Post
15 gru 2023 18:42
Adriana Savall - Peiwoh
Szczerze mówiąc, tak często zaczynam swoje "recenzje" od wzmianek o tym, że nie znam praktycznie w ogóle wykonawców, których wrzucacie (A NIBY TAKI NERD I W OGÓLE HO HO HO HO), że chyba zrecenzjuję kiedyś własną wrzutę, by móc zaczac w inny sposób. W każdym razie PEIWOH to jedna z bardziej niemoich rzeczy, bo prawie w ogóle nie słucham MUZYKI ŚWIATA, czy rzeczy spod znaku "Medieval Classical Music" (albo jak tam to dzikie nakurwianiee na harfach nazywacie) nie słucham, to już nawet śpiewające panie goszczą na moich głośnikach częściej niż takie klimaty. Trochę i z tego powodu tym razem nie nastawiałem się na NIC, bo naprawdę nie wiedziałem czego mogę się spodziewać.
Wiem, że jakimś tam naprowadzającym tropem była PREGHIERA (ha, doceńcie to płynne przejście od wstępu do sedna!), która kiedyś przewinęła się w utworowej, ale ten, no... no nie ukrywam, że nie wracałem i nie za bardzo ten kawałek pamiętałem. Próby sięgnięcia pamięcią do ówczesnej pisaniny średnio pomogły, bo poświęciłem temu kawałkowi dość mało uwagi i w sumie nie napisałem wiele konkretów poza dość oczywistym skojarzeniem. Chciałem to zwalić na fakt, że dopiero zaczynaliśmy, byliśmy młodzi i nie wiedzieliśmy dokąd zmierzamy, ale prawdę powiedziawszy, to za wiele się nie zmieniło. Trochę głupio pisać mi o takiej muzyce, że jest NIEZŁA, głównie w kontekście tego, jakim ważnym doświadczeniem była dla Melczeta, ale nic nie poradzę, że tak dla mnie jest. Dobrze się tego słucha, nie za bardzo wiem co tu mógłbym skrytykować, ale totalnie nie jestem w stanie poczuć tego samego co Melczet i odnoszę wrażenie, że to nie jest kwestia tego, że słucham tej muzyki na KOSSach Porta Pro z laptopa w piwnicy. Tak swoją drogą, to ni cholery nie olałbym mezcu z Niemcami z 2014 na rzecz jakiegokolwiek koncertu, ale za to odpuściłbym jakikolwieek mecz naszej reprezentacji z ostatnich 2 lat na rzecz jakiegokolwiek koncertu.
Umownie się umówmy, że to co pisałem wyżej można odnieść do pierwszych czterech kawałków. To niee jest tak, że one mi się jakoś zbiły w jedną masę, zwłaszcza, że ani to suita, ani one jakieś bardzo podobne - po prostu jakoś tak wyszło, że w moim odczuciu wszystkie brzmią tak, że najwygodniej i najlepiej mi je opisać tymi słowami. I już myślałem, że będę musiał wymyślać tysiąc sto sposobów na opisanie tego samego w różny sposób, gdy nie wjechała SUITEE CELTA brzmiąca totalnie jak... soundtrack do któregoś Wiedźmina (growego ofc). Poważnie, aż sprawdzałem, czy pani Adriana nie była zaangażowana w produkcję ścieżki dźwiekowej do tej gry, ale nie znalazłem żadnej informacji na ten temat. Trochę mnie to skonfudowało szczerze mówiąc, bo przy okazji wjechał soundtrack do jakiejś słowiańskiej inby czy czegoś w ten deseń i jednocześnie trochę klimaty ala Jig of Life Kate Bush. Zatrzymam się na stwierdzeniu, że jest to dziwne i interesujące. Cnacion De La Muerte coś tam coś tam to już powrót do klimatów o których pisałem wyżej i to jest trochę taka rzecz, na którą cię zabierają na wycieczce szkolnej, by cię odchamić, a ty no słuchasz tego, ale jednocześnie starasz powstrzymać ziewanie. ACZKOLWIEK bębny na koniec spoko.
AURORA trochę mnie śmieszy, bo to dla mnie coś pokroju długiej solówki instrumentalnej, tylko, że zamiast gitar są harfy. No i niby to brzmi lepiej niż taki Steve Vai napierdzielający techniczne solówy na flażoletach, a na pewno klimatyczniej, tylko, że ten... no to nadal nakurwianie solówy i jednak po jakimś czasie męczy. Moją opinię o Si Tornes możecie sobie przekleić z poprzedzającego go kawałka, tyle, że bez bębnów.
Ale to też nie chcę, by było tak, zże na wszystko narzekam, bo np. HARDA E DELIRIO D'AGUA jest już fajne i czuję przy tym jakieś ciepło, coś podniosłego i trafia do moich trzewi. Ale zaś potem wjeżdza ANIMA NOSTRA i czuję sie trochę jak podczas mszy w kościele, a tak się składa, że to jest jedna z najnudniejszych aktywności, jakie mogę sobie wyobrazić. Ale zaraz potem wjeżdza tytułowy kawałek i czuję się jak nastolatka z borderline'm, bo dla odmiany jest kapitalny. Może dlatego, że to brzmi jak DOBRA PIOSENKA, chociaż instrumentalna oraz cokolwiek się tu dzieje? Cholera jasna, jakby tak brzmiała cała płyta, to byłbym jej naprawdę sporym fanem i bym taaaakie peany pisał. I fajnie, że tuż po tym kawałku jest ADOUCIT LA MELODIE, bo też jest fajne i dobre, pobrzmiewa lekko orientalnie i w ogóle, chociaż jednak lekko drażnią mnie te wokalizy i nic na to nie poradzę, ale wolałbym chyba tę płytę bez nich.
Mam dziwny problemu z Naonunai, bo z jednej strony to jest niesamowicie cukierkowe, przesłodzone, zupełnie nie kumam dlaczego w języku angielskim, a ten dwugłos damsko-męski kojarzy mi się z jakimś Mietkiem Szczesniakiem śpiewającym z Anną Marią Jopek piosenki dla Papieża, ale z drugiej strony... jest w tej słodyczy coś pociągającego, nawet jeśli momentami zęby bolą za bardzo. Na razie wstrzymuję się od jednoznacznej opinii, bo chcę to jednocześnie spropsować i zjebać, a znając życie to i tak ta pisanina zestarzeje się jak mleko. xD
O ostatnich trzech kawałkach mogę napisać w sumie to samo co o pierwszych trzech - uznajmy, że zataczamy koło i w tym miejscu wrzucam pętlę rekurencyjną. No, gwoli formalności tylko nadmienię, że La Musica Callada zaczyna się interesująco, ale ZNOWU WJECHAŁ TEN WOKAL i jestem zmęczony tym patosem oraz gamą uczuć wyższych.
Generalnie trochę tę płytę dissuje, ale też jakby nie do końca, bo są tu rzeczy, które kupuję i szanuję. Ale chyba za bardzo to WZNIOSŁE i podniosłe, a ja naprawdę mam mocno ograniczoną tolerancję jeśli chodzi o patos. Okej, znalazłem tu coś dla siebie, jako coś puszczone w tle od czasu do czasu jest spoko, ale tylko tyle i aż tyle, na głębszą relację się nie nastawiam, bo jednak za mało tu czegoś innego poza wyznawaniem miłości do Pana. Cóż, tak to jest jak się podrzuca taką muzykę przyziemnemu prostaczkowi (chociaż Hildegardę z Bingen uwielbiam, więc jakąś tam szczątkę uduchowienia w sobie mam). Kciuka w dół nie dam, daję go w bok, ale lekko przechylam ku górze. Dziękuję za uwagę.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5