Jednak.

Zrobiłem to.

Przesłuchalem Sounds of the Universe od początku do końca.

Chciałem w połowie wyłączyć bo dochodziłem do apogeum, ale z zaciśniętymi zębami dotrwałem. Moja "szybka recenzja", jak nie trudno się domyśleć, nic nowego (ponad to co już wcześniej nawtykałem) nie wniesie. Uznałem, że nie ma sensu bluzgać na to co już zostało zbluzgane, ale po krótce oto moje odczucia i konkluzje po przesłuchaniu najnowszego albumu Depeche Mode:
- polubiłem Excitera, (naprawdę ma 3-4 bardzo ładne, chilloutowe kompozycje do których się przekonałem,
- Songs of Faith And Devotion nie jest już wg. mnie najgorszym albumem, jest przedostatni (co nie zmienia faktu, że In Your Room i I Feel You to chłam, który na równi z SOTU nigdy nie powinien wyjść ze studia),
- bardzo ciężko mi się słuchało SOTU, kawałki na tym albumie tworzą zbitek dźwięków i gdyby nie fade-in-fade-out od kawałka do kawałka to ciężko byłoby mi się połapać gdzie się jeden koszmar kończy a zaczyna następny,
- dźwięki ciężko zapadają w ucho, przesłuch skończyłem kwadrans temu a nie pamiętam już nic, nawet 10 sekund jakiejś charakterystycznej melodii,
(to "chyba" źle świadczy o krążku),
- album jest spójny - od A do Z leci jedna wielka obstrukcja muzyczna. Nic tylko trzymać kciuki jak przy grypie jelitowej, aby to się prędko skończyło - nie da się tego nucić, podśpiewywać, o tańczeniu nie wspomnę
A czy cos mi się podobało? Będzie ciężko bo raczej nic, najlepszym utworem na tym albumie jest dla mnie Spacewalker i to na niego oddam głos w tej ankiecie. Ciekawie zaczął się utwór… chwila, nawet nie pamietam jak się nazywał, musze włączyć jeszcze raz, bo nie pamiętam… o leci - ten cały Little Soul - pierwsze 21 sekund ciekawe - pierwsze skojarzenie? Świetny podkład dźwiękowy do jakiejś platformówki z czasów amigi,

ale gdy tylko wszedł wokal z tym
"my little coś tam" śpiewanym przez wyjącego Gahana to czar prysł. Tak więc dlaczego Spacewalker? Bo paradoksalnie, brak wokalu uratował ten kawałek. Te niecałe dwie minuty słuchało mi się najprzyjemniej, takie chwilowe złapanie oddechu przed dalszym gwałtem moich uszu. O aspektach technicznych krążka pisać nie będę. Wiele zostało już tu przez moich przedmówców napisane, nie muszę nic dodawać, zresztą nie ma co. Koniec recenzji. Idę sobie włączyć Easy Tigera i Get Right With Me.
