladą taką w stylu białego soulu (Timi Yuro jest biała, to amerykańska piosenkarka włoskiego pochodzenia), co ciekawe jak wyczytałem teraz za produkcję odpowiedzialny był Quincy Jones (późniejszy producent choćby słynnego dżeksonowego Thrillera). To są jednak lata 60., muzycznie klimaty są to bliższe Dusty Springfield (z rzeczy które pojawiały się w bestkach chyba najbliższy jest dopiero munlupowy Sinatra), są rzewne smyczki, jest silny piękny wokal Timi Yuro i tekst opowiadający o zakochiwaniu się. Numer jest świetny i lubię go słuchać choć to wrzutka z cyklu tych do których dziwnie się wraca po latach, przypomina mi ten dziwny czas kiedy po jednym koszu szukałem ukojenia i doszukiwałem się kolejny raz choć odrobiny uczuć ze strony mojej kumpeli, tak to bywało że gdy odbijałem się od różnych kobiet ona ciagle była obok i raz za razem padała niejako ofiarą moich zalotów i ta relacja między nami raz była lepsza by za chwile ulec kolejnemu pogorszeniu i powoli, stopniowo się wykruszać. No nikt nie mówił że będzie łatwo, ta bestka raz bywa terapią a innym razem masochistycznym grzebaniem w przeszłości, ale dobra muzyka wciąż pozostaje dobra. Słucham tego numeru i wciąż budzi emocje, a gdy Timi Yuro pod koniec robi taki wokalny grand finale (coś prawie jak martinowa przerwa w Somebody na żywo) to ja mam ciarki, ciekaw jestem czy i Wam się to udzieli.
https://youtu.be/oqnZu-i1Bvs
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Mnie się coś we łbie pomieszało i już chciałem kolejny numer wstawiać xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Niedługo będę rozdawał darmowe sloty w miejsce Melkiego.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
To tylko etap manii ale spokojnie, przejdzie i znów będziesz zamulać po dwa tygodniedevotional pisze:19 maja 2023 12:45Mnie się coś we łbie pomieszało i już chciałem kolejny numer wstawiać xD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja to się bardziej martwię, że Wujas ostatnio woli obóz M&M.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Spokojnie, autorka jego następnej wrzuty dopiero się musi urodzić hehe
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Steven Wilson - Raider II
Stevena Wilsona poznałem tutaj na forum za sprawą nikogo innego, jak naszego wspólnego kolegi Hiena. To bardzo wszechstronny i utalentowany muzyk, więc nagrywał muzykę w wielu różnych konfiguracjach, z których najbardziej oczywiście lubię no-man. Ale ma się też czym pochwalić na płaszczyźnie solowej. Muszę się przyznać, że późniejsze jego solowe albumy znam słabiutko lub nawet wcale, ale dwa pierwsze bardzo sobie cenię. I właśnie z drugiego albumu Wilsona Grace for Drowning z 2011r. pochodzi ponad 23 minutowy Raider II. Cały album bardzo lubię, ale Raider II miał od początku dla mnie szczególne znaczenie. To bardzo rozbudowana kompozycja będąca swoistym ukoronowaniem tego albumu. Zawiera w sobie tak wiele muzycznych elementów, bogactwa dźwiękowego, zmian tempa i nastroju, że trudno przejść obok niego obojętnie. Już niepokojący początek zwiastuje coś szczególnego. Niskie dźwięki pianina w towarzystwie czegoś w rodzaju fleta i głosu Stevena robią niesamowity klimat. To klimatyczne intro trwa niemal 3 minuty, po których utwór nabiera impetu. Gitary ładnie rzężą, a Wilson wyśpiewuje bardzo dobrą melodię. Pod koniec 5 minuty robi się niezwykle ciekawie gdy wjeżdża saloonowe wręcz pianino i gitara akustyczna, a flet odwala piękne harce. Te fragmenty z fletem w roli głównej to są moje zdecydowanie ulubione momenty. Potem utwór to znów przyspiesza, to znów zwalnia na przemian. W środkowej części robi się wręcz bardzo jazzowo. Aż dojeżdżamy do 12 minuty kiedy to numer wchodzi w moją ulubioną fazę. Robi się kosmicznie klimatycznie i niepokojąco. Ten fragment brzmi wręcz jak jakiś soundtrack z obcego. Około 15 minuty gitary wygrywają coś naprawdę fantastycznego, a gdy znów pojawia się flet, to zawsze zapiera mi dech z wrażenia. Ta melodia wygrywana przez niego jest niewyobrażalnie piękna. Warto poczekać te kilkanaście minut, żeby dojść do tego momentu i go usłyszeć. Na końcu mamy jeszcze dwuminutową klimatyczną codę.
Ten utwór to taki swoisty mini albumik, bo nie dość, że trwa ponad 23 minuty, to jeszcze zawiera w sobie tak wiele, że można by tym obdzielić kilka utworów. Rider II to dla mnie naprawdę wielka i wartościowa rzecz.
https://www.youtube.com/watch?v=_Wt4HP61tEg
Stevena Wilsona poznałem tutaj na forum za sprawą nikogo innego, jak naszego wspólnego kolegi Hiena. To bardzo wszechstronny i utalentowany muzyk, więc nagrywał muzykę w wielu różnych konfiguracjach, z których najbardziej oczywiście lubię no-man. Ale ma się też czym pochwalić na płaszczyźnie solowej. Muszę się przyznać, że późniejsze jego solowe albumy znam słabiutko lub nawet wcale, ale dwa pierwsze bardzo sobie cenię. I właśnie z drugiego albumu Wilsona Grace for Drowning z 2011r. pochodzi ponad 23 minutowy Raider II. Cały album bardzo lubię, ale Raider II miał od początku dla mnie szczególne znaczenie. To bardzo rozbudowana kompozycja będąca swoistym ukoronowaniem tego albumu. Zawiera w sobie tak wiele muzycznych elementów, bogactwa dźwiękowego, zmian tempa i nastroju, że trudno przejść obok niego obojętnie. Już niepokojący początek zwiastuje coś szczególnego. Niskie dźwięki pianina w towarzystwie czegoś w rodzaju fleta i głosu Stevena robią niesamowity klimat. To klimatyczne intro trwa niemal 3 minuty, po których utwór nabiera impetu. Gitary ładnie rzężą, a Wilson wyśpiewuje bardzo dobrą melodię. Pod koniec 5 minuty robi się niezwykle ciekawie gdy wjeżdża saloonowe wręcz pianino i gitara akustyczna, a flet odwala piękne harce. Te fragmenty z fletem w roli głównej to są moje zdecydowanie ulubione momenty. Potem utwór to znów przyspiesza, to znów zwalnia na przemian. W środkowej części robi się wręcz bardzo jazzowo. Aż dojeżdżamy do 12 minuty kiedy to numer wchodzi w moją ulubioną fazę. Robi się kosmicznie klimatycznie i niepokojąco. Ten fragment brzmi wręcz jak jakiś soundtrack z obcego. Około 15 minuty gitary wygrywają coś naprawdę fantastycznego, a gdy znów pojawia się flet, to zawsze zapiera mi dech z wrażenia. Ta melodia wygrywana przez niego jest niewyobrażalnie piękna. Warto poczekać te kilkanaście minut, żeby dojść do tego momentu i go usłyszeć. Na końcu mamy jeszcze dwuminutową klimatyczną codę.
Ten utwór to taki swoisty mini albumik, bo nie dość, że trwa ponad 23 minuty, to jeszcze zawiera w sobie tak wiele, że można by tym obdzielić kilka utworów. Rider II to dla mnie naprawdę wielka i wartościowa rzecz.
https://www.youtube.com/watch?v=_Wt4HP61tEg
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
znikąd ratunku przed okularnikiem
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Tak pięknie pisałeś o ((speak)), że postanowiłem Cię dodatkowo nagrodzić. 
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Idę się utopić hehe
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
*Raider
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No racja, nie wiem co mi z tym rider. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Z racji tego, że Wuja wrzucił kobyłę o długości 5 utworów, to tym bardziej z wrzutkami tu czekamy do jutra. Melki, jak nie nadgoni, to traci kolejkę i dołącza w następnej (na tym etapie, to już mu chyba nie robi wielkiej różnicy).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Nie wisi mi, jestem w trakcie nadganiania. Piątek był, niestety, właśnie taki, jak się spodziewałem. Teraz próbuję odżyć
.