Best of Forum III
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re: Best of Forum III
Ja jutro zamieszczę opisy, ale raczej po południu.
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Ja tak samo, ale może w ciągu dnia.
Ten tydzień był do wielu rzeczy dobry, ale nie do słuchania muzyki, opis będzie jechał "na żywca".
Ten tydzień był do wielu rzeczy dobry, ale nie do słuchania muzyki, opis będzie jechał "na żywca".
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dzisiaj w nocy jeszcze odświeżanko i jutro też wskakuję i lecymy dalij
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Bomb the Bass – Tidal Wave
Z Bomb The Bas kiedyś się zapoznałem słuchając albumu Back to Light. Ale było to dawno i za wiele nie pamiętam.
Dziwny trochę ten utwór. Dlaczego? Bo właściwie nie ma za bardzo linii melodycznej. Albo raczej ma, ale bardzo mało wyrazistą, niezapamiętywalną. Do tego głos Minnie, którą bardzo dobrze znam jako aktorkę, też nie robi jakiegoś wrażenia na wokalu. Ale twórcy pokazali, że właściwie z niczego można jednak coś zrobić. Bo aranżacja jest tak ładna, że i tak mi się podoba. Pianino robi cały utwór. Jest piękne I dla piosenki absolutnie niezbędne. Do tego delikatny bicik i jest przyjemny klimat. Jest bardzo nastrojowo. I o to chodzi. Nawet jak utwór nie ma w sobie wszystkiego, co by się chciało mieć, ale wywołuje satysfakcję u słuchacza, to jest dobrze.
Do czasu słuchania całego Clear pewnie jeszcze jego akcje wzrosną.
Ancien Régime - Eternity Road
Utwór z rodzaju rzetelnych i tylko tyle. Rzeczywiście mam wrażenie, jakbym to słyszał już setki razy. I mam wrażenie, że gość o całkiem dobrym głosie przez te 4 minuty śpiewa ciągle to samo (i chyba właściwie tak jest). Ja nawet często lubię takie utwory, ale akurat tu ta melodia nie do końca do mnie przemawia. A nawet zauważyłem, że im dłużej słucham, tym bardziej kręce nosem na tę melodię. Dev miewa na to fazy i ja go rozumiem, bo sam takie miewam na rzeczy, które absolutnie mnie pochłaniają, choć inni nie widzą w tym nic nadzwyczajnego. No ale tak to jest – na jednego działa, na innego nie. Aranżacja jest dobra, najlepiej brzmi oczywiście gitara. Ale to trochę za mało.
The LOX - Ryde or Die, Bitch (feat. Timbaland & Eve)
Zauważyłem, że podoba mi się hip-hop z czasów 00’, szczególnie jak swoje paluchy macza w nim Timbaland. Ryde or Die, Bitch to bardzo letni, wakacyjny utwór. To chyba zasługa tej super gitary, która powoduje, że numer brzmi bardzo lekko. Choć bicik jest przy tym odpowiednio tłuściutki. Naprawdę ta gitara wkręca się w mózg. Fajnie, że w refrenie słychać kobiecy głos (Eve oczywiście kojarzę). Fajne klawisze na końcu. Człowiek ma wrażenie, jakby ktoś fałszował.
Memory Tapes - Swimming Field
Całkiem interesujący i klimatyczny utwór. Lekko melancholijny, idealny na letnie wieczory. To cykanie świerszczy wytwarza idelaną aurę. Ładna gitara na początku mocno się z czymś kojarzy. Może to nawet no-man albo coś około tego? Potem wchodzi zgrabny bicik i tajemniczy wokal. Po pierwszej zwrotce gra jakiś ekstra instrument. To nie brzmi jak gitara, a raczej jak jakieś ustrojstwo z Bliskiego Wschodu. Robi się lekko orientalnie, lekko zalatuje jednocześnie dawnymi czasami. Potem przenosimy się nagle na Daleki wschód za sprawą klawiszy. Najpierw tak porcelanowo brzmiących, potem innych (jakaś Japonia czy coś). Dreamowe rozmyte brzmienie fajnie współgra z równie rozmytą i niewyraźną okładką. Jedynie ten mocniejszy bit na końcu trochę niepotrzebnie narusza tą zwiewną aurę. Ale jest fajnie i klimatycznie. I ja lubię takie rzeczy.
Boards of Canada - Palace Posy
No dla mnie też to niby trochę niespodziewane brzmienie, choć jednocześnie to jednak mocno w stylu BoC, na ile zdążyłem ich poznać. Choć z latem też mi się jakoś bardzo nie kojarzy. Choć z innymi porami roku tym bardziej. Bit jest bardzo wyrazisty. Ten człapiący rytm, jak pisze Hien naprawdę świetny. Brzmienie elektroniki świetne. W tle w wielu miejscach słychać takie iście baśniowe echa, bardziej jakaś Persja niż Egipt nawet. Trochę zajeżdża w tym elemencie czymś od Camouflage. Są nawet jakieś przetworzone zaśpiewy.
Utwór jest super i wiem tylko jedno – muszę obcykać cały album.
Zbigniew Kurtycz - Cicha woda brzegi rwie
Melki znowu podprowadził piosenkę, tym razem dziadkowi. Widać, że lubi te starocie, choć mam nadzieję, że nie przesadzi, bo dla mnie już po tych ostatnich kolejkach robi się trochę zbyt międzywojennie. Nie słucham takiej muzyki, choć utwór z rodzaju takich, których nie znać nie sposób. I nie przeszkadza mi, ale takich nostalgicznych skojarzeń jak Deszcze niespokojne jednak nie wywołuje. Posłuchałem i tyle. Powrotów nie będzie. Dawno temu dla naszych dziadków to była spoko nuta pewnie. No ale ja to już jednak zupełnie inne pokolenie i mnie takie coś nie chwyta.
A wersji Maleńczuka nawet nie posłucham, bo dziada nie lubię i już.
Z Bomb The Bas kiedyś się zapoznałem słuchając albumu Back to Light. Ale było to dawno i za wiele nie pamiętam.
Dziwny trochę ten utwór. Dlaczego? Bo właściwie nie ma za bardzo linii melodycznej. Albo raczej ma, ale bardzo mało wyrazistą, niezapamiętywalną. Do tego głos Minnie, którą bardzo dobrze znam jako aktorkę, też nie robi jakiegoś wrażenia na wokalu. Ale twórcy pokazali, że właściwie z niczego można jednak coś zrobić. Bo aranżacja jest tak ładna, że i tak mi się podoba. Pianino robi cały utwór. Jest piękne I dla piosenki absolutnie niezbędne. Do tego delikatny bicik i jest przyjemny klimat. Jest bardzo nastrojowo. I o to chodzi. Nawet jak utwór nie ma w sobie wszystkiego, co by się chciało mieć, ale wywołuje satysfakcję u słuchacza, to jest dobrze.
Do czasu słuchania całego Clear pewnie jeszcze jego akcje wzrosną.
Ancien Régime - Eternity Road
Utwór z rodzaju rzetelnych i tylko tyle. Rzeczywiście mam wrażenie, jakbym to słyszał już setki razy. I mam wrażenie, że gość o całkiem dobrym głosie przez te 4 minuty śpiewa ciągle to samo (i chyba właściwie tak jest). Ja nawet często lubię takie utwory, ale akurat tu ta melodia nie do końca do mnie przemawia. A nawet zauważyłem, że im dłużej słucham, tym bardziej kręce nosem na tę melodię. Dev miewa na to fazy i ja go rozumiem, bo sam takie miewam na rzeczy, które absolutnie mnie pochłaniają, choć inni nie widzą w tym nic nadzwyczajnego. No ale tak to jest – na jednego działa, na innego nie. Aranżacja jest dobra, najlepiej brzmi oczywiście gitara. Ale to trochę za mało.
The LOX - Ryde or Die, Bitch (feat. Timbaland & Eve)
Zauważyłem, że podoba mi się hip-hop z czasów 00’, szczególnie jak swoje paluchy macza w nim Timbaland. Ryde or Die, Bitch to bardzo letni, wakacyjny utwór. To chyba zasługa tej super gitary, która powoduje, że numer brzmi bardzo lekko. Choć bicik jest przy tym odpowiednio tłuściutki. Naprawdę ta gitara wkręca się w mózg. Fajnie, że w refrenie słychać kobiecy głos (Eve oczywiście kojarzę). Fajne klawisze na końcu. Człowiek ma wrażenie, jakby ktoś fałszował.
Memory Tapes - Swimming Field
Całkiem interesujący i klimatyczny utwór. Lekko melancholijny, idealny na letnie wieczory. To cykanie świerszczy wytwarza idelaną aurę. Ładna gitara na początku mocno się z czymś kojarzy. Może to nawet no-man albo coś około tego? Potem wchodzi zgrabny bicik i tajemniczy wokal. Po pierwszej zwrotce gra jakiś ekstra instrument. To nie brzmi jak gitara, a raczej jak jakieś ustrojstwo z Bliskiego Wschodu. Robi się lekko orientalnie, lekko zalatuje jednocześnie dawnymi czasami. Potem przenosimy się nagle na Daleki wschód za sprawą klawiszy. Najpierw tak porcelanowo brzmiących, potem innych (jakaś Japonia czy coś). Dreamowe rozmyte brzmienie fajnie współgra z równie rozmytą i niewyraźną okładką. Jedynie ten mocniejszy bit na końcu trochę niepotrzebnie narusza tą zwiewną aurę. Ale jest fajnie i klimatycznie. I ja lubię takie rzeczy.
Boards of Canada - Palace Posy
No dla mnie też to niby trochę niespodziewane brzmienie, choć jednocześnie to jednak mocno w stylu BoC, na ile zdążyłem ich poznać. Choć z latem też mi się jakoś bardzo nie kojarzy. Choć z innymi porami roku tym bardziej. Bit jest bardzo wyrazisty. Ten człapiący rytm, jak pisze Hien naprawdę świetny. Brzmienie elektroniki świetne. W tle w wielu miejscach słychać takie iście baśniowe echa, bardziej jakaś Persja niż Egipt nawet. Trochę zajeżdża w tym elemencie czymś od Camouflage. Są nawet jakieś przetworzone zaśpiewy.
Utwór jest super i wiem tylko jedno – muszę obcykać cały album.
Zbigniew Kurtycz - Cicha woda brzegi rwie
Melki znowu podprowadził piosenkę, tym razem dziadkowi. Widać, że lubi te starocie, choć mam nadzieję, że nie przesadzi, bo dla mnie już po tych ostatnich kolejkach robi się trochę zbyt międzywojennie. Nie słucham takiej muzyki, choć utwór z rodzaju takich, których nie znać nie sposób. I nie przeszkadza mi, ale takich nostalgicznych skojarzeń jak Deszcze niespokojne jednak nie wywołuje. Posłuchałem i tyle. Powrotów nie będzie. Dawno temu dla naszych dziadków to była spoko nuta pewnie. No ale ja to już jednak zupełnie inne pokolenie i mnie takie coś nie chwyta.
A wersji Maleńczuka nawet nie posłucham, bo dziada nie lubię i już.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Zastanawiam się między jakimi wojnami nagrywali te Melczeta przeboje...
Między II Wojną Światową a Wojną w Zatoce Perskiej?
Między II Wojną Światową a Wojną w Zatoce Perskiej?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Może Wujowi o stan wojenny chodziło xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No pewnie gdzieś była jakaś wojna gdy to nagrywali
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Miałem słuchać propozycji do bestki, słucham nieplanowanego koncertu Pawła Teclafa

-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Super Melki, sram ze śmiechu
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
TY TO MELCZET JESTEŚ XDDD
Bomb the Bass – Tidal Wave
Cieszę się, że to już kolejna kolejka, w której wracamy do HIENCORE, bo to nie jest tak, że mam coś do jego punka, ba, czasami nawet go lubię (i sam go wrzucałem i w ogóle), ale co RZETELNOŚĆ to RZETELNOŚĆ. Bombowanie Basu mi się obiło kiedyś o uszy, pewnie z polecenia wrzucającego i te pojedyncze rzeczy, które kiedyś tam sprawdzałem pamiętam jako niezłe, ten jeden długograj też mam w pamięci jako dobry - zresztą chyba ma się pojawić w edycji albumowej, więc wtedy napiszę coś więcej. No to jest po prostu dobry triphop, DOBRZE BUJA i może mi osobiście nie włączył się jakiś nostalgia factor ani nic w ten deseń, ale po prostu doceniam. Jedna z tych rzeczy, które szanuję, co do których kiwam z głową z uznaniem i nawet jeśli nie będę wracać jakoś często, to będę miał dlań miejsce w serduszku. Duży plus.
Ancien Régime - Eternity Road
Urwiesz mi od eternitu Musiał hehe. Tak, musiałem. Wolałem to, niż ciśnięcie z Musiała za słuchanie jakichś obskurnych hipsterskich post-punków, bo właściwie nie wiem czemu miałbym to robić akurat ja, zadający się z ludźmi nagrywającymi obskurne i hipsterskie post-punki. Czy ja wiem, czy to akurat brzmi aż tak jak Joy Division? W sensie no, okej, to nie mogła nie być ich inspiracja, ale sęk w tym, że jak JD brzmi i gra praktycznie każdy piwniczny zespół post-punkowy. Tak się składa, że dziś uporałem się ostatecznie z jedną kwestii, która mnie męczyła jeszcze wtedy, gdy wrzucałem Jessie Ware, więc nie jestem w nastroju na tego typu muzę po prostu, ale nie powinno to nijak wpłynąć na moją opinię o tym kawałku, która jest pozytywna. Dobre zimnofalowe granie jest dobre, nawet jeśli zostało stworzone w kraju Fiata, Zbyszka Bońka i oburzania się o ananasa na pizzy. Solidna okejka.
Justin Timberlake - Cry Me A River
Nie będę ukrywać, że leciutko się uśmiechnąłem pod wąsem przy opisie i ziemkiewiczowskim researchu, ale cóż... zdarza się. Jak coś to też nie przechodziłem takiej sytuacji jak podmiot liryczny, ale może to dlatego, że nie byłem w związku z Britney Spears. Z Justinem to raczej mi średnio po drodze, w bestce albumowej go zjechałem po całości i mimo tego, że już dawno pogodziłem się z popem z lat zerowych, tak jakoś nie mogę się z nim polubić. Może wolę ŚPIEWAJĄCE PANIE z tego okresu, a może to coś innego, w sumie to nie zastanawiałem się nad tym jakoś intensywnie. Niby produkcja Timbalanda TOP, niby faktycznie ciekawie to zaaranżowane, jest tu dużo ciekawych rzeczy, hooków, cholera wie czeego i wszystko jest tu na miejscu, ale jakoś tak... no nie czuję tego. Po prostu. BYWA I TAK.
LOX - Ryde Or Die, B****
Oj, lato 2004... to były czasy... Nie no, tak naprawdę to nie wydarzyło się u mnie wówczas nic ciekawego, poza tym, że w domu pojawił się KOMPUTER (o internecie długo mogłem jeszcze marzyć) i w sumie to grałem wtedy w gierki głównie, bo co miałem lepszego do roboty. Dobra, nie uda mi się tego ulokować w tym samym kontekście czasowym, nie ma mowy. W zasadzie to nie umiem tego ulokować w kontekście jakimkolwiek, niby mógłbym rzucić coś o San Andreas, ale szczerze mówiąc i tam nie do końca mi ten kawałek pasuje. Sorry, mam dziś lekką blokadę w głowie, a nie chcę odpierdalać melczeta ani znowu być tym blokującym zabawę, więc znowu będę lakoniczny i napiszę, że SPOKO kawałek. Podoba mi się bit, bezpretensjonalność, może nawet i bezczelność, i ten przebojowy potencjał, może gdybym urodził się w innym miejscu i miał inny kolor skóry, to mógłbym to puszczać w swoim cadillacu jakiegoś upalnego lata - któż to wie. Na razie tylko dam leciutką okejkę na forum o Dipesz Mołd.
Memory Tapes - Swimming Field
Nazwa i okładka sugerują, że mogę mieć do czynienia z rzeczą LANSOWANĄ na Porcysie/Pitchforku w mrocznych czasach przełomu lat zerowych i dziesiętnych. Wpisanie nazwy zespołu i Porcys w wyszukiwarkę sprawia, iz pojawiło się kilkanaście wyników każe podejrzewać, że coś mogło być na rzeczy, ale nie chce mi się pytać znajomego porcysologa (xd) czy tak faktycznie było. Kiedyś pewnie bym zjechał za nudziarstwo, hipsterstwo i cholera wie co. W sumie nadal mi się to trochę kojarzy z Animal Collective, za którym nie przepadam generalnie, z tym, że jednak propozycja kolegi Roberta jest znacznie fajniejsza. W sumie pisanie o słusznie przebrzmiałych rzeczach pasuje do wrzuty poświęconej słusznie zakończonym relacjom okołoromantycznym. Kurczę, tu faktycznie coś jest, może to brzmienie jest momentami zbyt... klockowe, ale mimo wszystko udało się uchwycić jakiś specyficzny, lekko oniryczny i psychodeliczny nastrój, słyszę tu echa późnych Beatli. Jestem w stanie to kupić i jednocześnie wierzę w to, że nie ma sensu sięgać po LP, bo coś czuję, że dostałbym kurwicy od tego rozmemłanego wokalu, który w tej dawce jest akurat do zniesienia. xd
Zbigniew Kurtycz, Barbara Dunin - Cicha woda
Kurde, niby te ostatnie wrzuty z PRL-owskiego dancingu w wykonaniu Melczeta siadają, ale jednak ciężko mi nie prychnąć widząc kolejnego przedstawiciela nurtu stara twojej starej-core. Tak z dwie dekady temu w telewizji były modne BENEFISY, które zawsze odbywały się w Krakowskim Teatrze STU, zawsze prowadził je Piotr Bałtroczyk i generalnie to wyglądało tak, że jakis dziad siedział na nibytronie, a inne, równie stare dziady śpiewały czerstwe piosenki oraz opowiadały nieśmieszne żarty na cześć "jubilata". Nienawidziłem tego i w sumie nie wiem czemu akurat ta piosenka kojarzy mi się w pierwszej kolejności z tym, mniemam, że po prostu w którymś z tego typu benefisów się pojawiła. Melczet tutaj wyskoczył z kartą WSPOMNIENIE PO DZIADKU, a że to mocny Jopek jest (BTW chcę poznać nazwisko tej pani), to głupio mi to jakoś szkalować, więc dyplomatycznie ujmę, że rozumiem, czemu w JEGO topie ten utwór się znalazł. Ja, niestety, choćbym się postarał, nie jestem w stanie znaleźć kontekstu, w którym bym mógł uznać ten kawałek za dobry ani jakkolwiek mnie interesujący. Wersji Maleńczuka nie sprawdzę, bo mi się nie chce.
A taka se niezła kolejka, dwa razy się odbiłem, z czego raz leciutko i cztery poprawne kawałki z potencjałem na coś więcej - i tu patrzę w stronę tego pierwszego.
Bomb the Bass – Tidal Wave
Cieszę się, że to już kolejna kolejka, w której wracamy do HIENCORE, bo to nie jest tak, że mam coś do jego punka, ba, czasami nawet go lubię (i sam go wrzucałem i w ogóle), ale co RZETELNOŚĆ to RZETELNOŚĆ. Bombowanie Basu mi się obiło kiedyś o uszy, pewnie z polecenia wrzucającego i te pojedyncze rzeczy, które kiedyś tam sprawdzałem pamiętam jako niezłe, ten jeden długograj też mam w pamięci jako dobry - zresztą chyba ma się pojawić w edycji albumowej, więc wtedy napiszę coś więcej. No to jest po prostu dobry triphop, DOBRZE BUJA i może mi osobiście nie włączył się jakiś nostalgia factor ani nic w ten deseń, ale po prostu doceniam. Jedna z tych rzeczy, które szanuję, co do których kiwam z głową z uznaniem i nawet jeśli nie będę wracać jakoś często, to będę miał dlań miejsce w serduszku. Duży plus.
Ancien Régime - Eternity Road
Urwiesz mi od eternitu Musiał hehe. Tak, musiałem. Wolałem to, niż ciśnięcie z Musiała za słuchanie jakichś obskurnych hipsterskich post-punków, bo właściwie nie wiem czemu miałbym to robić akurat ja, zadający się z ludźmi nagrywającymi obskurne i hipsterskie post-punki. Czy ja wiem, czy to akurat brzmi aż tak jak Joy Division? W sensie no, okej, to nie mogła nie być ich inspiracja, ale sęk w tym, że jak JD brzmi i gra praktycznie każdy piwniczny zespół post-punkowy. Tak się składa, że dziś uporałem się ostatecznie z jedną kwestii, która mnie męczyła jeszcze wtedy, gdy wrzucałem Jessie Ware, więc nie jestem w nastroju na tego typu muzę po prostu, ale nie powinno to nijak wpłynąć na moją opinię o tym kawałku, która jest pozytywna. Dobre zimnofalowe granie jest dobre, nawet jeśli zostało stworzone w kraju Fiata, Zbyszka Bońka i oburzania się o ananasa na pizzy. Solidna okejka.
Justin Timberlake - Cry Me A River
Nie będę ukrywać, że leciutko się uśmiechnąłem pod wąsem przy opisie i ziemkiewiczowskim researchu, ale cóż... zdarza się. Jak coś to też nie przechodziłem takiej sytuacji jak podmiot liryczny, ale może to dlatego, że nie byłem w związku z Britney Spears. Z Justinem to raczej mi średnio po drodze, w bestce albumowej go zjechałem po całości i mimo tego, że już dawno pogodziłem się z popem z lat zerowych, tak jakoś nie mogę się z nim polubić. Może wolę ŚPIEWAJĄCE PANIE z tego okresu, a może to coś innego, w sumie to nie zastanawiałem się nad tym jakoś intensywnie. Niby produkcja Timbalanda TOP, niby faktycznie ciekawie to zaaranżowane, jest tu dużo ciekawych rzeczy, hooków, cholera wie czeego i wszystko jest tu na miejscu, ale jakoś tak... no nie czuję tego. Po prostu. BYWA I TAK.
LOX - Ryde Or Die, B****
Oj, lato 2004... to były czasy... Nie no, tak naprawdę to nie wydarzyło się u mnie wówczas nic ciekawego, poza tym, że w domu pojawił się KOMPUTER (o internecie długo mogłem jeszcze marzyć) i w sumie to grałem wtedy w gierki głównie, bo co miałem lepszego do roboty. Dobra, nie uda mi się tego ulokować w tym samym kontekście czasowym, nie ma mowy. W zasadzie to nie umiem tego ulokować w kontekście jakimkolwiek, niby mógłbym rzucić coś o San Andreas, ale szczerze mówiąc i tam nie do końca mi ten kawałek pasuje. Sorry, mam dziś lekką blokadę w głowie, a nie chcę odpierdalać melczeta ani znowu być tym blokującym zabawę, więc znowu będę lakoniczny i napiszę, że SPOKO kawałek. Podoba mi się bit, bezpretensjonalność, może nawet i bezczelność, i ten przebojowy potencjał, może gdybym urodził się w innym miejscu i miał inny kolor skóry, to mógłbym to puszczać w swoim cadillacu jakiegoś upalnego lata - któż to wie. Na razie tylko dam leciutką okejkę na forum o Dipesz Mołd.
Memory Tapes - Swimming Field
Nazwa i okładka sugerują, że mogę mieć do czynienia z rzeczą LANSOWANĄ na Porcysie/Pitchforku w mrocznych czasach przełomu lat zerowych i dziesiętnych. Wpisanie nazwy zespołu i Porcys w wyszukiwarkę sprawia, iz pojawiło się kilkanaście wyników każe podejrzewać, że coś mogło być na rzeczy, ale nie chce mi się pytać znajomego porcysologa (xd) czy tak faktycznie było. Kiedyś pewnie bym zjechał za nudziarstwo, hipsterstwo i cholera wie co. W sumie nadal mi się to trochę kojarzy z Animal Collective, za którym nie przepadam generalnie, z tym, że jednak propozycja kolegi Roberta jest znacznie fajniejsza. W sumie pisanie o słusznie przebrzmiałych rzeczach pasuje do wrzuty poświęconej słusznie zakończonym relacjom okołoromantycznym. Kurczę, tu faktycznie coś jest, może to brzmienie jest momentami zbyt... klockowe, ale mimo wszystko udało się uchwycić jakiś specyficzny, lekko oniryczny i psychodeliczny nastrój, słyszę tu echa późnych Beatli. Jestem w stanie to kupić i jednocześnie wierzę w to, że nie ma sensu sięgać po LP, bo coś czuję, że dostałbym kurwicy od tego rozmemłanego wokalu, który w tej dawce jest akurat do zniesienia. xd
Zbigniew Kurtycz, Barbara Dunin - Cicha woda
Kurde, niby te ostatnie wrzuty z PRL-owskiego dancingu w wykonaniu Melczeta siadają, ale jednak ciężko mi nie prychnąć widząc kolejnego przedstawiciela nurtu stara twojej starej-core. Tak z dwie dekady temu w telewizji były modne BENEFISY, które zawsze odbywały się w Krakowskim Teatrze STU, zawsze prowadził je Piotr Bałtroczyk i generalnie to wyglądało tak, że jakis dziad siedział na nibytronie, a inne, równie stare dziady śpiewały czerstwe piosenki oraz opowiadały nieśmieszne żarty na cześć "jubilata". Nienawidziłem tego i w sumie nie wiem czemu akurat ta piosenka kojarzy mi się w pierwszej kolejności z tym, mniemam, że po prostu w którymś z tego typu benefisów się pojawiła. Melczet tutaj wyskoczył z kartą WSPOMNIENIE PO DZIADKU, a że to mocny Jopek jest (BTW chcę poznać nazwisko tej pani), to głupio mi to jakoś szkalować, więc dyplomatycznie ujmę, że rozumiem, czemu w JEGO topie ten utwór się znalazł. Ja, niestety, choćbym się postarał, nie jestem w stanie znaleźć kontekstu, w którym bym mógł uznać ten kawałek za dobry ani jakkolwiek mnie interesujący. Wersji Maleńczuka nie sprawdzę, bo mi się nie chce.
A taka se niezła kolejka, dwa razy się odbiłem, z czego raz leciutko i cztery poprawne kawałki z potencjałem na coś więcej - i tu patrzę w stronę tego pierwszego.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Bomb the Bass Tidal Wave
Brzmi jak kolejny przyjazny klonik Massive Attack. Tło typu dźwięki z otoczenia, całość rozpoczyna się głębokim, cieplutkim basem. Średnio szybki loop perkusyjny, dość delikatny żeński wokal. Jestem w domu, w mieszkaniu, które przypomina senny wariant czegoś bardzo dobrze znanego, ale podanego w pewnej wariacji. Im więcej słyszę produkcji Simenona, tym coraz bardziej zaskakuje mnie (i nie, gdy przypomnę sobie produkcje Wildera z epoki...) wybranie go na producenta Ultry. Przyjemny kawałek z solidnym refrenem, który wywołuje pewną kluchę w serduszku i główce, ale chyba za bardzo dopieszczone to cacuszko, bym wsiąknął na pełnej. Nie ma takiego dźwiękowego zaduchu jak w Recoil, ale też za mało tu rzeczy robiących większe wrażenie. Sympatyczny numer pod wczesnojesienne popołudnia z zadowalającą jeszcze temperaturą i dość mocno padającym deszczem za oknem. On może uderzyć do głowy, to lekko cheesy pianinko szumi jeszcze trochę.
Ancien Regime Eternity Road
Musiałowa namiastka hipsterskiej potrzeby zawsze znajdzie u mnie zrozumienie. Włoski coldwave nie jest niczym zaskakującym, przy odpowiednim zanurzeniu w nurcie paszporty przestają odgrywać większą rolę. Chyba, że ktoś nie umie w angielski czy dysponuje średnim sprzętem, wiadomo. Gdzie tu dream pop dalej nie kumam. Robertu Mocku udziela się prędzej klimat kolejnego zespołu, który mógłby kliknąć na początku liceum. Dalekie korzenie w Joy Division, The Sound, można sobie jeszcze dośpiewać parę oczywistych nazw. Wrzucany przez Hiena The Twilight Sad to najlepszy przykład naprawdę podobnego granka. Doomerstwo i smutasy, ale nie zawieszone sto metrów nad ziemią, prędzej taka smuga światła idąca z monitora w piwnicy w środku nocy. Ładniutkie klawiszowe pasaże, klimatyczne, ale podobne do wszystkiego innego gitarowe partie. Subtelne, wcale nie najmocniejsze dudnienie. Wolałbym posłuchać całej płytki od zespołu tego chowu niż jakieś Alphaville teatralne na kiju. Rozkochan w ambiencie żem jest, więc dawać mi wincyj ataku padów (podoba mi się to określenie, kradnę).
Justin Timberlake Cry Me a River
Jak nigdy szanuję Szanowne Państwo Forumowe za reżyserię kolejki, bo gdy po poważnych smutach objawia się najlepszy kawałek Justina T, wokół którego przecież jest ta chamska, samcza, wredna historia artystycznej formy zimnego odegrania się... Super, uwielbiam takie zestawienia. Nie wiem o co chodzi z perlistym moczem pawiana, ale proszę shodana o więcej tego typu soczystych określeń. Trochę popyeprzyły się numery, nie daje też wiary kontekstowi, a jak dla mnie bez niego nie ma pełnej, odpowiedniej perspektywy odbioru tego doyebanego bangera. Takie określenia nie mogą nikogo dziwić, w końcu odpowiada za niego Timbo, a jak Timbo ma dzień chwały w studiu, to nie ma czego zbierać. Co więcej, Justin dojeżdża do swojego kolegi wokalnie i tak powstaje mieszanka zabójcza. Drażni mnie jedynie przesadzona praca ORALNA Timbo, to outro pozwala przypuszczać, że podczas prac ewidentnie była grzana jakaś marchewka... no ale dobra, reszta? Rewelacja. Sacrum miesza się z profanum, chóry z mlaskaniem, poważna sercowa załamka z mniej bezpośrednim wypierydalaj kochanie. Ten specyficzny, ale typowy dla Timbo brasso baso pierdo śmieszny klawisz znowu działa, choć na dzień dobry zawsze budzi mały uśmiech. Jest flow, jest poprowadzenie i właściwa ekspresja w refrenie. Formalne zakończenie z elementem chórkowym oraz specyficznym zejściem basowym działa bez zarzutu. W porównaniu do FutureSex trochę gęstszy aranż. Dobrze, że nie przypominał się jakiś czas po rozstaniu, bo przy moim nastroju sprzed dwóch miesięcy mógłbym zabić sobie ten kawałek. Teraz mogę się nim cieszyć jak nigdy. Dzięki!
LOX Ryde or Die Bitch
Nie narzekam na to, że w sumie kolejce patronuje Timbaland. I to Timbaland ze złotego okresu, w tamtym czasie światło dzienne ujrzało Try Again chociażby. Nie udało się zejść poniżej pewnego poziomu. Faktycznie przypomina jakieś latino scenerie, loop gitarowy w połączeniu z hi-hatowym kołysaniem przywołuje to skojarzenie w dość oczywisty sposób. Reszta odpowiada za taki bardziej blokersko-uliczny pierwiastek, przez co numer sprawia wrażenie trochę starszego. Dobrze buja, trzyma się przede wszystkim na charakternym bicie, refrenie-zawołaniu. Nie ma specjalnego kombinowania. W głowie jakieś klisze z różnych obejrzanych dawniej h-h obrazków. Zachody słońca w wielkich miastach, ujęcia na najwyższe piętra wieżowców, a potem przejście na ulice przedmieść, chaty przejęte przez lokalsów skąpane w graffiti. Prawie pięć minut, ale w ogóle tego nie czuć. Dla mnie to równoznaczne z bardzo udaną robotą. Lekko kwaśne outro jak producencki podpis, przybity znaczek jakości.
BoC Palace Posy
Wreszcie wrzutka z Boards of Canada. Nie chciało mi się za szybko pisać z różnych względów. Napięty rozkład jazdy po teatrach, mało czasu dla samego siebie i rozważania rurzne... no i też konieczne podkręcenie nastroju za sprawą przypominajki Seby. Dawno nie słuchałem czegokolwiek z Tomorrow's Harvest z należytą uwagą, ale tak jak w przypadku 99% dyskografii Boardsów - jak już siadam na poważnie, to trzeba do tego dołożyć odpowiednią dodatkową porcję i po godzinie można słuchać czegoś innego. Dla mnie to najmniej boardsowa płyta. Nie ma już tych specyficznych spooky sampli rodem z podejrzanych filmów edukacyjnych na VHS. Syntezatorki z jednej strony z bardzo wygładzonym brzmieniem, a z drugiej wyraźnie nawiązujące do klasyki rodem z lat 70' chociażby. Z trzeciej czasami majaczą podobnie jak na legendarnej Music Has the Right to Children. Zamiast fikcji fałszywego sentymentu spojrzenie do przodu, w dystopijny krajobraz powstały niedługo po końcu świata. Panowie bardzo głęboko zakopali odrobinę ciepła. Fundament BoC został nienaruszony. Tkwi w specyficznym brzmieniu perki, tego nie da się pomylić. Wrzucane Palace Posy to dla mnie taki muzyczny ekwiwalent bomby z opóźnionym zapłonem. Niby nic, ale dajcie temu czemuś trochę czasu i zaskoczy. Zbudowany na bardzo spokojnym narastaniu, jednej poważniejszej zagrywce synthowej, pojawiającym się wreszcie przetworzonym głosie. I już. To wszystko. Niby nic, a działa. Choć może przemawia przeze mnie bycie wieloletnim fanem, ale chui tam, nie dajmy się zwariować. Nie wczytałem się wcześniej w opis i mam teraz zgrzyt. Gdybym ja słuchał tego gęsto często w lato, to... wróciłbym do lat gimbazjum, zbyt długiego przesiadywania w domu, własnoręcznego dłubania w VST imitujących 8bitowe i analogowe sprzęty, ale bez większego ładu i składu. To musiał być ciekawy czas dla fanów klasyki Warp - wcześniej wyszło Exai od Autechre, za niedługo pojawi się Syro Aphexa. Tę ostatnią poznałem już z perspektywy obytego słuchacza. Mam nadzieję, że Boardsi jednak już nie wrócą. W ten sposób udało się przygotować doskonałą klamrę, późniejsze twory mogą nie mieć takiego uroku. Na pewno nie dźwigną jakichkolwiek oczekiwań. Nic więcej nie potrzeba, ale często artyści lubią jeszcze próbować. Zobaczymy, jak będzie w tym przypadku.
Cicha woda brzegi rwie
Z moimi dziadkami kojarzę przede wszystkim ogólną historię rodziny. Najpierw myślę o rodzicach mamy, u nich spędziłem znacznie więcej czasu, mam z tamtymi okolicami znacznie więcej miłych wspomnień. Losy przeprowadzki do górniczego rozkwitającego raju, znośna sytuacja finansowa. Później, już za moich czasów tradycyjna wspólna wigilia w peerelowskim mieszkaniu. Czy jest jakaś piosenka, hmm... jak już to raczej narzekania na starych artystów wykonujących rzeczy na koncertach transmitowanych przez telewizje, że powinni sobie dać spokój xD Może były dawniej jakieś płyty, wykonawcy, ale to minęło. Z pozycji nagrania studyjnego na Spotify nic więcej ponad suchy odbiór; przesłuchać, przyjąć do wiadomości, przejść dalej. Wrzucany przez Melkiego wykon "na żywo" z całą dodatkową ozdobą pokroju luźniejsza struktura piosenki, osobliwa inscenizacja, do tego epilog w formie wspominkowych, dziadziusiowych komentarzy pod filmem - dzięki temu odczuwam pewną dozę empatii i sympatii. Dominuje perspektywa osobista, ja raczej nigdy tej piosenki nie nuciłem. Nie sądzę, by się to zmieniło. W kategorii "utwory z TAMTYCH lat" jakoś łatwiej mi słuchać i wracać do numerów wykonywanych przez kobiety. Mniej manieryczne i niedbałe. Do Koterbskiej mogę wracać jeszcze z nieukrywaną przyjemnością, tu raczej bliżej wspomnianego wyżej schematu. Maleńczuk zrobił typowego barowego, źle teatralnego potupajca. Zaskakująco nudnego i przekombinowanego. Przy okazji jego muzyki wysiadam niedługo przed czasami Psychodancingu.
Brzmi jak kolejny przyjazny klonik Massive Attack. Tło typu dźwięki z otoczenia, całość rozpoczyna się głębokim, cieplutkim basem. Średnio szybki loop perkusyjny, dość delikatny żeński wokal. Jestem w domu, w mieszkaniu, które przypomina senny wariant czegoś bardzo dobrze znanego, ale podanego w pewnej wariacji. Im więcej słyszę produkcji Simenona, tym coraz bardziej zaskakuje mnie (i nie, gdy przypomnę sobie produkcje Wildera z epoki...) wybranie go na producenta Ultry. Przyjemny kawałek z solidnym refrenem, który wywołuje pewną kluchę w serduszku i główce, ale chyba za bardzo dopieszczone to cacuszko, bym wsiąknął na pełnej. Nie ma takiego dźwiękowego zaduchu jak w Recoil, ale też za mało tu rzeczy robiących większe wrażenie. Sympatyczny numer pod wczesnojesienne popołudnia z zadowalającą jeszcze temperaturą i dość mocno padającym deszczem za oknem. On może uderzyć do głowy, to lekko cheesy pianinko szumi jeszcze trochę.
Ancien Regime Eternity Road
Musiałowa namiastka hipsterskiej potrzeby zawsze znajdzie u mnie zrozumienie. Włoski coldwave nie jest niczym zaskakującym, przy odpowiednim zanurzeniu w nurcie paszporty przestają odgrywać większą rolę. Chyba, że ktoś nie umie w angielski czy dysponuje średnim sprzętem, wiadomo. Gdzie tu dream pop dalej nie kumam. Robertu Mocku udziela się prędzej klimat kolejnego zespołu, który mógłby kliknąć na początku liceum. Dalekie korzenie w Joy Division, The Sound, można sobie jeszcze dośpiewać parę oczywistych nazw. Wrzucany przez Hiena The Twilight Sad to najlepszy przykład naprawdę podobnego granka. Doomerstwo i smutasy, ale nie zawieszone sto metrów nad ziemią, prędzej taka smuga światła idąca z monitora w piwnicy w środku nocy. Ładniutkie klawiszowe pasaże, klimatyczne, ale podobne do wszystkiego innego gitarowe partie. Subtelne, wcale nie najmocniejsze dudnienie. Wolałbym posłuchać całej płytki od zespołu tego chowu niż jakieś Alphaville teatralne na kiju. Rozkochan w ambiencie żem jest, więc dawać mi wincyj ataku padów (podoba mi się to określenie, kradnę).
Justin Timberlake Cry Me a River
Jak nigdy szanuję Szanowne Państwo Forumowe za reżyserię kolejki, bo gdy po poważnych smutach objawia się najlepszy kawałek Justina T, wokół którego przecież jest ta chamska, samcza, wredna historia artystycznej formy zimnego odegrania się... Super, uwielbiam takie zestawienia. Nie wiem o co chodzi z perlistym moczem pawiana, ale proszę shodana o więcej tego typu soczystych określeń. Trochę popyeprzyły się numery, nie daje też wiary kontekstowi, a jak dla mnie bez niego nie ma pełnej, odpowiedniej perspektywy odbioru tego doyebanego bangera. Takie określenia nie mogą nikogo dziwić, w końcu odpowiada za niego Timbo, a jak Timbo ma dzień chwały w studiu, to nie ma czego zbierać. Co więcej, Justin dojeżdża do swojego kolegi wokalnie i tak powstaje mieszanka zabójcza. Drażni mnie jedynie przesadzona praca ORALNA Timbo, to outro pozwala przypuszczać, że podczas prac ewidentnie była grzana jakaś marchewka... no ale dobra, reszta? Rewelacja. Sacrum miesza się z profanum, chóry z mlaskaniem, poważna sercowa załamka z mniej bezpośrednim wypierydalaj kochanie. Ten specyficzny, ale typowy dla Timbo brasso baso pierdo śmieszny klawisz znowu działa, choć na dzień dobry zawsze budzi mały uśmiech. Jest flow, jest poprowadzenie i właściwa ekspresja w refrenie. Formalne zakończenie z elementem chórkowym oraz specyficznym zejściem basowym działa bez zarzutu. W porównaniu do FutureSex trochę gęstszy aranż. Dobrze, że nie przypominał się jakiś czas po rozstaniu, bo przy moim nastroju sprzed dwóch miesięcy mógłbym zabić sobie ten kawałek. Teraz mogę się nim cieszyć jak nigdy. Dzięki!
LOX Ryde or Die Bitch
Nie narzekam na to, że w sumie kolejce patronuje Timbaland. I to Timbaland ze złotego okresu, w tamtym czasie światło dzienne ujrzało Try Again chociażby. Nie udało się zejść poniżej pewnego poziomu. Faktycznie przypomina jakieś latino scenerie, loop gitarowy w połączeniu z hi-hatowym kołysaniem przywołuje to skojarzenie w dość oczywisty sposób. Reszta odpowiada za taki bardziej blokersko-uliczny pierwiastek, przez co numer sprawia wrażenie trochę starszego. Dobrze buja, trzyma się przede wszystkim na charakternym bicie, refrenie-zawołaniu. Nie ma specjalnego kombinowania. W głowie jakieś klisze z różnych obejrzanych dawniej h-h obrazków. Zachody słońca w wielkich miastach, ujęcia na najwyższe piętra wieżowców, a potem przejście na ulice przedmieść, chaty przejęte przez lokalsów skąpane w graffiti. Prawie pięć minut, ale w ogóle tego nie czuć. Dla mnie to równoznaczne z bardzo udaną robotą. Lekko kwaśne outro jak producencki podpis, przybity znaczek jakości.
BoC Palace Posy
Wreszcie wrzutka z Boards of Canada. Nie chciało mi się za szybko pisać z różnych względów. Napięty rozkład jazdy po teatrach, mało czasu dla samego siebie i rozważania rurzne... no i też konieczne podkręcenie nastroju za sprawą przypominajki Seby. Dawno nie słuchałem czegokolwiek z Tomorrow's Harvest z należytą uwagą, ale tak jak w przypadku 99% dyskografii Boardsów - jak już siadam na poważnie, to trzeba do tego dołożyć odpowiednią dodatkową porcję i po godzinie można słuchać czegoś innego. Dla mnie to najmniej boardsowa płyta. Nie ma już tych specyficznych spooky sampli rodem z podejrzanych filmów edukacyjnych na VHS. Syntezatorki z jednej strony z bardzo wygładzonym brzmieniem, a z drugiej wyraźnie nawiązujące do klasyki rodem z lat 70' chociażby. Z trzeciej czasami majaczą podobnie jak na legendarnej Music Has the Right to Children. Zamiast fikcji fałszywego sentymentu spojrzenie do przodu, w dystopijny krajobraz powstały niedługo po końcu świata. Panowie bardzo głęboko zakopali odrobinę ciepła. Fundament BoC został nienaruszony. Tkwi w specyficznym brzmieniu perki, tego nie da się pomylić. Wrzucane Palace Posy to dla mnie taki muzyczny ekwiwalent bomby z opóźnionym zapłonem. Niby nic, ale dajcie temu czemuś trochę czasu i zaskoczy. Zbudowany na bardzo spokojnym narastaniu, jednej poważniejszej zagrywce synthowej, pojawiającym się wreszcie przetworzonym głosie. I już. To wszystko. Niby nic, a działa. Choć może przemawia przeze mnie bycie wieloletnim fanem, ale chui tam, nie dajmy się zwariować. Nie wczytałem się wcześniej w opis i mam teraz zgrzyt. Gdybym ja słuchał tego gęsto często w lato, to... wróciłbym do lat gimbazjum, zbyt długiego przesiadywania w domu, własnoręcznego dłubania w VST imitujących 8bitowe i analogowe sprzęty, ale bez większego ładu i składu. To musiał być ciekawy czas dla fanów klasyki Warp - wcześniej wyszło Exai od Autechre, za niedługo pojawi się Syro Aphexa. Tę ostatnią poznałem już z perspektywy obytego słuchacza. Mam nadzieję, że Boardsi jednak już nie wrócą. W ten sposób udało się przygotować doskonałą klamrę, późniejsze twory mogą nie mieć takiego uroku. Na pewno nie dźwigną jakichkolwiek oczekiwań. Nic więcej nie potrzeba, ale często artyści lubią jeszcze próbować. Zobaczymy, jak będzie w tym przypadku.
Cicha woda brzegi rwie
Z moimi dziadkami kojarzę przede wszystkim ogólną historię rodziny. Najpierw myślę o rodzicach mamy, u nich spędziłem znacznie więcej czasu, mam z tamtymi okolicami znacznie więcej miłych wspomnień. Losy przeprowadzki do górniczego rozkwitającego raju, znośna sytuacja finansowa. Później, już za moich czasów tradycyjna wspólna wigilia w peerelowskim mieszkaniu. Czy jest jakaś piosenka, hmm... jak już to raczej narzekania na starych artystów wykonujących rzeczy na koncertach transmitowanych przez telewizje, że powinni sobie dać spokój xD Może były dawniej jakieś płyty, wykonawcy, ale to minęło. Z pozycji nagrania studyjnego na Spotify nic więcej ponad suchy odbiór; przesłuchać, przyjąć do wiadomości, przejść dalej. Wrzucany przez Melkiego wykon "na żywo" z całą dodatkową ozdobą pokroju luźniejsza struktura piosenki, osobliwa inscenizacja, do tego epilog w formie wspominkowych, dziadziusiowych komentarzy pod filmem - dzięki temu odczuwam pewną dozę empatii i sympatii. Dominuje perspektywa osobista, ja raczej nigdy tej piosenki nie nuciłem. Nie sądzę, by się to zmieniło. W kategorii "utwory z TAMTYCH lat" jakoś łatwiej mi słuchać i wracać do numerów wykonywanych przez kobiety. Mniej manieryczne i niedbałe. Do Koterbskiej mogę wracać jeszcze z nieukrywaną przyjemnością, tu raczej bliżej wspomnianego wyżej schematu. Maleńczuk zrobił typowego barowego, źle teatralnego potupajca. Zaskakująco nudnego i przekombinowanego. Przy okazji jego muzyki wysiadam niedługo przed czasami Psychodancingu.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Supcio, dzięki wszystkim, którzy pomimo tego i tamtego, zareagowali na apel i się strescili. Melki ma nas w dupie, to i ja jego olewam, będzie uzupełniał w trakcie następnej kolejki, można wrzucać (razem z podsumowaniem, jak kto sobie życzy).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
No to nadjeżdżam. Generalnie jest mi ciepło na serduszku od tej zimnej fali, którą zapodałem. Właściwie spodziewałem się propsów właśnie od tych osób, które je dały xD Hien to wiadomo, acz teraz jak sięgnę pamięcią to wydaje mi się, że i w 2017 mu to puszczałem... no matter, ważne, że siadło. Generalnie odzew jest na tyle spoko (Seba, Robert), że pomyślałem, iż na jesieni zapodam Wam The Position, bo to dobry krążek jest (tylko Bulla strasznie mamrocze a w necie nie ma nawet jednego tekstu, do Eternity Road jest, bo to cover). Cieszę się, że mogę nieco schłodzić to i tak już zimne (póki co) lato, ale dobrymi brzmieniami. Czerpcie pełnymi garściami!
A tymczasem...
Belbury Poly - Green Grass Grows (2012)
Belbury Poly, a więc nazwa, którą wspomniałem już kilkakrotnie w tej grze (i innych też). Jest to jednoosobowy (głównie) projekcik, który w 2003 roku założył Brytyjczyk o aparycji wykładowcy akademickiego, Jim Jupp. Rok później Jupp - wraz z Julianem Housem, twórcą innego projektu muzycznego o nazwie The Focus Group (ale gość jest przede wszystkim grafikiem, robił m.in. okładki dla Primal Scream) - założyli wytwórnię Ghost Box. Kolejny rok później dołącza do nich Cate Brooks i tak powstaje Wielka Trójka<TM> Ghost Boxa, a więc Belbury Poly, The Focus Group i The Advisory Circle (creepy okładka Other Channels tego ostatniego, którego słuchaliśmy w ubiegłym roku, również jest dziełem House'a). Tyle, że gdy The Focus Group to dziwaczna i pozbawiona jakiejkolwiek struktury muzyka konkretna, zaś The Advisory Circle to muzyka programów informacyjnych, to Belbury Poly jest soundtrackiem programów przyrodniczych, historycznych i edukacyjnych (najbardziej chyba tych kierowanych w stronę młodszej widowni, a przynajmniej pozornie). Dużo analogowych syntezatorów, brzmień przywodzących na myśl pionierów elektroniki z końca lat 60. (ale też wszelkie eksperymenty BBC Radiophonic Workshop, chyba już gdzieś o tym wspomniałem, tak mi się wydaje przynajmniej trololo), a do tego klimat przełomu lat 60. i 70., a więc narkotyczna psychodela. Generalnie numer, jaki tu wrzucam, bardzo wpasowuje się w ten klimat xD
Green Grass Grows pochodzi z czwartej płyty Juppa, The Belbury Tales, która brzmi dokładnie tak samo, jak jej tytuł. Podlany LSD i stworzony przy współudziale ducha legendarnej Delii Derbyshire score dla angielskich klechd biegnących od wczesnego Średniowiecza po - zdawałoby się - początki XX wieku (acz wyczuwam też początek XXI). Oczywiście, cały krążek wart jest poznania, aczkolwiek mam pewien pomysł na BP i jednak coś delikatnie innego wygrało w moim prywatnym rankingu. Zapodaję Wam więc coś mocno wykręconego. Green Grass Grows to nieco ponad 3 minuty przesyconego prostymi (ale klimatycznymi) efektami automatu perkusyjnego, do tego basik jakby ktoś w metalową miednicę napier*alał, no i oczywiście wesoły klawisz. Plus jeden z najbardziej niepokojących "wokali" ever (trudno to generalnie wokalem nazwać, ot zsamplowane - chyba, ale skąd? - wyśpiewane słowa tytułu piosenki i do tego jakieś nie do końca dające się rozszyfrować mumbo-jumbo), no, sami zobaczycie. Poznałem ten krążek wiosną 2015, i zresztą od niego zacząłem przygodę nie tylko z Belbury Poly, ale z Ghost Boxem tak w ogóle (pisałem o tym zresztą przy okazji wrzucania Other Channels w albumową). Dobra faza to była, Ghost Box generalnie wchodził wtedy jak złoty w całości (choć niektóre rzeczy nadawały się bardziej na jesień), a ten numer jest moim ulubionym z całej The Belbury Tales. Jupp dla mnie już potem nie powtórzył tak fajnego manewru z muzą głównie syntezatorową (choć próbował), ale zobaczymy, jak będzie, albowiem już w sierpniu premiera nowej płyty... Z tym, że teraz BP to będzie kilkuosobowy zespół
Tak więc na razie łapcie Juppa zamkniętego w przyciemnionej piwnicy ze zbyt dużą ilością kwasu.
https://www.youtube.com/watch?v=zmBmkgigJOk
A tymczasem...
Belbury Poly - Green Grass Grows (2012)
Belbury Poly, a więc nazwa, którą wspomniałem już kilkakrotnie w tej grze (i innych też). Jest to jednoosobowy (głównie) projekcik, który w 2003 roku założył Brytyjczyk o aparycji wykładowcy akademickiego, Jim Jupp. Rok później Jupp - wraz z Julianem Housem, twórcą innego projektu muzycznego o nazwie The Focus Group (ale gość jest przede wszystkim grafikiem, robił m.in. okładki dla Primal Scream) - założyli wytwórnię Ghost Box. Kolejny rok później dołącza do nich Cate Brooks i tak powstaje Wielka Trójka<TM> Ghost Boxa, a więc Belbury Poly, The Focus Group i The Advisory Circle (creepy okładka Other Channels tego ostatniego, którego słuchaliśmy w ubiegłym roku, również jest dziełem House'a). Tyle, że gdy The Focus Group to dziwaczna i pozbawiona jakiejkolwiek struktury muzyka konkretna, zaś The Advisory Circle to muzyka programów informacyjnych, to Belbury Poly jest soundtrackiem programów przyrodniczych, historycznych i edukacyjnych (najbardziej chyba tych kierowanych w stronę młodszej widowni, a przynajmniej pozornie). Dużo analogowych syntezatorów, brzmień przywodzących na myśl pionierów elektroniki z końca lat 60. (ale też wszelkie eksperymenty BBC Radiophonic Workshop, chyba już gdzieś o tym wspomniałem, tak mi się wydaje przynajmniej trololo), a do tego klimat przełomu lat 60. i 70., a więc narkotyczna psychodela. Generalnie numer, jaki tu wrzucam, bardzo wpasowuje się w ten klimat xD
Green Grass Grows pochodzi z czwartej płyty Juppa, The Belbury Tales, która brzmi dokładnie tak samo, jak jej tytuł. Podlany LSD i stworzony przy współudziale ducha legendarnej Delii Derbyshire score dla angielskich klechd biegnących od wczesnego Średniowiecza po - zdawałoby się - początki XX wieku (acz wyczuwam też początek XXI). Oczywiście, cały krążek wart jest poznania, aczkolwiek mam pewien pomysł na BP i jednak coś delikatnie innego wygrało w moim prywatnym rankingu. Zapodaję Wam więc coś mocno wykręconego. Green Grass Grows to nieco ponad 3 minuty przesyconego prostymi (ale klimatycznymi) efektami automatu perkusyjnego, do tego basik jakby ktoś w metalową miednicę napier*alał, no i oczywiście wesoły klawisz. Plus jeden z najbardziej niepokojących "wokali" ever (trudno to generalnie wokalem nazwać, ot zsamplowane - chyba, ale skąd? - wyśpiewane słowa tytułu piosenki i do tego jakieś nie do końca dające się rozszyfrować mumbo-jumbo), no, sami zobaczycie. Poznałem ten krążek wiosną 2015, i zresztą od niego zacząłem przygodę nie tylko z Belbury Poly, ale z Ghost Boxem tak w ogóle (pisałem o tym zresztą przy okazji wrzucania Other Channels w albumową). Dobra faza to była, Ghost Box generalnie wchodził wtedy jak złoty w całości (choć niektóre rzeczy nadawały się bardziej na jesień), a ten numer jest moim ulubionym z całej The Belbury Tales. Jupp dla mnie już potem nie powtórzył tak fajnego manewru z muzą głównie syntezatorową (choć próbował), ale zobaczymy, jak będzie, albowiem już w sierpniu premiera nowej płyty... Z tym, że teraz BP to będzie kilkuosobowy zespół
https://www.youtube.com/watch?v=zmBmkgigJOk
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Flight Facilities - I Didn't Believe (feat. Elizabeth Rose)
(2013)
Myślę że czas najwyższy chociaż napocząć delikatnie moją własną muzyczną nitkę z Antypodów. Bo o ile o mojej sympatii do naczelnej gwiazdki pop z tamtych stron jeszcze będę pisał w swoim czasie tak nadszedł w pewnym momencie mego życia czas kiedy australijska scena elektroniczna i klubowa stała się dla mnie jednym z głównych źródeł świeżej muzyczki. Na dobrą sprawę pierwsze moje zetknięcie to był chyba właśnie duet Flight Facilities, jeden z ich singli jakoś w 2011-12 roku puścił mi kiedyś brat i spodobało mi się ich brzmienie. Tamten numer jeszcze myślę usłyszycie przy innej okazji ale dziś zapodam inny, o zbliżonym brzmieniu bo też jest to kawałek w stylistyce disco house bazujący na brzmieniu słonecznego, ejtisowego boogie.
I Didn't Believe z udziałem niejakiej Elizabeth Rose na wokalu to numer który chyba najmilej wspominam z całego katalogu FF, poznałem go chyba dopiero jakoś w 2013-14 roku bo to dopiero był moment tego mojego boomu na świeże brzmienia z Australii, kiedy wkręcałem się już nie tylko w ich dyskografię ale i całej reszty artystów z wytwórni Future Classic. To właśnie label Future Classic w 2013 roku otworzył przede mną nowe horyzonty w dziedzinie elektroniki i house'u i wraz z OSTem do ostatniej odsłony GTA (czyli 5.) która miała premierę w tamtym właśnie roku był filarem jednej z największych muzycznych rewolucji w moim dotychczasowym życiu. Poznałem wówczas wiele fajnych numerów i odkryłem wielu nowych artystów i z pewnością wielu z nich jeszcze dojedzie do tej bestki zwłaszcza że sporo z nich posiada takie złote strzały w swoich katalogach. Dopowiem jeszcze że wrzucany dziś kawałek wspominam miło gdyż kojarzy mi się z zakochaniem a więc najfajniejszym etapem relacji która wówczas równie szybko zapaliła się jak i zgasła (jest też inny numer FF kojarzący się mocno z tym okresem i tą osobą ale ten niesie ze sobą inne emocje i nie mam ochoty się teraz nim przymulać bo słonko za oknem i w ogóle).
I Didn't Believe buja porządnym basem i niesie ze sobą pozytywne wibracje które po latach jestem w stanie umieścić sobie w innym kontekście i nadal się nim cieszyć a to dla mnie dużo, myślę że wystarcza by wywalczył sobie miejsce w tej bestce. Otrzymujecie ode mnie niejako extended mix gdyż edit jest widzę na kanale oficjalnym tylko w formie klipu a tak się bawić nie będziemy.
https://youtu.be/Ue-2dN_SmkQ
(2013)
Myślę że czas najwyższy chociaż napocząć delikatnie moją własną muzyczną nitkę z Antypodów. Bo o ile o mojej sympatii do naczelnej gwiazdki pop z tamtych stron jeszcze będę pisał w swoim czasie tak nadszedł w pewnym momencie mego życia czas kiedy australijska scena elektroniczna i klubowa stała się dla mnie jednym z głównych źródeł świeżej muzyczki. Na dobrą sprawę pierwsze moje zetknięcie to był chyba właśnie duet Flight Facilities, jeden z ich singli jakoś w 2011-12 roku puścił mi kiedyś brat i spodobało mi się ich brzmienie. Tamten numer jeszcze myślę usłyszycie przy innej okazji ale dziś zapodam inny, o zbliżonym brzmieniu bo też jest to kawałek w stylistyce disco house bazujący na brzmieniu słonecznego, ejtisowego boogie.
I Didn't Believe z udziałem niejakiej Elizabeth Rose na wokalu to numer który chyba najmilej wspominam z całego katalogu FF, poznałem go chyba dopiero jakoś w 2013-14 roku bo to dopiero był moment tego mojego boomu na świeże brzmienia z Australii, kiedy wkręcałem się już nie tylko w ich dyskografię ale i całej reszty artystów z wytwórni Future Classic. To właśnie label Future Classic w 2013 roku otworzył przede mną nowe horyzonty w dziedzinie elektroniki i house'u i wraz z OSTem do ostatniej odsłony GTA (czyli 5.) która miała premierę w tamtym właśnie roku był filarem jednej z największych muzycznych rewolucji w moim dotychczasowym życiu. Poznałem wówczas wiele fajnych numerów i odkryłem wielu nowych artystów i z pewnością wielu z nich jeszcze dojedzie do tej bestki zwłaszcza że sporo z nich posiada takie złote strzały w swoich katalogach. Dopowiem jeszcze że wrzucany dziś kawałek wspominam miło gdyż kojarzy mi się z zakochaniem a więc najfajniejszym etapem relacji która wówczas równie szybko zapaliła się jak i zgasła (jest też inny numer FF kojarzący się mocno z tym okresem i tą osobą ale ten niesie ze sobą inne emocje i nie mam ochoty się teraz nim przymulać bo słonko za oknem i w ogóle).
I Didn't Believe buja porządnym basem i niesie ze sobą pozytywne wibracje które po latach jestem w stanie umieścić sobie w innym kontekście i nadal się nim cieszyć a to dla mnie dużo, myślę że wystarcza by wywalczył sobie miejsce w tej bestce. Otrzymujecie ode mnie niejako extended mix gdyż edit jest widzę na kanale oficjalnym tylko w formie klipu a tak się bawić nie będziemy.
https://youtu.be/Ue-2dN_SmkQ
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
BTB to była też bezpieczna wrzutka z mojej strony, taka na delikatne pochwały, ale też nie spodziewałem się padania na kolana. Fajnie, że ludzie podchwycili vibe, bo jednak, IMO, jest co podchwycać. Za jakiś czas będziemy się rozpisywać o całej płycie "Clear", na co też się niezmiernie cieszę.
Tymczasem, wracamy do tego słynnego LATA 2008 u MUNLUPA. Wiem, że ten okres mojego życia ma tu już swoich fanów i prześmiewców, zatem dostarczam:
The Disposable Heroes of Hiphoprisy – Love is Da Shit
Rok 2008 r., wakacje. Skończyłem pierwszy rok studiów, było zajebiście. Jeśli akurat nie siedziałem w domu oglądając MASHa i popijając martini (które jest pożywne i kształtuje charakter), to pracowałem dorywczo w dziale promocji na mojej uczelni, gdzie w wolnych chwilach kręciłem z kilka lat starszą szefową (tak, tą szefową). Ostatecznie dostałem cichego kosza i tu wjeżdża Love is Da Shit xD Jednego lipcowego, wczesnego poranka (bo lubiłem wcześnie wstawać), siedziałem sobie przy kompie i szukałem bootlegów Tears for Fears na jednej stronie. Zamiast nich, znalazłem nagranie programu radiowego prowadzonego przez Curta Smitha (z Tears for Fears). Akurat gościł u siebie Disposable Heroes of Hiphoprisy.
W każdym razie, na liście utworów spostrzegłem jakże pasujący do nastrojów tytuł – Love is Da Shit (wprawdzie love is the shit, to nie to samo co love is shit, ale sentyment nadal zbliżony). Ściągnąłem na dysk, nie wiedząc, że przez długie lata będę do tego wracał. To było coś czego się kompletnie nie spodziewałem i do tej pory miałem bardzo niewiele wspólnego z tego typu muzyką. Niby hip-hop, niby rap, ale zdecydowanie bardziej melodyjny, z większą nutą soulu na wokalu. W tle przygrywa prawdziwy zespół muzyków, żadnych breakbeatów, żadnego skreczowania, tylko live muzyka. Jak się okazało potem, to nie było typowe brzmienie DHoH (nawet koncertowe) tylko bardziej coś w stylu koncertu Unplugged (mimo, że jak najbardziej plugged, ale wiecie o co chodzi), ale i tak dobrze oddaje wrażliwość tych muzyków i unikalne podejście do tematu.
To nagranie pochodzi z sierpnia 1992 r., występ odbył się w trakcie powstawania nowego materiału na drugi album (lub trzeci, zależy jak się traktuje spin-off z Burroughsem). W 1993 r. DHoH grali jeszcze sporo koncertów, a na nich bardziej energetyczną, rozwiniętą wersję Love is da Shit. Potem zespół się rozpadł, a w zasadzie rozwiązała się współpraca z Rono Tse (tym od piły obrotowej, bitów i hype rapu), więc Franti po prostu zmienił nazwę na Spearhead i z pomocą, mniej więcej, tego samego składu (Charlie Hunter i Simone White + goście) wydał nowy materiał w 1994 r. na płycie „Home”. Debiut Spearhead jest spoko i kilka niewydanych utworów DHoH brzmi tam ok, zwłaszcza (wyjątkowo wydany wcześniej jako b-side) „Positive” jest świetny. Niestety studyjna wersja „Love is da Shit” jest bardzo słaba, w zasadzie w ogóle mi się nie podoba. Robiłem do niej wiele podchodów i za każdy razem odbijam się o ten festyniarski, niemal gospelowy klimat (ja nie mam nic do gospelu, ale tutaj to pasuje jak pięść do nosa). „Oryginał” z programu Smitha, zawsze będzie dla mnie wersją wyjściową. I tyle.
Ten kawałek, obok rzeczy Tears for Fears, Blondie, czy The Smiths, zrobił mi wakacje w 2008 r. i pomógł bezboleśnie przetrwać kosza, bo w sumie i tak nie traktowałem tego zbyt poważnie i to nie miało przyszłości, jak każdy mój flirt z tamtego roku. Muzyka rekompensowała mi bylejakość tych „romansów”, chociaż zdarzały się smuteczki i o ile świadomie zrezygnowałem ze związanego z taką aurą kawałka (wybierając inny numer The Smiths), to myślę, że na jakimś etapie, uda mi się wyszperać kawałek z 2008 r., który będzie w stanie oddać w jakiś sposób tę beznadzieję. Na razie wyobrażamy sobie przełom lipca i sierpnia 14 lat temu i wajbujemy do „Love is da Shit”. Swoją drogą, podczas intra Franti wyjaśnia o czym jest kawałek i okazuje się, że napisał go po tym jak dostał kosza xD
https://www.youtube.com/watch?v=Du3nskuh5jc
Tymczasem, wracamy do tego słynnego LATA 2008 u MUNLUPA. Wiem, że ten okres mojego życia ma tu już swoich fanów i prześmiewców, zatem dostarczam:
The Disposable Heroes of Hiphoprisy – Love is Da Shit
Rok 2008 r., wakacje. Skończyłem pierwszy rok studiów, było zajebiście. Jeśli akurat nie siedziałem w domu oglądając MASHa i popijając martini (które jest pożywne i kształtuje charakter), to pracowałem dorywczo w dziale promocji na mojej uczelni, gdzie w wolnych chwilach kręciłem z kilka lat starszą szefową (tak, tą szefową). Ostatecznie dostałem cichego kosza i tu wjeżdża Love is Da Shit xD Jednego lipcowego, wczesnego poranka (bo lubiłem wcześnie wstawać), siedziałem sobie przy kompie i szukałem bootlegów Tears for Fears na jednej stronie. Zamiast nich, znalazłem nagranie programu radiowego prowadzonego przez Curta Smitha (z Tears for Fears). Akurat gościł u siebie Disposable Heroes of Hiphoprisy.
W każdym razie, na liście utworów spostrzegłem jakże pasujący do nastrojów tytuł – Love is Da Shit (wprawdzie love is the shit, to nie to samo co love is shit, ale sentyment nadal zbliżony). Ściągnąłem na dysk, nie wiedząc, że przez długie lata będę do tego wracał. To było coś czego się kompletnie nie spodziewałem i do tej pory miałem bardzo niewiele wspólnego z tego typu muzyką. Niby hip-hop, niby rap, ale zdecydowanie bardziej melodyjny, z większą nutą soulu na wokalu. W tle przygrywa prawdziwy zespół muzyków, żadnych breakbeatów, żadnego skreczowania, tylko live muzyka. Jak się okazało potem, to nie było typowe brzmienie DHoH (nawet koncertowe) tylko bardziej coś w stylu koncertu Unplugged (mimo, że jak najbardziej plugged, ale wiecie o co chodzi), ale i tak dobrze oddaje wrażliwość tych muzyków i unikalne podejście do tematu.
To nagranie pochodzi z sierpnia 1992 r., występ odbył się w trakcie powstawania nowego materiału na drugi album (lub trzeci, zależy jak się traktuje spin-off z Burroughsem). W 1993 r. DHoH grali jeszcze sporo koncertów, a na nich bardziej energetyczną, rozwiniętą wersję Love is da Shit. Potem zespół się rozpadł, a w zasadzie rozwiązała się współpraca z Rono Tse (tym od piły obrotowej, bitów i hype rapu), więc Franti po prostu zmienił nazwę na Spearhead i z pomocą, mniej więcej, tego samego składu (Charlie Hunter i Simone White + goście) wydał nowy materiał w 1994 r. na płycie „Home”. Debiut Spearhead jest spoko i kilka niewydanych utworów DHoH brzmi tam ok, zwłaszcza (wyjątkowo wydany wcześniej jako b-side) „Positive” jest świetny. Niestety studyjna wersja „Love is da Shit” jest bardzo słaba, w zasadzie w ogóle mi się nie podoba. Robiłem do niej wiele podchodów i za każdy razem odbijam się o ten festyniarski, niemal gospelowy klimat (ja nie mam nic do gospelu, ale tutaj to pasuje jak pięść do nosa). „Oryginał” z programu Smitha, zawsze będzie dla mnie wersją wyjściową. I tyle.
Ten kawałek, obok rzeczy Tears for Fears, Blondie, czy The Smiths, zrobił mi wakacje w 2008 r. i pomógł bezboleśnie przetrwać kosza, bo w sumie i tak nie traktowałem tego zbyt poważnie i to nie miało przyszłości, jak każdy mój flirt z tamtego roku. Muzyka rekompensowała mi bylejakość tych „romansów”, chociaż zdarzały się smuteczki i o ile świadomie zrezygnowałem ze związanego z taką aurą kawałka (wybierając inny numer The Smiths), to myślę, że na jakimś etapie, uda mi się wyszperać kawałek z 2008 r., który będzie w stanie oddać w jakiś sposób tę beznadzieję. Na razie wyobrażamy sobie przełom lipca i sierpnia 14 lat temu i wajbujemy do „Love is da Shit”. Swoją drogą, podczas intra Franti wyjaśnia o czym jest kawałek i okazuje się, że napisał go po tym jak dostał kosza xD
https://www.youtube.com/watch?v=Du3nskuh5jc
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Stary... to było już 15 lat temu...
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No i co w związku z tym?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Ale ja serio pisałem! Koncert był wybitny, zwłaszcza piosenka o zakochaniu się w małej lilijce
. Parę rzeczy wybitnie mi ostatnio nie idzie: słuchanie muzyki, gra w szachy, czatowanie z ludźmi... Nie, naprawdę nie wiem, co napisać po takim koncercie, to było niemal transcendentne przeżycie, przy nim nawet nasza bestka wygląda jak brutalny powrót do rzeczywistości.
Bomb the Bass – Tidal Wave
Bomb The Bass. Niby nazwa znana, a nigdy jakoś nie miałem potrzeby zapoznawania się z twórczością Simenona. Zaczyna się bardzo spokojnie, bardzo miękko, aż przypomniał mi się pewien wieczór, kiedy siedziałem nad brzegiem jeziora i wpatrywałem się w zapadający zmrok i ostatnie kaczki na wodzie. Pojawia się delikatny bit i całkiem przyjemny, żeński wokal. Fajny, nastrojowy kawałek, w sam raz na letni wieczór. Potrafię sobie to wyobrazić i podczas samotnych spacerów wzdłuż plaży czy pasażu, i podczas jakichś spotkań w knajpie. W domu to raczej nie, to jest muzyka otwartych przestrzeni. Podoba mi się to dźwięczne pianino w tle, ładnie, szeroko poprowadzona linia śpiewu, wolne tempo i mamy po prostu bardzo dobrą piosenkę.
Ancien Régime - Eternity Road (2017)
Nazwa "stary porządek" w oczywisty sposób kojarzy się z Francją roku 1789. A sama muzyka wydaje się przedłużeniem klimatu Bomb The Bass, choć miejsce żeńskiego wokalu zajął męski, bardziej donośny, a i bit jest mocniejszy. I myślę, że nie ma to aury Joy Division, bo tamten zespół był jednak bardzo dołujący (w czasach, kiedy zaczynałem słuchać, tak myślałem; i w sumie dlatego skończyłem słuchać), a ten jest bardziej nastrojowy, choć ten klimat też skręca mocno w stronę melancholii i nieszczególnie pasowałby na gorsze dni. Ale całkiem przyjemnie to brzmi, jakby odzywała się w człowieku tęsknota za spokojnymi czasami, których już nigdy nie będzie. Po większej liczbie odsłuchów człowiek się w to wkręca i już rozumie, czemu się podoba. Długie, spokojne, elektroniczne pasaże to to, co Malkolit bardzo lubi.
Justin Timberlake - Cry Me A River
Samo nazwisko już wywołało we mnie obawę. Źle mi się kojarzy. I, niestety, obawy okazały się uzasadnione. Z początku traktowałem wokale w tym utworze jako część tła, ale po kolejnych odsłuchach chwile, kiedy przyjmują one wysokie rejestry, stają się trudne do zniesienia. Sposób poprowadzenia tych wokali też mnie drażni, pamiętam, że jak słyszałem kiedyś w radiu więcej niż jeden-dwa takie kawałki, to przełączałem odbiornik. A w latach zerowych leciało tego bardzo dużo, a potem to nie wiem, bo przestałem na dłuższą metę słuchać radia (i poza przestrzenią publiczną, wizytą u słuchacza czy pracą nadal nie słucham; no, jest jeszcze jeden wyjątek - audycje znajomych, ale o tym może później). Z kolei męskie wokale na tyle długo poznawałem w tym kontekście, że też za nimi nie przepadam. R'n'B to nie jest lubiany przeze mnie gatunek, ten charakterystyczny bit od razu budzi we mnie nerwowość. Kompletnie go nie czuję. Nawet jeśli smyczkowe tło brzmi fajnie, a bit nieźle buja.
The LOX - Ryde or Die, Bitch (feat. Timbaland & Eve)
Oho, ciąg dalszy poprzedniej wrzutki. Timbaland to był facet, który robił wielką karierę w czasie, kiedy bliżej zapoznawałem się z muzyką rozrywkową (dla mnie to był drugi etap, w pierwszym poznawałem głównie trochę starsze hity i przeboje polskie). I pamiętam, że od jego hitów raczej stroniłem, to nie był mój typ muzyki. Jeszcze dziś, jak słyszę podobne wokale, to raczej wyłączam, zdecydowanie to nie w moim typie, ma dla mnie bardzo agresywny i narzucający się wydźwięk. Zaczyna się fajnie, jak typowa mudżyńska wrzutka z fajnym, bujającym bitem i klimatycznym, klubowym klawiszem. Potem wchodzi wokal męski powtarzający ciągle tytułową frazę i żeński, typowy dla pań z lat zerowych i to już mniej fajne. Ten refren/ta fraza z tytułu jest okropna, reszta wchodzi trochę jak to rapy gołego, czyli wcale nieźle. Z kolejnymi odsłuchami piosenka trochę traci na wyrazistości, to po prostu nie moje klimaty. To nie kolega, którego nie lubię, raczej kolega, z którym nie za bardzo znajduję wspólne tematy do rozmowy.
Memory Tapes - Swimming Field
I znów zmienia się aura - z klubu na dużą, otwartą przestrzeń. Znów przypomina mi to letnie wieczory nad jeziorem albo nawet nad kąpieliskiem (taki Niegocin na przykład; albo takie Kisajno). Powolna, niespiesząca się donikąd muzyka z delikatnym bitem, spokojnym, jakby rozmarzonym (w sensie: melancholijnym) wokalem, którego mogłoby nie być, ale skoro już jest, to stanowi ciekawe uzupełnienie tła, bo jest to niewątpliwie muzyka tła. I tak sobie płynie i płynie jak woda i fajnie jest.
Boards of Canada - Palace Posy
Na chwilę się wyłączyłem i miałem wrażenie, że ta wrzutka jest znakomitą kontynuacją poprzedniej. Tylko bit jest wyrazisty, ale aura to znowu aura leniwego, letniego popołudnia czy nawet wieczoru, może trochę bliżej jakiegoś baru ze względu na ten bit. Na pewno nie pracy na budowie. Dobrze się tego słucha. Ma w sobie coś odprężającego za sprawą tła i pobudzającego do działania za sprawą bitu (może nieco drewnianego jak te deski, dziwnie to brzmi). Jest duszno, gorąco, zupełnie jak w dżungli, tylko małp w górze brakuje, ale za to nie chce się robić
. Słońce pali, wiatr, jeśli jest, to wysusza. Podobnie jak u Mentosa wyszło o wszystkim, tylko nie o muzyce
, ale kawałek może z upływem czasu zyskiwać.
I taka to była kolejka - leniwie się rozkręcająca, gdzie dopiero na finiszu, przy opisywaniu znalazłem właściwe klucze, z Pawłem T. śpiewającym piosenki, po czym nie dało się już przysiąść do propozycji forumowiczów, po prostu się nie dało. Cztery letnie kawałki w sam raz na chill out i dwóch kolegów, z którymi można zamienić dwa słowa, po czym każdy idzie w swoją stronę.
Bomb the Bass – Tidal Wave
Bomb The Bass. Niby nazwa znana, a nigdy jakoś nie miałem potrzeby zapoznawania się z twórczością Simenona. Zaczyna się bardzo spokojnie, bardzo miękko, aż przypomniał mi się pewien wieczór, kiedy siedziałem nad brzegiem jeziora i wpatrywałem się w zapadający zmrok i ostatnie kaczki na wodzie. Pojawia się delikatny bit i całkiem przyjemny, żeński wokal. Fajny, nastrojowy kawałek, w sam raz na letni wieczór. Potrafię sobie to wyobrazić i podczas samotnych spacerów wzdłuż plaży czy pasażu, i podczas jakichś spotkań w knajpie. W domu to raczej nie, to jest muzyka otwartych przestrzeni. Podoba mi się to dźwięczne pianino w tle, ładnie, szeroko poprowadzona linia śpiewu, wolne tempo i mamy po prostu bardzo dobrą piosenkę.
Ancien Régime - Eternity Road (2017)
Nazwa "stary porządek" w oczywisty sposób kojarzy się z Francją roku 1789. A sama muzyka wydaje się przedłużeniem klimatu Bomb The Bass, choć miejsce żeńskiego wokalu zajął męski, bardziej donośny, a i bit jest mocniejszy. I myślę, że nie ma to aury Joy Division, bo tamten zespół był jednak bardzo dołujący (w czasach, kiedy zaczynałem słuchać, tak myślałem; i w sumie dlatego skończyłem słuchać), a ten jest bardziej nastrojowy, choć ten klimat też skręca mocno w stronę melancholii i nieszczególnie pasowałby na gorsze dni. Ale całkiem przyjemnie to brzmi, jakby odzywała się w człowieku tęsknota za spokojnymi czasami, których już nigdy nie będzie. Po większej liczbie odsłuchów człowiek się w to wkręca i już rozumie, czemu się podoba. Długie, spokojne, elektroniczne pasaże to to, co Malkolit bardzo lubi.
Justin Timberlake - Cry Me A River
Samo nazwisko już wywołało we mnie obawę. Źle mi się kojarzy. I, niestety, obawy okazały się uzasadnione. Z początku traktowałem wokale w tym utworze jako część tła, ale po kolejnych odsłuchach chwile, kiedy przyjmują one wysokie rejestry, stają się trudne do zniesienia. Sposób poprowadzenia tych wokali też mnie drażni, pamiętam, że jak słyszałem kiedyś w radiu więcej niż jeden-dwa takie kawałki, to przełączałem odbiornik. A w latach zerowych leciało tego bardzo dużo, a potem to nie wiem, bo przestałem na dłuższą metę słuchać radia (i poza przestrzenią publiczną, wizytą u słuchacza czy pracą nadal nie słucham; no, jest jeszcze jeden wyjątek - audycje znajomych, ale o tym może później). Z kolei męskie wokale na tyle długo poznawałem w tym kontekście, że też za nimi nie przepadam. R'n'B to nie jest lubiany przeze mnie gatunek, ten charakterystyczny bit od razu budzi we mnie nerwowość. Kompletnie go nie czuję. Nawet jeśli smyczkowe tło brzmi fajnie, a bit nieźle buja.
The LOX - Ryde or Die, Bitch (feat. Timbaland & Eve)
Oho, ciąg dalszy poprzedniej wrzutki. Timbaland to był facet, który robił wielką karierę w czasie, kiedy bliżej zapoznawałem się z muzyką rozrywkową (dla mnie to był drugi etap, w pierwszym poznawałem głównie trochę starsze hity i przeboje polskie). I pamiętam, że od jego hitów raczej stroniłem, to nie był mój typ muzyki. Jeszcze dziś, jak słyszę podobne wokale, to raczej wyłączam, zdecydowanie to nie w moim typie, ma dla mnie bardzo agresywny i narzucający się wydźwięk. Zaczyna się fajnie, jak typowa mudżyńska wrzutka z fajnym, bujającym bitem i klimatycznym, klubowym klawiszem. Potem wchodzi wokal męski powtarzający ciągle tytułową frazę i żeński, typowy dla pań z lat zerowych i to już mniej fajne. Ten refren/ta fraza z tytułu jest okropna, reszta wchodzi trochę jak to rapy gołego, czyli wcale nieźle. Z kolejnymi odsłuchami piosenka trochę traci na wyrazistości, to po prostu nie moje klimaty. To nie kolega, którego nie lubię, raczej kolega, z którym nie za bardzo znajduję wspólne tematy do rozmowy.
Memory Tapes - Swimming Field
I znów zmienia się aura - z klubu na dużą, otwartą przestrzeń. Znów przypomina mi to letnie wieczory nad jeziorem albo nawet nad kąpieliskiem (taki Niegocin na przykład; albo takie Kisajno). Powolna, niespiesząca się donikąd muzyka z delikatnym bitem, spokojnym, jakby rozmarzonym (w sensie: melancholijnym) wokalem, którego mogłoby nie być, ale skoro już jest, to stanowi ciekawe uzupełnienie tła, bo jest to niewątpliwie muzyka tła. I tak sobie płynie i płynie jak woda i fajnie jest.
Boards of Canada - Palace Posy
Na chwilę się wyłączyłem i miałem wrażenie, że ta wrzutka jest znakomitą kontynuacją poprzedniej. Tylko bit jest wyrazisty, ale aura to znowu aura leniwego, letniego popołudnia czy nawet wieczoru, może trochę bliżej jakiegoś baru ze względu na ten bit. Na pewno nie pracy na budowie. Dobrze się tego słucha. Ma w sobie coś odprężającego za sprawą tła i pobudzającego do działania za sprawą bitu (może nieco drewnianego jak te deski, dziwnie to brzmi). Jest duszno, gorąco, zupełnie jak w dżungli, tylko małp w górze brakuje, ale za to nie chce się robić
I taka to była kolejka - leniwie się rozkręcająca, gdzie dopiero na finiszu, przy opisywaniu znalazłem właściwe klucze, z Pawłem T. śpiewającym piosenki, po czym nie dało się już przysiąść do propozycji forumowiczów, po prostu się nie dało. Cztery letnie kawałki w sam raz na chill out i dwóch kolegów, z którymi można zamienić dwa słowa, po czym każdy idzie w swoją stronę.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To niech Ci Paweł T. napisze wrzutkę, może szybciej pójdzie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
kto to kurea jest paweł t