Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Co za różnica czy mam przesłuchane, czy nie, jak i tak inni zamulą.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To może daj innym przykład, a nie sam zamulaj
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
A kto Ci powiedział, że mam zamiar zamulać? 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, ja bardzo liczę, że nie masz, ale będąc człowiekiem zgorzkniałym i doświadczonym życiem, wolę z góry wyrazić swoje obawy zanim wyjedziemy z tą kolejka na 2024 r.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
London Grammar - Californian Soil
Pierwszy odsłuch albumu zaliczyłem już ładnych parę dni temu - i wtedy wszystkie utwory zlały mi się w jedną gęstą magmę w aurze przypominającej mi Susanne Sundfor (w końcu to Shodan wrzucił!) lub muzykę okołoświąteczną. Ciemno za oknem, kiedy wychodzi się z domu do pracy, ciemno za oknem, kiedy się wraca, idealna pogoda na no-man i Wild Opera, na ciemniejsze i współcześniejsze klimaty depeszowe, na euro disco, na śpiewające panie w typie Shodana (tak sobie pomyślałem). Na następne odsłuchy czekałem parę dni, w dużej mierze z braku energii. A potem machina ruszyła.
Zaczyna się od kawałka o tytule intro i rzeczywiście, pełni on funkcję swoistego wprowadzenia do całej płyty. Mamy nastrojowe wokalizy śpiewającej pani, całość skąpaną w filmowych dźwiękach (aż mi się przypomniało intro z The Light The Dead See, zapowiada się bardzo atmosferyczna płyta w listopadowo-grudniowych klimatach. Potem wchodzi utwór tytułowy, który długo mi się przegryzał (podobnie jak kolejne na liście Missing). Mamy tu klimaty filmowe, lekki bit (taki typowo współczesny), głos pani dodaje utworowi pewnej dramaturgii, podobnie jak budujące historię smyczki, natomiast flow tego utworu jest jakiś nie tego. Missing z kolei zaczyna się bez bitu, opiera się głównie na partii wokalnej pani Reid, coś ciekawego dzieje się w tle (instrumenty perkusyjne!) - chórki też są może ciekawe, ale za to flow znowu jest średni, napięcie utrzymuje się na podobnym poziomie. Zauważam, że dosyć łatwo przechodzę od intra do kawałka nr 4.
Wchodzi Lose Your Head i zaczyna się od spokojnych partii wokalnych z oszczędnym akompaniamentem i tutaj z chórkami, a potem i z wejściem refrenu zaczyna się dziać, podoba mi się ten bit pod spodem. Kawałek buja, wkręca się, użycza swojego nastroju, dobrze jest. Jak dotąd najmocniejszy punkt w zestawie. W końcówce mamy jeszcze iście filmową dramaturgię jak przy rozwiązywaniu akcji i uspokojenie. I jeszcze raz refren. Lord It's A Feeling zaczyna się prawie jak melodia z pozytywki, utwór znów mocno opiera się na wokalu, trzeba się jednak mocno wkręcić w twórczość wokalną pani Reid, żeby chwyciło, bo dźwięki tworzą raczej tło pod dramaturgię działań śpiewaczki. Ale słucha się przyjemnie, tło dość gęste, pod koniec lekki bit towarzyszy chóralnym zaśpiewom. Muzyka zdecydowanie bardziej nastrojowa niż chwytliwa, zauważam, że dobrze się słucha jako całości (coś, co wcześniej było wadą, bo zlewało się w jedno, po pewnym osłuchaniu staje się nawet zaletą), bez rozbijania na ścieżki, bo aura jest dosyć jednorodna, późna jesień, chłód, ciemność, w sumie to taka północ.
How Does It Feel utrzymane jest w podobnym klimacie, potem wchodzi trochę bardziej bujający bit, a pani śpiewa nieco luźniej,
[tu przerwa w pisaniu recenzji na wlepienie bana dla spamera]
"pure emotion" - tak, w którymś momencie to jest właśnie to, temu trzeba dać się porwać. Jeśli zaś wsłuchać się w same melodie czy bit, no, to czuć, że nie tędy droga. Tymczasem wchodzą wokale jednoznacznie kojarzące mi się z muzyką pop słyszaną w największych rozgłośniach - i słyszę, że to mi się udało przegryźć. Lata pracy z paniami słuchającymi podobnych piosenek wydatnie w tym pomogły. Baby It's You zaczyna się od lekko buczącego dźwięku na tle żywszego bitu, a potem wszystko wraca do normy (coś mi się to wszystko kojarzy z Adele i masą podobnych pań; niestety, ja za bardzo nie potrafię ich od siebie rozróżnić). Szkoda, że nie poszło torem ze wstępu. Fajny jest ten dynamiczny bit w tle, ale jednocześnie trochę od czapy, bo nie łączy się z klawiszami czy wokalem moim zdaniem za bardzo.
Call Your Friends zaczyna się od wysokiej partii wokalnej i zaczyna to znów nużyć, zrobiło się bowiem bardzo jednostajnie. All My Love to kawałek bardzo nastrojowy, wraca zimowa aura, jest ładnie, można się zatopić w tych dźwiękach. Talking generalnie jest spoko, ale, no, właśnie, widać, że coraz bardziej to się zlewa w jedno, jest przyjemnie, ale zaczyna to przypominać chwilę, kiedy chce się popodziwiać ogródek, liście na drzewach i chmury na niebie, ale widać, że trzeba wracać do domu, bo się ściemnia (a lepiej tam nie zostawać, jak jest ciemno; różne typy już się kręciły po okolicy). I Need The Night kontynuuje klimat poprzedniego kawałka (i w sumie płyty), refren sympatyczny, coś mało za to pisałem o zwrotkach i chyba nie bez powodu, one najczęściej po prostu są, jakoś mocniej nie chwyciły.
America to dziwny kawałek, od czapy, tematyka zupełnie inna, rytmika, wszystko. Trochę jak bonus na płycie. Bardzo dziwny bonus, bo to przecież część tej samej płyty. Zaczyna się gitarą, kawałek wolny, podniosły, aż nazbyt, sposób śpiewania pani mi się nie podoba.
Siłą tej płyty jest aura, nastrój i typowo późnojesienno-zimowa pogoda, kiedy takie chłodne, skandynawskie klimaty dobrze wchodzą. Dodać do tego przyjemny głos pani, udane brzmienie i mamy przepis na udane danie. Co jest słabością? Mało wyraziste rozwiązania instrumentalne i mała różnorodność wśród samych utworów. Specjalnie nie ma co krytykować, ale i pochwały muszą być oszczędne. Musi się przegryźć, ale obawiam się, że może zostać gdzieś pośrodku. Dużo nastroju, nie dość siły.
Pierwszy odsłuch albumu zaliczyłem już ładnych parę dni temu - i wtedy wszystkie utwory zlały mi się w jedną gęstą magmę w aurze przypominającej mi Susanne Sundfor (w końcu to Shodan wrzucił!) lub muzykę okołoświąteczną. Ciemno za oknem, kiedy wychodzi się z domu do pracy, ciemno za oknem, kiedy się wraca, idealna pogoda na no-man i Wild Opera, na ciemniejsze i współcześniejsze klimaty depeszowe, na euro disco, na śpiewające panie w typie Shodana (tak sobie pomyślałem). Na następne odsłuchy czekałem parę dni, w dużej mierze z braku energii. A potem machina ruszyła.
Zaczyna się od kawałka o tytule intro i rzeczywiście, pełni on funkcję swoistego wprowadzenia do całej płyty. Mamy nastrojowe wokalizy śpiewającej pani, całość skąpaną w filmowych dźwiękach (aż mi się przypomniało intro z The Light The Dead See, zapowiada się bardzo atmosferyczna płyta w listopadowo-grudniowych klimatach. Potem wchodzi utwór tytułowy, który długo mi się przegryzał (podobnie jak kolejne na liście Missing). Mamy tu klimaty filmowe, lekki bit (taki typowo współczesny), głos pani dodaje utworowi pewnej dramaturgii, podobnie jak budujące historię smyczki, natomiast flow tego utworu jest jakiś nie tego. Missing z kolei zaczyna się bez bitu, opiera się głównie na partii wokalnej pani Reid, coś ciekawego dzieje się w tle (instrumenty perkusyjne!) - chórki też są może ciekawe, ale za to flow znowu jest średni, napięcie utrzymuje się na podobnym poziomie. Zauważam, że dosyć łatwo przechodzę od intra do kawałka nr 4.
Wchodzi Lose Your Head i zaczyna się od spokojnych partii wokalnych z oszczędnym akompaniamentem i tutaj z chórkami, a potem i z wejściem refrenu zaczyna się dziać, podoba mi się ten bit pod spodem. Kawałek buja, wkręca się, użycza swojego nastroju, dobrze jest. Jak dotąd najmocniejszy punkt w zestawie. W końcówce mamy jeszcze iście filmową dramaturgię jak przy rozwiązywaniu akcji i uspokojenie. I jeszcze raz refren. Lord It's A Feeling zaczyna się prawie jak melodia z pozytywki, utwór znów mocno opiera się na wokalu, trzeba się jednak mocno wkręcić w twórczość wokalną pani Reid, żeby chwyciło, bo dźwięki tworzą raczej tło pod dramaturgię działań śpiewaczki. Ale słucha się przyjemnie, tło dość gęste, pod koniec lekki bit towarzyszy chóralnym zaśpiewom. Muzyka zdecydowanie bardziej nastrojowa niż chwytliwa, zauważam, że dobrze się słucha jako całości (coś, co wcześniej było wadą, bo zlewało się w jedno, po pewnym osłuchaniu staje się nawet zaletą), bez rozbijania na ścieżki, bo aura jest dosyć jednorodna, późna jesień, chłód, ciemność, w sumie to taka północ.
How Does It Feel utrzymane jest w podobnym klimacie, potem wchodzi trochę bardziej bujający bit, a pani śpiewa nieco luźniej,
[tu przerwa w pisaniu recenzji na wlepienie bana dla spamera]
"pure emotion" - tak, w którymś momencie to jest właśnie to, temu trzeba dać się porwać. Jeśli zaś wsłuchać się w same melodie czy bit, no, to czuć, że nie tędy droga. Tymczasem wchodzą wokale jednoznacznie kojarzące mi się z muzyką pop słyszaną w największych rozgłośniach - i słyszę, że to mi się udało przegryźć. Lata pracy z paniami słuchającymi podobnych piosenek wydatnie w tym pomogły. Baby It's You zaczyna się od lekko buczącego dźwięku na tle żywszego bitu, a potem wszystko wraca do normy (coś mi się to wszystko kojarzy z Adele i masą podobnych pań; niestety, ja za bardzo nie potrafię ich od siebie rozróżnić). Szkoda, że nie poszło torem ze wstępu. Fajny jest ten dynamiczny bit w tle, ale jednocześnie trochę od czapy, bo nie łączy się z klawiszami czy wokalem moim zdaniem za bardzo.
Call Your Friends zaczyna się od wysokiej partii wokalnej i zaczyna to znów nużyć, zrobiło się bowiem bardzo jednostajnie. All My Love to kawałek bardzo nastrojowy, wraca zimowa aura, jest ładnie, można się zatopić w tych dźwiękach. Talking generalnie jest spoko, ale, no, właśnie, widać, że coraz bardziej to się zlewa w jedno, jest przyjemnie, ale zaczyna to przypominać chwilę, kiedy chce się popodziwiać ogródek, liście na drzewach i chmury na niebie, ale widać, że trzeba wracać do domu, bo się ściemnia (a lepiej tam nie zostawać, jak jest ciemno; różne typy już się kręciły po okolicy). I Need The Night kontynuuje klimat poprzedniego kawałka (i w sumie płyty), refren sympatyczny, coś mało za to pisałem o zwrotkach i chyba nie bez powodu, one najczęściej po prostu są, jakoś mocniej nie chwyciły.
America to dziwny kawałek, od czapy, tematyka zupełnie inna, rytmika, wszystko. Trochę jak bonus na płycie. Bardzo dziwny bonus, bo to przecież część tej samej płyty. Zaczyna się gitarą, kawałek wolny, podniosły, aż nazbyt, sposób śpiewania pani mi się nie podoba.
Siłą tej płyty jest aura, nastrój i typowo późnojesienno-zimowa pogoda, kiedy takie chłodne, skandynawskie klimaty dobrze wchodzą. Dodać do tego przyjemny głos pani, udane brzmienie i mamy przepis na udane danie. Co jest słabością? Mało wyraziste rozwiązania instrumentalne i mała różnorodność wśród samych utworów. Specjalnie nie ma co krytykować, ale i pochwały muszą być oszczędne. Musi się przegryźć, ale obawiam się, że może zostać gdzieś pośrodku. Dużo nastroju, nie dość siły.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
London Grammar - Californian Soil
Chciałem znowu zacząć od słów, że w sumie to nie znam tej London Grammar, ale teraz sobie uświadomiłem, że przecież no heloł - była w bestce utworowej, w dodatku była niedawno, a ja ten kawałek pochwaliłem i w ogóle to było dobre. Wzmianki o tym, że sto procent shodana w shodanie trochę mnie zaciekawiły, w ogóle to ja lubię takie historie o albumach, co to nagle zaskakują, gdy nikt nie prosił i nikt nie pytał. Zabrałem się więc za odsłuch, i to nawet nie z taką pewną nieśmiałością, tylko z dużą dozą ciekawości.
Problemem w przypadku omawiania płyt kawałek po kawałku jest zawsze kwestia intra, bo zazwyczaj ciężko jest wykrzesać z siebie coś niebanalnego na podstawie jakichś kilkunastu sekund dźwięków - no w tym przypadku więcej. Tutaj akurat wam szczerze powiem, że na chwilę ta moja ciekawość ustąpiła miejsca takiej pewnej nieśmiałości, bo trochę się bałem nadmiernego patosu i jakichś okołosymfonicznych klimatów, które staram się unikać. Trochę to też mi pachniało jakimś Disney'em czy czymś podobnym. Ten przetworzony wokal to ja zupełnie nie wiem od jakiej czapy jest i czemu ma służyć. Na szczęście im dalej w las, tym takich rzeczy mniej, ale nie uprzedzajmy faktów czy jakoś tak.
Zwłaszcza, że w miarę szybko robi się fajnie, bo tytułowy to dobra piosenka. Ta z tej mitycznej sterty tych dobrych, które kiedyś może lepiej obczaję i o których złego słowa nie powiem. Trochę mi trąci Teardropem, ba, odnoszę wrażenie, że wstęp jest niemal identyczny. Śmiesznie pisząc o czymś takim jako ostatni, bo w sumie można łatwo mnie oskarżyć o plagiat, ale kaman - to podobieństwo jest wyraźne. Okej, jednak powiedziałem złe słowo, ale nie chcę zostawiać was z wrażeniem, że mi się ten kawałek nie spodobał. Nie, jest po prostu kolejnym dobrym kawałkiem, które tutaj usłyszałem.
Missing to dość podobna ballada, ale ze zdecydowanie mniejszym potencjałem "przebojowym", co widać chociażby po liczbie odsłuchów. W sumie to ten, to kolejna tylko i fajna rzecz, ale uznajmy, że niczego w niej mi nie brakuje.
W Lose Your Head spore wrażenie robi na mnie wokal, generalnie to jest jedna z tych piosenek, które z jednej biją lekką sztampą i w sumie człowiek słyszał je razy tysiąc, jak nie więcej, ale jednocześnie jest w nich coś takiego, co przyciąga uwagę, a nawet na chwilę porywa. Nie wiem czy dobrze, że to mi się kojarzy z Florence + The Machine. Pod koniec jednak zaczyna robić się męcząco.
LORD TO JEST UCZUCIE brzmi jak jakaś Lorde i nie wiem czy to pierwsze słowo tytułu nasunęło mi to skojarzenie, czy może faktycznie tak jest, bo tak po prawdzie to ja znam ze dwa kawałki Lorde i to słyszane albo w bestce, albo w radio kiedyś tam. Szczerze mówiąc, to sam w sobie nie jest jakiś szczególnie wybitny kawałek, są tu pewne niedostatki brzmieniowe, ale kurczę no... laska ma mocarny wokal i skutecznie wszystkie nim nadrabia. Naprawdę przyjemna rzecz, jedna z przyjemniejszych na tym albumie.
Kończą mi się synonimy dla określeń poprawnych ballad, których mógłbym użyć przy opisie kolejnego kawałka - u mnie to jest HOW DOES IT FEEL. Tutaj zaś moje skojarzenia dryfują w stronę Jessie Ware, ale sam mam wrażenie, że jest trochę abstrakcyjne. Mógłbym przepisać spory fragment opisu poprzedniego kawałka, bo w sumie wrażenia mam podobne, ale na ten moment jest dobrze. Jestem na półmetku, nie czuję znużenia, wszystko mi się względnie podoba i w ogóle fajno, a to dużo.
Ponoć kolejny kawałek to był jakiś jeden z pierwszych singli, co to tę płytę miał promować. W każdym razie wyróżnia się, na pewno na tle poprzedzających go ballad, jest tu jakaś energia, wigor, nawet trochę house'owy bit i znowu rzecz której słucha się nieźle. Ja to na początku byłem zdziwiony w sumie faktem, że to była pierwsza rzecz promująca tę płytę, bo uważałem, że nie jest zbyt reprezentatywna, ale teraz do mnie dotarło, że jest dokładnie odwrotnie. To jest kawałek, który tę płytę wręcz definiuje, bo brzmi jak wszystko, co na niej się znajduje - może i momentami banalnie oraz oczywiście, ale jest w tym coś, cos sprawia, że słucha się tego dobrze. Zdaję sobię sprawę, że jeszcze dalej są kawałki i to zdanie bardziej pasuje na zakończenie recenzji, chociaż po odtworzeniach na Spotify odnoszę wrażenie, że po tym momencie prawie wszyscy rzucili ten album w cholerę. NO TRUDNO.
Gdybym chciał być złośliwy, a dobrze wiecie, że to nie jest moją domeną, to bym napisał coś, że zupełnie mnie to nie dziwi, gdy słyszę CALL YOUR FRIENDS. Tutaj akurat moje resztki kreatywności też biorą i idą. Niby nie jest to złe, ale nie porywa, mam wrażenie, że słyszałem to z pierdyliard razy i w ogóle. Jak za rok do tego wrócę, to pewnie się okaże, że to mój hajlajt, ale na razie leciutko meham, ale też leciutko, bo to nie jest nic szczególnie złego. Ot, rzecz poprawna, ale zbyt poprawna.
Praktycznie to samo mogę napisać o ALL MY LOVE, ale tu już poczułem lekkie znużenie. O TALKING nie chce mi się gadać (heh, ależ błyskotliwe). "W pełni rozumiem ten nagły zjazd w liczbie odtworzeń, bo najzwyczajniej w świecie to jest już ten moment, w którym formuła się wyczerpuje, jest nijako i te kawałki brzmią mi na zwykłe fillery." - tak napisałem powyższych dwóch utworach oraz I NEED THE NIGHT. Coś jednak mnie podkusiło do tego, by dać mu kolejną szansę, bo prawdę powiedziawszy był dla mnie ciekawszy niż te smęty. I wiecie co? No może do mojej bestki nie trafi, ale naprawdę mi się podoba i kto wie, co przyniesie przyszłość.
Płytę wieńczy AMERICA. Nie wiem teraz czy to ja, czy prawie każda płyta wuja ze śpiewającą panią (TM) kończy się tego rodzaju epicką balladą, ale powiedzmy, że gdybym kiedyś miał ten "gatunek" opisać, to na pewno wziąłbym to pod rozważania. Ten kawałek jest jak znakomita większość tej płyty - poprawny do bólu, ale zero tu jakiejkolwiek oryginalności, słyszałem go z pierdyliard razy.
No i tak w ogólnym rozrachunku ni to chwaliłem, ni to nie chwaliłem. No faktycznie jest to sto procent wuja w wuju xd - może i trąci ten album sztampą, brzmi trochę płasko, jeździ na oklepanych patentach, ale MOCARNY wokal i jakiś taki nieopisywalny urok sprawiają, że w ogólnym rozrachunku słucha się tego całkiem nieźle. W skali szkolnej to byłby u mnie solidny uczeń, który nigdy nie był blisko żadnego zagrożenia, ale też nigdy nie jeździł na żadne olimpiady i w sumie niczym się nie wyróżniał. Dla mnie spoko, takie rzeczy też są potrzebne. AMENT
Chciałem znowu zacząć od słów, że w sumie to nie znam tej London Grammar, ale teraz sobie uświadomiłem, że przecież no heloł - była w bestce utworowej, w dodatku była niedawno, a ja ten kawałek pochwaliłem i w ogóle to było dobre. Wzmianki o tym, że sto procent shodana w shodanie trochę mnie zaciekawiły, w ogóle to ja lubię takie historie o albumach, co to nagle zaskakują, gdy nikt nie prosił i nikt nie pytał. Zabrałem się więc za odsłuch, i to nawet nie z taką pewną nieśmiałością, tylko z dużą dozą ciekawości.
Problemem w przypadku omawiania płyt kawałek po kawałku jest zawsze kwestia intra, bo zazwyczaj ciężko jest wykrzesać z siebie coś niebanalnego na podstawie jakichś kilkunastu sekund dźwięków - no w tym przypadku więcej. Tutaj akurat wam szczerze powiem, że na chwilę ta moja ciekawość ustąpiła miejsca takiej pewnej nieśmiałości, bo trochę się bałem nadmiernego patosu i jakichś okołosymfonicznych klimatów, które staram się unikać. Trochę to też mi pachniało jakimś Disney'em czy czymś podobnym. Ten przetworzony wokal to ja zupełnie nie wiem od jakiej czapy jest i czemu ma służyć. Na szczęście im dalej w las, tym takich rzeczy mniej, ale nie uprzedzajmy faktów czy jakoś tak.
Zwłaszcza, że w miarę szybko robi się fajnie, bo tytułowy to dobra piosenka. Ta z tej mitycznej sterty tych dobrych, które kiedyś może lepiej obczaję i o których złego słowa nie powiem. Trochę mi trąci Teardropem, ba, odnoszę wrażenie, że wstęp jest niemal identyczny. Śmiesznie pisząc o czymś takim jako ostatni, bo w sumie można łatwo mnie oskarżyć o plagiat, ale kaman - to podobieństwo jest wyraźne. Okej, jednak powiedziałem złe słowo, ale nie chcę zostawiać was z wrażeniem, że mi się ten kawałek nie spodobał. Nie, jest po prostu kolejnym dobrym kawałkiem, które tutaj usłyszałem.
Missing to dość podobna ballada, ale ze zdecydowanie mniejszym potencjałem "przebojowym", co widać chociażby po liczbie odsłuchów. W sumie to ten, to kolejna tylko i fajna rzecz, ale uznajmy, że niczego w niej mi nie brakuje.
W Lose Your Head spore wrażenie robi na mnie wokal, generalnie to jest jedna z tych piosenek, które z jednej biją lekką sztampą i w sumie człowiek słyszał je razy tysiąc, jak nie więcej, ale jednocześnie jest w nich coś takiego, co przyciąga uwagę, a nawet na chwilę porywa. Nie wiem czy dobrze, że to mi się kojarzy z Florence + The Machine. Pod koniec jednak zaczyna robić się męcząco.
LORD TO JEST UCZUCIE brzmi jak jakaś Lorde i nie wiem czy to pierwsze słowo tytułu nasunęło mi to skojarzenie, czy może faktycznie tak jest, bo tak po prawdzie to ja znam ze dwa kawałki Lorde i to słyszane albo w bestce, albo w radio kiedyś tam. Szczerze mówiąc, to sam w sobie nie jest jakiś szczególnie wybitny kawałek, są tu pewne niedostatki brzmieniowe, ale kurczę no... laska ma mocarny wokal i skutecznie wszystkie nim nadrabia. Naprawdę przyjemna rzecz, jedna z przyjemniejszych na tym albumie.
Kończą mi się synonimy dla określeń poprawnych ballad, których mógłbym użyć przy opisie kolejnego kawałka - u mnie to jest HOW DOES IT FEEL. Tutaj zaś moje skojarzenia dryfują w stronę Jessie Ware, ale sam mam wrażenie, że jest trochę abstrakcyjne. Mógłbym przepisać spory fragment opisu poprzedniego kawałka, bo w sumie wrażenia mam podobne, ale na ten moment jest dobrze. Jestem na półmetku, nie czuję znużenia, wszystko mi się względnie podoba i w ogóle fajno, a to dużo.
Ponoć kolejny kawałek to był jakiś jeden z pierwszych singli, co to tę płytę miał promować. W każdym razie wyróżnia się, na pewno na tle poprzedzających go ballad, jest tu jakaś energia, wigor, nawet trochę house'owy bit i znowu rzecz której słucha się nieźle. Ja to na początku byłem zdziwiony w sumie faktem, że to była pierwsza rzecz promująca tę płytę, bo uważałem, że nie jest zbyt reprezentatywna, ale teraz do mnie dotarło, że jest dokładnie odwrotnie. To jest kawałek, który tę płytę wręcz definiuje, bo brzmi jak wszystko, co na niej się znajduje - może i momentami banalnie oraz oczywiście, ale jest w tym coś, cos sprawia, że słucha się tego dobrze. Zdaję sobię sprawę, że jeszcze dalej są kawałki i to zdanie bardziej pasuje na zakończenie recenzji, chociaż po odtworzeniach na Spotify odnoszę wrażenie, że po tym momencie prawie wszyscy rzucili ten album w cholerę. NO TRUDNO.
Gdybym chciał być złośliwy, a dobrze wiecie, że to nie jest moją domeną, to bym napisał coś, że zupełnie mnie to nie dziwi, gdy słyszę CALL YOUR FRIENDS. Tutaj akurat moje resztki kreatywności też biorą i idą. Niby nie jest to złe, ale nie porywa, mam wrażenie, że słyszałem to z pierdyliard razy i w ogóle. Jak za rok do tego wrócę, to pewnie się okaże, że to mój hajlajt, ale na razie leciutko meham, ale też leciutko, bo to nie jest nic szczególnie złego. Ot, rzecz poprawna, ale zbyt poprawna.
Praktycznie to samo mogę napisać o ALL MY LOVE, ale tu już poczułem lekkie znużenie. O TALKING nie chce mi się gadać (heh, ależ błyskotliwe). "W pełni rozumiem ten nagły zjazd w liczbie odtworzeń, bo najzwyczajniej w świecie to jest już ten moment, w którym formuła się wyczerpuje, jest nijako i te kawałki brzmią mi na zwykłe fillery." - tak napisałem powyższych dwóch utworach oraz I NEED THE NIGHT. Coś jednak mnie podkusiło do tego, by dać mu kolejną szansę, bo prawdę powiedziawszy był dla mnie ciekawszy niż te smęty. I wiecie co? No może do mojej bestki nie trafi, ale naprawdę mi się podoba i kto wie, co przyniesie przyszłość.
Płytę wieńczy AMERICA. Nie wiem teraz czy to ja, czy prawie każda płyta wuja ze śpiewającą panią (TM) kończy się tego rodzaju epicką balladą, ale powiedzmy, że gdybym kiedyś miał ten "gatunek" opisać, to na pewno wziąłbym to pod rozważania. Ten kawałek jest jak znakomita większość tej płyty - poprawny do bólu, ale zero tu jakiejkolwiek oryginalności, słyszałem go z pierdyliard razy.
No i tak w ogólnym rozrachunku ni to chwaliłem, ni to nie chwaliłem. No faktycznie jest to sto procent wuja w wuju xd - może i trąci ten album sztampą, brzmi trochę płasko, jeździ na oklepanych patentach, ale MOCARNY wokal i jakiś taki nieopisywalny urok sprawiają, że w ogólnym rozrachunku słucha się tego całkiem nieźle. W skali szkolnej to byłby u mnie solidny uczeń, który nigdy nie był blisko żadnego zagrożenia, ale też nigdy nie jeździł na żadne olimpiady i w sumie niczym się nie wyróżniał. Dla mnie spoko, takie rzeczy też są potrzebne. AMENT
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Słowo podsumowania od Wuja i jutro uwalniamy Gabriela
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wujas chyba uznał że milczenie jest złotem, lecimy dalej. Zaczynamy kolejkę albumu Peter Gabriel 3: Melt, autorstwa tegoże.
mintaj pisze:18 wrz 2023 13:12Peter Gabriel - Peter Gabriel 3: Melt
Im dłużej bawię się w to pisanie o muzyce, tym bardziej dociera do mnie, że nie tylko nie mam o niej bladego pojęcia, ale za cholerę nie umiem o niej pisać. Teoretycznie niemal dwa lata poświęcone na cykliczne omawianie randomowych płyt i piosenek z przeróżnych gatunków nagrywanych przez przeróżnych artystów powinny poszerzyć moje horyzonty i otworzyć mi łeb. Włąściwie to może i faktycznie w jakimś stopniu miało miejsce, ale nawet nie zdajecie sobie sprawy jak często miewam blokady we łbie, gdy próbuję coś o tych rzeczach napisać, nie mówiąc o tych nielicznych momentach, gdy próbuję z siebie wykrzesać coś niestandardowego.
Taki moment miał miejsce przed chwilą, chciałem bowiem napisać coś nibytobłyskotliwego o tym, że warto sięgać po rzeczy, których się nie lubi i rewidować swoje poglądy na muzykę, ale szybko uświadomiłem sobie, że to jakby trochę tu i tak robimy, a i ktoś tu coś takiego pisał. W każdym razie jednym z beneficjentów takiej postawy u mnie jest Peter Gabriel - artysta, o którym zawsze wiedziałem, że jest wielki, ale dopiero jakoś w tym roku NAPRAWDĘ to do mnie dotarło.
Według RYMa, któremu w tych tematach raczej wierzę, znam ten album z 10 lat. Ni cholery nie pamiętam swojego pierwszego odsłuchu, ta płyta w mojej świadomości przez lata figurowała jako jeden z albumów w dziejach muzyki w zasadzie do tamtego roku. Nie wiem o czym to świadczy, ale się domyślam, a w moich domyślaniach utrzymuje mnie lista płac tej płyty: Kate Bush, Phil Collins, Robert Fripp, Tony Levin. Ja wiem, że nazwiska nie grają, w muzyce zwłaszcza, ale cholera jasna - przecież to jest skład na poziomie Galacticos czy innego Chicago Bulls 96/97.
Niemniej, zamiast się kajać, nad swoją ignorancją, wolę jednak cieszyć się faktem, że do niej DOJRZAŁEM. Kiedyś tam gdzieś tam użyłem w kontekście tej płyty określenia "neurotyczno-ezoteryczno-psychodeliczna" - jak siebie tak teraz czytam, to brzmi to trochę jak slogan, a trochę jak bełkot (czyli jak ja), ale faktem jest, że ma ona specyficzną aurę. To aura właśnie neurotycznych faz, odrzucenia, alienacji, chorób psychicznych i tego całego toksycznego syfu, który się nam gromadzi w głowach i z którym borykamy się żyjąc w tzw. społeczeństwie. Tutaj mi się odruchowo nasunęło skojarzenie z serialem Bojack Horseman, który pewnie wielu z was zna, ale uznałem, że to chyba zbyt odległe powiązanie i zbyt mocny take, ale jeśli chodzi o oddawanie takich klimatów, to to chyba mało które teksty kultury mogą się z nimi równać.
Garść słów o moich faworytach. Games Without Frontiers już słyszeliście - urocza wyliczanka o zawiłościach relacji międzyludzkich. Uwzględniam, bo to jednak był ten trigger, który mnie przekonał do całości. NO SELF CONTROL to chyba mój faworyt, latem tego roku miałem zajawkę na poziomie wręcz munlupowej fascynacji Fishmansami sprzed paru lat - wałkowałem na okrągło. Przejście na perkusji w 1:30 to jedna z najpiękniejszych i najmocniejszych rzeczy jakie znam, tak samo jak wokalizy Kate Bush. Jako ktoś, kto zmagał się z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi jakoś tak bardziej się utożsamiam z tym kawałkiem, niż robiłaby to zdrowa jednostka, gdyż uważam, że Gabriel doskonale oddał tutaj stan tej manii, tego pierdolca, kiedy człowiek traci kontrolę nad swoim rozsądkiem i ulega chorej manii. Family Snapshot to rzecz wielka, bo naprawdę łatwo o to, by historię o zamachu opowiadaną z perspektywy zamachowca z wątkiem trudnego dzieciństwa przedstawić tak, by nie brzmiała pretensjonalnie, tanio i ckliwie. Honorable mention dla neurotycznego Intrudera oraz za pomysł wrzucenia instrumentala pod tytułem START na trzecią pozycję na trackliście - BTW czy tylko mi, w jakimś tam stopniu, ale jednak, kojarzy się z Zeldą? Pewnie tak.
Albo i nie. Przekonam się kiedyś tam. Na razie tylko sugeruję wam, byście brali i słuchali tego.
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... S7FrCLxs0V
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Co tu gadać - znowu porażka, znowu zawód. Szukacie jednak w muzyce zupełnie innych wrażeń niż ja. Niektóre zarzuty się powtarzały, inne nie. Jedne były w miarę zrozumiałe, inne zupełnie kuriozalne. Można by długo dyskutować o różnych rzeczach, ale chyba lepiej po prostu pójść dalej. W każdym razie doceniam, że każdy z Was próbował, że coś tam jednak dla siebie znalazł. Choćby utworek lub dwa. Zawsze to coś.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ale co jest złego w długich dyskusjach? Można przynajmniej spróbować, nikt Ci nie bronił Wujek odnosić się na bieżąco do kolejnych recenzji, może wtedy by się dało coś przegadać, lepiej zrozumieć, itd, a teraz to faktycznie idziemy dalej, bo Gabriel już stygnie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Myślę że nie ma co lamentować bo na dobrą sprawę nikt myślę nie zrugał tej płyty, po prostu na poziomie wywoływania jakichś emocji nie podziałała na nas raczej, niemniej kilka osób zwróciło chyba uwagę że słuchało się tego nawet lekko i przyjemnie. Może miałeś inne oczekiwania ale one zwykle bywają zgubne w naszych bestkach, każdy z nas ma tu inną wrażliwość. No nic , teraz wypadałoby w końcu wziąć się za Gabriela :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja bym w sumie chciał odniesienia do się do tych kuriozalnych twym zdaniem zarzutów, bo to jakby trochę forum dyskusyjne i po to istnieje
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No np. to, ze Hannah fałszuje. Albo to, że album brzmi jak składanka niepasujących do siebie utworów przy jednoczesnym twierdzeniu, że wszystkie utwory powielają ten sam schemat, są podobne do siebie. Jedno wyklucza drugie albo ja coś źle zrozumiałem.
Rzeczywiście lepiej dyskutować na bieżąco, bo na koniec, to już się nie pamięta, co kto właściwie pisał.
Swoją drogą to nie chodzi o to, ze ja lamentuję. Może poczułem lekki zawód, że takk słabo poszło, ale w sumie to chyba odbiorca zawsze więcej traci jak nie kupuje muzyki, niż autor wrzutki. Jak się komuś sprzeda swoją płytę, to jest satysfakcja. Ale ważniejsze jest chyba to, żeby dla siebie coś podkupić od innych. Żeby poszerzać swoją bibliotekę muzyczną o rzeczy dotychczas sobie nieznane.
Rzeczywiście lepiej dyskutować na bieżąco, bo na koniec, to już się nie pamięta, co kto właściwie pisał.
Swoją drogą to nie chodzi o to, ze ja lamentuję. Może poczułem lekki zawód, że takk słabo poszło, ale w sumie to chyba odbiorca zawsze więcej traci jak nie kupuje muzyki, niż autor wrzutki. Jak się komuś sprzeda swoją płytę, to jest satysfakcja. Ale ważniejsze jest chyba to, żeby dla siebie coś podkupić od innych. Żeby poszerzać swoją bibliotekę muzyczną o rzeczy dotychczas sobie nieznane.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Kuriozalne jest w sumie to, że Wujek lamentuje jakby był co najmniej Adrianem M. po recenzjach Poets of the Fall. A chyba nikt tego LG nie zjechał, opinie były po prostu mieszane. Shodan strasznie zachłanny. W każdy razie, wybaczcie że wjadę z OFFTOPEM, ALE
Peter Gabriel - Melt
„Melt” od wieków walczy u mnie o pierwsze miejsce spośród pierwszych czterech albumów Petera. Od „So” zaczął się zupełnie inny etap kariery Gabriela, pomijając nawet to, że zaczął tytułować albumy, to po prostu te pierwsze cztery płyty są trochę z innego świata. Do dziś nie mogę zdecydować, czy na tronie zasiada „Melt”, czy „Secutiry” i chyba oba będą musiały się tam cisnąć razem po wsze czasy. W każdym razie, omawiana płyta jest z pewnością jedną z moich ulubionych Petera Gabriela. Może nie każdy utwór rzuca mną o ścianę, ale te które rzucają, sprawiają że przebijam się do mieszkania obok.
Ekipa, którą Piter zebrał do nagrywania tego albumu miała bezpośredni wpływ na jej kształt. Są tu obecni Phill Collins, David Rhodes (który gra chyba na wszystkich płytach PG), Dave Gregory (z XTC), Tony Levin (który, o ile dobrze kojarzę, ugrał sobie wtedy obecność w zespole występującym wstępnie jako Discipline), Kate Bush i Robert Fripp. Ci ludzie nie tylko świecili nazwiskami, ale odcisnęli faktyczne piętno na brzmieniu tego albumu. Część grała już zresztą w koncertowym składzie Gabriela od lat.
„Intruder” to jest encyklopedyczny przykład tego słynnego brzmienia gated reverb, którego autorem jest Phil Collins grający w tym kawałku. Również charakterystycznie dla Collinsa (a przede wszystkim dla early Gabriela) perkusja jest kompletnie pozbawiona talerzy, co znajduje swoje źródło w umiłowaniu Petera do plemiennych, afrykańskich rytmów. Piosenka sama w sobie wytwarza tę psychodeliczną, creepy atmosferę i to w zasadzie pod każdym względem, produkcji, brzmienia instrumentów, a zwłaszcza tych upiornych, przefiltrowanych zakrzyków. Zawsze lubiłem ten kawałek, poznałem go pierwszy raz w wersji live z płyty „Plays Live”, może było tam trochę skromniej, ale emocjonalnie chyba mocniej.
„No Self Control” to jest kawałek, który bym wrzucił do utworowej w pierwszej połowie roku, gdyby nie istniało „Marcy Street”. Miałem żal do Seby, że zamiast tego, wrzucił „Games Without Frontiers” (i dziwi mnie to do tej pory). Wszystko jest w tym kawałku perfekcyjne, marimby, tribalowa perkusja, chórki Kate Bush, tekst, syntezatory, klimat (nie mniej creepy od „Intrudera”), itd. Można wymieniać długo, ale lepiej siedzieć i słuchać. Ten kawałek również poznałem na „Plays Live”, to jest o tyle istotne, że tam utwór jest w dosyć diametralnie innej wersji (albumową, Peter zagrał dopiero w 2007 r.). Powiem szczerze, że nadal nie wiem, która preferuję, obie są fenomenalne z różnych powodów. Tę, określaną przez fanów jako ‘jazz version’, słyszałem na żywo w 2014 r., ale mam też fajne wspomnienie kiedy słuchałem jej w Morskim Oku, w nocy, patrząc na oświetlone księżycem góry i szalejące na wietrze drzewa. Gruby klimat.
To jest ta wersja:
https://www.youtube.com/watch?v=tXV_Tzq ... JvbA%3D%3D
(bonus, ale to już dla Seby tylko, proto wersja NSC z 79 https://www.youtube.com/watch?v=uXZHZEXwANI)
„Start” wjeżdża niczym „Moda na Sukces” z tym saxem i trochę wyrywa z creepy klimatu poprzednich dwóch utworów, ale w sumie to fajne intro (i nie nazywa się intro, za co Gabrielowi należą się oczywiście pochwały). „I Don’t Remember” też poznałem najpierw na „Plays Live”. Wspominam o tym często, bo ten live album jest kosmiczny, intro do tego kawałka z wokalnym gabrielizowaniem, to jest złoto. Potem niektóre wersje studyjne wydawały się trochę blade, ale akurat „IDR” wytrzymuje porównanie. Tutaj przede wszystkim świetny tekst robi robotę. Muzycznie, słychać że to jest dla PG moment przejściowy z lekko kwaśnego classic rocka debiutu i „Scratch”, a psychodelą „Security”. Zawsze w studyjnej wersji podobało mi się to outro, jakby ktoś ktoś włączył jakiś lekko zepsuty zasilacz, który razi prądem (podobne outro ma jeden z moich ulubionych kawałków PG „The Family and the Fishing Net”).
„Family Snapshot” to przez pierwszą połowę klasyczna ballada Petera, a przez drugą klasyczny banger. Nie zasłuchiwałem się w nim nigdy jakoś bardzo mocno, ale lubię i szanuję. To jeden z tych utworów, które większe wrażenie robią na „Plays Live”. Na nowej płycie jest taki kawałek, który pobrzmiewa tym utworem („Playing for Time”). Znowu saksik wchodzi, ciężkie gary, pod koniec klasyczne „rzężenie” Gabrysia, za które fani go kochają.
„And Through the Wire” to taki deep cut Gabriela, który w idealnym świecie byłby hitem. Refren wchodzi w ucho od razu i już nie wychodzi. Bardzo klasyczny rockowy kawałek jak na PG, ale brzmi doskonale. Collins daje tu z siebie wszystko, zresztą nie tylko on jeśli chodzi o muzyków towarzyszących. Z jednej strony numer odstaje prostotą, a z drugiej chyba nikt by nie chciał, żeby taki utwór był przekombinowany eksperymentami. W każdym razie, to jeden z tych razów kiedy Gabriel daje czystego czadu i ja go w takiej wersji też kupuję.
O „Games Without Frontiers” wypowiedziałem się szerzej w utworowej, więc nie będę tego przeklejał. Przypomnę tylko, że o ile kawałek lubię, to zawsze wydawał mi się jednym z najsłabszych momentów albumu i nie wracam do niego jakoś szczególnie często.
„Not One of Us” przypomina mi trochę album „Scratch”. Wiem, że numer otoczony jest sporym kultem wśród fanów, ale ja nie wracam do niego za bardzo. Jest klasycznie, ale brakuje tutaj uroku „And Through the Wire”. Na pewno wersja live dawała bardziej do pieca i bardzo miło ją wspominam. Te proste rzeczy Gabriela świetnie się spisywały w takich warunkach, jak np. „I Go Swimming”. Podoba mi się bardzo końcówka z tribalami i tymi „heavy” (jak na PG) riffami.
„Lead a Normal Life” to deep cut, którego nawet niektórzy fani mogą nie pamiętać. Ja go lubię. Początek kojarzy mi się trochę z innych utworem Gabriela pt. „Curtains”, który to utwór jest jednym z moich ulubionych jego w ogóle. To są miłe skojarzenia. Potem „Lead...” wchodzi w jakiś nokturn i znowu wraca do tej relaksacyjnej wręcz melodyjki. To jest typowy PG z tamtych czasów.
Ujaajooo… to afrykańskie intro już robi klimat. Warto sobie poczytać kim był Steven Biko, ciekawy człowiek, ciekawa lektura. „Biko” to jeden z tych największych kawałków Petera, może nie największych hitów komercyjnie, ale kult jakim otoczony jest ten numer, jest olbrzymi. Mój stosunek do „Biko” był zawsze neutralny z wychyleniem na pozytywny. Bo generalnie lubię ten kawałek, uważam że jest bardzo dobry, ale nie zasłuchiwałem się w nim w takim stopniu, jak niektórymi innymi utworami, nawet z tej płyty. Jak byłem na koncercie Gabriela w 2003 r., to zagrali to na koniec, ale droga do tego była dosyć interesująca, więc o tym napiszę. Zacznijmy od tego, że podczas tego koncertu, dłuższe wypowiedzi Petera, tłumaczył schowany gdzieś Piotr Kaczkowski. Wynikło to z tego, że Kaczkowski, zapytany przed koncertem przez Petera, jak dobrze Polacy zrozumieją to co mówi, odpowiedział, że „połowa zrozumie przynajmniej połowę”. Trudno ocenić, czy faktycznie byliśmy tak zacofani, ale biorąc pod uwagę, że średnia wieku na tym koncercie była jednak powyżej 40tki i to było jednak 20 lat temu, to faktycznie mogło coś być w tym jak to określił Kaczkowski, a dla Gabriela to było zdecydowanie za mało. W 2011 r. było to samo, ale w 2014 na So Back to Front już chyba sobie darowali (ale przyznam, że nie pamiętam). W każdym razie, przy okazji rozmowy, Kaczkowski pokazał Gabrielowi top, który przed koncertem stworzyli słuchacze Trójki. Nie pamiętam już dokładnie wszystkiego co tam się znalazło, ale pierwsze miejsce było dosyć ciekawe, ponieważ ex aequo znalazły się na nim „Darkness” i „Don’t Give Up”. „Biko” był chyba drugi, albo nawet trzeci, ale przykuł on uwagę Petera. Do tego momentu, nie grali tego kawałka na tamtej trasie, u nas był debiut. To był w ogóle dziwny koncert pod kątem technicznym, ponieważ dostaliśmy okrojoną produkcję. Na „Growing Up Tour” Gabriel robił cuda na scenie, chodził do góry nogami, skakał w zorbie, pływał łódką na „Mercy Street”, jeździł rowerem na „Solsbury Hill”, itd., wszystko to dzięki specjalnie zaprojektowanej scenie, ze względu na co, koncerty odbywały się tylko w halach. Okazało się, że nasz Spodek jest zbyt przestarzały i nie udźwignie tej konstrukcji, ale Gabrielowi zależało, żeby w końcu zagrać u nas (to był jego pierwszy koncert w Polsce) więc zgodził się na kompromis i jedyny na tamtej trasie koncert stadionowy. Kilka atrakcji przemycił, np. skakał w tej piłce zorb (i prawie spadł ze sceny). Bardzo miło wspominam tamten wieczór i to „Biko” też bardzo miło wspominam, co na pewno sprawiło, że kawałek u mnie urósł.
Dobra, jak to podsumować. To jest na pewno jedna z moich ulubionych płyt Gabriela, a z drugiej strony, która nie jest? Mam takiego dobrego znajomego z Żaka, który mięknie jak tylko Gabriel otwiera buzię i ja chyba mam to samo. Głos tego faceta jest niesamowicie ujmujący i tak unikatowy, że nie da się go absolutnie z nikim pomylić. „Melt” to też wypadkowa ludzi, którymi Peter się otoczył. On zawsze powtarzał, że ‘muzyk’ to w jego przypadku skrót myślowy (chociaż zaczynał jako perkusista, a nie wokalista, podobnie zresztą jak Collins), ale ma nosa do innych, prawdziwych muzyków i wie kto będzie w stanie urzeczywistnić jego pomysły. Tak jest w zasadzie na każdej jego płycie. Jak na ejtisowy album, który odniósł umiarkowany sukces, to Gabriel się krótko mówiąc nie pi...li w tańcu z eksperymentami, a co najlepsze, wszystko to nagrane na takim luzie, że nie idzie zarzucić mu jakiejś pretensjonalności, czy nadęcia, nawet pomimo teatralnego sznytu scenicznego, z którego Gabryś był znany (i w sumie nadal jest). W każdym razie, dla mnie ta wrzuta robi trochę taką robotę jak „Heroes” w zeszłym roku, zresztą momentami mam wrażenie, że te płyty się niektórymi brzmieniami zazębiają, zresztą Bowie i Gabriel to dwa mocne charaktery i osobowości. Kocham ten album, kocham Gabriela, i tyle.
Swoją drogą, jest też wersja nagrana w języku niemieckim, co mnie w sumie zadziwia do dziś, że się Gabrielowi chciało tę i następną płytę śpiewać w obcym języku. Kiedy PG wystepuje w Niemczech, to niektóre rzeczy wykonuje po Niemiecku, np. „Jetzt Kommt Die Flutt”. Akurat „No Self Control” chyba tylko przedstawiał z niemieckiego tytułu („Keine Selbstkontrolle”, zajebiście to brzmi xD)
Bonusowo wspomnę, że na trzech koncertach PG, na których byłem, widziałem 4 kawałki z „Melt”: „Intruder” (ale w wersji orkiestrowej), „No Self Control” (w miksie aranżacji „jazzowej” i albumowej, kosmos), „Family Snapshot” i 3x „Biko”. W 2007 i 2009 grał więcej tych staroci, ale się nie wybrałem na koncerty w Niemczech i teraz żałuję (podobnie jak tego, że nie poszedłem na Genesis grające w tym samym czasie).
Peter Gabriel - Melt
„Melt” od wieków walczy u mnie o pierwsze miejsce spośród pierwszych czterech albumów Petera. Od „So” zaczął się zupełnie inny etap kariery Gabriela, pomijając nawet to, że zaczął tytułować albumy, to po prostu te pierwsze cztery płyty są trochę z innego świata. Do dziś nie mogę zdecydować, czy na tronie zasiada „Melt”, czy „Secutiry” i chyba oba będą musiały się tam cisnąć razem po wsze czasy. W każdym razie, omawiana płyta jest z pewnością jedną z moich ulubionych Petera Gabriela. Może nie każdy utwór rzuca mną o ścianę, ale te które rzucają, sprawiają że przebijam się do mieszkania obok.
Ekipa, którą Piter zebrał do nagrywania tego albumu miała bezpośredni wpływ na jej kształt. Są tu obecni Phill Collins, David Rhodes (który gra chyba na wszystkich płytach PG), Dave Gregory (z XTC), Tony Levin (który, o ile dobrze kojarzę, ugrał sobie wtedy obecność w zespole występującym wstępnie jako Discipline), Kate Bush i Robert Fripp. Ci ludzie nie tylko świecili nazwiskami, ale odcisnęli faktyczne piętno na brzmieniu tego albumu. Część grała już zresztą w koncertowym składzie Gabriela od lat.
„Intruder” to jest encyklopedyczny przykład tego słynnego brzmienia gated reverb, którego autorem jest Phil Collins grający w tym kawałku. Również charakterystycznie dla Collinsa (a przede wszystkim dla early Gabriela) perkusja jest kompletnie pozbawiona talerzy, co znajduje swoje źródło w umiłowaniu Petera do plemiennych, afrykańskich rytmów. Piosenka sama w sobie wytwarza tę psychodeliczną, creepy atmosferę i to w zasadzie pod każdym względem, produkcji, brzmienia instrumentów, a zwłaszcza tych upiornych, przefiltrowanych zakrzyków. Zawsze lubiłem ten kawałek, poznałem go pierwszy raz w wersji live z płyty „Plays Live”, może było tam trochę skromniej, ale emocjonalnie chyba mocniej.
„No Self Control” to jest kawałek, który bym wrzucił do utworowej w pierwszej połowie roku, gdyby nie istniało „Marcy Street”. Miałem żal do Seby, że zamiast tego, wrzucił „Games Without Frontiers” (i dziwi mnie to do tej pory). Wszystko jest w tym kawałku perfekcyjne, marimby, tribalowa perkusja, chórki Kate Bush, tekst, syntezatory, klimat (nie mniej creepy od „Intrudera”), itd. Można wymieniać długo, ale lepiej siedzieć i słuchać. Ten kawałek również poznałem na „Plays Live”, to jest o tyle istotne, że tam utwór jest w dosyć diametralnie innej wersji (albumową, Peter zagrał dopiero w 2007 r.). Powiem szczerze, że nadal nie wiem, która preferuję, obie są fenomenalne z różnych powodów. Tę, określaną przez fanów jako ‘jazz version’, słyszałem na żywo w 2014 r., ale mam też fajne wspomnienie kiedy słuchałem jej w Morskim Oku, w nocy, patrząc na oświetlone księżycem góry i szalejące na wietrze drzewa. Gruby klimat.
To jest ta wersja:
https://www.youtube.com/watch?v=tXV_Tzq ... JvbA%3D%3D
(bonus, ale to już dla Seby tylko, proto wersja NSC z 79 https://www.youtube.com/watch?v=uXZHZEXwANI)
„Start” wjeżdża niczym „Moda na Sukces” z tym saxem i trochę wyrywa z creepy klimatu poprzednich dwóch utworów, ale w sumie to fajne intro (i nie nazywa się intro, za co Gabrielowi należą się oczywiście pochwały). „I Don’t Remember” też poznałem najpierw na „Plays Live”. Wspominam o tym często, bo ten live album jest kosmiczny, intro do tego kawałka z wokalnym gabrielizowaniem, to jest złoto. Potem niektóre wersje studyjne wydawały się trochę blade, ale akurat „IDR” wytrzymuje porównanie. Tutaj przede wszystkim świetny tekst robi robotę. Muzycznie, słychać że to jest dla PG moment przejściowy z lekko kwaśnego classic rocka debiutu i „Scratch”, a psychodelą „Security”. Zawsze w studyjnej wersji podobało mi się to outro, jakby ktoś ktoś włączył jakiś lekko zepsuty zasilacz, który razi prądem (podobne outro ma jeden z moich ulubionych kawałków PG „The Family and the Fishing Net”).
„Family Snapshot” to przez pierwszą połowę klasyczna ballada Petera, a przez drugą klasyczny banger. Nie zasłuchiwałem się w nim nigdy jakoś bardzo mocno, ale lubię i szanuję. To jeden z tych utworów, które większe wrażenie robią na „Plays Live”. Na nowej płycie jest taki kawałek, który pobrzmiewa tym utworem („Playing for Time”). Znowu saksik wchodzi, ciężkie gary, pod koniec klasyczne „rzężenie” Gabrysia, za które fani go kochają.
„And Through the Wire” to taki deep cut Gabriela, który w idealnym świecie byłby hitem. Refren wchodzi w ucho od razu i już nie wychodzi. Bardzo klasyczny rockowy kawałek jak na PG, ale brzmi doskonale. Collins daje tu z siebie wszystko, zresztą nie tylko on jeśli chodzi o muzyków towarzyszących. Z jednej strony numer odstaje prostotą, a z drugiej chyba nikt by nie chciał, żeby taki utwór był przekombinowany eksperymentami. W każdym razie, to jeden z tych razów kiedy Gabriel daje czystego czadu i ja go w takiej wersji też kupuję.
O „Games Without Frontiers” wypowiedziałem się szerzej w utworowej, więc nie będę tego przeklejał. Przypomnę tylko, że o ile kawałek lubię, to zawsze wydawał mi się jednym z najsłabszych momentów albumu i nie wracam do niego jakoś szczególnie często.
„Not One of Us” przypomina mi trochę album „Scratch”. Wiem, że numer otoczony jest sporym kultem wśród fanów, ale ja nie wracam do niego za bardzo. Jest klasycznie, ale brakuje tutaj uroku „And Through the Wire”. Na pewno wersja live dawała bardziej do pieca i bardzo miło ją wspominam. Te proste rzeczy Gabriela świetnie się spisywały w takich warunkach, jak np. „I Go Swimming”. Podoba mi się bardzo końcówka z tribalami i tymi „heavy” (jak na PG) riffami.
„Lead a Normal Life” to deep cut, którego nawet niektórzy fani mogą nie pamiętać. Ja go lubię. Początek kojarzy mi się trochę z innych utworem Gabriela pt. „Curtains”, który to utwór jest jednym z moich ulubionych jego w ogóle. To są miłe skojarzenia. Potem „Lead...” wchodzi w jakiś nokturn i znowu wraca do tej relaksacyjnej wręcz melodyjki. To jest typowy PG z tamtych czasów.
Ujaajooo… to afrykańskie intro już robi klimat. Warto sobie poczytać kim był Steven Biko, ciekawy człowiek, ciekawa lektura. „Biko” to jeden z tych największych kawałków Petera, może nie największych hitów komercyjnie, ale kult jakim otoczony jest ten numer, jest olbrzymi. Mój stosunek do „Biko” był zawsze neutralny z wychyleniem na pozytywny. Bo generalnie lubię ten kawałek, uważam że jest bardzo dobry, ale nie zasłuchiwałem się w nim w takim stopniu, jak niektórymi innymi utworami, nawet z tej płyty. Jak byłem na koncercie Gabriela w 2003 r., to zagrali to na koniec, ale droga do tego była dosyć interesująca, więc o tym napiszę. Zacznijmy od tego, że podczas tego koncertu, dłuższe wypowiedzi Petera, tłumaczył schowany gdzieś Piotr Kaczkowski. Wynikło to z tego, że Kaczkowski, zapytany przed koncertem przez Petera, jak dobrze Polacy zrozumieją to co mówi, odpowiedział, że „połowa zrozumie przynajmniej połowę”. Trudno ocenić, czy faktycznie byliśmy tak zacofani, ale biorąc pod uwagę, że średnia wieku na tym koncercie była jednak powyżej 40tki i to było jednak 20 lat temu, to faktycznie mogło coś być w tym jak to określił Kaczkowski, a dla Gabriela to było zdecydowanie za mało. W 2011 r. było to samo, ale w 2014 na So Back to Front już chyba sobie darowali (ale przyznam, że nie pamiętam). W każdym razie, przy okazji rozmowy, Kaczkowski pokazał Gabrielowi top, który przed koncertem stworzyli słuchacze Trójki. Nie pamiętam już dokładnie wszystkiego co tam się znalazło, ale pierwsze miejsce było dosyć ciekawe, ponieważ ex aequo znalazły się na nim „Darkness” i „Don’t Give Up”. „Biko” był chyba drugi, albo nawet trzeci, ale przykuł on uwagę Petera. Do tego momentu, nie grali tego kawałka na tamtej trasie, u nas był debiut. To był w ogóle dziwny koncert pod kątem technicznym, ponieważ dostaliśmy okrojoną produkcję. Na „Growing Up Tour” Gabriel robił cuda na scenie, chodził do góry nogami, skakał w zorbie, pływał łódką na „Mercy Street”, jeździł rowerem na „Solsbury Hill”, itd., wszystko to dzięki specjalnie zaprojektowanej scenie, ze względu na co, koncerty odbywały się tylko w halach. Okazało się, że nasz Spodek jest zbyt przestarzały i nie udźwignie tej konstrukcji, ale Gabrielowi zależało, żeby w końcu zagrać u nas (to był jego pierwszy koncert w Polsce) więc zgodził się na kompromis i jedyny na tamtej trasie koncert stadionowy. Kilka atrakcji przemycił, np. skakał w tej piłce zorb (i prawie spadł ze sceny). Bardzo miło wspominam tamten wieczór i to „Biko” też bardzo miło wspominam, co na pewno sprawiło, że kawałek u mnie urósł.
Dobra, jak to podsumować. To jest na pewno jedna z moich ulubionych płyt Gabriela, a z drugiej strony, która nie jest? Mam takiego dobrego znajomego z Żaka, który mięknie jak tylko Gabriel otwiera buzię i ja chyba mam to samo. Głos tego faceta jest niesamowicie ujmujący i tak unikatowy, że nie da się go absolutnie z nikim pomylić. „Melt” to też wypadkowa ludzi, którymi Peter się otoczył. On zawsze powtarzał, że ‘muzyk’ to w jego przypadku skrót myślowy (chociaż zaczynał jako perkusista, a nie wokalista, podobnie zresztą jak Collins), ale ma nosa do innych, prawdziwych muzyków i wie kto będzie w stanie urzeczywistnić jego pomysły. Tak jest w zasadzie na każdej jego płycie. Jak na ejtisowy album, który odniósł umiarkowany sukces, to Gabriel się krótko mówiąc nie pi...li w tańcu z eksperymentami, a co najlepsze, wszystko to nagrane na takim luzie, że nie idzie zarzucić mu jakiejś pretensjonalności, czy nadęcia, nawet pomimo teatralnego sznytu scenicznego, z którego Gabryś był znany (i w sumie nadal jest). W każdym razie, dla mnie ta wrzuta robi trochę taką robotę jak „Heroes” w zeszłym roku, zresztą momentami mam wrażenie, że te płyty się niektórymi brzmieniami zazębiają, zresztą Bowie i Gabriel to dwa mocne charaktery i osobowości. Kocham ten album, kocham Gabriela, i tyle.
Swoją drogą, jest też wersja nagrana w języku niemieckim, co mnie w sumie zadziwia do dziś, że się Gabrielowi chciało tę i następną płytę śpiewać w obcym języku. Kiedy PG wystepuje w Niemczech, to niektóre rzeczy wykonuje po Niemiecku, np. „Jetzt Kommt Die Flutt”. Akurat „No Self Control” chyba tylko przedstawiał z niemieckiego tytułu („Keine Selbstkontrolle”, zajebiście to brzmi xD)
Bonusowo wspomnę, że na trzech koncertach PG, na których byłem, widziałem 4 kawałki z „Melt”: „Intruder” (ale w wersji orkiestrowej), „No Self Control” (w miksie aranżacji „jazzowej” i albumowej, kosmos), „Family Snapshot” i 3x „Biko”. W 2007 i 2009 grał więcej tych staroci, ale się nie wybrałem na koncerty w Niemczech i teraz żałuję (podobnie jak tego, że nie poszedłem na Genesis grające w tym samym czasie).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Jak dla Ciebie zabranie głosu na temat swojego albumu na forum dyskusyjnym jest lamentem, to ok. Niech tak będzie.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ale w jaki sposób Ty zabrałeś głos? "ZNOWU PORAŻKA, ZNOWU ZAWÓD". Rzuciłeś kilka lekkich uwag, ale żeby to wyjaśnić, to Cię musiał Seba do tablicy wywoływać, bo już Ci się nie chciało w tej sprawie głosu zabierać w podsumowaniu. Nikt Ci albumu nie ocenił na 1/10, ale ZAWÓD, PORAŻKA, to ja nie wiem czym to jest jeśli nie lamentem. Ale skończymy to, bo już inna płyta wjechała. Masz pole do popisu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Na pewno nie krzyczałem dużymi literami. Stwierdziłem, że poniosłem z LG porażkę. To wszystko. Ale przepraszam, ze w ogóle zabrałem głos. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wujek, ale nie bądź baba. Możesz sobie tupnąć, płaknąć w poduszkę w domu, ale na forum tego nie przynoś xD
Jeżeli uważasz, że poniosłeś porażkę, no to nie wiem jakie Ty masz oczekiwania, ale IMO nawet wspomniany Dev nie poniósł kompletnej porażki po tamtej płycie PotF, bo jedna osoba nie dała najniższej oceny. LG zebrało opinie mieszane, ale na boga, nawet ja napisałem, że będę wracał do tych piosenek, bo mi się przynajmniej połowa z nich podoba. Chciałbym ponosić takie porażki Wujek.
Jeżeli uważasz, że poniosłeś porażkę, no to nie wiem jakie Ty masz oczekiwania, ale IMO nawet wspomniany Dev nie poniósł kompletnej porażki po tamtej płycie PotF, bo jedna osoba nie dała najniższej oceny. LG zebrało opinie mieszane, ale na boga, nawet ja napisałem, że będę wracał do tych piosenek, bo mi się przynajmniej połowa z nich podoba. Chciałbym ponosić takie porażki Wujek.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wydaje mi się że jednak sprzedać komuś album jest nieporównywalnie ciężej niż zrobić to z pojedynczym numerem bo tu głębiej wchodzimy w jakiś lore, Wujek trochę nastawił się jakby miał pewniaka i usłyszał że numery są w sumie dobre ale chyba nie mamy ochoty na nie w takiej ilości. Masz swoją "niszę" Wuju w której my tak często nie przesiadujemy więc co zrobisz, to tak jakbym zaczął wrzucać albumy polskiego hip hopu i oczekiwał że Was pojarają jak mnie samego
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup