Colin Vearncombe - Water on Snow (rok wydania 2000, rok pierwszego odsłuchu 2010)
https://youtu.be/cGKjAigcM-8
Colin. Black. Black, czyli Colin. Black, czyli zespół, w którym Colin był wokalistą. Bowiem zanim Black zaczął być utożsamiany z Colinem, składał się z 4 osób i - jak to kiedyś powiedział Hien - brzmiał jak The Smiths na kilka lat przed tym, jak powstało The Smiths. Powstali w 1980 roku, kiedy Vearncombe już był po 20-ych urodzinach, wydali parę singli i z każdym kolejnym rokiem było obok niego coraz mniej ludzi, aż Black stał się... Blackiem sam. Pierwszy sukces przyszedł niespodziewanie w 1984 roku, kiedy udało się im (właściwie już tylko jemu) wydać singiel Hey Presto na tyle szeroko, że trafił do stacji radiowych innych niż podrzędna alternatywa, udało się zebrać fundusze na wideoklip (teraz nigdzie nie idzie go znaleźć), który miał odpowiedni airplay, no generalnie zaczęło iść w dobrym kierunku. Wytwórnia zebrała kilka singli wydanych w tym czasie, zmontowała kompilację i czekała na album. A potem nagle zrezygnowała z Blacka, który w tym samym czasie rozwiódł się z pierwszą żoną, miał poważny wypadek samochodowy (niestety była to kronika zapowiedzianej śmierci) i wylądował na ulicy. Zmęczony niemal całkowitym brakiem sukcesów w życiu napisał ironiczną piosenkę o tym, jak to mu się cudownie żyje, kiedy dookoła wszystko się ciupcia. Jak ją nazwał? A "Cudowne Życie" właśnie - Wonderful Life. Utwór, który wydała niszowa wytwórnia Ugly Man okazał się być... kompletną klapą. Dopiero, kiedy jego dawny gitarzysta został jego producentem, a cały - wciąż przygotowywany - krążek na warsztat wzięli spece z A&M zrobiono singlowi reedycję rok później i ów okazał się być masowym hitem WSZĘDZIE. Od Ameryki Południowej po Japonię. Pierwszy album Blacka rozszedł się w milionach egzemplarzy a on sam ruszył w gigantyczną trasę koncertową, która go okrutnie zmęczyła i mocno rozczarowała, bo jak sam potem powtarzał w wywiadach, "o takiej sławie nigdy nawet nie marzył i szybko zaczął mieć jej dość". Wytwórnia po jednym hicie oczekiwała kolejnego, ale następne single nie były aż tak mocne w odbiorze słuchaczy (a dla mnie były nawet lepsze od przeoranego na tysiąc sposobów WL). Szybko ruszyły prace nad kolejną płytą, która - choć bardzo dobra - nie miała takiego potencjału komercyjnego jak debiut. Trzeci krążek zaliczył już srogie spadki i A&M się wkur*iło, że Black nie chce (ewidentnie) nagrać kolejnego Wonderful Life. Ten miał jednak już gdzieś takie rzeczy, bowiem same tantiemy za WL grane wszędzie pod każdą postacią uczyniły z niego milionera. Uwolnił się z sideł wytwórni i założył własną, o jakże wyszukanej nazwie Nero Schwarz i wydał jeszcze jeden - absolutnie genialny - album jako Black (Are We Having Fun Yet? 1993 rok, polecam!!!), po czym zawiesił działalność. Postanowił ją wznowić 5 lat później, ale tak bardzo chciał uciec od łatki, która wciąż była do niego przylepiona niczym guano do białej podeszwy zdecydował się kolejne wydawnictwa wypuszczać pod własnym nazwiskiem. Pierwsze było The Accused w 1999 (też warto poznać ten krążek), a potem Water on Snow w 2000. I z tegoż albumu wrzucam tu tytułowy kawałek. Na marginesie dodam, że Black robił się wówczas coraz mniej pop/rockowy a coraz bardziej akustyczny. Kulminacją było wydanie w 2002 podwójnego albumu Smoke Up Close, na którym znalazło się 30 (!) utworów tylko z Colinem, jego gitarą i okazjonalnie harmonijką w tle. Black powrócił w roku 2005 świetnym krążkiem Between Two Churches, zaznaczył się w 2009 swojego rodzaju follow-upem do albumu utworu tej kolejki o tytule Water on Stone a potem wyszło kolejne złoto - całkowicie zcrowdfundowane Blind Faith w kwietniu 2015. I to był niestety koniec. Black miał jeszcze masę pomysłów, pisał piosenki, kilka zdążył zagrać na żywo. Kampania na Blind Faith przekroczyła najśmielsze oczekiwania - koszty produkcji płyty zwróciły się kilkukrotnie, Black ruszył w trasę, zapełnił znów sale koncertowe, single z albumu trafiły po wielu latach na listy BBC Radio One, to był powrót w chwale. Wreszcie poza cieniem WL, choć do samego końca Vearncombe żartował, że gdyby nie zagrał tego kawałka na koncercie to tłum by go zlinczował. I pod ten koniec postanowił się wycwanić, wykonując WL a cappella. Właśnie, pod koniec... 10-go stycznia 2016 David Bowie umarł. Tego samego dnia wieczorem SUV Blacka wypadł z drogi między irlandzkim Cork a nieodległym lotniskiem i przypier*olił w drzewo. Colin przeżył, ale miał okrutne obrażenia wewnętrzne, które zmusiły lekarzy do wprowadzenia go w stan śpiączki farmakologicznej. Śpiączki, z której nie udało się go już wybudzić. 26-go stycznia na prośbę jego żony i 3-ki synów odłączono aparaturę.
Water on Snow poznałem w roku 2010, jakoś... zimą, kiedy do moich rąk w końcu wpadło Between Two Churches. Wonderful Life znałem i lubiłem, ale nie ciągnęło mnie do całych albumów, nawet nie bardzo chciałem ich znać (miałem tak jeszcze z paroma innymi wykonawcami w życiu, że kilka kawałków to spoko, ale cała płyta... jakoś nie i hui). Aż w starym numerze dodatku Europa do słynnego Dziennika znalazłem... recenzję Between Two Churches. Musiałem ją przeczytać wtedy, kilka lat wstecz, ale z jakiegoś powodu tego nie zarejestrowałem, choć już wiedziałem, z kim mam do czynienia. Stwierdziłem, a co mi tam, zassałem no i od tamtej pory szukałem wszystkiego. Stałem się wielkim fanem. Całej twórczości, od samego początku aż po ostatnie live'y (choć wtedy najświeższe było Water on Stone). Tak się złożyło, że Water on Snow (całego albumu) słuchałem pod koniec zimy 2010 i klimatem bardzo mi ta muzyka przypasowała. Potrzebowałem jednak jeszcze 2 lat, by docenić ją w całości. I tym się z Wami tutaj dzielę. Pięknym, choć momentami rzewnym utworem o końcu miłości, który otwiera swoim lodowatym wręcz głosem żona Colina. Jest lato, ja tego dziś słucham, zamykam oczy i siedzę w drewnianym domku gdzieś na dalekiej północy, jest przynajmniej marzec. Wcześniej wspomniany klimat jest tutaj bardziej niż odczuwalny. Jest zimno i smutno, ciężko i przytłaczająco (ciekawe, że reszta płyty wcale nie ma takiego wydźwięku, np. piosenki Famous czy Cool), jest zupełnie nie na lipiec, ale jednocześnie wiedziałem, że ten kawałek tu trafi. Uwielbiam go, nawet jeśli momentami brzmi nieco cheesy. Ciężki był wybór jeśli chodzi o Colina, na szczęście sam niejako pozwalał na traktowanie "siebie solo" i Blacka jako dwóch różnych bytów. I ja tak później podejdę do sprawy w naszych bestkach. A tymczasem się delektujcie. Ten numer najbardziej kojarzy mi się z początkiem roku 2012, Hien wie, co mam na myśli, nie był to łatwy czas. Za to niemal cały rok 2012 upłynął mi z Blackiem (oczywiście nie tylko z nim, ale był ważną jego częścią). Mógłby mieć piękny finał - w połowie października 2012 Black grał w warszawskiej Stodole, a ja nie ogarnąłem biletu. To był jego ostatni występ w Polsce. Wielka szkoda. Posłuchajcie wspaniałego autora, świetnego tekściarza i gitarzysty, który zdecydowanie zbyt mało doceniony został w swoim czasie. Na szczęście jego muzyka wciąż czeka na odkrycie, wystarczy sięgnąć (albo napisać do mnie ^^).
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl