Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 paź 2023 15:42

Nasz kolega dev - Książe Prokrastynacji - na priv lojalnie uprzedził mnie że do poniedziałku nie wjedzie z recką KC, pozostaje mi jedynie mieć nadzieję że ktoś może w międzyczasie zacznie słuchać Commona i może następna kolejka pójdzie nieco sprawniej, to nie jest długa płyta i myślę że łatwiejsza w odbiorze niż Karmazynowy Król. Czekamy.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 20 paź 2023 15:47

A to łobuz jeden.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 20 paź 2023 15:53

Przyda się szybkie przejście kolejnych płyt, no rozpruła się nam ta kolejka
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 20 paź 2023 21:26

Swoje płyty se szybko przechodź.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 20 paź 2023 23:35

A Ty Wujek chcesz żeby Twoją męczono dwa tygodnie? Bo ja bym wolał nie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 20 paź 2023 23:58

Ofensywny Wujas strikes again, znów w powietrze

Sugeruję szybsze zajęcie się kolejnymi propozycjami po prostu.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 paź 2023 01:11

Otóż to. Nie czekać aż ruszy tu kolejny album, tylko po recenzji brać się za słuchanie następnego.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 21 paź 2023 01:34

Ja Commona słucham od dawna.
Hien pisze:
20 paź 2023 23:35
A Ty Wujek chcesz żeby Twoją męczono dwa tygodnie? Bo ja bym wolał nie.
Co to jest dwa tygodnie na album? Ileż ja bym dobrych albumów przegapił, gdybym zachowywał się tak pochopnie. :D
A Dragon to zajmuje stanowisko jak mu akurat wygodnie. Jak sam opóźnia, to wtedy "po co ta gonitwa!". :P
Wolę żeby ktoś męczył uczciwie mój album dwa tygodnie, jak ja to czasami robię, niż słuchał po łebkach.
No chyba, że zamiast słuchać po prostu wali ściemę, bo mu się nie chce. To już inna sprawa.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 paź 2023 09:41

No, ja obstawiam właśnie ostatnią opcję, bo zamiast na spokojnie zacząć słuchać kolejnej płyty po napisaniu recenzji poprzedniej, to niektórzy czekają z tym aż skończy się omawianie poprzedniej płyty i potem ciągnie się to dłużej niż by mogło. IMO każdy wrzuca tu bardzo dobrą muzykę, więc traktowanie tego jak pracy domowej jest średnie, może po prostu lepiej odpuścić jeśli się człowiek zmusza.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 24 paź 2023 14:38

King Crimson - Islands

Gdzie był Musiał, kiedy ludzie zachwycali się King Crimson? A gdzie było King Crimson, kiedy nikt nie zachwycał się Musiałem? Nie wiem, ale wiem, gdzie byłem ja, kiedy nie słuchałem tego albumu, a także gdzie byłem, kiedy go w końcu posłuchałem. Właściwie jeśli miałbym znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego nie polubiłem się nigdy na pełni z progiem, to ten krążek daje jakieś odpowiedzi - po prostu dla mnie prog nie miał twarzy Belewa na Discipline czy Red, tylko usta i płuca Jeffa Rothala (takie alter ego Iana Andersona, jakby ktoś nie zczaił), a w te usta wciśniętą fujarę (nie nabijam się tutaj), fletnię, fiutnię, co tam kto miał. Muzyka ta kojarzyła mi się z Anglią zanim jeszcze potrafiłem wskazać na mapie, gdzie ta Anglia się właściwie znajduje. Sielsko-wiejskie klimaty, szopy, ceglane murki, Listonosz Pat w swoim śmiesznym furgonie i wesoły prezenter telewizyjny gwałcący lokalne dzieciaki w swojej piwnicy. God save the queen. Boz jęczy takim skrajnie typowo angielsko-brzmiącym głosem, muzyka brzmi jak Vic Mars na kwasie, generalnie... jest w tym coś, ale nie jest to w stanie mnie chwycić, choć słuchałem tego krążka w kilku różnych warunkach (tak naprawdę cały czas w pracy) i zabrałem go nawet raz na spacer (oczywiście, że nigdzie go nie zabrałem, kogo ja próbuję oszukać). Niestety, nic to nie dało (i tak pewnie nic by nie dało, nawet, gdybym zrobił to, czego w końcu nie zrobiłem). Ale od początku.

Już pierwsze dźwięki Formentera Lady zabierają mnie do lasu i na jakąś smutną potańcówkę w puszczy. Dopiero chyba za trzecim razem ten numer chwycił, i to głównie dzięki nieco złowrogim i atakującym smykom (odwijają się prezenterowi) pod koniec utworu. W ogóle muszę powiedzieć, że ja jestem skrajnym niefanem muzyki rozrywkowej przełomu lat 60. i 70., uważam ją za nudną, mało inspirującą i w ogóle jakąś taką niewsiąkającą w ucho. Wczesny Bowie mi nie pasuje, wczesne Roxy Music mi nie pasuje, The Who nie trawiłem nigdy. Tutaj jest generalnie pół na pół, traktuję to wszystko jak trochę, nie wiem, ilustrację do sprzątania biblioteki w mieszkaniu, przeglądania starych szpargałów, leżenia na wersalce w pokoju z trzeszczącym gramofonem. W życiu bym sobie tego wszystkiego nie puścił np. celem wzmocnienia przeżycia ważnego wydarzenia (w życiu). Kiedy w końcu opuszczam puszczę, trafiam do baru? Sailor's Tale ma okrutnie wprost barowy klimat, co mi się wybitnie podoba. Świdrująca i przekombinowana brzmieniowo gitara w tym kawałku jest fenomenalna, bębny z basikiem i lekkim klawiszem w tle robią genialny klimat, ale to albo dalej pod czil, albo pod najebkę. Faktycznie, można się poczuć jak w mieście portowym czy coś, nawet późniejsza młócka perkusyjno-smyczkowa tego nie psuje, co więcej, podbija jeszcze bardziej. Powinienem tego słuchać - nieironicznie - siedząc o tej porze roku na pirsie albo nabrzeżu gdzieś w sąsiedztwie dawnej Stoczni Cesarskiej w mieście naszego nowego-starego premiera. Naprawdę myślę, że w takim settingu bym się mocno zachwycił. Tak naprawdę wciąż się zachwycam. To mój ulubiony track z płyty. Czego mi tam brakowało? Za pierwszym odsłuchem wokalu, ale potem zmieniłem zdanie. A tutaj wjeżdża The Letters, które... lepsze byłoby bez wokalu. Jazzowo się zrobiło bardzo, nawet fajnie, nieco złowrogo, Boz ma jaja w drugiej części kawałka (tutaj instrumental by zaszkodził), ale cały kawałek brzmi tak, jakby był jedną wielką improwizacją. Fajne do późnowieczornego włóczenia się po mieście np. Ladies of the Road zalatuje mi... wymienionym wcześniej wczesnym Roxy Music, ale takim wymieszanym z wczesnym ELO i to wszystko powinno być podlane sosem z Kociołka Panoramiksa. Bar leci na kilometr, ej, nie jest aż tak wiejsko, albo raczej wieś zrobiła fast forward z XVI wieku w okolice rządów skompromitowanych laburzystów tamtego okresu. Ma być sielsko-anielsko, ale wokół kopcą kominy i wydechy starych vauxhalli, mężczyźni chleją w barach, kobiety piorą w baliach, albo na odwrót. Za to odkąd zelektryfikowano okolicę, lokalne młodziki mogą pocisnąć w wiosła i naprodukować rzęrzące brzmienia, które nazywają graniem. Czasem im wyjdzie, czasem niespecjalnie, tym, co naprawdę nie wyjdzie to uda się punk, a tutaj... fajne jest w tym wszystkim to, że ta muza naprawdę brzmi jak jam nagrany na setkę, ale jednocześnie z pomysłem i planem. Właściwie powinienem odwołać to, co napisałem wcześniej. Ale przy każdym kolejnym podejściu do tej płyty byłem rozczarowany na samym początku tylko po to, żeby na jej koniec docenić jej kunszt. No, prawie. Takie np. Song of the Gulls to dla mnie straszny zapychacz (choć nie jest jakoś bardzo inwazyjny), a ja niespecjalnie przepadam za takim klimatem, bo kojarzy mi się z tą dziadowską angielską wsią ze starych filmów. Zdecydowanie jestem bardziej fanem post punku i sowieckich klimatów. Islands trochę przedłuża mewy, bo jest taki, no, znowu za spokojny, zbyt lajtowy, zbyt przemyślany, zbyt... brytyjski, nie wiem, jak to określić, wnerwia mnie taka muzyka na dłuższą metę. Ale nie, czekaj, można przecież coś z tego wyłowić, tylko musi się zrobić spokojniej, musi się zrobić nastrojowo, no i mniej więcej od 5-tej minuty się tak robi. Wokal Boza siedzący gdzieś tam w tle fajnie mi ten nastrój produkuje, szkoda, że na stosunkowo krótko. Ale potem wjeżdża trąbka do tych fajnych smyczków i akurat numer dobiega końca... No, ale jest hidden track, który brzmi jak studio outtakes nagrane zupełnie przypadkiem, i robi się bardziej Vic Marsowo niż u Vica Marsa. Ale to dobrze, fajnie, jeszcze te głosy w tle... No dobra, może odpalę jeszcze raz?

Kurde, jak to podsumować wszystko, nie wiem, NIE WIEM. Z jednej strony, no, nie będę kłamał, pewnie słyszałem w progu lepsze rzeczy, pewnie słyszałem lepsze rzeczy od King Crimson (o co generalnie nietrudno, zważywszy na ich bogatą dyskografię), taki to właśnie album na walnięcie na talerz gramofonu w starym, raczej drewnianym domu na jakimś jesiennym, wiejskim zadupiu. Posłuchać, napić się sourka, zapalić se szludżka, zjeść kawał świeżego chleba z masłem i udawać, że nie widzi się, jak ten sąsiad z telewizji prowadzi kolejne dzieciaki do piwnicy pod budynkiem gospodarczym. Nie wiem nawet do końca z czego wynika moja niechęć do takiego settingu, ale ona jest i momentami ten krążek mi ją podbija. Na szczęście mam potem morze, bar, wydostaję się ze środka lądu, którego nie trawię, i od razu można oddychać. Mam mieszane uczucia, Discipline sto razy lepsze, wiadomo, ale jakiejś wielkiej tragedii tu nie ma. Czy ja nagrałbym coś lepszego? Oczywiście, że nie. To co bym zrobił? Zupełnie nic. Niby wyspy, a jednak daleko od wody. Odrobinę zmarnowana okazja.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 25 paź 2023 00:34

Ponad 17 dni, o Panie... stanowczo za dużo xD Karmazynowi Bogowie byli dla mnie wyrozumiali, jestem zbawiony.

Jackinho - może i było to już sto lat temu, ale kolejne porównanie do Affenstunde sprawiło, że wreszcie wróciłem do tej płyty. Kosmische nijak mi się nie klei z progresyfem. Za dużo muzyki zlałoby się w jedno przy zestawieniu jako dobra late night muzyczka. I tak szanuję, ciekawe. Fajnie, że zapodałeś poważniejsze wejście w świat tych małych opowieści, bo to lirycznie też piękna sztuka.

Hieninho - lubię wracać tam, gdzie byłem już. Poważnie obeznany słuchacz KC już trochę wcześniej zapowiedział się z wrażeniami, ale trudno bym i tak obstawiał inne podejście. Znawcy tematu po prostu wiedzą o co tu biega, gdy już zaskoczy lub od początku trafia na podatny grunt, to raczej nie da się jej zmęczyć, nasycić na stałe, zacząć czymś rozczarowywać. Boks wyspowy jeszcze sprawdzę, potrzebuję tylko kolejnego dobrego momentu na dłuższe posiedzenie przy tej muzyce. Fripp w tamtym czasie to był dobrze nawiedzony artystycznie człowiek.

Wujasinho - szanuję, że odbyło się przynajmniej pięć odsłuchów. Zabieram się za kolejną płytę w kolejce. Tylu pełnych kontaktów w dość krótkim czasie raczej bym sobie nie zaaplikował. Chyba już nauczyłem się wybierać najlepsze kąski, a całość od deski do deski lecę na pewno mniej niż te pięć razy. Przypominam sobie zaczyn refleksji nt. otoczki wokół tej muzyki, ale gdy ktoś po prostu nie obcuje i próbuje z własnego wyboru bez jakiegokolwiek kontaktu... dopóki nie spróbuje wreszcie to nie ma o czym mówić ;) Letters wielbię właśnie za tę nieustannie zmienną dramaturgię. Co chwilę spokój i burza, chwila spokoju, a zaraz potem znów pełna ekspresja. Udało się tutaj coś wielkiego. Miło, że zaskoczyło... jeszcze trochę, a też zamiast niechęci wobec Ladies będzie wątpliwość przy Preludzie, heh.

Melkinho - czasami chciałbym wrócić do czasów, gdy potrafiłem wyraźnie wyczuć wrażenie testowania cierpliwości słuchacza lub w ogóle odbiorcy kultury w taki beztroski sposób. Pewnie przy pierwszych kontaktach odczuwałem coś takiego. Nic w tym dziwnego, przesiadka z radiowej, mimo wszystko niezbyt skomplikowanej muzyki w porządkowanie chaosu wymaga zmiany nastawienia rozłożonej w czasie. Cieszę się, że nastąpiła zmiana w podejściu do tej muzyki. Lubię to tak samo widzieć u siebie, jak i innych.

Sebinho - chyba faktycznie Red zmęczyłem do granic wytrzymałości, bo w sumie mógłbym wracać już tylko do Fallen Angel. Jest mi szkoda tej muzyki, ale na samą myśl do teraz jestem już dziwnie pewien, czego się spodziewać i wiem, że TO już nie zadziała. Nie wiem, czy to się zmieni, bo trwa to dość długo. Z drugiej strony nie żałuję, bo przy całej reszcie poza trochę słabszym Providence cała reszta wydatnie pomagała przetrawić różne dziwne rzeczy. Albo faktycznie przeżywane sytuacje albo dość dziwne interpretacje tego, co mogło się wydarzyć, a nie wyszło lub co może się jeszcze przytrafić, gdybym powiedział o dwa słowa więcej lub trzy mniej. Pod koniec liceum już nie korzystałem z Gadu-Gadu, ostatnie kontakty za sprawą mikronacji lub innych wesołych społeczności forumowych zdechły śmiercią naturalną. Noo, to był koniec epoki długich włosów, burzy myśli pod kopułą, ubierania się regularnie na czarno mając z 10 koszul i drugie tyle spodni na zmianę. Mam nadzieję, że kolega naprawdę żałuje wyboru przy okazji pierwszego tańca. W takich okolicznościach Wyspy byłyby naprawdę pięknym i wyjątkowym wspomnieniem bardzo istotnego wydarzenia - bo motywy z Twin Peaks to dość oklepany wybór, sry.

A, no i recka też fajna, bo praktycznie zgadzam się w pełni. Oczywiście ELP słuchałem, wiadomo.

Musialinho - lekko negatywne zaskoczenie, ale ja nie będę rzucał kamieniami, bo sam walczę z różnymi, najbardziej abstrakcyjnymi skojarzeniami i stereotypami, które psują odbiór rzeczy, więc rozumiem. Nie wiem, ta muzyka dla mnie wybiega daleko poza starego blond zwyrola (dobrze że zdechł), sos Worcestershire czy niejadalny chleb. Czasem muzyka po prostu podoba mi się lub nie ze względu na brzmienie, które mogę przypisać konkretnym regionom świata, ale tutaj jest zbyt plastycznie i eklektycznie, by to się sprawdziło. Trudno. Między wierszami niektóre momenty się podobały i tu widzę potencjał. W linijkach z aluzjami o przemocy i socjologicznymi analizami spod barowej lady drzemie potencjał na dramę, ale to nic by nie dało, nie dało to nic, jak to rzekł wieszcz naszych czasów.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 25 paź 2023 08:17

Dragon pisze:
25 paź 2023 00:34
Wujasinho - szanuję, że odbyło się przynajmniej pięć odsłuchów.
Odsłuchów było dużo więcej. Pięć to raczej u mnie takie minimum, jak naprawdę coś mi nie podchodzi. ;)
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 25 paź 2023 10:46

Zamuliłem, jedziemy dalej z Commonem o tym czy być czy nie być na Be
stripped pisze:
08 wrz 2023 10:41
Common - Be
(2005)

2005 rok, cóż to były za czasy, skończyłem 18 lat, dostałem pierwszy telefon komórkowy w moim życiu a komp mojego brata grzał się od ciorania w GTA: San Andreas. Był to też czas pewnej przemiany w mainstreamowym rapie gdzie gangsterski rap 50 Centa stopniowo ustępował backpackerskim rapsom Kanye Westa i jemu podobnych raperów (jak choćby wrzucany przez deva Lupe Fiasco) którzy wyrastali na muzyce A Tribe Called Quest, De La Soul czy Queen Latifah. Był to więc czas kiedy znów bardziej niż złoto na szyi i fajna fura liczyły się umiejętności czy szczery i świadomy przekaz. Na fali tego backpackerskiego rapu do formy z nowym albumem powrócił wówczas Common.

Common przez lata ukształtował swoją sylwetkę rapera który stał nieco poza głównym nurtem, poniekąd pewnie z racji tego że nie naginał się pod panującymi trendami, miał swój styl, swój fanbase któremu bliżej też było właśnie do jakiegoś De La Soul niż Biggiego dajmy na to. W 2003 roku wydał album Electric Circus który był nieco bardziej eksperymentalny, nieco wyalienował go od jego fanów i ogólnie sprzedawał się słabo. Common potrzebował powrotu który jednocześnie nadal byłby w jego stylu a zarazem jakoś odnalazłby go w ówczesnym świecie rapu. Wtedy z pomocą zjawił się ON, cały na biało - Kanye. Kanye West który dopiero zaczynał karierę jako raper ale z miejsca stał się takim liderem tego backpackerskiego nurtu, który nawijał o rzeczach zwykłych, życiowych bardziej a wszystko to okraszał własną produkcją, przyjemną dla ucha, chwytliwą, opartą mocno na soulowych samplach. Jako że obaj Panowie pochodzą z Chicago i poznali się jeszcze w latach 90. poprzez wspólnego znajomego - producenta No I.D, szybko znaleźli wspólny język, a że Kanye był wtedy świeżą, gorącą ksywką w świecie rapu pomogło to zwrócić większą uwagę na album Commona.

No ale dobra, do rzeczy, co to za album i z czym to się je? Be to wielki comeback Commona, wyprodukowany w większości przez Kanye i z jego gościnnym udziałem na mikrofonie miejscami, w większości to faktycznie jest show tych dwóch postaci ALE jest i trzeci element, autor dwóch bitów na tej płycie - J Dilla, który z Commonem współpracował już wcześniej. Całość gęsto przepleciona jest soulowymi samplami i w dużej mierze dla samego nawet ciepłego vibe'u tych produkcji lubię sięgać po tę płytę jesienią. Nie znaczy to bynajmniej że lirycznie coś tu kuleje, jest to ot standardowy Common jakiego mieliście okazję poznać już z moich wrzutek. Tytuł płyty "Be" oznacza ni mniej ni więcej tylko właśnie "bądź", w domyśle - bądź sobą, bądź szczery, bądź tu i teraz, żyj. Brzmienie o którym wspominałem też nie wzięło się znikąd bo Common nie ukrywał że nagrywając Be mocno inspirowało ich The Low End Theory z którym mierzyliście się w lutym jeszcze bodajże. Nie chodziło rzecz jasna o jazz ale bardziej o ten unikalny czarny klimat skrzętnie zbudowany na tamtym albumie. Album jest podobnie kompaktowy - spójny brzmieniowo i dość krótki bo przy swoich zaledwie 11 utworach trwa niecałe 43 minuty, dzięki czemu odsłuch upływa raczej lekko i przyjemnie. Mam oczywiście swoje ulubione momenty na tym albumie, takie jak choćby samo Intro z żywym brzmieniem kontrabasu które stopniowo nabudowuje się kolejnymi warstwami dźwięków (bardzo lubię takie zabiegi). Bardziej uliczne The Corner zawiera gościnny udział grupy The Last Poets (obok Gila Scott-Herona jedni ze spoken wordowych prekursorów rapu), co ciekawe grupy samplowanej wielokrotnie w rapie (choćby w samym Excursions na Low End Theory) a tu zaliczającej pierwszy featuring w rapowym numerze - piękne zatoczenie koła historii. GO! to ciepły, bardziej R&B brzmiący singiel dla babeczek, ale najlepsze dla mnie są Faithful oraz Love Is... Ten pierwszy jest trochę w stylu znanego większości z Was z bestki klipowej I Used To Love HER - tam Common spersonifikował jako kobietę gatunek rapu a tu z kolei rozważa co by było gdyby to Bóg był kobietą, zestawienie tej liryki wraz z produkcją tego numeru zawsze mnie jakoś poruszało. Love Is... to jeden z numerów wyprodukowanych przez J Dillę i jest to naprawdę fajny kawałek o miłości po prostu. Nie będę rozpisywał się o całości, nie umniejszając niczego pozostałym numerom jednakże, jako ciekawostkę dopowiem fakt że z trochę niezrozumiałych względów na płycie zawarty jest utwór The Food w wersji na żywo zagranej w Dave Chapelle Show podczas gdy studyjna wersja tego kawałka była wydana jedynie na stronie B jednego ze singli (dorzucę link bonusowo dla zainteresowanych).

Chyba dość się rozpisałem zatem bez zbędnych ceregieli zapraszam Was do mego czarnego świata ponownie, tym razem będziecie mogli pospacerować ulicami pełnymi kolorowych jesiennych liści w rytmie rapsów lat zerowych ale w klimacie czarnej muzyki lat 70. zarazem.

P.S.

O outro nic nie napisałem więc tylko dopowiem że jak na wielu innych albumach Commona zawiera spoken word Lonniego Lynna Jr znanego jako Pops, jest to po prostu ojciec samego Commona ;-)

Enjoy.

https://youtube.com/playlist?list=PLeK0 ... Q_TfzPdXD0

The Food (wersja studyjna):

https://youtu.be/ZtH6OW4hsnE?si=MKoBcj7SQSEgcy_f
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 28 paź 2023 03:11

Obiecałem Panu Jacu tekst na czwartek/piątek. Wychodzę z założenia, że mój dzień kończy się wtedy, gdy idę spać, więc nie ma problemu z nocną pisaniną, prawda?

Common Be

Nie jest żadnym zaskoczeniem, że po prawie dwóch latach od rozpoczęcia bestki horyzonty muzyczne mamy wyraźnie poszerzone. Nie spodziewałbym się po sobie, że będę z nieudawanym entuzjazmem odbierał kolejne hip-hopowe propozycje. Wierzę w Mudżyna jako mały autorytet pod tym względem. To zawsze są osobiste opowieści, ale lepiej odbierać następne płyty czy kawałki po prostu dobre niż rzeczy niegodne powrotów dostające często dość kurtuazyjne recenzje. Z czasem zmienia się moja metoda pracy z kompletnie nieznanym materiałem. Tu było o tyle prosto, że od pierwszych odsłuchów łatwo znalazłem swoich ulubieńców. Ostatni odsłuch za mną. Będę pisał bardziej z głowy niż przy pomocy sugestywnej ściągą z boku.

Po pierwsze: w ogóle historia poznawania Commona. Świetne propozycje w innych bestkach i od razu łatwiej przyswoić ten głos w innym sosie. Kompletnie nie znam jego artystycznych losów, ale ta płyta świadczy o sporym wyczuciu trendów, brzmienia, a do tego charakterystyczny pozytywny nastrój. Po drugie: współpracownicy, a przede wszystkim Kanye. KW jeszcze przed totalnym szursko-dewocyjnym odlotem, właściwie na początku swojej przygody w wielkim świecie sztuki to był rewelacyjny wybór. Już po samych bitach słychać, że do niektórych momentów musiał przyłożyć rękę. Po trzecie: przybrana stylistyka. Trochę R&B i soulu liznąłem, więc taka cieplutka, miejscami pościelowa, a trochę dżezowa produkcja wchodzi jak nóż w masło. Erykah Badu nie powstydziłaby się tak soczystych sampli w swoich numerach. Nie znam czarnej muzyki lat 70', ale to przetworzenie świadczy o tym, że tkwi tam kopalnia doskonałych patentów. Jednocześnie nie powiedziałbym, że to wyraźnie jesienna płyta. Szczególnie w polskim mikroklimacie. Kojarzy mi się z końcówką sierpnia, wrześniem, gdy jest jeszcze całkiem ciepło, ale liście nie spadają z drzew, dookoła nie ma gównochlapy, mgieł, gwałtownych lub właśnie długotrwałych opadów... Ostatecznie klimat dookoła rzadko kiedy mi przeszkadza, odpowiedni mindset sprawi, że i przy -10 za oknami będę tego słuchał z przyjemnością.

Niby produkcja dość gęsta, ale bity nie są przyciężkawe. Wyraziste pętle perkusyjne. Są kawałkami z typowo jazzy lub R&B patentami. Często ekipa pakowała do numerów dodatkowe sample wokalne. Drażnią mnie jedynie te wysoko pitchowane, nie lubię Alwina i wiewiórek, nie potrzebuję się zderzać z tym brzmieniem głosów. Intro całkiem sympatyczne, ale w porównaniu do całej reszty dość generyczne. Najmniej efektu wow na produkcji, spokojne wprowadzenie do wolno płynącego długograja. The Corner to już konkretne przyłożenie. Tu właśnie rzucają się w uszy dobrze poucinane wokale. Dostrzegam własną hipokryzję, bo tutaj jeszcze mi te wiewiórki nie przeszkadzają. Fajne tempo, trochę ostrzejsza energia. Podoba mi się. GO! już bardziej pościelowe za sprawą cudnych klawiszy w tle. Nawet jeśli teoretycznie jest dedykowane paniom, to ja nie mam nic przeciwko, bo też w to wchodzę, zresztą parę rzeczy mnie z nimi łączy... Trochę za dużo powtarzania goł,goł,goł, jedyna męcząca rzecz. To zaśpiewane na plus, to zapodawane przez Kanye jest za często. Drobiazg, ale muszę odnotować. Faithful ma już sporo wiewiórek, przez to odbieram trochę gorzej od poprzedników. Pod względem nawijki zasadniczo nigdzie nie ma poślizgów. Z drugiej strony poza refrenami i pojedynczymi linijkami trudno o bardzo charakterne momenty. Słucha się dobrze w całości i na części, flow samo w sobie tego nie wywołuje. Testify zapowiada bardziej sensualny fragment płyty. Fajne jest to napięcie między Commonem a tymi żeńskimi głosami. Tu nieźle słychać, że czasami w tych bitach zbyt wiele nie ma, a końcowy efekt pozostawia na mnie spore wrażenie, jakby działo się tutaj nie wiadomo jak dużo rzeczy. Świetne jest Love Is, 3/4 efektu robi znakomity sampel gitarowy. Idealny love song pod sytuację lekkiego zblazowania. Było wesoło, zielone się paliło, ale mamy teraz późną noc i albo rzeczy się wydarzą albo po prostu będzie przyjemnie tak jak jest, byle w towarzystwie odpowiedniej osoby. Bardzo dobry refren. Zaraz potem wjeżdża Chi-City i mamy atak z drugiej strony. Najciekawsza perka, przyjemne trąbki. Czasami bit leci na samej perkusji, a i tak działa. The Food w nażywości? Nie dziwię się, że to właśnie ta wersja wleciała na płytę kosztem studyjnej. Jest znacznie lepiej nawinięta. Bit wydaje się trochę szybszy. Mamy dodatkowe brzmienie albo przynajmniej nałożony efekt. Tak, mniej kwadratowo brzmiące wokale to podstawowa różnica. Do tego ten kawałek lepiej wchodzi bez kolejnej zwrotki, po tym "finale", gdy wpadają we dwójkę nic więcej nie trzeba. Po intensywnych i bardzo dobrych doznaniach Real People robi mimo wszystko za zapychacza. Nie jest tak nijaki jak intro, ale nie robi takiego wrażenia po prostu. Znów trąbki, całkiem w porządku złożone. Gdzieś musi być moment oddechu. Przed mocno symbolicznym zakończeniem idzie jeszcze They Say. Tutaj poszanowane dla Kanye za te dość zabawne, ale efektowne zaśpiewy na końcówkach niektórych wersów. Refren też zostaje długo w łepetynie. Pierwsza część It's Your World to dość oczywiste zakończenie, takie pozytywne wygaszenie klimatu, jakaś głębsza refleksja... bo potem zostają feelsy i poczucie robienia dobrze na serduszku. Dzieciaki mówiące o tym, kim chcą zostać w przyszłości - dość tani zabieg, ale ja się dałem nabrać, urocze. Na ostatnie minuty symboliczna wypowiedź ojca. Na tyle uniwersalna, że wykonawca to kwestia drugorzędna, ale w kontekście artysty wiadomo, warto podkreślić. Dobre wrażenie takiej przestrogi, docenienia wyboru takiej, a nie innej drogi. Ostatecznie trzeba bym tym, kim się jest i nie zważać na głupoty czy inne szkodliwości świata tego.

Co kontakt z Be, to na końcu zawsze byłem usatysfakcjonowany. Lekka, przyjemna płytka, która zostawia słuchacza z pozytywnym przekazem, jakąś dobrą myślą przynajmniej na te kilka minut po zakończeniu. Cenię sobie bardzo takie momenty. To była dobra podróż.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 30 paź 2023 15:02

Common - Be

Ja podobnie jak Dragon jeszcze dwa lata temu bym nie pomyślał, że będę chwalił te hip-hopowe albumy strippeda. Jeżeli chodzi o gadaczy zza oceanu to w tej bestce już piąty album i piąty raz jestem na tak. Commona znaliśmy już troszkę dzięki bestce utworowej i clipowej. I tamte utwory mi się podobały. Ale na albumie Be są jeszcze lepsze rzeczy.
Tak w ogóle uważam, że hip-hop Commona należy raczej do tych bardziej przystępnych dla takiego laika w temacie jak ja. Przez album Gang Starr musiałem się jednak dosyć długo przedzierać z maczetą w ręce, jak przez tropikalną dżunglę. W przypadku Be to była łatwa przeprawa. W produkcji albumu Be maczał palce Kanye West. I o ile jako człowieka go nie szanuję, bo to kompletny głupek, to tutaj słychać, że na muzyce się jednak zna nieźle.
Podoba mi się Be (Intro). Świetny początek na kontrabasie. Potem fajnie się to rozwija. Smyczkopodobnie brzmiące klawisze sprawiają wrażenie, że utwór brzmi jakby żywcem wyjęty z czołówki jakiegoś filmu lub serialu z lat 70’.
Potem mamy potężną rzecz w postaci The Corner. To chyba jeden z najlepszych hip-hopowych utworów, jakie w ogóle słyszałem. Super rytm i zaśpiewy typu „aa-aaa-aaa” mocno bujają. A podkład najzwyczajniej zachwyca.
GO! To kolejny dobry utwór, choć oczywiście poprzednikowi jednak nie dorównuje. Dobra praca perkusji i fajnie brzmiące klawisze w tle. Dobra rzecz.
Faithful nie miałbym nic do zarzucenia, gdyby nie wspomniane już przez Dragona wiewiórki. Ja też nie lubię takich wokali i nie rozumiem, po co ktoś coś takiego wciska. Utwór jest naprawdę bardzo ładny. Sama melodia śpiewana przez „wiewióry” mi się podoba, ale ich wokal absolutnie nie. A przecież mogły to być normalne kobiece wokale i byłoby pięknie. Zresztą w drugiej części rzeczywiście słychać normalne wokale i od razu robi się świetnie, soulowo a nie kreskówkowo. No ale mimo wszystko i tak mi się numer podoba.
Testify to kolejny fantastyczny utwór lekko jednak zepsuty tym samym, co Faithful. W zwrotkach damski wokal ładnie współgra z głosem Commona. A w refrenie piskliwe wiewiórki. PO CO TO? Czyj to był pomysł? Tego kosmity Westa? Na szczęście w dalszej części albumu już chyba za bardzo nie ma takich zabiegów.
Love Is to taka hip-hopowa ballada można by powiedzieć. Ładne, chyba gitarowe zagrywki, dobry bas. Dobry refren. Ładne to po prostu i przyjemne granie.
Chi-City bazuje na eleganckiej pętli perkusyjnej. Fajne trąbki przywołują trochę klimat z Be (Intro). Fajne fragmenty, w których Common wyśpiewuje tytułową frazę. Kurde album przy siódmym utworze wciąż trzyma poziom.
The Food skojarzył mi się dosyć mocno z dokonaniami Gang Starr na albumie Moment of Truth. Podkład w podobnym stylu. Dodatkowo te klawisze skojarzyły mi się z jakimś saloonowym graniem rodem z westernów. Jest wciąż ok. W Real People wracają trąbki. Dodatkowo dochodzi saksofon, fajne klawisze i brzmi to naprawdę świetnie. Super klimat. W żadnym wypadku nie jest to filler.
They Say - to już dziesiąty dobry utwór. Znowu perka daje radę. Do tego rewelacyjne klawisze. No i podoba mi się wokal udzielający się w refrenie (John Legend?). Całkiem melodyjny ten utwór jak na h-h.
It's Your World to całkiem dobre zakończenie albumu, choć jednocześnie chyba najmniej ruszający mnie moment.
Podsumowując – Be to bardzo udany album. Jedyne uwagi mam do tych wysokich, przetworzonych wokali w kilku utworach. Poza tym mucha nie siada. Prawdopodobnie po Notoriousie to najlepszy hip-hop z Ameryki od Murzyna.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 30 paź 2023 15:46

Już spieszę z wyjaśnieniem - owe WIEWIÓRY stały się wówczas bardzo popularnym zabiegiem w produkcji hip hopowej, Kanye był bez mała twarzą tego trendu który określano mianem "chipmunk soul" ("wiewiórczy soul" niejako), bawi mnie że jak na razie największa krytyka tyczy się tego co było niejako najmocniejszą stroną Kanye xD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 30 paź 2023 15:54

No dziś to brzmi jak gówno, z tego powodu nie lubię też wielu queerowych rzeczy powstających później, a które to brzmienie wykorzystywały
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 30 paź 2023 16:12

xD

śmiechowo

Ja wiewióry lubię, raz w życiu się porwałem na ten zabieg, najpierw kompresowałem pętlę (speed up + pitch up) a potem jeszcze podkręcałem samą wysokość tonu (dodatkowy pitch up), zamieniłem głęboki wokal Isaaca Hayesa w wiewióry :D

https://on.soundcloud.com/cuVyW

źródło:

https://youtu.be/FBGWleKsnV0?si=Nl4guaXEPfAa-Tlq
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 03 lis 2023 23:19

Panowie, jak odsłuchy?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 05 lis 2023 17:04

Chyba możemy przyjąć że dwa tygodnie to już będzie minimum na jedną płytę teraz 😬
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup