Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Ja właśnie słucham, może jeszcze dziś wjedzie.
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Klaus Schulze - Body Love (1977)
Zaczynam kolejny wieczór z elektroniką berlińską sprzed kilkudziesięciu lat, kolejną dawką kosmicznej muzyki spod znaku Klausa Schulzego, kolejnymi malowanymi muzycznie pejzażami, wichurami i wyciszeniami. 50 minut, które przy takiej muzyce mogą minąć bardzo szybko.
Zaczyna się... wchodzą kosmiczne syntezatory (już po 35 sekundzie), jest cicho, spokojnie jak u mnie w pokoju, jak za zaciemnionym oknem, zaczyna się przygoda. Długi wstęp, krajobraz gwiezdno-księżycowy malowany syntezatorami, pojawiają się zakłócenia w tle, koło 4:00 (minuty) całość przyspiesza, zaczynają się długie pasaże, vibe tego wstępu jest wspaniały. Przypomina się rzeczywiście space-rock, taki Gong na przykład, brzmienie minimalistyczne, klarowne, wyraziste, uderzenia perkusji, ambientowe dźwięki w tle, świetne do słuchania, trochę gorzej z opisywaniem. To tak, jak pisał Dev, idzie (czy raczej: biegnie) naprzód samą siłą rozpędu. Przypomina to podróż, która w pewnym momencie dosyć przyspiesza, jak zjazdy rowerem z większej górki, gdzie człowiek nie zwraca zbytnio uwagi na krajobraz, tylko rozkoszuje się samą jazdą i jednocześnie trzyma ręce na hamulcach i patrzy, w którym momencie skręcić, czy ktoś inny nie nadjeżdża itd. Podróż urywa się raptownie, bezboleśnie, film się skończył. Trochę dziwny koniec.
Blanche rozpoczyna się spokojnymi dźwiękami pianina, ambient w tle, zaczynamy kolejną wędrówkę po kosmosie. Spokojne pasaże, pianino, ale nie takie, nad którym świecą głowy Lenina, ani takie, które chce zamienić się w UFO, ale takie chłodne, spokojne, subtelne. W trzeciej minucie pojawia się świergoczący syntezator, powoli suniemy naprzód, odkrywamy, że niezmierzona jest głębia kosmosu, jego początek i koniec. Po blisko pięciu minutach keyboardy dudnią coraz głośniej, mocniej, jakbyśmy wchodzili w głębsze zakamarki. Pojawiają się dźwięki jak z gier typu Arcade, prom powoli sunie naprzód i odkrywa mapę przed sobą. Podgłośniłem, żeby wrażenie było większe, zaczynam nad tym ubolewać, oj, mamy przebodźcowanie. To co, jeszcze kolejeczka best V? Schulze może grać co chce, nie wydaje się to sztywno skomponowane, a wszystko pasuje. Ten syntezator jakby bardziej świdrujący przy dziewięciu minutach, obraz jaśniejszy, trochę obezwładnia, narzuca myśl: co będzie dalej? I znów kosmiczne dźwięki, finiszujemy, jesteśmy przy placu do lądowania, świergot w tle, jesteśmy.
P:T:O: zaczyna się jak kolejna kosmiczna podróż. Prom rusza powoli, niespiesznie, w tle coś dzwoni, trudno nawet opisywać te wszystkie dźwięki, o, coś przeleciało obok, mijamy jakiś tajemniczy świat, ale nie tam zdążamy, ale obok. Kosmiczny pejzaż, brama nowego świata, niemalże dryfujemy. Szósta minuta, coś sobie pika w tle, jakby miało zaraz przyspieszyć, zaczyna się jazda na syntezatorze, o, dzieje się, teraz będziemy kolejne planety mijać dużo szybciej. Uderzenia perkusji w tle, ambient w tle, natarczywe pikanie syntezatora na pierwszym planie, surowe brzmienie, coraz wyrazistszy rytm, tu nie ma żadnego Burning Sky, tu jest raczej Black Sky, trochę, jakby nasz prom stawał się sam całym światem. Przed dziesiątą minutą więcej się dzieje, znów przyspiesza, wypada z kursu i kieruje się na nieznane tereny, przez nieznane światy, kolejny syntezator jak mnóstwo mijających ten nasz prom pojazdów i stworów, dwunasta-trzynasta minuta, potem jakieś przejścia na perkusji, bulgoczące syntezatory, świdrujące syntezatory, dużo się dzieje, a wszystko ma jakby kształt impresji. Długie to, bardzo długie, ale umiarkowanie przeszkadza, charakter tej muzyki sprawia, że przy odpowiednim nastawieniu mogłaby jeszcze długo lecieć, a przy złym wyłączyłbym z miejsca. Koło 15:00 zaczyna się jakaś bitwa, wchodzimy na obszar mało znany i mało przyjazny, gęsty od innych podróżników, mijamy tych wszystkich łobuzów, syntezatory coraz bardziej natarczywe, tło jazgotliwe, prom przebrnął przez to bez szwanku, choć dwudziesta, dwudziesta pierwsza minuta to mocna kawalkada dźwięków. Impreza się skończyła, znów przemierzamy kosmos, kosmiczna impresja, podróż kończy się bez wyraźnego zaznaczenia.
I koniec. I niech sobie taki zapis impresji kosmicznej zostanie, powrót może będzie, ale musi być przerwa, zapętlać się tego nie da. Dobrze się słuchało, udany kosmos w malarstwie Schulzego, podoba mi się to surowe brzmienie, ciekawa płyta.
Zaczynam kolejny wieczór z elektroniką berlińską sprzed kilkudziesięciu lat, kolejną dawką kosmicznej muzyki spod znaku Klausa Schulzego, kolejnymi malowanymi muzycznie pejzażami, wichurami i wyciszeniami. 50 minut, które przy takiej muzyce mogą minąć bardzo szybko.
Zaczyna się... wchodzą kosmiczne syntezatory (już po 35 sekundzie), jest cicho, spokojnie jak u mnie w pokoju, jak za zaciemnionym oknem, zaczyna się przygoda. Długi wstęp, krajobraz gwiezdno-księżycowy malowany syntezatorami, pojawiają się zakłócenia w tle, koło 4:00 (minuty) całość przyspiesza, zaczynają się długie pasaże, vibe tego wstępu jest wspaniały. Przypomina się rzeczywiście space-rock, taki Gong na przykład, brzmienie minimalistyczne, klarowne, wyraziste, uderzenia perkusji, ambientowe dźwięki w tle, świetne do słuchania, trochę gorzej z opisywaniem. To tak, jak pisał Dev, idzie (czy raczej: biegnie) naprzód samą siłą rozpędu. Przypomina to podróż, która w pewnym momencie dosyć przyspiesza, jak zjazdy rowerem z większej górki, gdzie człowiek nie zwraca zbytnio uwagi na krajobraz, tylko rozkoszuje się samą jazdą i jednocześnie trzyma ręce na hamulcach i patrzy, w którym momencie skręcić, czy ktoś inny nie nadjeżdża itd. Podróż urywa się raptownie, bezboleśnie, film się skończył. Trochę dziwny koniec.
Blanche rozpoczyna się spokojnymi dźwiękami pianina, ambient w tle, zaczynamy kolejną wędrówkę po kosmosie. Spokojne pasaże, pianino, ale nie takie, nad którym świecą głowy Lenina, ani takie, które chce zamienić się w UFO, ale takie chłodne, spokojne, subtelne. W trzeciej minucie pojawia się świergoczący syntezator, powoli suniemy naprzód, odkrywamy, że niezmierzona jest głębia kosmosu, jego początek i koniec. Po blisko pięciu minutach keyboardy dudnią coraz głośniej, mocniej, jakbyśmy wchodzili w głębsze zakamarki. Pojawiają się dźwięki jak z gier typu Arcade, prom powoli sunie naprzód i odkrywa mapę przed sobą. Podgłośniłem, żeby wrażenie było większe, zaczynam nad tym ubolewać, oj, mamy przebodźcowanie. To co, jeszcze kolejeczka best V? Schulze może grać co chce, nie wydaje się to sztywno skomponowane, a wszystko pasuje. Ten syntezator jakby bardziej świdrujący przy dziewięciu minutach, obraz jaśniejszy, trochę obezwładnia, narzuca myśl: co będzie dalej? I znów kosmiczne dźwięki, finiszujemy, jesteśmy przy placu do lądowania, świergot w tle, jesteśmy.
P:T:O: zaczyna się jak kolejna kosmiczna podróż. Prom rusza powoli, niespiesznie, w tle coś dzwoni, trudno nawet opisywać te wszystkie dźwięki, o, coś przeleciało obok, mijamy jakiś tajemniczy świat, ale nie tam zdążamy, ale obok. Kosmiczny pejzaż, brama nowego świata, niemalże dryfujemy. Szósta minuta, coś sobie pika w tle, jakby miało zaraz przyspieszyć, zaczyna się jazda na syntezatorze, o, dzieje się, teraz będziemy kolejne planety mijać dużo szybciej. Uderzenia perkusji w tle, ambient w tle, natarczywe pikanie syntezatora na pierwszym planie, surowe brzmienie, coraz wyrazistszy rytm, tu nie ma żadnego Burning Sky, tu jest raczej Black Sky, trochę, jakby nasz prom stawał się sam całym światem. Przed dziesiątą minutą więcej się dzieje, znów przyspiesza, wypada z kursu i kieruje się na nieznane tereny, przez nieznane światy, kolejny syntezator jak mnóstwo mijających ten nasz prom pojazdów i stworów, dwunasta-trzynasta minuta, potem jakieś przejścia na perkusji, bulgoczące syntezatory, świdrujące syntezatory, dużo się dzieje, a wszystko ma jakby kształt impresji. Długie to, bardzo długie, ale umiarkowanie przeszkadza, charakter tej muzyki sprawia, że przy odpowiednim nastawieniu mogłaby jeszcze długo lecieć, a przy złym wyłączyłbym z miejsca. Koło 15:00 zaczyna się jakaś bitwa, wchodzimy na obszar mało znany i mało przyjazny, gęsty od innych podróżników, mijamy tych wszystkich łobuzów, syntezatory coraz bardziej natarczywe, tło jazgotliwe, prom przebrnął przez to bez szwanku, choć dwudziesta, dwudziesta pierwsza minuta to mocna kawalkada dźwięków. Impreza się skończyła, znów przemierzamy kosmos, kosmiczna impresja, podróż kończy się bez wyraźnego zaznaczenia.
I koniec. I niech sobie taki zapis impresji kosmicznej zostanie, powrót może będzie, ale musi być przerwa, zapętlać się tego nie da. Dobrze się słuchało, udany kosmos w malarstwie Schulzego, podoba mi się to surowe brzmienie, ciekawa płyta.
-
stripped
- Posty: 13792
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Zapraszamy mentosa, może uda się sprawnie zamknąć temat Body Love
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Myślę, że Mentos chce po prostu obejrzeć to porno, ale nie ma kiedy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6865
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Oglądałem, nic ciekawego
DEPESZWIZJA 118: edycja instrumentalna (bez ambientu)
Niedziela 20
Niedziela 20
-
mintaj
- Posty: 6865
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Klaus Schulze - Body Love
Kolega Robert znowu sprawił mi jednocześnie dużo przyjemności i dużo frustracji. Przyjemność oczywiście dał mi film z gatunku HARDKOROWA PORNOGRAFIA, który oglądam notorycznie od tygodnia w celu napisania jak najkonkretniejszej recenzji. A frustrację, naturalnie, wywołała świadomość faktu, że jestem grafomanem i moje ciężkie pióro nie odda nawet w niewielkim stopniu uroku tej płyty.
Dobra, żarty na bok. Już nawet nie chodzi o moją grafomanię, po prostu kwestia związana z tą płytą jest zasadniczo taka, że jakieś dokładniejsze opisywanie jej jawi mi się jako coś jeszcze bardziej abstrakcyjnego niż to słynne tańczenie o architekturze - w sumie w kontekście byłoby napisanie pierniczenie O CHOPINIE hehe.
W czasach prehistorycznych był taki motyw, że wyszło kilka odsłon GTA wydanych tylko na konsole, które w sumie nie oferowały niczego szczególnie nowatorskiego, bo wykorzystywały mapy i lokacje z poprzednich odsłon, w zamian za to oferując zupełnie nową fabułe, pogłębiały lore etc. blablabla i w sumie w kontekście dyskografii popularnych Mandarynek ta płyta jest dla mnie czymś bardzo podobnym. Solidny na tle highlightów to nadal sufit nieosiągalny dla wielu innych twórców, więc BYNAJMNIEJ nie traktujcie tego jak zarzut.
Tak, wiem, ciupciam od rzeczy.
Stardancer to jedna z tych rzeczy, które słyszałem tysiąc razy, ale mogę posłuchać poraz tysiąc pierwszy i się jarać jak licealista, który dopiero ich odkrył. Klasyczne Mandarynki, mocno kosmiczne, co jest fajne, chociaż tu i ówdzie pojawiają się orientalne motywy, co też jest fajne Co ja wam powiem, że nie klasa, jak klasa i BAZA.
Blanche też jest spoko, płynie sobie przyjemnie przez te jedenaście minut i po prostu jest spoko. Podoba mi się ten kosmiczny vibe, aczkolwiek z obecnej perspektywy ni siusiaka nie wiem jak mogłoby to pasować do pornola, ale ja jestem jednym z tych, którzy generalnie nie potrafią łączyć pieprzenia z muzyką. Tak czy siak spoko rzecz.
Chyba już tę kobyłę, P:T:O, byłbym w stanie sobie w filmie z tego gatunku bardziej wyobrazić. Jednocześnie jest to jeszcze bardziej MANDARYNKOWA rzecz niż rzeczy ww. - w zasadzie to momentami mam wrażenie, że słucham kolejny raz Ricochetu niźli czegoś nowego. W każdym razie jest dobrze, jest mocno, jest transowo, przynajmniej do tej dwudziestej którejś minuty. Potem wjeżdza ten dziwny fade i niemniej dziwna coda, która nie jest zła, ale jest nieco.... dziwna i jakby od czapy? Nie powiem, że mi się jakoś nie podoba, po prostu jest tak z dupy, że nawet nie wiem co o niej napisać.
Reasumując konstatację konsternacji, dostałem dobry album Mandarynek i zdania po paru odsłuchach nie zmieniłem. Daję okejkę i tyle, bo skończyły mi się nieśmieszne nawiązania do pornografii.
Kolega Robert znowu sprawił mi jednocześnie dużo przyjemności i dużo frustracji. Przyjemność oczywiście dał mi film z gatunku HARDKOROWA PORNOGRAFIA, który oglądam notorycznie od tygodnia w celu napisania jak najkonkretniejszej recenzji. A frustrację, naturalnie, wywołała świadomość faktu, że jestem grafomanem i moje ciężkie pióro nie odda nawet w niewielkim stopniu uroku tej płyty.
Dobra, żarty na bok. Już nawet nie chodzi o moją grafomanię, po prostu kwestia związana z tą płytą jest zasadniczo taka, że jakieś dokładniejsze opisywanie jej jawi mi się jako coś jeszcze bardziej abstrakcyjnego niż to słynne tańczenie o architekturze - w sumie w kontekście byłoby napisanie pierniczenie O CHOPINIE hehe.
W czasach prehistorycznych był taki motyw, że wyszło kilka odsłon GTA wydanych tylko na konsole, które w sumie nie oferowały niczego szczególnie nowatorskiego, bo wykorzystywały mapy i lokacje z poprzednich odsłon, w zamian za to oferując zupełnie nową fabułe, pogłębiały lore etc. blablabla i w sumie w kontekście dyskografii popularnych Mandarynek ta płyta jest dla mnie czymś bardzo podobnym. Solidny na tle highlightów to nadal sufit nieosiągalny dla wielu innych twórców, więc BYNAJMNIEJ nie traktujcie tego jak zarzut.
Tak, wiem, ciupciam od rzeczy.
Stardancer to jedna z tych rzeczy, które słyszałem tysiąc razy, ale mogę posłuchać poraz tysiąc pierwszy i się jarać jak licealista, który dopiero ich odkrył. Klasyczne Mandarynki, mocno kosmiczne, co jest fajne, chociaż tu i ówdzie pojawiają się orientalne motywy, co też jest fajne Co ja wam powiem, że nie klasa, jak klasa i BAZA.
Blanche też jest spoko, płynie sobie przyjemnie przez te jedenaście minut i po prostu jest spoko. Podoba mi się ten kosmiczny vibe, aczkolwiek z obecnej perspektywy ni siusiaka nie wiem jak mogłoby to pasować do pornola, ale ja jestem jednym z tych, którzy generalnie nie potrafią łączyć pieprzenia z muzyką. Tak czy siak spoko rzecz.
Chyba już tę kobyłę, P:T:O, byłbym w stanie sobie w filmie z tego gatunku bardziej wyobrazić. Jednocześnie jest to jeszcze bardziej MANDARYNKOWA rzecz niż rzeczy ww. - w zasadzie to momentami mam wrażenie, że słucham kolejny raz Ricochetu niźli czegoś nowego. W każdym razie jest dobrze, jest mocno, jest transowo, przynajmniej do tej dwudziestej którejś minuty. Potem wjeżdza ten dziwny fade i niemniej dziwna coda, która nie jest zła, ale jest nieco.... dziwna i jakby od czapy? Nie powiem, że mi się jakoś nie podoba, po prostu jest tak z dupy, że nawet nie wiem co o niej napisać.
Reasumując konstatację konsternacji, dostałem dobry album Mandarynek i zdania po paru odsłuchach nie zmieniłem. Daję okejkę i tyle, bo skończyły mi się nieśmieszne nawiązania do pornografii.
DEPESZWIZJA 118: edycja instrumentalna (bez ambientu)
Niedziela 20
Niedziela 20
-
stripped
- Posty: 13792
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Okejos, Dragon podsumuje i karawana ruszy dalej.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10311
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Cieszą mnie skojarzenia z Mandarynkami, choć TD i KS to na tyle różne style, że po latach coraz trudniej mi ich używać heh. Najważniejsze, że pierwszy etap zderzenia z Klausem na dłuższym dystansie za wami. Nie jest to jakoś specjalnie łatwa przeprawa, ale ona szczególnie mocno zyskuje po czasie. Albo ktoś po prostu nie ma serducha i wyobraźni. Zaskoczyło mnie u niektórych pominięcie tego dźwiękowego jumpscare pod koniec PTO. W moim przypadku działa za każdym razem. Będzie mi miło, jeśli za jakiś czas wrócicie to tej naprawdę zacnej płyty.
Najlepszym podsumowaniem byłaby mała "recenzja" filmu, ale jeszcze go nie widziałem. Byłaby pewnie podobnej wielkości co "podsumowanie". Dla domknięcia pewnego doświadczenia spróbuje w przeciągu kilku dni nadrobić
Najlepszym podsumowaniem byłaby mała "recenzja" filmu, ale jeszcze go nie widziałem. Byłaby pewnie podobnej wielkości co "podsumowanie". Dla domknięcia pewnego doświadczenia spróbuje w przeciągu kilku dni nadrobić
-
mintaj
- Posty: 6865
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Tak po prawdzie to w moim przypadku drugi, bo lata temu jeszcze słuchałem X (nie mylić z Twitter), ale niestety po latach ciężko mi cokolwiek sensownego o tym albumie napisać
DEPESZWIZJA 118: edycja instrumentalna (bez ambientu)
Niedziela 20
Niedziela 20
-
stripped
- Posty: 13792
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Lecimy dalej z Massive Attack i albumem 100th Window
shodan pisze:29 gru 2023 09:44Massive Attack – 100th Window
Zaspół Massive Attack znam już od ich debiutu, czyli 1991r. i albumu Blue Lines. Często w stacjach muzycznych latały ich teledyski Unfinished Sympathy i Safe from Harm. Już wtedy zainteresowało mnie nieco to brzmienie, choć cały album nie wszedł należycie. Do dzisiaj mam zresztą problem z Blue Lines, bo oprócz naprawdę świetnych utworów są też i te mniej udane. Jakby wyjęte z zupełnie innej beczki.
W 2003r. będąc w Syrii w sklepie z płytami zobaczyłem na półce świeżo wypaloną płytę CD z niebieską okładką. Było to dopiero co wydane 100th Window. A jako, że wciąż pamiętałem bardzo dobre Unfinished Sympathy i Safe from Harm, to kupiłem album. Grzechem byłoby nie skorzystać z uwagi na śmiesznie niską cenę 2$. Niską nawet jak za pirata. Album wywarł na mnie dobre wrażenie, choć w pełni doceniłem dopiero wiele lat później. Bo w latach 00’ słuchałem głównie takiego badziewia, że aż głowa boli. Na fali zainteresowania 100th window zapoznałem się również z albumami Mezzanine i Heligoland, które okazały się też bardzo dobre. Ale ulubionym albumem do tej pory pozostało Setne okno.
Dla wielu fanów i krytyków muzycznych to Mezzanine pozostało do dziś szczytowym osiągnięciem zespołu. Po ukazaniu się tego albumu z zespołu odeszło dwóch współzałożycieli niezadowolonych z kierunku ewolucji muzyki MA. Cała odpowiedzialność za nowo powstający album 100th Window spadła na barki Roberta del Naji znanego jako 3D. Na początku udział w pracach nad albumem brał zespół Lupine Howl. Nagrali sporo materiału muzycznego, który po czasie przestał się jednak del Naji podobać, więc skasował wszystko i zaczął od nowa. Zaprosił do współpracy m.in. Damona Albarna znanego z Blur i Gorillaz oraz wokalistów już wcześniej współpracujących z Massive Attack, czyli Sinead O’Connor i Horace Andy’ego. Album 100th Window w stosunku do poprzedniczki charakteryzuje się tym, że jest bardziej elektroniczny. Zrezygnowano z sampli, żywej perkusji i zmniejszono ilość użytych gitar. Mało to na celu podobno ocieplić zbyt mroczny i ciężki klimat jaki panował na Mezzanine.
Album 100th window ma to do siebie, że mogę go posłuchać w całości nie czując zbytnio znużenia. Mezzanine rzeczywiście po paru utworach potrafi już nieco przytłaczać swoim klimatem. Oczywiście ja takie brzmienia lubię, ale nie da się tego słuchać za często i w zbyt dużych ilościach. W ogóle muzyka jaką gra Massive Attack i im podobni to nie jest muzyka na każdą okazję. Łatwo można zauważyć na moim koncie w last.fm, że scrobbli MA czy np. Recoil jest bez porównania mniej niż wielu innych wykonawców. Po prostu po odsłuchaniu albumu MA ma się tej muzyki na jakiś czas dosyć. Wynika to z cięższego brzmienia po prostu. Lekką muzykę można sobie dla odmiany właściwie dawkować bez ograniczeń. Mimo iż 100th window ma momenty mroczne i niepokojące, to jednak ciężar gatunkowy tego albumu jest wg mnie dużo mniejszy od np. Mezzanine. Dlatego przesłuchanie sobie tego albumu od czasu do czasu w całości nie stanowi dla mnie żadnego problemu.
Sinead O’Connor śpiewa na tym albumie 3 utwory. Pamiętam jaki byłem kiedyś zdziwiony, że to właśnie jej głos słychać w Massive Attack. Bardzo ciekawy wokal prezentuje też jamajczyk Horace Andy, którego głos przez lata uważałem za... kobiecy. Del Naja zaś mamrocze po swojemu jak to ma w zwyczaju, ale myślę, że to w tej muzyce nawet pasuje. Moje ulubione momenty na albumie to świetne Special Cases oraz następujący zaraz potem znany Wam już z bestki utworowej Butterfly Caught, w którym wykorzystano bardzo orientalnie brzmiące arabskie smyki. Są to właściwie akurat dwa najmroczniej brzmiące utwory, ale wg mnie najciekawsze i posiadające najlepszy klimat. Lubię też Antistar z hidden trackiem LP4. W ogóle cały album jest dobry i równy. Dużo bardziej mi pasuje niż którykolwiek inny album Massive Attack.
Czytałem opinie niektórych recenzentów, że ta muzyka jest nudna i monotonna. I chociaż wg mnie takie stwierdzenia w stosunku do całości są przesadzone, to na pewno montone momenty się zdarzają. Ale wcale nie musi być to wadą. Taki to po prostu raczej mało radiowy gatunek muzyczny.
https://www.youtube.com/watch?v=FYVBx_1 ... t4LcxGH0_5
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10311
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
A tu co się dzieje?
Massive Attack - 100th Window
Miło, że dzięki Wujasowi mogę uzupełnić kolejne luki w dyskografii Massive Attack. Ostatnio sprawdziłem wreszcie Ritual Spirit, naprawdę udana EPka w starym, basowym stylu. Na poziomie płyt zostanie mi już tylko Heligoland. 100th Window to następczyni Mezzanine - zadanie niełatwe. Wydaje się, że 100th Window najbliżej do Protection. Podobnie chłodne, zimowe brzmienie. Mniej piosenkowy, bardziej słuchowiskowy klimacik w stylu Recoil. Po tekstach wnioskuję, że momentami bywa więcej zaangażowania społecznego. Mimo to nie dziwi fakt, że shodan podrzuca nam akurat tę płytę. Jest trochę żeńskich wokali, całość nie jest zbyt agresywna w odbiorze. Patrzę na listę propozycji albumowych. Z czasem coraz więcej przebierania w różnych wykonawcach dla podrzucania całkiem zbliżonych stylistycznie płyt. Najwięcej urozmaicenia na poziomie gatunków, a tak to coraz więcej podobnie spokojnego, kojącego zimowego krajobrazu muzycznego. Gdyby to nie byli dobrze znani i lubiani Massive Attack, to pewnie nie byłbym tak wyrozumiały, cierpliwy i otwarty. Koszulę bliższą ciału łatwiej zaadaptować. Łatwiej znaleźć coś charakterystycznego, ciekawego, podobnego do innych kojarzonych rzeczy. Muszę przyjąć, że to dopiero początek dłuższej, znacznie bardziej rozciągniętej w czasie przygody. Jak na standard MA jest tylko solidnie, choć z bardzo dobrymi momentami. Może w przyszłości coś się zmieni. Dla nich poprzeczkę stawiam dość wysoko, bo ich kanon jest naprawdę potężny. Takie niby tło, niby opowiastka muzyczna to trochę za mało.
Jak to wypada w szczegółach? Future Proof zapowiada mocne uspokojenie klimatu. Znika dubowe, soczyste basowe tło i skojarzenia. Więcej perki, żywego grania generalnie. Dobrze znany wokal 3D wypada dobrze, tyle że niespecjalnie angażująco. Pełnoprawne tło, zupełnie nieinwazyjne. Nie skłania do głębszej analizy. Gitara tonie wśród pozostałych dźwięków. Niby wszystko brzmi znajomo, ale nie zwiastuje wielkich przeżyć. To syntetyczne laboratorium, cykania... wolę po prostu odpalić odpowiedni ambient lub glicze.
Sinead O'Connor to miłe zaskoczenie, wypada tutaj naprawdę przyjemnie. What Your Soul Sings w ogóle sprawia trochę lepsze wrażenie. Mamy harfę, gitary, robi się całkiem onirycznie. Tańsze efekty czy zabiegi przy wokalu w dalszej części już tak nie robią, ale przy śpiewanych fragmentach jest okej. Dalej nad muzyką ciąży nieznośne wrażenie obcowania z czymś do łatwego pominięcia. Pogoda też nie dopisuje. Panująca dookoła gównochlapa zniechęca do jakichkolwiek poszukiwań.
Everywhen zaczyna się jak jakiś no-man. Na szczęście mamy tutaj prawdziwego szefa za mikrofonem, a do tego wjeżdżają bardziej wyraziste niższe tony. Horace Andy mimo masy pobocznych projektów to dla mnie fundament Massive Attack. Wreszcie coś pod mój gust. Produkcji na dystansie całej płyty nie da się lubić, ale przynajmniej tutaj kawałek ewoluuje bardzo płynnie, efektownie, choć brakuje konkretnego podkręcenia nastroju w pewnych momentach. Dłużyzny i Massive Attack? Niestety, to zmora płyty. Przynajmniej tutaj w trzeciej minucie wjeżdża odpowiednie przejście, wreszcie MA brzmi jak trzeba. Tu zamierzam wracać na pewno.
Special Cases sprawia, że jednak naprawdę warto było dać tej płycie tyle czasu. Świetny perkusyjny loop zapowiada złoto. Mamy basik, stosunkowo mało tego średnio udanego chłodu. Najbliżej tutaj klasycznemu brzmieniu MA. Do tego lekko niepokojący, ale precyzyjny, dobry technicznie wokal. I nawet się nie dłuży! Wreszcie wysoki standard osiągnięty. Tutaj ten motyw w stylu dzwonka w telefonie robi robotę, naprawdę ładne.
Dwa lata temu (!) opisywaliśmy następny numer w bestce. Kurczę, jak bardzo prorocze słowa wtedy padły xD Ten syntetyczny bit nawet jest niezły, ale Del Naja psuje robotę tą melodyjną gadaniną. Całość też stanowczo za długa. Poza tym absolutnie zgadzam się z młodszym dwa lata mną. Solidnie, ale nie satysfakcjonuje. Ten zespół po prostu nie może nudzić... a jednak. Smyki plus tego typu elektroniczne brzmienia zadziałałyby słuchane bez wieloletniego osłuchania. Teraz to dla mnie takie oczywiste. Poszukując nowych ton ambientu, gdy słyszę takie początki płyt, to nawet nie sprawdzam reszty tylko grzebię dalej. Ehh, a ta pętla naprawdę przyjemna...
Drugą połowę otwiera kolejny występ Sinead. Szkoda, że tutaj wspólnie z panami producentami zapodaje największe nudy. Niby tło bardziej basowe, ale stężenie muzyki telewizyjnej przekracza normy. W połączeniu z ckliwą narracją wychodzi poważna rysa na płycie. Kompletnie nie tego szukam w ich twórczości, nie chciałem raczej tego poznać.
Im bliżej podsumowania i konieczności zapodania konkretnego werdyktu, tym bliżej niestety do bycia na nie. Small Time Shot Away to już wręcz powrót do świata ostatnio omawianej płyty Gabriela. Długie, nudne, za bardzo zlewające się w jedno, do tego obie na tej wysokości są całkiem zbliżone brzmieniowo. Aż osiem minut? Na Mezzanine wszystko działa, na 100th Window wiele wyborów zawodzi, nie sprawdza się. Kolejny nijaki ambient w środku, do tego coraz więcej powtarzalnych, dość kiczowatych zabiegów na wokalach. O czym to w ogóle jest? Masakra. Dramatyczny zapychacz.
Z szacunku do wielkiego Horace powiem, że Name Taken to wyraźnie gorszy klon Everywhen. Przy tak anemicznym tle wyróżnikiem jest co najwyżej klasycznie syntezatorowy brass, nie jest dobrze. Zestawienie zbyt różnych światów. Miejscami to brzmi jak Radiohead, tyle że kompozycja ciągnie się w nieskonczoność. Brakuje tu po prostu wyrazistych pomysłów. Skończyło się na godnej liście współpracowników. W podróży i w nie najlepszej formie już dawno bym przysnął. Nawet końcówka ma przebłyski z Everywhen, ile tu dziwnych, nietrafionych decyzji!
W Antistar na szczęście wraca odrobina życia. Strzępy psychodelicznego klimatu, wreszcie odrobina zaangażowania na wokalu. Bałem się, że w pewnym momencie ewoluuje w instrumentala, ale Del Naja wraca, uff. Smyki na koniec jak bolesne podsumowanie. Jednak nuda bierze górę... Hidden track spoko, choć to już kompletnie inna bajka. Czysta psychodela minimalistyczna. Szkoda, że tak luźna forma zjada 3/4 płyty.
W porównaniu do Mezzanine to szalenie monotonna i nudna płyta, gdzieś na piątym tracku kończy się zawartość warta uwagi. Słuchana w całości może jeszcze za drugim razem nie bierze z zaskoczenia, ale potem jest już tylko gorzej. Bez klimatu, bez pomysłu, z dziwnymi inspiracjami, a przede wszystkim bez dobrych utworów. Tylko Special Cases działa od początku do końca. Zaskakująco zwyczajne, nijakie. W porównaniu do shodana czułem przede wszystkim rozczarowanie. Heligoland trochę poczeka...
Massive Attack - 100th Window
Miło, że dzięki Wujasowi mogę uzupełnić kolejne luki w dyskografii Massive Attack. Ostatnio sprawdziłem wreszcie Ritual Spirit, naprawdę udana EPka w starym, basowym stylu. Na poziomie płyt zostanie mi już tylko Heligoland. 100th Window to następczyni Mezzanine - zadanie niełatwe. Wydaje się, że 100th Window najbliżej do Protection. Podobnie chłodne, zimowe brzmienie. Mniej piosenkowy, bardziej słuchowiskowy klimacik w stylu Recoil. Po tekstach wnioskuję, że momentami bywa więcej zaangażowania społecznego. Mimo to nie dziwi fakt, że shodan podrzuca nam akurat tę płytę. Jest trochę żeńskich wokali, całość nie jest zbyt agresywna w odbiorze. Patrzę na listę propozycji albumowych. Z czasem coraz więcej przebierania w różnych wykonawcach dla podrzucania całkiem zbliżonych stylistycznie płyt. Najwięcej urozmaicenia na poziomie gatunków, a tak to coraz więcej podobnie spokojnego, kojącego zimowego krajobrazu muzycznego. Gdyby to nie byli dobrze znani i lubiani Massive Attack, to pewnie nie byłbym tak wyrozumiały, cierpliwy i otwarty. Koszulę bliższą ciału łatwiej zaadaptować. Łatwiej znaleźć coś charakterystycznego, ciekawego, podobnego do innych kojarzonych rzeczy. Muszę przyjąć, że to dopiero początek dłuższej, znacznie bardziej rozciągniętej w czasie przygody. Jak na standard MA jest tylko solidnie, choć z bardzo dobrymi momentami. Może w przyszłości coś się zmieni. Dla nich poprzeczkę stawiam dość wysoko, bo ich kanon jest naprawdę potężny. Takie niby tło, niby opowiastka muzyczna to trochę za mało.
Jak to wypada w szczegółach? Future Proof zapowiada mocne uspokojenie klimatu. Znika dubowe, soczyste basowe tło i skojarzenia. Więcej perki, żywego grania generalnie. Dobrze znany wokal 3D wypada dobrze, tyle że niespecjalnie angażująco. Pełnoprawne tło, zupełnie nieinwazyjne. Nie skłania do głębszej analizy. Gitara tonie wśród pozostałych dźwięków. Niby wszystko brzmi znajomo, ale nie zwiastuje wielkich przeżyć. To syntetyczne laboratorium, cykania... wolę po prostu odpalić odpowiedni ambient lub glicze.
Sinead O'Connor to miłe zaskoczenie, wypada tutaj naprawdę przyjemnie. What Your Soul Sings w ogóle sprawia trochę lepsze wrażenie. Mamy harfę, gitary, robi się całkiem onirycznie. Tańsze efekty czy zabiegi przy wokalu w dalszej części już tak nie robią, ale przy śpiewanych fragmentach jest okej. Dalej nad muzyką ciąży nieznośne wrażenie obcowania z czymś do łatwego pominięcia. Pogoda też nie dopisuje. Panująca dookoła gównochlapa zniechęca do jakichkolwiek poszukiwań.
Everywhen zaczyna się jak jakiś no-man. Na szczęście mamy tutaj prawdziwego szefa za mikrofonem, a do tego wjeżdżają bardziej wyraziste niższe tony. Horace Andy mimo masy pobocznych projektów to dla mnie fundament Massive Attack. Wreszcie coś pod mój gust. Produkcji na dystansie całej płyty nie da się lubić, ale przynajmniej tutaj kawałek ewoluuje bardzo płynnie, efektownie, choć brakuje konkretnego podkręcenia nastroju w pewnych momentach. Dłużyzny i Massive Attack? Niestety, to zmora płyty. Przynajmniej tutaj w trzeciej minucie wjeżdża odpowiednie przejście, wreszcie MA brzmi jak trzeba. Tu zamierzam wracać na pewno.
Special Cases sprawia, że jednak naprawdę warto było dać tej płycie tyle czasu. Świetny perkusyjny loop zapowiada złoto. Mamy basik, stosunkowo mało tego średnio udanego chłodu. Najbliżej tutaj klasycznemu brzmieniu MA. Do tego lekko niepokojący, ale precyzyjny, dobry technicznie wokal. I nawet się nie dłuży! Wreszcie wysoki standard osiągnięty. Tutaj ten motyw w stylu dzwonka w telefonie robi robotę, naprawdę ładne.
Dwa lata temu (!) opisywaliśmy następny numer w bestce. Kurczę, jak bardzo prorocze słowa wtedy padły xD Ten syntetyczny bit nawet jest niezły, ale Del Naja psuje robotę tą melodyjną gadaniną. Całość też stanowczo za długa. Poza tym absolutnie zgadzam się z młodszym dwa lata mną. Solidnie, ale nie satysfakcjonuje. Ten zespół po prostu nie może nudzić... a jednak. Smyki plus tego typu elektroniczne brzmienia zadziałałyby słuchane bez wieloletniego osłuchania. Teraz to dla mnie takie oczywiste. Poszukując nowych ton ambientu, gdy słyszę takie początki płyt, to nawet nie sprawdzam reszty tylko grzebię dalej. Ehh, a ta pętla naprawdę przyjemna...
Drugą połowę otwiera kolejny występ Sinead. Szkoda, że tutaj wspólnie z panami producentami zapodaje największe nudy. Niby tło bardziej basowe, ale stężenie muzyki telewizyjnej przekracza normy. W połączeniu z ckliwą narracją wychodzi poważna rysa na płycie. Kompletnie nie tego szukam w ich twórczości, nie chciałem raczej tego poznać.
Im bliżej podsumowania i konieczności zapodania konkretnego werdyktu, tym bliżej niestety do bycia na nie. Small Time Shot Away to już wręcz powrót do świata ostatnio omawianej płyty Gabriela. Długie, nudne, za bardzo zlewające się w jedno, do tego obie na tej wysokości są całkiem zbliżone brzmieniowo. Aż osiem minut? Na Mezzanine wszystko działa, na 100th Window wiele wyborów zawodzi, nie sprawdza się. Kolejny nijaki ambient w środku, do tego coraz więcej powtarzalnych, dość kiczowatych zabiegów na wokalach. O czym to w ogóle jest? Masakra. Dramatyczny zapychacz.
Z szacunku do wielkiego Horace powiem, że Name Taken to wyraźnie gorszy klon Everywhen. Przy tak anemicznym tle wyróżnikiem jest co najwyżej klasycznie syntezatorowy brass, nie jest dobrze. Zestawienie zbyt różnych światów. Miejscami to brzmi jak Radiohead, tyle że kompozycja ciągnie się w nieskonczoność. Brakuje tu po prostu wyrazistych pomysłów. Skończyło się na godnej liście współpracowników. W podróży i w nie najlepszej formie już dawno bym przysnął. Nawet końcówka ma przebłyski z Everywhen, ile tu dziwnych, nietrafionych decyzji!
W Antistar na szczęście wraca odrobina życia. Strzępy psychodelicznego klimatu, wreszcie odrobina zaangażowania na wokalu. Bałem się, że w pewnym momencie ewoluuje w instrumentala, ale Del Naja wraca, uff. Smyki na koniec jak bolesne podsumowanie. Jednak nuda bierze górę... Hidden track spoko, choć to już kompletnie inna bajka. Czysta psychodela minimalistyczna. Szkoda, że tak luźna forma zjada 3/4 płyty.
W porównaniu do Mezzanine to szalenie monotonna i nudna płyta, gdzieś na piątym tracku kończy się zawartość warta uwagi. Słuchana w całości może jeszcze za drugim razem nie bierze z zaskoczenia, ale potem jest już tylko gorzej. Bez klimatu, bez pomysłu, z dziwnymi inspiracjami, a przede wszystkim bez dobrych utworów. Tylko Special Cases działa od początku do końca. Zaskakująco zwyczajne, nijakie. W porównaniu do shodana czułem przede wszystkim rozczarowanie. Heligoland trochę poczeka...
-
mintaj
- Posty: 6865
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Hehe no śmiesznie wyszło w sumie xd
DEPESZWIZJA 118: edycja instrumentalna (bez ambientu)
Niedziela 20
Niedziela 20
-
shodan
- Posty: 18317
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Że po tygodniu jedna recka dopiero? 
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Massive Attack – 100th Window
Rok 2003, rok kiedy Linkin Park wydali „Meteorę”, Gahan wydał „Paper Monsters”, rozpoczął się mój ostatni rok niepełnoletności, a Massive Attack zapragnęło być Dzikim Analem. Operacja się udała, pacjent zmarł.
Początek albumu jest całkiem zachęcający. „Future Proof” startuje jak coś Radiohead. Wokal jest monotonny, ale to 3D, więc nic dziwnego, cały album na tym cierpi. Muzycznie jest gęsto. Elektronika, schowane lekko z tyłu gitary, wchodzi żywa perkusja, średnie tempo. W zasadzie zrecenzowałem już cały album, heh. No, ale nie będę się wygłupiał, grzecznie opiszę wszystko. Pojawiają się tu różne dźwięki, robi się bardzo kinowo, czyli w zasadzie kopia Recoil na pełnej. Produkcja jest tak wielkim hołdem dla Anala, jak tylko można, zatem w oóle mnie nie dziwi, że Wujkowi się podoba album. Środek z ostrą gitarą jest fajny, wprawdzie jest ona tak schowana za całą resztą, że funkcjonuje tu bardziej na słowo honoru, ale jest to ok. Tutaj numer mógłby się skończyć, ale z jakiegoś powodu, doklejone jest długie i nudne outro.
„What Your Soul Sings” to autoplagiat „Teardrop”, widać nawet sample i loopy im się pokończyły.
Sinead O’Connor brzmi tu tak niesamowicie anemicznie, że w życiu jej takiej nie słyszałem (ale może po prostu mało słuchałem). W tle przyjemne pady, jest klimacik, ale jednocześnie brzmi to jak jakaś losowa kopia Massive Attack, zmontowana przez zespół, który chciałby być jak Massive Attack, ale brakuje mu pomysłów i talentu. Taka ironia losu. Jak na ten album, to jest to spoko kawałek, ale nic wyjątkowego i niestety w połowie wyczerpuje swoje soki i zaczyna nużyć. Dopiero końcówka robi się fajna, ale to już lekko za późno.
„Everywhen„ zaczyna się naprawdę bardzo spoko. Horace Andy daje radę, muzycznie jest spoko. Jak to na tej płycie, w połowie temat się już wyczerpuje, ale powiedzmy, że tu to aż tak bardzo nie boli, mimo że to jeden z dłuższych kawałków. Na czym utwór cierpi, to mdła produkcja i zbyt prosta kompozycja jak na prawie 8 minut grania. To by mogło zadziałać przy minimalu, ale wywalając z armaty tak gęstą aranżację, człowiek jest zmęczony po kilku minutach. Powtarzanie tych samych motywów, dla powtarzania tych samych motywów, pachnie sztucznym wydłużaniem albumu, ALE to i tak jeden z najjaśniejszych fragmentów tego albumu.
„Special Cases” zaczyna się w fajny, lekko noir sposób. Przesterowany mellotron (przynajmniej tak to brzmi) „wieje” w tle, jest złowieszcza atmosfera ciemnych ulic. Szkoda, że produkcja jest tak wymuskana, bo mogłaby to być prawdziwa petarda. Sinead brzmi już bardziej tak jak lubię, chociaż przyznam też, że nie jestem jakimś wielkim fanem jej głosu. Jest przyzwoicie. Napisałbym solidnie, ale się Wujek obrazi. Wyjątkowo Massive Attack nie przesadzili tu z długością, no ok, może minutę szło obciąć, ale nie ma tu aż takich dłużyzn, klimat dostarcza wystarczająco aby nie było nudy. Dobra rzecz.
O „Butterfly Caught” wypowiadałem się pozytywnie w bestce utworowej, ale na tle albumu jednak traci, głównie ze względu na to, że na tym etapie utwory zaczynają się zlewać. Zbliżone tempo, identyczne zabiegi, podobnie proste, o ile nie prymitywne kompozycje. Wyrwany solo, kawałek naprawdę daje radę, ale w trackliście płyty jest trochę jak wbicie kija w szprychy. 3D nudzi, nudzi niesamowicie, zresztą zawsze nudził. Kawałek mógłby się skończyć w okolicach 4:44, ale Massive Attack robią Anala i męczą konia jeszcze przez 3 minuty. Jest to ok numer, ale do słuchania poza albumem.
„A Prayer for England” ma lekko trip-hopowy vibe, który jednak ginie w mdłej produkcji. Za lekko, za miękko. Fajnie brzmiący, acz mało kreatywny bas. Sinead robi swoją robotę, ale nie ratuje to całego kawałka, który jest wariacją na temat tego samego jednego utworu, z którego zrodziło się 70% tego albumu. Jeden loop w kółko i sporo efekciarstwa.
„Small Time Shot Away” to taki snapshop 00sów. W tym wydaniu, są to nudy. Miękko, mdło, jeszcze 3D na wokalu, dziękuję, postoję. Tylko gra na talerzach jest fajna w tym kawałku.
„Name Taken”, aw shit, here we go again. Podejrzewam, że każdy kawałek cierpi na to samo, co „Butterfly Caught”. Osobno, mogłoby całkiem spoko zadziałać, ale na płycie po prawie godzinie spedzonej z tym brzmienim, człowiek ma już naprawdę dosyć. Horace ratuje sytuację dobrym wokalem (acz ze słabą melodia), ale ile biedak może tu uratować jeśli cała reszta jest genericowa i nieinspirująca? Są fragmenty muzycznie naprawdę dobre i wkurza mnie kiedy takie fragmenty marnowane są na generalnie słabe utwory. Końcówka najlepsza.
„Antistar”, nawet nie wiem o czym tu pisać. Instrumentalny utwór z filmu, który bez tego filmu kompletnie nie działa, a do tego nagrano do niego pseudo-wokal. Nie wiem, może po prostu jestem już na tym etapie zbyt zmęczony tym albumem i tym brzmieniem, żeby coś z tego wyłuskać.
Myslałem nawet, czy nie zrobić jak z London Grammar i nie włączać sobie tych kawałków losowo podczas weekendu, ale potem uznałem, że to bez sensu. Słuchamy tutaj albumów, i to te albumy podlegają naszej ocenie. A, zapomniałem, jest heszcze hidden track. Takie sobie elektroniczne bulbulbul, ale szczerze mówiąc, podoba mi się to. Jedyny moment na płycie, w którym Massive Attack nie przesadzają z niczym.
Zapamiętałem ten album dużo, DUŻO lepiej. Płyta zbudowana na klimacie, z kompozycjami zbudowanymi na kilkusekundowych pętlach z tymi samymi akordami, na które nałożono tony efektów i brzmień. Czasami klimat wystarcza, ale na „100th Window” to jednak za mało. Jest tu kilka naprawdę sympatycznych, a nawet dobrych utworów, być może jest jeszcze więcej, ale efekt morduje słuchanie tego w formie całego, ponadgodzinnego albumu. Brak melodii, pomysłów na piosenki i wokale trzeba czymś wypełnić, ale tak jak pisałem, sam klimat to za mało, bo jest zwyczajnie zbyt monotonnie, a każdy utwór jest wrogiem następnego. Nie będę się bawił w numerki, ale dla mnie to jest taki średni album z kilkoma dobry momentami. Wujas lubi takie ciągnące się godzinami loopy bez żadnego szkieletu, ale ja już nie potrafię się jarać takimi rzeczami, chyba że jest to jakiś minimal ambient. No, ale „100th Window”, nie jest ani ambient, ani tym bardziej minimal. Raczej maximal.
Rok 2003, rok kiedy Linkin Park wydali „Meteorę”, Gahan wydał „Paper Monsters”, rozpoczął się mój ostatni rok niepełnoletności, a Massive Attack zapragnęło być Dzikim Analem. Operacja się udała, pacjent zmarł.
Początek albumu jest całkiem zachęcający. „Future Proof” startuje jak coś Radiohead. Wokal jest monotonny, ale to 3D, więc nic dziwnego, cały album na tym cierpi. Muzycznie jest gęsto. Elektronika, schowane lekko z tyłu gitary, wchodzi żywa perkusja, średnie tempo. W zasadzie zrecenzowałem już cały album, heh. No, ale nie będę się wygłupiał, grzecznie opiszę wszystko. Pojawiają się tu różne dźwięki, robi się bardzo kinowo, czyli w zasadzie kopia Recoil na pełnej. Produkcja jest tak wielkim hołdem dla Anala, jak tylko można, zatem w oóle mnie nie dziwi, że Wujkowi się podoba album. Środek z ostrą gitarą jest fajny, wprawdzie jest ona tak schowana za całą resztą, że funkcjonuje tu bardziej na słowo honoru, ale jest to ok. Tutaj numer mógłby się skończyć, ale z jakiegoś powodu, doklejone jest długie i nudne outro.
„What Your Soul Sings” to autoplagiat „Teardrop”, widać nawet sample i loopy im się pokończyły.
Sinead O’Connor brzmi tu tak niesamowicie anemicznie, że w życiu jej takiej nie słyszałem (ale może po prostu mało słuchałem). W tle przyjemne pady, jest klimacik, ale jednocześnie brzmi to jak jakaś losowa kopia Massive Attack, zmontowana przez zespół, który chciałby być jak Massive Attack, ale brakuje mu pomysłów i talentu. Taka ironia losu. Jak na ten album, to jest to spoko kawałek, ale nic wyjątkowego i niestety w połowie wyczerpuje swoje soki i zaczyna nużyć. Dopiero końcówka robi się fajna, ale to już lekko za późno.
„Everywhen„ zaczyna się naprawdę bardzo spoko. Horace Andy daje radę, muzycznie jest spoko. Jak to na tej płycie, w połowie temat się już wyczerpuje, ale powiedzmy, że tu to aż tak bardzo nie boli, mimo że to jeden z dłuższych kawałków. Na czym utwór cierpi, to mdła produkcja i zbyt prosta kompozycja jak na prawie 8 minut grania. To by mogło zadziałać przy minimalu, ale wywalając z armaty tak gęstą aranżację, człowiek jest zmęczony po kilku minutach. Powtarzanie tych samych motywów, dla powtarzania tych samych motywów, pachnie sztucznym wydłużaniem albumu, ALE to i tak jeden z najjaśniejszych fragmentów tego albumu.
„Special Cases” zaczyna się w fajny, lekko noir sposób. Przesterowany mellotron (przynajmniej tak to brzmi) „wieje” w tle, jest złowieszcza atmosfera ciemnych ulic. Szkoda, że produkcja jest tak wymuskana, bo mogłaby to być prawdziwa petarda. Sinead brzmi już bardziej tak jak lubię, chociaż przyznam też, że nie jestem jakimś wielkim fanem jej głosu. Jest przyzwoicie. Napisałbym solidnie, ale się Wujek obrazi. Wyjątkowo Massive Attack nie przesadzili tu z długością, no ok, może minutę szło obciąć, ale nie ma tu aż takich dłużyzn, klimat dostarcza wystarczająco aby nie było nudy. Dobra rzecz.
O „Butterfly Caught” wypowiadałem się pozytywnie w bestce utworowej, ale na tle albumu jednak traci, głównie ze względu na to, że na tym etapie utwory zaczynają się zlewać. Zbliżone tempo, identyczne zabiegi, podobnie proste, o ile nie prymitywne kompozycje. Wyrwany solo, kawałek naprawdę daje radę, ale w trackliście płyty jest trochę jak wbicie kija w szprychy. 3D nudzi, nudzi niesamowicie, zresztą zawsze nudził. Kawałek mógłby się skończyć w okolicach 4:44, ale Massive Attack robią Anala i męczą konia jeszcze przez 3 minuty. Jest to ok numer, ale do słuchania poza albumem.
„A Prayer for England” ma lekko trip-hopowy vibe, który jednak ginie w mdłej produkcji. Za lekko, za miękko. Fajnie brzmiący, acz mało kreatywny bas. Sinead robi swoją robotę, ale nie ratuje to całego kawałka, który jest wariacją na temat tego samego jednego utworu, z którego zrodziło się 70% tego albumu. Jeden loop w kółko i sporo efekciarstwa.
„Small Time Shot Away” to taki snapshop 00sów. W tym wydaniu, są to nudy. Miękko, mdło, jeszcze 3D na wokalu, dziękuję, postoję. Tylko gra na talerzach jest fajna w tym kawałku.
„Name Taken”, aw shit, here we go again. Podejrzewam, że każdy kawałek cierpi na to samo, co „Butterfly Caught”. Osobno, mogłoby całkiem spoko zadziałać, ale na płycie po prawie godzinie spedzonej z tym brzmienim, człowiek ma już naprawdę dosyć. Horace ratuje sytuację dobrym wokalem (acz ze słabą melodia), ale ile biedak może tu uratować jeśli cała reszta jest genericowa i nieinspirująca? Są fragmenty muzycznie naprawdę dobre i wkurza mnie kiedy takie fragmenty marnowane są na generalnie słabe utwory. Końcówka najlepsza.
„Antistar”, nawet nie wiem o czym tu pisać. Instrumentalny utwór z filmu, który bez tego filmu kompletnie nie działa, a do tego nagrano do niego pseudo-wokal. Nie wiem, może po prostu jestem już na tym etapie zbyt zmęczony tym albumem i tym brzmieniem, żeby coś z tego wyłuskać.
Myslałem nawet, czy nie zrobić jak z London Grammar i nie włączać sobie tych kawałków losowo podczas weekendu, ale potem uznałem, że to bez sensu. Słuchamy tutaj albumów, i to te albumy podlegają naszej ocenie. A, zapomniałem, jest heszcze hidden track. Takie sobie elektroniczne bulbulbul, ale szczerze mówiąc, podoba mi się to. Jedyny moment na płycie, w którym Massive Attack nie przesadzają z niczym.
Zapamiętałem ten album dużo, DUŻO lepiej. Płyta zbudowana na klimacie, z kompozycjami zbudowanymi na kilkusekundowych pętlach z tymi samymi akordami, na które nałożono tony efektów i brzmień. Czasami klimat wystarcza, ale na „100th Window” to jednak za mało. Jest tu kilka naprawdę sympatycznych, a nawet dobrych utworów, być może jest jeszcze więcej, ale efekt morduje słuchanie tego w formie całego, ponadgodzinnego albumu. Brak melodii, pomysłów na piosenki i wokale trzeba czymś wypełnić, ale tak jak pisałem, sam klimat to za mało, bo jest zwyczajnie zbyt monotonnie, a każdy utwór jest wrogiem następnego. Nie będę się bawił w numerki, ale dla mnie to jest taki średni album z kilkoma dobry momentami. Wujas lubi takie ciągnące się godzinami loopy bez żadnego szkieletu, ale ja już nie potrafię się jarać takimi rzeczami, chyba że jest to jakiś minimal ambient. No, ale „100th Window”, nie jest ani ambient, ani tym bardziej minimal. Raczej maximal.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7379
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Massive Attack - 100th Window
Ajjj, do Massive Attack przymierzałem się setki razy i jakoś nigdy, ale to nigdy nie pchnęło mnie do przesłuchania jakiegoś albumu w całości. Próbowałem z pierwszym, potem oczywiście słynne The Mezzanine, zawsze jednak w pewnym momencie przerywałem albo zaczynałem shufflować utwory, ale bez "przysiąścia" do czegoś tak naprawdę. I znów zmusza mnie bestka. Jakie mogę mieć w związku z tym odczucia? Przede wszystkim nieco w kontrze do przedmówcy (za to w zgodzie z wrzucającym), ja akurat Recoil zawsze lubiłem. Owszem, w odpowiednich dawkach, nie za dużych (chyba, że timing dobry, jakoś tak wyszło, że Alana najwięcej słuchałem w lutym, akurat luty jest), ale potrafił wejść idealnie (choć nie jest to najprzystępniejsza rzecz na świecie, aczkolwiek Bloodline to kapitalna płyta, a Hydrology to w ogóle najlepsze, co gość kiedykolwiek stworzył). Po co ten wstęp? Ano z Massive Attack - tym konkretnym krążkiem - powinno mi być przez to podobnie, bo to faktycznie brzmi jak wyciąg z w/w Bloodline, Unsound Methods i Liquid doprawiony dużą ilością cukru i wciśnięty w ładne, uchwycające uwagę osoby słuchającej opakowanie. Taki bardziej komercyjny Recoil, a raczej ktoś nie wiedział, w którą stronę iść, więc przesadził i zrobiło się nazbyt mdło. Ale też nie aż tak mdło.
Zwłaszcza, że start jest super - Future Proof mnie kupiło od razu, klimat numeru jest fantastyczny i faktycznie, z miejsca nasuwają się skojarzenia z Radiohead. Del Naja wyjątkowo nie zamęcza, jego przyciszony wokal przywodzi mi wręcz na myśl Norweskie Purchawki, względnie Tobiasa Wilnera z Blue Foundation. Jest bardzo nastrojowo, lekko mrocznie, w sam raz na tę pogodę, ew. jakieś wieczorne bujanie się po wyludnionym mieście. Dobry numer. What Your Soul Sings niestety wszystko mi rujnuje. Hien wyżej wskazuje na podobieństwa do Teardrop, ja ich... prawie nie słyszę. No dobra, może trochę, tak w okolicach bitu (i też nie zawsze), ale to wcale nie oznacza, że jest dzięki temu nie wiadomo jak magicznie. Przeciwnie - kawałek jest mdły jak pączki z cukierni na moim osiedlu, niby ciekawie wygląda z zewnątrz (no bo O'Connor, etc.), ale nic z tych rzeczy. Dosłownie martwica uszu, takich rzeczy nie ma nawet na najsłabszych edycjach składanek Radia RAM. Ciągnie mi się to niemiłosiernie, nie dzieje się tam absolutnie nic ciekawego, ale właśnie ani to ambient, ani to jednak pewien polot i finezja podobnych, rozbudowanych czasem aż do przesady a mimo to wciąż interesujących pasaży Marksa z Banco de Gaia. Wynudziłem się. Sytuację ratuje Everywhen, które wraca do klimatu Future Proof, choć obcina go mocno do jeszcze bardziej surowej, opartej o samą elektronikę, formy. Na szczęście wychodzi to kawałkowi na dobre - Horace Andy ładnie daje radę, wracam na brudne i mokre ulice, pomiędzy szare i sprawiające wrażenie opuszczonych budynki. Bardzo mi tutaj w ogóle pachnie Karlem Hydem, to jest coś, co mogłoby się znaleźć na odrzutach sesyjnych z nagrań do Edgeland. W przeciwieństwie do zjechanego przeze mnie poprzednika tutaj nic mi się nie dłuży, wszystko płynie (lol) i odpowiednio mnie nastraja. Jestem szczęśliwie zadowolony (znów). Special Cases to trochę to samo, ale na sterydach, i bardziej w stylu Recoil (przypomina mi trochę Don't Look Back). I tutaj Sinéad O'Connor brzmi jakoś normalnie, nie jęczy tak potwornie jakby zza ściany (choć przecież trochę jęczy). Oszczędna bądź co bądź aranżacja pomaga, bit + bas i do tego te iście filmowe stringsy, lekką ręką możnaby tego kawałka użyć na soundtracku do jakiegoś filmu noir, albo chociaż odcinka serialu detektywistyczno-policyjnego (Paradise Circus niestety już do Luthera wzięli). Podoba mi się bardzo. Potem niestety znów się psuje, albowiem wchodzi Butterfly Caught (teraz, obcowawszy z resztą albumu zastanawiam się, dlaczego akurat to wzięli na singiel, I mean, serio? Nie no, serio..?), które już raz zjechałem (2 lata temu, jak ten czas zapieprza...) i - tak bardzo, jak miałem nadzieję, że ponowny z nim kontakt doprowadzi do rewizji oceny - zjadę znów. Powiedzmy, że teraz chyba bardziej do mnie bicik trafia i jestem w stanie coś tam tutaj wybaczyć, albowiem wpasowuje się w ogólny klimat płyty, ale Del Naja brzmi dla mnie jeszcze gorzej, niż brzmiał przy pierwszym z tym utworem kontakcie. Nie wiem, jak to możliwe, że w Future Proof wychodzi mu śpiewanie tak dobrze, a tutaj ta przyciszona paramelorecytacja ma charakter jakiegoś lekko delirycznego smęcenia pod koniec naprawdę suto zakrapianej imprezy. Tak, to jest chyba to, co mnie najbardziej w tym numerze dobija, ten cholerny wokal. Ponadto tu się po prostu trochę za mało dzieje, toż to Recoil potrafił być bardziej porywający. SZCZĘŚLIWIE, tym razem zwróciłem nieco większą uwagę na sam koniec utworu, gdzie znów te mellotronowate smyki robią dużo dobrej roboty. Ale to trochę za mało, żebym nie wiem jak skakał ze szczęścia. No nic, idziemy dalej. A Prayer For England zaczyna się z kolei obiecująco, ale niestety powiela wszystkie błędy What Your Soul Sings - utwór jest strasznie jednostajny, trochę za bardzo jednostajny, żeby mnie kupił. Tzn. to GENERALNIE nie jest nic złego, ale chyba inne oczekiwania miałem względem Massive Attack w stosunku do tego, co dostałem. Albo dołożyłbym trochę instrumentów, albo po prostu parę, nie wiem, brejków w tym wszystkim, znów mamy utwór za bardzo soundtrackowy jak na brak filmu, któremu mógłby towarzyszyć. Wilder był jednak bardziej pomysłowy w tego typu rozwiązaniach, u niego dla mnie każdy niemal numer to jakby osobny film, a tutaj jest ścieżka dźwiękowa, za to nie ma materiału wideo, bo tylko na ścieżkę dźwiękową starczyło budżetu (no, ale robili ją goście z Massive Attack, c'nie?). Co bym z tym zrobił? Przyciął wokal O'Connor, numer skrócił o 1,5 minuty przynajmniej, od razu byłoby lepiej. A tak czuć jakieś desperackie próby wypełnienia czasu dostępnego na krążku. Small Time Shot Away przy tym wszystkim zdaje się być - i jest - miłym wytchnieniem. Takie Röyksopp bez Röyksopp, Future Proof zmiksowane z Everywhen. Przedmówcy zjechali, a mnie się wyjątkowo nieco podoba, ale to też dlatego, że ja od czasu do czasu lubię takie wyciszone kompozycje, gdzie się niewiele dzieje, ale ma to jakiś klimat, trochę senny, trochę odrealniony, taki powrót do łażenia po mieście (wiem, wspominam to drugi raz, nie tylko MA skończyły się pomysły), ale tylko wtedy, kiedy jest to ewidentnie zamierzone - w przypadku Butterfly Caught czy A Prayer For England tak jednak nie było. Numer z jednej strony faktycznie może uchodzić za nieco zbyt długi, ale wciąż mnie klimacikiem kupuje, mogę się skoncentrować na robieniu rzeczy w robocie, czytaniu eseju przed ostatecznym wysłaniem prowadzącej zajęcia, ustawianiu pierdół w Excelu. Ten ambient, który Smoku określił zdaje się mianem miałkiego mnie akurat do gustu przypadł. Lubię takie randomowe, pozornie niepasujące do niczego dźwięki. Talerze, na które zwrócił uwagę imć Jakub faktycznie zasługują na propsy. Tak, tutaj wróciliśmy na właściwe tory. No, tylko że czas się kończy trochę... Jedziemy dalej, mamy Name Taken. Nie wiem, wydaje mi się, że pod koniec płyty spodziewałem się czegoś bardziej, hmmm, zaskakującego? Tzn. sam utwór zły bardzo nie jest, Andy na pewno mu pomaga, podoba mi się bardzo klawisz, basik, ale jest już trochę za długo. W sensie, przyciąć to o 3 minuty i byłoby perfekcyjnie niemal (aczkolwiek faktycznie melodia wokalu mogłaby być nieco inna, bo tutaj już czuję się mocno usypiany xD). Są co prawda w końcu jakieś przejścia, ale minimalne, robione jakby od niechcenia, szybko powrót na stary szlak, już za bardzo wytarty i schodzony po prostu. Dociągam jednak do końca, bo trochę nie mam wyjścia, choć już rzygać mi się chce od mijania po raz setny tego samego drzewa. No, wjeżdża Antistar, które ewidentnie plotuje, żeby mnie zabić - 20 minut tak samo grającej muzyki już po prostu nie zdzierżę, rzucę się przez (setne) okno. O ile zaczyna się jeszcze ciekawie, tą jakby lekko zsyntetyzowaną gitarą, potem wpada bicik ALE NIESTETY, zaraz za nim wchodzi Del Naja, który jeszcze momentami powtarza swoje wyjątkowo udane perfo z Future Proof, ale na dłuższą metę jednak przynudza. Dobrze, że się trochę więcej w muzyce samej dzieje (zwłaszcza tak od 2:44 do 3:40 mniej więcej jest bardzo fajnie), no i końcówka znów mocno recoiluje (hehe), co na szczęście robi dobrą klamrę. Niestety, reszta przyflaczała. Uff, okazałem się być nieogarem, to po prostu tak długa przerwa między ostatnim numerem a hidden trackiem, nieprzytomny już się trochę zrobiłem przy tym albumie. Sam hidden track to ewidentnie jakaś zabawa presetem na klawiszach, która na tyle się spodobała drużynie, że wepchnęli ją na krążek. Cóż, bardziej to o nich świadczy niż o tym hidden tracku...
Co mogę powiedzieć, tak, żeby trochę podsumować Najbardziej Recoil-less Recoil-like album, jaki słyszałem w życiu, trochę się spodziewałem czegoś w klimacie Edgelandu, ale przy tym, co usłyszałem, Edgeland jawi się jako album wręcz disco. Nie jest bardzo źle, żeby nie było, ale cudów też nie ma. Znalazłem dla siebie parę fajnych rzeczy, do których z pewnością będę wracał (Future Proof i Everywhen na dobry początek), no jednak nie zachęca mnie to teraz do sięgnięcia po cokolwiek innego tbh xD Może powinienem był zacząć od Blue Lines i wtedy odbiór byłby inny, nie wiem. Trochę jestem rozczarowany. Acz na taką aurę jak za oknem, to niemal jak znalazł.
Ajjj, do Massive Attack przymierzałem się setki razy i jakoś nigdy, ale to nigdy nie pchnęło mnie do przesłuchania jakiegoś albumu w całości. Próbowałem z pierwszym, potem oczywiście słynne The Mezzanine, zawsze jednak w pewnym momencie przerywałem albo zaczynałem shufflować utwory, ale bez "przysiąścia" do czegoś tak naprawdę. I znów zmusza mnie bestka. Jakie mogę mieć w związku z tym odczucia? Przede wszystkim nieco w kontrze do przedmówcy (za to w zgodzie z wrzucającym), ja akurat Recoil zawsze lubiłem. Owszem, w odpowiednich dawkach, nie za dużych (chyba, że timing dobry, jakoś tak wyszło, że Alana najwięcej słuchałem w lutym, akurat luty jest), ale potrafił wejść idealnie (choć nie jest to najprzystępniejsza rzecz na świecie, aczkolwiek Bloodline to kapitalna płyta, a Hydrology to w ogóle najlepsze, co gość kiedykolwiek stworzył). Po co ten wstęp? Ano z Massive Attack - tym konkretnym krążkiem - powinno mi być przez to podobnie, bo to faktycznie brzmi jak wyciąg z w/w Bloodline, Unsound Methods i Liquid doprawiony dużą ilością cukru i wciśnięty w ładne, uchwycające uwagę osoby słuchającej opakowanie. Taki bardziej komercyjny Recoil, a raczej ktoś nie wiedział, w którą stronę iść, więc przesadził i zrobiło się nazbyt mdło. Ale też nie aż tak mdło.
Zwłaszcza, że start jest super - Future Proof mnie kupiło od razu, klimat numeru jest fantastyczny i faktycznie, z miejsca nasuwają się skojarzenia z Radiohead. Del Naja wyjątkowo nie zamęcza, jego przyciszony wokal przywodzi mi wręcz na myśl Norweskie Purchawki, względnie Tobiasa Wilnera z Blue Foundation. Jest bardzo nastrojowo, lekko mrocznie, w sam raz na tę pogodę, ew. jakieś wieczorne bujanie się po wyludnionym mieście. Dobry numer. What Your Soul Sings niestety wszystko mi rujnuje. Hien wyżej wskazuje na podobieństwa do Teardrop, ja ich... prawie nie słyszę. No dobra, może trochę, tak w okolicach bitu (i też nie zawsze), ale to wcale nie oznacza, że jest dzięki temu nie wiadomo jak magicznie. Przeciwnie - kawałek jest mdły jak pączki z cukierni na moim osiedlu, niby ciekawie wygląda z zewnątrz (no bo O'Connor, etc.), ale nic z tych rzeczy. Dosłownie martwica uszu, takich rzeczy nie ma nawet na najsłabszych edycjach składanek Radia RAM. Ciągnie mi się to niemiłosiernie, nie dzieje się tam absolutnie nic ciekawego, ale właśnie ani to ambient, ani to jednak pewien polot i finezja podobnych, rozbudowanych czasem aż do przesady a mimo to wciąż interesujących pasaży Marksa z Banco de Gaia. Wynudziłem się. Sytuację ratuje Everywhen, które wraca do klimatu Future Proof, choć obcina go mocno do jeszcze bardziej surowej, opartej o samą elektronikę, formy. Na szczęście wychodzi to kawałkowi na dobre - Horace Andy ładnie daje radę, wracam na brudne i mokre ulice, pomiędzy szare i sprawiające wrażenie opuszczonych budynki. Bardzo mi tutaj w ogóle pachnie Karlem Hydem, to jest coś, co mogłoby się znaleźć na odrzutach sesyjnych z nagrań do Edgeland. W przeciwieństwie do zjechanego przeze mnie poprzednika tutaj nic mi się nie dłuży, wszystko płynie (lol) i odpowiednio mnie nastraja. Jestem szczęśliwie zadowolony (znów). Special Cases to trochę to samo, ale na sterydach, i bardziej w stylu Recoil (przypomina mi trochę Don't Look Back). I tutaj Sinéad O'Connor brzmi jakoś normalnie, nie jęczy tak potwornie jakby zza ściany (choć przecież trochę jęczy). Oszczędna bądź co bądź aranżacja pomaga, bit + bas i do tego te iście filmowe stringsy, lekką ręką możnaby tego kawałka użyć na soundtracku do jakiegoś filmu noir, albo chociaż odcinka serialu detektywistyczno-policyjnego (Paradise Circus niestety już do Luthera wzięli). Podoba mi się bardzo. Potem niestety znów się psuje, albowiem wchodzi Butterfly Caught (teraz, obcowawszy z resztą albumu zastanawiam się, dlaczego akurat to wzięli na singiel, I mean, serio? Nie no, serio..?), które już raz zjechałem (2 lata temu, jak ten czas zapieprza...) i - tak bardzo, jak miałem nadzieję, że ponowny z nim kontakt doprowadzi do rewizji oceny - zjadę znów. Powiedzmy, że teraz chyba bardziej do mnie bicik trafia i jestem w stanie coś tam tutaj wybaczyć, albowiem wpasowuje się w ogólny klimat płyty, ale Del Naja brzmi dla mnie jeszcze gorzej, niż brzmiał przy pierwszym z tym utworem kontakcie. Nie wiem, jak to możliwe, że w Future Proof wychodzi mu śpiewanie tak dobrze, a tutaj ta przyciszona paramelorecytacja ma charakter jakiegoś lekko delirycznego smęcenia pod koniec naprawdę suto zakrapianej imprezy. Tak, to jest chyba to, co mnie najbardziej w tym numerze dobija, ten cholerny wokal. Ponadto tu się po prostu trochę za mało dzieje, toż to Recoil potrafił być bardziej porywający. SZCZĘŚLIWIE, tym razem zwróciłem nieco większą uwagę na sam koniec utworu, gdzie znów te mellotronowate smyki robią dużo dobrej roboty. Ale to trochę za mało, żebym nie wiem jak skakał ze szczęścia. No nic, idziemy dalej. A Prayer For England zaczyna się z kolei obiecująco, ale niestety powiela wszystkie błędy What Your Soul Sings - utwór jest strasznie jednostajny, trochę za bardzo jednostajny, żeby mnie kupił. Tzn. to GENERALNIE nie jest nic złego, ale chyba inne oczekiwania miałem względem Massive Attack w stosunku do tego, co dostałem. Albo dołożyłbym trochę instrumentów, albo po prostu parę, nie wiem, brejków w tym wszystkim, znów mamy utwór za bardzo soundtrackowy jak na brak filmu, któremu mógłby towarzyszyć. Wilder był jednak bardziej pomysłowy w tego typu rozwiązaniach, u niego dla mnie każdy niemal numer to jakby osobny film, a tutaj jest ścieżka dźwiękowa, za to nie ma materiału wideo, bo tylko na ścieżkę dźwiękową starczyło budżetu (no, ale robili ją goście z Massive Attack, c'nie?). Co bym z tym zrobił? Przyciął wokal O'Connor, numer skrócił o 1,5 minuty przynajmniej, od razu byłoby lepiej. A tak czuć jakieś desperackie próby wypełnienia czasu dostępnego na krążku. Small Time Shot Away przy tym wszystkim zdaje się być - i jest - miłym wytchnieniem. Takie Röyksopp bez Röyksopp, Future Proof zmiksowane z Everywhen. Przedmówcy zjechali, a mnie się wyjątkowo nieco podoba, ale to też dlatego, że ja od czasu do czasu lubię takie wyciszone kompozycje, gdzie się niewiele dzieje, ale ma to jakiś klimat, trochę senny, trochę odrealniony, taki powrót do łażenia po mieście (wiem, wspominam to drugi raz, nie tylko MA skończyły się pomysły), ale tylko wtedy, kiedy jest to ewidentnie zamierzone - w przypadku Butterfly Caught czy A Prayer For England tak jednak nie było. Numer z jednej strony faktycznie może uchodzić za nieco zbyt długi, ale wciąż mnie klimacikiem kupuje, mogę się skoncentrować na robieniu rzeczy w robocie, czytaniu eseju przed ostatecznym wysłaniem prowadzącej zajęcia, ustawianiu pierdół w Excelu. Ten ambient, który Smoku określił zdaje się mianem miałkiego mnie akurat do gustu przypadł. Lubię takie randomowe, pozornie niepasujące do niczego dźwięki. Talerze, na które zwrócił uwagę imć Jakub faktycznie zasługują na propsy. Tak, tutaj wróciliśmy na właściwe tory. No, tylko że czas się kończy trochę... Jedziemy dalej, mamy Name Taken. Nie wiem, wydaje mi się, że pod koniec płyty spodziewałem się czegoś bardziej, hmmm, zaskakującego? Tzn. sam utwór zły bardzo nie jest, Andy na pewno mu pomaga, podoba mi się bardzo klawisz, basik, ale jest już trochę za długo. W sensie, przyciąć to o 3 minuty i byłoby perfekcyjnie niemal (aczkolwiek faktycznie melodia wokalu mogłaby być nieco inna, bo tutaj już czuję się mocno usypiany xD). Są co prawda w końcu jakieś przejścia, ale minimalne, robione jakby od niechcenia, szybko powrót na stary szlak, już za bardzo wytarty i schodzony po prostu. Dociągam jednak do końca, bo trochę nie mam wyjścia, choć już rzygać mi się chce od mijania po raz setny tego samego drzewa. No, wjeżdża Antistar, które ewidentnie plotuje, żeby mnie zabić - 20 minut tak samo grającej muzyki już po prostu nie zdzierżę, rzucę się przez (setne) okno. O ile zaczyna się jeszcze ciekawie, tą jakby lekko zsyntetyzowaną gitarą, potem wpada bicik ALE NIESTETY, zaraz za nim wchodzi Del Naja, który jeszcze momentami powtarza swoje wyjątkowo udane perfo z Future Proof, ale na dłuższą metę jednak przynudza. Dobrze, że się trochę więcej w muzyce samej dzieje (zwłaszcza tak od 2:44 do 3:40 mniej więcej jest bardzo fajnie), no i końcówka znów mocno recoiluje (hehe), co na szczęście robi dobrą klamrę. Niestety, reszta przyflaczała. Uff, okazałem się być nieogarem, to po prostu tak długa przerwa między ostatnim numerem a hidden trackiem, nieprzytomny już się trochę zrobiłem przy tym albumie. Sam hidden track to ewidentnie jakaś zabawa presetem na klawiszach, która na tyle się spodobała drużynie, że wepchnęli ją na krążek. Cóż, bardziej to o nich świadczy niż o tym hidden tracku...
Co mogę powiedzieć, tak, żeby trochę podsumować Najbardziej Recoil-less Recoil-like album, jaki słyszałem w życiu, trochę się spodziewałem czegoś w klimacie Edgelandu, ale przy tym, co usłyszałem, Edgeland jawi się jako album wręcz disco. Nie jest bardzo źle, żeby nie było, ale cudów też nie ma. Znalazłem dla siebie parę fajnych rzeczy, do których z pewnością będę wracał (Future Proof i Everywhen na dobry początek), no jednak nie zachęca mnie to teraz do sięgnięcia po cokolwiek innego tbh xD Może powinienem był zacząć od Blue Lines i wtedy odbiór byłby inny, nie wiem. Trochę jestem rozczarowany. Acz na taką aurę jak za oknem, to niemal jak znalazł.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Czy ja gdzieś napisałem, że nie lubię Recoil?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7379
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Za bardzo uprościłem, za co przepraszam - chodziło mi o to, że tam, gdzie Tobie się te filmowe aranże średnio podobają, ja znajduję atut.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24627
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Filmowe aranże są dobre kiedy są dobre (Paulo Coelho). Tu są średnie.
A Recoil to nie tylko filmowe aranże.
A Recoil to nie tylko filmowe aranże.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10311
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Noo gdyby 100th Window było jak Bloodline to byłoby 3 razy lepsze