Jakiś czas temu chciałam już skreślić tu kilka słów. Nie wiem, czy ktoś to przeczyta, ale zupełnie subiektywnie o ostatnio obejrzanych:
1.
Jestem bogiem - właściwie nie wiem, co jest nicią fabularną tego filmu. Trochę tu fikcji, wyobraźni, trochę wzruszającego pisarzyny, który przegrał życie, by następnie zmienić się w osiągającego sukcesy w zastraszającym tempie przystojniaka.
Bałam się, że wyjdzie z tego kolejne bajdurzenie o negatywnych skutkach zażycia narkotyków (w tym wypadku: superpiguły, która generuje nieograniczone wykorzystanie zdolności intelektualnych), ale wyszło przyjemnie. Sprawny montaż. Może nie zaskakują szalone zwroty akcji, strategia wzniosłego myślenia i genialne kreacje aktorskie, ale po prostu ogląda się dobrze i bez większego wysiłku.
2.
Medium - Po tym jak zobaczyłam, że wyreżyserował Clint Eastwood, spodziewałam się czegoś więcej. Może nie tyle, że zawiodłam się, ale trochę znudziłam. Akcja zawiązuje się w żółwim tempie i ponad dwie godziny filmu męczą. Psychicznie również. Bo rzecz ma się o kilku osobach oddalonych od siebie o tysiące kilometrów, które połączy jeden mianownik - śmierć. W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o to, "co jest potem" i przez bolesne doświadczenia spotkają się w jednym miejscu, żeby odnaleźć spokój. Miażdżący smutek, katastrofalna boleść i przepastna pustka.
3.
Pogrzebany - Kolejny smutas, ale do tego mizerny pod każdym względem. Klaustrofobiczny, okropny i niesprawiedliwy. Ciężko wytrzymać oglądając tylko i wyłącznie jednego aktora zamkniętego w drewnianej trumnie. Na dodatek słabego, bo Ryan Reynolds kojarzy mi się tylko z głupkowatymi rolami.
Miałam ochotę zamknąć mu twarz, żeby przestał się wydzierać i jęczeć. A kiedy wreszcie, po bezsensownych staraniach o wolność utożsamiam się z bohaterem, zaczynam współczuć, bo wszystko wali mu się na głowę (dosłownie też) i liczę na dobry - bo tak się zapowiada - koniec, jak czołg na łeb spada zakończenie, które jest tragiczne! Bardzo słabo.
4.
Żelazna Dama - znakomita rola Meryl Streep, chociaż pewnie to samo zdanie wypowiedział już każdy, kto film obejrzał.
Właściwie to jej obecność i znakomity warsztat są największymi atutami tego filmu. Szkoda tylko, że to
nie jest film o sile i skuteczności Margaret Thatcher, bo ta siła zostaje wzięta w nawias i przywołana jedynie w tle. Mam wrażenie, że Phyllida Lloyd i chce i nie chce postawić pomnik byłej pani premier.
Gdzieś brakuje mi tutaj konsekwencji i trochę przytłacza obraz staruszki z demencją oraz jej bolesne przeżywanie odległych wspomnień. Film wchodzi przy tym w tempo charakterystyczne dla medytacji. Konstrukcja dramaturgii jest jednak przekonująca.
Przypadła mi do gustu też muzyka i kostiumy. Świetna charakteryzacja i role drugoplanowe.
5.
Spadkobiercy - mój numer jeden wśród nowości. Mojej mamie nie przypadł do gustu, a Clooneya nazwała idiotycznie wyglądającym handlarzykiem

Jest w tym obrazie jednak coś, co bardzo mnie poruszyło - dawno żaden film nie wzbudził we mnie tylu uczuć jednocześnie.
Czułam strach i radość jednocześnie, obawy i ulgę, zażenowanie i odwagę. A to dlatego, że reżyser sprytnie przemyca obok ludzkiej tragedii przepiękne widoki hawajskich plaż i kaskady kolorów.
Clooney w roli Matta jest w całej swojej bezradności jednocześnie zabawny i wzruszający. Koślawy i wzbudzający współczucie, kiedy nie potrafi poradzić sobie z córkami, dla których nie miał czasu być ojcem. Podobnie, gdy wysłuchuje życiowych rad od głupkowatego małolata. I jednocześnie tak autentyczny, wyraźny i zdecydowany, kiedy z sardonicznym uśmieszkiem skrada pocałunek żonie rywala i walczy o rodzinne tradycje.
Niczego mnie ten film nie nauczył, nie jest wybitny

Jest natomiast uzbrojony w czarujące sceny i okazałe emocje. Na piątkę.
gwiazdy...