Best of Forum II
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Rano wrzucę, bo dopiero skończyłem robotę (remont chałupy) i nie mam już sił na nic. Ale wszystko wielokrotnie odsłuchane.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Postanowiłem tym razem zagrać nietypowo. Malując pokój włączyłem playlistę kolejki nie patrząc wcześniej ani na tytuły, ani co jest kogo. Nie czytałem też opisów. Tzn. przeczytałem później, ale słuchałem na sam przód w ciemno. Byłe ciekawy, co z tego wyniknie. I czy będę umiał określić, która wrzutka jest kogo. Bezbłędnie właściwie byłem w stanie określić jedynie wrzutkę Murzyna. No bo kto inny mógłby zapodać rap?
The Twilight Sad – Reflection of the Televison
No i nie byłem w stanie określić, który to utwór Hiena. Bo ten utwór brzmi bardziej, jak wrzutka nieodżałowanego Malkolita. Przez tę perkusję kojarzy mi się mocno w takim Cocteau Twins.
Generalnie to jest całkiem dobry utwór. Na kolana mnie jakoś jeszcze nie rzuca, ale jest nieźle. Zresztą utwór zyskuje na wartości wraz z rosnącą ilością odsłuchów. Tak więc może przyjdzie moment, że naprawdę zaskoczy. Te gitary (elektryczna i basowa) są naprawdę bardzo dobre. Wokal też świetny. Kompozycja całkiem spoko. W sumie jedynie za taką perkusją nie przepadam. Jakoś mi ona tu wadzi. Za bardzo przypomina coś, czego raczej nie lubiłem. Ale może z czasem przywyknę.
Onyx - Last Dayz
No i mamy powrót strippeda do gadaczy. Na szczęście do tych prawdziwych, amerykańskich, a nie naszych. Jak widzę raperów o ciemnym kolorze skóry, to jednak od razu włącza mi się jakiś rodzaj akceptacji. Utwór jest spoko, bardzo dobry bit. Dobrze to brzmi. Trochę też mam zastrzeżenia do wokali. Oczywiście i tak są o niebo lepsze od dowolnego polskiego rapera, ale brzmią trochę dziwnie. Stripped pisze, że to wściekłe i chropowate wokale. I takie rzeczywiście są. Nie wiem, czy oni zawsze tak rapują, czy tylko w tym utworze, ale brzmi to tak sobie. Nazbyt chrapliwie jednak. Ale mimo tego nie psuje mi to znacząco odbioru tego utworu. Teksty mnie oczywiście zwyczajowo nie interesują. Tym bardziej, że to kolejne pierdoły o złych białych i biednych czarnych. Pod tym względem to mnie raperzy naprawdę wkurzają. Zarówno amerykańscy, jak i nasi. Cały świat jest zły i do dupy. Tylko oni tacy biedni. Tak biedni, że aby przeżyć w tym złym i zepsutym świecie też muszą być źli. Śmiech na sali.
Talk Talk - I Don't Believe In You
Znam ten zespół od zawsze dzięki wokaliście. Tej twarzy i głosu nie sposób zapomnieć ani pomylić z nikim innym. Znam na zasadzie, że ich kojarzę i słyszałem w życiu sporo singli w tv.
Od razu napiszę, że wokal mi zwyczajnie tutaj wadzi. Nie podoba mi się i już. Szczególnie jak śpiewa wyżej. Reszta całkiem fajna. Dobrze to brzmi. Ładna akustyczna gitara, klawisze w tle, perkusja. Ładnie wszystko płynie. Utwór jako kompozycja też z czasem ładnie się układa w głowie. Może gdyby nie ten śmieszny wokal, to nawet bym w to mógł wsiąknąć głębiej?
Madonna – Frozen
Cały czas czekałem, kto wreszcie wrzuci Madonnę. Bo to damski odpowiednik Michaela Jacksona. O ile MJ był królem popu, to Madonna była niekwestionowaną królową. Nigdy obu jakoś regularnie nie słuchałem, ale darzę nieskrywanym szacunkiem. MJ z czasem przez to wybielanie zmienił się w dziwadło. Madonna też teraz jest bardziej straszydłem. Nie zmienia to jednak mojego stosunku do nich. To wielkie gwiazdy i kropka.
Jak ja kocham ten utwór to szok. Aż dziwne, że sam go jeszcze nie zapodałem (pewnie przez zapomnienie). Od pierwszej do ostatniej sekundy wszystko brzmi perfekcyjnie. Tu rzeczywiście mamy iście filmowy, a nawet bondowski klimat. A ja po prostu uwielbiam takie klimaty.
Dragon pisze o patosie i on tu jest, ale mnie patos w muzyce nigdy nie przeszkadzał. Ja wręcz lubię patos. To brzmienie syntezatorów, głęboki bas, smyki - to wszystko poezja. Uwielbiam utwory tak skonstruowane, że np. perkusja to pojawia się, to zanika, zmiany tempa. No i głos Madonny to po prostu coś wspaniałego. Utwór od strony kompozycyjnej to dzieło sztuki.
Dev męczy często tymi średniej jakości ejtisami (choć od 3 kolejek ma świetną passę), ale jak już zarzuci czymś wyjątkowym, to naprawdę potrafi poruszyć moimi emocjami. W pierwszej 25-ce zapodał chyba najlepszy dla mnie utwór całej pierwszej rundy, czyli Colin Vearncombe - Water on snow. A teraz to.
Frozen to utwór, który od lat doskonale znam. Jednocześnie tak dawno go nie słyszałem, że teraz słuchając mam po prostu dreszcze. Jestem naprawdę wzruszony. I robi na mnie nawet dużo większe wrażenie niż kiedyś. Lecę ściągać całą płytę Ray of light, bo czas najwyższy nadrobić skandaliczne zaległości.
A te tłumaczenia deva o tym, że nie mógł znaleźć wersji audio są oczywiście mocno naciągane. Ale ja też bym szukał jakiegoś sposobu, żeby móc wrzucić tak doskonały teledysk.
U.S. Girls – Rosebud
Ja też jak Hien biorę to i słucham z przyjemnością. Kobitka na wokalu to już połowa sukcesu. A do tego jest świetne brzmienie. Te smyki co słychać na samym początku i potem, gdy wtórują wokalistce są naprawdę dobre. Perkusja robi niesamowitą robotę. Świetnie brzmiące syntezatory. I utwór sam w sobie jako kompozycja bardzo bobry. To muzyka nadająca się na wszelkie okazje. Można tego słuchać w domu, w windzie, w sklepie, gdziekolwiek się jest. I zawsze będzie równie miło i przyjemnie.
Podsumowując dobra kolejka. Naprawdę dobra. Wygrywa oczywiście Madonna, bo inaczej być nie mogło. Ale za nią bardzo dobry i wyrównany peletonik.
The Twilight Sad – Reflection of the Televison
No i nie byłem w stanie określić, który to utwór Hiena. Bo ten utwór brzmi bardziej, jak wrzutka nieodżałowanego Malkolita. Przez tę perkusję kojarzy mi się mocno w takim Cocteau Twins.
Generalnie to jest całkiem dobry utwór. Na kolana mnie jakoś jeszcze nie rzuca, ale jest nieźle. Zresztą utwór zyskuje na wartości wraz z rosnącą ilością odsłuchów. Tak więc może przyjdzie moment, że naprawdę zaskoczy. Te gitary (elektryczna i basowa) są naprawdę bardzo dobre. Wokal też świetny. Kompozycja całkiem spoko. W sumie jedynie za taką perkusją nie przepadam. Jakoś mi ona tu wadzi. Za bardzo przypomina coś, czego raczej nie lubiłem. Ale może z czasem przywyknę.
Onyx - Last Dayz
No i mamy powrót strippeda do gadaczy. Na szczęście do tych prawdziwych, amerykańskich, a nie naszych. Jak widzę raperów o ciemnym kolorze skóry, to jednak od razu włącza mi się jakiś rodzaj akceptacji. Utwór jest spoko, bardzo dobry bit. Dobrze to brzmi. Trochę też mam zastrzeżenia do wokali. Oczywiście i tak są o niebo lepsze od dowolnego polskiego rapera, ale brzmią trochę dziwnie. Stripped pisze, że to wściekłe i chropowate wokale. I takie rzeczywiście są. Nie wiem, czy oni zawsze tak rapują, czy tylko w tym utworze, ale brzmi to tak sobie. Nazbyt chrapliwie jednak. Ale mimo tego nie psuje mi to znacząco odbioru tego utworu. Teksty mnie oczywiście zwyczajowo nie interesują. Tym bardziej, że to kolejne pierdoły o złych białych i biednych czarnych. Pod tym względem to mnie raperzy naprawdę wkurzają. Zarówno amerykańscy, jak i nasi. Cały świat jest zły i do dupy. Tylko oni tacy biedni. Tak biedni, że aby przeżyć w tym złym i zepsutym świecie też muszą być źli. Śmiech na sali.
Talk Talk - I Don't Believe In You
Znam ten zespół od zawsze dzięki wokaliście. Tej twarzy i głosu nie sposób zapomnieć ani pomylić z nikim innym. Znam na zasadzie, że ich kojarzę i słyszałem w życiu sporo singli w tv.
Od razu napiszę, że wokal mi zwyczajnie tutaj wadzi. Nie podoba mi się i już. Szczególnie jak śpiewa wyżej. Reszta całkiem fajna. Dobrze to brzmi. Ładna akustyczna gitara, klawisze w tle, perkusja. Ładnie wszystko płynie. Utwór jako kompozycja też z czasem ładnie się układa w głowie. Może gdyby nie ten śmieszny wokal, to nawet bym w to mógł wsiąknąć głębiej?
Madonna – Frozen
Cały czas czekałem, kto wreszcie wrzuci Madonnę. Bo to damski odpowiednik Michaela Jacksona. O ile MJ był królem popu, to Madonna była niekwestionowaną królową. Nigdy obu jakoś regularnie nie słuchałem, ale darzę nieskrywanym szacunkiem. MJ z czasem przez to wybielanie zmienił się w dziwadło. Madonna też teraz jest bardziej straszydłem. Nie zmienia to jednak mojego stosunku do nich. To wielkie gwiazdy i kropka.
Jak ja kocham ten utwór to szok. Aż dziwne, że sam go jeszcze nie zapodałem (pewnie przez zapomnienie). Od pierwszej do ostatniej sekundy wszystko brzmi perfekcyjnie. Tu rzeczywiście mamy iście filmowy, a nawet bondowski klimat. A ja po prostu uwielbiam takie klimaty.
Dragon pisze o patosie i on tu jest, ale mnie patos w muzyce nigdy nie przeszkadzał. Ja wręcz lubię patos. To brzmienie syntezatorów, głęboki bas, smyki - to wszystko poezja. Uwielbiam utwory tak skonstruowane, że np. perkusja to pojawia się, to zanika, zmiany tempa. No i głos Madonny to po prostu coś wspaniałego. Utwór od strony kompozycyjnej to dzieło sztuki.
Dev męczy często tymi średniej jakości ejtisami (choć od 3 kolejek ma świetną passę), ale jak już zarzuci czymś wyjątkowym, to naprawdę potrafi poruszyć moimi emocjami. W pierwszej 25-ce zapodał chyba najlepszy dla mnie utwór całej pierwszej rundy, czyli Colin Vearncombe - Water on snow. A teraz to.
Frozen to utwór, który od lat doskonale znam. Jednocześnie tak dawno go nie słyszałem, że teraz słuchając mam po prostu dreszcze. Jestem naprawdę wzruszony. I robi na mnie nawet dużo większe wrażenie niż kiedyś. Lecę ściągać całą płytę Ray of light, bo czas najwyższy nadrobić skandaliczne zaległości.
A te tłumaczenia deva o tym, że nie mógł znaleźć wersji audio są oczywiście mocno naciągane. Ale ja też bym szukał jakiegoś sposobu, żeby móc wrzucić tak doskonały teledysk.
U.S. Girls – Rosebud
Ja też jak Hien biorę to i słucham z przyjemnością. Kobitka na wokalu to już połowa sukcesu. A do tego jest świetne brzmienie. Te smyki co słychać na samym początku i potem, gdy wtórują wokalistce są naprawdę dobre. Perkusja robi niesamowitą robotę. Świetnie brzmiące syntezatory. I utwór sam w sobie jako kompozycja bardzo bobry. To muzyka nadająca się na wszelkie okazje. Można tego słuchać w domu, w windzie, w sklepie, gdziekolwiek się jest. I zawsze będzie równie miło i przyjemnie.
Podsumowując dobra kolejka. Naprawdę dobra. Wygrywa oczywiście Madonna, bo inaczej być nie mogło. Ale za nią bardzo dobry i wyrównany peletonik.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Oj Wuja. Przynajmniej pięć osób oprócz Murzyna, wrzucało do bestek rap (łącznie z TOBĄ).shodan pisze:27 paź 2022 10:07Bezbłędnie właściwie byłem w stanie określić jedynie wrzutkę Murzyna. No bo kto inny mógłby zapodać rap?
A parowanie TTS z Melkim, to trochę jak Musiał wrzucający Metal, albo Murzyn wrzucający no-man.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Z tym rapem niby tak a z drugiej strony wuja już na tyle się orientuje by odróżnić, proste 
Ale łączenie TTS z Melczetem faktiko zabawne :p
Ale łączenie TTS z Melczetem faktiko zabawne :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ale co odróżnić xd Sam Shodan zapodał rap, który bardziej bym skojarzył z Tobą, niż z kimkolwiek xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ta perkusja żywcem wyjęta z Cocteau Twins. A to Melki zapodawał.
Rap wrzucał każdy, ale były to pojedyncze strzały. W większych ilościach to tylko stripped.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dev i mentos są z grubsza na bakier z rapsami, shodan wie że tego sam nie wrzucił, Ty preferujesz inne rapsy można sądzić po DHOH, no mógłby ewentualnie Smoku jako dzika karta bo wrzucał do listy przebojów jakieś lata 90. stare rapsy, no ale. Poza tym ja nie pasowałem pewnie do pozostałych wrzutek xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dev wrzucał rap już dwa razy, czyli chyba najwięcej zaraz po Tobie xD
Mentos, jeśli liczyć te memiczną żulerie, też dwa razy.
Mentos, jeśli liczyć te memiczną żulerie, też dwa razy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mam prośbę, do wszystkich, nie piszcie takich postów xD Jak macie gotowe, to wtedy wrzucajcie, ale nie róbcie zapowiedzi na dzień przed, bo często jest to siusiaka warte i tylko irytuje.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
The Twilight Sad - Reflection of the Television
Primo, pamiętam koncert The Cure z kol. Hienem (i nie tylko z nim, krążył tam duch tego forum), choć było to już bardzo dawno temu. Jednocześnie w ogóle nie przeżywam tego ostatniego, sprzed tygodnia, tak bardzo, jak on. Dlaczego? Nie wiem, i nawet się nie domyślam. Kjurzy to był dla mnie bardzo ważny zespół back in the day, o znaczeniu wręcz formacyjnym, a ten jeden - skądinąd przecież zajebisty - koncert w zupełności mi wystarczył. Pamiętam też support, tzn. pamiętam, że to The Twilight Sad nim było, ale nie pamiętam ani jednego kawałka, jaki wtedy grali. Nic, zero, null, tabula rasa. Nie jestem w stanie teraz powiedzieć, czy ten kawałek leciał, tzn. nie byłbym w stanie tego powiedzieć, gdyby mi tego nie powiedziano w pierwszej kolejności. Czy utwór jest dobry? Jak najbardziej, jeszcze jak! Mam wrażenie, jakbym słuchał jednego z tysiąca post punk revivalowców, jakich powstało w ostatnich latach więcej niż byłbym w stanie zliczyć. Ale nie przeszkadza mi to absolutnie, bo taka muzyka dla mnie zawsze w modzie. Świetnie pracują bębny, gitary mają taki xymoxowo-blacklistowy klimat, wokal jest... absurdalnie spokojny, może trochę za spokojny na ten kawałek. W sensie ja rozumiem zabieg kontrastowy, zwłaszcza pod koniec, gdzie wokalista zdaje się bardziej mówić niż śpiewać akompaniowany przez potężny dźwiękowy jazgot, ale jednak trochę mi brakuje w tym pazura. Wiem, że jakieś 4 lata temu podczas jednego z niekończących się tripów po Łodzi Hien puszczał coś The Twilight Sad, ale nie wiem, czy to był ten numer. Well, fuck me
Sreberko proszę Państwa.
Onyx - Last Dayz
Cytując klasyka, Murzyn i śpiewający Murzyni, wszystko na miejscu. Niestety, jedyne, co podoba mi się w tym kawałku, to bit i muza w tle, zsamplowana z czegoś co muszę znać, nie ma opcji, żebym nie znał. Golas tak dobrze opisał ten numer, że właściwie nie wiem, co mógłbym dodać. Background faktycznie jest mocno ukonkretyzowany, ale no, nie przemawia do mnie. Po prostu nie czuję się z taką muzyką (i bardziej chodzi mi o ten konkretny podtyp, podgatunek rapu, dla bicików spoko, ale teksty czy maniera ich wypluwania z siebie nie wpływają na mnie w żaden sposób. Z własnej woli bym czegoś takiego raczej nie odpalił. Jednocześnie nie chcę, by brzmiało to tak, jakbym skreślał Murzynowe wrzutki in general, bowiem czasem potrafi zapodać tak rapowym złotem, że aż głowa boli. W tym wypadku boli od czegoś innego, meham i idę sobie.
Talk Talk - I Don't Believe in You
Dragon zapodał right in the feels. Z dwóch powodów co najmniej - primo, uwielbiam ten kawałek jak i płytę, z której pochodzi. Secundo, jak to już imć Kuba zauważył wyżej, słucham The Colour of Spring jesienią xD dlaczego tak? Bo poznałem ten krążek właśnie na początku października 2005, w czasie swojego Wielkiego Muzycznego Odkrywania. Ciekawym jest, że choć lubowałem się przede wszystkim w brzmieniach syntezatorowych wtedy, to wydawnictwo od Hollisa i spółki weszło jak nóż w masło. Z każdym numerem (no, może poza April 5th, do tego musiałem dojrzeć przynajmniej 4 lata). W dodatku za oknem jest DOKŁADNIE TAKA SAMA pogoda, jaka była wtedy, jesienią 2005. Chłodno, już mocno umierająco, ale wciąż słonecznie i jakoś tak... przyjemnie. Gdyby nie to, że urlop, który mam od kilku dni jest dla mnie pasmem załatwiania rzeczy, na które nie miałem czasu wcześniej (czyli taki trochę klasyk), poszedłbym na spacer do parku Julianowskiego i odpalił sobie nie tylko ten kawałek, ale i całe TCoS. Autentycznie uważam ten album za totalne arcydzieło, tam nie ma złego utworu, nie ma fillerów, nic się nie dłuży (choć dwa kawałki są przecież bardzo długie), Friese-Greene pokazuje kunszt producencki na ekstremalnie wysokim poziomie (swoją drogą, to, co robił z Talk Talk stoi w ciekawej kontrze do jego solówek, które są odjechane w kosmos. Gość już raczej nic nie nagra jednak, podobno niemal całkowicie ogłuchł
), to, co Harris wyprawia w Happiness Is Easy czy Living in Another World to prosta ale wciąż magia, etc. Można tak w nieskończoność. Złoto dla Smoka Roberckiego, absolutne! Dodam przy okazji, że tylko raz próbowałem tej płyty słuchać wiosną i nie weszło xD jestem więźniem swojej nostalgii. Zaraz odpalę całą resztę.
Tim Bowness - Rainmark
Choć no-man znam już prawie 10 lat dzięki - A JAKŻE - Hienowi, to solowym Bownessem nie zainteresowałem się chyba nigdy. I prawdę mówiąc widzę, że sporo straciłem. Choć na jakimś poziomie brzmi to jak lekkie przedłużenie no-man ze swojej konkretnej fazy, to jednak gość ma tutaj - przynajmniej tutaj, jeszcze nie słuchałem niczego innego - inny styl, bardziej hmmm klasyczny? Bardzo mi się podoba ten utwór. Przywodzi na myśl coś pomiędzy lajtowym Brucem Springsteenem a Hintermass (elektroniczno-folkowo-rockowy projekcik Cate Brooks i typa z Seeland). Skąd taki rozstrzał? Właśnie w tym rzecz, biorę po najlepszych z wyżej wymienionych, mieszam, i jest bownessowy amalgamat
Jaram się tutaj oszczędną perkusją, gitarami, klawiszem, trąbką w tle, Bowness udowadnia, że głos ma właściwie do każdego typu muzyki. Mam tutaj vibe jesienny as hell, nawet okładka tego albumu będąca miniaturą wideo na YT prezentuje się odpowiednio sezonowo. Jeśli na reszcie krążka spotkam takie same brzmienia, zasysam jeszcze dziś. Naprawdę, super wrzutka, shodan nawet nie zapodając śpiewających pań zapodaje coś w tym stylu, i jest to dobre. Dużo dobre. Nawiązując do poprzedniej wrzutki w tej kolejce, słuchając tego utworu czułem się trochę tak, jakbym obcował z wykonawcą, który postanowił zrobić band opierający się na brzmieniach i zabiegach Talk Talk ale tylko i konkretnie z It's My Life (rzecz jasna odpowiednio uwspółcześnione). Srebro ex aequo z Hienem, nie ma się do czego przywalić!
U.S. Girls - Rosebud
Rosebud kojarzy mi się przede wszystkim z kodem do pierwszych Simsów na bodaj tysiąc papierów xD Korzystałem jak świrnięty, gdyż nigdy nie mogłem się tam utrzymać (to zupełnie jak w prawdziwym życiu wiele lat później). No no, tak jak ja mam ostatnio streak dobrych rzeczy u Mentosa, tak Mentos ma u mnie (z drobnymi może dziurami). Wyjątkowo miodny utwór, jest bardzo wyważony stylistycznie ale też pięknie ciągnie mi trip hopem, co wyjątkowo mnie jara. Laska na wokalu ma bardzo przyjemny głos (choć zahacza niebezpiecznie o rejony, które powodują u mnie rozstrojenie nerwowe). Klawisze w refrenie to strzał w dziesiątkę dla mojego gustu, bit, efekty, no jest super zwyczajnie. Brąz będzie tylko dlatego, że głupio dawać więcej niż dwa srebra na jakimkolwiek podium. Btw, gdyby ktoś powiedział mi, że to jest band z najntisów, tylko że mocno obskjurowy, pewnie byłbym w stanie w to uwierzyć. Jak napisał Hien - jest vibe, jest klimat, jest lekko, chillowo, jest listopad już prawie za oknem, może prószy śnieg, pierwszy w tym roku, i leci ten numer, ja mam wszystko gdzieś, wyobrażam sobie brązową boazerię. Dzięki zią ^^
Primo, pamiętam koncert The Cure z kol. Hienem (i nie tylko z nim, krążył tam duch tego forum), choć było to już bardzo dawno temu. Jednocześnie w ogóle nie przeżywam tego ostatniego, sprzed tygodnia, tak bardzo, jak on. Dlaczego? Nie wiem, i nawet się nie domyślam. Kjurzy to był dla mnie bardzo ważny zespół back in the day, o znaczeniu wręcz formacyjnym, a ten jeden - skądinąd przecież zajebisty - koncert w zupełności mi wystarczył. Pamiętam też support, tzn. pamiętam, że to The Twilight Sad nim było, ale nie pamiętam ani jednego kawałka, jaki wtedy grali. Nic, zero, null, tabula rasa. Nie jestem w stanie teraz powiedzieć, czy ten kawałek leciał, tzn. nie byłbym w stanie tego powiedzieć, gdyby mi tego nie powiedziano w pierwszej kolejności. Czy utwór jest dobry? Jak najbardziej, jeszcze jak! Mam wrażenie, jakbym słuchał jednego z tysiąca post punk revivalowców, jakich powstało w ostatnich latach więcej niż byłbym w stanie zliczyć. Ale nie przeszkadza mi to absolutnie, bo taka muzyka dla mnie zawsze w modzie. Świetnie pracują bębny, gitary mają taki xymoxowo-blacklistowy klimat, wokal jest... absurdalnie spokojny, może trochę za spokojny na ten kawałek. W sensie ja rozumiem zabieg kontrastowy, zwłaszcza pod koniec, gdzie wokalista zdaje się bardziej mówić niż śpiewać akompaniowany przez potężny dźwiękowy jazgot, ale jednak trochę mi brakuje w tym pazura. Wiem, że jakieś 4 lata temu podczas jednego z niekończących się tripów po Łodzi Hien puszczał coś The Twilight Sad, ale nie wiem, czy to był ten numer. Well, fuck me
Onyx - Last Dayz
Cytując klasyka, Murzyn i śpiewający Murzyni, wszystko na miejscu. Niestety, jedyne, co podoba mi się w tym kawałku, to bit i muza w tle, zsamplowana z czegoś co muszę znać, nie ma opcji, żebym nie znał. Golas tak dobrze opisał ten numer, że właściwie nie wiem, co mógłbym dodać. Background faktycznie jest mocno ukonkretyzowany, ale no, nie przemawia do mnie. Po prostu nie czuję się z taką muzyką (i bardziej chodzi mi o ten konkretny podtyp, podgatunek rapu, dla bicików spoko, ale teksty czy maniera ich wypluwania z siebie nie wpływają na mnie w żaden sposób. Z własnej woli bym czegoś takiego raczej nie odpalił. Jednocześnie nie chcę, by brzmiało to tak, jakbym skreślał Murzynowe wrzutki in general, bowiem czasem potrafi zapodać tak rapowym złotem, że aż głowa boli. W tym wypadku boli od czegoś innego, meham i idę sobie.
Talk Talk - I Don't Believe in You
Dragon zapodał right in the feels. Z dwóch powodów co najmniej - primo, uwielbiam ten kawałek jak i płytę, z której pochodzi. Secundo, jak to już imć Kuba zauważył wyżej, słucham The Colour of Spring jesienią xD dlaczego tak? Bo poznałem ten krążek właśnie na początku października 2005, w czasie swojego Wielkiego Muzycznego Odkrywania. Ciekawym jest, że choć lubowałem się przede wszystkim w brzmieniach syntezatorowych wtedy, to wydawnictwo od Hollisa i spółki weszło jak nóż w masło. Z każdym numerem (no, może poza April 5th, do tego musiałem dojrzeć przynajmniej 4 lata). W dodatku za oknem jest DOKŁADNIE TAKA SAMA pogoda, jaka była wtedy, jesienią 2005. Chłodno, już mocno umierająco, ale wciąż słonecznie i jakoś tak... przyjemnie. Gdyby nie to, że urlop, który mam od kilku dni jest dla mnie pasmem załatwiania rzeczy, na które nie miałem czasu wcześniej (czyli taki trochę klasyk), poszedłbym na spacer do parku Julianowskiego i odpalił sobie nie tylko ten kawałek, ale i całe TCoS. Autentycznie uważam ten album za totalne arcydzieło, tam nie ma złego utworu, nie ma fillerów, nic się nie dłuży (choć dwa kawałki są przecież bardzo długie), Friese-Greene pokazuje kunszt producencki na ekstremalnie wysokim poziomie (swoją drogą, to, co robił z Talk Talk stoi w ciekawej kontrze do jego solówek, które są odjechane w kosmos. Gość już raczej nic nie nagra jednak, podobno niemal całkowicie ogłuchł
Tim Bowness - Rainmark
Choć no-man znam już prawie 10 lat dzięki - A JAKŻE - Hienowi, to solowym Bownessem nie zainteresowałem się chyba nigdy. I prawdę mówiąc widzę, że sporo straciłem. Choć na jakimś poziomie brzmi to jak lekkie przedłużenie no-man ze swojej konkretnej fazy, to jednak gość ma tutaj - przynajmniej tutaj, jeszcze nie słuchałem niczego innego - inny styl, bardziej hmmm klasyczny? Bardzo mi się podoba ten utwór. Przywodzi na myśl coś pomiędzy lajtowym Brucem Springsteenem a Hintermass (elektroniczno-folkowo-rockowy projekcik Cate Brooks i typa z Seeland). Skąd taki rozstrzał? Właśnie w tym rzecz, biorę po najlepszych z wyżej wymienionych, mieszam, i jest bownessowy amalgamat
U.S. Girls - Rosebud
Rosebud kojarzy mi się przede wszystkim z kodem do pierwszych Simsów na bodaj tysiąc papierów xD Korzystałem jak świrnięty, gdyż nigdy nie mogłem się tam utrzymać (to zupełnie jak w prawdziwym życiu wiele lat później). No no, tak jak ja mam ostatnio streak dobrych rzeczy u Mentosa, tak Mentos ma u mnie (z drobnymi może dziurami). Wyjątkowo miodny utwór, jest bardzo wyważony stylistycznie ale też pięknie ciągnie mi trip hopem, co wyjątkowo mnie jara. Laska na wokalu ma bardzo przyjemny głos (choć zahacza niebezpiecznie o rejony, które powodują u mnie rozstrojenie nerwowe). Klawisze w refrenie to strzał w dziesiątkę dla mojego gustu, bit, efekty, no jest super zwyczajnie. Brąz będzie tylko dlatego, że głupio dawać więcej niż dwa srebra na jakimkolwiek podium. Btw, gdyby ktoś powiedział mi, że to jest band z najntisów, tylko że mocno obskjurowy, pewnie byłbym w stanie w to uwierzyć. Jak napisał Hien - jest vibe, jest klimat, jest lekko, chillowo, jest listopad już prawie za oknem, może prószy śnieg, pierwszy w tym roku, i leci ten numer, ja mam wszystko gdzieś, wyobrażam sobie brązową boazerię. Dzięki zią ^^
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Piąteczek jest, to myślę, że do wieczora czekamy na Mentosa i lecimy
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
The Twilight Sad – Reflection of the Televison
Wiecie kiedy miałem pierwszy raz styczność z The Twilight Sad? No nie zgadniecie, nigdy w życiu nie zgadniecie. Kolega JAKUB mi o nich napisał parę dni przed koncertem, sugerując, bym - broń boże - nie opuszczał supportu. Oczywiście, że nawet przez łeb mi nie przeszła taka myśl, ja jestem typem człowieka, który jak jedzie na dzień na offa to stara się być na wszystkich koncertach i zalicza zarówno te randomowe niezalowe zespoły grajace o 15 i jakieś rejwy o 3 w nocy. xD Generalnie o tym, że The Cure na żywo to jest coś, co każdy powinien zobaczyć pisać nie powinienem - koncert był świetny, Robert był w cudownej formie (piękny był ten moment, w którym zaintonował wstęp do Friday..., by po chwili sprankować publiczność i zacząć grać ten zupełnie nowy kawałek, który miał światową premierę w Krakowie), setlista była niemal idealna (po cichu marzyłem o One Hundred Years, ale to też nie jest coś, o co bym rozdzierał szaty) i generalnie to było cudowne blisko trzy godziny.
Z tej perspektywy ciężko mi pisać w superlatywach o supporcie, który był dla mnie po prostu spoko przystawką przed arcykurwawykwintnym daniem głównym. Ale przystawką smaczną, zdrową i pożywną, i taki też jest ten kawałek. Szczerze mówiąc jeszcze nie jestem na etapie, gdzie rozróżniam poszczególne utwóry TTS, ale są dla mnie spoko i taki jest ten kawałek. To trochę takie granie z MTV Rocks sprzed 2 dekad, ale już pisałem, że pogodziłem się z takowym, a tu w ogóle fajnie se gitarki drone'ują i generalnie jest klawo.
Onyx - Last Dayz
Propsuję murzyna za to, że wrzucił kawałek, w którym napisano z zamiast s w tytule, to zawsze jest zabieg, który dodaje +69 do bycia cool i +420 do bycia wyczesanym. Śmichu-chichu na bok, bo mamy tu do czynienia z rzeczami poważnymi - problemami osobowościowymi związanymi ze średnim wyborem szkoły (znane aż za dobrze z autopsji) oraz problemami związanymi z dilowaniem weedem na dzielni (to już gorzej, acz w 2016 jakiś randomowy turysta wziął mnie za dilera). Kurczę, nazwy przytoczone przez Murzyna przypominają mi, że w sumie to mam moralniaka, że tak naprawdę to nie dawałem zbyt wiele szans tym jego "czarnym" brzmieniom, o których pisałem ciepłe słowa i pisałem je bynajmniej autentycznie. Może i nie reluję (jak to mawia młodzież) z tymi czarnuchami, ale jest w tym klimacie beznadziei COŚ, co do mnie trafia, może nie do końca, nie w pełni (księzyca), ale dzięki magii muzyki mogę odczuć przez tę parę minut iluzję, że jest inaczej. Fajny bicik, fajne to wszystko i generalnie daję soga.
Gadu-Gadu - I don't Believe In You
Być może w tej zabawie wrzucę ten zespół, ale obawiam się, że moim najpoważniejszym kandydatem byłby jeden z TYCH hiciorów i znowu będzie, że robię za tutejszego Hirka Wronę czy coś. xD Nie wiem, bardzo lubię ten zespół, słuchałem go często w latach 2014-16 i faktycznie bije od niego jakaś specyficzna aura. Ja nie umiem o TAKIEJ muzyce pisać, ale mam takie wrażenie, że to jest jednocześnie subtelne, wycofane, ale i przebojowe i emocjonalne. JAKIM CUDEM, JAK? Nie wiem, nie pytajcie mnie, jeśli miałbym wybrać zjawisko na świecie które rozumiem najmniej, to byłoby ich wiele, ale muzyka niewątpliwie byłaby jednym z nich. No rzecz po prostu śliczna, tak samo jak ta ornitologiczna okładka, tu nie ma co się rozpisywać, tu trzeba przejzować.
Madonna - Frozen
Ja wiem, że to nie teledyskowa i o klipach tu nie piszemy, ale miałem kiedyś znajomka, który bał się tego teledysku. Nie do końca to kumam, tak samo jak nwm lęku przed Zulugulą, ale są na świecie rzeczy o których się coś tam. Generalnie Madonna to IKONA i ten kawałek to też LEGENDA przez duże k. Ten wizerunek sceniczny to tak z obecnej perspektywy trochę bardziej bawi (acz prowokowanie k*toli czasem mnie jeszcze bawi, sory), ale pal to sześć. Odnoszę wrażenie, że chyba pod koniec 90sów była jakaś ustawa, która nakazywała tym wszystkim gwiazdom pop pójście w okołotriphopowe klimaty, Madonna też poszła w nie na tej płycie, z tego co pamiętam to nawet wyszło klawo, w każdym razie na pewno w tym konkretnym przypadku. Może trochę mi RMF z Zetką do spółki zabiły ten kawałek swego czasu, ale jednak ciężko nie oddać Madonnie, co maryjne czy jakoś tak. Klawa rzecz.
Tim Łukness - Rainmark
no-man znam od czasów, gdy jeszcze nie mogłem legalnie sobie piwa kupić w sklepie, a mimo to jakoś nigdy mi nie przeszło przez łeb, by sięgnąć po solowe płyty Bownessa - nigdy nie chciało mi się aż tak wgłębiać w to lore i w ogóle. Pierwsza impresja to urocza okładka, powiedzmy, że nastroiła mnie pozytywnie do całości. W sumie to nie wiem, jest tu na pewno jakiś potencjał, te trąbki są urocze, to lalala jest ładne i generalnie to całość jest ładna i przyjemna. Brzmi trochę lakonicznie, ale w sumie to jest taka prosta, zwiewna piosenka i myślę, że pisanie o niej za pomocą górlnolotnych określeń chyba mija się z celem. Daję okejkę, ale zobaczę z czasem jak mi to podejdzie.
Generalnie to mnie wkurzacie powoli, bo znowu zapodaliście mnóstwo dobra, nawet nie będę nikogo faworyzować ani nic - wszystko mi się podobało w mniejszym lub większym stopniu. Tak trzymać.
Wiecie kiedy miałem pierwszy raz styczność z The Twilight Sad? No nie zgadniecie, nigdy w życiu nie zgadniecie. Kolega JAKUB mi o nich napisał parę dni przed koncertem, sugerując, bym - broń boże - nie opuszczał supportu. Oczywiście, że nawet przez łeb mi nie przeszła taka myśl, ja jestem typem człowieka, który jak jedzie na dzień na offa to stara się być na wszystkich koncertach i zalicza zarówno te randomowe niezalowe zespoły grajace o 15 i jakieś rejwy o 3 w nocy. xD Generalnie o tym, że The Cure na żywo to jest coś, co każdy powinien zobaczyć pisać nie powinienem - koncert był świetny, Robert był w cudownej formie (piękny był ten moment, w którym zaintonował wstęp do Friday..., by po chwili sprankować publiczność i zacząć grać ten zupełnie nowy kawałek, który miał światową premierę w Krakowie), setlista była niemal idealna (po cichu marzyłem o One Hundred Years, ale to też nie jest coś, o co bym rozdzierał szaty) i generalnie to było cudowne blisko trzy godziny.
Z tej perspektywy ciężko mi pisać w superlatywach o supporcie, który był dla mnie po prostu spoko przystawką przed arcykurwawykwintnym daniem głównym. Ale przystawką smaczną, zdrową i pożywną, i taki też jest ten kawałek. Szczerze mówiąc jeszcze nie jestem na etapie, gdzie rozróżniam poszczególne utwóry TTS, ale są dla mnie spoko i taki jest ten kawałek. To trochę takie granie z MTV Rocks sprzed 2 dekad, ale już pisałem, że pogodziłem się z takowym, a tu w ogóle fajnie se gitarki drone'ują i generalnie jest klawo.
Onyx - Last Dayz
Propsuję murzyna za to, że wrzucił kawałek, w którym napisano z zamiast s w tytule, to zawsze jest zabieg, który dodaje +69 do bycia cool i +420 do bycia wyczesanym. Śmichu-chichu na bok, bo mamy tu do czynienia z rzeczami poważnymi - problemami osobowościowymi związanymi ze średnim wyborem szkoły (znane aż za dobrze z autopsji) oraz problemami związanymi z dilowaniem weedem na dzielni (to już gorzej, acz w 2016 jakiś randomowy turysta wziął mnie za dilera). Kurczę, nazwy przytoczone przez Murzyna przypominają mi, że w sumie to mam moralniaka, że tak naprawdę to nie dawałem zbyt wiele szans tym jego "czarnym" brzmieniom, o których pisałem ciepłe słowa i pisałem je bynajmniej autentycznie. Może i nie reluję (jak to mawia młodzież) z tymi czarnuchami, ale jest w tym klimacie beznadziei COŚ, co do mnie trafia, może nie do końca, nie w pełni (księzyca), ale dzięki magii muzyki mogę odczuć przez tę parę minut iluzję, że jest inaczej. Fajny bicik, fajne to wszystko i generalnie daję soga.
Gadu-Gadu - I don't Believe In You
Być może w tej zabawie wrzucę ten zespół, ale obawiam się, że moim najpoważniejszym kandydatem byłby jeden z TYCH hiciorów i znowu będzie, że robię za tutejszego Hirka Wronę czy coś. xD Nie wiem, bardzo lubię ten zespół, słuchałem go często w latach 2014-16 i faktycznie bije od niego jakaś specyficzna aura. Ja nie umiem o TAKIEJ muzyce pisać, ale mam takie wrażenie, że to jest jednocześnie subtelne, wycofane, ale i przebojowe i emocjonalne. JAKIM CUDEM, JAK? Nie wiem, nie pytajcie mnie, jeśli miałbym wybrać zjawisko na świecie które rozumiem najmniej, to byłoby ich wiele, ale muzyka niewątpliwie byłaby jednym z nich. No rzecz po prostu śliczna, tak samo jak ta ornitologiczna okładka, tu nie ma co się rozpisywać, tu trzeba przejzować.
Madonna - Frozen
Ja wiem, że to nie teledyskowa i o klipach tu nie piszemy, ale miałem kiedyś znajomka, który bał się tego teledysku. Nie do końca to kumam, tak samo jak nwm lęku przed Zulugulą, ale są na świecie rzeczy o których się coś tam. Generalnie Madonna to IKONA i ten kawałek to też LEGENDA przez duże k. Ten wizerunek sceniczny to tak z obecnej perspektywy trochę bardziej bawi (acz prowokowanie k*toli czasem mnie jeszcze bawi, sory), ale pal to sześć. Odnoszę wrażenie, że chyba pod koniec 90sów była jakaś ustawa, która nakazywała tym wszystkim gwiazdom pop pójście w okołotriphopowe klimaty, Madonna też poszła w nie na tej płycie, z tego co pamiętam to nawet wyszło klawo, w każdym razie na pewno w tym konkretnym przypadku. Może trochę mi RMF z Zetką do spółki zabiły ten kawałek swego czasu, ale jednak ciężko nie oddać Madonnie, co maryjne czy jakoś tak. Klawa rzecz.
Tim Łukness - Rainmark
no-man znam od czasów, gdy jeszcze nie mogłem legalnie sobie piwa kupić w sklepie, a mimo to jakoś nigdy mi nie przeszło przez łeb, by sięgnąć po solowe płyty Bownessa - nigdy nie chciało mi się aż tak wgłębiać w to lore i w ogóle. Pierwsza impresja to urocza okładka, powiedzmy, że nastroiła mnie pozytywnie do całości. W sumie to nie wiem, jest tu na pewno jakiś potencjał, te trąbki są urocze, to lalala jest ładne i generalnie to całość jest ładna i przyjemna. Brzmi trochę lakonicznie, ale w sumie to jest taka prosta, zwiewna piosenka i myślę, że pisanie o niej za pomocą górlnolotnych określeń chyba mija się z celem. Daję okejkę, ale zobaczę z czasem jak mi to podejdzie.
Generalnie to mnie wkurzacie powoli, bo znowu zapodaliście mnóstwo dobra, nawet nie będę nikogo faworyzować ani nic - wszystko mi się podobało w mniejszym lub większym stopniu. Tak trzymać.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No i fajnie.
Ja podsumuję ze swojej strony, że no spoko reakcje na TTS. Numer wprawdzie zasługuje na większe oklaski, ale w tym gronie się ich nie spodziewałem, więc i tak jest ok. W sumie wrzutka z Timem przypomniała mi, że gdyby był Melki to by pewnie wrzucił jakieś no-man, a że go nie ma, to tak smutnawo.
Ja podsumuję ze swojej strony, że no spoko reakcje na TTS. Numer wprawdzie zasługuje na większe oklaski, ale w tym gronie się ich nie spodziewałem, więc i tak jest ok. W sumie wrzutka z Timem przypomniała mi, że gdyby był Melki to by pewnie wrzucił jakieś no-man, a że go nie ma, to tak smutnawo.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
To sam wreszcie zapodaj. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To tak bardziej pod kątem albumów myślałem, bo ja dam jeden, ale jest drugi, który fajnie by było żeby reszta musiała posłuchać, a że ja go nie dam, to nikt inny go nie da, a Melki by pewnie dał. No, ale już wuj z tym xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Z Talk Talk nie ma czego podsumować, ale byłoby dziwne, gdyby ktoś nagle zapragnął zrobić tak efektownego fikołka i skrytykować. Jest pewna rzecz, którą stawiam wyżej, ale jest drugą częścią pewnej całości, więc nie ma co szatkować. TT zasługuje na poznawanie po bożemu
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Lecę z następną kolejką, bo mi tak pasuje teraz wkleić i wyłączyć kompa.
Thymme Jones – Touching Bruises
I ponownie, miało tu być coś innego, coś do czego tekst miałem przygotowany od wiosny, coś z fajną historią, ale odłożę to na za rok, bo bliżej mi teraz do innego utworu. W zasadzie, na mojej liście, „Touching Bruises” jest zapisany pod zupełnie innym zespołem i zaraz wyjaśnię co się porobiło.
W 2010 r. poznałem zespół Cheer-Accident z Chicago. Bliższą historię tej znajomości przybliżę kiedy będę wrzucał utwór od nich, mimo że niejako już wrzucam. To jest zespół o naleciałościach progresywnych, ale jeśli mam być szczery, bardzo trudno ich zaszufladkować. Kiedy prezentowałem ich w Żaku, to umyślnie nie przypisałem im tej łaty, żeby ich nie piętnować. Około 2013 r., zespół wystartował ze stroną, na której można było zostać płatnym subskrybentem. Typowy internetowy patronat, lub jak kto woli – crowdfunding, ale taki na stałe. Za pewną kwotę (do wyboru 2, 4, 6 i 10$ - za każdą ten sam kontent) dostawało się dostęp do strony, na której co miesiąc udostępniany był nowy utwór zespołu, jakieś wykonanie live z archiwum (w formie video), coś nazwane „wild card” (występy na żywo, wywiady, skecze, itd.) oraz przez pewien czas były też nagrania z rozmów telefonicznych, ale ten pomysł szybko padł. Całkiem niezły zestaw za w sumie niewielkie pieniądze (mam subskrybcję za 6 dolarów, kiedyś to było kilkanaście złotych, teraz prawie trzy dychy niestety). Te comiesięczne utwory, to nie były, jak zresztą zespół sam uprzedził, hardcore fans only gówna, tylko normalne, skończone kawałki. Dobre kawałki. Po 9 latach subskrybcji, dostałem od nich ponad 100 unikalnych utworów. Część wylądowała na wydanych w międzyczasie albumach, ale przynajmniej 60% pozostała ekskluziwem dla subskrybentów. Nowy materiał wjeżdża pierwszego dnia miesiąca, zatem urodziła się tradycja, że zawsze słucham czegoś nowego od nich 1 listopada. A to jest dzień dla mnie wyjątkowy, bo jest mega-klimatyczny. Od lat robimy sobie w nocy w Dzień Zmarłych z moim dobry ziomem z liceum, sesje muzykowania, inspirowane tym dniem. Kiedy jadę przez miasto i widzę te ogniste łuny światła nad cmentarzami, to nie powiem, doznaję jakiegoś takiego uczucia, którego nie doznaję przez resztę roku. Zresztą ja zawsze lubiłem klimaty typu Halloween, itd., podejrzewam, że gdybym mieszkał w Stanach, to byłbym jednym z tych ojców, którzy dekorują cały dom w czaszki, czarownice, zombie, wampiry, pajęczyny, itd., wycinają 10 różnych dyń, a swoje dzieci ubierają w najbardziej zajebiste stroje, jakie można wymyślić. No, ale mniejsza z tym.
W 2014 r., Cheer-Accident wrzucili ten numer, zatytułowany wtedy „Touching Bruises/Chasing Ghosts”. Ależ mi to siadło, zresztą to był dobry wieczór, bo dostałem tez pierwsze demo wokalne „Skull Kid” NAOP od Musiała i to tez mocarnie siadło (trochę walenie konia do lustra, ale siusiak z tym). To jest kolejny utwór, który podchodzi pod tamten słynny cytat o „wszystkim co lubię w muzyce”. Melancholijna piosenka, pianino w tle, nagły zwrot akcji w połowie. No i ja kocham liryzm Thymm’yego. On ma niesamowite poczucie humoru i wprawdzie akurat ten utwór pozornie poważnie smutasuje, to jednak robi to trochę w stylu The Smiths i kiedy Thymme śpiewa „I won't be mistaken for someone who mattered to you„ to nie potrafię się nie uśmiechnąć. Niby smutno, ale po prostu słychać, że to śpiewa dorosły, doświadczony facet, który widzi parsknięcie losu w tych wszystkim. Mnie to się podoba. Poza tym mam fetysz na dobry, prosty songwriting i piosenki zawierające wszystko co trzeba w kilku minutach. Nie jest to łatwa rzecz, napisać taką piosenkę.
W każdym razie, w tym roku odkryłem, w sumie przez kompletny przypadek, że lider Cheer-Accident, wydał „Touching Bruises” na swojej solowe płycie „Never Again (With Feeling!)” w 2017. W sumie mnie to nie zdziwiło, bo był to jeden z kawałków, które nagrał samotnie (facet poza byciem wokalistą, jest też perkusistą, pianistą i trębaczem w zespole). To jest w ogóle piękny album, bardzo melancholijny. Jedni mehną, drudzy się zachwycą, wiadomo. Mix z solówki Thymme’a jest trochę inny (z jakiegoś powodu wywalił ładne harmonie z samym sobą w zwrotkach), ale niewiele. Fajnie wyszło, bo mogę dzielić się z Wami tym kawałkiem, nie blokując sobie jednocześnie innego, ważnego utworu Cheer-Accident. I tyle. Kolejny hispterski rzut hien-core’u z taką lekką helloweeno-helldayo-nutą w tle (ale pewnie czytelną tylko dla mnie).
https://www.youtube.com/watch?v=hRxMwmrPeDE
Thymme Jones – Touching Bruises
I ponownie, miało tu być coś innego, coś do czego tekst miałem przygotowany od wiosny, coś z fajną historią, ale odłożę to na za rok, bo bliżej mi teraz do innego utworu. W zasadzie, na mojej liście, „Touching Bruises” jest zapisany pod zupełnie innym zespołem i zaraz wyjaśnię co się porobiło.
W 2010 r. poznałem zespół Cheer-Accident z Chicago. Bliższą historię tej znajomości przybliżę kiedy będę wrzucał utwór od nich, mimo że niejako już wrzucam. To jest zespół o naleciałościach progresywnych, ale jeśli mam być szczery, bardzo trudno ich zaszufladkować. Kiedy prezentowałem ich w Żaku, to umyślnie nie przypisałem im tej łaty, żeby ich nie piętnować. Około 2013 r., zespół wystartował ze stroną, na której można było zostać płatnym subskrybentem. Typowy internetowy patronat, lub jak kto woli – crowdfunding, ale taki na stałe. Za pewną kwotę (do wyboru 2, 4, 6 i 10$ - za każdą ten sam kontent) dostawało się dostęp do strony, na której co miesiąc udostępniany był nowy utwór zespołu, jakieś wykonanie live z archiwum (w formie video), coś nazwane „wild card” (występy na żywo, wywiady, skecze, itd.) oraz przez pewien czas były też nagrania z rozmów telefonicznych, ale ten pomysł szybko padł. Całkiem niezły zestaw za w sumie niewielkie pieniądze (mam subskrybcję za 6 dolarów, kiedyś to było kilkanaście złotych, teraz prawie trzy dychy niestety). Te comiesięczne utwory, to nie były, jak zresztą zespół sam uprzedził, hardcore fans only gówna, tylko normalne, skończone kawałki. Dobre kawałki. Po 9 latach subskrybcji, dostałem od nich ponad 100 unikalnych utworów. Część wylądowała na wydanych w międzyczasie albumach, ale przynajmniej 60% pozostała ekskluziwem dla subskrybentów. Nowy materiał wjeżdża pierwszego dnia miesiąca, zatem urodziła się tradycja, że zawsze słucham czegoś nowego od nich 1 listopada. A to jest dzień dla mnie wyjątkowy, bo jest mega-klimatyczny. Od lat robimy sobie w nocy w Dzień Zmarłych z moim dobry ziomem z liceum, sesje muzykowania, inspirowane tym dniem. Kiedy jadę przez miasto i widzę te ogniste łuny światła nad cmentarzami, to nie powiem, doznaję jakiegoś takiego uczucia, którego nie doznaję przez resztę roku. Zresztą ja zawsze lubiłem klimaty typu Halloween, itd., podejrzewam, że gdybym mieszkał w Stanach, to byłbym jednym z tych ojców, którzy dekorują cały dom w czaszki, czarownice, zombie, wampiry, pajęczyny, itd., wycinają 10 różnych dyń, a swoje dzieci ubierają w najbardziej zajebiste stroje, jakie można wymyślić. No, ale mniejsza z tym.
W 2014 r., Cheer-Accident wrzucili ten numer, zatytułowany wtedy „Touching Bruises/Chasing Ghosts”. Ależ mi to siadło, zresztą to był dobry wieczór, bo dostałem tez pierwsze demo wokalne „Skull Kid” NAOP od Musiała i to tez mocarnie siadło (trochę walenie konia do lustra, ale siusiak z tym). To jest kolejny utwór, który podchodzi pod tamten słynny cytat o „wszystkim co lubię w muzyce”. Melancholijna piosenka, pianino w tle, nagły zwrot akcji w połowie. No i ja kocham liryzm Thymm’yego. On ma niesamowite poczucie humoru i wprawdzie akurat ten utwór pozornie poważnie smutasuje, to jednak robi to trochę w stylu The Smiths i kiedy Thymme śpiewa „I won't be mistaken for someone who mattered to you„ to nie potrafię się nie uśmiechnąć. Niby smutno, ale po prostu słychać, że to śpiewa dorosły, doświadczony facet, który widzi parsknięcie losu w tych wszystkim. Mnie to się podoba. Poza tym mam fetysz na dobry, prosty songwriting i piosenki zawierające wszystko co trzeba w kilku minutach. Nie jest to łatwa rzecz, napisać taką piosenkę.
W każdym razie, w tym roku odkryłem, w sumie przez kompletny przypadek, że lider Cheer-Accident, wydał „Touching Bruises” na swojej solowe płycie „Never Again (With Feeling!)” w 2017. W sumie mnie to nie zdziwiło, bo był to jeden z kawałków, które nagrał samotnie (facet poza byciem wokalistą, jest też perkusistą, pianistą i trębaczem w zespole). To jest w ogóle piękny album, bardzo melancholijny. Jedni mehną, drudzy się zachwycą, wiadomo. Mix z solówki Thymme’a jest trochę inny (z jakiegoś powodu wywalił ładne harmonie z samym sobą w zwrotkach), ale niewiele. Fajnie wyszło, bo mogę dzielić się z Wami tym kawałkiem, nie blokując sobie jednocześnie innego, ważnego utworu Cheer-Accident. I tyle. Kolejny hispterski rzut hien-core’u z taką lekką helloweeno-helldayo-nutą w tle (ale pewnie czytelną tylko dla mnie).
https://www.youtube.com/watch?v=hRxMwmrPeDE
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Shygirl - O (2018)
Wracamy do pamiętnego lipca. Arca, Tauron, Katowice by night. Teraz czas na konsekwencje tego odkrycia. Zacząłem drążyć w muzyce wykręconej w zbliżony sposób, choć absolutnie nie takiej samej. Bardzo charakternej, niepodobnej do tego, czego słuchałem wcześniej. Dziwnym trafem zawsze z wplecionymi wątkami queerowymi albo przynajmniej kobiecymi... Na pierwsze nagrania Blane musiałem trafić po omacku. W ręce wpadła mi EPka Cruel Practice, bo w wielu miejscach i przez parę znanych mi osób była doceniana. Krótki materiał, pięć bardzo konkretnych strzałów na pograniczu hip-hopu, muzyki basowej, r&b. Zaskakująco sprawna produkcja to robota gościa o pseudonimie Sega Bodega. Tematyka niewybredna, ale też czego tu się wstydzić. Na jednocześnie gęstych i tłustych bitach pojawia się postać nieukrywająca swoich żądz, oczekiwań, wymagań i pragnień. Sensualnie do kwadratu. Podane głębokim, odpowiednim wokalem. Ze swoich zdolności Shy korzysta znakomicie. Do tej pory jej twórczość doświadczałem poprzez single, niby była ta jedna EPka, ale raczej przez wiele miesięcy wychodziły pojedyncze numery. Od jakiegoś czasu zaczęła się jednak gra w poważniejsze wydawnictwa. W roku pandemicznym rewelacyjna ALIAS z produkcjami SOPHIE między innymi, a w tym roku przywoływana przeze mnie gdzie indziej płyta Nymph z plejadą producenckich fachowców. Od singla BB, który był baardzo blisko, żeby tutaj wskoczyć, te podkłady bywają naprawdę zróżnicowane i zaskakujące.
Obecność O tutaj to świadectwo tego pierwszego wielkiego zauroczenia. Poza tym to banger, który daje radę i teraz. Dwie i pół minuty zwartej nawijki na tle żywej, urozmaiconej pętli, efekciarskich przeszkadzajek, sampli i świstów plus gęsto szytych basowych stuków. Energia laski pewnej siebie, która bez wielkich wzruszeń zdmuchnie sprzed nosa każdego typa, który nie będzie w stanie zaoferować jej tego, czego oczekuje. Reszty nie trzeba. Wracamy na klubowe rejestry z przytupem.
Wiele kawałków z jej dyskografii regularnie przygrywa w tle mniej lub bardziej rozrywkowych spotkań w gronie ukształtowanym pod koniec liceum, ale nie tylko oczywiście. W wielu przypadkach znam te numery na pamięć. Niektóre nawet kojarzą się z konkretnymi osobami. O przypomina mi dobry czas odseparowania się od nieciekawych ludzi niewartych funta kłaków. Ciepłe dni pod koniec lata tamtego roku. Przechodzenie przez miniaturowy wałbrzyski rynek czy wkraczanie do budynku szkoły z nową, dobrą energią, z rosnącą pewnością siebie. Trzymam kciuki za zaproszenie jej na Tauron za rok.
https://www.youtube.com/watch?v=KxAWUOdjEac
Wracamy do pamiętnego lipca. Arca, Tauron, Katowice by night. Teraz czas na konsekwencje tego odkrycia. Zacząłem drążyć w muzyce wykręconej w zbliżony sposób, choć absolutnie nie takiej samej. Bardzo charakternej, niepodobnej do tego, czego słuchałem wcześniej. Dziwnym trafem zawsze z wplecionymi wątkami queerowymi albo przynajmniej kobiecymi... Na pierwsze nagrania Blane musiałem trafić po omacku. W ręce wpadła mi EPka Cruel Practice, bo w wielu miejscach i przez parę znanych mi osób była doceniana. Krótki materiał, pięć bardzo konkretnych strzałów na pograniczu hip-hopu, muzyki basowej, r&b. Zaskakująco sprawna produkcja to robota gościa o pseudonimie Sega Bodega. Tematyka niewybredna, ale też czego tu się wstydzić. Na jednocześnie gęstych i tłustych bitach pojawia się postać nieukrywająca swoich żądz, oczekiwań, wymagań i pragnień. Sensualnie do kwadratu. Podane głębokim, odpowiednim wokalem. Ze swoich zdolności Shy korzysta znakomicie. Do tej pory jej twórczość doświadczałem poprzez single, niby była ta jedna EPka, ale raczej przez wiele miesięcy wychodziły pojedyncze numery. Od jakiegoś czasu zaczęła się jednak gra w poważniejsze wydawnictwa. W roku pandemicznym rewelacyjna ALIAS z produkcjami SOPHIE między innymi, a w tym roku przywoływana przeze mnie gdzie indziej płyta Nymph z plejadą producenckich fachowców. Od singla BB, który był baardzo blisko, żeby tutaj wskoczyć, te podkłady bywają naprawdę zróżnicowane i zaskakujące.
Obecność O tutaj to świadectwo tego pierwszego wielkiego zauroczenia. Poza tym to banger, który daje radę i teraz. Dwie i pół minuty zwartej nawijki na tle żywej, urozmaiconej pętli, efekciarskich przeszkadzajek, sampli i świstów plus gęsto szytych basowych stuków. Energia laski pewnej siebie, która bez wielkich wzruszeń zdmuchnie sprzed nosa każdego typa, który nie będzie w stanie zaoferować jej tego, czego oczekuje. Reszty nie trzeba. Wracamy na klubowe rejestry z przytupem.
Wiele kawałków z jej dyskografii regularnie przygrywa w tle mniej lub bardziej rozrywkowych spotkań w gronie ukształtowanym pod koniec liceum, ale nie tylko oczywiście. W wielu przypadkach znam te numery na pamięć. Niektóre nawet kojarzą się z konkretnymi osobami. O przypomina mi dobry czas odseparowania się od nieciekawych ludzi niewartych funta kłaków. Ciepłe dni pod koniec lata tamtego roku. Przechodzenie przez miniaturowy wałbrzyski rynek czy wkraczanie do budynku szkoły z nową, dobrą energią, z rosnącą pewnością siebie. Trzymam kciuki za zaproszenie jej na Tauron za rok.
https://www.youtube.com/watch?v=KxAWUOdjEac
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
The Notorious B.I.G. - Suicidal Thoughts
(1994)
Po tym raczej słabym odbiorze Onyxu miałem zamiar zrezygnować z tej następnej wrzutki, uznając że numer w podobnym klimacie może stracić na tym podobieństwie, ALE jeebać to, to jest moje best of życia. Zwłaszcza że poza ogólnie pojętym "mrocznym" klimatem i podkładem Biggie prezentuje sobą inne flow i umiejętności liryczne. Poza tym - tak, jeśli miałbym wskazać jeden kawałek BIGa który robi mi od zawsze największe AŁA to byłoby to Suicidal Thoughts, numer z jego pierwszej płyty Ready To Die.
Koncept kawałka jest prosty, Biggie dzwoni w nim do swojego managera - Puff Daddy'ego w chwili największej próby i wyznaje że myśli o samobójstwie. Cała ta rozmowa telefoniczna (bardziej w sumie monolog przerywany w tle komentarzami Puffa) zaczyna się od prostego stwierdzenia że kiedy go zabraknie chce iść do piekła bo uważa się za ścierwo, a poza tym z typowym dla siebie humorem Biggie mówi że nie wyobraża sobie relaksować się w niebie ubrany na biało bo sam woli nosić czarne buty marki Timberland i czarne bluzy z kapturem. Samo to wejście w numer tymi paroma linijkami przed wejściem bitu uważam za EPICKIE. Reszta kawałka brzmi jak wyznanie wszelkich win i krzywd wyrządzonych innym ludziom w swoim życiu, raper nawija też że w związku z powyższym nikt nie będzie za nim tęsknił tak naprawdę. Kontynuując więc nieco vibe poprzedniej kolejki jest to zbiór trochę różnych najczarniejszych myśli i numer który towarzyszył mi w liceum w chwilach zwątpienia w siebie i sens tego życia. W przeciwieństwie jednak do wściekłej nawijki chłopaków z Onyx Notorious BIG zapodaje wersy pełen opanowania, ze spokojem człowieka pogodzonego z losem, nawet wplatając w to dozę swojego humoru. Przy okazji jako że nadchodząca kolejka obejmie Święto Zmarłych jest to też jakiś mój sposób na upamiętnienie najlepszego rapera ever, który odszedł przedwcześnie z tego świata u szczytu sławy mając zaledwie 24 lata.
R.I.P. Biggie
https://youtu.be/--Lo0vgRJK4
(1994)
Po tym raczej słabym odbiorze Onyxu miałem zamiar zrezygnować z tej następnej wrzutki, uznając że numer w podobnym klimacie może stracić na tym podobieństwie, ALE jeebać to, to jest moje best of życia. Zwłaszcza że poza ogólnie pojętym "mrocznym" klimatem i podkładem Biggie prezentuje sobą inne flow i umiejętności liryczne. Poza tym - tak, jeśli miałbym wskazać jeden kawałek BIGa który robi mi od zawsze największe AŁA to byłoby to Suicidal Thoughts, numer z jego pierwszej płyty Ready To Die.
Koncept kawałka jest prosty, Biggie dzwoni w nim do swojego managera - Puff Daddy'ego w chwili największej próby i wyznaje że myśli o samobójstwie. Cała ta rozmowa telefoniczna (bardziej w sumie monolog przerywany w tle komentarzami Puffa) zaczyna się od prostego stwierdzenia że kiedy go zabraknie chce iść do piekła bo uważa się za ścierwo, a poza tym z typowym dla siebie humorem Biggie mówi że nie wyobraża sobie relaksować się w niebie ubrany na biało bo sam woli nosić czarne buty marki Timberland i czarne bluzy z kapturem. Samo to wejście w numer tymi paroma linijkami przed wejściem bitu uważam za EPICKIE. Reszta kawałka brzmi jak wyznanie wszelkich win i krzywd wyrządzonych innym ludziom w swoim życiu, raper nawija też że w związku z powyższym nikt nie będzie za nim tęsknił tak naprawdę. Kontynuując więc nieco vibe poprzedniej kolejki jest to zbiór trochę różnych najczarniejszych myśli i numer który towarzyszył mi w liceum w chwilach zwątpienia w siebie i sens tego życia. W przeciwieństwie jednak do wściekłej nawijki chłopaków z Onyx Notorious BIG zapodaje wersy pełen opanowania, ze spokojem człowieka pogodzonego z losem, nawet wplatając w to dozę swojego humoru. Przy okazji jako że nadchodząca kolejka obejmie Święto Zmarłych jest to też jakiś mój sposób na upamiętnienie najlepszego rapera ever, który odszedł przedwcześnie z tego świata u szczytu sławy mając zaledwie 24 lata.
R.I.P. Biggie
https://youtu.be/--Lo0vgRJK4
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup