Best of Forum (Edycja albumowa)
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Robert Wyatt - Rock Bottom
Poważnie się zastanawiałem co by tu wam wrzucić w tej kolejce. Uznałem, że JESZCZE nie będę was katować "swoim" progiem ani nawet post-punkiem. Po konsultacji sam ze sobą postanowiłem, że wybiorę coś relatywnie przystępnego, a przy tym klimatycznego i po prostu ładnego. Wyselekcjonowałem dwie płyty, o tym, że akurat teraz wrzucam tę zdecydował zwykły rzut monetą (acz druga propozycja się tu pojawi, i to prędzej niż później).
W sumie to na swój sposób (wcale) zabawne, że zdecydował o tym przypadek, bo to przypadek też jest odpowiedzialny za brzmienie tej płyty. I nie chodzi tu bynajmniej o film Kieślowskiego - w trakcie sesji nagraniowej doszlo do lekko niefortunnej sytuacji, gdzie to pijany Wyatt spadł z wysokości trzeciego piętra podczas mocno zakrapianej imprezy. Konsekwencją tego był paraliż dolnej części ciała, a co to znaczy dla perkusisty - chyba nie trzeba pisać.
Ale tak to czasem się zdarza, że pozornie tragiczna sytuacja potrafi być czyimś wybawieniem. Tak było u Wyatta, który porzucił tzw. Rockowy tryb życia (czyt. Przestał chlać) i w trakcie długotrwałej rehabilitacji nagrał to DZIEŁO.
Szczerze mówiąc, nadal mi się wydaje, żę nie umiem pisać o muzyce, a te moje notki to brzmią jak Dejnarowicz na lekkiej bani. Nawet nie chce podejmować się próby jakiegoś opisu zawartości muzycznej tego albumu, bo tbh czuje się na to zbyt krótki, a wszelkie określenia jakie przychodzą mi do głowy brzmią banalnie. Ta płyta jest po prostu PIĘKNA i basta. A że jest w dodatku krótka to nie ma że boli. Ja ją znam od jakichś wakacji 2013 i to jest naprawdę rzadki przypadek albumu, który sieknąl prosto w moje uczucia i mój gust od pierwszego odsłuchu, a z każdym kolejnym tylko rósł. Nie ma zbyt wiele takiej muzyki.
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... MM_ivXGmgJ
Poważnie się zastanawiałem co by tu wam wrzucić w tej kolejce. Uznałem, że JESZCZE nie będę was katować "swoim" progiem ani nawet post-punkiem. Po konsultacji sam ze sobą postanowiłem, że wybiorę coś relatywnie przystępnego, a przy tym klimatycznego i po prostu ładnego. Wyselekcjonowałem dwie płyty, o tym, że akurat teraz wrzucam tę zdecydował zwykły rzut monetą (acz druga propozycja się tu pojawi, i to prędzej niż później).
W sumie to na swój sposób (wcale) zabawne, że zdecydował o tym przypadek, bo to przypadek też jest odpowiedzialny za brzmienie tej płyty. I nie chodzi tu bynajmniej o film Kieślowskiego - w trakcie sesji nagraniowej doszlo do lekko niefortunnej sytuacji, gdzie to pijany Wyatt spadł z wysokości trzeciego piętra podczas mocno zakrapianej imprezy. Konsekwencją tego był paraliż dolnej części ciała, a co to znaczy dla perkusisty - chyba nie trzeba pisać.
Ale tak to czasem się zdarza, że pozornie tragiczna sytuacja potrafi być czyimś wybawieniem. Tak było u Wyatta, który porzucił tzw. Rockowy tryb życia (czyt. Przestał chlać) i w trakcie długotrwałej rehabilitacji nagrał to DZIEŁO.
Szczerze mówiąc, nadal mi się wydaje, żę nie umiem pisać o muzyce, a te moje notki to brzmią jak Dejnarowicz na lekkiej bani. Nawet nie chce podejmować się próby jakiegoś opisu zawartości muzycznej tego albumu, bo tbh czuje się na to zbyt krótki, a wszelkie określenia jakie przychodzą mi do głowy brzmią banalnie. Ta płyta jest po prostu PIĘKNA i basta. A że jest w dodatku krótka to nie ma że boli. Ja ją znam od jakichś wakacji 2013 i to jest naprawdę rzadki przypadek albumu, który sieknąl prosto w moje uczucia i mój gust od pierwszego odsłuchu, a z każdym kolejnym tylko rósł. Nie ma zbyt wiele takiej muzyki.
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... MM_ivXGmgJ
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Uuuuuu szanuję
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Jean-Michel Jarre - Oxygene 7-13
Wyjście Czeza z gry ułatwia mi zadanie, ale dedykuję mu ten tytuł ^^ Mogę grzecznie trzymać się swojej listy bez nachodzenia się wykonawców. Historia poznawania muzyki Francuza rozciąga się na wiele lat, najróżniejsze doświadczenia i okoliczności słuchania. W pewnym czasie uważałem się za oddanego fana JMJ, ale to minęło gdzieś po wydaniu obu Elektronik, wiecznie zasłuchiwać się w tej muzyce bez kolejnych poszukiwań się nie da, ale też wtedy najnowsze propozycje Żą Miszela były dość przeciętne. Od czasu drugiego Equinoxe znowu jest dobrze, a nawet momentami bardzo dobrze.
Źródła zainteresowania? Dziecięca chęć wyróżnienia się wśród równieśników, znalezienia czegoś kompletnie poza dotychczasowym radarem. Jako trzynastolatek nie byłem w ogóle zorientowany w temacie, więc na dzień dobry sięgnąłem po Les Granges Brulees, bo ładnie było opisane na Wikipedii i było bardzo STARE. Nie był to najrozsądniejszy wybór, serio. Pierwszy odsłuch aż kuł wtedy w uszy - surowa elektronika, dość pokrętne harmonie, lekko psychodeliczny klimat dodatkowo za sprawą wokali, to było za dużo. Byłem bardzo zdziwiony, że moja mama lubi tego muzyka, skoro on takie pierdolety pociska xD Po paru tygodniach zniechęcenia odpaliłem Oxygene z 1976 roku i się zaczęło. Świat tak ilustracyjnej, bogatej, a jednocześnie przecież syntetycznej muzyki zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Do tego dochodziła później otoczka jego największych koncertów, efekciarskie i często kiczowate zagrywki typu podświetlana klawiatura, theremin, laser harp albo po prostu widok sterty tych syntezatorowych szaf... Totalny kosmita. Poza Teo & Tea właściwie nie ma płyty, na której czegoś dla siebie nie znajduję. Zostawiam sobie sporo przestrzeni dla dopowiedzeń, bo Jarre jeszcze wróci w utworach.
Późny (ale nie tak stary jak dzisiaj) Jarre był mistrzem przetwarzania nowinek w muzyce. Do ostatniej chwili zastanawiałem się, czy może jednak lepsze będzie Chronologie, ale padło na kontynuację Tlenu. Tam bawi się w rave i wielką pompę na swój sposób, tutaj zaklina czas i całe te analogowe, klasyczne instrumentarium wrzuca w transowe rytmy. Wszystkie charakterystyczne patenty mają tu swoje miejsce - drugi numer jest najbardziej skoczny, jest przestrzeń dla zabawy thereminem, ostatni utwór typu zapalniczki do góry i bujamy. W nieoczywisty sposób korzysta też z mellotronu, choć ciekawe jest też poszukiwanie podobieństw do utworów z pierwszej części. Odczuwam na Oxy7-13 jakiś taki nerw, niewytłumaczalny pęd może i szaleńczy, ale taki jednostkowy, trochę do wewnątrz. Jest tam oddech, jest moment na zastanowienie, ale generalnie czuć tam mały niepokój.
Któregoś lata wybraliśmy się do rodzinki na Kaszubach i akurat wtedy odbywał się jarmark dominikański w centrum Gdańska. Jak na tak szeroko zorganizowaną inicjatywę nie zabrakło tam stoisk płytowych. Przeglądałem sobie zwyczajnie, już mamy odchodzić, aż tu nagle bum, pierwsze wydanie Oxy7-13 na CD. Cena nie była zaporowa, ale musiałem mocno się sprężyć, żeby przekonać mamunię do pomocy finansowej. Ostatecznie udało się i do tej pory uważam to wydanie za najlepszy okaz w mojej muzycznej kolekcji, tak naprawdę jedyny zdobyty w ten sposób. Przed erą przeciętnych remasterów była to idealna decyzja, a wtedy był to właściwie chwilowy przypływ zainteresowania i pragnienia posiadania. Zgrywka na CD zrobiona przez mojego brata to nie było to.
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... MJqwF_9Qpo
Wyjście Czeza z gry ułatwia mi zadanie, ale dedykuję mu ten tytuł ^^ Mogę grzecznie trzymać się swojej listy bez nachodzenia się wykonawców. Historia poznawania muzyki Francuza rozciąga się na wiele lat, najróżniejsze doświadczenia i okoliczności słuchania. W pewnym czasie uważałem się za oddanego fana JMJ, ale to minęło gdzieś po wydaniu obu Elektronik, wiecznie zasłuchiwać się w tej muzyce bez kolejnych poszukiwań się nie da, ale też wtedy najnowsze propozycje Żą Miszela były dość przeciętne. Od czasu drugiego Equinoxe znowu jest dobrze, a nawet momentami bardzo dobrze.
Źródła zainteresowania? Dziecięca chęć wyróżnienia się wśród równieśników, znalezienia czegoś kompletnie poza dotychczasowym radarem. Jako trzynastolatek nie byłem w ogóle zorientowany w temacie, więc na dzień dobry sięgnąłem po Les Granges Brulees, bo ładnie było opisane na Wikipedii i było bardzo STARE. Nie był to najrozsądniejszy wybór, serio. Pierwszy odsłuch aż kuł wtedy w uszy - surowa elektronika, dość pokrętne harmonie, lekko psychodeliczny klimat dodatkowo za sprawą wokali, to było za dużo. Byłem bardzo zdziwiony, że moja mama lubi tego muzyka, skoro on takie pierdolety pociska xD Po paru tygodniach zniechęcenia odpaliłem Oxygene z 1976 roku i się zaczęło. Świat tak ilustracyjnej, bogatej, a jednocześnie przecież syntetycznej muzyki zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Do tego dochodziła później otoczka jego największych koncertów, efekciarskie i często kiczowate zagrywki typu podświetlana klawiatura, theremin, laser harp albo po prostu widok sterty tych syntezatorowych szaf... Totalny kosmita. Poza Teo & Tea właściwie nie ma płyty, na której czegoś dla siebie nie znajduję. Zostawiam sobie sporo przestrzeni dla dopowiedzeń, bo Jarre jeszcze wróci w utworach.
Późny (ale nie tak stary jak dzisiaj) Jarre był mistrzem przetwarzania nowinek w muzyce. Do ostatniej chwili zastanawiałem się, czy może jednak lepsze będzie Chronologie, ale padło na kontynuację Tlenu. Tam bawi się w rave i wielką pompę na swój sposób, tutaj zaklina czas i całe te analogowe, klasyczne instrumentarium wrzuca w transowe rytmy. Wszystkie charakterystyczne patenty mają tu swoje miejsce - drugi numer jest najbardziej skoczny, jest przestrzeń dla zabawy thereminem, ostatni utwór typu zapalniczki do góry i bujamy. W nieoczywisty sposób korzysta też z mellotronu, choć ciekawe jest też poszukiwanie podobieństw do utworów z pierwszej części. Odczuwam na Oxy7-13 jakiś taki nerw, niewytłumaczalny pęd może i szaleńczy, ale taki jednostkowy, trochę do wewnątrz. Jest tam oddech, jest moment na zastanowienie, ale generalnie czuć tam mały niepokój.
Któregoś lata wybraliśmy się do rodzinki na Kaszubach i akurat wtedy odbywał się jarmark dominikański w centrum Gdańska. Jak na tak szeroko zorganizowaną inicjatywę nie zabrakło tam stoisk płytowych. Przeglądałem sobie zwyczajnie, już mamy odchodzić, aż tu nagle bum, pierwsze wydanie Oxy7-13 na CD. Cena nie była zaporowa, ale musiałem mocno się sprężyć, żeby przekonać mamunię do pomocy finansowej. Ostatecznie udało się i do tej pory uważam to wydanie za najlepszy okaz w mojej muzycznej kolekcji, tak naprawdę jedyny zdobyty w ten sposób. Przed erą przeciętnych remasterów była to idealna decyzja, a wtedy był to właściwie chwilowy przypływ zainteresowania i pragnienia posiadania. Zgrywka na CD zrobiona przez mojego brata to nie było to.
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... MJqwF_9Qpo
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ale zajebista runda xdddd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Kurrrrrr*wa, cały post się zje.bał przez przypadkowe zamknięcie przeglądarki! 
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Pet Shop Boys - Actually.
Taki piękny i długi miałem opis karwasz twarz. Nawet nie chce mi się pisać od nowa ze złości.
Ale czego się nie robi dla moich kolegów z forum DM.
Hien pisze, że to zajebista runda. Więc tak sobie myślę, co tu zapodać, żeby nie odstawać? Zresztą z Wami młodzieżowcami nigdy nic nie wiadomo. Możecie docenić dziadostwo, ganiąc coś dobrego i na odwrót.
Ale kij tam myślę sobie, to przecież moje The best of. Moje, nikogo innego. A mało co tak zasługuje na miano Best of jak Actually.
Mało mnie obchodzą ewntualne opinie o zestarzeniu czy tem podobne. W 1987r. PSB to był mocarz na rynku muzycznym, czego raczej nikt z Was nie ma prawa pamiętać.
Już nie raz pisałem o moich początkach z PSB, więc nie będę się powtarzał. W każdym razie mój kolega z technikum nagrał mi Actually na kasetę. I był to pierwszy album muzyczny, jaki w życiu posiadałem. Jarałem się jak głupi. To było przeżycie nie do opisania. Nie to co teraz, że chce się jakąś płytę, to się za 5 minut ma. Za darmo i otagowaną. Ewentualnie na jakimś serwisie typu Sportify. Wtedy to był wyczyn! Słuchałem Actually jak poje.bany i się jarałem. A jak jechałem do kuzyna do Goleniowa koło Szczecina, to przez całą drogę pociągiem ściskałem tę kasetę jak najdroższy skarb. Bo takim skarbem ta kaseta dla mnie była.
Pamiętam jak poszedłem do kolegi dysponującego mini wieżą, żeby na słuchawkach posłuchać Actually. OMG, do dzisiaj siedzę w jego pokoju myślami i słyszę każdy dźwięk.
Actually to szczytowe osiągnięcie PSB. Jeszcze potem Introspective i w szczególności Behaviour trzymały poziom. Wszystko co potem wyszło było zaledwie nędznymi popłuczynami. Mimo, że tu i ówdzie zdarzały się rzeczy niezłe.
Ulubione utwory? Wszystkie. Bo to taki petshopboysowy Violator. Z tej płyty pochodzą największe przeboje PSB: I'ts a Sin, Rent i Heart. Ja zawsze najbardziej kochałem niesamowite One More Chance, Shopping, I Want to Wake up i King's Cross.
Nie słucham już tej płyty może za często, ale sentyment i sympatia wykraczają poza wszelką skalę. Po prostu 100 na 10.
https://www.youtube.com/watch?v=ZedvECF7xCY
Taki piękny i długi miałem opis karwasz twarz. Nawet nie chce mi się pisać od nowa ze złości.
Ale czego się nie robi dla moich kolegów z forum DM.
Hien pisze, że to zajebista runda. Więc tak sobie myślę, co tu zapodać, żeby nie odstawać? Zresztą z Wami młodzieżowcami nigdy nic nie wiadomo. Możecie docenić dziadostwo, ganiąc coś dobrego i na odwrót.
Ale kij tam myślę sobie, to przecież moje The best of. Moje, nikogo innego. A mało co tak zasługuje na miano Best of jak Actually.
Mało mnie obchodzą ewntualne opinie o zestarzeniu czy tem podobne. W 1987r. PSB to był mocarz na rynku muzycznym, czego raczej nikt z Was nie ma prawa pamiętać.
Już nie raz pisałem o moich początkach z PSB, więc nie będę się powtarzał. W każdym razie mój kolega z technikum nagrał mi Actually na kasetę. I był to pierwszy album muzyczny, jaki w życiu posiadałem. Jarałem się jak głupi. To było przeżycie nie do opisania. Nie to co teraz, że chce się jakąś płytę, to się za 5 minut ma. Za darmo i otagowaną. Ewentualnie na jakimś serwisie typu Sportify. Wtedy to był wyczyn! Słuchałem Actually jak poje.bany i się jarałem. A jak jechałem do kuzyna do Goleniowa koło Szczecina, to przez całą drogę pociągiem ściskałem tę kasetę jak najdroższy skarb. Bo takim skarbem ta kaseta dla mnie była.
Pamiętam jak poszedłem do kolegi dysponującego mini wieżą, żeby na słuchawkach posłuchać Actually. OMG, do dzisiaj siedzę w jego pokoju myślami i słyszę każdy dźwięk.
Actually to szczytowe osiągnięcie PSB. Jeszcze potem Introspective i w szczególności Behaviour trzymały poziom. Wszystko co potem wyszło było zaledwie nędznymi popłuczynami. Mimo, że tu i ówdzie zdarzały się rzeczy niezłe.
Ulubione utwory? Wszystkie. Bo to taki petshopboysowy Violator. Z tej płyty pochodzą największe przeboje PSB: I'ts a Sin, Rent i Heart. Ja zawsze najbardziej kochałem niesamowite One More Chance, Shopping, I Want to Wake up i King's Cross.
Nie słucham już tej płyty może za często, ale sentyment i sympatia wykraczają poza wszelką skalę. Po prostu 100 na 10.
https://www.youtube.com/watch?v=ZedvECF7xCY
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No to będzie naprawdę dobra kolejka.
Ehhh przeoczyłem jubileusz 2137 posta
Ehhh przeoczyłem jubileusz 2137 posta
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Łobuz jesteśmintaj pisze:06 kwie 2022 23:46No to będzie naprawdę dobra kolejka.
Ehhh przeoczyłem jubileusz 2137 posta
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Melki, pls, postaraj się wrzucić swoje jakoś szybko żebyśmy mogli zacząć przed weekendem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Wrzucę jutro. Znaczy się dzisiaj, w czwartek. 
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
John Foxx and the Maths - Interplay (2011)
https://youtube.com/playlist?list=PLZBg ... F996yatDoi
Wiosna 2011 była odjazdowa, ale głównie w drugą stronę. Właśnie rozpadł mi się pierwszy w moim życiu poważny związek, zaangażowałem się w wyjątkowo nietrafne FWB, miałem kosmiczne jazdy emocjonalne i głównie spędzałem czas na piciu. Ta płyta była do tego soundtrackiem. Historia lubi się powtarzać, i dokładnie 11 lat później jestem niebezpiecznie blisko tego samego. I znów słucham tej płyty. Tyle słowem wstępu-backgroundu.
Kim jest John Foxx (Foxx the John, właściwie Dennis Leigh) mówić chyba nie muszę. Ale i tak powiem, tyle że w skrócie: to człowiek orkiestra. Z wykształcenia grafik (projektował m.in. okładki książek, wymyślił okładkę Lightbulb Sun Porcupine Tree) i to po Royal College of Art (które zresztą skończył z wyróżnieniem i potem pracował tam długo jako wykładowca), znany w świecie muzyki jako założyciel grupy Ultravox! (potem pozbyli się wykrzyknika, który był dość oczywistą zrzynką z Neu!) i jej pierwszy frontman-wokalista. Wiele osób uważa, że to z nim na pokładzie Ultravox nagrał swoje najlepsze płyty. Pierwsza (po prostu Ultravox!) to czysta punkowa przyjemność (z lekkimi akcentami synthpopowymi, jak to sam Foxx opisywał) wyprodukowana przez nie byle kogo (już wtedy przecież), bo samego Mistrza Eno. Potem wydali jeszcze jedną w podobnych klimatach (Ha! Ha! Ha!) i w 1978 ostatnią, Systems of Romance, która skręcała mocno w nową falę. Tam srogo odkryli syntezatory, i Foxx ogarnął, że właściwie to nie potrzebuje zespołu, żeby grać i tworzyć. Tworzyć chciał bowiem niemal wyłącznie elektronikę, to po co mu skrzypek, gitarzysta, basista i pałker. No więc ich porzucił po pierwszej trasie po US of fookin' A i rozpoczął karierę solową. Przypadkiem Ultravox zmartwychwstał rok później, kiedy dołączył do nich na wokal Midge Ure, ale to był już zupełnie inny zespół. A Foxx w 1980 wydał Metamatic, które uważane jest za jeden z najważniejszych albumów w muzyce elektronicznej tamtych czasów (shame on you jak nie znacie He's a Liquid). Foxx stał się gwiazdą (choć nie jakiegoś potężnego formatu) i na drugim albumie - The Garden - postanowił wrócić do bardziej popowego grania. Założył studio, które nazwał tak, jak swoją płytę (nagrywali tam zresztą m.in. DM), ruszył w trasę, nagrał kolejną płytę (The Golden Section), która była już czystym synthpopem, ruszył w kolejną trasę, nagrał jeszcze kolejną płytę (In Mysterious Ways), która była już wyjątkowo cheesy popem i się nie sprzedawała, więc Foxx się wycofał z rynku i zatrudnił się na swojej macierzystej uczelni. Parę lat później steamował się z Timem Simenonem i jakimiś ludźmi i nagrali krążek, który oficjalnie wyszedł... jakoś w okolicach roku 2000 xD A szkoda, bo fajnie łączyli breakbeaty z klawiszami. Nazwali się Nation 12. Foxx jednak skutecznie wrócił na scenę, kiedy postanowił sformować duet z szerzej nieznanym muzykiem Louisem Gordonem i w 1997 wydali pierwszą płytę razem - Shifting City. Albumów było jeszcze parę, czysta elektronika, ale taka "nowoczesna" w brzmieniu, trochę zbyt wycyzelowana, trochę przeprodukowana momentami (chociaż ciągle fajna muza). Grali sobie koncerty, grali, wydawali płyty, wydawali (w tym zaje*iste live'y), aż zniknęli. I ja Foxxa straciłem wtedy z oczu, bo jak miałem fazę na duet Foxx/Gordon (2008-2009), to akurat kończyli przygodę. Foxx po drodze wydał jeszcze parę ambientów sygnowanych swoim nazwiskiem (czy raczej ksywą), miał kapitalne duety z Haroldem Buddem i Robinem Guthrie, coś tam jeszcze gdzieś robił do różnych instalacji (np. świetna Tiny Colour Movies z 2006 roku), ale nic dużego. Aż na początku kwietnia 2011 rzucił mi się w oczy artykuł na Piczforku mówiący o... nowym albumie nowego zespołu Foxxa. Interplay właśnie, które ukazało się raptem tydzień wcześniej.
Od razu zassałem. Odpaliłem i przepadłem. To jest jak Metamatic na sterydach. Z odpowiednią dawką nowoczesności w brzmieniu, jednocześnie Foxx i jego partner muzyczny Benge (Ben Edwards, to właściwie on był tym The Maths zanim do grupy dołączyły Serafina Steer i wspaniała, cudowna i boska Hannah Peel) chwalili się, że do nagrania krążka użyli wyłącznie instrumentów analogowych. W nienachalny sposób czuć to w utworach, ale no jak! Dla mnie nie ma tu złego kawałka, może 2 pozostawiają mnie z pewnym uczuciem niedosytu (czwarty i ostatni), reszta to totalne złoto. Tak, jak na płytach z Gordonem gdzieś dosłuchiwałem się starzejącego się głosu Foxxa tutaj mam wrażenie że dojrzał niczym dobre Alaverdi. Od pierwszych dźwięków agresywnego Shatterproof (które jest dość oczywistym hołdem złożonym Nummern Kraftwerk), poprzez wbijające w fotel Catwalk, do ociekającego nostalgią Evergreen, do subtelnie Coil-ującego utworu tytułowego poprzez przesycone seksem (nawet nie wiem skąd mam takie skojarzenie ale mam) Summerland, minimal techno The Running Man wprost w melancholijne A Falling Star. A przedostatni zawsze sprawia, że mam ochotę mocniej wdusić gaz w aucie. Z tym przedostatnim - Destination - to w ogóle zabawna sytuacja, bo utwór ten ukazał się jako "singiel" jeszcze w grudniu 2009 (w trochę innej wersji, b-sidem był kawałek, który wylądował na ich kolejnym albumie), a ja tego w ogóle nie zauważyłem. Szyld JF+TM już wtedy istniał, a mnie to całkowicie ominęło, nawet nie wiem jak. Ten artykuł piczforkowy trochę spadł z nieba, i to w doskonałym wprost momencie, bo ten album dla mnie kipi wiosną. Od lat słucham go zawsze o tej porze roku, wchodzi wprost idealnie. Też ma swoje synthpopowe momenty (generalnie jako taki bym go określił), ale ten duch starych, pierwszych ejtisów jest w nim nie do wygaszenia i jest w nim rzeczą najlepszą. Foxx i Benge nie zwalniali tempa zresztą, zespół im się rozrósł i jeszcze jesienią tego samego roku wydali kolejny album, a latem jeszcze kolejnego jeszcze następny. Potem zniknęli na 5 lat i wypuścili płytę instrumentalną, która była właściwie ilustracją do jakichś projekcji, ale tak im się spodobała, że postanowili to wrzucić w krążek. Comeback właściwego wydawnictwa nastąpił w maju 2020, do zespołu dołączył Robin Simon, który był gitarzystą jeszcze w Ultravox (tym pierwszym, odszedł z Foxxem i nie wrócił, gitarę przejął Ure). Niestety płyta jest wyraźnie słabsza od pozostałych. Ale to nieważne, bo to Foxx. Miałem ekstremalnie dużo szczęścia, bo na Unsound Festival w Krakowie w październiku 2011 jednym z headlinerów ogłoszono właśnie Foxxa i The Maths. Bilety były za jakieś żenujące pieniądze, a ja akurat często przebywałem w okolicy - pojechałem (przy okazji zobaczyłem pół Throbbing Gristle) i to był jeden z najlepszych występów w jakich wziąłem udział ever. Foxx to gość, który jest już zdrowo po 70 a ciągle nagrywa i nie zamierza przestawać. Koncerty co prawda ograniczył tylko do Wysp, ale jeśli ma dalej tworzyć takie rzeczy jak B-movie (2014 rok) czy London Overgrown (2015 rok) to niech już nawet tylko to robi. To jest po prostu dobra muzyka. A teraz jest na nią świetna pora roku. Foxx do dziś jest jednym z wzorów dla mnie jeśli chodzi o muzykę i też własną twórczość. Gość pisze fajne teksty, ma dobre pomysły na melodie i riffy, człowiek-instytucja muzyczna. Dla mnie to jest (prawie) podsumowanie tej kolejki, subiektywne co prawda, ale mam nadzieję, że klimat Wam się udzieli. Bierzcie i słuchajcie z tego wszyscy!
https://youtube.com/playlist?list=PLZBg ... F996yatDoi
Wiosna 2011 była odjazdowa, ale głównie w drugą stronę. Właśnie rozpadł mi się pierwszy w moim życiu poważny związek, zaangażowałem się w wyjątkowo nietrafne FWB, miałem kosmiczne jazdy emocjonalne i głównie spędzałem czas na piciu. Ta płyta była do tego soundtrackiem. Historia lubi się powtarzać, i dokładnie 11 lat później jestem niebezpiecznie blisko tego samego. I znów słucham tej płyty. Tyle słowem wstępu-backgroundu.
Kim jest John Foxx (Foxx the John, właściwie Dennis Leigh) mówić chyba nie muszę. Ale i tak powiem, tyle że w skrócie: to człowiek orkiestra. Z wykształcenia grafik (projektował m.in. okładki książek, wymyślił okładkę Lightbulb Sun Porcupine Tree) i to po Royal College of Art (które zresztą skończył z wyróżnieniem i potem pracował tam długo jako wykładowca), znany w świecie muzyki jako założyciel grupy Ultravox! (potem pozbyli się wykrzyknika, który był dość oczywistą zrzynką z Neu!) i jej pierwszy frontman-wokalista. Wiele osób uważa, że to z nim na pokładzie Ultravox nagrał swoje najlepsze płyty. Pierwsza (po prostu Ultravox!) to czysta punkowa przyjemność (z lekkimi akcentami synthpopowymi, jak to sam Foxx opisywał) wyprodukowana przez nie byle kogo (już wtedy przecież), bo samego Mistrza Eno. Potem wydali jeszcze jedną w podobnych klimatach (Ha! Ha! Ha!) i w 1978 ostatnią, Systems of Romance, która skręcała mocno w nową falę. Tam srogo odkryli syntezatory, i Foxx ogarnął, że właściwie to nie potrzebuje zespołu, żeby grać i tworzyć. Tworzyć chciał bowiem niemal wyłącznie elektronikę, to po co mu skrzypek, gitarzysta, basista i pałker. No więc ich porzucił po pierwszej trasie po US of fookin' A i rozpoczął karierę solową. Przypadkiem Ultravox zmartwychwstał rok później, kiedy dołączył do nich na wokal Midge Ure, ale to był już zupełnie inny zespół. A Foxx w 1980 wydał Metamatic, które uważane jest za jeden z najważniejszych albumów w muzyce elektronicznej tamtych czasów (shame on you jak nie znacie He's a Liquid). Foxx stał się gwiazdą (choć nie jakiegoś potężnego formatu) i na drugim albumie - The Garden - postanowił wrócić do bardziej popowego grania. Założył studio, które nazwał tak, jak swoją płytę (nagrywali tam zresztą m.in. DM), ruszył w trasę, nagrał kolejną płytę (The Golden Section), która była już czystym synthpopem, ruszył w kolejną trasę, nagrał jeszcze kolejną płytę (In Mysterious Ways), która była już wyjątkowo cheesy popem i się nie sprzedawała, więc Foxx się wycofał z rynku i zatrudnił się na swojej macierzystej uczelni. Parę lat później steamował się z Timem Simenonem i jakimiś ludźmi i nagrali krążek, który oficjalnie wyszedł... jakoś w okolicach roku 2000 xD A szkoda, bo fajnie łączyli breakbeaty z klawiszami. Nazwali się Nation 12. Foxx jednak skutecznie wrócił na scenę, kiedy postanowił sformować duet z szerzej nieznanym muzykiem Louisem Gordonem i w 1997 wydali pierwszą płytę razem - Shifting City. Albumów było jeszcze parę, czysta elektronika, ale taka "nowoczesna" w brzmieniu, trochę zbyt wycyzelowana, trochę przeprodukowana momentami (chociaż ciągle fajna muza). Grali sobie koncerty, grali, wydawali płyty, wydawali (w tym zaje*iste live'y), aż zniknęli. I ja Foxxa straciłem wtedy z oczu, bo jak miałem fazę na duet Foxx/Gordon (2008-2009), to akurat kończyli przygodę. Foxx po drodze wydał jeszcze parę ambientów sygnowanych swoim nazwiskiem (czy raczej ksywą), miał kapitalne duety z Haroldem Buddem i Robinem Guthrie, coś tam jeszcze gdzieś robił do różnych instalacji (np. świetna Tiny Colour Movies z 2006 roku), ale nic dużego. Aż na początku kwietnia 2011 rzucił mi się w oczy artykuł na Piczforku mówiący o... nowym albumie nowego zespołu Foxxa. Interplay właśnie, które ukazało się raptem tydzień wcześniej.
Od razu zassałem. Odpaliłem i przepadłem. To jest jak Metamatic na sterydach. Z odpowiednią dawką nowoczesności w brzmieniu, jednocześnie Foxx i jego partner muzyczny Benge (Ben Edwards, to właściwie on był tym The Maths zanim do grupy dołączyły Serafina Steer i wspaniała, cudowna i boska Hannah Peel) chwalili się, że do nagrania krążka użyli wyłącznie instrumentów analogowych. W nienachalny sposób czuć to w utworach, ale no jak! Dla mnie nie ma tu złego kawałka, może 2 pozostawiają mnie z pewnym uczuciem niedosytu (czwarty i ostatni), reszta to totalne złoto. Tak, jak na płytach z Gordonem gdzieś dosłuchiwałem się starzejącego się głosu Foxxa tutaj mam wrażenie że dojrzał niczym dobre Alaverdi. Od pierwszych dźwięków agresywnego Shatterproof (które jest dość oczywistym hołdem złożonym Nummern Kraftwerk), poprzez wbijające w fotel Catwalk, do ociekającego nostalgią Evergreen, do subtelnie Coil-ującego utworu tytułowego poprzez przesycone seksem (nawet nie wiem skąd mam takie skojarzenie ale mam) Summerland, minimal techno The Running Man wprost w melancholijne A Falling Star. A przedostatni zawsze sprawia, że mam ochotę mocniej wdusić gaz w aucie. Z tym przedostatnim - Destination - to w ogóle zabawna sytuacja, bo utwór ten ukazał się jako "singiel" jeszcze w grudniu 2009 (w trochę innej wersji, b-sidem był kawałek, który wylądował na ich kolejnym albumie), a ja tego w ogóle nie zauważyłem. Szyld JF+TM już wtedy istniał, a mnie to całkowicie ominęło, nawet nie wiem jak. Ten artykuł piczforkowy trochę spadł z nieba, i to w doskonałym wprost momencie, bo ten album dla mnie kipi wiosną. Od lat słucham go zawsze o tej porze roku, wchodzi wprost idealnie. Też ma swoje synthpopowe momenty (generalnie jako taki bym go określił), ale ten duch starych, pierwszych ejtisów jest w nim nie do wygaszenia i jest w nim rzeczą najlepszą. Foxx i Benge nie zwalniali tempa zresztą, zespół im się rozrósł i jeszcze jesienią tego samego roku wydali kolejny album, a latem jeszcze kolejnego jeszcze następny. Potem zniknęli na 5 lat i wypuścili płytę instrumentalną, która była właściwie ilustracją do jakichś projekcji, ale tak im się spodobała, że postanowili to wrzucić w krążek. Comeback właściwego wydawnictwa nastąpił w maju 2020, do zespołu dołączył Robin Simon, który był gitarzystą jeszcze w Ultravox (tym pierwszym, odszedł z Foxxem i nie wrócił, gitarę przejął Ure). Niestety płyta jest wyraźnie słabsza od pozostałych. Ale to nieważne, bo to Foxx. Miałem ekstremalnie dużo szczęścia, bo na Unsound Festival w Krakowie w październiku 2011 jednym z headlinerów ogłoszono właśnie Foxxa i The Maths. Bilety były za jakieś żenujące pieniądze, a ja akurat często przebywałem w okolicy - pojechałem (przy okazji zobaczyłem pół Throbbing Gristle) i to był jeden z najlepszych występów w jakich wziąłem udział ever. Foxx to gość, który jest już zdrowo po 70 a ciągle nagrywa i nie zamierza przestawać. Koncerty co prawda ograniczył tylko do Wysp, ale jeśli ma dalej tworzyć takie rzeczy jak B-movie (2014 rok) czy London Overgrown (2015 rok) to niech już nawet tylko to robi. To jest po prostu dobra muzyka. A teraz jest na nią świetna pora roku. Foxx do dziś jest jednym z wzorów dla mnie jeśli chodzi o muzykę i też własną twórczość. Gość pisze fajne teksty, ma dobre pomysły na melodie i riffy, człowiek-instytucja muzyczna. Dla mnie to jest (prawie) podsumowanie tej kolejki, subiektywne co prawda, ale mam nadzieję, że klimat Wam się udzieli. Bierzcie i słuchajcie z tego wszyscy!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Widzę, że jest grubo, Wyatt, Jarre, Pet Shop Boys... To ja też dorzucę znaną nazwę:
Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways
https://www.youtube.com/watch?v=590BYwV ... G3Abo_FlYU
Z nazwą "Porcupine Tree" zetknąłem się po raz pierwszy tu, na forum, 11 lat temu, a więc już po tym, jak zespół zawiesił działalność. Kilku użytkowników (Hien, Rajca) tak mocno propagowali muzykę grupy, że zdecydowałem się sprawdzić, co takiego ludzie spod dziwnego szyldu zagrali. Jedną z pierwszych płyt, z którymi się zapoznałem była ta z budką telefoniczną na pustyni. Nie wiedziałem wtedy, że od tego zacznie się wielka, muzyczna przygoda. Zespół po raz pierwszy był zespołem. Nie zwracałem wtedy zbytnio uwagi na zarzuty, że album układem przypomina Wish You Were Pink Floyd (czy też brzmieniem - mnie tam Wilsonowi nie jest aż tak blisko do Gilmoura, w każdym razie rzadko mam ochotę na obu w tym samym czasie). Bo co my tu mamy? Dwa monumentalne utwory tytułowe na początku i na końcu, dwie piosenki, Prepare Yourself, które jest, jak sama nazwa wskazuje, preludium do czegoś większego i improwizowanego, a potem przyciętego Moonloopa.
Pierwsza sprawa: płyta ma świetne, dość klarowne brzmienie, dużo ciekawsze niż kolejne albumy Jeżozwierzy. Pamiętam, że słuchałem jej jeszcze na starym komputerze mamy, to były czasy! Phase One od razu mnie chwycił: najpierw delikatne wprowadzenie, potem spokojna piosenka, której refren na długo wrył się w mózgownicę, a potem szaleńczy, transowy odjazd, to było to, czego (nieświadomie) było mi trzeba. W sumie to nie wiem, czy na początku nie poznałem wersji alternatywnej, tej, w której TSMS tworzyło jedną całość. Nieczęsto już tego słucham, ale kiedyś odsłuchów było bardzo dużo.
Następnie dynamiczny, odlotowy, budzący niepokój Dislocated Day i nocny, księżycowy, również podskórnie bardzo niespokojny The Moon Touches Your Shoulder i takaż miniaturka Prepare Yourself.
Potem mamy Moonloopa z jego słynną codą. Aż sobie muszę znów puścić, żeby wyłapać trzy momenty, które mnie zawsze zachwycają i wprowadzają zmianę nastroju. Aż dziw, że nie grał tam Barbieri, bo ma to klimat zbliżony do płyt z nastrojową muzyką elektroniczną. Jedno z najfajniejszych, najbardziej uspokajających nagrań, jakie znam, to Dislocated Day z tym mocnym brzmieniem i tą charakterystyczną melodią po refrenie jest dużo ostrzejszy, można przy tym zasypiać. Aha, mam te momenty: 1:11, około 2:20 i 7:59.
Na koniec leniwie rozkręcająca się Phase Two, która następnie narasta i wchodzi motyw, który sugeruje, że to już koniec, kapitalny gitarowy riff, a potem wokalizy... ale nie, mamy jeszcze jedno uspokojenie i fantastyczną gitarową solówkę na koniec, po czym następuje cisza, fale uderzają o brzeg coraz ciszej i ciszej...
Niedawno wrzuciłem sobie znowu całe TSMS na telefon i sobie słucham w drodze, mam wielki sentyment do tych nagrań. Do dziś zdecydowanie ulubiona płyta Jeżozwierza (pewnie właśnie dlatego, że pierwsza tak dobrze poznana).
The Sky Moves Sideways otworzyła mi bramę do świata muzyki starszej, rockowej, ale i elektronicznej, do świata Pink Floyd (choć tu swoje zrobiły też Clean i One of These Days) i Tangerine Dream (te wszystkie transowe partie > Ricochet), świata Steve'a Hillage'a, Gonga i Ozric Tentacles (tu też dużo zrobiło Up The Downstair), za Floydami poszedł Jethro Tull, a dalej było już z górki, generalnie masa świetnej, ciekawej, różnorodnej muzyki. Trochę czasu musiało minąć od pierwszego odsłuchu Jeżozwierzy do pierwszego odsłuchu Tulla, ale podglebie zostało położone przez Wilsona.
Tu powiem jeszcze jedno: nigdy nie fascynowała mnie ideologia proga, zacząłem go słuchać w momencie, w którym chciałem poszukać bardziej złożonych form w muzyce popularnej. Nadal mam poważny zgryz, jeśli chodzi o bożyszcza tego nurtu, zwłaszcza te z czasów późniejszych. Jakiś zgryz mam w tym, że oni promują poglądy, z którymi w dużej mierze się nie zgadzam (a już w ogóle nie cierpię polskich dziennikarzy piszących o progu, jak tyle razy usłyszy się, że pop/bigbit/elektronika/co tam jeszcze chcecie to jest gówno, to się potem ma bardzo złe zdanie o tym środowisku; tej pogardy, agresji, bezczelności nie potrafię im zapomnieć; dotąd nie rozumiem, czemu ci ludzie przy każdej okazji muszą się odnosić do tego, czego nienawidzą; myślę, że tak naprawdę to prog nie może istnieć bez Royów Orbisonów i Karin Stanek, bez Modern Talking i bez Kraftwerku, to niejako legitymizuje, uzasadnia ich istnienie).
Tyle mojej dygresji, płyta naprawdę świetna!
Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways
https://www.youtube.com/watch?v=590BYwV ... G3Abo_FlYU
Z nazwą "Porcupine Tree" zetknąłem się po raz pierwszy tu, na forum, 11 lat temu, a więc już po tym, jak zespół zawiesił działalność. Kilku użytkowników (Hien, Rajca) tak mocno propagowali muzykę grupy, że zdecydowałem się sprawdzić, co takiego ludzie spod dziwnego szyldu zagrali. Jedną z pierwszych płyt, z którymi się zapoznałem była ta z budką telefoniczną na pustyni. Nie wiedziałem wtedy, że od tego zacznie się wielka, muzyczna przygoda. Zespół po raz pierwszy był zespołem. Nie zwracałem wtedy zbytnio uwagi na zarzuty, że album układem przypomina Wish You Were Pink Floyd (czy też brzmieniem - mnie tam Wilsonowi nie jest aż tak blisko do Gilmoura, w każdym razie rzadko mam ochotę na obu w tym samym czasie). Bo co my tu mamy? Dwa monumentalne utwory tytułowe na początku i na końcu, dwie piosenki, Prepare Yourself, które jest, jak sama nazwa wskazuje, preludium do czegoś większego i improwizowanego, a potem przyciętego Moonloopa.
Pierwsza sprawa: płyta ma świetne, dość klarowne brzmienie, dużo ciekawsze niż kolejne albumy Jeżozwierzy. Pamiętam, że słuchałem jej jeszcze na starym komputerze mamy, to były czasy! Phase One od razu mnie chwycił: najpierw delikatne wprowadzenie, potem spokojna piosenka, której refren na długo wrył się w mózgownicę, a potem szaleńczy, transowy odjazd, to było to, czego (nieświadomie) było mi trzeba. W sumie to nie wiem, czy na początku nie poznałem wersji alternatywnej, tej, w której TSMS tworzyło jedną całość. Nieczęsto już tego słucham, ale kiedyś odsłuchów było bardzo dużo.
Następnie dynamiczny, odlotowy, budzący niepokój Dislocated Day i nocny, księżycowy, również podskórnie bardzo niespokojny The Moon Touches Your Shoulder i takaż miniaturka Prepare Yourself.
Potem mamy Moonloopa z jego słynną codą. Aż sobie muszę znów puścić, żeby wyłapać trzy momenty, które mnie zawsze zachwycają i wprowadzają zmianę nastroju. Aż dziw, że nie grał tam Barbieri, bo ma to klimat zbliżony do płyt z nastrojową muzyką elektroniczną. Jedno z najfajniejszych, najbardziej uspokajających nagrań, jakie znam, to Dislocated Day z tym mocnym brzmieniem i tą charakterystyczną melodią po refrenie jest dużo ostrzejszy, można przy tym zasypiać. Aha, mam te momenty: 1:11, około 2:20 i 7:59.
Na koniec leniwie rozkręcająca się Phase Two, która następnie narasta i wchodzi motyw, który sugeruje, że to już koniec, kapitalny gitarowy riff, a potem wokalizy... ale nie, mamy jeszcze jedno uspokojenie i fantastyczną gitarową solówkę na koniec, po czym następuje cisza, fale uderzają o brzeg coraz ciszej i ciszej...
Niedawno wrzuciłem sobie znowu całe TSMS na telefon i sobie słucham w drodze, mam wielki sentyment do tych nagrań. Do dziś zdecydowanie ulubiona płyta Jeżozwierza (pewnie właśnie dlatego, że pierwsza tak dobrze poznana).
The Sky Moves Sideways otworzyła mi bramę do świata muzyki starszej, rockowej, ale i elektronicznej, do świata Pink Floyd (choć tu swoje zrobiły też Clean i One of These Days) i Tangerine Dream (te wszystkie transowe partie > Ricochet), świata Steve'a Hillage'a, Gonga i Ozric Tentacles (tu też dużo zrobiło Up The Downstair), za Floydami poszedł Jethro Tull, a dalej było już z górki, generalnie masa świetnej, ciekawej, różnorodnej muzyki. Trochę czasu musiało minąć od pierwszego odsłuchu Jeżozwierzy do pierwszego odsłuchu Tulla, ale podglebie zostało położone przez Wilsona.
Tu powiem jeszcze jedno: nigdy nie fascynowała mnie ideologia proga, zacząłem go słuchać w momencie, w którym chciałem poszukać bardziej złożonych form w muzyce popularnej. Nadal mam poważny zgryz, jeśli chodzi o bożyszcza tego nurtu, zwłaszcza te z czasów późniejszych. Jakiś zgryz mam w tym, że oni promują poglądy, z którymi w dużej mierze się nie zgadzam (a już w ogóle nie cierpię polskich dziennikarzy piszących o progu, jak tyle razy usłyszy się, że pop/bigbit/elektronika/co tam jeszcze chcecie to jest gówno, to się potem ma bardzo złe zdanie o tym środowisku; tej pogardy, agresji, bezczelności nie potrafię im zapomnieć; dotąd nie rozumiem, czemu ci ludzie przy każdej okazji muszą się odnosić do tego, czego nienawidzą; myślę, że tak naprawdę to prog nie może istnieć bez Royów Orbisonów i Karin Stanek, bez Modern Talking i bez Kraftwerku, to niejako legitymizuje, uzasadnia ich istnienie).
Tyle mojej dygresji, płyta naprawdę świetna!
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Grubo, po wrzutce Melkiego będę wiedział już na pewno, czy jeszcze mam tolerancję na PT xD
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
O, Melki dobrze wcelował, bo tez mam wspomnienia natury wielkanocnej z tym albumem, zwłaszcza z The Moon Touches Your Shoulder.
Ps. ale Melki, dałeś playliste zmontowana z jakichś losowych wrzutek wątpliwej jakości. To już lepiej daj to
https://www.youtube.com/watch?v=pRWRPBfGVLg
Ps. ale Melki, dałeś playliste zmontowana z jakichś losowych wrzutek wątpliwej jakości. To już lepiej daj to
https://www.youtube.com/watch?v=pRWRPBfGVLg
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Brawo Melki.
Przesłuchałem już dzisiaj dwa z Waszych albumów i wiem, że tym razem tak łatwo raczej nie będzie. No ale to dopiero jeden odsłuch.
Przesłuchałem już dzisiaj dwa z Waszych albumów i wiem, że tym razem tak łatwo raczej nie będzie. No ale to dopiero jeden odsłuch.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ok Panowie zatem aby nie przedłużać zapraszam do rundy 4 a na pierwszy ogień leci Seventeen Seconds od The Cure 
Następne w kolejce XTC z albumem Nonsuch, kolejkę z linkami ogarnę jutro raczej.
Następne w kolejce XTC z albumem Nonsuch, kolejkę z linkami ogarnę jutro raczej.
stripped pisze:06 kwie 2022 17:19The Cure - Seventeen Seconds
(1980)
https://youtube.com/playlist?list=PLMxy ... eE5aBWQyP5
Prawdę powiedziawszy miałem na tą rundę uszykowany już zupełnie inny album ale wziąłem pod uwagę to jaki wpływ na odbiór miewa nieraz aura za oknem i chcąc załapać się na resztki brzydoty wczesnowiosennej nim zrobi się naprawdę ciepło wrzucam jednak Kjurów najpierw.
Przygodę z tym zespołem zacząłem jakoś w 2006/2007 r. i była to jakby naturalna kolej rzeczy po odkryciu Depeche Mode. Znając z telewizji kilka ich przebojów poprosiłem kumpla by mi ściągnął Lullaby (co było trochę wtopą bo ściągnął mi wersję acoustic i się tylko wkurzyłem), później album Disintegration który uważam chyba za najlepszy w ich dyskografii i za złożoną całość. Potem poszły następne, Seventeen Seconds zassane po zapoznaniu z singlowym A Forest oraz Pornography. Kawałek A Forest też poznałem trochę z dupy bo znalazł się na soundtracku do GTA Vice City Stories w 2006 roku więc z ciekawości zbadałem i zachwycił mnie od razu.
Album Seventeen Seconds to dla mnie klasyk post-punku i trochę też wczesnego gothic rocka, początek skrętu Kjurów w bardziej mroczne odmęty muzyki i drogi którą podążali przez następne dwa albumy aż przestawili się na lekkostrawny jangly pop a potem to już tylko mieszali w tym kotle na zmianę tymi dwoma swoimi skrajnymi obliczami z płyty na płytę aż opracowali Disintegration wg mnie idealnie wyważone, no i potem to już nie było to samo IMO. Pomimo mojego wielkiego szacunku do Disintegration przedstawiam Wam jednak 17 Seconds bo uważam go chyba za równie dobry i bardziej po mojemu może zagrany? Były to czasy jeszcze nim Robert Smith na dobre poszedł w tapirowane włosy i gotyckie makijaże, granie Kjurów było prostsze i takie no bardziej "chłopackie" jak to się już nie mawia. Z drugiej strony było już czuć zapach nadchodzącej przemiany i wkradającej się gotyckiej powagi do tej muzy, a może po prostu takiego chłodu zimnofalowego.
Zanim siądziecie do odsłuchu - Ci z Was którzy albumu tego nie znają - mam jedną uwagę, dla mnie nieco istotną a dla Was może śmieszną. Album ten ułożony jest pod kątem wydań analogowych, słuchając go jak leci z kompaktu czy playlisty można tego zabiegu nie rozumieć dlatego warto mieć w pamięci że tracklista dość wyraźnie dzieli album na stronę A i stronę B płyty winylowej bądź kasety. Ja po latach ostatecznie płytotekę uzupełniłem sobie o winyl więc przerwę w połowie albumu mam zapewnioną. Obie strony albumu otwierają smutnawe, krótkie instrumentalne utwory z brzmieniem fortepianu, stronę A otwiera A Reflection a stronę B otwiera The Final Sound, który to urywa się dość nagle i byłby pewnie dłuższy niż minutę gdyby nie fakt że zespołowi zwyczajnie skończyła się taśma w trakcie nagrywania. Nieco podobnie urywa się też kończące pierwszą stronę Three, więc słuchając tego tak jak leci, bez przerwy pomiędzy nimi moze brzmieć to nieco bez sensu jak jakieś dwa "odpady" wrzucone po kolei. Poza w/w na płycie znajdują się dość chwytliwe post-punkowe single A Forest i Play For Today, reszta utworów bynajmniej nie stanowi poziomu fillerów a godnie wypełnia album graniem opartym na gitarach, fortepianie i minimalistycznych synthach. Wyróżniającym się w moim odbiorze jest też utwór M z jangle popową gitarą która swego czasu była mi niezłym earwormem, no i serio kocham At Night, cudny klimacik jak się człowiek bije z myślami gdzieś o 3 nad ranem jesienną nocą. Ogólnie instrumentarium albumu jest dość oszczędne ale spójne a wokale na płycie raczej monotonne ale chociaż nie ma tu tego jojczenia charakterystycznego dla późniejszego Szmita, które nie zawsze mi podchodzi. A, no i na tym albumie do grupy dołączył Simon Gallup który był później ich basistą przez większość kariery i był jednym z kluczowych elementów ich brzmienia.
Ogólnie podsumowując jaram się, jaram się nadal tym albumem i dla mnie jest z kolei idealnym wyważeniem między wczesnym brzmieniem Kjurów a ich kompletnie gotyckim obliczem, choć co zabawne - debiutu ich słuchałem dawno i nieprawda i nie pamiętam z niego prawie nic, ale tak to odbieram i już xD Niemniej jest to dla mnie taki zespół że z ich dyskografii można wyłowić spokojnie kilka niezłych płyt a przynajmniej moim zdaniem warto je znać. The Cure obok DM i Nirvany (poznawanej w tym samym czasie co Kjury) stanowią moją topkę bandów do dziś.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Cure – Seventeen Seconds
Znam ten album na pamięć, a mimo to, przed napisaniem recenzji (a nawet w trakcie) przesłuchałem go 5 razy, dla własnej przyjemności. To jest czarny koń dyskografii The Cure. Jest cult classiciem, ale jednocześnie ginie w cieniu kolejnych dwóch albumów, nie mówiąc już o Disintegration i Wish. Niestety/stety to taki album, którego aspiracje nie mogą sięgać dalej, ale gdyby zmienić go w jakikolwiek sposób, to już by to działało na jego szkodę. I ja bym na tej płycie niczego nie zmienił.
Już po debiucie inspirowanym trochę Joy Division i XTC (może tego aż tak nie słychać, ale tak twierdzili Szmit i Dempsey), ale zanim zaczęli robić z siebie księżniczki gotyku, The Cure byli w tym wspaniałym okresie przejściowym i idealnej równowadze brzmieniowej między jednym, a drugim. Jest tu już trochę mroczniej (nie dużo, ale jednak), jest Simon Gallup ze swoimi motorycznymi liniami basu, ale jednocześnie nie ma tych przytłaczających ilości klawiszy, które zaczęły zalewać brzmienie na kolejnych albumach.
W tym miejscu muszę zrobić mały coming out. Uwielbiam TC bez klawiszy xD Kiedy w 2004 roku Szmit wywalił O’Donnela i Bamonta, to zareagowałem jak wszyscy, pukałem się w czoło. Mało wtedy wiedziałem o byciu w zespole, a już zwłaszcza w zespole mającym ćwierć wieku oraz o tym jak należy walczyć ze stagnacją w takowym. Wywalono wtedy stos gówna na łeb Grubemu, który zredukował skład do tria (wokal/gitara, bas, perkusja). Na tym etapie to było kompletnie nie do pomyślenia, że ten zespół może się obyć bez klawiszy i myślę, że Szmit chciał tutaj coś udowodnić, a poza tym samemu sobie narzucić challange, bo czuł, że zespół po prostu zaczyna zbytnio zapadać się w tym co znane i bezpieczne. To nawet wtedy wydawało się dosyć radykalne i zaskakujące. Nie wiem czy jakikolwiek inny zespół z tym stażem by coś takiego zrobił. Ostatecznie Szmit zdał sobie sprawę, że to się nie do końca tak da tylko we trzech i zaprosił do zespołu dawnego (i najlepszego) gitarzystę jaki był w The Cure – Porla Thompsona. Kiedy zaczęły pojawiać się pierwsze booltegi z trasy w 2005 t., ewidentne było, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym.
Panowie pokryli ważniejsze partie klawiszowe na gitarach, a w wielu utworach okazało się, że tak czarują, iż nawet nie ma potrzeby odtwarzania czegokolwiek. Okres między 2005, a 2009 to mój ulubiony okres TC jeśli chodzi o koncerty. Porl był totalnie nieprzewidywalny, koncerty miały w sobie tyle pomysłu, energii i entuzjazmu, że trudno było oprzeć się wrażeniu, że The Cure są u szczytu możliwości. Wszystko się skończyło w 2011 kiedy wrócił O’Donnel (wcześniej, w 2009, ponownie odszedł Thompson). Przez chwilę grali w składzie we 4, z jedną gitarą, ale szybko sobie załatwili skrzydłowego, nie byle kogo bo Reevesa Gabrelsa, który znany jest jako główny współpracownik Bowiego w latach 90-tych. Niestety jako członek The Cure, Gabrels przynudza i koncerty wydają się po prostu potwornie wyreżyserowane. Miałem okazję porównać oba składy w 2008 r. i 2016 r., niebo a ziemia. Trochę dygresja, ale jednak tamten okres w TC uwypuklił dla mnie jaki to był dobry zespół, kiedy klawisze stanowiły tylko minimum brzmienia. Zwłaszcza rzeczy z 17 Seconds brzmiały wtedy kosmicznie i te wykonania stanowiły dowód wielkości tego albumu.
Jeśli chodzi o kawałki, nigdy jakoś bardzo nie przepadałem za Play for Today ze względu na przaśne wersje live, ale na płycie to jest naprawdę dobry kawałek. Secrets ma w sobie chyba wszystko to, co lubię w brzmieniu tego albumu, taki mini showcase. In Your House, dziwne mam skojarzenie, ale Kurt musiał tego słuchać. Instrumentale są dobre i zyskują kiedy weźmie się pod uwagę kontekst winyla/kasety, o którym wspominał Murzyn. Druga połowa albumu to już same klasyki. A Forest już mi się mocno przejadł, ale to oczywiście nie jest jakaś krytyka albumu, czy utworu, wręcz przeciwnie, musiałem go przecież dużo słuchać żeby mógł się przejeść. M nigdy jakoś szczególnie nie lubiłem, w sumie nie potrafię powiedzieć czemu, może przez ten kowbojski klimat, który średnio mi pasuje do piosenki miłosnej jaką Szmit napisał dla swojej laski. At Night, to mój ulubiony kawałek na płycie i jeden z najlepszych utworów TC w ogóle. Kiedy zagrali to w Katowicach w 2008 r. to zmiażdżyli mnie tym doszczętnie i wersja z trasy 4Tour jest absolutnie najlepszą. Tytułowy kawałek jest bardzo spoko. Kiedy Szmit dokonał pogromu w składzie w 2004 r., wydali ep pod tytułem 4Play, na której znalazły się cztery tytułówki z czterech pierwszych płyt, nagrane na świeżo jako trio. Nie wiem, czy tamtejsza wersja Seventeen Seconds nie jest nawet lepsza od albumowej, ale chyba nie z jednego względu. Jednak ta sztywna, kliniczna, sucha i robotyczno-nieumiałkowa perkusja z oryginału robi klimat tego kawałka, tymczasem Jason Cooper jest trochę zbyt konwencjonalnym i, nomen omen, zdolnym perkusistą żeby to powtórzyć (za dużo talerzy).
W każdym razie, jest to fenomenalny album pod każdym względem. 35 minut angażującej i bardzo atmosferycznej muzyki, ponadto zrealizowanej w sposób specyficzny, czego jedyną wadą jest chyba tylko, że Szmita prawie nie słychać przez większość czasu. Chociaż to nie zawsze jest wada, zależy od utworu. Ave DE KJUR. Ave Gruby.
Znam ten album na pamięć, a mimo to, przed napisaniem recenzji (a nawet w trakcie) przesłuchałem go 5 razy, dla własnej przyjemności. To jest czarny koń dyskografii The Cure. Jest cult classiciem, ale jednocześnie ginie w cieniu kolejnych dwóch albumów, nie mówiąc już o Disintegration i Wish. Niestety/stety to taki album, którego aspiracje nie mogą sięgać dalej, ale gdyby zmienić go w jakikolwiek sposób, to już by to działało na jego szkodę. I ja bym na tej płycie niczego nie zmienił.
Już po debiucie inspirowanym trochę Joy Division i XTC (może tego aż tak nie słychać, ale tak twierdzili Szmit i Dempsey), ale zanim zaczęli robić z siebie księżniczki gotyku, The Cure byli w tym wspaniałym okresie przejściowym i idealnej równowadze brzmieniowej między jednym, a drugim. Jest tu już trochę mroczniej (nie dużo, ale jednak), jest Simon Gallup ze swoimi motorycznymi liniami basu, ale jednocześnie nie ma tych przytłaczających ilości klawiszy, które zaczęły zalewać brzmienie na kolejnych albumach.
W tym miejscu muszę zrobić mały coming out. Uwielbiam TC bez klawiszy xD Kiedy w 2004 roku Szmit wywalił O’Donnela i Bamonta, to zareagowałem jak wszyscy, pukałem się w czoło. Mało wtedy wiedziałem o byciu w zespole, a już zwłaszcza w zespole mającym ćwierć wieku oraz o tym jak należy walczyć ze stagnacją w takowym. Wywalono wtedy stos gówna na łeb Grubemu, który zredukował skład do tria (wokal/gitara, bas, perkusja). Na tym etapie to było kompletnie nie do pomyślenia, że ten zespół może się obyć bez klawiszy i myślę, że Szmit chciał tutaj coś udowodnić, a poza tym samemu sobie narzucić challange, bo czuł, że zespół po prostu zaczyna zbytnio zapadać się w tym co znane i bezpieczne. To nawet wtedy wydawało się dosyć radykalne i zaskakujące. Nie wiem czy jakikolwiek inny zespół z tym stażem by coś takiego zrobił. Ostatecznie Szmit zdał sobie sprawę, że to się nie do końca tak da tylko we trzech i zaprosił do zespołu dawnego (i najlepszego) gitarzystę jaki był w The Cure – Porla Thompsona. Kiedy zaczęły pojawiać się pierwsze booltegi z trasy w 2005 t., ewidentne było, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym.
Panowie pokryli ważniejsze partie klawiszowe na gitarach, a w wielu utworach okazało się, że tak czarują, iż nawet nie ma potrzeby odtwarzania czegokolwiek. Okres między 2005, a 2009 to mój ulubiony okres TC jeśli chodzi o koncerty. Porl był totalnie nieprzewidywalny, koncerty miały w sobie tyle pomysłu, energii i entuzjazmu, że trudno było oprzeć się wrażeniu, że The Cure są u szczytu możliwości. Wszystko się skończyło w 2011 kiedy wrócił O’Donnel (wcześniej, w 2009, ponownie odszedł Thompson). Przez chwilę grali w składzie we 4, z jedną gitarą, ale szybko sobie załatwili skrzydłowego, nie byle kogo bo Reevesa Gabrelsa, który znany jest jako główny współpracownik Bowiego w latach 90-tych. Niestety jako członek The Cure, Gabrels przynudza i koncerty wydają się po prostu potwornie wyreżyserowane. Miałem okazję porównać oba składy w 2008 r. i 2016 r., niebo a ziemia. Trochę dygresja, ale jednak tamten okres w TC uwypuklił dla mnie jaki to był dobry zespół, kiedy klawisze stanowiły tylko minimum brzmienia. Zwłaszcza rzeczy z 17 Seconds brzmiały wtedy kosmicznie i te wykonania stanowiły dowód wielkości tego albumu.
Jeśli chodzi o kawałki, nigdy jakoś bardzo nie przepadałem za Play for Today ze względu na przaśne wersje live, ale na płycie to jest naprawdę dobry kawałek. Secrets ma w sobie chyba wszystko to, co lubię w brzmieniu tego albumu, taki mini showcase. In Your House, dziwne mam skojarzenie, ale Kurt musiał tego słuchać. Instrumentale są dobre i zyskują kiedy weźmie się pod uwagę kontekst winyla/kasety, o którym wspominał Murzyn. Druga połowa albumu to już same klasyki. A Forest już mi się mocno przejadł, ale to oczywiście nie jest jakaś krytyka albumu, czy utworu, wręcz przeciwnie, musiałem go przecież dużo słuchać żeby mógł się przejeść. M nigdy jakoś szczególnie nie lubiłem, w sumie nie potrafię powiedzieć czemu, może przez ten kowbojski klimat, który średnio mi pasuje do piosenki miłosnej jaką Szmit napisał dla swojej laski. At Night, to mój ulubiony kawałek na płycie i jeden z najlepszych utworów TC w ogóle. Kiedy zagrali to w Katowicach w 2008 r. to zmiażdżyli mnie tym doszczętnie i wersja z trasy 4Tour jest absolutnie najlepszą. Tytułowy kawałek jest bardzo spoko. Kiedy Szmit dokonał pogromu w składzie w 2004 r., wydali ep pod tytułem 4Play, na której znalazły się cztery tytułówki z czterech pierwszych płyt, nagrane na świeżo jako trio. Nie wiem, czy tamtejsza wersja Seventeen Seconds nie jest nawet lepsza od albumowej, ale chyba nie z jednego względu. Jednak ta sztywna, kliniczna, sucha i robotyczno-nieumiałkowa perkusja z oryginału robi klimat tego kawałka, tymczasem Jason Cooper jest trochę zbyt konwencjonalnym i, nomen omen, zdolnym perkusistą żeby to powtórzyć (za dużo talerzy).
W każdym razie, jest to fenomenalny album pod każdym względem. 35 minut angażującej i bardzo atmosferycznej muzyki, ponadto zrealizowanej w sposób specyficzny, czego jedyną wadą jest chyba tylko, że Szmita prawie nie słychać przez większość czasu. Chociaż to nie zawsze jest wada, zależy od utworu. Ave DE KJUR. Ave Gruby.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
I obecna kolejka:
The Cure - Seventeen Seconds
https://youtube.com/playlist?list=PLMxy ... eE5aBWQyP5
XTC – Nonsuch
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... OIecTaDh7B
Robert Wyatt - Rock Bottom
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... MM_ivXGmgJ
Jean-Michel Jarre - Oxygene 7-13
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... MJqwF_9Qpo
Pet Shop Boys - Actually.
https://www.youtube.com/watch?v=ZedvECF7xCY
John Foxx and the Maths - Interplay
https://youtube.com/playlist?list=PLZBg ... F996yatDoi
Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways
https://www.youtube.com/watch?v=590BYwV ... G3Abo_FlYU
The Cure - Seventeen Seconds
https://youtube.com/playlist?list=PLMxy ... eE5aBWQyP5
XTC – Nonsuch
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... OIecTaDh7B
Robert Wyatt - Rock Bottom
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... MM_ivXGmgJ
Jean-Michel Jarre - Oxygene 7-13
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... MJqwF_9Qpo
Pet Shop Boys - Actually.
https://www.youtube.com/watch?v=ZedvECF7xCY
John Foxx and the Maths - Interplay
https://youtube.com/playlist?list=PLZBg ... F996yatDoi
Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways
https://www.youtube.com/watch?v=590BYwV ... G3Abo_FlYU
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
The Cure - Seventeen Seconds
Jak zobaczyłem, co wrzucił stripped, to miałem pewne obawy. Tym bardziej, że album pochodzi aż z 1980r. Dodatkowo stripped opisywał to jako post-punk.
Nigdy nie słyszałem żadnej płyty TC, jedynie pojedyncze utwory i to wieki temu. Nie podobały mi się zbytnio. I w ogóle wkurzał mnie ten durny emo imidż Smitha. I jego głos.
Tymczasem album Seventeen Seconds wszedł mi od razu bez popitki. Już intrumentalny otwieracz mi się spodobał.
Pierwszy szok w ogóle, to ludzki wygląd Smitha w teledysku Play for today. Nawet go nie poznałem, póki nie zaczął śpiewać. Zresztą pierwszy raz go widziałem takiego młodego.
Robert ma taki charakterystyczny głos, którego dobrze nie wspominałem, ale o dziwo na tej płycie w ogóle mi on nie wadzi. Stripped pisał zresztą, że śpiewa tu jeszcze inaczej, niż na późniejszych płytach.
Linie melodyczne na albumie nie są wg mnie jakieś charakterystyczne ani wyjątkowe, ale nic nie szkodzi, bo są one właściwie tutaj jakby tylko dodatkiem do fantastycznego brzmienia gitar. Wespół z nadającą rytm perkusją nadają one płycie super klimat. Nie ma tu wciskanych na siłę i jednocześnie zbędnych gitarowych solówek jak u wielu innych wykonawców.
Płyta jest w ogóle bardzo rytmiczna. I trwa zaledwie trochę ponad pół godziny, więc nie ma szans na jakieś znużenie. No i od początku mi się z czymś kojarzyła. Ktoś tu pisał o Joy Division. Ja zbytnio tego zespołu nie słuchałem, ale niektóre fragmenty Seventeen Seconds na pewno kojarzą mi się z New Order, np. Secrets z Sunrise.
Ulubione utwory: A forest, Secrets i przede wszystkim At night z tą niepokojąco brzmiąco gitarą.
Podsumowując płyta bardzo mi się podoba. Nie jest to może aż taki poziom doznań, jak w przypadku Halou, ale to też jednak zupełnie inny typ muzyki.
Jak zobaczyłem, co wrzucił stripped, to miałem pewne obawy. Tym bardziej, że album pochodzi aż z 1980r. Dodatkowo stripped opisywał to jako post-punk.
Nigdy nie słyszałem żadnej płyty TC, jedynie pojedyncze utwory i to wieki temu. Nie podobały mi się zbytnio. I w ogóle wkurzał mnie ten durny emo imidż Smitha. I jego głos.
Tymczasem album Seventeen Seconds wszedł mi od razu bez popitki. Już intrumentalny otwieracz mi się spodobał.
Pierwszy szok w ogóle, to ludzki wygląd Smitha w teledysku Play for today. Nawet go nie poznałem, póki nie zaczął śpiewać. Zresztą pierwszy raz go widziałem takiego młodego.
Robert ma taki charakterystyczny głos, którego dobrze nie wspominałem, ale o dziwo na tej płycie w ogóle mi on nie wadzi. Stripped pisał zresztą, że śpiewa tu jeszcze inaczej, niż na późniejszych płytach.
Linie melodyczne na albumie nie są wg mnie jakieś charakterystyczne ani wyjątkowe, ale nic nie szkodzi, bo są one właściwie tutaj jakby tylko dodatkiem do fantastycznego brzmienia gitar. Wespół z nadającą rytm perkusją nadają one płycie super klimat. Nie ma tu wciskanych na siłę i jednocześnie zbędnych gitarowych solówek jak u wielu innych wykonawców.
Płyta jest w ogóle bardzo rytmiczna. I trwa zaledwie trochę ponad pół godziny, więc nie ma szans na jakieś znużenie. No i od początku mi się z czymś kojarzyła. Ktoś tu pisał o Joy Division. Ja zbytnio tego zespołu nie słuchałem, ale niektóre fragmenty Seventeen Seconds na pewno kojarzą mi się z New Order, np. Secrets z Sunrise.
Ulubione utwory: A forest, Secrets i przede wszystkim At night z tą niepokojąco brzmiąco gitarą.
Podsumowując płyta bardzo mi się podoba. Nie jest to może aż taki poziom doznań, jak w przypadku Halou, ale to też jednak zupełnie inny typ muzyki.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jak na Twoje uprzedzenie do The Cure, to i tak bardzo pozytywny odbiór, co mnie niezmiernie cieszy, mimo że to nie moja wrzutka xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn