Za czasów Wildera, siedzieli długo bo połowa tego czasu polegała na schlewaniu się na mieście i graniu w mini golfa.
W tym czasie robotę wykonywał Flood / Miller / Kevorkian (kto tam akurat był przy sterze), a dzieci się bawiły.
Alan jako perfekcjonista też wydłużał ten czas co moim zdaniem zabiło parę utworów, które są po prostu przeładowane dźwiękiem i wybłyszczone jak psie jaja. Za czasów Ultry nagrywali album na raty, a Gahan wchodził i wychodził z odwyku, mógł i nie mógł śpiewać.
Na albumie pojawiło się wielu gości i muzyków sesyjnych, to też wydłużyło czas spędzony w studio.
Wiesz, ja nie chce tu wychodzić za znawcę, który był tam na miejscu i wszystko widział
Ale teraz to 3 dorosłych facetów, abstynentów, trochę zmęczonych życiem. Czas w studiu wykorzystują na nagrywanie płyty a nie zabawy w "Toast Havai", siedzenie w osobnych pokojach i ćpanie, itd. Na filmikach ze studia z 2008 widać, że tworzenie Sounds to był dosyć kreatywny proces. Trochę nawet na wyrost napisałem, że nie jamują, na ile taki zespół może jeszcze kombinować to kombinowali i jest nawet taki fajny filmik gdzie improwizują kawałek niezłej muzy.
To że płyta brzmi jak niedorobiona wynika raczej z gusty i przyzwyczajenia do starego brzmienia DM.
Oni chcieli, żeby Sounds brzmiało jak brzmi i czas by tego raczej nie zmienił. A porównaniu do Playing The Angel to nawet brzmi ona jak dopieszczona