Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
No właśnie, dla mnie kuriozalne byłoby wrzucanie tylu śpiewających pań i dostrzeganie dość ogólnych zalet w podobnym materiale, ale rozumiem zajawkę Wujasa na tego typu muzykę.
Nie rozumiem np. uwag o super głosie i niewyjaśniania potem czemu niby nie fałszuje. Wtedy najlepiej zapytać - po co o tym pisać?
Nie rozumiem np. uwag o super głosie i niewyjaśniania potem czemu niby nie fałszuje. Wtedy najlepiej zapytać - po co o tym pisać?
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Peter Gabriel - Melt
Peter Gabriel to nie jest ktoś, kto byłby w stanie w całości sprzedać mi swoją muzykę. Od zawsze raczej unikałem takiej nuty. Jakieś pojedyncze rzeczy owszem mogłem posłuchać, ale raczej to nie było moje brzmienie. W ostatnich latach zacząłem przełamywać te moje niechęci. Przynajmniej do pewnego stopnia. Głównie właśnie dzięki bestkom. Z własnej woli nigdy nie posłuchałbym tych wszystkich albumów, które dostałem od Was. Szczególnie wykonawców, o których miałem nie najlepsze i z góry określone zdanie. No ale w tej zabawie o to chodzi, żeby słuchać rzeczy, których się teoretycznie słuchać nie chce. A jak już trzeba słuchać, to wypadałoby coś z tego dla siebie wyciągnąć, żeby ten czas spędzony na słuchaniu nie poszedł na marne.
Gabriel był już dwa razy w utworach i za każdym razem te utwory mnie zachwycały. Mercy Street na tyle, że od razu sprawdziłem cały album. No i było tak pół na pół. Kilka świetnych utworów i kilka średniaków. A jak jest na Melt? Jest chwilami bardzo dobrze, a nawet świetnie. Ale są też fragmenty, które mi nie pasują, albo wręcz wnerwiają. Bywa hałaśliwie i krzykliwie. Czasami Gabriel bardzo przypomina mi swoją muzyką dokonania np. Genesis i nie są to dobre skojarzenia. Ale po kolei.
Początek albumu dobry. Intruder to dobry otwieracz. Jest spoko melodia, dobra perkusja, różne syntezatorowe dźwięki. Nawet chyba marimba albo coś z tej rodziny instrumentów. Generalnie klimat jest bardzo dobry i rzeczywiście taki nieco creepy.
No self Control to jeden z najlepszych utworów na albumie, choć nie do końca idealny. Świetnie się zaczyna. Super zagrywka. Potem wchodzi znowu marimba i świetna perkusja. Buduje się naprawdę fajny klimat. Melodia w zwrotkach jest świetna. Takiego Gabriela lubię. Niestety refren jest gorszy. Zupełna zmiana klimatu jak dla mnie. Melodia refrenu chaotyczna i nie zapadająca w pamięci. A chórki pani Bush trochę przereklamowane, bo króciutkie i prawie niezauważalne. Przesłuchałem utwór wiele razy i nie mogę się do tego refrenu przekonać. No ale nie zmienia to faktu, że to dobry utwór.
Start z saksofonową zagrywką jest bardzo dobrym przerywnikiem. Jest to takie wprowadzenie do następnego utworu. Jednocześnie wprowadza trochę w błąd, bo I Do Not Remember ma już zupełnie inny klimat. Właściwie to ma wszelkie zadatki na to, żebym tego utworu nie lubił. Nie wiem, jak to właściwie określić. Jest hałaśliwie, zgrzytliwie, Gabriel w refrenie się wydziera jak oszalały. Ale mimo wszystko utwór się broni. Jest dobra melodia, ten chaos jest jednak dobrze kontrolowany. No i bardzo dobre outro.
Family Snapshot kompletnie mi się nie podoba. Ani pierwsza balladowa część, ani tym bardziej druga. O ile wcześniejszy utwór się nieźle wybronił, tak tutaj jest już dla mnie zbyt nijako. Nie potrafię po tylu przesłuchaniach kompletnie zajarzyć, czy jest tu w ogóle jakaś sensowna melodia.
Niestety And Through the Wire jest jeszcze gorsze. Refren w tym utworze doprowadza mnie dosłownie to szału. Okropna melodia. I dobry bas oraz ciekawe gitary nie są w stanie tego uratować. A tak charczącego Gabriela to ja kompletnie nie toleruję. Generalnie lubię wokal Petera, ale nie w takim wydaniu jak w And Through the Wire. Najgorszy utwór z albumu i najgorszy jaki od Gabriela słyszałem.
O Games Without Frontiers już pisałem peany w bestce utworowej, więc nie ma co się powtarzać. Genialny utwór. Mentos lepiej wybrać nie mógł, bo to absolutnie najlepszy utwór z Melt. Piękna melodia, świetny wokal i przemyślane zagrywki to jest coś, co zdecydowanie przedkładam ponad chaos i hałas.
Not One of Us oceniam całkiem pozytywnie. Niby utwór stylem nieco przypomina And Through the Wire, ale ma dużo lepszą melodię i lepszy wokal. Tym samym nie drażni jak tamten utwór.
Przez sporą część Lead a Normal Life wydawać by się mogło, że to instrumental. Ale potem wchodzi wokal. Całkiem nastrojowa piosenka. Ładne zagrywki, dobre stonowane brzmienie.
No i na koniec Biko. Fajne i klimatyczne afrykańskie zaśpiewy na początku. Bardzo dobre bębny i bas. Ładna linia melodyczna. Nawet jakaś kobza się tam udziela. No ma utwór specyficzny klimacik. Bardzo ładne zakończenie albumu.
Podsumowując – Melt to dobry album. Troszkę się musiałem z nim oswoić, ale jest dobrze. W sumie tak naprawdę to nie lubię tylko dwóch utworów. Nie lubię zdecydowanie i szczerze. Ale to i tak tylko 2/10, więc ogólnie jest zdecydowanie na plus. Zgadzam się, że Peter Gabriel ma unikatowy głos nie do pomylenia z nikim innym. I generalnie jak śpiewa spokojniej, to mi się ten wokal podoba. Nie lubię za to Gabriela drącego japę czy wręcz charczącego. No ale to już każdego indywidualny odbiór – jednemu pasuje, drugiemu nie. W każdym razie cieszę się, że dzięki temu forum poznałem skrawek twórczości artysty, którego przez całe życie znałem jedynie z 2-3 utworów. Na pewno było warto.
Peter Gabriel to nie jest ktoś, kto byłby w stanie w całości sprzedać mi swoją muzykę. Od zawsze raczej unikałem takiej nuty. Jakieś pojedyncze rzeczy owszem mogłem posłuchać, ale raczej to nie było moje brzmienie. W ostatnich latach zacząłem przełamywać te moje niechęci. Przynajmniej do pewnego stopnia. Głównie właśnie dzięki bestkom. Z własnej woli nigdy nie posłuchałbym tych wszystkich albumów, które dostałem od Was. Szczególnie wykonawców, o których miałem nie najlepsze i z góry określone zdanie. No ale w tej zabawie o to chodzi, żeby słuchać rzeczy, których się teoretycznie słuchać nie chce. A jak już trzeba słuchać, to wypadałoby coś z tego dla siebie wyciągnąć, żeby ten czas spędzony na słuchaniu nie poszedł na marne.
Gabriel był już dwa razy w utworach i za każdym razem te utwory mnie zachwycały. Mercy Street na tyle, że od razu sprawdziłem cały album. No i było tak pół na pół. Kilka świetnych utworów i kilka średniaków. A jak jest na Melt? Jest chwilami bardzo dobrze, a nawet świetnie. Ale są też fragmenty, które mi nie pasują, albo wręcz wnerwiają. Bywa hałaśliwie i krzykliwie. Czasami Gabriel bardzo przypomina mi swoją muzyką dokonania np. Genesis i nie są to dobre skojarzenia. Ale po kolei.
Początek albumu dobry. Intruder to dobry otwieracz. Jest spoko melodia, dobra perkusja, różne syntezatorowe dźwięki. Nawet chyba marimba albo coś z tej rodziny instrumentów. Generalnie klimat jest bardzo dobry i rzeczywiście taki nieco creepy.
No self Control to jeden z najlepszych utworów na albumie, choć nie do końca idealny. Świetnie się zaczyna. Super zagrywka. Potem wchodzi znowu marimba i świetna perkusja. Buduje się naprawdę fajny klimat. Melodia w zwrotkach jest świetna. Takiego Gabriela lubię. Niestety refren jest gorszy. Zupełna zmiana klimatu jak dla mnie. Melodia refrenu chaotyczna i nie zapadająca w pamięci. A chórki pani Bush trochę przereklamowane, bo króciutkie i prawie niezauważalne. Przesłuchałem utwór wiele razy i nie mogę się do tego refrenu przekonać. No ale nie zmienia to faktu, że to dobry utwór.
Start z saksofonową zagrywką jest bardzo dobrym przerywnikiem. Jest to takie wprowadzenie do następnego utworu. Jednocześnie wprowadza trochę w błąd, bo I Do Not Remember ma już zupełnie inny klimat. Właściwie to ma wszelkie zadatki na to, żebym tego utworu nie lubił. Nie wiem, jak to właściwie określić. Jest hałaśliwie, zgrzytliwie, Gabriel w refrenie się wydziera jak oszalały. Ale mimo wszystko utwór się broni. Jest dobra melodia, ten chaos jest jednak dobrze kontrolowany. No i bardzo dobre outro.
Family Snapshot kompletnie mi się nie podoba. Ani pierwsza balladowa część, ani tym bardziej druga. O ile wcześniejszy utwór się nieźle wybronił, tak tutaj jest już dla mnie zbyt nijako. Nie potrafię po tylu przesłuchaniach kompletnie zajarzyć, czy jest tu w ogóle jakaś sensowna melodia.
Niestety And Through the Wire jest jeszcze gorsze. Refren w tym utworze doprowadza mnie dosłownie to szału. Okropna melodia. I dobry bas oraz ciekawe gitary nie są w stanie tego uratować. A tak charczącego Gabriela to ja kompletnie nie toleruję. Generalnie lubię wokal Petera, ale nie w takim wydaniu jak w And Through the Wire. Najgorszy utwór z albumu i najgorszy jaki od Gabriela słyszałem.
O Games Without Frontiers już pisałem peany w bestce utworowej, więc nie ma co się powtarzać. Genialny utwór. Mentos lepiej wybrać nie mógł, bo to absolutnie najlepszy utwór z Melt. Piękna melodia, świetny wokal i przemyślane zagrywki to jest coś, co zdecydowanie przedkładam ponad chaos i hałas.
Not One of Us oceniam całkiem pozytywnie. Niby utwór stylem nieco przypomina And Through the Wire, ale ma dużo lepszą melodię i lepszy wokal. Tym samym nie drażni jak tamten utwór.
Przez sporą część Lead a Normal Life wydawać by się mogło, że to instrumental. Ale potem wchodzi wokal. Całkiem nastrojowa piosenka. Ładne zagrywki, dobre stonowane brzmienie.
No i na koniec Biko. Fajne i klimatyczne afrykańskie zaśpiewy na początku. Bardzo dobre bębny i bas. Ładna linia melodyczna. Nawet jakaś kobza się tam udziela. No ma utwór specyficzny klimacik. Bardzo ładne zakończenie albumu.
Podsumowując – Melt to dobry album. Troszkę się musiałem z nim oswoić, ale jest dobrze. W sumie tak naprawdę to nie lubię tylko dwóch utworów. Nie lubię zdecydowanie i szczerze. Ale to i tak tylko 2/10, więc ogólnie jest zdecydowanie na plus. Zgadzam się, że Peter Gabriel ma unikatowy głos nie do pomylenia z nikim innym. I generalnie jak śpiewa spokojniej, to mi się ten wokal podoba. Nie lubię za to Gabriela drącego japę czy wręcz charczącego. No ale to już każdego indywidualny odbiór – jednemu pasuje, drugiemu nie. W każdym razie cieszę się, że dzięki temu forum poznałem skrawek twórczości artysty, którego przez całe życie znałem jedynie z 2-3 utworów. Na pewno było warto.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
trochę w to nie wierzę, ale udało się coś napisać
Peter Gabriel - Melt
Nie mogłem się dotychczas zebrać do szerszego poznania dyskografii Gabriela, to Seba wziął i rzucił jedną z płyt, które prędzej czy później i tak bym sprawdził. Games Without Frontiers oraz Mercy Street to były znakomite wybory. Ciekawe jak będzie z tą drugą. Za sprawą swoistej zapowiedzi zapodanej kilka miesięcy wcześniej miałem całkiem spore oczekiwania. Dostałem trochę co innego niż myślałem, że przyjdzie mi poznać. Może to poważniejsza kwestia związana z nastrojem, może tendencja do coraz rzadszego słuchania tego typu art rockowych klasyczków. Całkiem sporo czasu spędziłem z muzyką Bowiego z epoki, słuchałem trochę tego, co robili też współpracownicy PG na Melt. Lubię, ale nie wracam często. Tutaj zaczynam przygodę i nie jest za dobrze.
Dużo zależy od pierwszego utworu. Od razu rzutuje na odbiór całości, mniej więcej pozwala snuć wizje nt. reszty. W przypadku Melt to było coś w rodzaju mocnego zderzenia z rzeczywistością. Surowe dudnienie w lekko industrialnym opakowaniu. Szeptający PG z momentami przełamującymi, gdy wjeżdża bardziej donośne. Nieciekawa reszta. Albo powinienem przybrać jakąś historyczną perspektywę albo to po prostu nie jest za dobry numer. Mówiąc szczerze, od samego początku zacząłem się bać lekko sandałowej nudy mocno osadzonej w charakterystycznym brzmieniu w przełomu lat 70' i 80'. Na szczęście No Self Control jest wyraźnie lepsze. Mniej artystowskie, bardziej piosenkowe, to mi się tutaj najbardziej podoba. Całkiem rozbudowany kawałek, ale jeszcze dostatecznie przyjemnie spięty. Trochę ostrzejszy, bardziej ekspresyjny środek podkręca klimat. Robi się całkiem neurotycznie, choć to połączenie surowości aranżu z eleganckim, wycyzelowanym głosem PG usypia moją czujność. Sporo emocji w wykonaniu, a ja zostaje z wrażeniem tylko odrobinę lepszym niż neutralne. Krótki instrumental wjeżdża od czapy, jeszcze bardziej psuje mi szyki i sensowny odbiór. Osobliwe intro dla najmniej rozbuchanego numeru Melt. I Don't Remember moocno powtarzalne, ale to działa. Nie ma aż tylu kombinacji w tle, a na pewno pomaga najprostsza konstrukcja. Odrobinę dziadziusiowy rock, którego nie powstydziliby się Bowie czy Talking Heads na płytach ówcześnie wydawanych. Tło nie ciekawi mnie zbytnio, Gabriel pozwala sobie na wiele ozdobników wokalnych, potrafi wykrzesać z siebie całkiem sporo i brzmi to po prostu spoko. Za pierwszym razem też nie bardzo siadało, ale już od kolejnego stał się jednym z osobistych highlightów. Atmosferyczne outro również wraca uwagę, brzmi zupełnie inaczej niż większość płyty, przyjemna odmiana. Gdy za którymś tam razem słyszę pierwsze dźwięki Family Snapshot już nie nabieram się na balladowy, ckliwy początek. Kupuję pomysł i opowiadaną historię, ale w tym czasie raczej odbijam się od tak rozbudowanych szkatułek. Zanim wjedzie druga część, zachwycam się przyjemnym, jeszcze bardziej melodramatycznym przejściem. Potem wjeżdżają rockowe kluchy, patos. Tyle dobrego, że wspominany emocjonalny zjazd jeszcze tu się pojawia. Przez takie kompleksowe nadbudówki całość była dość męcząca. W izolacji każdy numer zyskuje. And Through The Wire odkrywa przede mną kolejną ciekawostkę. Pod tym drętwym rockowo brzmiącym szkieletem jest całkiem sporo przyjemnych zabiegów, które mogą wzbudzać poważniejsze emocje. Gdybym wpadł na Melt kilka lat wcześniej, pewnie łatwiej byłoby mi teraz je wyłuskać. Tak jak to skromne intro tutaj. Jest też sporo brzmień syntezatorowych, ale zmyślnie wykorzystanych tak, by totalnie zlewały się z otoczeniem. Czy to jakieś pady, wyraźniejsze melodie czy bas - jak się nad czymś skupić, to słychać, a tak dupa biskupa. Nie mam większego pomysłu na konkretne opisy. Fajna ta szeroka możliwość wokalnej interpretacji PG, ale z takim tłem toczy nierówną walkę. Lodgerów i innych Scary Monstersów nie lubię za bardzo. Talking Heads poza pojedynczymi momentami nie z mojej bajki. Wiele serduszka oddaję XTC, choć na dystansie całych płyt nawet w przypadku klasycznych pozycji mam problemy.
Stronę B zaczyna dobrze znane Games Without Frontiers. Tu tych typowo art rockowych naleciałości z epoki jest najmniej. Pojawia się za to Kate Bush, której początkowo w ogóle nie wyłapałem. To, że pojawia się dodatkowo w No Self Control, wręcz szokuje w zestawieniu z tym, jak nijako wypada! Kolejny mankament. Po co brać do pracy tak charakterne postaci, żeby wypuścić kolejną dość podobną płytę w epoce? Games... jest dobre przez całą masę nieoczywistych rozwiązań. Sprawnie ponakładane różne pochody perkusyjne, dużo ciekawych brzmień syntezatorowych, gwizdanie. Wyszedł bardzo sprawny i jednocześnie kwaśny marsz z poważniejszym wyrzutem. Do tej pory tutejsze numero uno. Not One of Us to już zupełny recykling pomysłów. Po raz kolejny znowu używa się różnych rozwiązań na przestrzeni jednego kawałka. W tym momencie jestem już mocno przesycony. Nic szczególnie się nie wyróżnia, a bez sensu co chwilę zwracać uwagę na rozmaitą ekspresję wokalną, oszczędne zagrywki gitarowe, osobliwe dodatki w tle. Nie składają się na przyjemny pełny obrazek, więc daruję sobie zmyślanie. Jednocześnie nie chcę wciskać tu chłodnego uznania dla płyty, do której raczej nie będę chciał wracać. Brzmi to wszystko solidnie, nawet różne "eksperymenty" mają uzasadnienie, ale po kilku razach z całością robi mi się wszystko jedno. Not One of Us ewoluuje w kolejną powtarzalną wyliczankę z rockowym pazurem w tle, ehh. Lead a Normal Life to z kolei powrót w klimaty ala marimba z mniej bezpośrednio wyrażanym niepokojem czy spooky klimatem. Instrumental spokojnie mógłby wylądować na Low. Za sprawą poskromionego efekciarstwa ostatecznie wychodzi kolejny naprawdę dobra rzecz. Niby ujawniają się poważniejsze emocje, ale nie mają dostatecznie dużo czasu i miejsca, by we mnie jakoś poważniej wybrzmiały. Finał płyty to coś w rodzaju muzycznego protestu. Aż mi głupio przyznać się, że początkowo tutaj najbardziej się nudziłem i uznawałem za absolutnie najmniej ciekawy numer na płycie. Po tych kilku dniach aranż dalej w ogóle nie robi na mnie wrażenia, na tę charakterystycznie brudną estetykę nałożono jeszcze etniczne skojarzenia muzyczne i wyszedł już kompletnie nijaki numer, ale lirycznie PG dostarcza mocny materiał. Ze względu na tę historię szanuję. Będzie mieć we mnie sojusznika nawet, gdy ostatecznie trochę nudzi. Trochę jak ze wrzucanym sto lat temu przez Wujasa Stingiem na przykład.
Nie wiem już na co liczyłem, ale tego tutaj nie dostałem, nad czym bardzo ubolewam. Może nie dojrzałem akurat do takiej muzik, może to kwestia lepszego oswojenia się z daną estetyką przez odpowiednio długi czas. Poznania jej w znacznie lepszych warunkach. Teraz jestem już zmęczony. Mam sporo uznania dla niektórych pomysłów, jest tu kilka ciekawych patentów. Ostatecznie po czasie dalej broni się Games Without Frontiers, na razie zostaną ze mną jeszcze może 2-3 kawałki więcej. Szkoda.
Peter Gabriel - Melt
Nie mogłem się dotychczas zebrać do szerszego poznania dyskografii Gabriela, to Seba wziął i rzucił jedną z płyt, które prędzej czy później i tak bym sprawdził. Games Without Frontiers oraz Mercy Street to były znakomite wybory. Ciekawe jak będzie z tą drugą. Za sprawą swoistej zapowiedzi zapodanej kilka miesięcy wcześniej miałem całkiem spore oczekiwania. Dostałem trochę co innego niż myślałem, że przyjdzie mi poznać. Może to poważniejsza kwestia związana z nastrojem, może tendencja do coraz rzadszego słuchania tego typu art rockowych klasyczków. Całkiem sporo czasu spędziłem z muzyką Bowiego z epoki, słuchałem trochę tego, co robili też współpracownicy PG na Melt. Lubię, ale nie wracam często. Tutaj zaczynam przygodę i nie jest za dobrze.
Dużo zależy od pierwszego utworu. Od razu rzutuje na odbiór całości, mniej więcej pozwala snuć wizje nt. reszty. W przypadku Melt to było coś w rodzaju mocnego zderzenia z rzeczywistością. Surowe dudnienie w lekko industrialnym opakowaniu. Szeptający PG z momentami przełamującymi, gdy wjeżdża bardziej donośne. Nieciekawa reszta. Albo powinienem przybrać jakąś historyczną perspektywę albo to po prostu nie jest za dobry numer. Mówiąc szczerze, od samego początku zacząłem się bać lekko sandałowej nudy mocno osadzonej w charakterystycznym brzmieniu w przełomu lat 70' i 80'. Na szczęście No Self Control jest wyraźnie lepsze. Mniej artystowskie, bardziej piosenkowe, to mi się tutaj najbardziej podoba. Całkiem rozbudowany kawałek, ale jeszcze dostatecznie przyjemnie spięty. Trochę ostrzejszy, bardziej ekspresyjny środek podkręca klimat. Robi się całkiem neurotycznie, choć to połączenie surowości aranżu z eleganckim, wycyzelowanym głosem PG usypia moją czujność. Sporo emocji w wykonaniu, a ja zostaje z wrażeniem tylko odrobinę lepszym niż neutralne. Krótki instrumental wjeżdża od czapy, jeszcze bardziej psuje mi szyki i sensowny odbiór. Osobliwe intro dla najmniej rozbuchanego numeru Melt. I Don't Remember moocno powtarzalne, ale to działa. Nie ma aż tylu kombinacji w tle, a na pewno pomaga najprostsza konstrukcja. Odrobinę dziadziusiowy rock, którego nie powstydziliby się Bowie czy Talking Heads na płytach ówcześnie wydawanych. Tło nie ciekawi mnie zbytnio, Gabriel pozwala sobie na wiele ozdobników wokalnych, potrafi wykrzesać z siebie całkiem sporo i brzmi to po prostu spoko. Za pierwszym razem też nie bardzo siadało, ale już od kolejnego stał się jednym z osobistych highlightów. Atmosferyczne outro również wraca uwagę, brzmi zupełnie inaczej niż większość płyty, przyjemna odmiana. Gdy za którymś tam razem słyszę pierwsze dźwięki Family Snapshot już nie nabieram się na balladowy, ckliwy początek. Kupuję pomysł i opowiadaną historię, ale w tym czasie raczej odbijam się od tak rozbudowanych szkatułek. Zanim wjedzie druga część, zachwycam się przyjemnym, jeszcze bardziej melodramatycznym przejściem. Potem wjeżdżają rockowe kluchy, patos. Tyle dobrego, że wspominany emocjonalny zjazd jeszcze tu się pojawia. Przez takie kompleksowe nadbudówki całość była dość męcząca. W izolacji każdy numer zyskuje. And Through The Wire odkrywa przede mną kolejną ciekawostkę. Pod tym drętwym rockowo brzmiącym szkieletem jest całkiem sporo przyjemnych zabiegów, które mogą wzbudzać poważniejsze emocje. Gdybym wpadł na Melt kilka lat wcześniej, pewnie łatwiej byłoby mi teraz je wyłuskać. Tak jak to skromne intro tutaj. Jest też sporo brzmień syntezatorowych, ale zmyślnie wykorzystanych tak, by totalnie zlewały się z otoczeniem. Czy to jakieś pady, wyraźniejsze melodie czy bas - jak się nad czymś skupić, to słychać, a tak dupa biskupa. Nie mam większego pomysłu na konkretne opisy. Fajna ta szeroka możliwość wokalnej interpretacji PG, ale z takim tłem toczy nierówną walkę. Lodgerów i innych Scary Monstersów nie lubię za bardzo. Talking Heads poza pojedynczymi momentami nie z mojej bajki. Wiele serduszka oddaję XTC, choć na dystansie całych płyt nawet w przypadku klasycznych pozycji mam problemy.
Stronę B zaczyna dobrze znane Games Without Frontiers. Tu tych typowo art rockowych naleciałości z epoki jest najmniej. Pojawia się za to Kate Bush, której początkowo w ogóle nie wyłapałem. To, że pojawia się dodatkowo w No Self Control, wręcz szokuje w zestawieniu z tym, jak nijako wypada! Kolejny mankament. Po co brać do pracy tak charakterne postaci, żeby wypuścić kolejną dość podobną płytę w epoce? Games... jest dobre przez całą masę nieoczywistych rozwiązań. Sprawnie ponakładane różne pochody perkusyjne, dużo ciekawych brzmień syntezatorowych, gwizdanie. Wyszedł bardzo sprawny i jednocześnie kwaśny marsz z poważniejszym wyrzutem. Do tej pory tutejsze numero uno. Not One of Us to już zupełny recykling pomysłów. Po raz kolejny znowu używa się różnych rozwiązań na przestrzeni jednego kawałka. W tym momencie jestem już mocno przesycony. Nic szczególnie się nie wyróżnia, a bez sensu co chwilę zwracać uwagę na rozmaitą ekspresję wokalną, oszczędne zagrywki gitarowe, osobliwe dodatki w tle. Nie składają się na przyjemny pełny obrazek, więc daruję sobie zmyślanie. Jednocześnie nie chcę wciskać tu chłodnego uznania dla płyty, do której raczej nie będę chciał wracać. Brzmi to wszystko solidnie, nawet różne "eksperymenty" mają uzasadnienie, ale po kilku razach z całością robi mi się wszystko jedno. Not One of Us ewoluuje w kolejną powtarzalną wyliczankę z rockowym pazurem w tle, ehh. Lead a Normal Life to z kolei powrót w klimaty ala marimba z mniej bezpośrednio wyrażanym niepokojem czy spooky klimatem. Instrumental spokojnie mógłby wylądować na Low. Za sprawą poskromionego efekciarstwa ostatecznie wychodzi kolejny naprawdę dobra rzecz. Niby ujawniają się poważniejsze emocje, ale nie mają dostatecznie dużo czasu i miejsca, by we mnie jakoś poważniej wybrzmiały. Finał płyty to coś w rodzaju muzycznego protestu. Aż mi głupio przyznać się, że początkowo tutaj najbardziej się nudziłem i uznawałem za absolutnie najmniej ciekawy numer na płycie. Po tych kilku dniach aranż dalej w ogóle nie robi na mnie wrażenia, na tę charakterystycznie brudną estetykę nałożono jeszcze etniczne skojarzenia muzyczne i wyszedł już kompletnie nijaki numer, ale lirycznie PG dostarcza mocny materiał. Ze względu na tę historię szanuję. Będzie mieć we mnie sojusznika nawet, gdy ostatecznie trochę nudzi. Trochę jak ze wrzucanym sto lat temu przez Wujasa Stingiem na przykład.
Nie wiem już na co liczyłem, ale tego tutaj nie dostałem, nad czym bardzo ubolewam. Może nie dojrzałem akurat do takiej muzik, może to kwestia lepszego oswojenia się z daną estetyką przez odpowiednio długi czas. Poznania jej w znacznie lepszych warunkach. Teraz jestem już zmęczony. Mam sporo uznania dla niektórych pomysłów, jest tu kilka ciekawych patentów. Ostatecznie po czasie dalej broni się Games Without Frontiers, na razie zostaną ze mną jeszcze może 2-3 kawałki więcej. Szkoda.
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Peter Gabriel 3
Po wrzutce utworowej nawet cieszyłem się na bliższy kontakt z Peterem Gabrielem, znam i lubię So, wrzuta utworowa mentosa też siadła, spodziewałem się przyjemnego seansu z dobrą muzyką zatem. Potem zacząłem zabierać się za ten album i ze dwa razy chyba wyłączałem po paru utworach, miałem problem by przebrnąć całość ale ostatecznie się przemogłem i sprawdziłem.
Otwierający płytę Intruder kojarzy mi się jakoś z... The Cure, takim z czasów Faith czy Pornography, mocny wyrazisty rytm perkusji, do tego jakiś taki dziwny, paranoiczny nastrój, klawisze też mają coś w sobie co przypomina mi instrumentalne przerywniki z Seventeen Seconds. Gdzieś w tym wszystkim rozlegają się dziwne krzyki, gdzieś tam szaleje ksylofon czy marimba nagle, ktoś gwiżdże, jest strange. Odbieram to jako dziwne otwarcie dziwnej (jak się spodziewam) płyty. Dużo lepiej rozkręca się ona wraz z No Self Control, znów to chyba marimba pogrywa, konstrukcja utworu prostsza, bardziej przebojowa. Podoba mi się wykorzystanie saksofonu w tym numerze, chórki Kate Bush dostrzegłem dopiero po Waszych recenzjach. Ten numer brzmi jak bardziej przebojowa odsłona King Crimson dla mnie. Trzeci na playliście jest Start, przerywnik totalnie od czapy z takim smooth jazzy saksem jakby tu zaraz George Michael miał śpiewać Careless Whispers. Potem nadchodzi I Don't Remember i robi się funky. Fajny baunsujący rytm ma ten numer. Do tego chwytliwy, przebojowy refren, póki co najlepszy numer z płyty zdecydowanie. Pod koniec jednak nagle ulega przedziwnej dekonstrukcji, chyba tak już musi być na art rockowych płytach. Family Snapshot ze względu na tematykę po prostu mi się nie podoba i nie mam ochoty do niego wracać, za ciężki klimat, honorowo wyróżnię linijki "I've been waiting for this", brzmią mocno w stylu Kate Bush z tym basem w tle. Ze tej smuty poprzedniego numeru wyrywa mnie And Through The Wire o wiele bardziej rockowe niż poprzednie numery dotąd. Poza kliszowo i tak brzmiącym riffem nie oferuje nic ciekawego. Games Without Frontieres już chwaliłem, mogę jedynie powtórzyć że podoba mi się udział Kate Bush i bit złożony ze szkieletowego automatu perkusyjnego okraszonego żywymi perkusaliami. Jeden z highlightów albumu. Wchodzi Not One Of Us a jedyne co mam w głowie od razu to fakt że dźwięki ze wstępu Alan samplował w Rush depeszy. Mało tego, teraz jestem w stanie naprawdę to docenić bo gęsto tam te dźwięki szatkował i nawarstwiał robiąc z tak krótkiego fragmentu bardzo dobry użytek. Numer Gabriela sam w sobie mnie niestety nudzi. Lead A Normal Life zmienia klimat, zaczyna się niepozornie dźwiękami marimby chyba i pianina, chwilami wkradają się ostrzejsze dźwięki w tle ale numer nie eksploduje. Zamiast tego na chwilę wchodzi Gabriel w wokalem i otrzymujemy taki specyficzny jakby przerywnik nie wiadomo komu, po co i na co. Zamykający album Biko zabiera nas na małą lekcję z historii Afryki opowiadając o losach jednego z bohaterów walki z apartheidem. Podoba mi się ten prosty rytm perkusji oraz wokal Gabriela w refrenie. Lubię takie bardziej społecznie zaangażowane teksty więc cenię sobie ten protest-song, produkcja też na wysokim poziomie, mocne zakończenie mocno nierównej płyty w mojej opinii.
Przyznaję się bez bicia - nie miałem ochoty słuchać tej płyty, tzn. kiedy już raz spróbowałem to trudno było mi przez nią przebrnąć. Jest dziwna jak i ta okładka. Games Without Frontieres chyba dawało mi nadzieję na coś lepszego, no ale to art rock, specyficzna muzyka dla specyficznych ludzi. Druga połowa albumu jest wyraźnie słabsza i rozrzedzona co sprawia że prawdopodobnie nie będę chciał wracać do albumu w całości, są tu ze 4 naprawdę dobre kawałki, z tego co widzę na składaku Gabriela który dostałem w zeszłym roku w prezencie mam Games Without Frontieres oraz Biko, żałuję że nie ma tam I Don't Remember jeszcze. Myślę że do Pana Petera (nie mylić z Peter Panem) wracać będę wyrywkowo bardziej, z albumów preferuję to co już znam czyli So.
Po wrzutce utworowej nawet cieszyłem się na bliższy kontakt z Peterem Gabrielem, znam i lubię So, wrzuta utworowa mentosa też siadła, spodziewałem się przyjemnego seansu z dobrą muzyką zatem. Potem zacząłem zabierać się za ten album i ze dwa razy chyba wyłączałem po paru utworach, miałem problem by przebrnąć całość ale ostatecznie się przemogłem i sprawdziłem.
Otwierający płytę Intruder kojarzy mi się jakoś z... The Cure, takim z czasów Faith czy Pornography, mocny wyrazisty rytm perkusji, do tego jakiś taki dziwny, paranoiczny nastrój, klawisze też mają coś w sobie co przypomina mi instrumentalne przerywniki z Seventeen Seconds. Gdzieś w tym wszystkim rozlegają się dziwne krzyki, gdzieś tam szaleje ksylofon czy marimba nagle, ktoś gwiżdże, jest strange. Odbieram to jako dziwne otwarcie dziwnej (jak się spodziewam) płyty. Dużo lepiej rozkręca się ona wraz z No Self Control, znów to chyba marimba pogrywa, konstrukcja utworu prostsza, bardziej przebojowa. Podoba mi się wykorzystanie saksofonu w tym numerze, chórki Kate Bush dostrzegłem dopiero po Waszych recenzjach. Ten numer brzmi jak bardziej przebojowa odsłona King Crimson dla mnie. Trzeci na playliście jest Start, przerywnik totalnie od czapy z takim smooth jazzy saksem jakby tu zaraz George Michael miał śpiewać Careless Whispers. Potem nadchodzi I Don't Remember i robi się funky. Fajny baunsujący rytm ma ten numer. Do tego chwytliwy, przebojowy refren, póki co najlepszy numer z płyty zdecydowanie. Pod koniec jednak nagle ulega przedziwnej dekonstrukcji, chyba tak już musi być na art rockowych płytach. Family Snapshot ze względu na tematykę po prostu mi się nie podoba i nie mam ochoty do niego wracać, za ciężki klimat, honorowo wyróżnię linijki "I've been waiting for this", brzmią mocno w stylu Kate Bush z tym basem w tle. Ze tej smuty poprzedniego numeru wyrywa mnie And Through The Wire o wiele bardziej rockowe niż poprzednie numery dotąd. Poza kliszowo i tak brzmiącym riffem nie oferuje nic ciekawego. Games Without Frontieres już chwaliłem, mogę jedynie powtórzyć że podoba mi się udział Kate Bush i bit złożony ze szkieletowego automatu perkusyjnego okraszonego żywymi perkusaliami. Jeden z highlightów albumu. Wchodzi Not One Of Us a jedyne co mam w głowie od razu to fakt że dźwięki ze wstępu Alan samplował w Rush depeszy. Mało tego, teraz jestem w stanie naprawdę to docenić bo gęsto tam te dźwięki szatkował i nawarstwiał robiąc z tak krótkiego fragmentu bardzo dobry użytek. Numer Gabriela sam w sobie mnie niestety nudzi. Lead A Normal Life zmienia klimat, zaczyna się niepozornie dźwiękami marimby chyba i pianina, chwilami wkradają się ostrzejsze dźwięki w tle ale numer nie eksploduje. Zamiast tego na chwilę wchodzi Gabriel w wokalem i otrzymujemy taki specyficzny jakby przerywnik nie wiadomo komu, po co i na co. Zamykający album Biko zabiera nas na małą lekcję z historii Afryki opowiadając o losach jednego z bohaterów walki z apartheidem. Podoba mi się ten prosty rytm perkusji oraz wokal Gabriela w refrenie. Lubię takie bardziej społecznie zaangażowane teksty więc cenię sobie ten protest-song, produkcja też na wysokim poziomie, mocne zakończenie mocno nierównej płyty w mojej opinii.
Przyznaję się bez bicia - nie miałem ochoty słuchać tej płyty, tzn. kiedy już raz spróbowałem to trudno było mi przez nią przebrnąć. Jest dziwna jak i ta okładka. Games Without Frontieres chyba dawało mi nadzieję na coś lepszego, no ale to art rock, specyficzna muzyka dla specyficznych ludzi. Druga połowa albumu jest wyraźnie słabsza i rozrzedzona co sprawia że prawdopodobnie nie będę chciał wracać do albumu w całości, są tu ze 4 naprawdę dobre kawałki, z tego co widzę na składaku Gabriela który dostałem w zeszłym roku w prezencie mam Games Without Frontieres oraz Biko, żałuję że nie ma tam I Don't Remember jeszcze. Myślę że do Pana Petera (nie mylić z Peter Panem) wracać będę wyrywkowo bardziej, z albumów preferuję to co już znam czyli So.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Peter Gabriel - Melt
Uh-oh, nie wiem, NIE WIEM, jak to mawia kolega Mintaj, który to tę płytę zapodał. Z Gabrielem mam pewien problem, zawsze wydawał mi się być bardzo pretensjonalny w swojej twórczości, trochę nazbyt przekombinowany (podczas gdy jest głównie dość uproszczony lol), weird nawet jak na Genesis MK1, której to inkarnacji niespecjalnie lubię tbh, coś pomiędzy art rockiem a prog rockiem, więc zdecydowanie niemusiałowe rejony. Ale prawda jest taka, jak to często bywa, że jak już usiądę i posłucham czegoś więcej, niż tylko garstka hiciorów (oczywiście będę tutaj przewidywalny do bólu, z tych znam dobrze 4, tj. Don't Give Up z Kasią Krzak, Sledgehammer, Steam, no i wspomniany w innej bestce cover My Body Is a Cage, który uważam za wszech wag wybitny), to się okazuje, że to fajen jest, i właściwie trzeba częściej takim rzeczom dawać szansę.
Ani ja zainspirowany ostatnimi czasy, ani nie wiem, nie wiem sam, NIC nie wiem na dobrą sprawę, czasy takie napięte u mnie ostatnio, denerwujące, niespokojne, niby neutralne, ale czai się zagrożenie, i ta muzyka też trochę taka jest, niby gdzieś tam atakuje znienacka, niby krążek ten zdaje się być "mocny" i z "werwą", ale to pozory właściwie, a może nie? Nie wiem, niepokojąca jest i okładka i muzyka, warstwa tekstowa w sumie podobna (zwłaszcza Intruder, No Self Control i I Don't Remember, oh wait, właśnie wymieniłem swoje ulubione 3 kawałki z albumu), nie wiem, czy powinienem się czuć usatysfakcjonowany tym odsłuchem czy co... nie wiem, co czuć. To może tak, Intruder ma bardzo ładne wejście, bębny nakurw*ają, Gabriel trochę złowrogo szepcze pod nosem, czuć vibe Briana Eno z wczesnych albumów wokalnych pomieszany z Peterem Murphym lol. Odpowiednio mnie nastroiło, trochę liczyłem na cały taki klimat płyty (poza tym, że znałem wcześniej już 2 numery z tegoż), nieco się rozczarowałem pod tym względem, ale tylko nieco, albowiem działy się inne rzeczy - tzn. wjechało takie No Self Control, które ma absolutnie genialne wejście, te marimby kurde, potem się równie świetnie rozkręca, rozłożył mnie ów kawałek na łopatki od razu, od pierwszego odsłuchu. Gdybym imć Hien faktycznie zapodał go do bestki, to byłby to bezapelacyjny zwycięzca. Właśnie dla takich perełek słucham płyt, których bym pewnie inaczej nie tknął (bom ograniczony profan). Start... Start jest dziwne, filmowe mocno, ciekawi mnie, dlaczego wstawiać taki instrumentalik w takie miejsce. Może umieszczenie tego faktycznie na starcie albumu byłoby dla Gabriela zbyt mainstreamowe? Trudno powiedzieć. Na szczęście nie trzeba długo czekać na przyjemny cios w pysk dobrą muzyką - nadchodzi I Don't Remember, które już wyróżniłem wyżej, tutaj najbardziej podoba mi się tekst i refren, tzn. to, jak Gabriel go śpiewa. Muzyka też oczywiście mocno przykuwa uwagę, me like. Po tym jakże wspaniałym seansie nadchodzi Family Snapshot, które jest chyba najbardziej okołoprogowym (dla mnie) numerem tutaj i o ile na samym początku średnio mi podszedł, to za trzecim-czwartym odsłuchem zdecydowanie się polubiliśmy. Jest w tej piosence coś ciekawego, ma fajne pianinowe wejście, potem się równie fajnie rozkręca, nadchodzi break, tłuką gitary, w ogóle vibe podobny, co w przypadku Famous Last Words od Tears for Fears, ja wiem, że dla niektórych to może być porównanie z dupy, no ale takie właśnie wyprodukowałem. And Through the Wire... ten utwór to dla mnie totalny filler na płycie, nie było co innego wstawić, to wleciało to. Gabriel na pewno jest z niego zadowolony, a na pewno był wtedy, a mnie to w sumie ni ziębi ni grzeje, takie gitarowe wejście-wyjście (jednym uchem a potem drugim uchem). Ale przesłuchałem, oczywiście, choć za jakimś 4 razem (a nawet 3), to już chciałem skipować. Games Without Frontiers też już recenzowałem, więc powiem tylko tyle, że lubię ten kawałek, działa na mnie ten automat perkusyjny, powtarzany od wejścia frankofoński tytuł JEUX SANS FRONTIERES, no i oczywiście ikoniczne "if looks could kill they probably will". Fajny, fajny bardzo kawałek. Not One of Us to przede wszystkim Fripp na pełnej, słucham tych skrzeczących, zoverdubbowanych gitar na samym początku i mam przed oczyma dowolny album Briana Eno (a zwłaszcza Nerve Net z 1992 roku), gdzie Fripp się udzielał na wiosłach. Ale znów, porywa mniej więcej tak samo, jak And Through the Wire, tylko refren ma zdecydowanie mocniejszy, co działa zdecydowanie na plus. Fajnie się potem wskakuje z Lead a Normal Life, które brzmi jak opening jakiegoś programu kulturalnego w Telewizji Kraków w połowie lat 90., względnie minimalistyczny OST do telewizyjnej prezentacji ważnej wystawy poświęconej rzeźbie jakichś nowoczesnych rękodzielników z Zachodniopomorskiego. Fantastyczny klimat to robi. Pod koniec robi się złowrogo naprawdę, i przez to jeszcze lepiej, naprawdę, niby miniatura (bo trochę tak jest, jeśli chodzi o zastosowane środki stylistyczne), a jak bardzo daje radę. Chwilka na chill, ale taki porządny (przy zachowanej dawce niepokoju, no i te bębny). No a potem BIKO Proszę Państwa Forumostwa, a więc utwór, który znałem już wtedy, gdy kol. Dragon robił jeszcze w pieluchy. A to za sprawą, a jakże, Simple Minds i jeszcze forum80s.pl lol. Otóż trzeba Wam wiedzieć, że w roku 1980, a więc w tym, w którym ukazał się trzeci krążek Szkotów o tytule Empires and Dance (grali wtedy jeszcze nową falę), owi Szkoci supportowali Gabriela na jego ówczesnej trasie. Kerr się z Gabrielem polubił, zresztą, Gabriel sam ich wybrał, bo mu się spodobał poprzedni album Simple Minds, mocno dziwaczne Real to Real Cacophony. Od mniej więcej połowy lat 80., kiedy Simple Minds zamienili się w jednych z gigantów rocka stadionowego i poszli mocno w politykę ze swoim przekazem twórczym, Kerr kminił nad scoverowaniem Gabriela właśnie z Melt. Padło na Biko (już nie pamiętam, dlaczego akurat na to), i numer ów trafił na najbardziej polityczny krążek Szkotów, a więc Street Fighting Years (ten z Belfast Child, ich bodaj największym hitem, zaraz obok Alive & Kicking i Don't You). Dodatkowo wepchnięto go na EP, które latało w całości po stacjach radiowych. Za produkcję Street Fighting Years odpowiadał Trevor Horn, z którym współpraca była podobno trudna (przez niego z SM odszedł John Giblin), ale za to owocna. Biko w wersji Simple Minds jest mocno stadionowe, lekko przesadzone w brzmieniu, mocne i rozrywające, jak na tematykę utworu oczywiście. Ciężkie, przekombinowane w produkcji bębny Mela Gaynora, gitary Burchilla z toną pogłosu, no i oczywiście kobzy, w które dął Mick MacNeil. A Kerr, cóż, stworzony do śpiewania POWAŻNYCH tekstów o WAŻNYCH rzeczach i zagadnieniach. Tak, jak tutaj, sprawdźcie zresztą sami:
https://www.youtube.com/watch?v=o4TKoLcrAdY
Kiedy w jakimś 2005 roku (a więc w tym samym, kiedy poznałem ten cover lol) dowiedziałem się, że Biko od Simple Minds to cover Gabriela, oczywiście zapragnąłem usłyszeć oryginał. Akurat ktoś go wlepił na w/w forum80s, więc zassałem, posłuchałem, i... cóż, dość powiedzieć, że byłem wówczas mocno pod wpływem magii spod znaku Claddagha, więc Gabriel wydał mi się nieciekawy, płaski, mało inspirujący. NIE TO, CO SIMPLY REDS KURDEBELE. A prawda jest taka, że byłem ograniczonym nastolatkiem z kijem w dupie i nie potrafiłem docenić różnorodności w muzyce. A historia Steve'a Biko jest bardzo dobra i warto ją poznać.
No to co mogę powiedzieć, fajna to była koniec końców płyta, ale jak mam powiedzieć coś więcej, to nie wiem, NIE WIEM, i się raczej nie dowiem, nie potrafię teraz sklecić za bardzo sensownych zdań, te mogą się wydawać byle jakie, w ogóle, nawet, jak chcę napisać krótką reckę "po łebkach", to i tak wychodzi kilometr tekstu, dlaczego ja nie piszę książek? Gabriel trochę wygrał, trochę nie, ale wolę taki "deep cut" (który wcale nie jest żadnym deep cutem, tylko ja jestem niedoedukowanym głąbem), niż So w całości, bo by mi łeb pękł od bycia NORMIKIEM. Szkoda, że nie mogę tego teraz bardziej docenić, ale timing jest fatalny. Na to, na wszystko. Może przyszły rok coś zmieni. Na razie mam "games without frontiers".
Uh-oh, nie wiem, NIE WIEM, jak to mawia kolega Mintaj, który to tę płytę zapodał. Z Gabrielem mam pewien problem, zawsze wydawał mi się być bardzo pretensjonalny w swojej twórczości, trochę nazbyt przekombinowany (podczas gdy jest głównie dość uproszczony lol), weird nawet jak na Genesis MK1, której to inkarnacji niespecjalnie lubię tbh, coś pomiędzy art rockiem a prog rockiem, więc zdecydowanie niemusiałowe rejony. Ale prawda jest taka, jak to często bywa, że jak już usiądę i posłucham czegoś więcej, niż tylko garstka hiciorów (oczywiście będę tutaj przewidywalny do bólu, z tych znam dobrze 4, tj. Don't Give Up z Kasią Krzak, Sledgehammer, Steam, no i wspomniany w innej bestce cover My Body Is a Cage, który uważam za wszech wag wybitny), to się okazuje, że to fajen jest, i właściwie trzeba częściej takim rzeczom dawać szansę.
Ani ja zainspirowany ostatnimi czasy, ani nie wiem, nie wiem sam, NIC nie wiem na dobrą sprawę, czasy takie napięte u mnie ostatnio, denerwujące, niespokojne, niby neutralne, ale czai się zagrożenie, i ta muzyka też trochę taka jest, niby gdzieś tam atakuje znienacka, niby krążek ten zdaje się być "mocny" i z "werwą", ale to pozory właściwie, a może nie? Nie wiem, niepokojąca jest i okładka i muzyka, warstwa tekstowa w sumie podobna (zwłaszcza Intruder, No Self Control i I Don't Remember, oh wait, właśnie wymieniłem swoje ulubione 3 kawałki z albumu), nie wiem, czy powinienem się czuć usatysfakcjonowany tym odsłuchem czy co... nie wiem, co czuć. To może tak, Intruder ma bardzo ładne wejście, bębny nakurw*ają, Gabriel trochę złowrogo szepcze pod nosem, czuć vibe Briana Eno z wczesnych albumów wokalnych pomieszany z Peterem Murphym lol. Odpowiednio mnie nastroiło, trochę liczyłem na cały taki klimat płyty (poza tym, że znałem wcześniej już 2 numery z tegoż), nieco się rozczarowałem pod tym względem, ale tylko nieco, albowiem działy się inne rzeczy - tzn. wjechało takie No Self Control, które ma absolutnie genialne wejście, te marimby kurde, potem się równie świetnie rozkręca, rozłożył mnie ów kawałek na łopatki od razu, od pierwszego odsłuchu. Gdybym imć Hien faktycznie zapodał go do bestki, to byłby to bezapelacyjny zwycięzca. Właśnie dla takich perełek słucham płyt, których bym pewnie inaczej nie tknął (bom ograniczony profan). Start... Start jest dziwne, filmowe mocno, ciekawi mnie, dlaczego wstawiać taki instrumentalik w takie miejsce. Może umieszczenie tego faktycznie na starcie albumu byłoby dla Gabriela zbyt mainstreamowe? Trudno powiedzieć. Na szczęście nie trzeba długo czekać na przyjemny cios w pysk dobrą muzyką - nadchodzi I Don't Remember, które już wyróżniłem wyżej, tutaj najbardziej podoba mi się tekst i refren, tzn. to, jak Gabriel go śpiewa. Muzyka też oczywiście mocno przykuwa uwagę, me like. Po tym jakże wspaniałym seansie nadchodzi Family Snapshot, które jest chyba najbardziej okołoprogowym (dla mnie) numerem tutaj i o ile na samym początku średnio mi podszedł, to za trzecim-czwartym odsłuchem zdecydowanie się polubiliśmy. Jest w tej piosence coś ciekawego, ma fajne pianinowe wejście, potem się równie fajnie rozkręca, nadchodzi break, tłuką gitary, w ogóle vibe podobny, co w przypadku Famous Last Words od Tears for Fears, ja wiem, że dla niektórych to może być porównanie z dupy, no ale takie właśnie wyprodukowałem. And Through the Wire... ten utwór to dla mnie totalny filler na płycie, nie było co innego wstawić, to wleciało to. Gabriel na pewno jest z niego zadowolony, a na pewno był wtedy, a mnie to w sumie ni ziębi ni grzeje, takie gitarowe wejście-wyjście (jednym uchem a potem drugim uchem). Ale przesłuchałem, oczywiście, choć za jakimś 4 razem (a nawet 3), to już chciałem skipować. Games Without Frontiers też już recenzowałem, więc powiem tylko tyle, że lubię ten kawałek, działa na mnie ten automat perkusyjny, powtarzany od wejścia frankofoński tytuł JEUX SANS FRONTIERES, no i oczywiście ikoniczne "if looks could kill they probably will". Fajny, fajny bardzo kawałek. Not One of Us to przede wszystkim Fripp na pełnej, słucham tych skrzeczących, zoverdubbowanych gitar na samym początku i mam przed oczyma dowolny album Briana Eno (a zwłaszcza Nerve Net z 1992 roku), gdzie Fripp się udzielał na wiosłach. Ale znów, porywa mniej więcej tak samo, jak And Through the Wire, tylko refren ma zdecydowanie mocniejszy, co działa zdecydowanie na plus. Fajnie się potem wskakuje z Lead a Normal Life, które brzmi jak opening jakiegoś programu kulturalnego w Telewizji Kraków w połowie lat 90., względnie minimalistyczny OST do telewizyjnej prezentacji ważnej wystawy poświęconej rzeźbie jakichś nowoczesnych rękodzielników z Zachodniopomorskiego. Fantastyczny klimat to robi. Pod koniec robi się złowrogo naprawdę, i przez to jeszcze lepiej, naprawdę, niby miniatura (bo trochę tak jest, jeśli chodzi o zastosowane środki stylistyczne), a jak bardzo daje radę. Chwilka na chill, ale taki porządny (przy zachowanej dawce niepokoju, no i te bębny). No a potem BIKO Proszę Państwa Forumostwa, a więc utwór, który znałem już wtedy, gdy kol. Dragon robił jeszcze w pieluchy. A to za sprawą, a jakże, Simple Minds i jeszcze forum80s.pl lol. Otóż trzeba Wam wiedzieć, że w roku 1980, a więc w tym, w którym ukazał się trzeci krążek Szkotów o tytule Empires and Dance (grali wtedy jeszcze nową falę), owi Szkoci supportowali Gabriela na jego ówczesnej trasie. Kerr się z Gabrielem polubił, zresztą, Gabriel sam ich wybrał, bo mu się spodobał poprzedni album Simple Minds, mocno dziwaczne Real to Real Cacophony. Od mniej więcej połowy lat 80., kiedy Simple Minds zamienili się w jednych z gigantów rocka stadionowego i poszli mocno w politykę ze swoim przekazem twórczym, Kerr kminił nad scoverowaniem Gabriela właśnie z Melt. Padło na Biko (już nie pamiętam, dlaczego akurat na to), i numer ów trafił na najbardziej polityczny krążek Szkotów, a więc Street Fighting Years (ten z Belfast Child, ich bodaj największym hitem, zaraz obok Alive & Kicking i Don't You). Dodatkowo wepchnięto go na EP, które latało w całości po stacjach radiowych. Za produkcję Street Fighting Years odpowiadał Trevor Horn, z którym współpraca była podobno trudna (przez niego z SM odszedł John Giblin), ale za to owocna. Biko w wersji Simple Minds jest mocno stadionowe, lekko przesadzone w brzmieniu, mocne i rozrywające, jak na tematykę utworu oczywiście. Ciężkie, przekombinowane w produkcji bębny Mela Gaynora, gitary Burchilla z toną pogłosu, no i oczywiście kobzy, w które dął Mick MacNeil. A Kerr, cóż, stworzony do śpiewania POWAŻNYCH tekstów o WAŻNYCH rzeczach i zagadnieniach. Tak, jak tutaj, sprawdźcie zresztą sami:
https://www.youtube.com/watch?v=o4TKoLcrAdY
Kiedy w jakimś 2005 roku (a więc w tym samym, kiedy poznałem ten cover lol) dowiedziałem się, że Biko od Simple Minds to cover Gabriela, oczywiście zapragnąłem usłyszeć oryginał. Akurat ktoś go wlepił na w/w forum80s, więc zassałem, posłuchałem, i... cóż, dość powiedzieć, że byłem wówczas mocno pod wpływem magii spod znaku Claddagha, więc Gabriel wydał mi się nieciekawy, płaski, mało inspirujący. NIE TO, CO SIMPLY REDS KURDEBELE. A prawda jest taka, że byłem ograniczonym nastolatkiem z kijem w dupie i nie potrafiłem docenić różnorodności w muzyce. A historia Steve'a Biko jest bardzo dobra i warto ją poznać.
No to co mogę powiedzieć, fajna to była koniec końców płyta, ale jak mam powiedzieć coś więcej, to nie wiem, NIE WIEM, i się raczej nie dowiem, nie potrafię teraz sklecić za bardzo sensownych zdań, te mogą się wydawać byle jakie, w ogóle, nawet, jak chcę napisać krótką reckę "po łebkach", to i tak wychodzi kilometr tekstu, dlaczego ja nie piszę książek? Gabriel trochę wygrał, trochę nie, ale wolę taki "deep cut" (który wcale nie jest żadnym deep cutem, tylko ja jestem niedoedukowanym głąbem), niż So w całości, bo by mi łeb pękł od bycia NORMIKIEM. Szkoda, że nie mogę tego teraz bardziej docenić, ale timing jest fatalny. Na to, na wszystko. Może przyszły rok coś zmieni. Na razie mam "games without frontiers".
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
To jeszcze Melki jedynie i jest szansa że ta płyta pójdzie sprawniej niż poprzednie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Peter Gabriel - Melt
Na wstępie zaznaczę, że ciężko się słucha płyty o ostrym brzmieniu, kiedy od ładnych paru(nastu) dni jest się chorym na (jak zwykle u mnie) gardło i odbiór dźwięku generalnie jest mocno stępiony (serio, poziom emocjonalny odbioru spadł u mnie prawie do zera i tyczy się to także rzeczy dobrze znanych i lubianych, to jest koszmarne uczucie). I dlatego tych odsłuchów płyty było sporo przy niewielkiej reakcji na nie (bo trudno, żeby było inaczej). Tym niemniej z kolejnymi odsłuchami Gabriel wciągał i, choć pewnie nie zostanie moim ulubieńcem, wydał mi się - ponownie - bardzo ciekawym twórcą.
Dodam też, że z zainteresowaniem słuchałem kolejnych singli z i/o i nowy album też wydaje mi się ciekawy. Ale tu mamy rozmawiać o ponad czterdziestoletnim już Melt (3).
Intruder zaczyna się od partii perkusyjnych w stylu collinsowskim, który to muzyk taki właśnie styl stworzył. Brzmi to generalnie tak surowo, jak to perkusiści w latach 80. (czy już na przełomie 70. i 80.) przyzwyczaili. Wchodzi ostra gitara, wchodzi chórek, wokal. Tworzy się wciągający klimat, dość tajemniczy (nie chcę używać słowa "mroczny", bo nie o to chodzi), rzeczywiście, czuć tę plemienność czy jak to nazwiemy, fajnie, rytmicznie poprowadzona partia wokalna (nie umiem za bardzo odróżnić Gabriela od Collinsa, w sumie to nie przepadam za tą barwą głosu). Dobrze, intrygująco się zaczyna, jakby Gabriel uchylał drzwi przed słuchaczem i zapraszał "wejdź do mnie". I wchodzę.
No Self Control zaczyna się od ostrych partii i wciągającego mocno tła, pojawia się intensywny rytm marimby i równie intensywny wokal Gabriela. Bardzo długie intro, przed wejściem ostrych gitar, potężniej brzmiącego rytmu, człowiek czeka na uwolnienie katalizowanych emocji i to właśnie dostaje, chórki w tle, a potem... wycisza się, słychać marimbę, chórki w tle, fraza "I don't know how to stop" wykrzykiwana na tle tej potężnej perkusji, znakomity kawałek. Kolejny na liście Start to taki sympatyczny przerywnik z partią miękkiego saksofonu, ale czuć napięcie podskórne w pozostających w tle partiach rytmicznych przed I Don't Remember. Znów czuć tę rytmikę, tę plemienność (jakoś nie za bardzo podoba mi się to określenie, cóż, kiedy lepszy synonim nie przychodzi mi do głowy), także w śpiewie Gabriela (chyba zbyt ostrym dla mnie). Brzmi, jakby polscy rockmani lubili kopiować podobne brzmienia. Ostra gitara, modulacje głosu dodające dramaturgii śpiewowi człowieka nierozumianego (o niebo lepsze niż w niesławnym Incommunicado Marillionu), potem jeszcze muzyk powtarza tytułową frazę, jakby wołał na puszczy i powoli się uspokaja.
Family Snapshot to kawałek utrzymany w wolniejszym tempie, z początku mniej intensywny, dopiero w okolicach połowy nabiera dynamiki, słychać te mocarne bębny. And Through The Wire brzmi bardzo rockowo, Gabriel się wydziera, gitara jest ostra, kawałek jest dosyć chwytliwy za sprawą tego gitarowego motywu i partii wokalnej. Dobre to! Następnie mamy znane już z naszej bestki utworowej Games Without Frontiers z wokalem Kate Bush, który wprowadza nastrój, bardzo chwytliwa piosenka z fajnym brzmieniem gitary, po dłuższym czasie myślę, że uleżała się i bardzo mi się podoba.
A teraz Not One Of Us. Kawałek drapieżny, agresywny, z ciekawym, jak to na tej płycie, rytmem. Podoba mi się wyśpiewywanie przez Gabriela frazy "it's only water", to w sumie jak współczesny pop, gdzie siła melodii tkwi głównie w wokalu. W sumie jest niezły, choć nie wyróżnia się jakoś specjalnie. Końcówka już trochę przesadzona. Niewykluczone, że płyta weszłaby mi bardziej w tym mniej wyrazistych momentach, gdybym był w lepszej formie (rzadko bywam w gorszej). Lead A Normal Life - z początku spokojny instrumental z marimbą w tle, potem przechodzi w delikatną piosenkę ze spokojnym śpiewem Gabriela, a potem znów mamy instrumental z rytmicznym waleniem w tle. Jest git. Na koniec mamy śpiewy ludności, w tle których pojawia się rytm i zaczyna swój śpiew Gabriel. Surowe brzmienie dominuje, ostry śpiew Gabriela, tematyka utworu (zabójstwo południowoafrykańskiego działacza przeciw apartheidowi) łączy się z tymi afrykańskimi rytmami. Wydaje mi się to nieco przydługie, dlatego dobrze, że utwór umieszczono na końcu.
Ciekawa płyta, na której elementy bardzo interesujące (rytm, brzmienie perkusji, dostosowanie śpiewu Gabriela do rytmu, wokale, warstwa tekstowa, chórki) łączą się z mniej ciekawymi (barwa głosu Gabriela, ostre gitary, surowe brzmienie intrygujące, ale nie w moim typie). Moim zdaniem wychodzi z tego udany album ze świetnymi momentami (Games Without Frontiers, No Self Control, I Don't Remember, And Through The Wire). Bardzo dobra wrzutka Mentosa.
Na wstępie zaznaczę, że ciężko się słucha płyty o ostrym brzmieniu, kiedy od ładnych paru(nastu) dni jest się chorym na (jak zwykle u mnie) gardło i odbiór dźwięku generalnie jest mocno stępiony (serio, poziom emocjonalny odbioru spadł u mnie prawie do zera i tyczy się to także rzeczy dobrze znanych i lubianych, to jest koszmarne uczucie). I dlatego tych odsłuchów płyty było sporo przy niewielkiej reakcji na nie (bo trudno, żeby było inaczej). Tym niemniej z kolejnymi odsłuchami Gabriel wciągał i, choć pewnie nie zostanie moim ulubieńcem, wydał mi się - ponownie - bardzo ciekawym twórcą.
Dodam też, że z zainteresowaniem słuchałem kolejnych singli z i/o i nowy album też wydaje mi się ciekawy. Ale tu mamy rozmawiać o ponad czterdziestoletnim już Melt (3).
Intruder zaczyna się od partii perkusyjnych w stylu collinsowskim, który to muzyk taki właśnie styl stworzył. Brzmi to generalnie tak surowo, jak to perkusiści w latach 80. (czy już na przełomie 70. i 80.) przyzwyczaili. Wchodzi ostra gitara, wchodzi chórek, wokal. Tworzy się wciągający klimat, dość tajemniczy (nie chcę używać słowa "mroczny", bo nie o to chodzi), rzeczywiście, czuć tę plemienność czy jak to nazwiemy, fajnie, rytmicznie poprowadzona partia wokalna (nie umiem za bardzo odróżnić Gabriela od Collinsa, w sumie to nie przepadam za tą barwą głosu). Dobrze, intrygująco się zaczyna, jakby Gabriel uchylał drzwi przed słuchaczem i zapraszał "wejdź do mnie". I wchodzę.
No Self Control zaczyna się od ostrych partii i wciągającego mocno tła, pojawia się intensywny rytm marimby i równie intensywny wokal Gabriela. Bardzo długie intro, przed wejściem ostrych gitar, potężniej brzmiącego rytmu, człowiek czeka na uwolnienie katalizowanych emocji i to właśnie dostaje, chórki w tle, a potem... wycisza się, słychać marimbę, chórki w tle, fraza "I don't know how to stop" wykrzykiwana na tle tej potężnej perkusji, znakomity kawałek. Kolejny na liście Start to taki sympatyczny przerywnik z partią miękkiego saksofonu, ale czuć napięcie podskórne w pozostających w tle partiach rytmicznych przed I Don't Remember. Znów czuć tę rytmikę, tę plemienność (jakoś nie za bardzo podoba mi się to określenie, cóż, kiedy lepszy synonim nie przychodzi mi do głowy), także w śpiewie Gabriela (chyba zbyt ostrym dla mnie). Brzmi, jakby polscy rockmani lubili kopiować podobne brzmienia. Ostra gitara, modulacje głosu dodające dramaturgii śpiewowi człowieka nierozumianego (o niebo lepsze niż w niesławnym Incommunicado Marillionu), potem jeszcze muzyk powtarza tytułową frazę, jakby wołał na puszczy i powoli się uspokaja.
Family Snapshot to kawałek utrzymany w wolniejszym tempie, z początku mniej intensywny, dopiero w okolicach połowy nabiera dynamiki, słychać te mocarne bębny. And Through The Wire brzmi bardzo rockowo, Gabriel się wydziera, gitara jest ostra, kawałek jest dosyć chwytliwy za sprawą tego gitarowego motywu i partii wokalnej. Dobre to! Następnie mamy znane już z naszej bestki utworowej Games Without Frontiers z wokalem Kate Bush, który wprowadza nastrój, bardzo chwytliwa piosenka z fajnym brzmieniem gitary, po dłuższym czasie myślę, że uleżała się i bardzo mi się podoba.
A teraz Not One Of Us. Kawałek drapieżny, agresywny, z ciekawym, jak to na tej płycie, rytmem. Podoba mi się wyśpiewywanie przez Gabriela frazy "it's only water", to w sumie jak współczesny pop, gdzie siła melodii tkwi głównie w wokalu. W sumie jest niezły, choć nie wyróżnia się jakoś specjalnie. Końcówka już trochę przesadzona. Niewykluczone, że płyta weszłaby mi bardziej w tym mniej wyrazistych momentach, gdybym był w lepszej formie (rzadko bywam w gorszej). Lead A Normal Life - z początku spokojny instrumental z marimbą w tle, potem przechodzi w delikatną piosenkę ze spokojnym śpiewem Gabriela, a potem znów mamy instrumental z rytmicznym waleniem w tle. Jest git. Na koniec mamy śpiewy ludności, w tle których pojawia się rytm i zaczyna swój śpiew Gabriel. Surowe brzmienie dominuje, ostry śpiew Gabriela, tematyka utworu (zabójstwo południowoafrykańskiego działacza przeciw apartheidowi) łączy się z tymi afrykańskimi rytmami. Wydaje mi się to nieco przydługie, dlatego dobrze, że utwór umieszczono na końcu.
Ciekawa płyta, na której elementy bardzo interesujące (rytm, brzmienie perkusji, dostosowanie śpiewu Gabriela do rytmu, wokale, warstwa tekstowa, chórki) łączą się z mniej ciekawymi (barwa głosu Gabriela, ostre gitary, surowe brzmienie intrygujące, ale nie w moim typie). Moim zdaniem wychodzi z tego udany album ze świetnymi momentami (Games Without Frontiers, No Self Control, I Don't Remember, And Through The Wire). Bardzo dobra wrzutka Mentosa.
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Git, mentos niech podsumuje i zaczniemy płytę Mela (najpóźniej jutro rano puszczam)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Dobra, to ten... Cieszę się z pozytywnych recenzji i rozumiem te, które byly mniej pozytywne. Wiedziałem, kto będzie ten album hajpować, chociaż w sumie ironicznym odnaleźć można fakt, że akurat ta osoba nie doceniła jednego z moich ulubionych tracków na tej płycie. Ironiczniejszym jest to, że się zgadzam z tym, że do utworowej powinno wlecieć No Self Control, bo to był kawałek, który katowałem w tym roku intensywnie, ale już za późno na ten moment. Płyty po niemiecku z ciekawości słuchałem i była dość dziwna, bo się czułem jakbym oglądał film z dubbingiem, tylko zamiast tego słuchał albumu. xD
Rozumiem też każdego twierdzącego, że druga strona słabsza, bo mimo mej miłości to też trochę jest tak, że są tu rzeczy, które kocham bardziej i kocham mniej i jednak ta druga strona jest nieco słabsza. I tak pewnie kiedyś dorośniecie do Gabriela. Mi to zajęło dobre kilkanaście lat, ale wy jesteście kumaci, więc daję wam mniej czasu (np tydzień). To wszystko z mej strony, murzynie leć
Rozumiem też każdego twierdzącego, że druga strona słabsza, bo mimo mej miłości to też trochę jest tak, że są tu rzeczy, które kocham bardziej i kocham mniej i jednak ta druga strona jest nieco słabsza. I tak pewnie kiedyś dorośniecie do Gabriela. Mi to zajęło dobre kilkanaście lat, ale wy jesteście kumaci, więc daję wam mniej czasu (np tydzień). To wszystko z mej strony, murzynie leć
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Lecę.
Otwieramy następny rozdział - Arianna Savall "Peiwoh"
Otwieramy następny rozdział - Arianna Savall "Peiwoh"
Malkolit pisze:21 wrz 2023 09:19Rok 2011 był dla mnie bardzo ciekawy z różnych względów: po pierwsze, zapisałem się na forum Devotees. Po drugie, jesienią tamtego roku wybrałem się, za namową mamy, wspólnie z nią na gliwicki festiwal muzyki dawnej i improwizowanej All Improvviso, na koncert pięciorga ludzi, z których najważniejszą postacią była katalońska harfistka i śpiewaczka Arianna Savall, córka słynnego Jordiego i Montserrat Figueras, zmarłej niedługo później (ojciec już wiekowy, ma ponad 80 lat, też miałem okazję go podziwiać na żywo, człowiek po prostu żyje muzyką i jest najbardziej fenomenalną postacią, jaką widziałem), siostra także śpiewającego Ferrana (brat o dość wysokim głosie). Podczas występu zaprezentowano materiał z nowej płyty Peiwoh i muszę przyznać, że żaden odsłuch płyty, którą nabyłem po koncercie, nie może się równać z klasą występu na żywo (a słyszałem Preghierę i później), to nie muzycy elektroniczni. Ta muzyka z odtwarzacza sprawia po prostu wrażenie bardzo płaskiej i to ogólnie cecha albumów z gatunku muzyka świata czy dawna, nie słyszałem czegokolwiek, co brzmiałoby lepiej z krążka niż na żywo (jeśli słyszałem na żywo, a w sumie aż tak dużo tego nie było).
Arianna Savall - Peiwoh
https://www.youtube.com/watch?v=pf7x1fz ... 1FYE9_slLg
Nie będę opisywał każdego utworu ze szczegółami, nie mam zresztą po temu kompetencji. Powiem tylko, że duża część z nich kapitalnie wciąga w swój świat w miarę poznawania. Tytuł nawiązuje do chińskiej legendy o księciu harfistów, Peiwoh, która zaprezentowana jest w książeczce (opowiada o magii sztuki, o sztuce jako świętym akcie, pustce napełnianej dźwiękami, księciu prezentującym cesarzowi Chin bogactwo świata za pomocą instrumentu). Nawiasem mówiąc: albumy wytwórni Alia Vox są bardzo pięknie wydane: grafika, dobrej jakości materiały, wprowadzenie do muzyki, teksty utworów, wszystkie szeroko opisane wraz inspiracjami, to się ceni! Inspiracje z całego świata: Italii, Wschodu, Wysp Brytyjskich.
Płyta zaczyna się od wrzucanej już kiedyś przeze mnie do bestki utworowej Preghiery, czyli modlitwy opartej na słowach św. Franciszka z Asyżu. Wspaniała, majestatyczna pieśń z bogatym instrumentarium - oprócz harf Arianny na albumie pojawiają się skrzypce kapitalnego Norwega Pettera Udlanda Johansena, kontrabas, gitary i różnego rodzaju instrumenty perkusyjne (sposób, w jaki pan Mayoral nadawał rytm kompozycjom podczas koncertu Jordiego Savalla, jego wyczucie, zrozumienie, delikatność czynią go w moim odczuciu najlepszym perkusistą, jakiego w życiu miałem okazję podziwiać). Śpiewa tylko ona (na pierwszym planie, na drugim Johansen i Ferran), głos pana Johansena można podziwiać w innych produkcjach (niski, głęboki, z potężną siłą). Delikatne brzmienie, śpiew to spokojny, to bardzo podniosły, piękne wokalizy, całość bardzo rytmiczna i taneczna. Potem równie cudne El Llenguatge dels Ocells (język ptaków), urocze, delikatne, pieśń o pięknie natury i o Franciszku. Najpiękniejszy, według mnie, moment albumu to utwory 5-7: instrumentalne Suite Celta i Aurora, ta pierwsza o tanecznym rytmie, którego intensywność narasta, w drugiej czuć niemal mistyczną radość, a pomiędzy nimi podniosła, bardzo emocjonalna, ascetyczna Cancion de la Muerte Pequena o wolnym rytmie, najdłuższa na płycie, w której końcowe uderzenia bębenków są jak rytm gasnącego serca. Równie wspaniały, jak Aurora, jest utwór tytułowy. Ważne zawsze były jeszcze dla mnie trzy pieśni: Adoucit La Melodie (fantastyczna, wesoła, taneczna melodia rodem ze świata Środkowego Wschodu, czuć z tej pieśni radość życia), La Musica Callada (tytuł świetnie tu pasuje; tu mamy pieśń miłosną; bardzo podobają mi się elementy rytmiczne i dźwięki przypominające nieco cykanie owadów) i Corazon: Muere O Canta. Większość utworów krótka, bogato inkrustowana różnymi ozdobnikami (jak śpiew ptaków, różne bębenki, na żywo grali np. na bębenku wypełnionym grochem), treściwa. Charakterystyczne uderzenia na początku Animy Nostry nawiązującej do dawnej muzyki chóralnej z oszczędnym akompaniamentem.
Odkrycie tego świata było dla mnie czymś zupełnie odmiennym od wszelkich poszukiwań w muzyce dotąd, aczkolwiek, muszę przyznać, że na odbiór bardzo wpłynęło odczuwanie tych utworów na koncercie (np. Cancion de la Muerte Pequena z końcową wokalizą, całym napięciem budowanym przez środek utworu) i potem jakoś nie potrafiłem się przekonać do wersji płytowych. Ale uczęszczałem na festiwal jeszcze ładnych parę lat i każdy niemal koncert był wielkim przeżyciem (pamiętam, jak dla Arianny i Pettera Johansena olałem mecz Polska-Niemcy, ten słynny, bo wygrany, ale miałem rację). Lubię czasem wrócić do takiej muzyki, w której nie ma narzucającego się bitu, a są piękne, delikatne, długie sekwencje, taneczne rytmy, miękkie lub poważne głosy. Przy takim bogactwie świata przedstawionego ma się potem zupełnie inne spojrzenie na świat i na bardziej współczesne propozycje (choć kompozycje i aranżacje są tutaj świeże). I jest to świat do zdecydowanie samodzielnego odkrywania, bo reklam jego oglądamy raczej niewiele. Ech, móc się w tym głębiej zatopić!
Zdecydowanie zachęcam do zapoznania się z tą piękną płytą!
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Hmm... środa/czwartek wlecę na 100%, ale już wiem, jak brzmi całość!
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Arianna Savall - Peiwoh
Kiedy zobaczyłem, że Melki wrzuca Arianne Savall, to poczułem lekką ekscytację. Wrzutę utworową pamiętałem ledwo, ale pamiętałem, że to ta babeczka od harfy, a poznanie całego albumu w tym stylu wydało mi się zwyczajnie intrygujące. Nie zawiodłem się! Potrzebowałem czegoś spokojnego i minimalistycznego, nie wyobrażam sobie gdyby teraz miało wlecieć jakieś electro, a już nie daj Boże, harsh electro, czy nawet hip-hop, itd. Planowo mieliśmy omawiać tę płytę miesiąc temu, no ale co zrobić. Melki wyskoczył z Melki-corem, zdecydowanie czymś, co tylko on miał prawo tutaj wrzucić, przynajmniej bez wielkiego zaskoczenia. Tęsknie za Melkim w utworowej, bo chłop wiele razy tego typu muzyką był odtrutką i powiewem świeżości. Dobrze, że chociaż tutaj prezentuje jeszcze muzykę.
„Preghiera” już niby znamy, ale osobiście zapomniałem kompletnie jak to brzmiało, i że to był ten kawałek. O ile jest to utwór dobry, to jednocześnie smuciarski do kwadratu, czego w tej chwili potrzebuję w ilościach małych, a przynajmniej nie w tak oczywistym wydaniu, jak tutaj. W marcu 2022 r. pisałem o tym utworze trochę inaczej, ale widać też, że w trochę innym stanie byłem. Nadal propsuję i podpisuję się pod tamtą opinią sprzed półtora roku, ale ten album ma do zaoferowania znacznie bardziej interesujące i odpowiadające mi rzeczy.
„El Llenguatge Dels Ocells” to jest zupełnie inny świat. Robi się bardzo wiosennie, o ile nie letnie. Powinienem zacząć teraz stękać, że jak to, ale nie ważne. Cieszmy się, że ten album to nie jest tylko smęcenie. Ok, może te akordy lekko zalatują serem, ale ja generalnie lubię ser, mimo że nie powinienem go jeść ze względu na wysoki cholesterol (decyzje, decyzje). Zresztą, gdyby za oknem padał śnieg, to by to tez działało jako zimówka, a że nadszedł odwilż i za oknem mamy gnój, to już inna sprawa. Najlepiej nie patrzeć za okno. Instrumentarium jednocześnie gęste, ale i skromnie brzmiące, a to jest sztuka użyć dużo, a stworzyć atmosferę minimalu. Wokalnie jest spoko, zwłaszcza podczas tych bezsłownych wokaliz. Arianna nawija po katalońsku, powiem szczerze że mam problem z hiszpańskim językiem, drażni mnie. To nie jest deal-breaker, żeby nie było, po jakimś czasie przestaję o tym myśleć, no ale zaznaczyć to trzeba, bo jednak w jakiś sposób wpływa na odbiór. Ładna, prosta piosenka, tym razem ja napiszę, że mi to zalatuje Zeldą, jakimś Kakariko Village lub Lon Lon Ranch (ale bez country). Z mojej strony, jest to oczywiście komplement.
„Liebes-Lied” kontynuuje folkowy vibe, co generalnie lubię. Arianna przestawia się na Niemiecki.
W pewnym momencie wchodzi coś co zbliża się do „Lulajże Jezuniu”, ale już wcześniej pojawiło się w mojej głowie skojarzenie z kolędami. Ja kolędy lubię, kojarzą mi się ze świętami w latach dziecięcych. To jest kwestia sentymentu, ale jakoś tak na sucho również lubię te pieśni. Nie śpiewamy ich przy stole, czy coś, ale automatycznie budzą u mnie miłe skojarzenia. I ten niemieckojęzyczny utwór też budzi.
„She Moved Through the Fair” to kolejna zmiana języka, tym razem na angielki. I chyba wolę jednak jak Arianna śpiewa w po innemu, jakoś to nie do końca brzmi. Miniaturka, która kojarzy mi się z utworami z cyklu „Dobro” na płycie Davida Sylviana, której słuchaliście (przy czym tam było tylko jedno „Dobro”, reszta wylądowała na kompilacjach). Minimal, pasujący śpiew, pastoralny vibe i piękne przejście w następny utwór.
Dzwoneczki robią klimat, uwielbiam takie drobne zabiegi. „Suite Celta”, jak sama nazwa wskazuje, to celtycki folk na pełnej. Był czas kiedy lubowałem się w takiej muzyce, co wyszło trochę z dziesiątek godzin przegranych w „Heroes of Might and Magic 4”. Może nic oryginalnego, ale w tej muzyce chyba dawno temu osiągnięto jakąś twórczą ścianę i można najwyżej powtarzać te same motywy w różne, mniej lub bardziej zróżnicowane sposoby. Fragment wokalny nie wiem, czy potrzebny, ale też nie drażni (nie wiem po co w ogóle to ostatnie zdanie, ale ok xD). Numer przechodzi przemiany w trakcie, niby jednostajne tempo, ale różne podejście do tematu. Zalatuje karczmą w średniowieczu, ale to tez nie są bardzo odległe klimaty dla ludzie, którzy grali w RPG w stylu Skyrima, Gothica, itd. Aż by się chciało iść na jakieś festiwal średniowieczny (w Łęczycy był Turniej Rycerski, nie wiem czy nadal jest, ale byłem na nim 15 lat temu w celu promowania mojej ówczesnej uczelni, fajne czasy).
„Cancion de la muerte pequeña”, to znowu dużo charczenia i twardego R (to mueeRRRRRte mnie triggeRRRRuje potwornie). Muzycznie jednak, dzieje się tu sporo dobrego. Niby znowu wchodzimy w rejony „Preghiera”, czyli lekkie smucenie, ale z drugiej strony, takie bardziej neutralne. Doskonała muzyka, a outro na sam wokal i bębenek to już po prostu kompletny orgazm.
„Aurora” atakuje piękną harfą. To jest fascynujący instrument, z którym rzadko zdarza mi się jednak obcować. W muzyce poważnej, często ginie on w gęstych aranżacjach, a na wykonawcach stricte harfowych (lol) się kompletnie nie znam. Przy tym kawałku, też mam flashbacki z Zeldy, zwłaszcza z muzyką z menu Okaryny czasu. Pierwszy na albumie instrumental, przyjemny odpoczynek od wysokiego wokalu Arianny. To jest oczywiście doskonały śpiew, ale płyta jest długa i warto czasami zrobić sobie przerwę od tego i dać tej harfie wyjść na absolutnie pierwszy plan.
Absolutnie wyciszający kawałek muzyki. Mam koszmarny okres teraz, nerwy w strzępach, więc zapraszam tego typu muzykę na kilogramy do worka.
„Si Tornes” to ostry fingerpicking w wykonaniu Arianny, to taka muzyka lejącej się wody (ciekawy co by murzynowy Pataj o tym powiedział). Minaturka, niewiele można o niej powiedzieć poza tym, że jest spoko.
„Harpa e delirio d'água”, beka, ma w tle coś co brzmi trochę jak średniowieczne „Pale Shelter”, przynajmniej przez jakiś czas. Kolejny poważniejszym nieco smutniejszy utwór, z trochę jaśniejszym refrenem. Rzucę być może dziwnym porównaniem, ale kojarzy mi się ten kawałek z „Truenorth p2” no-man (podobny kontrast między zwrotkami, a refrenem, podobny vibe). Bardzo sentymentalna nuta, jedna z najlepszych na płycie. Piękne smyki na koniec.
„Anima Nostra” zaczyna się z grubej rury, po od misy tybetańskiej, z którą w bestkach oswoił nas Smoku. Trochę to brzmi jak podczas mszy w kościele, jeżeli coś mi się w mszach podobało, to właśnie klimat takich momentów. Ja generalnie stałem się fanatykiem misy tybetańskiej, ale będę miał jeszcze okazję o tym pisać na pewnym etapie. Kawałek Arianny natomiast, to chyba najjaśniejszy moment albumu, na pewno jeden z takowych. Ambientowy vibe na same misy i wokal z full reverbem, sprawia, że miałbym ochotę uczestniczyć w koncercie Savall, który odbywałby się w jakimś kościele. Absolutna rewelacja.
„Peiwoh” rusza taką typową, chamską harfą xD Też mam skojarzenia z „Heroesami”, ale tym razem z trójką, tam jak się znajduje konkretny artefakt, albo podchodzi do studni, to też odpala się taka harfa. Potem natomiast wchodzi motyw, który mnie kompletnie zniszczył przy pierwszym przesłuchaniu. Kiedyś, z moim najlepszym ziomem, graliśmy sobie muzykę for fun, na dwie gitary, i to jest dokładnie identyczny motyw jaki on wtedy zagrał (to było chyba w 2011, albo nawet 2013, więc wchodzi na to, że ściągnęliśmy). Od razu poczułem związek z tym kawałkiem Arianny, przez ten motyw oraz generalnie przez te niby typowe, ale urocze i klimatyczne harfy.
„Adoucit La Mélodie” kojarzy mi się trochę z muzyką do gry „Atlantis”, ale nie chcę o niej za dużo pisać, bo będę miał wrzutę z tego OSTa. Znowu zmiana języka, szanuję umiejętności. To jest długa, bardzo wręcz długa płyta i na tym etapie, harfy zaczynają bardzo powoli wychodzić drugim uchem. Na szczęście Arianna nie zostawiła na końcówkę barachła, więc poziom kompozycji nadal wybrania ten kawałek, acz nie da się ukryć, że każdy ma prawo na tym etapie odczuwać zmęczenie zarówno instrumentarium, jak i wokalem Savall (ten sopran jest wspaniały, ale siłą rzeczy, zaczyna po czasie męczyć przy tych wysokich rejestrach).
„Naonunai” trochę bawi krzywym angielskim, od razu mi się przypomina Ive Mendez. Utwór jednak bardzo ładny, kojarzy mi się (ponownie) z no-man. Robi się zimowo, klimat kominkowy, czyli taki jaki powinien teraz trwać. Kontrabas miło brzdęka w tle i wprowadza dużo ciepła w to przeładowane reverbem brzmienie. Dodatkowy męski wokal doskonale się komponuje z Arianną.
Niezwykle przyjemne, chillujące i sentymentalne 3 minuty.
"La Musica Callada” zaczyna się jak jakaś jazzująca improwizacja. Kontrabasista nie żałuje pary w łapach. Słychać wykonawców jak szurają krzesłem, przełykają ślinę, oddychają, itd. Fajny klimat, jakby ktoś grał prywatny koncert w domu, w małym pokoju. Kolejny smutniejszy kawałek, ale na tle całej płyty, jakoś lepiej się te fragmenty znosi, nawet kiedy nie jest się za bardzo w nastroju. Bas budzi u mnie skojarzenia z „Boy With a Gun” Sylviana. Ładny utwór.
„Corazón: Muere O Canta„ pobrzmiewa pieśnią żałobną, którą zresztą chyba jest. Kompletne wyciszenie i refleksyjny vibe. Dosyć poważne muzyczne oświadczenie na zakończenie płyty, ALE
Ja mam jeszcze bonus w postaci „Anima Nostra A 2 „ i to jest bonus najzacniejszy, mimo że de facto powtórka i coś, co wydłuża długość płyty do 118 minut. Ta wersja jest trochę bardziej creepy, przez ten wielogłos, ale równie piękna, jak ta która wcześniej pojawiła się na albumie.
Nie będę jak Melki, który najpierw pisze, że połowa płyty jest średnia, po czym podsumowuje, że bardzo dobry album xD Ja stwierdzam, że bardzo dobry album i faktycznie tak uważam. Oczywiście, to jest płyta i muzyka na bardzo konkretne okoliczności, nastrój, itd. Są takie dni, że to nie wejdzie, są takie warunki do słuchania, w obliczu których kompletnie nie mają sensu włączać „Peiwoh”. Ale jak już się na idealny moment trafi, to ludzie, czapku, copki, co tam chcecie, z głów.
Melki potrafi dowalić nieoczywistym albumem, po swojemu, tak że tylko on tak potrafi i chwała mu za to. Będę wracał do tej płyty jeszcze nieraz w grudniu, bo poza tym, że to dobra muzyka, to po prostu działa kojąco. Ok, album może jest trochę za długi, a harfa potrafi się osłuchać, ale z każdym przesłuchaniem, sprawiało mi to coraz mnie problemu. Ucho się adaptuje, szereguje wrażenia tak żeby słuchało się dobrze, jest super. Melkiemu gratuluję, a resztę towarzystwa proszę żeby się streszczała, bo „Attack of the Grey Lantern” to nie jest jakiś wybitny typ do barszczu z uszkami. Może być, ale nie musi.
Kiedy zobaczyłem, że Melki wrzuca Arianne Savall, to poczułem lekką ekscytację. Wrzutę utworową pamiętałem ledwo, ale pamiętałem, że to ta babeczka od harfy, a poznanie całego albumu w tym stylu wydało mi się zwyczajnie intrygujące. Nie zawiodłem się! Potrzebowałem czegoś spokojnego i minimalistycznego, nie wyobrażam sobie gdyby teraz miało wlecieć jakieś electro, a już nie daj Boże, harsh electro, czy nawet hip-hop, itd. Planowo mieliśmy omawiać tę płytę miesiąc temu, no ale co zrobić. Melki wyskoczył z Melki-corem, zdecydowanie czymś, co tylko on miał prawo tutaj wrzucić, przynajmniej bez wielkiego zaskoczenia. Tęsknie za Melkim w utworowej, bo chłop wiele razy tego typu muzyką był odtrutką i powiewem świeżości. Dobrze, że chociaż tutaj prezentuje jeszcze muzykę.
„Preghiera” już niby znamy, ale osobiście zapomniałem kompletnie jak to brzmiało, i że to był ten kawałek. O ile jest to utwór dobry, to jednocześnie smuciarski do kwadratu, czego w tej chwili potrzebuję w ilościach małych, a przynajmniej nie w tak oczywistym wydaniu, jak tutaj. W marcu 2022 r. pisałem o tym utworze trochę inaczej, ale widać też, że w trochę innym stanie byłem. Nadal propsuję i podpisuję się pod tamtą opinią sprzed półtora roku, ale ten album ma do zaoferowania znacznie bardziej interesujące i odpowiadające mi rzeczy.
„El Llenguatge Dels Ocells” to jest zupełnie inny świat. Robi się bardzo wiosennie, o ile nie letnie. Powinienem zacząć teraz stękać, że jak to, ale nie ważne. Cieszmy się, że ten album to nie jest tylko smęcenie. Ok, może te akordy lekko zalatują serem, ale ja generalnie lubię ser, mimo że nie powinienem go jeść ze względu na wysoki cholesterol (decyzje, decyzje). Zresztą, gdyby za oknem padał śnieg, to by to tez działało jako zimówka, a że nadszedł odwilż i za oknem mamy gnój, to już inna sprawa. Najlepiej nie patrzeć za okno. Instrumentarium jednocześnie gęste, ale i skromnie brzmiące, a to jest sztuka użyć dużo, a stworzyć atmosferę minimalu. Wokalnie jest spoko, zwłaszcza podczas tych bezsłownych wokaliz. Arianna nawija po katalońsku, powiem szczerze że mam problem z hiszpańskim językiem, drażni mnie. To nie jest deal-breaker, żeby nie było, po jakimś czasie przestaję o tym myśleć, no ale zaznaczyć to trzeba, bo jednak w jakiś sposób wpływa na odbiór. Ładna, prosta piosenka, tym razem ja napiszę, że mi to zalatuje Zeldą, jakimś Kakariko Village lub Lon Lon Ranch (ale bez country). Z mojej strony, jest to oczywiście komplement.
„Liebes-Lied” kontynuuje folkowy vibe, co generalnie lubię. Arianna przestawia się na Niemiecki.
W pewnym momencie wchodzi coś co zbliża się do „Lulajże Jezuniu”, ale już wcześniej pojawiło się w mojej głowie skojarzenie z kolędami. Ja kolędy lubię, kojarzą mi się ze świętami w latach dziecięcych. To jest kwestia sentymentu, ale jakoś tak na sucho również lubię te pieśni. Nie śpiewamy ich przy stole, czy coś, ale automatycznie budzą u mnie miłe skojarzenia. I ten niemieckojęzyczny utwór też budzi.
„She Moved Through the Fair” to kolejna zmiana języka, tym razem na angielki. I chyba wolę jednak jak Arianna śpiewa w po innemu, jakoś to nie do końca brzmi. Miniaturka, która kojarzy mi się z utworami z cyklu „Dobro” na płycie Davida Sylviana, której słuchaliście (przy czym tam było tylko jedno „Dobro”, reszta wylądowała na kompilacjach). Minimal, pasujący śpiew, pastoralny vibe i piękne przejście w następny utwór.
Dzwoneczki robią klimat, uwielbiam takie drobne zabiegi. „Suite Celta”, jak sama nazwa wskazuje, to celtycki folk na pełnej. Był czas kiedy lubowałem się w takiej muzyce, co wyszło trochę z dziesiątek godzin przegranych w „Heroes of Might and Magic 4”. Może nic oryginalnego, ale w tej muzyce chyba dawno temu osiągnięto jakąś twórczą ścianę i można najwyżej powtarzać te same motywy w różne, mniej lub bardziej zróżnicowane sposoby. Fragment wokalny nie wiem, czy potrzebny, ale też nie drażni (nie wiem po co w ogóle to ostatnie zdanie, ale ok xD). Numer przechodzi przemiany w trakcie, niby jednostajne tempo, ale różne podejście do tematu. Zalatuje karczmą w średniowieczu, ale to tez nie są bardzo odległe klimaty dla ludzie, którzy grali w RPG w stylu Skyrima, Gothica, itd. Aż by się chciało iść na jakieś festiwal średniowieczny (w Łęczycy był Turniej Rycerski, nie wiem czy nadal jest, ale byłem na nim 15 lat temu w celu promowania mojej ówczesnej uczelni, fajne czasy).
„Cancion de la muerte pequeña”, to znowu dużo charczenia i twardego R (to mueeRRRRRte mnie triggeRRRRuje potwornie). Muzycznie jednak, dzieje się tu sporo dobrego. Niby znowu wchodzimy w rejony „Preghiera”, czyli lekkie smucenie, ale z drugiej strony, takie bardziej neutralne. Doskonała muzyka, a outro na sam wokal i bębenek to już po prostu kompletny orgazm.
„Aurora” atakuje piękną harfą. To jest fascynujący instrument, z którym rzadko zdarza mi się jednak obcować. W muzyce poważnej, często ginie on w gęstych aranżacjach, a na wykonawcach stricte harfowych (lol) się kompletnie nie znam. Przy tym kawałku, też mam flashbacki z Zeldy, zwłaszcza z muzyką z menu Okaryny czasu. Pierwszy na albumie instrumental, przyjemny odpoczynek od wysokiego wokalu Arianny. To jest oczywiście doskonały śpiew, ale płyta jest długa i warto czasami zrobić sobie przerwę od tego i dać tej harfie wyjść na absolutnie pierwszy plan.
Absolutnie wyciszający kawałek muzyki. Mam koszmarny okres teraz, nerwy w strzępach, więc zapraszam tego typu muzykę na kilogramy do worka.
„Si Tornes” to ostry fingerpicking w wykonaniu Arianny, to taka muzyka lejącej się wody (ciekawy co by murzynowy Pataj o tym powiedział). Minaturka, niewiele można o niej powiedzieć poza tym, że jest spoko.
„Harpa e delirio d'água”, beka, ma w tle coś co brzmi trochę jak średniowieczne „Pale Shelter”, przynajmniej przez jakiś czas. Kolejny poważniejszym nieco smutniejszy utwór, z trochę jaśniejszym refrenem. Rzucę być może dziwnym porównaniem, ale kojarzy mi się ten kawałek z „Truenorth p2” no-man (podobny kontrast między zwrotkami, a refrenem, podobny vibe). Bardzo sentymentalna nuta, jedna z najlepszych na płycie. Piękne smyki na koniec.
„Anima Nostra” zaczyna się z grubej rury, po od misy tybetańskiej, z którą w bestkach oswoił nas Smoku. Trochę to brzmi jak podczas mszy w kościele, jeżeli coś mi się w mszach podobało, to właśnie klimat takich momentów. Ja generalnie stałem się fanatykiem misy tybetańskiej, ale będę miał jeszcze okazję o tym pisać na pewnym etapie. Kawałek Arianny natomiast, to chyba najjaśniejszy moment albumu, na pewno jeden z takowych. Ambientowy vibe na same misy i wokal z full reverbem, sprawia, że miałbym ochotę uczestniczyć w koncercie Savall, który odbywałby się w jakimś kościele. Absolutna rewelacja.
„Peiwoh” rusza taką typową, chamską harfą xD Też mam skojarzenia z „Heroesami”, ale tym razem z trójką, tam jak się znajduje konkretny artefakt, albo podchodzi do studni, to też odpala się taka harfa. Potem natomiast wchodzi motyw, który mnie kompletnie zniszczył przy pierwszym przesłuchaniu. Kiedyś, z moim najlepszym ziomem, graliśmy sobie muzykę for fun, na dwie gitary, i to jest dokładnie identyczny motyw jaki on wtedy zagrał (to było chyba w 2011, albo nawet 2013, więc wchodzi na to, że ściągnęliśmy). Od razu poczułem związek z tym kawałkiem Arianny, przez ten motyw oraz generalnie przez te niby typowe, ale urocze i klimatyczne harfy.
„Adoucit La Mélodie” kojarzy mi się trochę z muzyką do gry „Atlantis”, ale nie chcę o niej za dużo pisać, bo będę miał wrzutę z tego OSTa. Znowu zmiana języka, szanuję umiejętności. To jest długa, bardzo wręcz długa płyta i na tym etapie, harfy zaczynają bardzo powoli wychodzić drugim uchem. Na szczęście Arianna nie zostawiła na końcówkę barachła, więc poziom kompozycji nadal wybrania ten kawałek, acz nie da się ukryć, że każdy ma prawo na tym etapie odczuwać zmęczenie zarówno instrumentarium, jak i wokalem Savall (ten sopran jest wspaniały, ale siłą rzeczy, zaczyna po czasie męczyć przy tych wysokich rejestrach).
„Naonunai” trochę bawi krzywym angielskim, od razu mi się przypomina Ive Mendez. Utwór jednak bardzo ładny, kojarzy mi się (ponownie) z no-man. Robi się zimowo, klimat kominkowy, czyli taki jaki powinien teraz trwać. Kontrabas miło brzdęka w tle i wprowadza dużo ciepła w to przeładowane reverbem brzmienie. Dodatkowy męski wokal doskonale się komponuje z Arianną.
Niezwykle przyjemne, chillujące i sentymentalne 3 minuty.
"La Musica Callada” zaczyna się jak jakaś jazzująca improwizacja. Kontrabasista nie żałuje pary w łapach. Słychać wykonawców jak szurają krzesłem, przełykają ślinę, oddychają, itd. Fajny klimat, jakby ktoś grał prywatny koncert w domu, w małym pokoju. Kolejny smutniejszy kawałek, ale na tle całej płyty, jakoś lepiej się te fragmenty znosi, nawet kiedy nie jest się za bardzo w nastroju. Bas budzi u mnie skojarzenia z „Boy With a Gun” Sylviana. Ładny utwór.
„Corazón: Muere O Canta„ pobrzmiewa pieśnią żałobną, którą zresztą chyba jest. Kompletne wyciszenie i refleksyjny vibe. Dosyć poważne muzyczne oświadczenie na zakończenie płyty, ALE
Ja mam jeszcze bonus w postaci „Anima Nostra A 2 „ i to jest bonus najzacniejszy, mimo że de facto powtórka i coś, co wydłuża długość płyty do 118 minut. Ta wersja jest trochę bardziej creepy, przez ten wielogłos, ale równie piękna, jak ta która wcześniej pojawiła się na albumie.
Nie będę jak Melki, który najpierw pisze, że połowa płyty jest średnia, po czym podsumowuje, że bardzo dobry album xD Ja stwierdzam, że bardzo dobry album i faktycznie tak uważam. Oczywiście, to jest płyta i muzyka na bardzo konkretne okoliczności, nastrój, itd. Są takie dni, że to nie wejdzie, są takie warunki do słuchania, w obliczu których kompletnie nie mają sensu włączać „Peiwoh”. Ale jak już się na idealny moment trafi, to ludzie, czapku, copki, co tam chcecie, z głów.
Melki potrafi dowalić nieoczywistym albumem, po swojemu, tak że tylko on tak potrafi i chwała mu za to. Będę wracał do tej płyty jeszcze nieraz w grudniu, bo poza tym, że to dobra muzyka, to po prostu działa kojąco. Ok, album może jest trochę za długi, a harfa potrafi się osłuchać, ale z każdym przesłuchaniem, sprawiało mi to coraz mnie problemu. Ucho się adaptuje, szereguje wrażenia tak żeby słuchało się dobrze, jest super. Melkiemu gratuluję, a resztę towarzystwa proszę żeby się streszczała, bo „Attack of the Grey Lantern” to nie jest jakiś wybitny typ do barszczu z uszkami. Może być, ale nie musi.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Panowie, JEST SPRAWA
przyszła mi teraz taka myśl do głowy i myślę że to będzie niegłupie jeśli ogarniemy Mansun a następnie końcem grudnia, ten ostatni tydzień myślę zrobimy sobie tydzień przerwy w albumach, będzie to czas na wrzuty do następnej kolejki która wystartowałaby 1 lub nawet 2 stycznia. Tak żeby w ten czas świątecznej przerwy nie robić żadnej presji że ktoś ma w tym czasie koniecznie słuchać jakiegoś albumu i się głowić nad recką.
Co Wy na to?
przyszła mi teraz taka myśl do głowy i myślę że to będzie niegłupie jeśli ogarniemy Mansun a następnie końcem grudnia, ten ostatni tydzień myślę zrobimy sobie tydzień przerwy w albumach, będzie to czas na wrzuty do następnej kolejki która wystartowałaby 1 lub nawet 2 stycznia. Tak żeby w ten czas świątecznej przerwy nie robić żadnej presji że ktoś ma w tym czasie koniecznie słuchać jakiegoś albumu i się głowić nad recką.
Co Wy na to?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Człowieku, i tak recki albumów trwają po 2 tygodnie, a niewiele więcej zostało do nowego roku xD To byśmy musieli 7 stycznia chyba wystartować, żeby jakas przerwa miała być uwzględniona.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Myślę że na dniach każdy z Peiwoh wleci a Mansun da radę zrobić powiedzmy 16-26 grudnia i wtedy 27.12-02.01. przerwa. Ale niech się inni wypowiedzą jak się czują w tym temacie 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Płyty pokroju wrzutki Melkiego wymagają czasu, IMO średnia wyszłaby znacznie mniej niż 2 tygodnie. Albumówki bym nie zamrażał.
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja połowę albumu opisałem i jutro powinienem skończyć.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
SPOILER
Nie zamierzam się odnosić utwór po utworze.
Nie zamierzam się odnosić utwór po utworze.
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ani ja, nie wiem jak Hien tego dokonał hehe
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Słuchałem na słuchawkach, nie zasypiałem w trakcie, nie odkurzałem, nie zmywałem, nie bawiłem się telefonem, itd. Nie wiem jak mi się udało zapamiętać te utwory indywidualnie, ale udało.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn