Bardzo lubię Arcade Fire, ale akurat Neon Bible słuchałem najmniej, więc sobie odświeżyłem i szybko wróciły do mnie wspomnienia, ale też powody, dla których słuchałem tego kawałka mniej niż innych. Murzyn, jako osoba (tak zrozumiałem) kompletnie nie zorientowana poza tym utworem w AF, ma inną perspektywę, i to jest w ogóle ciekawy temat wart dyskusji w innym temacie. Chodzi mi o odbieranie muzyki przez ludzi, którzy wpadli w zespół z przypadku. Żeby sprawę zlokalizować, przyjmijmy że ktoś sobie zaczął słuchać DM od SOTU i Delty, i dla tej osoby to są fenomenalne rzeczy w muzyce, a Violatora to nawet jeszcze nie słyszała, bo się dopiero zbiera do starszych płyt. Lubię spotykać takich ludzi, kompletnie pozbawionych biasowego balastu, które cieszą się z tego co usłyszały i nie zaprzątają sobie głowy jakimśtam kontekstem dyskografii i kiedyśtobylizmem. Ja No Cars Go uważam za taki średniej jakości numer jak na AF, ale też nie mam z nim jakichś silnych więzi sentymentalnych. Gdyby to było coś z ostatnich trzech płyt, to zapewne udzieliłby mi się ten klimat. Ale i tak doceniam bardzo tę wrzutkę, bo kocham Arkadki.
David Bowie - Beauty and the Beast
Bowie i u mnie będzie, ale to w komplecie z najbardziej lubianymi wykonawcami w drugiej 25.
Ja zawsze miałem problem z „Heroes”, nie potrafiłem nigdy docenić kunsztu i zajebistości tego albumu. Nawet tytułowy kawałek wolałem w wersjach innych artystów. To jest trochę wina Bowiego, bo jego muzyka przez lata zmieniała się tak bardzo, że wewnątrz dekad, a czasami wręcz albumów, można się na zmianę odbijać od i zakochiwać w jego piosenkach. Moja ulubiona era DB zaczyna się pod koniec lat 80-tych i w zasadzie od tego momentu, aż po Blackstar, wszystko uważam za wybitne (nawet Tin Machine). Wcześniej różnie bywa. B&daBeast to jest dobry przykład tego, czemu nie potrafię w pełni polubić „Heroes”. Utwór jest dobry , uważam że jest spoko, ale żebym miał go z własnej woli za jakiś czas powtórzyć to szczerze wątpię. Dyskografia Bowiego jest pełna takich „bardzo spoko, szanuję” kawałków, do których potem się nie wraca. Nie wiem co mnie bardziej wkurza, sam fakt, że nie pojmuję tej płyty, czy to, że ten album po prostu TRZEBA stawiać na ołtarzyku i przez to mam jakieś bezsensowne pretensje do siebie, że go nie łykam w całości
Junior Boys - When I'm Not Around
Utwór nagrany na nowocześniejsza modłę i często wydaje mi się, że dobrane środki stylistyczne w takich kawałkach są jakieś takie usilnie irytujące. Jak ta perkusja, która brzmi jakby ktoś bardzo głośno darł tekturę. Słysze jakieś wpływy hip-hopu, ale nie kleją mi się z resztą. Wokal bardzo cicho, niemal jakby wokalista się wstydził i wolał chować za tym automatem perkusyjnym. W pozostałym zakresie nie mam szczególnie wielkich zarzutów. Sama piosenka jest dobra, elektronika w tle przyjemna, sax solo to może być sure fire kiss of death w takich utworach, ale tutaj bez jakiegoś dziaderskiego zadęcia i pasuje. Od strony feelsowej broni się znacznie bardziej niż od strony formalnej i w sumie, jak dla mnie, to wystarczy.
Billie Eilish - When I Was Older
Lubię Billie Eilish. Jakiś czas istniała w eterze zanim się nią zainteresowałem, a zrobiłem to bo poleciły mi ją dwie osoby: moja dziewczyna (zwróciła mi uwagę na Bad Guy) oraz… Tim Bowness xD I nawet można powiedzieć, że Eilish to jest taki damski Tim. Musiałem słyszeć ten utwór przy odsłuchu debiutu, ale widzę, że to jakiś bonus, więc sam już nie jestem pewien, możliwe, że nie słuchałem lol. No i wtopiłes jednak Shodan, tak jak Murzyn ostrzegał. Odpaliłem według rozkazu wersję z linka i nie dość, że brzmi fatalnie przy albumowej, to jeszcze dostałem mega cringu widząc te płaczące laski pod sceną i słysząc jak drą się przez cały kawałek przekrzykując muzykę. Cały klimat szlag trafił. Nie rób więcej takich „niespodzianek”. Ogólnie utwór bardzo dobry, w stylu starej BE, pełny minimal, prosta elektronika, taka że aż się dziwi człowiek, że to tak dobrze funkcjonuje. Daję okejkę, ale gdyby miał bazować na tym lajwie z histerycznym kwiczeniem w tle, to by okejki nie było. Swoja drogą, a propos kawałka z Bonda, to jak wyszedł byłem totalnie zawiedziony, bo liczyłem, że będą mieli jaja i zrobią coś w jej stylu w klimacie Bonda. A tutaj bezpieczna pianinkowa ballada, którą by każdy mógł wykonać. Przekonałem się z czasem, bo rzeczywiście kawałek jest bardzo dobry, ale nadal mam trochę żal, że nie mieli odwagi na coś bardziej, lol, odważnego.
Arianna Savall - Preghiera
Wjechały słynne harfy Melkiego i wjechały dobrze. Myśle, że to póki co najlepszy Malkonumer.
Takie muzyce można wiele wybaczyć, w tym randomowe, mało oryginalne brzmienie. Takie rzeczy są w takim wypadku nieistotne, bo dobrze się słucha. Nie mam zbyt wiele do napisania na temat tego utworu, poza tym, że jest to bardzo wyciszający kawałek. Dobra HARFA, przyjemne gitary, wokale zarówno damskie, jak i męskie bardzo wporzo. Tak trochę bredzę, ale nie umiem inaczej pisać o takiej muzyce. Siadam sobie, słucham, doceniam chill value i po prostu daje okejkę.
Simply Red - Sunrise
Historię tego jak Dev pomieszał dwa numery znam już na pamięć. Kawałek bardzo lubię, jestem z tego rocznika, który kojarzy czasy kiedy to leciało w radiu. Fajny, bardzo nocny pop. I tu po raz kolejny Dev psuje klimat wrzucając teledysk, który po pierwsze – jest chujowy, po drugie - niszczy cały wieczorny nastrój tym palącym słońcem. Nie mówiąc o tym, że jakość jest podła. I jak tu ufać Waszym linkom Panowie? Inna sprawa, że fajne są te momenty z ujęciami Hacknalla, który w typowy, 90sowy sposób, siedzi sobie rozwalony jak chad i śpiewa xD Lubię kiedy takie zespoły mają wyraźne „twarze”, a Simply Red bardziej wyraźne by pod tym kątem być nie mogło. Zajebisty kawałek, ale muszę się jednocześnie zgodzić z Murzynem. I Can’t Go for That jest lepsze.
Doskonała kolejna Panowie, moje gratulacje. Nie wiem, czy potrafię wybrać najlepszy kawałek.