Best of Forum II
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
może chce się dowiedzieć jak utrzymać idiotów w niepewności
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No mistrzowie dawać, dawać. 
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wiemy że jesteś w tym mistrzem
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Popol Vuh - Morgengruss
Ok, powstrzymam się tutaj z odniesieniami do WIADOMO KOGO, choć znam takie wydawnictwa, że to się aż samo prosi xD wybiorę więc kogoś innego. Jest taki koleś, który nazywa się Vic Mars i wydaje głównie pod egidą Clay Pipe Music. Ma zwłaszcza 2 albumy, które mocno kojarzą mi się z tą wrzutką. Jest... no właśnie, jak? Naturalnie, ale w kontekście natury xD krótki utwór będący doskonałą ilustracją słonecznego października, czyli dokładnie tego, co mamy w tej chwili za oknem. Idealne na spacer po południowej części Radogoszcza z podejściem ulicą Leszczynową do Parku Julianowskiego od strony pozostałości tzw. Cyganki (Hien wie, o czym mówię). Numer kończy się dokładnie w momencie, w którym dochodzę nad staw. Wtedy powinno polecieć Wonderful Life od Blacka, po nim Souvenir of China Jarre'a, potem coś od Camouflage... i mam rok 2005. Zamiast tego siedzę w swoim smutnym warszawskim pokoju, a następne wyskakuje Autumn Richenela i i tak mam ochotę wyjść na zewnątrz, bo pogoda cudowna. Siadło wprost doskonale, odrobinę progresywne, odrobinę muzakowate, mocno dla tła i dokładnie tej aury, która teraz wokół. Świetne otwarcie kolejki.
Richenel - Autumn
Jak już zacząłem w poprzednim opisie, również siedzi. Głos gościa świetny, bit luźny jak guma w gaciach, bas pracuje wprost doskonale. Klawisze dodają lekkiego melancholijnego taczu, ale jest w tym jakiś taki... swag. Bardzo fajnie się tego słucha i tytuł pasuje idealnie na ten czas. Nie ma tutaj może jakiejś szałowości, ale jest po prostu dobrze. Całość ocieka 90sami przeokrutnie, wysyła mnie w przeszłość, której prawie już nie pamiętam, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Kojarzy się ze słuchaniem obskjurowych kaset ze starej wieży Grundiga w jakimś przydymionym pokoju wyłożonym od góry do dołu ciemnobrązową boazerią. Ktoś pali szluga, ktoś pije taniego browara, ktoś wygląda przez okno obserwując ostatnie promienie październikowego słońca, jest w pytę. Taki numer do zjarania się z dziewuchą i pobujania po salonie (wyłożonym boazerią).
The Smile - Open the Floodgates
Hien nie pozwala zwolnić tempu jesiennej chandry rozpętanej tą kolejką, mamy Yorke'a będącego Yorkem i Radiohead, które niby nie jest Radiohead, ale jest. Teraz już zapadł zmrok, nie ma Parku Julianowskiego, nie ma ulicy Leszczynowej ani nawet Sowińskiego, dziewucha wyprosiła z mieszkania, zapada zmrok i przechodzimy na Trawiastą do Żywokostowej (Hien nadal wie, o co chodzi). Kominy z domków poniemieckich pompują w powietrze nieskończone wprost ilości benzoalfapirenu, gdzieś szczeka pies, ktoś przemyka między ogrodzeniami z wiadrem węgla (teraz już raczej nie huehuehue), robi się chłodno i mało przyjemnie, ale do domu też jakoś nie ciągnie. W ogóle to dość zabawne, bo wiedziałem, że Yorke montował różne rzeczy poza Radiogłowymi, ale poza Atoms for Peace nie słyszałem nic innego. Nie przypomnę sobie w tej chwili, czy Kuba wspominał mi o tym zespole, czy też nie, ale cieszę się, że go generalnie właśnie poznałem, bo mam kolejny dobry numer na jesień dla siebie. Jesień, która dla mnie się dopiero rozkręca. I będzie ciężka i nędzna i okrutna, więc brzmienie mam jak znalazł. Jak Dragon wyłapał złoto a Jacek brąz, Hienałcze dostaje srebro (ale nie jako jedyny), gdyż większe szanse mam na łażenie po smutnych i zapadniętych rejonach Warszawy niż jaranie zielska wśród boazerii.
Bleachers - Chinatown
Srebro ex aequo z Hienem wpada Shodanowi. Cóż to jest za numer, co to za dźwięki, co to za czysta przyjemność z odsłuchu. Znów dostaję jesienią po ryju, wracam w sumie do Parku Julianowskiego, idę sobie na muszlę koncertową, potem do drewnianego mostku i stamtąd - obok altany zakochanych - dobijam do ulicy Folwarcznej. Zabłądzę między modernistycznymi willami, niskimi, murowanymi domkami w stylu lat 70., i nowobogackimi molochami wciśniętymi między dwa pierwsze. Światła lamp sodowych czynią moją twarz podobną do tej Trumpa w ostatniej kampanii prezydenckiej. Nieznany do tej pory wykonawca otworzy mnie na nowe doznania, a Springsteen znów przypomni rok 2005 (bo miałem wówczas fazę na jego największe hiciory), tak więc wszystko jest idealnie na swoim miejscu. Aż żałuję, że nie jestem w Łodzi! Ten numer to jest taki trochę totalnie contemporary radio-friendly rock, i nawet jeśli dzięki udziałowi Bossa ma sznyt lekko dziaderski, to ja mam to w dupie, jak mawiał n.ś.p. Jerzy Urban. Jest wspaniale, kapitalna propozycja, ląduje w moich prywatnych zbiorach, no kocham wprost. Nagle brak boazerii tak bardzo nie przeszkadza.
The Knife - Without You My Life Would Be Boring
Kontynuuję spacer i zostaję zaproszony przez dziwnie wyglądających ludzi na imprezę z dziwnie wyglądającymi ludźmi. Ktoś od wejścia proponuje mi MDMA, ktoś kwas, ktoś jeszcze każe mi zostać czystym, bo trzeba być straight edge. Na improwizowanym barze polewają mi bezalkoholowego Martini. Z głośników sączy się to, DJem przy mocno zakurzonej konsoli jest Mentos, który z jakiegoś powodu odpala szluga od szluga. Ludzie tańczą w przyciemnionym pomieszczeniu w przyciemnionym podpiwniczeniu niby w transie, ja... nie do końca wiem, co tu robię. To akurat nawet interesujące, gdyż parę dni temu miałem okazję wziąć udział w zajęciach tanecznych, które more or less miały podobny klimat (z tym, że całkowicie na trzeźwo ofc) i mi się bardzo spodobały, a tutaj... Widać, że najlepiej bawi się DJ. Chcę do niego podejść, zaproponować, by puścił Jamiroquai albo coś takiego, może przy okazji obstawi fajkę? Niestety, ten kompletnie mnie ignoruje. Tak samo, jak ja ignoruję brzmienie tego numeru, choć The Knife znam, Karin Dreijer Andersson znam również solo (jako Fever Ray) i lubię nawet (choć jej głos na dłuższą metę męczy). Nie mogę się wkręcić. Albo ja jestem zbyt trzeźwy, albo ludzie wokół mnie zbyt wyćpani. Wychodzę, czas biec na autobus (a potem cichy tydzień w domu).
Ok, powstrzymam się tutaj z odniesieniami do WIADOMO KOGO, choć znam takie wydawnictwa, że to się aż samo prosi xD wybiorę więc kogoś innego. Jest taki koleś, który nazywa się Vic Mars i wydaje głównie pod egidą Clay Pipe Music. Ma zwłaszcza 2 albumy, które mocno kojarzą mi się z tą wrzutką. Jest... no właśnie, jak? Naturalnie, ale w kontekście natury xD krótki utwór będący doskonałą ilustracją słonecznego października, czyli dokładnie tego, co mamy w tej chwili za oknem. Idealne na spacer po południowej części Radogoszcza z podejściem ulicą Leszczynową do Parku Julianowskiego od strony pozostałości tzw. Cyganki (Hien wie, o czym mówię). Numer kończy się dokładnie w momencie, w którym dochodzę nad staw. Wtedy powinno polecieć Wonderful Life od Blacka, po nim Souvenir of China Jarre'a, potem coś od Camouflage... i mam rok 2005. Zamiast tego siedzę w swoim smutnym warszawskim pokoju, a następne wyskakuje Autumn Richenela i i tak mam ochotę wyjść na zewnątrz, bo pogoda cudowna. Siadło wprost doskonale, odrobinę progresywne, odrobinę muzakowate, mocno dla tła i dokładnie tej aury, która teraz wokół. Świetne otwarcie kolejki.
Richenel - Autumn
Jak już zacząłem w poprzednim opisie, również siedzi. Głos gościa świetny, bit luźny jak guma w gaciach, bas pracuje wprost doskonale. Klawisze dodają lekkiego melancholijnego taczu, ale jest w tym jakiś taki... swag. Bardzo fajnie się tego słucha i tytuł pasuje idealnie na ten czas. Nie ma tutaj może jakiejś szałowości, ale jest po prostu dobrze. Całość ocieka 90sami przeokrutnie, wysyła mnie w przeszłość, której prawie już nie pamiętam, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Kojarzy się ze słuchaniem obskjurowych kaset ze starej wieży Grundiga w jakimś przydymionym pokoju wyłożonym od góry do dołu ciemnobrązową boazerią. Ktoś pali szluga, ktoś pije taniego browara, ktoś wygląda przez okno obserwując ostatnie promienie październikowego słońca, jest w pytę. Taki numer do zjarania się z dziewuchą i pobujania po salonie (wyłożonym boazerią).
The Smile - Open the Floodgates
Hien nie pozwala zwolnić tempu jesiennej chandry rozpętanej tą kolejką, mamy Yorke'a będącego Yorkem i Radiohead, które niby nie jest Radiohead, ale jest. Teraz już zapadł zmrok, nie ma Parku Julianowskiego, nie ma ulicy Leszczynowej ani nawet Sowińskiego, dziewucha wyprosiła z mieszkania, zapada zmrok i przechodzimy na Trawiastą do Żywokostowej (Hien nadal wie, o co chodzi). Kominy z domków poniemieckich pompują w powietrze nieskończone wprost ilości benzoalfapirenu, gdzieś szczeka pies, ktoś przemyka między ogrodzeniami z wiadrem węgla (teraz już raczej nie huehuehue), robi się chłodno i mało przyjemnie, ale do domu też jakoś nie ciągnie. W ogóle to dość zabawne, bo wiedziałem, że Yorke montował różne rzeczy poza Radiogłowymi, ale poza Atoms for Peace nie słyszałem nic innego. Nie przypomnę sobie w tej chwili, czy Kuba wspominał mi o tym zespole, czy też nie, ale cieszę się, że go generalnie właśnie poznałem, bo mam kolejny dobry numer na jesień dla siebie. Jesień, która dla mnie się dopiero rozkręca. I będzie ciężka i nędzna i okrutna, więc brzmienie mam jak znalazł. Jak Dragon wyłapał złoto a Jacek brąz, Hienałcze dostaje srebro (ale nie jako jedyny), gdyż większe szanse mam na łażenie po smutnych i zapadniętych rejonach Warszawy niż jaranie zielska wśród boazerii.
Bleachers - Chinatown
Srebro ex aequo z Hienem wpada Shodanowi. Cóż to jest za numer, co to za dźwięki, co to za czysta przyjemność z odsłuchu. Znów dostaję jesienią po ryju, wracam w sumie do Parku Julianowskiego, idę sobie na muszlę koncertową, potem do drewnianego mostku i stamtąd - obok altany zakochanych - dobijam do ulicy Folwarcznej. Zabłądzę między modernistycznymi willami, niskimi, murowanymi domkami w stylu lat 70., i nowobogackimi molochami wciśniętymi między dwa pierwsze. Światła lamp sodowych czynią moją twarz podobną do tej Trumpa w ostatniej kampanii prezydenckiej. Nieznany do tej pory wykonawca otworzy mnie na nowe doznania, a Springsteen znów przypomni rok 2005 (bo miałem wówczas fazę na jego największe hiciory), tak więc wszystko jest idealnie na swoim miejscu. Aż żałuję, że nie jestem w Łodzi! Ten numer to jest taki trochę totalnie contemporary radio-friendly rock, i nawet jeśli dzięki udziałowi Bossa ma sznyt lekko dziaderski, to ja mam to w dupie, jak mawiał n.ś.p. Jerzy Urban. Jest wspaniale, kapitalna propozycja, ląduje w moich prywatnych zbiorach, no kocham wprost. Nagle brak boazerii tak bardzo nie przeszkadza.
The Knife - Without You My Life Would Be Boring
Kontynuuję spacer i zostaję zaproszony przez dziwnie wyglądających ludzi na imprezę z dziwnie wyglądającymi ludźmi. Ktoś od wejścia proponuje mi MDMA, ktoś kwas, ktoś jeszcze każe mi zostać czystym, bo trzeba być straight edge. Na improwizowanym barze polewają mi bezalkoholowego Martini. Z głośników sączy się to, DJem przy mocno zakurzonej konsoli jest Mentos, który z jakiegoś powodu odpala szluga od szluga. Ludzie tańczą w przyciemnionym pomieszczeniu w przyciemnionym podpiwniczeniu niby w transie, ja... nie do końca wiem, co tu robię. To akurat nawet interesujące, gdyż parę dni temu miałem okazję wziąć udział w zajęciach tanecznych, które more or less miały podobny klimat (z tym, że całkowicie na trzeźwo ofc) i mi się bardzo spodobały, a tutaj... Widać, że najlepiej bawi się DJ. Chcę do niego podejść, zaproponować, by puścił Jamiroquai albo coś takiego, może przy okazji obstawi fajkę? Niestety, ten kompletnie mnie ignoruje. Tak samo, jak ja ignoruję brzmienie tego numeru, choć The Knife znam, Karin Dreijer Andersson znam również solo (jako Fever Ray) i lubię nawet (choć jej głos na dłuższą metę męczy). Nie mogę się wkręcić. Albo ja jestem zbyt trzeźwy, albo ludzie wokół mnie zbyt wyćpani. Wychodzę, czas biec na autobus (a potem cichy tydzień w domu).
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Zaraz zaraz, shodan też.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Generalnie to wiem o co chodzi.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Jestem i ja
Popol Vuh - Morgengruß
W tej edycji zabawy parę osób parę razy zwróciło uwagę, że wrzucam rzeczy, które brzmią na wyrwane z kontekstu jakiejś większej całości. Pewnie macie rację, pewnie połowę tych rzeczy wrzucę raz jeszcze za te kilkanaście lat, kiedy to cała ludzkość będzie siedzieć w schronach atomowych i siedzenie na forach php będzie jedną z nielicznych rozrywek w postapokaliptycznej dystopii. Tak czy siak, no to jest mój główny "zarzut" wobec tej wrzuty, bo mam wrażenie, że to jest jakiś wyrwany z kontekstu fragment czegoś większego, nie wiem, może jakiejś suity, może jakiegoś przerywnika na płycie. Ale fajne to, klimatyczne, takie ŁADNE, przywołuje to miłe uczucie tęksnoty za cholera wie czym - nie wiem, niech będzie, że za psem Murzynem (nigdy takowego nie miałem, ale to detal) i generalnie to z czymś mi się mocno kojarzy, ale za cholerę nie umiem napisać z czym. xD No jest okejka no.
Richenel - Autumn
Wspomnienie o jesieni 2016 przypomniało mi o jesieni 2016, która to generalnie była w moim życiu więcej niż dobrym okresem i lubię sobie czasem doń wrócic wspomnieniami. No i w sumie fajnie byłoby wiązać sobie pozytywny numer z pozytywnym okresem w życiu, acz jednak cięzko robić to w przypadku piosenki o rozstaniu, bo, heh, no ja się wówczas z nikim nie rozstawałem, takie tam. Lubię takie pozytywne numery o niby niepozytywnych sprawach, lubię ten SLACKERSKI vibe kawałka, no i faktycznie ta okładka ma klimat jakiegoś zdjęcia zrobionego w czasach, gdy życie było prostsze, a woda mokrzejsza czy coś. Nie skojarzyłbym tego z GTA w sumie, ale tbh ja tych funkowych stacji to zbyt często tam nie słuchałem, więc co ja tam wiem. No tak czy siak daje soga, możliwe, że ta wrzuta u mnie urośnie, możliwe, że stwierdzę, że w sumie to można byłoby ją skrócić, ale jest funky i jest okej no.
The Smile - Open The Floodgates
Tak z 4-5 lat temu, gdy jeszcze perspektywa trójki z przodu była dla mnie relatywnie odległa, miałem takiego kolegę Bartosza i śmiałem się z rówieśnikami, że ten kryzys wieku średniego to musi być przerypana sprawa, bo typ zaczął właśnie po trzydziestce forsować memy z papieżem oraz jarać się Radiohead. Minęło parę lat i sam polubiłem Radiohead oraz memy z papieżem.
To w sumie ciekawe, chyba faktycznie to jest ta muzyka do której trzeba dojrzeć, bo jeszcze z parę lat temu bym napisał, że Yorke wyje jak zbity pies Murzyn, że pitolenie na pianinku, że wkurza ten motyw brzmiący jak melodyjka z sygnalizacji drogowej, to, tamto i siamto. A teraz? A teraz to to nawet mi się podoba. Po prostu tak o. xD
Bleachers – Chinatown
Faktycznie jakiś taki groch z kapustą - tu niby jakiś dadrock, tu niby jakiś altrock ze wczesnych 00'sów, no i jeszcze ten Springsteen, który brzmi jakby się zagubił w studio i z nudów wykonał sobie zwrotkę. Brakuje chyba tylko jakichś rapujących murzynów... Parę miesięcy temu była moda na wykorzystywanie generatorów AI do robienia jakichś totalnie losowych grafik, tutaj mam wrażenie, że ktoś właśnie stworzył w takowym najbardziej typową piosenkę dla typowego amerykanina w wieku 17-59 i dopisał ad hoc ft. Bruce Springsteen. xD Niby wyszło lepiej niż te koszmarne grafiki, ale nie będę do tego wracał, to chyba nie jest muzyka dla mnie.
Donna Regina - A Quiet Week In The House
Przez dni, tygodnie, miesiące Musiał był takim moim prywatnym murzynem do bicia - prawie nigdy mi się nic z jego strony nie podobało, ale od pewnego czasu karta się odwróciła i słucham jego propozycji z taką pewną przyjemnością. Nigdy nie słuchałem Radia RAM, ani tym bardziej ich składanek, aczkolwiek mogę wam wyznać, że w latach 2017-18 mieszkałem kilkaset metrów obok ich siedziby i często ją mijałem na spacerach czy w drodze do pracy. Gdybym wtedy wiedział, że to miejsce miało aż taki wpływ na edukację muzyczną kolegi Adriana, to bym pewnie nic nie zrobił. Nie wiem, nie znam się na tych szufladkach współczesnej elektroniki, to mi trochę brzmi jakby ktoś sobie wziął trochę z Goldfrapp, trochę z Massive Attack, trochę z Boards of Canada i tak sobie to zategotał i wymieszał i wyszło takie fajne o. Generalnie to zabrzmi to może jak potencjalny kolejny cytat do Złotych Ust, ale kojarzy mi się ten utwór z sytuacją i stanem, który mogłem kiedyś doświadczyć, ale nie umiem go dokładnie opisać. xD Tak czy siak będę pewnie do tego utworu wracał i kto wie - może się dowiem! A, i fajna okładka BTW.
No to ten, fajna kolejeczka wyszła. Jakem jesieniara praktycznie wszystko propsuje, może poza Bleachers, ale i tak wstrzeliło sie w klimat. A teraz idę założyć płaszcz oraz potaplać się w suchych liściach w parku oraz poobrzucać przechodniów kasztanami czy coś.
Popol Vuh - Morgengruß
W tej edycji zabawy parę osób parę razy zwróciło uwagę, że wrzucam rzeczy, które brzmią na wyrwane z kontekstu jakiejś większej całości. Pewnie macie rację, pewnie połowę tych rzeczy wrzucę raz jeszcze za te kilkanaście lat, kiedy to cała ludzkość będzie siedzieć w schronach atomowych i siedzenie na forach php będzie jedną z nielicznych rozrywek w postapokaliptycznej dystopii. Tak czy siak, no to jest mój główny "zarzut" wobec tej wrzuty, bo mam wrażenie, że to jest jakiś wyrwany z kontekstu fragment czegoś większego, nie wiem, może jakiejś suity, może jakiegoś przerywnika na płycie. Ale fajne to, klimatyczne, takie ŁADNE, przywołuje to miłe uczucie tęksnoty za cholera wie czym - nie wiem, niech będzie, że za psem Murzynem (nigdy takowego nie miałem, ale to detal) i generalnie to z czymś mi się mocno kojarzy, ale za cholerę nie umiem napisać z czym. xD No jest okejka no.
Richenel - Autumn
Wspomnienie o jesieni 2016 przypomniało mi o jesieni 2016, która to generalnie była w moim życiu więcej niż dobrym okresem i lubię sobie czasem doń wrócic wspomnieniami. No i w sumie fajnie byłoby wiązać sobie pozytywny numer z pozytywnym okresem w życiu, acz jednak cięzko robić to w przypadku piosenki o rozstaniu, bo, heh, no ja się wówczas z nikim nie rozstawałem, takie tam. Lubię takie pozytywne numery o niby niepozytywnych sprawach, lubię ten SLACKERSKI vibe kawałka, no i faktycznie ta okładka ma klimat jakiegoś zdjęcia zrobionego w czasach, gdy życie było prostsze, a woda mokrzejsza czy coś. Nie skojarzyłbym tego z GTA w sumie, ale tbh ja tych funkowych stacji to zbyt często tam nie słuchałem, więc co ja tam wiem. No tak czy siak daje soga, możliwe, że ta wrzuta u mnie urośnie, możliwe, że stwierdzę, że w sumie to można byłoby ją skrócić, ale jest funky i jest okej no.
The Smile - Open The Floodgates
Tak z 4-5 lat temu, gdy jeszcze perspektywa trójki z przodu była dla mnie relatywnie odległa, miałem takiego kolegę Bartosza i śmiałem się z rówieśnikami, że ten kryzys wieku średniego to musi być przerypana sprawa, bo typ zaczął właśnie po trzydziestce forsować memy z papieżem oraz jarać się Radiohead. Minęło parę lat i sam polubiłem Radiohead oraz memy z papieżem.
Bleachers – Chinatown
Faktycznie jakiś taki groch z kapustą - tu niby jakiś dadrock, tu niby jakiś altrock ze wczesnych 00'sów, no i jeszcze ten Springsteen, który brzmi jakby się zagubił w studio i z nudów wykonał sobie zwrotkę. Brakuje chyba tylko jakichś rapujących murzynów... Parę miesięcy temu była moda na wykorzystywanie generatorów AI do robienia jakichś totalnie losowych grafik, tutaj mam wrażenie, że ktoś właśnie stworzył w takowym najbardziej typową piosenkę dla typowego amerykanina w wieku 17-59 i dopisał ad hoc ft. Bruce Springsteen. xD Niby wyszło lepiej niż te koszmarne grafiki, ale nie będę do tego wracał, to chyba nie jest muzyka dla mnie.
Donna Regina - A Quiet Week In The House
Przez dni, tygodnie, miesiące Musiał był takim moim prywatnym murzynem do bicia - prawie nigdy mi się nic z jego strony nie podobało, ale od pewnego czasu karta się odwróciła i słucham jego propozycji z taką pewną przyjemnością. Nigdy nie słuchałem Radia RAM, ani tym bardziej ich składanek, aczkolwiek mogę wam wyznać, że w latach 2017-18 mieszkałem kilkaset metrów obok ich siedziby i często ją mijałem na spacerach czy w drodze do pracy. Gdybym wtedy wiedział, że to miejsce miało aż taki wpływ na edukację muzyczną kolegi Adriana, to bym pewnie nic nie zrobił. Nie wiem, nie znam się na tych szufladkach współczesnej elektroniki, to mi trochę brzmi jakby ktoś sobie wziął trochę z Goldfrapp, trochę z Massive Attack, trochę z Boards of Canada i tak sobie to zategotał i wymieszał i wyszło takie fajne o. Generalnie to zabrzmi to może jak potencjalny kolejny cytat do Złotych Ust, ale kojarzy mi się ten utwór z sytuacją i stanem, który mogłem kiedyś doświadczyć, ale nie umiem go dokładnie opisać. xD Tak czy siak będę pewnie do tego utworu wracał i kto wie - może się dowiem! A, i fajna okładka BTW.
No to ten, fajna kolejeczka wyszła. Jakem jesieniara praktycznie wszystko propsuje, może poza Bleachers, ale i tak wstrzeliło sie w klimat. A teraz idę założyć płaszcz oraz potaplać się w suchych liściach w parku oraz poobrzucać przechodniów kasztanami czy coś.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jak się jeszcze ładnie skasztanisz, to już w ogóle będzie jesiennie.
Fajnie, dziękuję wszystkim za dziarską kolejeczkę. Fajne numery żeśta wrzucili i oby w następnej kolejce zaś tak fajno było.
Fajnie, dziękuję wszystkim za dziarską kolejeczkę. Fajne numery żeśta wrzucili i oby w następnej kolejce zaś tak fajno było.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejeczka była całkiem niezła, jeśli przynajmniej taki poziom się utrzyma będę zadowolony. Tymczasem jadę z następną wrzutą.
Powiem Wam że rozplanowałem sobie w czasie już tą drugą 25. do końca, miałem tylko jeden powiedzmy luźny slot jeszcze do obstawienia i to właśnie tej nadchodzącej kolejki. Miałem niby pewien kawałek wstawiony w tym miejscu ale stwierdziłem że mógłby nieco pokrzyżować mi szyki w innym temacie, zacząłem więc kombinować i podmieniać go na inne numery. Generalnie wraz z nadejściem jesieni wjedzie u mnie hip hop i wjadą różne inne bity, zastanawiałem się zatem jak w miarę naturalnie przejść od tego boogie/r&b Richenel do rapsów, najpierw stawiałem na różne lżejsze rapowe numery aż w końcu po 3 nieudanych próbach siegnąłem głębiej. Mam uszykowaną playlistę moich kandydatów do bestki i przeważnie z niej dobieram ale obracając się tylko w tym gronie zdarza się że pomijam coś o czym zapomniałem - tak jak w przypadku dzisiejszej wrzutki. Numer ten spełnia wszelkie wymogi by wjechać na tym etapie bestki, jest:
-osobisty - CHECK
-ciepły, jesienny - CHECK
-chwytliwy/przebojowy (bo chyba trochę mało hitów u mnie w tej 25.) - CHECK
-kontynuuje ten motyw pozytywnego podejścia do mało pozytywnych spraw - CHECK
-i jest też pojedynczym strzałem (bo to chyba jedyny numer tego wykonawcy do którego zawsze chętnie wracam) - CHECK
Wobec powyższego przed Państwem...
Beyoncé - Me, Myself and I
(2003)
No dobra, nie jest to pewnie jakiś wielki hit na przestrzeni jej dyskografii, ale wciąż jak na moją bestkę jest to jakiś tam hicik kogoś o WIELKIM nazwisku/pseudonimie. Poza tym mogę być zbiasowany bo ja go po prostu pamiętam jak latał na Viva Polska gdy wyszedł jesienią roku 2003. Z miejsca mi się spodobał, to w sumie smutna brejkapowa ballada oparta o cieplutki przytulny bicik z fajną gitarową zagrywką. Numer ten wyszedł kiedy zaczynałem liceum ale mi bardziej kojarzy się z gimbazą i pewną życiową sytuacją tamtej epoki.
Będąc w gimnazjum zawiązałem pierwszą jak dla mnie istotną przyjaźń w życiu, pierwszy raz miałem kumpla z prawdziwego zdarzenia, dobrego ziomka z którym dzieliłem jakieś wspólne zainteresowania i nie była to znajomość jak inne dotychczas typu kolega ze szkolnej ławki czy kolega z klatki z którym grało się w nogę. Ziomek mieszkał w tym samym bloku, był moim rówieśnikiem, znaliśmy się z widzenia na "cześć" przez lata i to tyle. Znajomość zawiązaliśmy w 2001 roku przypadkowo kiedy okazało się że jego też porwała ówczesna moda na Pokemony i posiadał będące wtedy na czasie karty do gry. Potem już poszło z górki, doszło zainteresowanie muzyką, środowisko rówieśników, pierwsze nastoletnie dramy z dziewczynami, działo się, życie miało jakiś koloryt. Spędzaliśmy sporo czasu razem, z tym że on chodził do szkoły w której wymagano więcej, musiał się sporo uczyć więc jego rodzice trochę krzywo się patrzyli na mnie kiedy często go odwiedzałem. Zawsze jednak byłem dla niego lojalnym kumplem i ceniłem sobie jego towarzystwo. Tym bardziej nie byłem w stanie zrozumieć o co kaman kiedy pewnego dnia najzwyczajniej zerwał ze mną znajomość w dość nieprzyjemny sposób dając do zrozumienia że w sumie to ma mnie dość i ubliżając mi. Do dzisiaj nie wiem czy faktycznie stałem się tak męczący czy była w tym trochę presja rodziców a może fakt że byłem niemiły dla laski w której kochał się "na zabój" a która rzuciła go po paru dniach "związku" ale widocznie nie umiałem inaczej starać się go uchronić przed robieniem sobie kuku.
Skończyło się w każdym razie jakby nożem uciął i z dnia na dzień nie znaliśmy się. To był pierwszy raz w życiu kiedy na kimś tak poważnie się w życiu zawiodłem i poczułem co to fałszywa przyjaźń. I po tamtym zdarzeniu które serio mnie wtedy zabolało i rozkminiałem je jeszcze długi czas później wpadłem w TV na Me, Myself and I i refren tego brejkapowego numeru nabrał dla mnie innego znaczenia. To był chyba pierwszy raz kiedy jakoś tak świadomie rozkminiłem jakiś numer i nadałem mu innego, osobistego znaczenia, bo ten refren jest jednak dość uniwersalny i mówi o tym że człowiek został sam i zamiast użalać się nad sobą zamierza od teraz polegać na sobie, być dla samego siebie najlepszym przyjacielem.
Wiem że ta historia jest trochę cringe'owa ale gimbaza to były na swój sposób śmieszne czasy, każdy był kiedyś młody i głupi i przeżywał pewne sytuacje jak Murzyn okupację hehe. Kawałek jest naprawdę fajny, brzmienie zalatuje chyba trochę jeszcze Destiny's Child a ja podrzucam Wam wersję z klipem, bo raz że krótsza o minutę i w zupełności wystarczy (jak najbardziej rozumiem zarzuty odnośnie długości numeru Richenel) a dwa z sentymentu nieco bo klip ten też przykuwał moje oko gdy się ukazał i ma interesującą historię powstawania. Beyonce nakręciła mianowicie dość prosty standardowy teledysk z fabułą nt. wykrycia zdrady i późniejszych wydarzeń a następnie wymyśliła że dla ciekawszego efektu możnaby puścić tą historię od tyłu. Przy okazji wygrzebywania tego numeru dla Was natrafiłem w necie na tą historię i również na oryginalną wersję teledysku i muszę przyznać że miała dziewczyna nosa i jednak już na początku kariery wykazywała się jakimś tam kunsztem. Nie był to może najciekawszy klip na świecie który był odtwarzany wstecz ale wtedy był pierwszym jaki widziałem z tym pomysłem (EDIT: zonk, nie był nawet pierwszym, zapomniałem o Coldplay) i to wystarczyło by przykuwał moją uwagę bo był "inny". Ogólnie ciepło wspominam ten numer choć sytuacja z którą się kojarzy była słaba, ale kawałek jednak podnosił mnie na duchu kiedy czułem się zdefiony. Całe gimnazjum w sumie było raczej słabym i szaroburym okresem z mojego życia ale do muzyki tamtej ery czuję duży sentyment bo to były początki mojej fascynacji muzą w ogóle.
https://youtu.be/z05rGZWYid8
Klip:
https://youtu.be/4S37SGxZSMc
Powiem Wam że rozplanowałem sobie w czasie już tą drugą 25. do końca, miałem tylko jeden powiedzmy luźny slot jeszcze do obstawienia i to właśnie tej nadchodzącej kolejki. Miałem niby pewien kawałek wstawiony w tym miejscu ale stwierdziłem że mógłby nieco pokrzyżować mi szyki w innym temacie, zacząłem więc kombinować i podmieniać go na inne numery. Generalnie wraz z nadejściem jesieni wjedzie u mnie hip hop i wjadą różne inne bity, zastanawiałem się zatem jak w miarę naturalnie przejść od tego boogie/r&b Richenel do rapsów, najpierw stawiałem na różne lżejsze rapowe numery aż w końcu po 3 nieudanych próbach siegnąłem głębiej. Mam uszykowaną playlistę moich kandydatów do bestki i przeważnie z niej dobieram ale obracając się tylko w tym gronie zdarza się że pomijam coś o czym zapomniałem - tak jak w przypadku dzisiejszej wrzutki. Numer ten spełnia wszelkie wymogi by wjechać na tym etapie bestki, jest:
-osobisty - CHECK
-ciepły, jesienny - CHECK
-chwytliwy/przebojowy (bo chyba trochę mało hitów u mnie w tej 25.) - CHECK
-kontynuuje ten motyw pozytywnego podejścia do mało pozytywnych spraw - CHECK
-i jest też pojedynczym strzałem (bo to chyba jedyny numer tego wykonawcy do którego zawsze chętnie wracam) - CHECK
Wobec powyższego przed Państwem...
Beyoncé - Me, Myself and I
(2003)
No dobra, nie jest to pewnie jakiś wielki hit na przestrzeni jej dyskografii, ale wciąż jak na moją bestkę jest to jakiś tam hicik kogoś o WIELKIM nazwisku/pseudonimie. Poza tym mogę być zbiasowany bo ja go po prostu pamiętam jak latał na Viva Polska gdy wyszedł jesienią roku 2003. Z miejsca mi się spodobał, to w sumie smutna brejkapowa ballada oparta o cieplutki przytulny bicik z fajną gitarową zagrywką. Numer ten wyszedł kiedy zaczynałem liceum ale mi bardziej kojarzy się z gimbazą i pewną życiową sytuacją tamtej epoki.
Będąc w gimnazjum zawiązałem pierwszą jak dla mnie istotną przyjaźń w życiu, pierwszy raz miałem kumpla z prawdziwego zdarzenia, dobrego ziomka z którym dzieliłem jakieś wspólne zainteresowania i nie była to znajomość jak inne dotychczas typu kolega ze szkolnej ławki czy kolega z klatki z którym grało się w nogę. Ziomek mieszkał w tym samym bloku, był moim rówieśnikiem, znaliśmy się z widzenia na "cześć" przez lata i to tyle. Znajomość zawiązaliśmy w 2001 roku przypadkowo kiedy okazało się że jego też porwała ówczesna moda na Pokemony i posiadał będące wtedy na czasie karty do gry. Potem już poszło z górki, doszło zainteresowanie muzyką, środowisko rówieśników, pierwsze nastoletnie dramy z dziewczynami, działo się, życie miało jakiś koloryt. Spędzaliśmy sporo czasu razem, z tym że on chodził do szkoły w której wymagano więcej, musiał się sporo uczyć więc jego rodzice trochę krzywo się patrzyli na mnie kiedy często go odwiedzałem. Zawsze jednak byłem dla niego lojalnym kumplem i ceniłem sobie jego towarzystwo. Tym bardziej nie byłem w stanie zrozumieć o co kaman kiedy pewnego dnia najzwyczajniej zerwał ze mną znajomość w dość nieprzyjemny sposób dając do zrozumienia że w sumie to ma mnie dość i ubliżając mi. Do dzisiaj nie wiem czy faktycznie stałem się tak męczący czy była w tym trochę presja rodziców a może fakt że byłem niemiły dla laski w której kochał się "na zabój" a która rzuciła go po paru dniach "związku" ale widocznie nie umiałem inaczej starać się go uchronić przed robieniem sobie kuku.
Skończyło się w każdym razie jakby nożem uciął i z dnia na dzień nie znaliśmy się. To był pierwszy raz w życiu kiedy na kimś tak poważnie się w życiu zawiodłem i poczułem co to fałszywa przyjaźń. I po tamtym zdarzeniu które serio mnie wtedy zabolało i rozkminiałem je jeszcze długi czas później wpadłem w TV na Me, Myself and I i refren tego brejkapowego numeru nabrał dla mnie innego znaczenia. To był chyba pierwszy raz kiedy jakoś tak świadomie rozkminiłem jakiś numer i nadałem mu innego, osobistego znaczenia, bo ten refren jest jednak dość uniwersalny i mówi o tym że człowiek został sam i zamiast użalać się nad sobą zamierza od teraz polegać na sobie, być dla samego siebie najlepszym przyjacielem.
Wiem że ta historia jest trochę cringe'owa ale gimbaza to były na swój sposób śmieszne czasy, każdy był kiedyś młody i głupi i przeżywał pewne sytuacje jak Murzyn okupację hehe. Kawałek jest naprawdę fajny, brzmienie zalatuje chyba trochę jeszcze Destiny's Child a ja podrzucam Wam wersję z klipem, bo raz że krótsza o minutę i w zupełności wystarczy (jak najbardziej rozumiem zarzuty odnośnie długości numeru Richenel) a dwa z sentymentu nieco bo klip ten też przykuwał moje oko gdy się ukazał i ma interesującą historię powstawania. Beyonce nakręciła mianowicie dość prosty standardowy teledysk z fabułą nt. wykrycia zdrady i późniejszych wydarzeń a następnie wymyśliła że dla ciekawszego efektu możnaby puścić tą historię od tyłu. Przy okazji wygrzebywania tego numeru dla Was natrafiłem w necie na tą historię i również na oryginalną wersję teledysku i muszę przyznać że miała dziewczyna nosa i jednak już na początku kariery wykazywała się jakimś tam kunsztem. Nie był to może najciekawszy klip na świecie który był odtwarzany wstecz ale wtedy był pierwszym jaki widziałem z tym pomysłem (EDIT: zonk, nie był nawet pierwszym, zapomniałem o Coldplay) i to wystarczyło by przykuwał moją uwagę bo był "inny". Ogólnie ciepło wspominam ten numer choć sytuacja z którą się kojarzy była słaba, ale kawałek jednak podnosił mnie na duchu kiedy czułem się zdefiony. Całe gimnazjum w sumie było raczej słabym i szaroburym okresem z mojego życia ale do muzyki tamtej ery czuję duży sentyment bo to były początki mojej fascynacji muzą w ogóle.
https://youtu.be/z05rGZWYid8
Klip:
https://youtu.be/4S37SGxZSMc
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Anchoress – Long Year
The Anchoress, czyli Catherine A. Davis, poznałem w 2016 r. przez jej współpracę z Paulem Draperem. Komponowali wspólnie i sporo z tego materiału wylądowało na ich solowych debiutach.
„Confessions of a Romance Novelist„ to była doskonała płyta i bardzo mi się wpasowała w jesienny krajobraz tamtego dziwnego roku. Album wrócił do mnie dwa lata później, w postaci „Long Year”, robiąc backdrop dla jeszcze dziwniejszej jesieni.
Catherine to bardzo charyzmatyczna wokalistka, często lekko porównywana do Kate Bush, ale bardziej jako elegancki spadkobierca niż karykatura ala FKA Twigs i Spelling. Ma doktorat z literatury i czegoś co nazywa się „queer theory”. Koncertowała z Simple Minds jako muzyk i wokalistka. Trudno jej nie lubić.
Jesień 2018 r. to był dla mnie przedziwny okres i sporo z utworów, które planuję na najbliższe kolejki, było jego tłem. Październik stanowił kontynuację pojebanego września, ale już w spokojniejszych warunkach. Nie chcę się szufladkować, ale bliżej mi zdecydowanie do bycia introwertykiem. Spędzałem sporo czasu samotnie (bo i był to okres kiedy z nikim nie byłem), ale mi to akurat pasowało. Czasami tylko podjeżdżał Musiał, albo mój znajomy DJ, który nocował u mnie za każdym razem kiedy grał imprezy w Łodzi. Czasami wychodziłem z nim na te imprezy (z polską muzyką, dużo Bajmu, Zauchy, itd. fajna sprawa), ale zazwyczaj odpalałem „Friday Night”, zamawiałem żarcie i znacie tę historię xD
Spędziłem wtedy dużo czasu słuchając muzyki, ale z początku głównie był to chill-hop ze słynnego kanału „lofi hip hop radio - beats to relax/study to”, czyli klimatyczny muzak. Z tego, zacząłem powoli dryfować w kierunku konkretniejszych rzeczy i tak nostalgizując trochę do tego czego słuchałem dwa lata wcześniej, wróciłem do The Anchoress. Jesienne wieczory brzmiały wtedy jak „Long Year” i nadal, kiedy słucham tego kawałka, widzę w głowie tamte obrazki i dżunglę jaka rozpościerała się przed moim oknem. Za rogiem czekały naprawdę dobre rzeczy i w zasadzie ten numer się też z tym wiąże, bo był podkładem do tych coraz jaśniejszych momentów. To był naprawdę długi rok.
https://www.youtube.com/watch?v=6VoDpvPIQsQ
The Anchoress, czyli Catherine A. Davis, poznałem w 2016 r. przez jej współpracę z Paulem Draperem. Komponowali wspólnie i sporo z tego materiału wylądowało na ich solowych debiutach.
„Confessions of a Romance Novelist„ to była doskonała płyta i bardzo mi się wpasowała w jesienny krajobraz tamtego dziwnego roku. Album wrócił do mnie dwa lata później, w postaci „Long Year”, robiąc backdrop dla jeszcze dziwniejszej jesieni.
Catherine to bardzo charyzmatyczna wokalistka, często lekko porównywana do Kate Bush, ale bardziej jako elegancki spadkobierca niż karykatura ala FKA Twigs i Spelling. Ma doktorat z literatury i czegoś co nazywa się „queer theory”. Koncertowała z Simple Minds jako muzyk i wokalistka. Trudno jej nie lubić.
Jesień 2018 r. to był dla mnie przedziwny okres i sporo z utworów, które planuję na najbliższe kolejki, było jego tłem. Październik stanowił kontynuację pojebanego września, ale już w spokojniejszych warunkach. Nie chcę się szufladkować, ale bliżej mi zdecydowanie do bycia introwertykiem. Spędzałem sporo czasu samotnie (bo i był to okres kiedy z nikim nie byłem), ale mi to akurat pasowało. Czasami tylko podjeżdżał Musiał, albo mój znajomy DJ, który nocował u mnie za każdym razem kiedy grał imprezy w Łodzi. Czasami wychodziłem z nim na te imprezy (z polską muzyką, dużo Bajmu, Zauchy, itd. fajna sprawa), ale zazwyczaj odpalałem „Friday Night”, zamawiałem żarcie i znacie tę historię xD
Spędziłem wtedy dużo czasu słuchając muzyki, ale z początku głównie był to chill-hop ze słynnego kanału „lofi hip hop radio - beats to relax/study to”, czyli klimatyczny muzak. Z tego, zacząłem powoli dryfować w kierunku konkretniejszych rzeczy i tak nostalgizując trochę do tego czego słuchałem dwa lata wcześniej, wróciłem do The Anchoress. Jesienne wieczory brzmiały wtedy jak „Long Year” i nadal, kiedy słucham tego kawałka, widzę w głowie tamte obrazki i dżunglę jaka rozpościerała się przed moim oknem. Za rogiem czekały naprawdę dobre rzeczy i w zasadzie ten numer się też z tym wiąże, bo był podkładem do tych coraz jaśniejszych momentów. To był naprawdę długi rok.
https://www.youtube.com/watch?v=6VoDpvPIQsQ
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Wpadlem na chwilke. Bardzo Was przepraszam, ale ku.wa z niczym sie nie moge wyrobic. Cbc - chroniczny brak czasu. Mialem do odsluchania dwie piosenki i za czorta nie mam jak. Planuje kazdego dnia, ze zrobie co trzeba, a pozniej sie okazuje, ze sa inne priorytety. Nie chce juz nic obiecywac, bo realia pokazuja mi srodkowy palec za kazdym razem, jak cos sobie zaplanuje.
Enjoy The Silence
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Jak nie masz czasu, to trudno. Dokończmy chociaż tylko ligę, bo zagłosowanie to akurat minutka czasu. Nic nie trzeba słuchać ani opisywać. 
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Simple Minds – Let There Be Love
Na początku lat 90’ sporo słuchałem Simple Minds. Na pewno miałem kasetę z albumem Real Life i kompilację Glittering Prize 81/92. Możliwe, że coś jeszcze, ale już nie pamiętam. Potem o zespole z czasem zapomniałem. Ale nie zapomniałem o utworze Let There Be Love. Właściwie od samego początku bestek ten utwór był jednym z pierwszych, który mi przychodził do głowy. Utwór pochodzi z mojego ulubionego okresu, czyli początku lat 90’, a dokładnie 91r. W tym czasie powstało naprawdę mnóstwo dobrej muzyki.
Pamiętam, że Let There Be Love ostro był w tamtym czasie eksploatowany w stacjach muzycznych. W tym utworze zawsze jarał mnie początek. Klawiszowe akordy i wjeżdżająca cicho perkusja. Właściwie ta perkusja na przestrzeni całego utworu się pięknie wyróżnia. To dla mnie najmocniejszy punkt tego numeru. Fajna jest też gitara w zwrotkach. Zawsze też fascynowała mnie barwa głosu i sposób śpiewania Jima Kerra.
Minęły 3 dekady i jak pisałem o zespole właściwie zapomniałem, bo już interesują mnie inne rejony muzyczne. Nie wracam do Simple Minds, ale dla Let There Be Love zawsze kawałek miejsca w serduchu się znajdzie.
https://www.youtube.com/watch?v=5vjiGw9bNn4
Na początku lat 90’ sporo słuchałem Simple Minds. Na pewno miałem kasetę z albumem Real Life i kompilację Glittering Prize 81/92. Możliwe, że coś jeszcze, ale już nie pamiętam. Potem o zespole z czasem zapomniałem. Ale nie zapomniałem o utworze Let There Be Love. Właściwie od samego początku bestek ten utwór był jednym z pierwszych, który mi przychodził do głowy. Utwór pochodzi z mojego ulubionego okresu, czyli początku lat 90’, a dokładnie 91r. W tym czasie powstało naprawdę mnóstwo dobrej muzyki.
Pamiętam, że Let There Be Love ostro był w tamtym czasie eksploatowany w stacjach muzycznych. W tym utworze zawsze jarał mnie początek. Klawiszowe akordy i wjeżdżająca cicho perkusja. Właściwie ta perkusja na przestrzeni całego utworu się pięknie wyróżnia. To dla mnie najmocniejszy punkt tego numeru. Fajna jest też gitara w zwrotkach. Zawsze też fascynowała mnie barwa głosu i sposób śpiewania Jima Kerra.
Minęły 3 dekady i jak pisałem o zespole właściwie zapomniałem, bo już interesują mnie inne rejony muzyczne. Nie wracam do Simple Minds, ale dla Let There Be Love zawsze kawałek miejsca w serduchu się znajdzie.
https://www.youtube.com/watch?v=5vjiGw9bNn4
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No i elegancko, z rigczem wyjaśnioneCzez pisze:14 paź 2022 09:16Wpadlem na chwilke. Bardzo Was przepraszam, ale ku.wa z niczym sie nie moge wyrobic. Cbc - chroniczny brak czasu. Mialem do odsluchania dwie piosenki i za czorta nie mam jak. Planuje kazdego dnia, ze zrobie co trzeba, a pozniej sie okazuje, ze sa inne priorytety. Nie chce juz nic obiecywac, bo realia pokazuja mi srodkowy palec za kazdym razem, jak cos sobie zaplanuje.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
słabiutkiej jakości to Simple Minds wrzuciłeś, mogę dorzucić do kolejki z innego linku?
https://youtu.be/sx04XJgNQMo
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Czezu, luz, po prostu dawaj znać jak coś tam się gęsto robi, żebyśmy wiedzieli kiedy liczyć na Twój udział, a kiedy nie. Może wracać w każdej chwili, więc się nie stresuj.Czez pisze:14 paź 2022 09:16Wpadlem na chwilke. Bardzo Was przepraszam, ale ku.wa z niczym sie nie moge wyrobic. Cbc - chroniczny brak czasu. Mialem do odsluchania dwie piosenki i za czorta nie mam jak. Planuje kazdego dnia, ze zrobie co trzeba, a pozniej sie okazuje, ze sa inne priorytety. Nie chce juz nic obiecywac, bo realia pokazuja mi srodkowy palec za kazdym razem, jak cos sobie zaplanuje.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Jasne. Wziąłem tak jakoś pierwszy link z brzegu.stripped pisze:14 paź 2022 10:26słabiutkiej jakości to Simple Minds wrzuciłeś, mogę dorzucić do kolejki z innego linku?
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wujowi to chyba nie zależy, żeby jego wrzutki dobrze brzmiały.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Miły odbiór Popol Vuh, choć blisko było przedawkowania Wiadomych Uwag (jednocześnie było ich sporo xD). Dobrze było kogoś otworzyć na jakieś nowinki. Po Lecie z Radiem nie sądzę, że istnieje ZA MAŁY format wrzutki...
Harmonium - Vert
Dyptyk Melkiego zamykam utworem, na którego recenzję autorstwa naszego nieobecnego bardzo liczyłem! Progresywne poszukiwania przyniosły wiele rewelacyjnych odkrywek i poniekąd wracam do modus operandi, które doprowadziło mnie do wcześniej wrzucanego numeru od Premiata Forneria Marconi. Z folkiem i takim powabnym graniem zawsze miałem jakiś problem, ogromna w tym zasługa gówna puszczanego w mediach. Taki przykładowy dziesięciolatek to nie ma za wiele do powiedzenia, a frustracja i poziom zdegustowania rosną. Jednocześnie moja mamunia też nigdy tego typu muzyki nie lubiła... Wreszcie nadszedł czas samodzielnego wyboru i faktycznego wpływu na to, co leci w tle.
Jak wpadłem na Harmonium? To proste, wystarczy spojrzeć na instrumentarium tego zespołu xD Szukałem takich brzmień, fascynowały mnie, poszukiwania w świecie totalnie obcej do tej pory, ale jednocześnie magicznej muzyki często podtrzymywały resztki w miarę względnego nastroju. RYM odsyła mnie do maja 2017 roku. Ciekawy czas, z którego mało co pamiętam. Towarzystwo całkiem znośne, choć za chwilę miało się okazać, że jednak zbyt małe dla mnie, zbyt toksyczne. Przynajmniej z historii byłem nie do zdarcia. Wtedy też pewnie byłem jeszcze częściej zadowolony niż sfrustrowany z powodu długich włosów. W takich okolicznościach trafiam na kanadyjski zespół z francuskojęzycznej części tego kraju. Już koncept Les cinq saisons przypadł mi do gustu. Pory roku to bardzo wdzięczny temat muzyczny. Panowie z Quebecu w ramach Vert proponują nam powrót do wiosny. Ten utwór w ogóle zaczyna płytę. Spokojny wstęp na fletach, a potem delikatne, subtelne wprowadzenie do właściwego utworu. Słońce wschodzi, przyroda budzi się do życia. Potem przemawiają do nas przedstawiciele jakiejś ekologicznej komuny. Jakbyśmy doświadczali kontaktu ze światem (a przede wszystkim towarzystwem) z okładki. Piękna melodia wokalu, znakomite są te lekkie zaśpiewy. Nie ma w tym żadnej pretensji, wszystko tutaj jest tak przyjemnie nienachalne, życiodajne, pozytywne. Na początku spokojne zagrywki gitarowe porządkuje bas, potem mamy znakomity pochód klawiszowy. Instrumentalny mostek, a pod koniec już w zasadzie czysta ekstaza. Na zawołanie pogoda ostatnio się poprawiła, więc tym bardziej idzie bez przeszkód odpłynąć. Czego chcieć więcej? Zanim zapadniemy w sen zimowy możemy jeszcze trochę skorzystać z aury panującej dookoła. Z pomocą Harmonium może uda się zachować ten klimat na dłużej.
https://www.youtube.com/watch?v=-hMEWz0R6mY
Harmonium - Vert
Dyptyk Melkiego zamykam utworem, na którego recenzję autorstwa naszego nieobecnego bardzo liczyłem! Progresywne poszukiwania przyniosły wiele rewelacyjnych odkrywek i poniekąd wracam do modus operandi, które doprowadziło mnie do wcześniej wrzucanego numeru od Premiata Forneria Marconi. Z folkiem i takim powabnym graniem zawsze miałem jakiś problem, ogromna w tym zasługa gówna puszczanego w mediach. Taki przykładowy dziesięciolatek to nie ma za wiele do powiedzenia, a frustracja i poziom zdegustowania rosną. Jednocześnie moja mamunia też nigdy tego typu muzyki nie lubiła... Wreszcie nadszedł czas samodzielnego wyboru i faktycznego wpływu na to, co leci w tle.
Jak wpadłem na Harmonium? To proste, wystarczy spojrzeć na instrumentarium tego zespołu xD Szukałem takich brzmień, fascynowały mnie, poszukiwania w świecie totalnie obcej do tej pory, ale jednocześnie magicznej muzyki często podtrzymywały resztki w miarę względnego nastroju. RYM odsyła mnie do maja 2017 roku. Ciekawy czas, z którego mało co pamiętam. Towarzystwo całkiem znośne, choć za chwilę miało się okazać, że jednak zbyt małe dla mnie, zbyt toksyczne. Przynajmniej z historii byłem nie do zdarcia. Wtedy też pewnie byłem jeszcze częściej zadowolony niż sfrustrowany z powodu długich włosów. W takich okolicznościach trafiam na kanadyjski zespół z francuskojęzycznej części tego kraju. Już koncept Les cinq saisons przypadł mi do gustu. Pory roku to bardzo wdzięczny temat muzyczny. Panowie z Quebecu w ramach Vert proponują nam powrót do wiosny. Ten utwór w ogóle zaczyna płytę. Spokojny wstęp na fletach, a potem delikatne, subtelne wprowadzenie do właściwego utworu. Słońce wschodzi, przyroda budzi się do życia. Potem przemawiają do nas przedstawiciele jakiejś ekologicznej komuny. Jakbyśmy doświadczali kontaktu ze światem (a przede wszystkim towarzystwem) z okładki. Piękna melodia wokalu, znakomite są te lekkie zaśpiewy. Nie ma w tym żadnej pretensji, wszystko tutaj jest tak przyjemnie nienachalne, życiodajne, pozytywne. Na początku spokojne zagrywki gitarowe porządkuje bas, potem mamy znakomity pochód klawiszowy. Instrumentalny mostek, a pod koniec już w zasadzie czysta ekstaza. Na zawołanie pogoda ostatnio się poprawiła, więc tym bardziej idzie bez przeszkód odpłynąć. Czego chcieć więcej? Zanim zapadniemy w sen zimowy możemy jeszcze trochę skorzystać z aury panującej dookoła. Z pomocą Harmonium może uda się zachować ten klimat na dłużej.
https://www.youtube.com/watch?v=-hMEWz0R6mY