Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
Dragon
- Posty: 10307
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Mansun Attack of the Grey Lantern
Wreszcie dojechaliśmy do końca kolejki JESIENNEJ. Mansuny znacznie lepiej pasowałyby na koniec LISTOPADA, ale z różnych przyczyn obiektywnych (czyżby) nie dane nam było szybciej pochylić się nad płytą sympatycznych Brytoli. Jakieś dziesięć lat temu Hien zdążył był zapodać nam swoisty teaser. Podszedłem więc do zadania z małymi oczekiwaniami, ale też pozytywnym nastawieniem na dzień dobry. Koniec końców wyszło na to, że nie myliłem się. Mimo drobnych mankamentów generalnie większość czasu przy Mansunach spędziłem z przyjemnością. Poza odsłuchami całościowymi były też od samego początku powroty do najciekawszych momentów. Czasu sporo, więc mogłem naprawdę komfortowo zabrać się za bliższe poznanie.
The Chad Who Loved Me, czyli gdzieś już to słyszałem. Brzmiało dziwnie znajomo. Nie znalazłem info nt. ewentualnego użycia w filmie, czyli musiałem ulec fałszywemu wrażeniu. Całkiem wyraźne wprowadzenie, będzie się lekko różnić na tle reszty materiału. Mimo to dość bezpieczne, sympatyczne lądowanie. Przez te smyki ma dość baśniowy charakter. Wokal trochę z tyłu, to jeszcze nie moment na potężne przebłyski. Na razie robotę robi aranż, szczególnie ładna gitara dublująca w pewnym sensie partie orkiestralne. Niezbyt fajne przejście wprowadza do jedynego bliskiego znajomego w tym gronie. Ich Jedyny Love Song już mniej kojarzy mi się z The Orb (lol), ale ten elektroniczny groove dalej znakomity. Lirycznie bardziej bezpośrednio. Trochę jak zwiastun, po prostu dobry początek skutecznej mieszanki w praktyce - popisów wokalnych niepozbawionych wysokich dźwięków, a także syntezatorów w tle, choć chyba do samego końca nie będą na pierwszym planie. Rozumiem, rockersi. Klimat gęstnieje, robi się kwaśno. Świetny refren sprawia, że bez problemu chce się wracać. Cenię tak samo jak do tej pory. Zaraz potem wlatuje Taxloss. Żonglowanie intensywnością rozkręciło się w najlepsze. Tutaj najbardziej brytolski moment jak do tej pory. Pierwsza część brzmi dość klasycznie, solidnie lecz nie za ciekawie. Na szczęście z czasem się rozkręca - coraz bardziej urozmaicony wokal, coraz grubsza ściana dźwięku, a w połowie chwila na house'owy rytm. Już mi się podoba.
You Who Do You Hate, hmm... zaczyna się od chamskiego kościółkowego przejścia do balladki w formie sympatycznego zapychacza. Rodzynków nie brakuje - kontrastujący quasi refren, a obok samej gitary sporo dodatkowych, znacznie ciekawszych elementów. Mimo wszystko naturalnie słychać, że moment przerwy był potrzebny. W Wide Open Space od razu inaczej - początkowa zagrywka trochę jak budzik, całkiem efektowne rozwiązanie, urzekające. Do tego stanowi poważny element całego kawałka. W zwrotkach miałczenie drażni, ale za to w refrenie jeden z moich ulubionych fragmentów wokalnych, Draper trochę mi tutaj przypomina Sylviana.
Przy okazji Stripper Vidar łapię odczucie, że płyta na swój sposób przyspiesza. Krótsze formy, mniej gładkie przejścia. Numer zbudowany praktycznie na samych kontrastach. Nawet sam refren leci na patencie spokojny wstęp/mocniejsze rockowe przyłożenie później. Ogólnie brzmieniowo pasuje mi do jakichś filmów o dylematach miłosnych licealistów. Jest w tym sporo ukrytego wkurwu. Perkusyjny loop jako klamra wypada nieźle. Jak do tej pory dużo solidności i jeden trochę słabszy moment.
Wlatuje Disgusting. Już wiem, że im więcej kwasu tym lepiej. Bardzo dobre intro niezbyt związane z całą resztą, ale ta reszta też mi przypadła do gustu. Na plus dogęszczanie aranży ponad całkiem znośnie, choć na dystansie całego Attack męczące altrockowe gitarki. Kolejny chwytliwy refren z frazą tytułową. Na plus atmosferyczne outro. Po pierwszym kontakcie szybko znalazłem nowy duet, na który warto zwrócić uwagę bardziej. Zaczynamy od She Makes My Nose Bleed. Najbardziej reprezentatywny kawałek, wszystkie wykorzystane patenty przyjemnie skondensowane, nawet zdublowane pochody perkusyjne tu idą (albo już ogłuchłem). Wokalnie spoko, bo jednocześnie mamy całkiem dużo spokoju i rzadko pojawiające się zaśpiewy-wyjce. Tutaj to połączenie sprawdza się naprawdę dobrze, ale kulminacja dobroci czeka za rogiem. Naked Twister okazał się największym zaskoczeniem i odkryciem. Nie tylko dlatego, że zaczyna się dość niespodziewanie i zaskakująco, bez większego oddechu po poprzednim kawałku. Jedna partia gitarowa zastępuje drugą. Klimacik znacznie bardziej pościelowy. Ujarzmone kwasowe ciągoty, w taki muzyczny melodramat mi graj. Mój ulubieniec bez dwóch zdań - spora w tym zasługa wspominanych wokali. Idzie tutaj popis szerokiej skali plus fajne przegięcie z tymi zaśpiewami w refrenie. Genialny kawałek - końcówka trochę jak podkład pod napisy końcowe, można się jeszcze nasycić atmosferą. Szkoda, że następne Egg Shaped Fred szybko sprowadza na ziemię. Najmniej potrzebny kawałek. Niby dalej podtrzymuje jakąś szerszą opowieść, ale ciągnie się wrażenie powtarzalności. Faktycznie zbliżamy się do końca. Zbędny filler z nieciekawymi nana-nana, po raz setny odbijam się od takiego nucenia. Najpierw pierwsze zakończenie, czyli Dark Mavis. Od samego początku wiedziałem, że czeka coś więcej "po wszystkim", ale nawet krótki moment ciszy pomaga wywołać namiastkę tego, czego można doświadczyć słuchając Mansunów z CDka. Rzewne, całkiem filmowe. Momentami dziwny akcent na wokalu, za każdym razem lekko upierdliwie to było. Tak jak na samym początku psychodeli stosunkowo niewiele, za to jest całkiem obrazowo. Subtelna klamra całości (działa w sumie jak koda), choć nie grzeje zbytnio, szczególnie w części na-na-na. Chwila przerwy, a potem Hidden Track. Właściwe zakończenie, dzięki niemu całą płytę odbieram trochę inaczej. Nie jest to takie jednowymiarowe odczucie. Podobne wrażenie robił na mnie Back Home na płycie China Crisis (szokujące jak dawno temu ją omawialiśmy...). Jest w tym jakiś dystans do całej reszty, szczególnie wyczuwalny w momencie wjazdu ostatniej solówki gitarowej. Dość KAMPOWA nieczystość, więc jestem na tak.
A tak poza strumieniem świadomości...
Cały Attack raczej dość trudny do słuchania w całości dzień po dniu, tutaj konkretny klimat (późnojesienny) byłby najlepszy. Udało mi się nie zepsuć dobrego wrażenia wybierając od razu parę ciekawszych punktów zaczepienia. Wtedy jeszcze lepiej, łatwiej przejść od początku do końca. Nie sądzę, by dobrym zabiegiem było łączenie wszystkiego w jedno. Większość przejść raczej bez sensu. Lepsze byłyby przystanki co 3-4 kawałki. Mimo tego trudno nie docenić pomysłów, fajnych melodii, czasami interesujących ewolucji wewnątrz konkretnych utworów. Tylko dwa uważam za średnio udane. Reszta dojeżdża i to bez dwóch zdań. Znalazłem nawet nowe miłostki. Experience uważam za udany. Mocna pozycja z katalogu Hiena.
Wreszcie dojechaliśmy do końca kolejki JESIENNEJ. Mansuny znacznie lepiej pasowałyby na koniec LISTOPADA, ale z różnych przyczyn obiektywnych (czyżby) nie dane nam było szybciej pochylić się nad płytą sympatycznych Brytoli. Jakieś dziesięć lat temu Hien zdążył był zapodać nam swoisty teaser. Podszedłem więc do zadania z małymi oczekiwaniami, ale też pozytywnym nastawieniem na dzień dobry. Koniec końców wyszło na to, że nie myliłem się. Mimo drobnych mankamentów generalnie większość czasu przy Mansunach spędziłem z przyjemnością. Poza odsłuchami całościowymi były też od samego początku powroty do najciekawszych momentów. Czasu sporo, więc mogłem naprawdę komfortowo zabrać się za bliższe poznanie.
The Chad Who Loved Me, czyli gdzieś już to słyszałem. Brzmiało dziwnie znajomo. Nie znalazłem info nt. ewentualnego użycia w filmie, czyli musiałem ulec fałszywemu wrażeniu. Całkiem wyraźne wprowadzenie, będzie się lekko różnić na tle reszty materiału. Mimo to dość bezpieczne, sympatyczne lądowanie. Przez te smyki ma dość baśniowy charakter. Wokal trochę z tyłu, to jeszcze nie moment na potężne przebłyski. Na razie robotę robi aranż, szczególnie ładna gitara dublująca w pewnym sensie partie orkiestralne. Niezbyt fajne przejście wprowadza do jedynego bliskiego znajomego w tym gronie. Ich Jedyny Love Song już mniej kojarzy mi się z The Orb (lol), ale ten elektroniczny groove dalej znakomity. Lirycznie bardziej bezpośrednio. Trochę jak zwiastun, po prostu dobry początek skutecznej mieszanki w praktyce - popisów wokalnych niepozbawionych wysokich dźwięków, a także syntezatorów w tle, choć chyba do samego końca nie będą na pierwszym planie. Rozumiem, rockersi. Klimat gęstnieje, robi się kwaśno. Świetny refren sprawia, że bez problemu chce się wracać. Cenię tak samo jak do tej pory. Zaraz potem wlatuje Taxloss. Żonglowanie intensywnością rozkręciło się w najlepsze. Tutaj najbardziej brytolski moment jak do tej pory. Pierwsza część brzmi dość klasycznie, solidnie lecz nie za ciekawie. Na szczęście z czasem się rozkręca - coraz bardziej urozmaicony wokal, coraz grubsza ściana dźwięku, a w połowie chwila na house'owy rytm. Już mi się podoba.
You Who Do You Hate, hmm... zaczyna się od chamskiego kościółkowego przejścia do balladki w formie sympatycznego zapychacza. Rodzynków nie brakuje - kontrastujący quasi refren, a obok samej gitary sporo dodatkowych, znacznie ciekawszych elementów. Mimo wszystko naturalnie słychać, że moment przerwy był potrzebny. W Wide Open Space od razu inaczej - początkowa zagrywka trochę jak budzik, całkiem efektowne rozwiązanie, urzekające. Do tego stanowi poważny element całego kawałka. W zwrotkach miałczenie drażni, ale za to w refrenie jeden z moich ulubionych fragmentów wokalnych, Draper trochę mi tutaj przypomina Sylviana.
Przy okazji Stripper Vidar łapię odczucie, że płyta na swój sposób przyspiesza. Krótsze formy, mniej gładkie przejścia. Numer zbudowany praktycznie na samych kontrastach. Nawet sam refren leci na patencie spokojny wstęp/mocniejsze rockowe przyłożenie później. Ogólnie brzmieniowo pasuje mi do jakichś filmów o dylematach miłosnych licealistów. Jest w tym sporo ukrytego wkurwu. Perkusyjny loop jako klamra wypada nieźle. Jak do tej pory dużo solidności i jeden trochę słabszy moment.
Wlatuje Disgusting. Już wiem, że im więcej kwasu tym lepiej. Bardzo dobre intro niezbyt związane z całą resztą, ale ta reszta też mi przypadła do gustu. Na plus dogęszczanie aranży ponad całkiem znośnie, choć na dystansie całego Attack męczące altrockowe gitarki. Kolejny chwytliwy refren z frazą tytułową. Na plus atmosferyczne outro. Po pierwszym kontakcie szybko znalazłem nowy duet, na który warto zwrócić uwagę bardziej. Zaczynamy od She Makes My Nose Bleed. Najbardziej reprezentatywny kawałek, wszystkie wykorzystane patenty przyjemnie skondensowane, nawet zdublowane pochody perkusyjne tu idą (albo już ogłuchłem). Wokalnie spoko, bo jednocześnie mamy całkiem dużo spokoju i rzadko pojawiające się zaśpiewy-wyjce. Tutaj to połączenie sprawdza się naprawdę dobrze, ale kulminacja dobroci czeka za rogiem. Naked Twister okazał się największym zaskoczeniem i odkryciem. Nie tylko dlatego, że zaczyna się dość niespodziewanie i zaskakująco, bez większego oddechu po poprzednim kawałku. Jedna partia gitarowa zastępuje drugą. Klimacik znacznie bardziej pościelowy. Ujarzmone kwasowe ciągoty, w taki muzyczny melodramat mi graj. Mój ulubieniec bez dwóch zdań - spora w tym zasługa wspominanych wokali. Idzie tutaj popis szerokiej skali plus fajne przegięcie z tymi zaśpiewami w refrenie. Genialny kawałek - końcówka trochę jak podkład pod napisy końcowe, można się jeszcze nasycić atmosferą. Szkoda, że następne Egg Shaped Fred szybko sprowadza na ziemię. Najmniej potrzebny kawałek. Niby dalej podtrzymuje jakąś szerszą opowieść, ale ciągnie się wrażenie powtarzalności. Faktycznie zbliżamy się do końca. Zbędny filler z nieciekawymi nana-nana, po raz setny odbijam się od takiego nucenia. Najpierw pierwsze zakończenie, czyli Dark Mavis. Od samego początku wiedziałem, że czeka coś więcej "po wszystkim", ale nawet krótki moment ciszy pomaga wywołać namiastkę tego, czego można doświadczyć słuchając Mansunów z CDka. Rzewne, całkiem filmowe. Momentami dziwny akcent na wokalu, za każdym razem lekko upierdliwie to było. Tak jak na samym początku psychodeli stosunkowo niewiele, za to jest całkiem obrazowo. Subtelna klamra całości (działa w sumie jak koda), choć nie grzeje zbytnio, szczególnie w części na-na-na. Chwila przerwy, a potem Hidden Track. Właściwe zakończenie, dzięki niemu całą płytę odbieram trochę inaczej. Nie jest to takie jednowymiarowe odczucie. Podobne wrażenie robił na mnie Back Home na płycie China Crisis (szokujące jak dawno temu ją omawialiśmy...). Jest w tym jakiś dystans do całej reszty, szczególnie wyczuwalny w momencie wjazdu ostatniej solówki gitarowej. Dość KAMPOWA nieczystość, więc jestem na tak.
A tak poza strumieniem świadomości...
Cały Attack raczej dość trudny do słuchania w całości dzień po dniu, tutaj konkretny klimat (późnojesienny) byłby najlepszy. Udało mi się nie zepsuć dobrego wrażenia wybierając od razu parę ciekawszych punktów zaczepienia. Wtedy jeszcze lepiej, łatwiej przejść od początku do końca. Nie sądzę, by dobrym zabiegiem było łączenie wszystkiego w jedno. Większość przejść raczej bez sensu. Lepsze byłyby przystanki co 3-4 kawałki. Mimo tego trudno nie docenić pomysłów, fajnych melodii, czasami interesujących ewolucji wewnątrz konkretnych utworów. Tylko dwa uważam za średnio udane. Reszta dojeżdża i to bez dwóch zdań. Znalazłem nawet nowe miłostki. Experience uważam za udany. Mocna pozycja z katalogu Hiena.
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wątpię żeby o to chodziło, ale Chad jest trochę parodią bondowskich numerów i czerpie np z tegoDragon pisze:23 gru 2023 19:45The Chad Who Loved Me, czyli gdzieś już to słyszałem. Brzmiało dziwnie znajomo. Nie znalazłem info nt. ewentualnego użycia w filmie, czyli musiałem ulec fałszywemu wrażeniu.
https://youtu.be/Z6D6ObD9cMY
wykorzystam chamsko okazję żeby wcisnąć najlepszą IMO wersję live, a zespołem live Mansun byli wyśmienitym. Moim zdaniem wokalnie jest tutaj jeszcze lepiej niż na płycie, ale moc z jaką pod koniec zespół wjeżdża, trudno mi z czymkolwiek porównać.Dragon pisze:23 gru 2023 19:45Naked Twister okazał się największym zaskoczeniem i odkryciem. Nie tylko dlatego, że zaczyna się dość niespodziewanie i zaskakująco, bez większego oddechu po poprzednim kawałku. Jedna partia gitarowa zastępuje drugą. Klimacik znacznie bardziej pościelowy. Ujarzmone kwasowe ciągoty, w taki muzyczny melodramat mi graj. Mój ulubieniec bez dwóch zdań
https://youtu.be/l_uV2aOlHTk
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13789
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Strzał w dziesiątkę. Widzę że nie byłem jedynym który miał bondowskie skojarzenia, teraz już rozumiem dlaczego. Miałem o tym napisać że numer brzmi jak kawałek do Bonda z przełomu tysiącleci, odrobinę klasycznie/odrobinę współczesnie.Hien pisze:23 gru 2023 23:44Wątpię żeby o to chodziło, ale Chad jest trochę parodią bondowskich numerów i czerpie np z tegoDragon pisze:23 gru 2023 19:45The Chad Who Loved Me, czyli gdzieś już to słyszałem. Brzmiało dziwnie znajomo. Nie znalazłem info nt. ewentualnego użycia w filmie, czyli musiałem ulec fałszywemu wrażeniu.
https://youtu.be/Z6D6ObD9cMY
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ktoś w ogóle czytał mój opis do tej wrzuty? xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13789
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Mansun - Attack of the Grey Lantern
Czekałem na tę wrzutkę albumową już od dawna bo Hien zdradził mi że będzie wjeżdżał z Mansun późną jesienią, ale to było w czasach kiedy były na to szanse a ostatecznie są święta, koniec grudnia a my dopiero słuchamy i omawiamy ten album. Ja miałem okazję już raz go słuchać, w sierpniu tego roku kiedy nawet wpadł mi w ręce za grosze, przesłuchałem go wówczas raz, stwierdziłem że jest spoko a płytę komuś sprezentowałem. Czułem że to będzie spoko wrzutka i że wystartuje z dobrego pułapu. Fakt faktem dla mnie idealną porą na tego typu granie jest wiosna kiedy udziela mi się energia takiego żywego lekkiego grania, no ale nie można wszystkiego zganiać na pogodę.
Numer otwierający ten album faktycznie jak pisał Hien zgrabnie nawiązuje do bondowskich filmowych klimatów z pomocą smyczków. Jest to całkiem dobry początek. Drugi numer był już znany z bestki utworowej i on... też jest ok, choć wydaje mi się że miałem w pewnym momencie wiekszy hajp na niego a obecnie uważam że na tej płycie tak nie błyszczy w gronie różnych lepszych momentów. Niemniej trzyma on poziom otwieracza i w sumie podobnie utrzymuje go następnie Taxloss. Ten kawałek z kolei wyróżnia się nieco tą acid house'ową końcówką ale jest ona spoko i nic ponadto. W mojej opinii dopiero czwarty kawałek na albumie zawiera jakiś konkret i mam tu na myśli to konkretniejsze przyłożenie w refrenie. Hałaśliwe refreny fajnie kontrastują z cichymi zwrotkami, zabieg prosty i tak popularny choćby u Nirvany ale wciąż skuteczny i tylko trochę szkoda że najlepszy jak dotąd numer na płycie jest tak krótki. Następne jest hitowe Wide Open Space które podobnie jak poprzednik - a nawet tu bardziej może - cały urok skrywa w potężnym, porywającym refrenie. Instrumentalny mostek brzmi dla mnie totalnie jak U2 ale to żaden przytyk, podoba mi się. Nie wiem trochę po co pod koniec pojawia się ta smyczkowa kakofonia na chwilę i te durnowate chórki LA - LA LA LA LA LA ale na szczęście giną szybko w tłumie i człowiek zapomina o nich rozkoszując się znowu refrenem. Stripper Vicar to z kolei dla mnie porażka jakich mało, dawno nie słyszałem tak idiotycznego kawałka, a może zwyczajnie nie jara mnie historyjka o wikarym-striptizerze (zabawne że pisze to forumowy golas hehehehe). Na szczęście po nim wjeżdża Disgusting które wbrew tytułowi nie jest wcale takie złe. Zaczyna się tajemniczo trochę cichym automatem perkusyjnym chyba który przypomina mi pewien kawałek, a potem wjeżdża na pełnej i ma fajne melodie i w ogóle jest naprawdę w pytkę. Podoba mi się efekt na wokalu. Chyba najlepszy kawałek do tej pory. Szkoda że następne dwa kawałki są dla mnie completely forgettable. Egg Shaped Fred oferuje przynajmniej odrobinę gitarowego ostrzejszego rżnięcia więc to zbawia go od meha. Album zamyka ballada Dark Mavis która prawdę mówiąc chyba niczego mi nie wyjaśnia, nie wiem kim jest Mavis poza córką wikarego a Hien obiecywał jakiś szerszy kontekst. Coś mnie gdzieś ominęło, nie wiem ocb. Numer przynajmniej fajnie wraca smyczkami do początku płyty.
Niby koniec, ale...
Pojawia się hidden track - An Open Letter to Lyrical Trainspotter. No i...
No i to jest to na co cały czas czekałem, to jest dopiero kawałek który ukazuje ten songwriterski geniusz Drapera tak jak jego solowa wrzutka utworowa. Tam śpiewał o tym że nie ma pomysłu na tekst a tu o tym że śpiewa byle co byle śpiewać, byle tworzyć melodie swoim wokalem a tekst jest drugorzędny. Lekki, fajny kawałek, fajne melodie, chórki i to jak mu się ten wokal rozjeżdża gdy tekstu jakby za dużo na końcu zwrotki heh. Mam wrażenie że moi przedmówcy trochę olali ten bonus track a dla mnie to jest dopiero to co powinno być daniem głównym, ale zostało deserem. Mamy na końcu instrumentalną kakofonię ale ona wpisuje się doskonale w kontekst tego kawałka który dla mnie jest najlepszym z całej płyty.
Także taka to przygoda była, Kuba obiecywał kwaśny teatr i to trochę taki latający cyrk Monthy Pythona był ale było też tu trochę za dużo takiego generic brytolskiego alternatywnego grania chwilami. Dziwne bo obstawiałem ten album na pewniaka tej kolejki a ostatecznie rezultat był zgoła inny bym powiedział, sporo się jednak namęczyłem przy tych odsłuchach i jakoś nie sądzę żebym miał ochotę na powroty do tego albumu, ale kto wie, może którejś wiosny dam mu jeszcze szansę. Na razie czuję się przytłoczony jak mój brzuch drugiego dnia Bożego Narodzenia. Było ok, choć to chyba jednak nie są aż tak moje klimaty jak liczyłem że będą.
Czekałem na tę wrzutkę albumową już od dawna bo Hien zdradził mi że będzie wjeżdżał z Mansun późną jesienią, ale to było w czasach kiedy były na to szanse a ostatecznie są święta, koniec grudnia a my dopiero słuchamy i omawiamy ten album. Ja miałem okazję już raz go słuchać, w sierpniu tego roku kiedy nawet wpadł mi w ręce za grosze, przesłuchałem go wówczas raz, stwierdziłem że jest spoko a płytę komuś sprezentowałem. Czułem że to będzie spoko wrzutka i że wystartuje z dobrego pułapu. Fakt faktem dla mnie idealną porą na tego typu granie jest wiosna kiedy udziela mi się energia takiego żywego lekkiego grania, no ale nie można wszystkiego zganiać na pogodę.
Numer otwierający ten album faktycznie jak pisał Hien zgrabnie nawiązuje do bondowskich filmowych klimatów z pomocą smyczków. Jest to całkiem dobry początek. Drugi numer był już znany z bestki utworowej i on... też jest ok, choć wydaje mi się że miałem w pewnym momencie wiekszy hajp na niego a obecnie uważam że na tej płycie tak nie błyszczy w gronie różnych lepszych momentów. Niemniej trzyma on poziom otwieracza i w sumie podobnie utrzymuje go następnie Taxloss. Ten kawałek z kolei wyróżnia się nieco tą acid house'ową końcówką ale jest ona spoko i nic ponadto. W mojej opinii dopiero czwarty kawałek na albumie zawiera jakiś konkret i mam tu na myśli to konkretniejsze przyłożenie w refrenie. Hałaśliwe refreny fajnie kontrastują z cichymi zwrotkami, zabieg prosty i tak popularny choćby u Nirvany ale wciąż skuteczny i tylko trochę szkoda że najlepszy jak dotąd numer na płycie jest tak krótki. Następne jest hitowe Wide Open Space które podobnie jak poprzednik - a nawet tu bardziej może - cały urok skrywa w potężnym, porywającym refrenie. Instrumentalny mostek brzmi dla mnie totalnie jak U2 ale to żaden przytyk, podoba mi się. Nie wiem trochę po co pod koniec pojawia się ta smyczkowa kakofonia na chwilę i te durnowate chórki LA - LA LA LA LA LA ale na szczęście giną szybko w tłumie i człowiek zapomina o nich rozkoszując się znowu refrenem. Stripper Vicar to z kolei dla mnie porażka jakich mało, dawno nie słyszałem tak idiotycznego kawałka, a może zwyczajnie nie jara mnie historyjka o wikarym-striptizerze (zabawne że pisze to forumowy golas hehehehe). Na szczęście po nim wjeżdża Disgusting które wbrew tytułowi nie jest wcale takie złe. Zaczyna się tajemniczo trochę cichym automatem perkusyjnym chyba który przypomina mi pewien kawałek, a potem wjeżdża na pełnej i ma fajne melodie i w ogóle jest naprawdę w pytkę. Podoba mi się efekt na wokalu. Chyba najlepszy kawałek do tej pory. Szkoda że następne dwa kawałki są dla mnie completely forgettable. Egg Shaped Fred oferuje przynajmniej odrobinę gitarowego ostrzejszego rżnięcia więc to zbawia go od meha. Album zamyka ballada Dark Mavis która prawdę mówiąc chyba niczego mi nie wyjaśnia, nie wiem kim jest Mavis poza córką wikarego a Hien obiecywał jakiś szerszy kontekst. Coś mnie gdzieś ominęło, nie wiem ocb. Numer przynajmniej fajnie wraca smyczkami do początku płyty.
Niby koniec, ale...
Pojawia się hidden track - An Open Letter to Lyrical Trainspotter. No i...
No i to jest to na co cały czas czekałem, to jest dopiero kawałek który ukazuje ten songwriterski geniusz Drapera tak jak jego solowa wrzutka utworowa. Tam śpiewał o tym że nie ma pomysłu na tekst a tu o tym że śpiewa byle co byle śpiewać, byle tworzyć melodie swoim wokalem a tekst jest drugorzędny. Lekki, fajny kawałek, fajne melodie, chórki i to jak mu się ten wokal rozjeżdża gdy tekstu jakby za dużo na końcu zwrotki heh. Mam wrażenie że moi przedmówcy trochę olali ten bonus track a dla mnie to jest dopiero to co powinno być daniem głównym, ale zostało deserem. Mamy na końcu instrumentalną kakofonię ale ona wpisuje się doskonale w kontekst tego kawałka który dla mnie jest najlepszym z całej płyty.
Także taka to przygoda była, Kuba obiecywał kwaśny teatr i to trochę taki latający cyrk Monthy Pythona był ale było też tu trochę za dużo takiego generic brytolskiego alternatywnego grania chwilami. Dziwne bo obstawiałem ten album na pewniaka tej kolejki a ostatecznie rezultat był zgoła inny bym powiedział, sporo się jednak namęczyłem przy tych odsłuchach i jakoś nie sądzę żebym miał ochotę na powroty do tego albumu, ale kto wie, może którejś wiosny dam mu jeszcze szansę. Na razie czuję się przytłoczony jak mój brzuch drugiego dnia Bożego Narodzenia. Było ok, choć to chyba jednak nie są aż tak moje klimaty jak liczyłem że będą.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13789
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Liczę Panowie że przed końcem roku zakończymy omawianie Mansun i 2 stycznia startujemy z następną kolejką (niezależnie od tego czy dojedziecie z resztą wrzut albumowych)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nie dość, że świąteczna, to jeszcze sylwestrowa. Serio siara Panowie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6858
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
JEDZIEMY PANOWIE
Mansun - Attack of Grey Lantern
O projekcie Mansun prawdopodobnie nie usłyszałbym nigdy gdyby nie to forum. Taka to, smutna niestety, prawda o mnie - przed mym powrotem na łono tegoż forum nie miałem bladego pojęcia ni o istnieniu Paula Drapera, ni o tym projekcie. Zero, null, nic. Kolejna cegła w murze mojej ignorancji czy coś, nie wiem. Wszak i tak ktoś tu ostatnio zasugerował, że piszę jak porcysiak, więc nie ma dla mnie nadziei. Co prawda ja tego porcysa to nawet za bardzo nigdy nie czytałem, o pisaniu nie mówiąc, ale kto by się tam takimi detalami przejmował.
Anyway, Mansuna znam, bo już doskonale wiem o tym, że kol. red. Jakub, po zakończeniu okresu dojrzewania w wieku 30 lat porzycił słuchanie progresywnego pitolenia na rzecz pitolenia bardziej alternatywnego, i w sumie chałwa mu za to. Generalnie co by nie mówić o jego obsesjach i kosmicznych liczbach nabijanych na laście, to to są rzeczy zazwyczaj świetne - uważam, że Fishmans to jedno z lepszych osiągnięć ludzkości i na pewno największe w historii Japonii (konkurencją są anime oraz hentaje).
Tym razem zabierałem się do odsłuchu bez tej PEWNEJ NIEŚMIAŁOŚCI z dość oczywistej przyczyny - ja się z tym albumem już znam. Wg lasta słuchałem go dwa razy w grudniu tamtego roku (co w sumie mnie dość ciekawi, bo myślałem, że to było jakoś latem/jesienią - ten rok 2022 był tak poryty, że już wszystkie wspomnienia z niego mi się zlewają) i zapamiętałem go jako dobry. Nie będę was trzymać w napięciu, bo nawet mi się nie chce - powrót okazał sie być udany i przyjemny.
W tym miejscu, że średnio mnie interesuje w tym przypadku warstwa liryczna oraz ta rzekoma konceptualność, o której pisał kolega Hien. Zresztą nie za bardzo wiem czym się tu interesować, skoro się okazało, że sam zespół nie za bardzo miał na ten koncept koncept. By nie było, na poziomie opisu nawet brzmiał intrygująco, ale za dużo takich pozornie ciekawych niewypałów widziałem, by na to nie mechnąć. Nie neguję tego, że być może coś tracę, ale trudno.
Początek tej płyty jest kapitalny. Ja naprawdę nie dziwię się, że imć redaktor Munlup już po pierwszym odsłuchu zakochał się w tym albumie, bo to dosłownie JEGO brzmienie, jego core jak to momentami określamy. Słucham tej piosenki o Chadzie co mnie kochał i słyszę echa Radiohead, słyszę Porki, słyszę to całe brytyjskie, gitarowe granie z lat 90, ale jakie to jest wszystko fajne, jakie to jest przebojowe i w ogóle!
Generalnie początek tego albumu jest super - o Jedynej Miłosnej Piosnce Wzmiankowanego Zespołu pisałem i podtrzymuję to co pisałem, tj. jest to bardzo fajna piosenka. Taxloss jest super, bo tytułem nawiązuję do Beatelsów i w sumie to nie tylko nim. Może słowo PROGRESYWNE nie będzie tu, delikatnie rzecz ująwszy, pasować najlepiej, ale naprawdę podoba mi się to ile tutaj się dzieje, podoba mi się, że po pierwszej części z turbochwytliwym refrenem (brzmiącym jak Smashing Pumpkins) wjeżdzą wręcz DYSKOTEKA i jakaś psychodela. No jestem tym zauroczony wręcz, tak samo jak płynnym przejściem do TY HEJTERZE, które też przecież jest balladką niczego sobie.
O kolejnych utworach z tej płyty już nie jestem w stanie pisać z aż taką egzaltacją jak o pierwszej trójce. Gdybym był złośliwy, to bym zasugerował, że nwm może już im się po nich skończyły pomysły, ale wtedy byście uznali, że ja tę płytę dissuję czy jak my to tam robimy na Porcysie. Nie, te kawałki są więcej niż rzetelne i nawet określiłbym je mianem dobrych lub bardzo dobrych. STRIPPED VICAR ma fajne refreny i końcówkę. Tak samo jak EGG SHAPED FRED. Epickie DARK MAVIS jest epickie, a ten ukryty kawałek ma bardzo fajny, luzacki klimat.
Resztę pomijam z premedytacją, bo na dzień 31 grudnia 2023 roku niewymienione kawałki uważam tylko i aż za dobre, ale jednocześnie nie aż tak, by zasługiwały na szczególne wyróżnienie na tle bardzo wysokiego poziomu całości. Ot, typowi czwórkowi uczniowie w szkole dla prymusów, jeśli wiecie co mam na myśli. Czy tam pararelny dysonans poznawczy w interdyskursie nt. albumu (cyt. za Markiem Fischerem) jak to tam mawiamy na Porcysie hehe.
No i co ja tu mam pisać? Bardzo dobra płyta, na bank zagości w moich głośnikach i pewnie sięgnę po więcej - już widzę na TIDALU, że istnieje jakaś kilkugodzinna wersja 3CD i szabanaście wydań tej płyty, ale ja chyba nie umiem się tak wkręcać w cokolwiek, by poznawać wszystkie tego typu rzeczy. No ale słuchajcie Mansuna i nie strzelajcie fajerwerkami dzisiaj. Polecam i pozdrawiam, Piotr Fronczewski
Mansun - Attack of Grey Lantern
O projekcie Mansun prawdopodobnie nie usłyszałbym nigdy gdyby nie to forum. Taka to, smutna niestety, prawda o mnie - przed mym powrotem na łono tegoż forum nie miałem bladego pojęcia ni o istnieniu Paula Drapera, ni o tym projekcie. Zero, null, nic. Kolejna cegła w murze mojej ignorancji czy coś, nie wiem. Wszak i tak ktoś tu ostatnio zasugerował, że piszę jak porcysiak, więc nie ma dla mnie nadziei. Co prawda ja tego porcysa to nawet za bardzo nigdy nie czytałem, o pisaniu nie mówiąc, ale kto by się tam takimi detalami przejmował.
Anyway, Mansuna znam, bo już doskonale wiem o tym, że kol. red. Jakub, po zakończeniu okresu dojrzewania w wieku 30 lat porzycił słuchanie progresywnego pitolenia na rzecz pitolenia bardziej alternatywnego, i w sumie chałwa mu za to. Generalnie co by nie mówić o jego obsesjach i kosmicznych liczbach nabijanych na laście, to to są rzeczy zazwyczaj świetne - uważam, że Fishmans to jedno z lepszych osiągnięć ludzkości i na pewno największe w historii Japonii (konkurencją są anime oraz hentaje).
Tym razem zabierałem się do odsłuchu bez tej PEWNEJ NIEŚMIAŁOŚCI z dość oczywistej przyczyny - ja się z tym albumem już znam. Wg lasta słuchałem go dwa razy w grudniu tamtego roku (co w sumie mnie dość ciekawi, bo myślałem, że to było jakoś latem/jesienią - ten rok 2022 był tak poryty, że już wszystkie wspomnienia z niego mi się zlewają) i zapamiętałem go jako dobry. Nie będę was trzymać w napięciu, bo nawet mi się nie chce - powrót okazał sie być udany i przyjemny.
W tym miejscu, że średnio mnie interesuje w tym przypadku warstwa liryczna oraz ta rzekoma konceptualność, o której pisał kolega Hien. Zresztą nie za bardzo wiem czym się tu interesować, skoro się okazało, że sam zespół nie za bardzo miał na ten koncept koncept. By nie było, na poziomie opisu nawet brzmiał intrygująco, ale za dużo takich pozornie ciekawych niewypałów widziałem, by na to nie mechnąć. Nie neguję tego, że być może coś tracę, ale trudno.
Początek tej płyty jest kapitalny. Ja naprawdę nie dziwię się, że imć redaktor Munlup już po pierwszym odsłuchu zakochał się w tym albumie, bo to dosłownie JEGO brzmienie, jego core jak to momentami określamy. Słucham tej piosenki o Chadzie co mnie kochał i słyszę echa Radiohead, słyszę Porki, słyszę to całe brytyjskie, gitarowe granie z lat 90, ale jakie to jest wszystko fajne, jakie to jest przebojowe i w ogóle!
Generalnie początek tego albumu jest super - o Jedynej Miłosnej Piosnce Wzmiankowanego Zespołu pisałem i podtrzymuję to co pisałem, tj. jest to bardzo fajna piosenka. Taxloss jest super, bo tytułem nawiązuję do Beatelsów i w sumie to nie tylko nim. Może słowo PROGRESYWNE nie będzie tu, delikatnie rzecz ująwszy, pasować najlepiej, ale naprawdę podoba mi się to ile tutaj się dzieje, podoba mi się, że po pierwszej części z turbochwytliwym refrenem (brzmiącym jak Smashing Pumpkins) wjeżdzą wręcz DYSKOTEKA i jakaś psychodela. No jestem tym zauroczony wręcz, tak samo jak płynnym przejściem do TY HEJTERZE, które też przecież jest balladką niczego sobie.
O kolejnych utworach z tej płyty już nie jestem w stanie pisać z aż taką egzaltacją jak o pierwszej trójce. Gdybym był złośliwy, to bym zasugerował, że nwm może już im się po nich skończyły pomysły, ale wtedy byście uznali, że ja tę płytę dissuję czy jak my to tam robimy na Porcysie. Nie, te kawałki są więcej niż rzetelne i nawet określiłbym je mianem dobrych lub bardzo dobrych. STRIPPED VICAR ma fajne refreny i końcówkę. Tak samo jak EGG SHAPED FRED. Epickie DARK MAVIS jest epickie, a ten ukryty kawałek ma bardzo fajny, luzacki klimat.
Resztę pomijam z premedytacją, bo na dzień 31 grudnia 2023 roku niewymienione kawałki uważam tylko i aż za dobre, ale jednocześnie nie aż tak, by zasługiwały na szczególne wyróżnienie na tle bardzo wysokiego poziomu całości. Ot, typowi czwórkowi uczniowie w szkole dla prymusów, jeśli wiecie co mam na myśli. Czy tam pararelny dysonans poznawczy w interdyskursie nt. albumu (cyt. za Markiem Fischerem) jak to tam mawiamy na Porcysie hehe.
No i co ja tu mam pisać? Bardzo dobra płyta, na bank zagości w moich głośnikach i pewnie sięgnę po więcej - już widzę na TIDALU, że istnieje jakaś kilkugodzinna wersja 3CD i szabanaście wydań tej płyty, ale ja chyba nie umiem się tak wkręcać w cokolwiek, by poznawać wszystkie tego typu rzeczy. No ale słuchajcie Mansuna i nie strzelajcie fajerwerkami dzisiaj. Polecam i pozdrawiam, Piotr Fronczewski
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja bym jednak polecał te wersję 3cd chociaż raz przesłuchać, bo b-side'y z tego okresu są uważane przez wielu za najlepszy materiał tego zespołu (i ja się nawet z tym zgadzam).
W ogóle to wnioskuję żeby z ostatnim dniem roku, zakończyć omawianie tej płyty i przejść do następnej. Kto chciał się wypowiedzieć, ten się wypowiedział, czasu było więcej niż dużo, płyta i tak miała być w listopadzie, więc kosmicznym będzie ciągnięcie jej przez styczeń.
W ogóle to wnioskuję żeby z ostatnim dniem roku, zakończyć omawianie tej płyty i przejść do następnej. Kto chciał się wypowiedzieć, ten się wypowiedział, czasu było więcej niż dużo, płyta i tak miała być w listopadzie, więc kosmicznym będzie ciągnięcie jej przez styczeń.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13789
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
To podsumowuj jeśli chcesz i jutro puszczam Röyksopp.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jutro podsumuję i wieczorkiem można lecieć.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7379
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Opóźniony, jak zawsze, w życiu i w głowie.
Mansun - Attack of the Grey Lantern
Zacznę od tego, że album znam. Nie powiem, że znam bardzo dobrze, albowiem kłamstem by to było, przesłuchałem go jednakowoż kilkakrotnie. To była jesień... 2019 chyba, raczej nie 2017. Tenwówczas wraz z imć Hienem bawiliśmy się w "protoplastę" naszej bestki, wysyłając sobie po 3 krążki, które lubiliśmy bardzo w kontekście określonej pory roku. I wydaje mi się (zresztą, powiedziane to pewnie było już setki razy tutaj), że nigdy nie opuściliśmy jesieni... Ale Mansun wleciał. Bo to jesienny dla Jakuba album, a dla mnie, well, słucham go już 3 raz w ciągu ostatniego tygodnia, a to akurat ostatni tydzień grudnia, a więc rok umiera, takie tam. No i co, bardzo dobry to jest seans, raz za razem, bo to dobra płyta jest. I na pewno mówiłem to Hienowi przy pierwszym jej odsłuchu swoim, na pewno napomknąłem o tym przy okazji Mansun's Only Love Song, ale wszystkiego to nie mogło powiedzieć, i nie powie, dopóki nie wypowiem się ja. No to jazda.
Generalnie płyta ta kipi dla mnie najntisami, takie Oasis na sterydach, ale bez wkurwiających braci Gallagher. Takie Blur, ale bez nazbyt koturnowego w swoim manieryzmie Damona Albarna. Czyli - odjąwszy denerwujących i napuszonych liderów - indie alternatywa Tamtej Pięknej Dekady<TM>, jaką dev lubi najbardziej (bo nawet devowi zdarza się lubić i doceniać DOBRĄ muzykę; tylko sernika z rodzynkami nie). Na początek mamy The Chad Who Loved Me, które ma absolutnie genialne intro, te wszystkie harmonie smyczkowe, podjazd przypominający The Bittersweet Symphony od The Verve, no miodzio. Utwór płynie niespiesznie, delikatnie wręcz, choć brzmieniowo jest niemalże monumentalny (mam też pewnie skojarzenia z New Order, aż nie wiem, skąd wzięte), świetny opening dla albumu. Po nim nadchodzi znana już wrzutka utworowa, tj. Mansun's Only Love Song, które ma taki cudownie groovy vibe, jaki przywodzi na myśl Red Hot Chili Peppers - tych generalnie nie znoszę co do zasady (aczkolwiek mieli parę fajnych numerów), co nie zmienia faktu, że samo ich brzmienie bywa bardzo fajne, i tutaj gdzieś ten duch się znajduje, czuć go, jest bardzo miły w odbiorze, że tak to dyplomatycznie ujmę. Nie no, co ja pieprzę, po prostu mi się ten utwór podoba. Hałas i chaos w okolicach trzeciej minuty kradnie moje serduszko, albowiem lubię dziwne dźwięki zewsząd. Draper ma tutaj taki cudownie nonszalancki wokal, który zahacza delikatnie o erotyzm, towarzystwo swingujących gitar zdecydowanie mu służy. No to co, kolejny dobry kawałek. Przechodzimy do Taxloss, które również bardzo pachnie najntisami, ale oto mamy już 3 różne piosenki, które są od siebie pod wieloma względami NAPRAWDĘ różne, a każda stanowi jakiś taki showcase tamtych czasów pod innymi względami. Taxloss brzmieniowo najbardziej mi się kojarzy z Garbage w ogóle, Shirley Manson świetnie by się tu odnalazła na wokalu. Buja przepotwornie, jeden z moich ulubionych na albumie, zwłaszcza za ten jeszcze jakże już oczywiście najntisowy zabieg z automatem perkusyjnym w środku i na koniec, a la jakiś eurodance kurde, a tak naprawdę po prostu New Order z okolic Technique (ale też Republic), to jest po prostu taneczny utwór. You, Who Do You Hate? ma z kolei zapach Radiohead, nawet Draper brzmi tutaj nieco jak Yorke (ale tylko nieco), przeskok stylistyczny między tymi utworami jest naprawdę świetny. Niby spokojnie, nagle jebnięcie, potem znowu spokojnie, elektryk przygrywający delikatnie w tle przy drugiej zwrotce jest absolutnie fantastyczny. Refren nieco angstowy, ale nie do przesady, bębny rozwalają mi uszy, jestem zadowolon. Wide Open Space znów daje jakiś mariaż Oasis z... dla mnie trochę po raz kolejny Radiohead z okolic Pablo Honey. Nie potrafię uciec od tych skojarzeń, ale też nie chcę być źle zrozumiany - to są jak najbardziej pozytywne skojarzenia, bo ja Pablo Honey bardzo lubię. Co prawda nie wiem, czy osobiście bym wytypował ten numer na singiel (co nie oznacza, że jest zły), wciąż bardzo mi się podoba przez refren i gitarę po drugiej minucie (dosłownie odpalałem ten fragment kilka razy, samą tę gitarę, jest świetna, pod koniec ginie przy wokalu, a takie cuda trzeba eksponować). Stripper Vicar już w ogóle daje mi eargasm, nagle mogę się poczuć tak, jakbym mieszkał w Londynie w latach 90. i był świadkiem eksplozji tamtej fali. Swoją drogą, to jest też jedna z tych piosenek, które poprzez jej vibe widziałbym na OST do jakiegoś teenage drama, ale chyba bardziej wyspiarskiego niż amerykańskiego, i to niekoniecznie ze względu na to, skąd pochodzi band. Disgusting! O, to mógłby być tytuł tegoż filmu. Po dość jednak spójnych (a mimo to różnych) odsłonach Drapera i jego ziomków w pierwszej połowie płyty włazi coś, co momentami zahacza mi o trip-hop, w sensie serio, pomyślcie o tym, wywalić tę perkę i podmienić na breakbeat, trochę inaczej zmiksować poszczególne instrumenty i mamy to. Disgusting to kolejny z moich ulubionych numerów na albumie, kocham refren (tutaj Draper brzmi jak Gahan w ogóle, gość ma fantastyczną pracę głosem, sam bym chciał w ten sposób), gitara zaraz za nim nawraca mnie na ten gatunek. W ogóle samo intro już jest dojebane, cały numer mógłby się opierać tylko o tę delikatną elektronikę i też byłoby super. She Makes My Nose Bleed znów pachnie Śmiećmi, tu by się przydał ficzer z Manson, kolejny dobry refren, tekstury tworzone gitarami również, tak na dobrą sprawę jak dotąd... nie ma tu złego utworu. Naked Twister poza cokolwiek intrygującym tytułem ma bardzo fajny tekst, cała reszta... no, właściwie mógłbym się powtórzyć, i tutaj mam pierwszy zgrzyt - tzn. po już 8 numerach odczuwam delikatny - ale jednak - przesyt, te utwory nagle zaczynają brzmieć troszkę zbyt podobnie. Brakuje mi jakiegoś przełamania, wówczas myślę, że Disgusting faktycznie mogłoby być zrobione na zupełnie inną modłę, i to by "ratowało" resztę. Nie jestem jednakowoż totalnie znudzony czy coś, po prostu nagle dociera do mnie, że jem wciąż to samo, nawet, jeśli jest to wyjątkowo smaczne. Egg Shaped Fred próbuje odejść w troszkę innym kierunku, ale też nie do końca, tutaj mam z kolei vibe The Offspring, still refren - goście mieli wyjątkowy talent do chwytliwych refrenów - kradnie mą uwagę i sprawia, że wiele wybaczam. Poza tym, to już właściwie koniec albumu. No i wraz z Dark Mavis wracamy do smyczków, teraz w trochę inny sposób, a w ogóle wejście (wraz z tym pianinem i potem całą resztą) przypomina mi trochę ELO. Do momentu wejścia refrenu that is xD Najbardziej w tym utworze podoba mi się outro - jest wyraziste, mamy chantowanie (które się zresztą wyjątkowo wkręca), pianino na wysokich nutach, znowu smyki, byłoby jak drzeć mordę pod sceną, gdyby tylko był jakiś koncert. No i jeszcze to iście filmowe wyjście... Jeśli chodzi o hidden track, to JA NADAL CZEKAM na coś chillowego, a dostaję, no, nie wiem, co, ale wciąż jest fajne. Taka piosenka w sam raz na end credits (może nawet tego samego filmu, co wspomniałem wyżej), i chyba spełnia swoją rolę. Ale też ze względu na charakter tej piosenki, ani to skit jakiś, ani coś kompletnie odmiennego od reszty płyty (przynajmniej nie jakoś bardzo), to ja bym to po prostu dał jako osobny numer (zresztą, w wersji otrzymanej od Hiena mam to właśnie jako osobny kawałek, nie hidden track podpięty do Dark Mavis). Poza tym, 12 numerów na płycie to jest tak w sam raz. No, to chyba koniec?
Co mogę powiedzieć, tak słowem podsumowania... Dobry to jest album. Bardzo dobry. Jedna z tych najbardziej trafionych propozycji od Hiena, i dla mnie osobiście te lat temu ponad 4 już, i do naszej bestki. Dobry przykład dobrej brytyjskiej muzyki z tamtych czasów, która była czymś stosunkowo nowym (chociaż Oasis już powiedziało wówczas najwięcej z tego, co mogło, podobnie Blur, reszta i tak mnie nie obchodziła). Oczywiście, to była ta muzyka, od której mocno uciekałem swojego czasu, aż ta postanowiła mnie dogonić... A prawda jest taka, że Wonderwall po prostu lubię. Tutaj nolens volens musiałem się zmierzyć z odpowiednim materiałem, ale nie żałowałem tego, był to naprawdę udany strzał. I podtrzymuję swoje zdanie, choć - jak już zauważyłem wcześniej - zdarza się, że czuję przesyt treścią. Wtedy wystarczy chwila przerwy, puścić sobie jeden czy dwa kawałki italo disco i można do Drapera wracać. Daję wielkie OK przez duże O i przez duże K.
Mansun - Attack of the Grey Lantern
Zacznę od tego, że album znam. Nie powiem, że znam bardzo dobrze, albowiem kłamstem by to było, przesłuchałem go jednakowoż kilkakrotnie. To była jesień... 2019 chyba, raczej nie 2017. Tenwówczas wraz z imć Hienem bawiliśmy się w "protoplastę" naszej bestki, wysyłając sobie po 3 krążki, które lubiliśmy bardzo w kontekście określonej pory roku. I wydaje mi się (zresztą, powiedziane to pewnie było już setki razy tutaj), że nigdy nie opuściliśmy jesieni... Ale Mansun wleciał. Bo to jesienny dla Jakuba album, a dla mnie, well, słucham go już 3 raz w ciągu ostatniego tygodnia, a to akurat ostatni tydzień grudnia, a więc rok umiera, takie tam. No i co, bardzo dobry to jest seans, raz za razem, bo to dobra płyta jest. I na pewno mówiłem to Hienowi przy pierwszym jej odsłuchu swoim, na pewno napomknąłem o tym przy okazji Mansun's Only Love Song, ale wszystkiego to nie mogło powiedzieć, i nie powie, dopóki nie wypowiem się ja. No to jazda.
Generalnie płyta ta kipi dla mnie najntisami, takie Oasis na sterydach, ale bez wkurwiających braci Gallagher. Takie Blur, ale bez nazbyt koturnowego w swoim manieryzmie Damona Albarna. Czyli - odjąwszy denerwujących i napuszonych liderów - indie alternatywa Tamtej Pięknej Dekady<TM>, jaką dev lubi najbardziej (bo nawet devowi zdarza się lubić i doceniać DOBRĄ muzykę; tylko sernika z rodzynkami nie). Na początek mamy The Chad Who Loved Me, które ma absolutnie genialne intro, te wszystkie harmonie smyczkowe, podjazd przypominający The Bittersweet Symphony od The Verve, no miodzio. Utwór płynie niespiesznie, delikatnie wręcz, choć brzmieniowo jest niemalże monumentalny (mam też pewnie skojarzenia z New Order, aż nie wiem, skąd wzięte), świetny opening dla albumu. Po nim nadchodzi znana już wrzutka utworowa, tj. Mansun's Only Love Song, które ma taki cudownie groovy vibe, jaki przywodzi na myśl Red Hot Chili Peppers - tych generalnie nie znoszę co do zasady (aczkolwiek mieli parę fajnych numerów), co nie zmienia faktu, że samo ich brzmienie bywa bardzo fajne, i tutaj gdzieś ten duch się znajduje, czuć go, jest bardzo miły w odbiorze, że tak to dyplomatycznie ujmę. Nie no, co ja pieprzę, po prostu mi się ten utwór podoba. Hałas i chaos w okolicach trzeciej minuty kradnie moje serduszko, albowiem lubię dziwne dźwięki zewsząd. Draper ma tutaj taki cudownie nonszalancki wokal, który zahacza delikatnie o erotyzm, towarzystwo swingujących gitar zdecydowanie mu służy. No to co, kolejny dobry kawałek. Przechodzimy do Taxloss, które również bardzo pachnie najntisami, ale oto mamy już 3 różne piosenki, które są od siebie pod wieloma względami NAPRAWDĘ różne, a każda stanowi jakiś taki showcase tamtych czasów pod innymi względami. Taxloss brzmieniowo najbardziej mi się kojarzy z Garbage w ogóle, Shirley Manson świetnie by się tu odnalazła na wokalu. Buja przepotwornie, jeden z moich ulubionych na albumie, zwłaszcza za ten jeszcze jakże już oczywiście najntisowy zabieg z automatem perkusyjnym w środku i na koniec, a la jakiś eurodance kurde, a tak naprawdę po prostu New Order z okolic Technique (ale też Republic), to jest po prostu taneczny utwór. You, Who Do You Hate? ma z kolei zapach Radiohead, nawet Draper brzmi tutaj nieco jak Yorke (ale tylko nieco), przeskok stylistyczny między tymi utworami jest naprawdę świetny. Niby spokojnie, nagle jebnięcie, potem znowu spokojnie, elektryk przygrywający delikatnie w tle przy drugiej zwrotce jest absolutnie fantastyczny. Refren nieco angstowy, ale nie do przesady, bębny rozwalają mi uszy, jestem zadowolon. Wide Open Space znów daje jakiś mariaż Oasis z... dla mnie trochę po raz kolejny Radiohead z okolic Pablo Honey. Nie potrafię uciec od tych skojarzeń, ale też nie chcę być źle zrozumiany - to są jak najbardziej pozytywne skojarzenia, bo ja Pablo Honey bardzo lubię. Co prawda nie wiem, czy osobiście bym wytypował ten numer na singiel (co nie oznacza, że jest zły), wciąż bardzo mi się podoba przez refren i gitarę po drugiej minucie (dosłownie odpalałem ten fragment kilka razy, samą tę gitarę, jest świetna, pod koniec ginie przy wokalu, a takie cuda trzeba eksponować). Stripper Vicar już w ogóle daje mi eargasm, nagle mogę się poczuć tak, jakbym mieszkał w Londynie w latach 90. i był świadkiem eksplozji tamtej fali. Swoją drogą, to jest też jedna z tych piosenek, które poprzez jej vibe widziałbym na OST do jakiegoś teenage drama, ale chyba bardziej wyspiarskiego niż amerykańskiego, i to niekoniecznie ze względu na to, skąd pochodzi band. Disgusting! O, to mógłby być tytuł tegoż filmu. Po dość jednak spójnych (a mimo to różnych) odsłonach Drapera i jego ziomków w pierwszej połowie płyty włazi coś, co momentami zahacza mi o trip-hop, w sensie serio, pomyślcie o tym, wywalić tę perkę i podmienić na breakbeat, trochę inaczej zmiksować poszczególne instrumenty i mamy to. Disgusting to kolejny z moich ulubionych numerów na albumie, kocham refren (tutaj Draper brzmi jak Gahan w ogóle, gość ma fantastyczną pracę głosem, sam bym chciał w ten sposób), gitara zaraz za nim nawraca mnie na ten gatunek. W ogóle samo intro już jest dojebane, cały numer mógłby się opierać tylko o tę delikatną elektronikę i też byłoby super. She Makes My Nose Bleed znów pachnie Śmiećmi, tu by się przydał ficzer z Manson, kolejny dobry refren, tekstury tworzone gitarami również, tak na dobrą sprawę jak dotąd... nie ma tu złego utworu. Naked Twister poza cokolwiek intrygującym tytułem ma bardzo fajny tekst, cała reszta... no, właściwie mógłbym się powtórzyć, i tutaj mam pierwszy zgrzyt - tzn. po już 8 numerach odczuwam delikatny - ale jednak - przesyt, te utwory nagle zaczynają brzmieć troszkę zbyt podobnie. Brakuje mi jakiegoś przełamania, wówczas myślę, że Disgusting faktycznie mogłoby być zrobione na zupełnie inną modłę, i to by "ratowało" resztę. Nie jestem jednakowoż totalnie znudzony czy coś, po prostu nagle dociera do mnie, że jem wciąż to samo, nawet, jeśli jest to wyjątkowo smaczne. Egg Shaped Fred próbuje odejść w troszkę innym kierunku, ale też nie do końca, tutaj mam z kolei vibe The Offspring, still refren - goście mieli wyjątkowy talent do chwytliwych refrenów - kradnie mą uwagę i sprawia, że wiele wybaczam. Poza tym, to już właściwie koniec albumu. No i wraz z Dark Mavis wracamy do smyczków, teraz w trochę inny sposób, a w ogóle wejście (wraz z tym pianinem i potem całą resztą) przypomina mi trochę ELO. Do momentu wejścia refrenu that is xD Najbardziej w tym utworze podoba mi się outro - jest wyraziste, mamy chantowanie (które się zresztą wyjątkowo wkręca), pianino na wysokich nutach, znowu smyki, byłoby jak drzeć mordę pod sceną, gdyby tylko był jakiś koncert. No i jeszcze to iście filmowe wyjście... Jeśli chodzi o hidden track, to JA NADAL CZEKAM na coś chillowego, a dostaję, no, nie wiem, co, ale wciąż jest fajne. Taka piosenka w sam raz na end credits (może nawet tego samego filmu, co wspomniałem wyżej), i chyba spełnia swoją rolę. Ale też ze względu na charakter tej piosenki, ani to skit jakiś, ani coś kompletnie odmiennego od reszty płyty (przynajmniej nie jakoś bardzo), to ja bym to po prostu dał jako osobny numer (zresztą, w wersji otrzymanej od Hiena mam to właśnie jako osobny kawałek, nie hidden track podpięty do Dark Mavis). Poza tym, 12 numerów na płycie to jest tak w sam raz. No, to chyba koniec?
Co mogę powiedzieć, tak słowem podsumowania... Dobry to jest album. Bardzo dobry. Jedna z tych najbardziej trafionych propozycji od Hiena, i dla mnie osobiście te lat temu ponad 4 już, i do naszej bestki. Dobry przykład dobrej brytyjskiej muzyki z tamtych czasów, która była czymś stosunkowo nowym (chociaż Oasis już powiedziało wówczas najwięcej z tego, co mogło, podobnie Blur, reszta i tak mnie nie obchodziła). Oczywiście, to była ta muzyka, od której mocno uciekałem swojego czasu, aż ta postanowiła mnie dogonić... A prawda jest taka, że Wonderwall po prostu lubię. Tutaj nolens volens musiałem się zmierzyć z odpowiednim materiałem, ale nie żałowałem tego, był to naprawdę udany strzał. I podtrzymuję swoje zdanie, choć - jak już zauważyłem wcześniej - zdarza się, że czuję przesyt treścią. Wtedy wystarczy chwila przerwy, puścić sobie jeden czy dwa kawałki italo disco i można do Drapera wracać. Daję wielkie OK przez duże O i przez duże K.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Podsumowanko ode mnie będzie krótkie. Dawno już nie było mojej płyty, którą wszyscy by propsowali (czyli dawno nie było mojej płyty, której by Dragon nie hejtował), ale w sumie jeśli w jakiś album miałem wiarę, że to osiągnie, to właśnie w ten. Chciałbym wierzyć, że te pozytywne opinie przełożą się na samodzielne przesłuchanie innych płyt Mansun, ale nie będę się czarował, nie zrobicie tego dopóki sam tu nie wrzucę innej ich płyty, kiedy za 5 (przy obecnym tempie, to 10) lat zejdzie zakaz dublowania. Prędzej pewnie będę miał okazję wrzucić solo Drapera, ale nie wiem kiedy to będzie. W każdym razie, fajnie że udało się tę płytę jakoś zmęczyć przez Święta Bożego Narodzenia, nie taki był plan, no ale żyjemy w epoce zamuły. Będę o tym pamiętał, próbując trafić z albumem na Wielkanoc. Szczęśliwego nowego roku!
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13789
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jadymy dalej zatem.
Kolejkę ZIMOWĄ uważam za otwartą.
Röyksopp - Melody A.M.
Kolejkę ZIMOWĄ uważam za otwartą.
Röyksopp - Melody A.M.
stripped pisze:26 gru 2023 22:01
Röyksopp - Melody A.M.
(2001)
Tak jest drogi Jakubie, wrzutkę tę dedykuję Tobie jako że stwierdziłeś (więcej niż raz!) że Röyksopp nie lubisz, zainspirowałeś mnie tym samym do wrzucenia tej płyty teraz. Jako że za cholerę nie byłem w stanie zdecydować się co wrzucić w tej kolejce zimowej tym samym wrzucam album który... nie kojarzy mi się z zimą jakoś szczególnie, heh, prawdę mówiąc wspomnienia moje związane z tym albumem pochodzą z dwóch innych okresów. Pierwszy to jesień 2007 roku kiedy zdaje się dopiero przesłuchiwałem tę płytę pierwszy raz, pamiętam bardzo dokładnie - mam czasem pamięć do pierdół - że Melody A.M. wraz z jednym albumem Gang Starr wgrane były na mój odtwarzacz mp3 kiedy to jesienią roku 2007 po raz pierwszy szedłem odwiedzić w domu pewną moją znajomą - tę samą która obecnie jest moją żoną lol. Drugi to wiosna 2011 kiedy moja mama leżała na ortopedii w szpitalu i chodziłem do niej w odwiedziny, a jako że szpital leży w końcu miasta a mieszkałem w centrum były to zwykle dość długie spacery by zaliczając drogę w obie strony przesłuchać ten album i wtedy mocno mi przypadł do gustu i uznałem go za album wiosenny.
Mniejsza o większość, znaczy się o pory roku, bo jak będziemy tak zawsze celować to i tak nie wcelujemy, każdy ma prawo do własnego odbioru muzyki i swoich skojarzeń. Liczy się muzyka jako taka a ta... jest dobra w moim odczuciu. Debiut Norwegów planowałem wrzucić do bestki od zawsze a jako że z grubsza najważniejsze płyty już poleciały to mogę sobie pozwolić by rzucić tym teraz. Zanim jednak przejdę do opisów czy zachwytów muszę nadmienić że... podobnie jak kolega Jakub właściwie to Röyksopp nie lubię xD tak naprawdę poza ich debiutem nie wkręciłem się w ich muzę, a im nowsze rzeczy tym większa moja pogarda do kierunku jaki obrali, przyznaję że jest to dla mnie niezrozumiałe jak generikowo brzmiącym zespołem się stali. Dlatego chciałbym zaznaczyć że wcale nie zamierzam przekonywać Kuby do zasłuchiwania się w ich dyskografii ale jeśli chce hejtować niech najpierwej zapozna się z czymś co IMO wyszło im nienajgorzej. A było to roku pańskiego 2001., był ich debiut i to całkiem zacny, czerpiący z takich rzeczy jak trip-hop, downtempo czy ogólnie pojęta stylistyka chillout. Początek płyty to znakomita seria 4 takich utworów (co jeden to lepszy od poprzedniego chyba), później w trackliście dwa znakomite, lekkie i bardziej przebojowe single jak Poor Leno i Remind Me (osobiście preferowany właśnie w wersji albumowej). Ten pierwszy nawet planowałem wrzucać do bestki utworowej jako taki teaser ale jednak go nie będzie. Niemniej lubiłem go mocno, był to mój pierwszy kontakt z nimi i jeden z pierwszych takich numerów o żwawym rytmie i smutnym wokalu jakie potem łykałem garściami choćby pod postacią przebojów new wave z GTA Vice City. Poza wspomnianymi wyżej utworami za highlight uważałem zawsze najbardziej tripowy chyba na płycie She's So który dawniej bez wahania wrzuciłbym do bestki utworowej, swego czasu był to mój ulubiony numer na płycie. Wart uznania jest też dla mnie na pewno basowy mostek w Röyksopp's Night Out, przedziwnym instrumentalu nieco ilustrującym być może jakieś szwędanie się po dziwnej okolicy dużego miasta? Najbardziej od czapy z pewnością jest dwuutworowe zakończenie całkiem nieprzystających do siebie kawałków, z których na szczęście ten drugi może funkcjonować za przyjemne, nieco ambientowe outro (kojarzy mi się z SAW2 Aphex Twina).
Ta płyta choć inna od wrzucanych przeze mnie rapsów na pewno wciąż jednak jest dość murzyńska, cały czas pozostajemy wszak w krainie bitów i sampli choć klimat jest bardziej chilloutowo-klubowy tym razem. Mam kilka takich płyt w zanadrzu leżących właśnie gdzieś między chilloutem a wszelkim downtempo czy tripem i ta chyba na dobrą sprawę była pierwszą lub jedną z pierwszych jakie spotkałem na mej życiowej drodze i była istotna w moim rozkochiwaniu się w tego typu graniu. Pierwotnie miały te płyty wlatywać właśnie jakoś w drugiej dyszce ale te plany ulegały zmianom, cieszę się że munlup nieświadomie sprowokował mnie bym mógł jednak przywrócić tę moją drugą dychę na właściwe tory. Cóż, pozostaje mi jedyne powiedzieć odpalajcie i chillujcie, liczę że każdy (kto albumu nie zna zwłaszcza) jednak coś tam wynajdzie dla siebie.
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... BBDjKuekVv
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7379
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Röyksopp - Melody A.M.
Wskakuję na dzień dobry, albowiem nikt mi nie zabroni. Znam ten album. Znam go bardzo dobrze. Znam go tak dobrze, że nucę pod prysznicem właściwie każdy utwór na lajcie i nawet nie fałszuję (właściwie, zważywszy na moją proweniencję, głupio by było, gdybym fałszował). Ale to nie wszystko - ja ten album wprost uwielbiam, uważam, że to jest najlepsza rzecz, jaką Purchawka nagrała w całej swojej karierze (a na pewno jest to lepsze od propsowanego - głównie ze względu na jeden, i to DOŚĆ PRZECIĘTNY, kawałek - The Understanding). Jest i elektronicznie, i czilowo, i lekko melancholijnie, ale tak nie do przesady. Jest przede wszystkim zimo. A wszak mamy kolejkę zimową teraz (do której ja wkrótce dowalę album wprost wiosenny, ale bądźmy szczerzy, nikt po niego do kwietnia nie sięgnie przy naszym tempie lol), więc timing jest idealny. Ja wiem, że nie jestem na tym forum jedynym, który zapropsuje ten krążek srogo od początku do końca (chociaż, może, śpiewających pań tu jak na lekarstwo, właściwie jest tylko jedna, ale i tak ją lubię <3). Także no, to już wiecie, Melody Adrian Musiał for the win. Ale może tak coś więcej?
O tym, co z Rigzop, kiedy dokładnie i gdzie, to chyba już pisałem przy jakichś tam wrzutkach shodanowych, ale przypomnę - moja pierwsza styczność z Norwegami była przez, a jakże, What Else Is There, nad którym to forum się ostro spuszczało back in 2005. Pepperidge Farm remembers, tyle mogę powiedzieć. Hype był, bo to dobra elektronika była (dobra może i tak, za to zajechana we wszystkie strony i we wszystkich kierunkach), ale mnie wówczas nie siadła. 16-letni ja był zainteresowany WYŁĄCZNIE Depeche Mode i EWENTUALNIE innymi ejtisami, spamowałem tutaj ostro Simple Minds, gdzie mi jakichś nowych (przecież wtedy to była świeżynka) rzeczy słuchać, ja jestem przecież całkowicie niemainstreamowy, także miejsca na takie cuda nie było. No ale utwór przesłuchałem, więc powiedzmy, że wówczas zostałem "rozdziewiczony". Było jednak coś jeszcze - mniej więcej w tym samym czasie, trochę przypadkiem, zobaczyłem w telewizji (teraz już starej) wideo do numeru Remind Me, które dosłownie rozwaliło mi łeb. Klip, rysowany i animowany w prosty, cyfrowy sposób, rozkładający dzień jakiejś randomowej laski na czynniki pierwsze (dosłownie) na modłę techniczną robił niesamowite wrażenie. Uwielbiam ten klip po dziś dzień i - nie będę ukrywał - zaliczy on wejście do klipowej (when the time comes). Warto tu zauważyć, że nie zarejestrowałem kompletnie tytułu utworu. Kilka miesięcy później, kiedy powoli zaczynałem się wkręcać w Coldplay (dzięki Bartiniemu zresztą), zassałem z SS remiksy singla Clocks, które zostały zrobione przez Röyksopp właśnie. Trembling Heart Mix, tak się nazywał ten podstawowy, i brzmiał on niemal toczka w toczkę tak, jak Remind Me w wersji Someone Else's (to ta została użyta w wideo). Przez jakiś czas wkręcałem sobie, że ja tak naprawdę nie słyszałem żadnego Remind Me, tylko ten teledysk był zrealizowany właśnie pod ów remiks. YT dopiero raczkował, klipu znaleźć tam nie mogłem (zresztą, nie znałem nawet tytułu wtedy jeszcze, a i szukać jakoś mi się niespecjalnie chciało), żyłem sobie z wkrętką. Aż w roku 2009, a więc sporo później, kolejnym przypadkiem zobaczyłem wideo ponownie na jakiejś - tym razem zagranicznej - stacji muzycznej i tym razem już wiedziałem, czego szukać na Jutube. Nadal jednak nie skłoniło mnie to do sięgnięcia po cały album. No i oto nadchodzi luty 2011, moja ziomalka z łódzkich czasów studenckich proponuje mi wymiankę muzy, dosłownie ja dałem jej pen drive'a z jakimiś swoimi rzeczami, a ona ze swoimi. Poznałem wtedy kilkoro po dziś dzień istotnych dla mnie wykonawców, przede wszystkim ze sceny electroswingowej, której była wielką fanką (np. Parov Stelar, Gry, The Chinese Man, ale też Mogwai czy Little Dragon no i właśnie Norwegowie). Uzbrojony już nie w jeden, a trzy ich krążki, postanowiłem je przesłuchać. I tutaj setting pogodowy jest ważny - był luty, dość mroźny zresztą, za to na ulicach nie leżał choćby gram śniegu. I z takim po prostu chłodem, ale nie w oczywisty sposób zimowym od tamtej pory kojarzę Röyksopp. Odsłuch był czystą przyjemnością, jakbym wprost czekał na taką muzykę wówczas w swoim życiu (które wkrótce miało przybrać parę ugly turns). Już od pierwszych dźwięków So Easy poczułem się, well, wyluzowany xD Eple? Kolejna świetna rzecz. Sparks? Damn, ten numer uderzył w uczucia, zwłaszcza, że raptem parę miesięcy później miałem go do czego odnosić. Przyjąłem, że potrzebowałem 6 lat od pierwszej styczności z grupą, żeby do niej porządnie usiąść (i tak nie pobiło to rekordu Falco, czekał lat 13), i po prostu zacząłem słuchać. No to może do rzeczy teraz.
So Easy, to już właściwie streściłem w tych paru słowach wyżej xD numer jest genialny, prosty, a jednocześnie bujający, te wokalne harmonie wyszły im wprost fantastycznie. Strasznie podoba mi się bit i praca basu, od pierwszego odsłuchu stał się jednym z moich ulubionych kawałków Norwegów i tak jest po dziś dzień. Jak potrzebuję przyczilować, nic lepiej nie wejdzie. Potem nadchodzi Eple, utwór, który - osobno - w tym samym momencie, w którym poznałem album, sprzedawała mi inna kumpela, zwłaszcza z wideo, które też mi się niesamowicie spodobało. Przede wszystkim dlatego, że zostało zrealizowane w dość specyficznej formule, która przypominała mi pewną starą encyklopedię multimedialną, jaką miałem dołączoną do pierwszego komputera jeszcze w latach 90. Dało się tam przechodzić między różnymi lokalizacjami przedstawiającymi miasto, różne jego części, jakiś port, jakieś tereny rekreacyjne, i przejścia między tymiż były animowane w podobny sposób. Pamiętam dosłownie 2-3 obrazki z tej encyklopedii, ale mam wrażenie, że dzięki wideo zostały ze mną na dłużej, niż powinny xD Sam numer, bo to w sumie o muzyce jest, również świetny, tak po prostu. Nie dzieje się w nim jakoś dużo, ot, trochę lekko koślawego breakbeatu i elektronika, ale i tak daje melodię (w końcu, umówmy się, tytuł albumu), i tak daje klimat. Doskonały do łażenia po mieście wczesnym porankiem, ale właśnie jakąś taką bezśnieżną zimą. Sparks! O, to jest monumentalny kawałek. I śpiewa tam jedna z moich ulubionych (o ile w ogóle nie ulubiona) Norweżek, Anneli Drecker, którą znałem już wcześniej z featów wokalnych u a-ha (śpiewała także, przynajmniej jakieś back vocale, u Apoptygmy Berzerk, w ogóle w wielu miejscach się udzielała). Jej głos, przepuszczony przez filtr dający efekt słuchawki telefonicznej, w melancholijny, ale jednak wykazujący jakiś spokój sposób wyśpiewuje dość smutny tekst. I znów - utwór został u mnie mocno podbity przez towarzyszące mu wideo (dostałem wtedy fazy na wideoklipy Röyksopp, chyba wszystkie zresztą), które doskonale doń pasuje. Bardzo lubię ten utwór, jest dużo spokojniejszy od obydwu poprzednich, wręcz uspokajający, senny trochę. Cóż, jak wyobrażam sobie Norwegię zimą. W sam raz na jakiś smutny wieczór, kiedy człowiek nie chce siedzieć w domu, włóczy się po swoim osiedlu i trochę zagląda innym w okna, bo akurat wszyscy mają odsłonięte. No, kocham po prostu. Potem nadchodzi In Space, które poznałem kilka miesięcy wcześniej poprzez... składankę Radia RAM. Jak to możliwe? Na trzeciej części znajdowała się wersja tego utworu, do którego tekst napisała polska wokalistka Karolina Amirian (od dłuższego czasu występuje jako Kari Amirian zdaje się), no i go zaśpiewała ofc. Takie po prostu "przyklejenie" swojej części do istniejącego dzieła, ale wyszło zaskakująco przyjemnie (polecam zresztą, np. tu: https://www.youtube.com/watch?v=nE77UudBy68). Utwór podtrzymuje czilowy klimat, jednakowoż w bardziej taki, hmmm, sennie-odpływający sposób bez jakichś ukrytych "dołów". Właściwie lubię go w obydwu wersjach, aczkolwiek uważam, że do klimatu albumu bardziej pasuje oryginalna, instrumentalna wersja. No i, Proszę Państwa, docieramy do pierwszego Wielkiego Hitu z tego krążka, przez duże W i przez duże H. I tu mała errata - ten numer TEŻ znałem wcześniej, i to dużo wcześniej, niż wzmiankowane daleko u góry What Else Is There. Pamiętam go z dyskotek podstawówkowych i radio w tamtych latach (2001/2002), i był to jeden z tych numerów, których potem długo szukałem i nie miałem zielonego pojęcia, jak go znaleźć. To też możecie sobie chyba wyobrazić, PT Forumowicze, jak bardzo cieszyła mi się morda, gdy odkryłem go na tym właśnie albumie. Rzecz jasna od razu poleciało wideo, też warte uwagi moim zdaniem. Mieli wtedy pomysły, mam wrażenie, że skończyły im się w okolicach 49 Percent z następnego wydawnictwa (choć np. This Must Be It z gościnnym udziałem Karin Dreijer Andersson też miało spoko klip, pamiętam pierwszy komentarz pod oryginalną wrzutką z YT, "Polish president in a Röyksopp video!"). Oczywiście, jako że był to dość konkretny powrót po latach (czy raczej odnalezienie po latach), to katowałem ten numer wyjątkowo często. Zrobiło się żywo, zrobiło się popowo, ale nie tandetnie, no i na wokalu nieśmiertelny Erlend Øye z Kings of Convenience, którego głos pasuje wprost doskonale do jego wyglądu. Nie jest to jego jedyny feat na albumie, ale o tym zaraz. Po dziś dzień bardzo lubię ten numer, taki kawałek "drogi", że tak to ujmę, z jakiegoś powodu brzmi dla mnie trochę jak nie-aż-tak-daleki-krewny Children Roberta Milesa. Dobra rzecz. Po nim wskakuje A Higher Place, które brzmi nieco jako bardziej rozwinięta wersja Eple, ale też nie traktuję tego w kategoriach obelgi, ot, po prostu trochę starego pomysłu with extra steps. Podoba mi się tam trochę więcej przestrzeni, atmosfery tworzonej padami, których w Eple nieco brakowało. No i wszelkie wokalizy, czy nawet tytuł utworu powtarzany jakimś dobiegającym niby z powietrza głosem. No i elektroniczne pianino, raptem 7 nut, a jak pasują <3 Kolejny doskonały numer pod czilowanie, takie po butelce wina w chłodny, marcowy wieczór. Niekoniecznie w domu. Röyksopp's Night Out to z kolei coś, co brzmi jak utwór, z którego wyewoluowało So Easy, albo na odwrót, komuś spodobał się proponowany tam motyw, więc postanowiono zrobić coś w stylu "extended mix, ale bez oryginalnych brzmień, tylko z pomysłem". Efektem jest dla mnie numer, który mógłby spokojnie znaleźć się na soundtracku do A Night at Roxbury's. Trzech lekko wciętych kolesi maszeruje po mieście od lokalu do lokalu przy akompaniamencie tego kawałka, w żadnym nie mogą się zaczepić na dłużej, wszędzie im coś nie pasuje, przemierzają drogę od jednego krańca centrum do drugiego, w końcu lądują na jakimś przedmiejskim zadupiu, gdzie prawie obskakują wpier*ol od lokalnych gangusów, tego typu vibe. I w tle CIĄGLE gra ten kawałek. Bardzo do mnie trafia dużo tego samego w nim, smyczko-pady dodają mu lekkiego dramatyzmu, ale też w zestawieniu z całą resztą nie jestem w stanie traktować tego utworu do końca poważnie. Nie przeszkadza mi to jednak, jest bardzo fajny (choć na początku, tj. w lutym 2011, nie dawałem mu dużego kredytu). Jakieś minusy? Jest MINIMALNIE za długi. No i tam w środku, pomijając tę przyefekconą gitarę, niewiele się w sumie dzieje. Nie będę narzekał zbyt długo, albowiem oto nadchodzi moje najukochańsze REMIND ME. Ale zaraz, co jest, to chyba nie ten utwór, nie ta wersja, nie poznaję, what the heck? No tak, mój umysł NIE BYŁ przecież w stanie zarejestrować, że wersja z wideo to był właśnie remiks, a że remiks wówczas kochałem, to tę wersję musiałem low key hejtować. Albo inaczej - niby ją hejtowałem, a tak naprawdę low key lubiłem. Dziś powiem, że lubię obydwie na równi - do tej z wideo mam sentyment przez, well, wideo, poza tym lubię jej bycie upbeat, energetycznym przykładem naprawdę dobrej elektroniki, która brzmi jeszcze lepiej dzięki wymienianemu już tutaj Erlendowi Øye (o ile KoC nie grają elektronicznej muzy, to jego głos do elektro pasuje wprost idealnie, miał jeszcze bardzo dobry duet z Phonique, a Phonique nagrał też kiedyś kapitalny numer z Louiem Austenem, więc już w ogóle). Øye robi zresztą taki sam klimat w albumowym Remind Me, które - w mocnej kontrze do swojego singlowego odpowiednika - jest znów mocno czilowe, spokojne, oniryczne niemal, i również jest dla mnie mocno ilustracyjne. Tym razem wczesnoporanne włóczenie się po mieście po jakimś ostrym melanżu, a może po wyjściu od kogoś, kogo nie sposób sobie teraz przypomnieć? Ciuchy wszystkie niby założone, ale tu coś wygniecione, tam coś przybrudzone, głód atakuje, może by tak coś oszamać, a może nie, gdzie jest właściwie portfel, e, wystarczy energol i biegiem na stację kolejową. Wybaczcie proszę - zwłaszcza Murzyn - że tak mało o muzie w tej muzie, ale też dla mnie Melody A.M. to album, który ja przede wszystkim czuję, czy też "wajbuję" z nim w określony sposób i pod ten "wajb" się teraz podpinam, bo choć słuchać go właściwie nie muszę, żeby o nim pisać (zacząłem pisać tę reckę to nawet go nie włączałem, a skończyłem słuchając go właśnie od początku do końca po raz drugi lol), to jednak same wspomnienia wywołują FEELSY. Wiadomo, jestem chorym nostalgikiem, nie ma od tego ucieczki. To tylko na szybko jeszcze, po dłuższym czasie, ale jednak, bardzo spodobał mi się motyw z graniem melodii wokalu na elektronicznym klawiszu - złoto. No dobra, co by Jacenty nie dostał wzwodu, kropla dziegciu (nawet dwie) w łyżce miodu. She's So to jeden z tych numerów tutaj (całych, cóż, dwóch), których może nie skipuję, ale słucham jakby z mniejszym - wyraźnie mniejszym - zaangażowaniem. Te przetworzone saksy na samym początku brzmią mi jakąś tandetną (jednak możliwe, że wciąż zabawną) sceną z jakiegoś taniego filmu klasy B (względnie kreskówki), gdzie rozbiera się jakaś kobieta, zapewne w sąsiedztwie głównego bohatera, tylko ten jest już zbyt nawalony (może akurat nie w kreskówce), żeby to jakoś zauważyć, bądź też przebywa w towarzystwie tejże kobiety ze zgoła innych powodów, i jakoś go zaistniała sytuacja nie bawi. Tak czy inaczej - zrobiło się nieco... pijanie. Tak, jakby po Remind Me nadszedł czas na przypominanie sobie, co się właściwie działo przez ostatnich kilka dni. Żebym nie był źle zrozumiany - to nie jest jakiś zły numer czy coś, ale trochę wybija mnie z rytmu reszty płyty, trochę mi nie do końca coś tutaj pasuje, miało być czilowo a zrobiło się mdle, nawet, jeśli tylko na chwilę, to mimo wszystko nieco przeszkadza. Nie dzieje się tam za bardzo nic ciekawego, tylko ten sax wraca co jakiś czas i przypomina, że dziś było o parę głębszych za daleko. Zaś jeśli chodzi o zamknięcie płyty... uwagę główną mam jedną - słuchając albumu już po raz pierwszy czułem, że po takim She's So tam by się przydało coś z może niekoniecznie pier*olnięciem na sam koniec, ale może coś nieco żywszego. Tzn. ja wiem, że to tak jakby są dwa osobne numery (chociaż nie do końca), to jednak zestawienie dwóch prawie ambientów obok siebie nie w środku albumu (gdzie byłoby to doskonałym przełamaniem opartego o biciki przeróżne materiału) traktuję minimalnie negatywnie. Wciąż nie zmienia to faktu, że muzycznie dają radę, zwłaszcza część Come, która sprawia wrażenie jakiejś dziwnej dźwiękowej audycji odbieranej wręcz z dalekiego kosmosu, a ta wybrzmiewa w powietrzu pośrodku trochę zalesionych wzgórz, gdzie nikogo wokół, prócz osoby słuchającej. Uff, rozpisałem się xD
No dobra, to może teraz jakieś podsumowanie? Melody A.M. to nie jest po prostu dobry album, to jest dla mnie ilustracja muzyczna. Raz, że silnie kojarząca mi się z bardzo konkretnym czasem w życiu (po dziś dzień wracam do jej odsłuchu właśnie w styczniu/lutym, także Murzyn wcelował wprost idealnie), to jeszcze ma wokół siebie tę niesamowitą oniryczną otoczkę, która powiedzieć, że robi robotę, to nie powiedzieć wiele. Do tej płyty ja mogę jeździć autem (już to robiłem), jeździć rowerem (też to robiłem), leżeć na kanapie i lampić się w sufit (również), a także po prostu spać (a jakże, spałem). I nawet w tym ostatnim przypadku jakieś dźwięki przebijają mi się do głowy i pomagają budować cokolwiek intrygujące senne obrazy. Melody A.M. było pierwszym pełnym krążkiem, jaki sobie od Röyksopp puściłem w całości, zaraz potem były The Understanding i Junior. Obydwa miały momenty (The Girl & The Robot bardzo lubię, chociaż Robyn jest dla mnie trochę jak Sia xD), ale niestety, trochę się podpisuję tutaj pod tym, co powiedział sam Jacek, tj. ich brzmienie po debiucie zrobiło się jakieś takie... standardowe, najbliżej tego klimatu byli potem na płycie Senior, z kolei The Inevitable End, które ma przynajmniej kilka utworów, jakie uwielbiam, niestety stało się powtórką The Understanding. Profound Mysteries w 3 częściach również nie błyszczy od początku do końca tak bardzo, no ale mam do nich sentyment, więc sporo im wybaczam. Na szczęście na Melody nie trzeba wybaczać nic, tutaj wszystko jest super, i nawet te zgrzyty, które mam pod koniec, to tylko zgrzyty, motor pracuje do końca i dowozi do celu. Damn, słucham już trzeci raz i... zachciało mi się spać xD Doskonała wrzutka Murzynie, oby tak dalej.
Wskakuję na dzień dobry, albowiem nikt mi nie zabroni. Znam ten album. Znam go bardzo dobrze. Znam go tak dobrze, że nucę pod prysznicem właściwie każdy utwór na lajcie i nawet nie fałszuję (właściwie, zważywszy na moją proweniencję, głupio by było, gdybym fałszował). Ale to nie wszystko - ja ten album wprost uwielbiam, uważam, że to jest najlepsza rzecz, jaką Purchawka nagrała w całej swojej karierze (a na pewno jest to lepsze od propsowanego - głównie ze względu na jeden, i to DOŚĆ PRZECIĘTNY, kawałek - The Understanding). Jest i elektronicznie, i czilowo, i lekko melancholijnie, ale tak nie do przesady. Jest przede wszystkim zimo. A wszak mamy kolejkę zimową teraz (do której ja wkrótce dowalę album wprost wiosenny, ale bądźmy szczerzy, nikt po niego do kwietnia nie sięgnie przy naszym tempie lol), więc timing jest idealny. Ja wiem, że nie jestem na tym forum jedynym, który zapropsuje ten krążek srogo od początku do końca (chociaż, może, śpiewających pań tu jak na lekarstwo, właściwie jest tylko jedna, ale i tak ją lubię <3). Także no, to już wiecie, Melody Adrian Musiał for the win. Ale może tak coś więcej?
O tym, co z Rigzop, kiedy dokładnie i gdzie, to chyba już pisałem przy jakichś tam wrzutkach shodanowych, ale przypomnę - moja pierwsza styczność z Norwegami była przez, a jakże, What Else Is There, nad którym to forum się ostro spuszczało back in 2005. Pepperidge Farm remembers, tyle mogę powiedzieć. Hype był, bo to dobra elektronika była (dobra może i tak, za to zajechana we wszystkie strony i we wszystkich kierunkach), ale mnie wówczas nie siadła. 16-letni ja był zainteresowany WYŁĄCZNIE Depeche Mode i EWENTUALNIE innymi ejtisami, spamowałem tutaj ostro Simple Minds, gdzie mi jakichś nowych (przecież wtedy to była świeżynka) rzeczy słuchać, ja jestem przecież całkowicie niemainstreamowy, także miejsca na takie cuda nie było. No ale utwór przesłuchałem, więc powiedzmy, że wówczas zostałem "rozdziewiczony". Było jednak coś jeszcze - mniej więcej w tym samym czasie, trochę przypadkiem, zobaczyłem w telewizji (teraz już starej) wideo do numeru Remind Me, które dosłownie rozwaliło mi łeb. Klip, rysowany i animowany w prosty, cyfrowy sposób, rozkładający dzień jakiejś randomowej laski na czynniki pierwsze (dosłownie) na modłę techniczną robił niesamowite wrażenie. Uwielbiam ten klip po dziś dzień i - nie będę ukrywał - zaliczy on wejście do klipowej (when the time comes). Warto tu zauważyć, że nie zarejestrowałem kompletnie tytułu utworu. Kilka miesięcy później, kiedy powoli zaczynałem się wkręcać w Coldplay (dzięki Bartiniemu zresztą), zassałem z SS remiksy singla Clocks, które zostały zrobione przez Röyksopp właśnie. Trembling Heart Mix, tak się nazywał ten podstawowy, i brzmiał on niemal toczka w toczkę tak, jak Remind Me w wersji Someone Else's (to ta została użyta w wideo). Przez jakiś czas wkręcałem sobie, że ja tak naprawdę nie słyszałem żadnego Remind Me, tylko ten teledysk był zrealizowany właśnie pod ów remiks. YT dopiero raczkował, klipu znaleźć tam nie mogłem (zresztą, nie znałem nawet tytułu wtedy jeszcze, a i szukać jakoś mi się niespecjalnie chciało), żyłem sobie z wkrętką. Aż w roku 2009, a więc sporo później, kolejnym przypadkiem zobaczyłem wideo ponownie na jakiejś - tym razem zagranicznej - stacji muzycznej i tym razem już wiedziałem, czego szukać na Jutube. Nadal jednak nie skłoniło mnie to do sięgnięcia po cały album. No i oto nadchodzi luty 2011, moja ziomalka z łódzkich czasów studenckich proponuje mi wymiankę muzy, dosłownie ja dałem jej pen drive'a z jakimiś swoimi rzeczami, a ona ze swoimi. Poznałem wtedy kilkoro po dziś dzień istotnych dla mnie wykonawców, przede wszystkim ze sceny electroswingowej, której była wielką fanką (np. Parov Stelar, Gry, The Chinese Man, ale też Mogwai czy Little Dragon no i właśnie Norwegowie). Uzbrojony już nie w jeden, a trzy ich krążki, postanowiłem je przesłuchać. I tutaj setting pogodowy jest ważny - był luty, dość mroźny zresztą, za to na ulicach nie leżał choćby gram śniegu. I z takim po prostu chłodem, ale nie w oczywisty sposób zimowym od tamtej pory kojarzę Röyksopp. Odsłuch był czystą przyjemnością, jakbym wprost czekał na taką muzykę wówczas w swoim życiu (które wkrótce miało przybrać parę ugly turns). Już od pierwszych dźwięków So Easy poczułem się, well, wyluzowany xD Eple? Kolejna świetna rzecz. Sparks? Damn, ten numer uderzył w uczucia, zwłaszcza, że raptem parę miesięcy później miałem go do czego odnosić. Przyjąłem, że potrzebowałem 6 lat od pierwszej styczności z grupą, żeby do niej porządnie usiąść (i tak nie pobiło to rekordu Falco, czekał lat 13), i po prostu zacząłem słuchać. No to może do rzeczy teraz.
So Easy, to już właściwie streściłem w tych paru słowach wyżej xD numer jest genialny, prosty, a jednocześnie bujający, te wokalne harmonie wyszły im wprost fantastycznie. Strasznie podoba mi się bit i praca basu, od pierwszego odsłuchu stał się jednym z moich ulubionych kawałków Norwegów i tak jest po dziś dzień. Jak potrzebuję przyczilować, nic lepiej nie wejdzie. Potem nadchodzi Eple, utwór, który - osobno - w tym samym momencie, w którym poznałem album, sprzedawała mi inna kumpela, zwłaszcza z wideo, które też mi się niesamowicie spodobało. Przede wszystkim dlatego, że zostało zrealizowane w dość specyficznej formule, która przypominała mi pewną starą encyklopedię multimedialną, jaką miałem dołączoną do pierwszego komputera jeszcze w latach 90. Dało się tam przechodzić między różnymi lokalizacjami przedstawiającymi miasto, różne jego części, jakiś port, jakieś tereny rekreacyjne, i przejścia między tymiż były animowane w podobny sposób. Pamiętam dosłownie 2-3 obrazki z tej encyklopedii, ale mam wrażenie, że dzięki wideo zostały ze mną na dłużej, niż powinny xD Sam numer, bo to w sumie o muzyce jest, również świetny, tak po prostu. Nie dzieje się w nim jakoś dużo, ot, trochę lekko koślawego breakbeatu i elektronika, ale i tak daje melodię (w końcu, umówmy się, tytuł albumu), i tak daje klimat. Doskonały do łażenia po mieście wczesnym porankiem, ale właśnie jakąś taką bezśnieżną zimą. Sparks! O, to jest monumentalny kawałek. I śpiewa tam jedna z moich ulubionych (o ile w ogóle nie ulubiona) Norweżek, Anneli Drecker, którą znałem już wcześniej z featów wokalnych u a-ha (śpiewała także, przynajmniej jakieś back vocale, u Apoptygmy Berzerk, w ogóle w wielu miejscach się udzielała). Jej głos, przepuszczony przez filtr dający efekt słuchawki telefonicznej, w melancholijny, ale jednak wykazujący jakiś spokój sposób wyśpiewuje dość smutny tekst. I znów - utwór został u mnie mocno podbity przez towarzyszące mu wideo (dostałem wtedy fazy na wideoklipy Röyksopp, chyba wszystkie zresztą), które doskonale doń pasuje. Bardzo lubię ten utwór, jest dużo spokojniejszy od obydwu poprzednich, wręcz uspokajający, senny trochę. Cóż, jak wyobrażam sobie Norwegię zimą. W sam raz na jakiś smutny wieczór, kiedy człowiek nie chce siedzieć w domu, włóczy się po swoim osiedlu i trochę zagląda innym w okna, bo akurat wszyscy mają odsłonięte. No, kocham po prostu. Potem nadchodzi In Space, które poznałem kilka miesięcy wcześniej poprzez... składankę Radia RAM. Jak to możliwe? Na trzeciej części znajdowała się wersja tego utworu, do którego tekst napisała polska wokalistka Karolina Amirian (od dłuższego czasu występuje jako Kari Amirian zdaje się), no i go zaśpiewała ofc. Takie po prostu "przyklejenie" swojej części do istniejącego dzieła, ale wyszło zaskakująco przyjemnie (polecam zresztą, np. tu: https://www.youtube.com/watch?v=nE77UudBy68). Utwór podtrzymuje czilowy klimat, jednakowoż w bardziej taki, hmmm, sennie-odpływający sposób bez jakichś ukrytych "dołów". Właściwie lubię go w obydwu wersjach, aczkolwiek uważam, że do klimatu albumu bardziej pasuje oryginalna, instrumentalna wersja. No i, Proszę Państwa, docieramy do pierwszego Wielkiego Hitu z tego krążka, przez duże W i przez duże H. I tu mała errata - ten numer TEŻ znałem wcześniej, i to dużo wcześniej, niż wzmiankowane daleko u góry What Else Is There. Pamiętam go z dyskotek podstawówkowych i radio w tamtych latach (2001/2002), i był to jeden z tych numerów, których potem długo szukałem i nie miałem zielonego pojęcia, jak go znaleźć. To też możecie sobie chyba wyobrazić, PT Forumowicze, jak bardzo cieszyła mi się morda, gdy odkryłem go na tym właśnie albumie. Rzecz jasna od razu poleciało wideo, też warte uwagi moim zdaniem. Mieli wtedy pomysły, mam wrażenie, że skończyły im się w okolicach 49 Percent z następnego wydawnictwa (choć np. This Must Be It z gościnnym udziałem Karin Dreijer Andersson też miało spoko klip, pamiętam pierwszy komentarz pod oryginalną wrzutką z YT, "Polish president in a Röyksopp video!"). Oczywiście, jako że był to dość konkretny powrót po latach (czy raczej odnalezienie po latach), to katowałem ten numer wyjątkowo często. Zrobiło się żywo, zrobiło się popowo, ale nie tandetnie, no i na wokalu nieśmiertelny Erlend Øye z Kings of Convenience, którego głos pasuje wprost doskonale do jego wyglądu. Nie jest to jego jedyny feat na albumie, ale o tym zaraz. Po dziś dzień bardzo lubię ten numer, taki kawałek "drogi", że tak to ujmę, z jakiegoś powodu brzmi dla mnie trochę jak nie-aż-tak-daleki-krewny Children Roberta Milesa. Dobra rzecz. Po nim wskakuje A Higher Place, które brzmi nieco jako bardziej rozwinięta wersja Eple, ale też nie traktuję tego w kategoriach obelgi, ot, po prostu trochę starego pomysłu with extra steps. Podoba mi się tam trochę więcej przestrzeni, atmosfery tworzonej padami, których w Eple nieco brakowało. No i wszelkie wokalizy, czy nawet tytuł utworu powtarzany jakimś dobiegającym niby z powietrza głosem. No i elektroniczne pianino, raptem 7 nut, a jak pasują <3 Kolejny doskonały numer pod czilowanie, takie po butelce wina w chłodny, marcowy wieczór. Niekoniecznie w domu. Röyksopp's Night Out to z kolei coś, co brzmi jak utwór, z którego wyewoluowało So Easy, albo na odwrót, komuś spodobał się proponowany tam motyw, więc postanowiono zrobić coś w stylu "extended mix, ale bez oryginalnych brzmień, tylko z pomysłem". Efektem jest dla mnie numer, który mógłby spokojnie znaleźć się na soundtracku do A Night at Roxbury's. Trzech lekko wciętych kolesi maszeruje po mieście od lokalu do lokalu przy akompaniamencie tego kawałka, w żadnym nie mogą się zaczepić na dłużej, wszędzie im coś nie pasuje, przemierzają drogę od jednego krańca centrum do drugiego, w końcu lądują na jakimś przedmiejskim zadupiu, gdzie prawie obskakują wpier*ol od lokalnych gangusów, tego typu vibe. I w tle CIĄGLE gra ten kawałek. Bardzo do mnie trafia dużo tego samego w nim, smyczko-pady dodają mu lekkiego dramatyzmu, ale też w zestawieniu z całą resztą nie jestem w stanie traktować tego utworu do końca poważnie. Nie przeszkadza mi to jednak, jest bardzo fajny (choć na początku, tj. w lutym 2011, nie dawałem mu dużego kredytu). Jakieś minusy? Jest MINIMALNIE za długi. No i tam w środku, pomijając tę przyefekconą gitarę, niewiele się w sumie dzieje. Nie będę narzekał zbyt długo, albowiem oto nadchodzi moje najukochańsze REMIND ME. Ale zaraz, co jest, to chyba nie ten utwór, nie ta wersja, nie poznaję, what the heck? No tak, mój umysł NIE BYŁ przecież w stanie zarejestrować, że wersja z wideo to był właśnie remiks, a że remiks wówczas kochałem, to tę wersję musiałem low key hejtować. Albo inaczej - niby ją hejtowałem, a tak naprawdę low key lubiłem. Dziś powiem, że lubię obydwie na równi - do tej z wideo mam sentyment przez, well, wideo, poza tym lubię jej bycie upbeat, energetycznym przykładem naprawdę dobrej elektroniki, która brzmi jeszcze lepiej dzięki wymienianemu już tutaj Erlendowi Øye (o ile KoC nie grają elektronicznej muzy, to jego głos do elektro pasuje wprost idealnie, miał jeszcze bardzo dobry duet z Phonique, a Phonique nagrał też kiedyś kapitalny numer z Louiem Austenem, więc już w ogóle). Øye robi zresztą taki sam klimat w albumowym Remind Me, które - w mocnej kontrze do swojego singlowego odpowiednika - jest znów mocno czilowe, spokojne, oniryczne niemal, i również jest dla mnie mocno ilustracyjne. Tym razem wczesnoporanne włóczenie się po mieście po jakimś ostrym melanżu, a może po wyjściu od kogoś, kogo nie sposób sobie teraz przypomnieć? Ciuchy wszystkie niby założone, ale tu coś wygniecione, tam coś przybrudzone, głód atakuje, może by tak coś oszamać, a może nie, gdzie jest właściwie portfel, e, wystarczy energol i biegiem na stację kolejową. Wybaczcie proszę - zwłaszcza Murzyn - że tak mało o muzie w tej muzie, ale też dla mnie Melody A.M. to album, który ja przede wszystkim czuję, czy też "wajbuję" z nim w określony sposób i pod ten "wajb" się teraz podpinam, bo choć słuchać go właściwie nie muszę, żeby o nim pisać (zacząłem pisać tę reckę to nawet go nie włączałem, a skończyłem słuchając go właśnie od początku do końca po raz drugi lol), to jednak same wspomnienia wywołują FEELSY. Wiadomo, jestem chorym nostalgikiem, nie ma od tego ucieczki. To tylko na szybko jeszcze, po dłuższym czasie, ale jednak, bardzo spodobał mi się motyw z graniem melodii wokalu na elektronicznym klawiszu - złoto. No dobra, co by Jacenty nie dostał wzwodu, kropla dziegciu (nawet dwie) w łyżce miodu. She's So to jeden z tych numerów tutaj (całych, cóż, dwóch), których może nie skipuję, ale słucham jakby z mniejszym - wyraźnie mniejszym - zaangażowaniem. Te przetworzone saksy na samym początku brzmią mi jakąś tandetną (jednak możliwe, że wciąż zabawną) sceną z jakiegoś taniego filmu klasy B (względnie kreskówki), gdzie rozbiera się jakaś kobieta, zapewne w sąsiedztwie głównego bohatera, tylko ten jest już zbyt nawalony (może akurat nie w kreskówce), żeby to jakoś zauważyć, bądź też przebywa w towarzystwie tejże kobiety ze zgoła innych powodów, i jakoś go zaistniała sytuacja nie bawi. Tak czy inaczej - zrobiło się nieco... pijanie. Tak, jakby po Remind Me nadszedł czas na przypominanie sobie, co się właściwie działo przez ostatnich kilka dni. Żebym nie był źle zrozumiany - to nie jest jakiś zły numer czy coś, ale trochę wybija mnie z rytmu reszty płyty, trochę mi nie do końca coś tutaj pasuje, miało być czilowo a zrobiło się mdle, nawet, jeśli tylko na chwilę, to mimo wszystko nieco przeszkadza. Nie dzieje się tam za bardzo nic ciekawego, tylko ten sax wraca co jakiś czas i przypomina, że dziś było o parę głębszych za daleko. Zaś jeśli chodzi o zamknięcie płyty... uwagę główną mam jedną - słuchając albumu już po raz pierwszy czułem, że po takim She's So tam by się przydało coś z może niekoniecznie pier*olnięciem na sam koniec, ale może coś nieco żywszego. Tzn. ja wiem, że to tak jakby są dwa osobne numery (chociaż nie do końca), to jednak zestawienie dwóch prawie ambientów obok siebie nie w środku albumu (gdzie byłoby to doskonałym przełamaniem opartego o biciki przeróżne materiału) traktuję minimalnie negatywnie. Wciąż nie zmienia to faktu, że muzycznie dają radę, zwłaszcza część Come, która sprawia wrażenie jakiejś dziwnej dźwiękowej audycji odbieranej wręcz z dalekiego kosmosu, a ta wybrzmiewa w powietrzu pośrodku trochę zalesionych wzgórz, gdzie nikogo wokół, prócz osoby słuchającej. Uff, rozpisałem się xD
No dobra, to może teraz jakieś podsumowanie? Melody A.M. to nie jest po prostu dobry album, to jest dla mnie ilustracja muzyczna. Raz, że silnie kojarząca mi się z bardzo konkretnym czasem w życiu (po dziś dzień wracam do jej odsłuchu właśnie w styczniu/lutym, także Murzyn wcelował wprost idealnie), to jeszcze ma wokół siebie tę niesamowitą oniryczną otoczkę, która powiedzieć, że robi robotę, to nie powiedzieć wiele. Do tej płyty ja mogę jeździć autem (już to robiłem), jeździć rowerem (też to robiłem), leżeć na kanapie i lampić się w sufit (również), a także po prostu spać (a jakże, spałem). I nawet w tym ostatnim przypadku jakieś dźwięki przebijają mi się do głowy i pomagają budować cokolwiek intrygujące senne obrazy. Melody A.M. było pierwszym pełnym krążkiem, jaki sobie od Röyksopp puściłem w całości, zaraz potem były The Understanding i Junior. Obydwa miały momenty (The Girl & The Robot bardzo lubię, chociaż Robyn jest dla mnie trochę jak Sia xD), ale niestety, trochę się podpisuję tutaj pod tym, co powiedział sam Jacek, tj. ich brzmienie po debiucie zrobiło się jakieś takie... standardowe, najbliżej tego klimatu byli potem na płycie Senior, z kolei The Inevitable End, które ma przynajmniej kilka utworów, jakie uwielbiam, niestety stało się powtórką The Understanding. Profound Mysteries w 3 częściach również nie błyszczy od początku do końca tak bardzo, no ale mam do nich sentyment, więc sporo im wybaczam. Na szczęście na Melody nie trzeba wybaczać nic, tutaj wszystko jest super, i nawet te zgrzyty, które mam pod koniec, to tylko zgrzyty, motor pracuje do końca i dowozi do celu. Damn, słucham już trzeci raz i... zachciało mi się spać xD Doskonała wrzutka Murzynie, oby tak dalej.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13789
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jak tam odsłuchy Panowie? Mocno liczę że omawianie tej krótkiej płyty nie zajmie Wam 2 tygodnie...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10307
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
jeszcze rok i będę gotowy
Royksopp Melody A.M.
Jednocześnie kręciłem nosem, ale miałem poczucie, że wracam do znanej płyty. W sezonie pandemicznym były nawroty potrzeby czegoś co dla beki z przyjacielem w gimnazjum nazywaliśmy edukacją muzyczną, więc jako tako dołożyłem parę cegłówek na półkę Osłuchane Klasyki. Jak bardzo wtedy poszło? Raczej średnio, skoro przy okazji pierwszego odsłuchu na już przypomniałem sobie mniej niż połowę kawałków xD Spotify umożliwia podgląd płyt na takiej zasadzie, że widać co jest umieszczone na jakiejkolwiek własnej playliście. Odpalając Melody A.M. wyłapałem trzy oznaczenia. Trudno o lepsze potwierdzenie wcześniej przytoczonej relacji. Taka to płyta, a raczej gatunek. Nie jest mi najbliższy, ale od Skalpela przez Wagon Christ do innych rzeczy na granicy instrumental hip-hop/downtempo podobnych fiku-miku fantów całkiem znośnie kojarzony. Pięknie też wychodzi mój sposób poszanowania sporej ilości muzyki. Wkręcam się na jakiś czas, potrafię nawet mieć kopię danego wydawnictwa na komputerze, a po latach dziwię się, że ten tytuł też mam pod ręką. Tak jest w tym przypadku. Rzetelne odsłuchy dzień po dzień. Pozwoliłem sobie na 24 godziny zwłoki, ponieważ powody, raz na jakiś czas do końca stycznia mogą być lekkie poślizgi. Komentarz drugi do taktycznej formy propozycji: kurczę, może to jest jakaś opcja na konfrontację z rzeczami najbardziej obstękanymi i zjechanymi? Z siódmej strony mam mnóstwo poznanych projektów, od których lekko się odbiłem, a zostały ze mną za sprawą pojedynczych singli czy długograjów.
So Easy, czyli pamiętałem płytę trochę gorzej. Myślałem chwilę przed odpaleniem czy ja jestem w stanie wskazać jakiś konkretny gatunek, który cechuje Royksopps na Melody AM. No niezbyt, tej. Ekipa atakuje nas pościelowym, dość chilloutowym instrumentalem. Ten metaliczny wokal trochę wali tandetą. Cała reszta za to zaskakująco bujająca, lekkostrawna. Rzecz stylowa, reprezentant muzyki tła rozumiany w pozytywny sposób. Średnio szybkie bicia, ciekawe pozostałe ozdobniki. W kontekście całości nie zapowiada dalszych rewolucji. Poznasz wszystko to wtedy zaczniesz odbierać płytę jako opakowanie naprawdę różnorodnych czekoladek. Opener niczego nie zapowiada, nie sugeruje. Trzeba zaopatrzyć się w otwarte ucho i wejść w klimacik.
Eple. Jacek stosuje dość charakterystyczny wybieg na forum, czyli kurtuazyjne zaprzeczanko. Niby mało mudzyńskie, ale płyta na wskroś przesiąknięta jest klimatami podrzucanymi w bestce od solowych wrzutek. Poprzedzający track rodem z kawiarni z epoki, natomiast tutaj pachnie jakimś Jean-Żakiem Perrey. Generalnie rzeczami gotowymi do samplowania i korzystania dalej w następnych pokoleniach artystów. Te melodie, dodatkowe tło elektroniczne żywcem z końca lat 60'/początku lat 70'. Jak daleko przetworzony klasyczny motyw wypocony przez starszego pana lub panią na Moogu. Z tym numerem zetknąłem się lata temu w oderwaniu na Ishkurze, chyba wisiało w kategorii downtempo właśnie. Sprawdziłem (cud, że mamy backup starszej wersji w sieci), jest dodatkowo w zakładce downbeat, czymkolwiek to jest lol. Znakomity numer.
Sparks. Zawitaliśmy na chwilę do Francji, a teraz mamy trochę ni to soulu, ni to r&b. Nie mamy do czynienia z samplowanym wokalem, a odbieram to jak imitację czegoś wyraźnie starszego. Wyszło dobrze, właściwy efekt dobrany. Zaśpiewy portisheadopodobne w drugiej części na plus, w ogóle całkiem zgrabnie ten numer się rozwija. Dodatkowa gitara dodaje trochę kwasu do opowieści, na samym końcu też jakby glicze winylowe. Bardzo dobrze nie przeszkadza, o to chodzi w chilloucie.
In Space. Dla urozmaicenia wjeżdżają smyki, harfy. Typowy moment shodana, ale bez śpiewającej pani (choć ktoś tam śpiewa chyba pod koniec?). Bardziej oczywiste niż wcześniejsza trójka, przez to trochę gorsze. Klimat bardziej baśniowy. Spójność poszła w nocne tango w okolicach wrocławskiego Rynku. Bez takiego wrażenia, ale dalej bez wyraźnego zgrzytu. Muszą być przestoje.
Poor Leno. Nie tylko przestoje, ale też wyraźniejsze zmiany. Męski wokal, a potem zaskakujący bit na house'ową modłę. Jest miejsce nie tylko na spokojny odpoczynek duszy i ciała w domu późnym popołudniem. Między tanecznymi klasykami z epoki w środku lata weszłoby bez bólu. Wychodzą kolejne stylistyczne etykietki, inspiracje. Czuć napracowanko. Utwory przepływają płynnie, a przy bliższym wsłuchaniu można wychwycić różnorodne brzmienia, wykorzystane instrumenty. Mamy nawet ot dźwięki natury, otoczenia zebrane jak gdyby nigdy nic.
Z wjazdem A Higher Place robi się jakby bardziej nostalgicznie. Jak na razie tak onirycznie, wspominkowo i kwaśno jeszcze nie było. Pod wielowa względami bywa tu blisko Metamorfoz JMJ. Wycinanki przy wokalizach, elektroniczne efekty. W dalszej części pojawia się dodatkowa porcja, wtedy znów jest bardzo przyjemnie. Klawiszowa melodyjka nie wraca za często, to dobrze.
W tym momencie najpoważniejszy dysonans. Najdłuższy numer robi spustoszenie. Najbliżej mu do zwykłego zapychacza. Sprawia wrażenie przeciągniętego motywu filmowego do nie aż tak wysokobudżetowego kryminału. Nie brzmi źle, po prostu ta długość sprawia, że temperatura spada. W środku jakby segment improwizowany. Kiedy słucham w pełnym skupieniu to każdy element jest dość ciekawy. Bardziej klasycznie brzmiące syntezatory, szczególnie te basowe melodie, do tego przyjemna zagrywka gitarowa potraktowana efektem. Przy mniej zobowiązujących odsłuchach gubiłem uwagę, orientację w tym, czego słucham. Noo najgorszy z zestawu.
Następny Remind Me znów w klimatach house'owych. Najbardziej oszczędny aranż, tylko chwilami uskutecznia się większy rozmach wraz z pojawieniem przestrzennego, melodyjnego tła. Mniej wyrazisty niż Poor Leno, ale za ten rolandowy basik miejsce w serduszku gwarantowane. Wokale nie za bardzo do zapamiętania. Gdyby nie to, że po prostu nie ma tu zbyt wielu piosenkowych propozycji, to też mógłby przepaść pod tym względem.
Poza Eple miałem zapisane ostatnie dwa kawałki i tutaj faktycznie dzieją się najpiękniejsze rzeczy. W ramach symbolicznego odwołania do epok mamy tu mrugnięcie okiem w stronę ejtisów. Saksofon na tle dramatycznych, syntezatorowych padów. Spandau Ballet łączy się z Tangerine Dream, Carpenterem i całą tą ferajną. Przerywnik z fortepianem jak moment wytchnienia, a potem znów plątanina w gąszczu przyjemnie niegroźnej tajemnicy do poznania. Jest w tym pierwiastek duchologiczny. Jeszcze bez tak bezpośrednich stylizacji, odwołań wprost do konkretnych zjawisk. W ten sposób najmocniej działa na mnie końcówka. Brzmi jak zgrana z nie najlepiej zgranego VHSa poddanego próbom ratowania i odświeżenia. Fajne, przywołuje coraz rzadziej odczuwane specyficzne niepokoje związane z oglądaniem telewizji. Jak nie filmy na VHS to kanały odbierane w trochę gorszej jakości na analogowej kablówce. Albo te cholerne programy dnia zgrywane do sieci z konsekwencją godną słusznej sprawy. Na YT oglądałem ich kiedyś mnóstwo. Wciąż zaglądam do niektórych starotelewizyjnych kanałów, ziarno zasiane w dzieciństwie już ze mną zostanie. Dzięki, SATKurier. Tak to właśnie słyszę.
Na koniec dwa zakończenia, choć już She's So sprawdziłoby się skutecznie w tej roli. To dość zaskakujący zwrot na płycie, ale jako wielbiciel takich brzmień nie mam na co narzekać. 40 Years Back to wręcz library miniaturka. Zupełnie inaczej realizuje podobne założenia co Boards of Canada czy The Advisory Circle, ale wywołuje we mnie ten sam efekt. W rozdrobnieniu, specyficznej niemożności zamknięcia płyty tkwi siła. Come to już ambient pełną gębą. Bardzo przyjemna pętla gitarowa. Gdyby wydłużyć ją do dziesięciu minut to byłoby nawet lepiej, typowy zaklinacz czasu.
Zmobilizowałem się do szybkiego przejścia przez płytę, bo klimat panujący dookoła coraz gorzej do niej pasuje. Wcale nie styczeń, prędzej końcówka lata, początek jesieni. W polskich realiach to będzie oznaczać dalej dość ciepłą aurę na zewnątrz, ale wieczory przy takiej muzyce mogą przynosić wiele przyjemnych chwil. Trochę niezobowiązującej rozrywki, a z czasem satysfakcjonujący niepokój z wrażeniem odbierania czegoś dobrze znanego z przeszłości, lecz nigdy wtedy niesłyszanego. Do minus pięciu stopni (albo i gorzej od jutra) pasuje jak pięść do nosa, ale dobra muzyka wybroni się bez tego. No i debiutkanckie Royksoppy się bronią.
Royksopp Melody A.M.
Jednocześnie kręciłem nosem, ale miałem poczucie, że wracam do znanej płyty. W sezonie pandemicznym były nawroty potrzeby czegoś co dla beki z przyjacielem w gimnazjum nazywaliśmy edukacją muzyczną, więc jako tako dołożyłem parę cegłówek na półkę Osłuchane Klasyki. Jak bardzo wtedy poszło? Raczej średnio, skoro przy okazji pierwszego odsłuchu na już przypomniałem sobie mniej niż połowę kawałków xD Spotify umożliwia podgląd płyt na takiej zasadzie, że widać co jest umieszczone na jakiejkolwiek własnej playliście. Odpalając Melody A.M. wyłapałem trzy oznaczenia. Trudno o lepsze potwierdzenie wcześniej przytoczonej relacji. Taka to płyta, a raczej gatunek. Nie jest mi najbliższy, ale od Skalpela przez Wagon Christ do innych rzeczy na granicy instrumental hip-hop/downtempo podobnych fiku-miku fantów całkiem znośnie kojarzony. Pięknie też wychodzi mój sposób poszanowania sporej ilości muzyki. Wkręcam się na jakiś czas, potrafię nawet mieć kopię danego wydawnictwa na komputerze, a po latach dziwię się, że ten tytuł też mam pod ręką. Tak jest w tym przypadku. Rzetelne odsłuchy dzień po dzień. Pozwoliłem sobie na 24 godziny zwłoki, ponieważ powody, raz na jakiś czas do końca stycznia mogą być lekkie poślizgi. Komentarz drugi do taktycznej formy propozycji: kurczę, może to jest jakaś opcja na konfrontację z rzeczami najbardziej obstękanymi i zjechanymi? Z siódmej strony mam mnóstwo poznanych projektów, od których lekko się odbiłem, a zostały ze mną za sprawą pojedynczych singli czy długograjów.
So Easy, czyli pamiętałem płytę trochę gorzej. Myślałem chwilę przed odpaleniem czy ja jestem w stanie wskazać jakiś konkretny gatunek, który cechuje Royksopps na Melody AM. No niezbyt, tej. Ekipa atakuje nas pościelowym, dość chilloutowym instrumentalem. Ten metaliczny wokal trochę wali tandetą. Cała reszta za to zaskakująco bujająca, lekkostrawna. Rzecz stylowa, reprezentant muzyki tła rozumiany w pozytywny sposób. Średnio szybkie bicia, ciekawe pozostałe ozdobniki. W kontekście całości nie zapowiada dalszych rewolucji. Poznasz wszystko to wtedy zaczniesz odbierać płytę jako opakowanie naprawdę różnorodnych czekoladek. Opener niczego nie zapowiada, nie sugeruje. Trzeba zaopatrzyć się w otwarte ucho i wejść w klimacik.
Eple. Jacek stosuje dość charakterystyczny wybieg na forum, czyli kurtuazyjne zaprzeczanko. Niby mało mudzyńskie, ale płyta na wskroś przesiąknięta jest klimatami podrzucanymi w bestce od solowych wrzutek. Poprzedzający track rodem z kawiarni z epoki, natomiast tutaj pachnie jakimś Jean-Żakiem Perrey. Generalnie rzeczami gotowymi do samplowania i korzystania dalej w następnych pokoleniach artystów. Te melodie, dodatkowe tło elektroniczne żywcem z końca lat 60'/początku lat 70'. Jak daleko przetworzony klasyczny motyw wypocony przez starszego pana lub panią na Moogu. Z tym numerem zetknąłem się lata temu w oderwaniu na Ishkurze, chyba wisiało w kategorii downtempo właśnie. Sprawdziłem (cud, że mamy backup starszej wersji w sieci), jest dodatkowo w zakładce downbeat, czymkolwiek to jest lol. Znakomity numer.
Sparks. Zawitaliśmy na chwilę do Francji, a teraz mamy trochę ni to soulu, ni to r&b. Nie mamy do czynienia z samplowanym wokalem, a odbieram to jak imitację czegoś wyraźnie starszego. Wyszło dobrze, właściwy efekt dobrany. Zaśpiewy portisheadopodobne w drugiej części na plus, w ogóle całkiem zgrabnie ten numer się rozwija. Dodatkowa gitara dodaje trochę kwasu do opowieści, na samym końcu też jakby glicze winylowe. Bardzo dobrze nie przeszkadza, o to chodzi w chilloucie.
In Space. Dla urozmaicenia wjeżdżają smyki, harfy. Typowy moment shodana, ale bez śpiewającej pani (choć ktoś tam śpiewa chyba pod koniec?). Bardziej oczywiste niż wcześniejsza trójka, przez to trochę gorsze. Klimat bardziej baśniowy. Spójność poszła w nocne tango w okolicach wrocławskiego Rynku. Bez takiego wrażenia, ale dalej bez wyraźnego zgrzytu. Muszą być przestoje.
Poor Leno. Nie tylko przestoje, ale też wyraźniejsze zmiany. Męski wokal, a potem zaskakujący bit na house'ową modłę. Jest miejsce nie tylko na spokojny odpoczynek duszy i ciała w domu późnym popołudniem. Między tanecznymi klasykami z epoki w środku lata weszłoby bez bólu. Wychodzą kolejne stylistyczne etykietki, inspiracje. Czuć napracowanko. Utwory przepływają płynnie, a przy bliższym wsłuchaniu można wychwycić różnorodne brzmienia, wykorzystane instrumenty. Mamy nawet ot dźwięki natury, otoczenia zebrane jak gdyby nigdy nic.
Z wjazdem A Higher Place robi się jakby bardziej nostalgicznie. Jak na razie tak onirycznie, wspominkowo i kwaśno jeszcze nie było. Pod wielowa względami bywa tu blisko Metamorfoz JMJ. Wycinanki przy wokalizach, elektroniczne efekty. W dalszej części pojawia się dodatkowa porcja, wtedy znów jest bardzo przyjemnie. Klawiszowa melodyjka nie wraca za często, to dobrze.
W tym momencie najpoważniejszy dysonans. Najdłuższy numer robi spustoszenie. Najbliżej mu do zwykłego zapychacza. Sprawia wrażenie przeciągniętego motywu filmowego do nie aż tak wysokobudżetowego kryminału. Nie brzmi źle, po prostu ta długość sprawia, że temperatura spada. W środku jakby segment improwizowany. Kiedy słucham w pełnym skupieniu to każdy element jest dość ciekawy. Bardziej klasycznie brzmiące syntezatory, szczególnie te basowe melodie, do tego przyjemna zagrywka gitarowa potraktowana efektem. Przy mniej zobowiązujących odsłuchach gubiłem uwagę, orientację w tym, czego słucham. Noo najgorszy z zestawu.
Następny Remind Me znów w klimatach house'owych. Najbardziej oszczędny aranż, tylko chwilami uskutecznia się większy rozmach wraz z pojawieniem przestrzennego, melodyjnego tła. Mniej wyrazisty niż Poor Leno, ale za ten rolandowy basik miejsce w serduszku gwarantowane. Wokale nie za bardzo do zapamiętania. Gdyby nie to, że po prostu nie ma tu zbyt wielu piosenkowych propozycji, to też mógłby przepaść pod tym względem.
Poza Eple miałem zapisane ostatnie dwa kawałki i tutaj faktycznie dzieją się najpiękniejsze rzeczy. W ramach symbolicznego odwołania do epok mamy tu mrugnięcie okiem w stronę ejtisów. Saksofon na tle dramatycznych, syntezatorowych padów. Spandau Ballet łączy się z Tangerine Dream, Carpenterem i całą tą ferajną. Przerywnik z fortepianem jak moment wytchnienia, a potem znów plątanina w gąszczu przyjemnie niegroźnej tajemnicy do poznania. Jest w tym pierwiastek duchologiczny. Jeszcze bez tak bezpośrednich stylizacji, odwołań wprost do konkretnych zjawisk. W ten sposób najmocniej działa na mnie końcówka. Brzmi jak zgrana z nie najlepiej zgranego VHSa poddanego próbom ratowania i odświeżenia. Fajne, przywołuje coraz rzadziej odczuwane specyficzne niepokoje związane z oglądaniem telewizji. Jak nie filmy na VHS to kanały odbierane w trochę gorszej jakości na analogowej kablówce. Albo te cholerne programy dnia zgrywane do sieci z konsekwencją godną słusznej sprawy. Na YT oglądałem ich kiedyś mnóstwo. Wciąż zaglądam do niektórych starotelewizyjnych kanałów, ziarno zasiane w dzieciństwie już ze mną zostanie. Dzięki, SATKurier. Tak to właśnie słyszę.
Na koniec dwa zakończenia, choć już She's So sprawdziłoby się skutecznie w tej roli. To dość zaskakujący zwrot na płycie, ale jako wielbiciel takich brzmień nie mam na co narzekać. 40 Years Back to wręcz library miniaturka. Zupełnie inaczej realizuje podobne założenia co Boards of Canada czy The Advisory Circle, ale wywołuje we mnie ten sam efekt. W rozdrobnieniu, specyficznej niemożności zamknięcia płyty tkwi siła. Come to już ambient pełną gębą. Bardzo przyjemna pętla gitarowa. Gdyby wydłużyć ją do dziesięciu minut to byłoby nawet lepiej, typowy zaklinacz czasu.
Zmobilizowałem się do szybkiego przejścia przez płytę, bo klimat panujący dookoła coraz gorzej do niej pasuje. Wcale nie styczeń, prędzej końcówka lata, początek jesieni. W polskich realiach to będzie oznaczać dalej dość ciepłą aurę na zewnątrz, ale wieczory przy takiej muzyce mogą przynosić wiele przyjemnych chwil. Trochę niezobowiązującej rozrywki, a z czasem satysfakcjonujący niepokój z wrażeniem odbierania czegoś dobrze znanego z przeszłości, lecz nigdy wtedy niesłyszanego. Do minus pięciu stopni (albo i gorzej od jutra) pasuje jak pięść do nosa, ale dobra muzyka wybroni się bez tego. No i debiutkanckie Royksoppy się bronią.
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Royksopp – Melody AM
Pisałem już kiedyś, że lubię kiedy konfrontuje mnie się w tej zabawie z wykonawcami, do których z jakiegoś powodu jestem uprzedzony i niech to będzie przestroga dla wszystkich żeby nie marudzić na albumy przed słuchaniem (tak jak Wujowi, lub Dragonowi się zdarza). Nie dlatego, że to jakaś wybitna płyta, ale dlatego, że czytajcie dalej to się dowiecie.
Początek albumu, czyli utworu „So Easy” jak żywcem wyjęty z „Matrixa”, czuć zastanie w konkretnej epoce, czuć że to stare. Bas fajny, ale breakbeat taki se, lekko wkurzające wokale i cringowe outro. Pomyślałem sobie – no jest niby dużo lepiej niż w jakimś „What Else is There”, ale nadal średniawo. Taka muza jakiej było wiele w tamtych czasach, lekkie popłuczyny po innych.
„Eple” nie zrobiło jakoś znacznie lepszego wrażenia, fajne synth tremolo, ale ogólnie raczej pitu pitu. Bardziej dźwiękowy exercise niż sensowny numer, ta melodyjka zaczyna bardzo szybko irytować i tak jest w zasadzie do samego końca kawałka. Meh.
„Sparks” dopiero zaczął zmieniać moje nastawienie. Bardzo fajny chill. Trochę wannabe Massive Attack w domu na kiju, ale nadal bardzo fajny i klimatyczny chill. Dobre sample, wieczorna atmosfera, tworzenie mistycznego klimatu. Może i wtórna rzecz, ale ja takie kupuje. Wokal najsłabszym ogniwem, gdybym mógł wybrać to bym się zdecydował na wersję instrumentalną. Na tym etapie już wiem, że to jest trochę inny Royksopp, niż ten którego do tej pory doświadczałem, przynajmniej świadomie.
„In Space” to w skrócie takie „Sweet Harmony” na speedzie. Brzmi jakbym drwił, ale jest to spoko.
Może i kolejny exercise dźwiękowy, ale tutaj nic mnie szczególnie nie irytuje, a wręcz przeciwnie, ten kolaż dźwiękowy bardzo mi odpowiada. Jakieś dzwoneczki, sample harfy, niby na papierze tandeta, ale dla mnie to jest ok. Numer nie nadużywa też gościnności, więc szacun. Ale uwaga.
Wchodzi „Poor Leno” i tu proszę państwa zaczyna się jazda, bo ja ten utwór znam. Szukałem go od ponad 20 lat. Był początek 00sów, zapewne pod koniec 2001 roku, kiedy w/w utwór wyszedł na singlu. Ktoś to puścił w Trójce, nie pamiętam kto, nie jest to istotne. Wtedy często nagrywałem losowe pasma z tego radia, bo po prostu leciała dobra muzyka. Miałem ten kawałek nagrany na kasetę, ale nie w całości, brakowało zapowiedzi. Dzisiaj bym odpalił shazzama, wtedy mogłem pocałować się w dupę. Dałem za wygraną, ale ten refren chodził za mną latami, bo jest tak charakterystyczny. Co jakiś czas mi się przypominał i podejmowałem nieudane próby odnalezienia go po totalnie oryginalnym fragmencie tekstu „I will always find you”. Pamiętałem jeszcze fragment, który w moich uszach leciał „meesa always find you”, co brzmiało jak Jar Jar Binks ze „Star Wars” (jak się okazuje, to jest „means I’ll always find you”). Jeszcze kilka lat temu nuciłem sobie to w głowie myśląc, że pewnie już nigdy tego nie znajdę. Tymczasem Murzyn wrzuca album zespołu, którego nie lubię i proszę, jest „Poor Leno”. Jak nie kochać tych bestek, jak?
Po szoku doznanym przez odnalezienie kawałka po 20 latach, trudno mi było się zmierzyć zresztą, ale niesiony falą euforii, stwierdziłem że jest to przygoda, której nie mogę odmówić. W takim nastroju wpadłem na „A Higher Place”. Ciężki podkład, fajne dźwięki. Może wpada to trochę w genericowe klimaty, ale chill w tle ładnie to przełamuje i generalnie jestem bardziej na tak, niż na nie. Ładne melodie w tle grają, kawałek fajnie się rozwija. Poszatkowane wokale wchodzą dobrze, generalnie wokale wypadają dobrze, co na tym albumie póki co, poza „Poor Leno” wypada tak sobie.
Po „Royksopp’s Nigh Out” dużo sobie obiecywałem, bo spodobał mi się tytuł. Ostatecznie jednak trochę się rozczarowałem, więc pamiętajcie, nie nastawiajcie się. Jest to wprawdzie we własciwy sposób narkotyczne i hipnotyczne, ale jednocześnie trochę zamula i zmierza donikąd. Funky basik jest spoko, niektóre segmenty, np. z tymi spływającymi dźwiękami, robią dużo lepsze wrażenie. Przypomina mi to trochę space rocka w wydaniu lekko reggae. No ok, może to jednak ma jakas narracja i opowiada jakaś historię, co w przypadku instrumentala jest niezłym osiągnięciem. Pod koniec wracają te gorsze, nudniejsze motywy, ale nie będę się już czepiał. Jest ok. Może być grower.
„Remind Me” broni się przede wszystkim wokalem, gość jest zajebisty. Muzycznie jest w kratkę. Fajny jest ten skaczący, elektroniczny basik, ale reszta nie robi na mnie zbyt wielkiego wrażenia, sama piosenka zresztą też nie. Jeden ze słabszych fragmentów albumu.
„She’s So” wraca na szczęście no nocnego chillu, który tu wypada najlepiej. Fajna, hipnotyczna atmosfera, interesujące dźwięki, sample i synthy. Jak wchodzi saksik, to robi się klimat Twin Peaks, jakby sam Badalamenti przy tym grzebał. Syntezatory w tle w klimatach Jarra. Fajne outro. Świetny kawałek.
„40 Years Back/Come” jako finał trochę spuszcza powietrze. Jakby zapodali jakieś demo, które miało nie wejść na album, ale ostatecznie było im szkoda, to upchneli na końcu. Ale to o pierwszej cześci czyli „40 Years Back”, bo zakładam, że potem startuje „Come” i tu już jest zdecydowanie lepiej. Świetny, wyciszający się powoli motyw, dobre zakończenie całości.
No i co ja mam zrobić z tym albumem. Jak się okazało, Royksopp w istocie zaczynali jako bardzo przyzwoity zespół, grający lekko wtórną, ale nadal solidną muzykę, w czasach kiedy na takie brzmienie był popyt. Gdybym poznał ten album w całości, wtedy w 2001 roku, to podejrzewam, że sam być może chciałbym go teraz wrzucić. Sprawdzanie takich klasyków po 2 dekadach, zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem i w sumie sam nie wiem co bym na to powiedział będąc kompletnie na czysto z tą płytą, przechylając się do tyłu, ciągnięty biasem. Ale jest „Poor Leno”, który stanowi dla mnie linę ratunkową, i to nie byle jaką. Czuję się jakbym odnalazł rozczłonkowaną, oryginalną Komnatę Bursztynową, schowaną gdzieś za szafą w starym, opuszczonym domu. W takich chwilach człowiek głupieje, wierzy w cuda, itd. Minęło tyle lat, nie słyszałem tego od chyba niemal 20 lat, bo ta kaseta mi się zapodziała, a mimo to, numer zabrzmiał dokładnie tak jak go zapamiętałem. Dokładając wszystkie te kawałki, które od razu mi się z różnych powodów spodobały oraz naprawdę ok resztę, nie pozostaje mi nic innego, jak dać Murzynowi oraz jego wrzucie, olbrzymią okejkę! Może 50% tej oceny to „Poor Leno”, ale co z tego.
Pisałem już kiedyś, że lubię kiedy konfrontuje mnie się w tej zabawie z wykonawcami, do których z jakiegoś powodu jestem uprzedzony i niech to będzie przestroga dla wszystkich żeby nie marudzić na albumy przed słuchaniem (tak jak Wujowi, lub Dragonowi się zdarza). Nie dlatego, że to jakaś wybitna płyta, ale dlatego, że czytajcie dalej to się dowiecie.
Początek albumu, czyli utworu „So Easy” jak żywcem wyjęty z „Matrixa”, czuć zastanie w konkretnej epoce, czuć że to stare. Bas fajny, ale breakbeat taki se, lekko wkurzające wokale i cringowe outro. Pomyślałem sobie – no jest niby dużo lepiej niż w jakimś „What Else is There”, ale nadal średniawo. Taka muza jakiej było wiele w tamtych czasach, lekkie popłuczyny po innych.
„Eple” nie zrobiło jakoś znacznie lepszego wrażenia, fajne synth tremolo, ale ogólnie raczej pitu pitu. Bardziej dźwiękowy exercise niż sensowny numer, ta melodyjka zaczyna bardzo szybko irytować i tak jest w zasadzie do samego końca kawałka. Meh.
„Sparks” dopiero zaczął zmieniać moje nastawienie. Bardzo fajny chill. Trochę wannabe Massive Attack w domu na kiju, ale nadal bardzo fajny i klimatyczny chill. Dobre sample, wieczorna atmosfera, tworzenie mistycznego klimatu. Może i wtórna rzecz, ale ja takie kupuje. Wokal najsłabszym ogniwem, gdybym mógł wybrać to bym się zdecydował na wersję instrumentalną. Na tym etapie już wiem, że to jest trochę inny Royksopp, niż ten którego do tej pory doświadczałem, przynajmniej świadomie.
„In Space” to w skrócie takie „Sweet Harmony” na speedzie. Brzmi jakbym drwił, ale jest to spoko.
Może i kolejny exercise dźwiękowy, ale tutaj nic mnie szczególnie nie irytuje, a wręcz przeciwnie, ten kolaż dźwiękowy bardzo mi odpowiada. Jakieś dzwoneczki, sample harfy, niby na papierze tandeta, ale dla mnie to jest ok. Numer nie nadużywa też gościnności, więc szacun. Ale uwaga.
Wchodzi „Poor Leno” i tu proszę państwa zaczyna się jazda, bo ja ten utwór znam. Szukałem go od ponad 20 lat. Był początek 00sów, zapewne pod koniec 2001 roku, kiedy w/w utwór wyszedł na singlu. Ktoś to puścił w Trójce, nie pamiętam kto, nie jest to istotne. Wtedy często nagrywałem losowe pasma z tego radia, bo po prostu leciała dobra muzyka. Miałem ten kawałek nagrany na kasetę, ale nie w całości, brakowało zapowiedzi. Dzisiaj bym odpalił shazzama, wtedy mogłem pocałować się w dupę. Dałem za wygraną, ale ten refren chodził za mną latami, bo jest tak charakterystyczny. Co jakiś czas mi się przypominał i podejmowałem nieudane próby odnalezienia go po totalnie oryginalnym fragmencie tekstu „I will always find you”. Pamiętałem jeszcze fragment, który w moich uszach leciał „meesa always find you”, co brzmiało jak Jar Jar Binks ze „Star Wars” (jak się okazuje, to jest „means I’ll always find you”). Jeszcze kilka lat temu nuciłem sobie to w głowie myśląc, że pewnie już nigdy tego nie znajdę. Tymczasem Murzyn wrzuca album zespołu, którego nie lubię i proszę, jest „Poor Leno”. Jak nie kochać tych bestek, jak?
Po szoku doznanym przez odnalezienie kawałka po 20 latach, trudno mi było się zmierzyć zresztą, ale niesiony falą euforii, stwierdziłem że jest to przygoda, której nie mogę odmówić. W takim nastroju wpadłem na „A Higher Place”. Ciężki podkład, fajne dźwięki. Może wpada to trochę w genericowe klimaty, ale chill w tle ładnie to przełamuje i generalnie jestem bardziej na tak, niż na nie. Ładne melodie w tle grają, kawałek fajnie się rozwija. Poszatkowane wokale wchodzą dobrze, generalnie wokale wypadają dobrze, co na tym albumie póki co, poza „Poor Leno” wypada tak sobie.
Po „Royksopp’s Nigh Out” dużo sobie obiecywałem, bo spodobał mi się tytuł. Ostatecznie jednak trochę się rozczarowałem, więc pamiętajcie, nie nastawiajcie się. Jest to wprawdzie we własciwy sposób narkotyczne i hipnotyczne, ale jednocześnie trochę zamula i zmierza donikąd. Funky basik jest spoko, niektóre segmenty, np. z tymi spływającymi dźwiękami, robią dużo lepsze wrażenie. Przypomina mi to trochę space rocka w wydaniu lekko reggae. No ok, może to jednak ma jakas narracja i opowiada jakaś historię, co w przypadku instrumentala jest niezłym osiągnięciem. Pod koniec wracają te gorsze, nudniejsze motywy, ale nie będę się już czepiał. Jest ok. Może być grower.
„Remind Me” broni się przede wszystkim wokalem, gość jest zajebisty. Muzycznie jest w kratkę. Fajny jest ten skaczący, elektroniczny basik, ale reszta nie robi na mnie zbyt wielkiego wrażenia, sama piosenka zresztą też nie. Jeden ze słabszych fragmentów albumu.
„She’s So” wraca na szczęście no nocnego chillu, który tu wypada najlepiej. Fajna, hipnotyczna atmosfera, interesujące dźwięki, sample i synthy. Jak wchodzi saksik, to robi się klimat Twin Peaks, jakby sam Badalamenti przy tym grzebał. Syntezatory w tle w klimatach Jarra. Fajne outro. Świetny kawałek.
„40 Years Back/Come” jako finał trochę spuszcza powietrze. Jakby zapodali jakieś demo, które miało nie wejść na album, ale ostatecznie było im szkoda, to upchneli na końcu. Ale to o pierwszej cześci czyli „40 Years Back”, bo zakładam, że potem startuje „Come” i tu już jest zdecydowanie lepiej. Świetny, wyciszający się powoli motyw, dobre zakończenie całości.
No i co ja mam zrobić z tym albumem. Jak się okazało, Royksopp w istocie zaczynali jako bardzo przyzwoity zespół, grający lekko wtórną, ale nadal solidną muzykę, w czasach kiedy na takie brzmienie był popyt. Gdybym poznał ten album w całości, wtedy w 2001 roku, to podejrzewam, że sam być może chciałbym go teraz wrzucić. Sprawdzanie takich klasyków po 2 dekadach, zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem i w sumie sam nie wiem co bym na to powiedział będąc kompletnie na czysto z tą płytą, przechylając się do tyłu, ciągnięty biasem. Ale jest „Poor Leno”, który stanowi dla mnie linę ratunkową, i to nie byle jaką. Czuję się jakbym odnalazł rozczłonkowaną, oryginalną Komnatę Bursztynową, schowaną gdzieś za szafą w starym, opuszczonym domu. W takich chwilach człowiek głupieje, wierzy w cuda, itd. Minęło tyle lat, nie słyszałem tego od chyba niemal 20 lat, bo ta kaseta mi się zapodziała, a mimo to, numer zabrzmiał dokładnie tak jak go zapamiętałem. Dokładając wszystkie te kawałki, które od razu mi się z różnych powodów spodobały oraz naprawdę ok resztę, nie pozostaje mi nic innego, jak dać Murzynowi oraz jego wrzucie, olbrzymią okejkę! Może 50% tej oceny to „Poor Leno”, ale co z tego.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10307
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Zostaje przy marudzeniu przed sprawdzaniem rzeczy, zawsze potem jest lepszy efekt
-
shodan
- Posty: 18317
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Röyksopp - Melody A.M.
Coś mi się wydaje, że ja błędnie mogę być tu na forum postrzegany jako jakiś wielki fan Röyksopp. A w rzeczywistości nie do końca tak jest. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że znam nie wszystkie albumy. Przed tą kolejką kompletnie nie słyszałem dwóch pierwszych płyt Purchawek. Dwa kolejne, czyli Junior i Senior owszem nawet znam, ale wcale nie tak dobrze, żebym mógł tutaj rzucać tytułami. Ostatnie 3-płytowe wydawnictwo przesłuchałem, ale tak na fest to osłuchałem się tylko z pierwszą częścią. Jedynym albumem, który rzeczywiście mogę powiedzieć, że znam dobrze, jest The Inevitable End. Tak więc moja sympatia do Röyksopp jest dosyć wybiórcza. Na każdym znanym mi albumie jestem w stanie wskazać naprawdę dobre i bardzo dobre utwory, ale na każdym albumie są też utwory słabsze, a nawet takie, które mi się w ogóle nie podobają. Może gdybym poświęcił zespołowi więcej uwagi, to bardziej bym się wgryzł. Tymczasem jest po prostu tak, ze lubię sobie czasami ich włączyć, ale statów na lascie mi raczej nie podbijają. Czy za sprawą Melody A.M., które to poznałem dopiero teraz za sprawą Jacka ten stan rzeczy się zmieni? Czy Melody A.M. to rzeczywiście najlepszy album Röyksopp jak twierdzi autor wrzutki? Postaram się w dalszej części tekstu na to odpowiedzieć.
Pamiętam, że po pierwszym przesłuchaniu byłem mocno zawiedziony. Po drugim czy trzecim zresztą też. Oprócz kilku dosłownie momentów cholernie się nudziłem. Nie przepadam za albumami tego typu, że połowa zawartości jest instrumentalna. Owszem rozumiem, gdy cały album jest jakimś ambientem. Albo jakieś krótkie pojedyncze instrumentalne przerywniki, jak za dobrych czasów u DM. Natomiast taka przekładanka instrumentali i utworów wokalnych rzadko mi pasuje. Tutaj też nie jest to atutem. Po którymś tam przesłuchaniu albumu na tyle się z nim osłuchałem, że zacząłem rozróżniać utwory, rozpoznawać melodie i coś w głowie po prostu zostawało. Nie chodzi o to, że album jest jakiś trudny w odbiorze. Po prostu niektóre utwory są zbyt mało wyraziste, żeby utkwiły w pamięci szybciej. No ale po kolei.
So Easy to całkiem dobry otwieracz. Podoba mi się ten basowy początek. Przewodnia melodyjka, ta taka niby śpiewana, akurat na tyle szybko zapętliła się w mojej świadomości, że potrafiłem potem chodzić i to sobie bezwiednie nucić. Utwór niby taki prosty, niewyszukany, ale robi swoje. Podoba mi się. Nie rozumiem tylko tego przejścia do kolejnego utworu. Outro So Easy mogłoby sugerować, że utwór będzie połączony zmyślnie z Eple, a tu takiego wała. Po prostu nagle się bez sensu urywa i wchodzi z dupy kolejny utwór.
Eple to jeden z tych utworków, które nie przeszkadzają zbytnio, ale i nie zatrzymują uwagi. Były odsłuchy, że przelatywało to całkiem znośnie i miło, a czasami zupełnie niezauważenie. Główna melodyjka się w kółko powtarza, jest trochę innych kosmicznych dźwięków, ale generalnie nic szczególnego. Jako przerywnik może być, nie wiem tylko, czy akurat już na pozycji nr 2.
Sparks jest na pewno ciekawsze. Dobry, klimatyczny utwór. I jest wreszcie pełnoprawny wokal. Znam Anneli Drecker zarówno z jej solowych albumów jak i zespołu Bel Canto. I lubię jej głos, chociaż akurat tutaj na wokal ponakładano tony efektów. Ale to w tym utworze nawet pasuje. Ładna kompozycja o dobrym i klimatycznym brzmieniu.
In Space ma wbrew nazwie dużo mniej wspólnego z kosmicznymi dźwiękami niż Eple, ale jest od niego dużo lepszy. Dobrze chodzi automat perkusyjny. Ładne smyczki, nienachalne klawisze, dzwonki. Ładne to po prostu.
Poor Leno podobnie jak So Easy ma wokalne zaśpiewy, które mocno się zakorzeniają w głowie. Fajna ta melodyjka. Do tego bardzo odpowiada mi aranżacja. Niezła rytmika, bas, fajne metaliczne dźwięki w przejściach pomiędzy zwrotkami. Bardzo fajny, lekki numer.
A Higher Place to znowu utwór, który sobie nieinwazyjnie i w sumie całkiem miło przelatuje. Do połowy jest nienadzwyczajnie, ale w drugiej części klimatu zdecydowanie dodaje ładne pianino. To pianino robi różnicę na tyle, że mogę ten utwór zaliczyć do raczej udanych.
Royksopp’s Nigh Out też jest ok. Długo się do tego przekonywałem, ale są tam elementy, które jednak nie pozwalają mi przejść obok obojętnie. Te krótkie powtarzające się uderzenia w klawisze bardzo mi podchodzą. Podobnie jak smyki, które malują ładne tło. Dobry bas i zagrywki w dalszej części. Ten środkowy segment przywodzi mi nieco na myśl DJ Spooky. Podobne klimaty. W okolicach 6 minuty wybrzmiewa super klawisz, który brzmi jak hamujący pociąg. Końcówka utworu fantastyczna. Nie wiem nawet, czy to nie najlepszy utwór na albumie. Na pewno ma najwięcej klimatu, najbardziej pobudza wyobraźnię.
Remind Me ma świetny bas. Poza tym nieco fikuśna melodia wokalu, choć sam wokal średni. Utwór jako całość też bez szału. Taki sobie rzetelny średniaczek i nic więcej.
Na She’s So na początku mehałem, ale zmieniłem zdanie. To ma rzeczywiście fajny klimat. Saksofon robi robotę od początku. Syntezatory brzmią chwilami świetnie. Różne fajne dźwięki się przewijają. Urósł ten utwór mocno w ostatnim czasie. Dobra końcówka.
40 Years Back/Come – dwa zupełnie niepasujące do siebie utwory w jednym. Ten pierwszy nieciekawy i gorszy. Drugi w sumie też niby bez cudów, ale jednak lepiej brzmi i dobrze wycisza album.
Wracam do pytań, które sam sobie zadałem na początku.
Czy dzięki Melody A.M. będę częściej wracał do Röyksopp? Możliwe. Album w sumie mimo paru uwag i słabszych momentów spisał się całkiem dobrze. Szczególnie jak na debiut. Miło było go poznać i uświadomić sobie, że doszło kilka dobrych piosenek, których wcześniej nie znałem. Sam bym tego albumu pewnie jeszcze długo nie sprawdził. A może i w ogóle.
Czy Melody A.M. to ich najlepszy album? No trudno powiedzieć, ale chyba nie. Jest spoko i wciąż mimo początkowych niechęci rósł w siłę. Ale ma Röyksopp w swojej dyskografii lepsze utwory niż te z Melody A.M. The Inevitable End może też ma słabsze momenty, ale ma też numery przyprawiające mnie o szybsze bicie serca. Melody A.M. takich hiciorków nie zawiera. Ten album jest może równiejszy pod tym względem, że nie zawera bangerów ale i jakichś poważniejszych mielizn. To taka lekka i chillująca płyta na każdą okazję. I nawet dosyć klimatyczna muszę przyznać. The Inevitable End ma za to kilka zdecydowanie mocniejszych momentów. W każdym razie się cieszę, że poznałem Melody A.M. Było warto i nie raz pewnie powrócę.
Coś mi się wydaje, że ja błędnie mogę być tu na forum postrzegany jako jakiś wielki fan Röyksopp. A w rzeczywistości nie do końca tak jest. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że znam nie wszystkie albumy. Przed tą kolejką kompletnie nie słyszałem dwóch pierwszych płyt Purchawek. Dwa kolejne, czyli Junior i Senior owszem nawet znam, ale wcale nie tak dobrze, żebym mógł tutaj rzucać tytułami. Ostatnie 3-płytowe wydawnictwo przesłuchałem, ale tak na fest to osłuchałem się tylko z pierwszą częścią. Jedynym albumem, który rzeczywiście mogę powiedzieć, że znam dobrze, jest The Inevitable End. Tak więc moja sympatia do Röyksopp jest dosyć wybiórcza. Na każdym znanym mi albumie jestem w stanie wskazać naprawdę dobre i bardzo dobre utwory, ale na każdym albumie są też utwory słabsze, a nawet takie, które mi się w ogóle nie podobają. Może gdybym poświęcił zespołowi więcej uwagi, to bardziej bym się wgryzł. Tymczasem jest po prostu tak, ze lubię sobie czasami ich włączyć, ale statów na lascie mi raczej nie podbijają. Czy za sprawą Melody A.M., które to poznałem dopiero teraz za sprawą Jacka ten stan rzeczy się zmieni? Czy Melody A.M. to rzeczywiście najlepszy album Röyksopp jak twierdzi autor wrzutki? Postaram się w dalszej części tekstu na to odpowiedzieć.
Pamiętam, że po pierwszym przesłuchaniu byłem mocno zawiedziony. Po drugim czy trzecim zresztą też. Oprócz kilku dosłownie momentów cholernie się nudziłem. Nie przepadam za albumami tego typu, że połowa zawartości jest instrumentalna. Owszem rozumiem, gdy cały album jest jakimś ambientem. Albo jakieś krótkie pojedyncze instrumentalne przerywniki, jak za dobrych czasów u DM. Natomiast taka przekładanka instrumentali i utworów wokalnych rzadko mi pasuje. Tutaj też nie jest to atutem. Po którymś tam przesłuchaniu albumu na tyle się z nim osłuchałem, że zacząłem rozróżniać utwory, rozpoznawać melodie i coś w głowie po prostu zostawało. Nie chodzi o to, że album jest jakiś trudny w odbiorze. Po prostu niektóre utwory są zbyt mało wyraziste, żeby utkwiły w pamięci szybciej. No ale po kolei.
So Easy to całkiem dobry otwieracz. Podoba mi się ten basowy początek. Przewodnia melodyjka, ta taka niby śpiewana, akurat na tyle szybko zapętliła się w mojej świadomości, że potrafiłem potem chodzić i to sobie bezwiednie nucić. Utwór niby taki prosty, niewyszukany, ale robi swoje. Podoba mi się. Nie rozumiem tylko tego przejścia do kolejnego utworu. Outro So Easy mogłoby sugerować, że utwór będzie połączony zmyślnie z Eple, a tu takiego wała. Po prostu nagle się bez sensu urywa i wchodzi z dupy kolejny utwór.
Eple to jeden z tych utworków, które nie przeszkadzają zbytnio, ale i nie zatrzymują uwagi. Były odsłuchy, że przelatywało to całkiem znośnie i miło, a czasami zupełnie niezauważenie. Główna melodyjka się w kółko powtarza, jest trochę innych kosmicznych dźwięków, ale generalnie nic szczególnego. Jako przerywnik może być, nie wiem tylko, czy akurat już na pozycji nr 2.
Sparks jest na pewno ciekawsze. Dobry, klimatyczny utwór. I jest wreszcie pełnoprawny wokal. Znam Anneli Drecker zarówno z jej solowych albumów jak i zespołu Bel Canto. I lubię jej głos, chociaż akurat tutaj na wokal ponakładano tony efektów. Ale to w tym utworze nawet pasuje. Ładna kompozycja o dobrym i klimatycznym brzmieniu.
In Space ma wbrew nazwie dużo mniej wspólnego z kosmicznymi dźwiękami niż Eple, ale jest od niego dużo lepszy. Dobrze chodzi automat perkusyjny. Ładne smyczki, nienachalne klawisze, dzwonki. Ładne to po prostu.
Poor Leno podobnie jak So Easy ma wokalne zaśpiewy, które mocno się zakorzeniają w głowie. Fajna ta melodyjka. Do tego bardzo odpowiada mi aranżacja. Niezła rytmika, bas, fajne metaliczne dźwięki w przejściach pomiędzy zwrotkami. Bardzo fajny, lekki numer.
A Higher Place to znowu utwór, który sobie nieinwazyjnie i w sumie całkiem miło przelatuje. Do połowy jest nienadzwyczajnie, ale w drugiej części klimatu zdecydowanie dodaje ładne pianino. To pianino robi różnicę na tyle, że mogę ten utwór zaliczyć do raczej udanych.
Royksopp’s Nigh Out też jest ok. Długo się do tego przekonywałem, ale są tam elementy, które jednak nie pozwalają mi przejść obok obojętnie. Te krótkie powtarzające się uderzenia w klawisze bardzo mi podchodzą. Podobnie jak smyki, które malują ładne tło. Dobry bas i zagrywki w dalszej części. Ten środkowy segment przywodzi mi nieco na myśl DJ Spooky. Podobne klimaty. W okolicach 6 minuty wybrzmiewa super klawisz, który brzmi jak hamujący pociąg. Końcówka utworu fantastyczna. Nie wiem nawet, czy to nie najlepszy utwór na albumie. Na pewno ma najwięcej klimatu, najbardziej pobudza wyobraźnię.
Remind Me ma świetny bas. Poza tym nieco fikuśna melodia wokalu, choć sam wokal średni. Utwór jako całość też bez szału. Taki sobie rzetelny średniaczek i nic więcej.
Na She’s So na początku mehałem, ale zmieniłem zdanie. To ma rzeczywiście fajny klimat. Saksofon robi robotę od początku. Syntezatory brzmią chwilami świetnie. Różne fajne dźwięki się przewijają. Urósł ten utwór mocno w ostatnim czasie. Dobra końcówka.
40 Years Back/Come – dwa zupełnie niepasujące do siebie utwory w jednym. Ten pierwszy nieciekawy i gorszy. Drugi w sumie też niby bez cudów, ale jednak lepiej brzmi i dobrze wycisza album.
Wracam do pytań, które sam sobie zadałem na początku.
Czy dzięki Melody A.M. będę częściej wracał do Röyksopp? Możliwe. Album w sumie mimo paru uwag i słabszych momentów spisał się całkiem dobrze. Szczególnie jak na debiut. Miło było go poznać i uświadomić sobie, że doszło kilka dobrych piosenek, których wcześniej nie znałem. Sam bym tego albumu pewnie jeszcze długo nie sprawdził. A może i w ogóle.
Czy Melody A.M. to ich najlepszy album? No trudno powiedzieć, ale chyba nie. Jest spoko i wciąż mimo początkowych niechęci rósł w siłę. Ale ma Röyksopp w swojej dyskografii lepsze utwory niż te z Melody A.M. The Inevitable End może też ma słabsze momenty, ale ma też numery przyprawiające mnie o szybsze bicie serca. Melody A.M. takich hiciorków nie zawiera. Ten album jest może równiejszy pod tym względem, że nie zawera bangerów ale i jakichś poważniejszych mielizn. To taka lekka i chillująca płyta na każdą okazję. I nawet dosyć klimatyczna muszę przyznać. The Inevitable End ma za to kilka zdecydowanie mocniejszych momentów. W każdym razie się cieszę, że poznałem Melody A.M. Było warto i nie raz pewnie powrócę.