Best of Forum (Edycja albumowa)
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No jeżeli Hien zna na razie wszytko z tej kolejki, to ja mu nie będę utrudniał życia.
no-man - Schoolyard Ghosts
Nie chce mi się wierzyć, że ten album ma już 14 lat. I że ja sam słucham już no-man od dekady. A mam wrażenie, jakby to dopiero wczoraj Hien reklamował na forum ten zespół.
no-man to dla mnie zespół wyjątkowy. Wilson stworzył wiele projektów muzycznych z Porcupine Tree na czele, ale no-man to zdecydowany nr 1 w tym gronie. To połączenie wielkiego talentu Stevena Wilsona i nietuzinkowego wokalu Tima Bownessa. Rzadko który wokalista tak mi w życiu podpasował jak Tim.
Każda ich płyta jest bardzo dobra, ale od kiedy usłyszałem Schoolyard Ghosts, to przepadłem na dobre. Zestaw 8 fantastycznych utworów, z których każdy jest wyjątkowy. Już pierwszy All Sweet Things z piękną akustyczną gitarą i pianinem robi ogromne wrażenie. Potem jest tylko lepiej. A Truenorth to już w ogóle 12:48 min. czystej poezji. Utwory generalnie są bardzo spokojne i nastrojowe. Jedynie Pigeon drummer ma mocniejsze momenty. Ale bardzo go lubię, bo ma wyjątkowo niepokojący klimat. Uważam wręcz, że idealnie nadałby się jako soundtrack do jakiejś gry z serii Obcy.
Schoolyard Ghosts to album, do którego wracam regularnie. I zawsze wracał będę. Jest to jedna z moich obowiązkowych pozycji szczególnie podczas wędrówek po leśnych ostępach. Lubię też słuchać tego albumu w letnie słoneczne popołudnia siedząc w moim ogrodzie na leżaku w cieniu brzozy i wpatrując się w promienie przenikającego przez gałęzie zachodzącego słońca. Jest wtedy tak pięknie i niepowtarzalnie.
Schoolyard Ghosts to jedna z absolutnie topowych płyt mojego życia. Zawsze jak jej słucham, to zapiera mi dech w piersiach. I zawsze myślę sobie, że jeżeli w niebie puszczają jakąś muzykę, to musi to być właśnie taka muzyka jak na Schoolyard Ghosts.
Mam nadzieję, że nie podebrałem Hienowi płyty. A jeżeli tak, to ma jeszcze tyle innych pięknych płyt no-man do wyboru.
https://www.youtube.com/watch?v=wXdtfXc ... WMH-1VhDKw
no-man - Schoolyard Ghosts
Nie chce mi się wierzyć, że ten album ma już 14 lat. I że ja sam słucham już no-man od dekady. A mam wrażenie, jakby to dopiero wczoraj Hien reklamował na forum ten zespół.
no-man to dla mnie zespół wyjątkowy. Wilson stworzył wiele projektów muzycznych z Porcupine Tree na czele, ale no-man to zdecydowany nr 1 w tym gronie. To połączenie wielkiego talentu Stevena Wilsona i nietuzinkowego wokalu Tima Bownessa. Rzadko który wokalista tak mi w życiu podpasował jak Tim.
Każda ich płyta jest bardzo dobra, ale od kiedy usłyszałem Schoolyard Ghosts, to przepadłem na dobre. Zestaw 8 fantastycznych utworów, z których każdy jest wyjątkowy. Już pierwszy All Sweet Things z piękną akustyczną gitarą i pianinem robi ogromne wrażenie. Potem jest tylko lepiej. A Truenorth to już w ogóle 12:48 min. czystej poezji. Utwory generalnie są bardzo spokojne i nastrojowe. Jedynie Pigeon drummer ma mocniejsze momenty. Ale bardzo go lubię, bo ma wyjątkowo niepokojący klimat. Uważam wręcz, że idealnie nadałby się jako soundtrack do jakiejś gry z serii Obcy.
Schoolyard Ghosts to album, do którego wracam regularnie. I zawsze wracał będę. Jest to jedna z moich obowiązkowych pozycji szczególnie podczas wędrówek po leśnych ostępach. Lubię też słuchać tego albumu w letnie słoneczne popołudnia siedząc w moim ogrodzie na leżaku w cieniu brzozy i wpatrując się w promienie przenikającego przez gałęzie zachodzącego słońca. Jest wtedy tak pięknie i niepowtarzalnie.
Schoolyard Ghosts to jedna z absolutnie topowych płyt mojego życia. Zawsze jak jej słucham, to zapiera mi dech w piersiach. I zawsze myślę sobie, że jeżeli w niebie puszczają jakąś muzykę, to musi to być właśnie taka muzyka jak na Schoolyard Ghosts.
Mam nadzieję, że nie podebrałem Hienowi płyty. A jeżeli tak, to ma jeszcze tyle innych pięknych płyt no-man do wyboru.
https://www.youtube.com/watch?v=wXdtfXc ... WMH-1VhDKw
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
No to lecimy.
Stan Ridgway - Black Diamond
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... GgtOyKnh78
Stan Ridgway to człowiek którego większość kojarzy (o ile w ogóle go kojarzy) z jednego utworu, którym jest Camouflage. Kawałek ten promował jego pierwszy solowy album zatytułowany The Big Heat, który ukazał się w 1986 roku, i stał się przypadkowym trochę hitem (kawałek, nie album). Właściwie nawet, jeśli twierdzicie, że nie znacie Camouflage to uwierzcie mi, że jesteście w błędzie. Po prostu odpalcie ten numer i dźwięki charakterystycznego riffu szybko przywołają wspomnienia z radia lat 80 i 90 nawet (ja sam "odkryłem" ten kawałek przez wspomnianą już wcześniej w innym wątku kompilację 25 Lat Listy Przebojów Trójki na rok 1986). Czemu mówię, że ten numer był trochę przypadkowym hitem? Trzeba bowiem znać okoliczności powstania albumu - Ridgway był niejako zmuszony wydać tę płytę, zgodnie z ustaleniami wynikającymi z umowy jaką podpisał z wytwórnią IRS jeszcze będąc częścią pewnego zespołu. Zespołem tym było Wall of Voodoo - niemal kompletnie już zapomniany new wave act z Los Angeles. Mieli bardzo charakterystyczne brzmienie, którego landmarkiem były automaty perkusyjne i jednocześnie jazzowy pałker robiący różne cuda na perkusyjnych akcesoriach, a także ściana na pierwszy rzut ucha (lol) chaotycznie brzmiących syntezatorów (warto tu zauważyć, że nazwa zespołu to trochę żart ze spectorowskiej wall of sound) plus twangująca gitara Marca Morelanda, przywołująca skojarzenia ze spaghetti westernami. Zespół wydał 2 płyty (i jedno EP) z Ridgwayem, a ich największy hit znalazł się na drugiej z nich - tym hitem było Mexican Radio, numer swojego czasu scoverowany nawet przez metalowy zespół Celtic Frost, do dziś bywa puszczany w stacjach radiowych Zachodniego Wybrzeża. Ze względu na skrajnie niekorzystne warunki podpisanego z IRS kontraktu oraz bycie wydymanym przez managera (który, warto zauważyć, wcześniej współpracował ze Stingiem) Ridgway odszedł z grupy chwilę po ich największym występie na żywo na US Live Festival w 1983 roku (a mieli bardzo ciekawe towarzystwo na tymże). Wall of Voodoo poszło dalej, co prawda z zespołu odszedł też wymieniony gdzieś wcześniej jazzowy perkusista Joe Nanini, ale wakat został szybko uzupełniony, zaś rolę nowego lidera przejął może mniej charyzmatyczny ale nadal bardzo utalentowany Andy Prieboy (razem wydali jeszcze 3 krążki - w tym jeden live - po czym Prieboy zaczął karierę solową), Ridgway też próbował, nawet z małym sukcesem - w 1983 roku zdążył wydać jeszcze singiel Don't Box Me In, który promował film Rumble Fish, a który został nagrany wraz ze Stewartem Copelandem z The Police. Fajny utwór, polecam.
Ridgway nie chciał jednak poprzestawać wyłącznie na tym, miał kilka numerów, które sam napisał jeszcze dla pierwszej inkarnacji WoV, których to numerów zespół potem nie wykorzystał (pierwsza płyta z Prieboyem ukazała się w 1985 roku, a więc rok przed debiutem Ridgwaya solo), więc stanowiły dobrą bazę do nowego materiału. I tam właśnie znalazło się Camouflage, ale ten utwór no miał zadatki na hit. Czemu był to hit przypadkowy? Bo IRS średnio ten album promowało. Dzięki popularności samego singla (niejedynego z płyty rzecz jasna, z całego serca polecam też np. Drive She Said), Ridgway poleciał na tour po Europie i Australii, zarobił trochę forsy i uciekł do Geffen Records. Tam wydał jeszcze 2 płyty, Mosquitos i Partyball, które muzycznie i tekstowo oscylowały wokół tych samych rejonów, co debiut - może z każdym kolejnym krążkiem było mniej nowej fali a więcej specyficznego popu, jednak warstwa liryczna nadal była podszyta specyficznym i charakterystycznym dla Ridgwaya dowcipem, a każdy utwór opowiadał jakąś historię, czasem zabawną a czasem gorzką. Aż nagle nadchodzi roki 1996, Ridgway zmienia wytwórnię po raz kolejny (tym razem na Birdcage Records) i wypuszcza wstawiony przeze mnie album - Black Diamond. Całkowity zwrot w zupełnie nowym kierunku, muzyka - na tle wszystkiego, co wydał wcześniej - na wskroś dojrzała, bardzo intymna. Od płyty bije melancholia, czasem wręcz gorycz, i nawet te utwory na niej, które są typowym dla Ridgwaya storytellingiem (np. Down the Coast Highway) mają w sobie coś niemal grobowego (przynajmniej ja tak to odbierałem zawsze). Warto też zauważyć, że zespół towarzyszący Ridgwayowi, który dotąd był dość rozbudowany, został właściwie zredukowany do 4 osób (w tym jego żony, Pietry Wexstun na klawiszach), a i tak połowa utworów to tylko sam Ridgway i jego gitara (przy tym albumie uświadomiłem sobie, jakim gość jest utalentowanym gitarzystą). Porównajcie to sobie z Camouflage, Calling Out to Carol czy choćby I Wanna Be A Boss (wszystkie 3 to single z poprzednich 3 płyt) i poczujcie sami - z pewnej perspektywy to wręcz downgrade (zaznaczam: z pewnej perspektywy), ale całkowicie świadomy i zamierzony, i w pięknym stylu.
Płyta mimo wszystko nie jest dla mnie niesamowicie jak równa - mam tutaj zdecydowanych faworytów (jak utwór otwierający płytę, będący posępnym rozliczeniem z korpoświatami dużych miast i złudnymi mirażami wielkości, jakie te generują; trzeci utwór na płycie, który jest wyrazem niezdrowej wręcz fascynacji seksualnej; opowiadające historię Down the Coast Highway; będące studium depresji Stranded czy - momentami aż nazbyt pornograficznie rozpaczliwe - Pink Parakeet), ale są tutaj i utwory, których może nie omijam, ale nie słucham ze szczególnym zaangażowaniem (jak np. Wild Bill Donovan, czy cover Dylana - fajny, ale mam z nim jakiś problem, którego nie potrafię dobrze wyrazić). Tak czy inaczej, mam szczerą nadzieję, że Wam się spodoba. Nie jest bardzo długa (do playlisty dorzucono też 2 bonus tracki, które widnieją jako jeden - Crystal Palace - w rzeczywistości po nim jest jeszcze Hear that Bird), a słucha się przyjemnie, choć możliwe do zaobserwowania po takim seansie będą spadki nastroju. Wrzucam teraz, bo to jest od wielu lat mój break-up album, to raz, a dwa, że poznałem ją w lutym 2009 i co luty do niej wracam praktycznie. Generalnie polecam Ridgwaya, bo gość ma naprawdę dużo fajnej muzyki na koncie, sporo akustycznej, jego storytelling inspirował samą Tori Amos (która zaczynała robiąc u niego chórki warto zauważyć), a tekstowa "żartóweczka" jest dla mnie całkowicie nie do podrobienia (ze znanych mi wykonawców chyba tylko Black potrafił tak teksty pisać, jeśli akurat chciał). Powiedziałbym, że w sam raz na Walentynki, ale mamy jeszcze Stinga. Więc znów coś związanego ze Stingiem dyma Ridgwaya xD
EDIT: Jestem niemal w 100% przekonany, że kiedyś podsyłałem ten album @Hienowi, więc naprawdę ma z górki xD
Stan Ridgway - Black Diamond
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... GgtOyKnh78
Stan Ridgway to człowiek którego większość kojarzy (o ile w ogóle go kojarzy) z jednego utworu, którym jest Camouflage. Kawałek ten promował jego pierwszy solowy album zatytułowany The Big Heat, który ukazał się w 1986 roku, i stał się przypadkowym trochę hitem (kawałek, nie album). Właściwie nawet, jeśli twierdzicie, że nie znacie Camouflage to uwierzcie mi, że jesteście w błędzie. Po prostu odpalcie ten numer i dźwięki charakterystycznego riffu szybko przywołają wspomnienia z radia lat 80 i 90 nawet (ja sam "odkryłem" ten kawałek przez wspomnianą już wcześniej w innym wątku kompilację 25 Lat Listy Przebojów Trójki na rok 1986). Czemu mówię, że ten numer był trochę przypadkowym hitem? Trzeba bowiem znać okoliczności powstania albumu - Ridgway był niejako zmuszony wydać tę płytę, zgodnie z ustaleniami wynikającymi z umowy jaką podpisał z wytwórnią IRS jeszcze będąc częścią pewnego zespołu. Zespołem tym było Wall of Voodoo - niemal kompletnie już zapomniany new wave act z Los Angeles. Mieli bardzo charakterystyczne brzmienie, którego landmarkiem były automaty perkusyjne i jednocześnie jazzowy pałker robiący różne cuda na perkusyjnych akcesoriach, a także ściana na pierwszy rzut ucha (lol) chaotycznie brzmiących syntezatorów (warto tu zauważyć, że nazwa zespołu to trochę żart ze spectorowskiej wall of sound) plus twangująca gitara Marca Morelanda, przywołująca skojarzenia ze spaghetti westernami. Zespół wydał 2 płyty (i jedno EP) z Ridgwayem, a ich największy hit znalazł się na drugiej z nich - tym hitem było Mexican Radio, numer swojego czasu scoverowany nawet przez metalowy zespół Celtic Frost, do dziś bywa puszczany w stacjach radiowych Zachodniego Wybrzeża. Ze względu na skrajnie niekorzystne warunki podpisanego z IRS kontraktu oraz bycie wydymanym przez managera (który, warto zauważyć, wcześniej współpracował ze Stingiem) Ridgway odszedł z grupy chwilę po ich największym występie na żywo na US Live Festival w 1983 roku (a mieli bardzo ciekawe towarzystwo na tymże). Wall of Voodoo poszło dalej, co prawda z zespołu odszedł też wymieniony gdzieś wcześniej jazzowy perkusista Joe Nanini, ale wakat został szybko uzupełniony, zaś rolę nowego lidera przejął może mniej charyzmatyczny ale nadal bardzo utalentowany Andy Prieboy (razem wydali jeszcze 3 krążki - w tym jeden live - po czym Prieboy zaczął karierę solową), Ridgway też próbował, nawet z małym sukcesem - w 1983 roku zdążył wydać jeszcze singiel Don't Box Me In, który promował film Rumble Fish, a który został nagrany wraz ze Stewartem Copelandem z The Police. Fajny utwór, polecam.
Ridgway nie chciał jednak poprzestawać wyłącznie na tym, miał kilka numerów, które sam napisał jeszcze dla pierwszej inkarnacji WoV, których to numerów zespół potem nie wykorzystał (pierwsza płyta z Prieboyem ukazała się w 1985 roku, a więc rok przed debiutem Ridgwaya solo), więc stanowiły dobrą bazę do nowego materiału. I tam właśnie znalazło się Camouflage, ale ten utwór no miał zadatki na hit. Czemu był to hit przypadkowy? Bo IRS średnio ten album promowało. Dzięki popularności samego singla (niejedynego z płyty rzecz jasna, z całego serca polecam też np. Drive She Said), Ridgway poleciał na tour po Europie i Australii, zarobił trochę forsy i uciekł do Geffen Records. Tam wydał jeszcze 2 płyty, Mosquitos i Partyball, które muzycznie i tekstowo oscylowały wokół tych samych rejonów, co debiut - może z każdym kolejnym krążkiem było mniej nowej fali a więcej specyficznego popu, jednak warstwa liryczna nadal była podszyta specyficznym i charakterystycznym dla Ridgwaya dowcipem, a każdy utwór opowiadał jakąś historię, czasem zabawną a czasem gorzką. Aż nagle nadchodzi roki 1996, Ridgway zmienia wytwórnię po raz kolejny (tym razem na Birdcage Records) i wypuszcza wstawiony przeze mnie album - Black Diamond. Całkowity zwrot w zupełnie nowym kierunku, muzyka - na tle wszystkiego, co wydał wcześniej - na wskroś dojrzała, bardzo intymna. Od płyty bije melancholia, czasem wręcz gorycz, i nawet te utwory na niej, które są typowym dla Ridgwaya storytellingiem (np. Down the Coast Highway) mają w sobie coś niemal grobowego (przynajmniej ja tak to odbierałem zawsze). Warto też zauważyć, że zespół towarzyszący Ridgwayowi, który dotąd był dość rozbudowany, został właściwie zredukowany do 4 osób (w tym jego żony, Pietry Wexstun na klawiszach), a i tak połowa utworów to tylko sam Ridgway i jego gitara (przy tym albumie uświadomiłem sobie, jakim gość jest utalentowanym gitarzystą). Porównajcie to sobie z Camouflage, Calling Out to Carol czy choćby I Wanna Be A Boss (wszystkie 3 to single z poprzednich 3 płyt) i poczujcie sami - z pewnej perspektywy to wręcz downgrade (zaznaczam: z pewnej perspektywy), ale całkowicie świadomy i zamierzony, i w pięknym stylu.
Płyta mimo wszystko nie jest dla mnie niesamowicie jak równa - mam tutaj zdecydowanych faworytów (jak utwór otwierający płytę, będący posępnym rozliczeniem z korpoświatami dużych miast i złudnymi mirażami wielkości, jakie te generują; trzeci utwór na płycie, który jest wyrazem niezdrowej wręcz fascynacji seksualnej; opowiadające historię Down the Coast Highway; będące studium depresji Stranded czy - momentami aż nazbyt pornograficznie rozpaczliwe - Pink Parakeet), ale są tutaj i utwory, których może nie omijam, ale nie słucham ze szczególnym zaangażowaniem (jak np. Wild Bill Donovan, czy cover Dylana - fajny, ale mam z nim jakiś problem, którego nie potrafię dobrze wyrazić). Tak czy inaczej, mam szczerą nadzieję, że Wam się spodoba. Nie jest bardzo długa (do playlisty dorzucono też 2 bonus tracki, które widnieją jako jeden - Crystal Palace - w rzeczywistości po nim jest jeszcze Hear that Bird), a słucha się przyjemnie, choć możliwe do zaobserwowania po takim seansie będą spadki nastroju. Wrzucam teraz, bo to jest od wielu lat mój break-up album, to raz, a dwa, że poznałem ją w lutym 2009 i co luty do niej wracam praktycznie. Generalnie polecam Ridgwaya, bo gość ma naprawdę dużo fajnej muzyki na koncie, sporo akustycznej, jego storytelling inspirował samą Tori Amos (która zaczynała robiąc u niego chórki warto zauważyć), a tekstowa "żartóweczka" jest dla mnie całkowicie nie do podrobienia (ze znanych mi wykonawców chyba tylko Black potrafił tak teksty pisać, jeśli akurat chciał). Powiedziałbym, że w sam raz na Walentynki, ale mamy jeszcze Stinga. Więc znów coś związanego ze Stingiem dyma Ridgwaya xD
EDIT: Jestem niemal w 100% przekonany, że kiedyś podsyłałem ten album @Hienowi, więc naprawdę ma z górki xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ładne tempo Panowie. Zapraszam do omawiania Stinga (którego jeszcze nie miałem czasu przesłuchać nawet
)
Sting - The Soul Cages
https://www.youtube.com/watch?v=mrUMCYw ... _p&index=1
Papa Dance - Poniżej Krytyki
https://youtu.be/8EM0mr9ZrfY
Pezet/Noon - Muzyka Poważna
https://youtube.com/playlist?list=PL6RB ... Mzis_Cg6Nn
Kraftwerk - Computer World
https://youtube.com/playlist?list=PLrpy ... ULrLUBmY8b
John Carpenter/Alan Howarth - Escape From New York
https://www.youtube.com/watch?v=YHRKAjb ... qZZLet5dSZ
Tangerine Dream - Rubycon
https://www.youtube.com/watch?v=jd6XL_IOS3I
no-man - Schoolyard Ghosts
https://www.youtube.com/watch?v=wXdtfXc ... WMH-1VhDKw
Stan Ridgway - Black Diamond
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... GgtOyKnh78
Sting - The Soul Cages
https://www.youtube.com/watch?v=mrUMCYw ... _p&index=1
Papa Dance - Poniżej Krytyki
https://youtu.be/8EM0mr9ZrfY
Pezet/Noon - Muzyka Poważna
https://youtube.com/playlist?list=PL6RB ... Mzis_Cg6Nn
Kraftwerk - Computer World
https://youtube.com/playlist?list=PLrpy ... ULrLUBmY8b
John Carpenter/Alan Howarth - Escape From New York
https://www.youtube.com/watch?v=YHRKAjb ... qZZLet5dSZ
Tangerine Dream - Rubycon
https://www.youtube.com/watch?v=jd6XL_IOS3I
no-man - Schoolyard Ghosts
https://www.youtube.com/watch?v=wXdtfXc ... WMH-1VhDKw
Stan Ridgway - Black Diamond
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... GgtOyKnh78
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Prawie nic z tego nie słuchałem, ale mam wrażenie, że to będzie dobra kolejka. Niektórych płyt jestem ogromnie ciekaw.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
drobne P.S. do Muzyki Poważnej.
Pisząc o mojej płycie o jednej rzeczy jeszcze zapomniałem wspomnieć że poza Pezetem i Noonem jest jeszcze niejako trzeci aktor tego spektaklu - DJ Panda wymieniony nawet na okładce jako odpowiedzialny za gramofony (skrecze), moim zdaniem bardzo fajnie że podkreślono jego wkład.
Pisząc o mojej płycie o jednej rzeczy jeszcze zapomniałem wspomnieć że poza Pezetem i Noonem jest jeszcze niejako trzeci aktor tego spektaklu - DJ Panda wymieniony nawet na okładce jako odpowiedzialny za gramofony (skrecze), moim zdaniem bardzo fajnie że podkreślono jego wkład.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Tak, podczas wymiany w 2017 xD Mogę więc faktycznie wywalić syry i patrzeć jak się męczycie. A serio, to wszystkie te albumy przynajmniej z raz sobie przypomnę, o ile nie więcej (nawet Schoolyard Ghosts, które mógłbym w całości zanucić od tyłu).devotional pisze:14 lut 2022 10:05EDIT: Jestem niemal w 100% przekonany, że kiedyś podsyłałem ten album @Hienowi, więc naprawdę ma z górki xD
Sting - The Soul Cages
Nie znam się na Stingu, mimo że słucham go od dzieciństwa i byłem na jego koncercie w czasach kiedy jeszcze można było się tym chwalić. Całe lata zabierałem się do dyskografii i nigdy nie zacząłem, trochę mi się śmiać chce, że popycha mnie do tego forum DM xD
W każdym razie, The Soul Cages. Słychać, że Sting był jeszcze jedną nogą, a wręcz nogą i obiema rękami w latach 80-tych, bo tak ten album brzmi, jak napisany, nagrany i wydany w tamtej dekadzie. Ten reverb, ta perkusja ala klapa od kibla, te wpychające się wszędzie tanie saksofony.
Na szczęście potrafię się do tego odnieść z dystansu, bo Sting tu sypie dobrymi piosenkami. Bardzo dużo jest na tej płycie hitów, więc mimo że samego albumu (chyba) nigdy wcześniej nie słuchałem, to połowę utworów i tak mniej lub bardziej kojarzę i to są fajne wspomnienia. Podejrzewam, że takie rzeczy jak All This Time i Mad About You kojarzy każdy i nie bez powodu, bo to są naprawdę dobre rzeczy.
Fajnie się słucha tego albumu, bo płynie sobie tym średnim, stingowym tempem, ogranicza się do konkretnej ilości użytych środków, przez co wszystko brzmi spójnie. Słuchając tego, można faktycznie dojść do wniosku, że stylówa Stinga, zwłaszcza wokalnie, jest niepowtarzalna. Jeśli miałbym coś tu wyróżnić, to wspomniane wcześniej hity, ale też Why Should I Cry For You?, które brzmi jak coś czego Dave Matthews musiał dużo słuchać przed napisaniem Crush Into Me. Tytułowy utwór bardzo mi podpasował, a When The Angel Fall pobrzmiewa trochę jakimś bardzo wczesnym no-manem, lub rzeczami w stylu Where I’m Calling From. Orkiestra na początku Island of Souls przypomina mi, i tu będzie grubo, mroczniejsze fragmenty soundtracku do Final Fantasy VIII xD Daję przykład żeby każdy wiedział o co chodzi https://www.youtube.com/watch?v=bwEAr18LkKg
Aranżacje i generalnie brzmienie całości, to jest dad pop na pełnej kurwie. Te ozdobniki, te hiszpańskie zagrywki, te wspomniane wcześniej saksofoniki i gitary w stylu polski rock lata 80, to plinku-plonky pianinko, itd. To obserwacja, nie mówię, że to jest jakaś wada, to jest płyta z 1991, więc nie można jej szkalować za to brzmi staro.
Przesłuchałem sobie parę akustycznych i innych wykonań tych piosenek i powiem szczerze, że same kompozycje się trzymają, a wręcz z czasem tylko zyskały.
To nie jest album, do którego będę często wracał, nie mam do niego sentymentu, chociaż do wczesnego Stinga trochę tak. Boję się, że na tym etapie mogę już co najwyżej być odbiorcą kompilacji Stinga, bardziej niż jego albumów, ale może się mylę. Zobaczymy.
Ps. Z jakiegoś powodu, dopiero teraz spojrzałem na okładkę i zdałem sobie sprawę, że to było w kolekcji winyli mojego ojca, więc musiałem tego słuchać jak byłem dzieckiem. No, ale to było ponad 30 lat temu.
Ps. 2. badając teraz wydanie extended tego albumu odkryłem utwór I Miss You Kate, który podoba mi się chyba najbardziej (co niestety zabrzmi siłą rzeczy złośliwie, bo to instrumental). No, ale to taka side-notka, bo to bonus.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Sting - The Soul Cages
Zaczynam notkę w trakcie drugiego odsłuchu, bo właściwie będąc w połowie ja już wszystko wiem. Ostatnio sporą popularność robi słowo "rzetelny" i ta płyta bez dwóch zdań taka jest. To po prostu muzyka, której walory dostrzegam, ale odbieram ją absolutnie neutralnie. Miejscami brzmi jak podkład do filmów podróżniczych, coś takiego ostatnio słyszałem oglądając Makłowicza (St Agnes and The Burning Train); ilustracyjność muzyki uważam zawsze za zaletę, ale tego typu samej z siebie raczej nie słucham, a na pewno jej nie szukam.
Hity typu Why Should I Cry For You jeszcze mogą u mnie zagościć, bo nie czuję wrażenia rozmycia wszystkich użytych środków no i też nie ma ich aż tyle. Być może problemem jest to, że tu wszystko jest wręcz zbyt spójne, niespecjalnie coś wychodzi na przód. Saksofony, gitary, wokal Stinga, rozchodząca się perka, którą Hien tutaj wyborowo zdiagnozował. Nie, tu wszystko grzęźnie. Lepiej myślę o całości niż o pojedynczych utworach. Nie żeby to był pierwszorzędny materiał do nucenia pewnie, ale takie melodie wokalu też niespecjalnie ułatwiają odbiór i zapamiętywanie czegokolwiek. Numer tytułowy chyba najlepiej się broni, ale też miejscami znowu staje w miejscu.
Raczej zostanę przy rzeczach pokroju Fragile czy Englishman In NY.
Zaczynam notkę w trakcie drugiego odsłuchu, bo właściwie będąc w połowie ja już wszystko wiem. Ostatnio sporą popularność robi słowo "rzetelny" i ta płyta bez dwóch zdań taka jest. To po prostu muzyka, której walory dostrzegam, ale odbieram ją absolutnie neutralnie. Miejscami brzmi jak podkład do filmów podróżniczych, coś takiego ostatnio słyszałem oglądając Makłowicza (St Agnes and The Burning Train); ilustracyjność muzyki uważam zawsze za zaletę, ale tego typu samej z siebie raczej nie słucham, a na pewno jej nie szukam.
Hity typu Why Should I Cry For You jeszcze mogą u mnie zagościć, bo nie czuję wrażenia rozmycia wszystkich użytych środków no i też nie ma ich aż tyle. Być może problemem jest to, że tu wszystko jest wręcz zbyt spójne, niespecjalnie coś wychodzi na przód. Saksofony, gitary, wokal Stinga, rozchodząca się perka, którą Hien tutaj wyborowo zdiagnozował. Nie, tu wszystko grzęźnie. Lepiej myślę o całości niż o pojedynczych utworach. Nie żeby to był pierwszorzędny materiał do nucenia pewnie, ale takie melodie wokalu też niespecjalnie ułatwiają odbiór i zapamiętywanie czegokolwiek. Numer tytułowy chyba najlepiej się broni, ale też miejscami znowu staje w miejscu.
Raczej zostanę przy rzeczach pokroju Fragile czy Englishman In NY.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Dobra, czas na reckę.
Sting - The Soul Cages
Odsłuchałem ten album dwukrotnie i muszę przyznać, że doskonale podkreśla to, co napisałem o Stingu w temacie o pojedynczych utworach. Album faktycznie wali ejtisami na kilometr, ale sam nie wiem, czy to wada, czy też powinienem do tego podejść skrajnie neutralnie zważywszy na rok wydania (niby już po ejtisach, no ale). W sumie nie uważam tego za wadę per se, bo zawsze ejtisy lubiłem (no, czasem mniej a czasem bardziej, w zależności od nastroju i mindsetu), ale też mam wrażenie, że słyszałem tonę tego typu muzyki, i gdyby ktoś nie powiedział mi, że to Sting, to gdzieś by mi minęło obok ucha, jak swojego czasu The Waterboys, Echo & the Bunnymen czy Asia. No, ale to jednak Sting, i przez to kupuję ten album. Przyjemnie mi się tego słuchało, mogę się tutaj podpisać pod słowami Dragona - to jest rzetelna robota, rzetelna muzyka, rzetelna płyta. Rzeczy trzymają poziom, póki co nie czuję żadnych "nierówności", ale nie wykluczam, że te się pojawią po kolejnych odsłuchach. Zakładając, że te będą, ale też dlaczego miałoby ich nie być. Brzmieniowo I concur ze wszystkim, co napisał Hien - werbel jak klapa od sracza (a to przecież Manu Katche, what the hell), reverby na gitarach, zagrywki saksofonowe jak w Spandau Ballet, i dalej nie przyszło mi do głowy przerwać odsłuch, bądź też zje*ać tę płytę za to (może niektóre rozwiązania nieco zbyt przesadzone najwyżej, ale cóż, signum temporis). Wszędzie hity, połowę z nich zresztą kojarzyłem z radia z czasów dawnych, chyba nie sposób nie kojarzyć.
Dodam na marginesie, że All This Time długo nie wiązałem ze Stingiem, nawet nie wiem czemu. Ten kawałek zawsze będzie mi się kojarzył z jednym - w latach 90 radia (nie wiem, czy tak jest nadal) puszczały w ramach przerywników między programami medleye fragmentów kawałków które miały regularny airplay. Dosłownie po kilka sekund. I All This Time zapamiętałem właśnie z takiego medleya, nawet wiem, w którym momencie on wchodził a w którym się kończył (puszczano fragment refrenu). I pamiętam, jaki kawałek leciał zaraz po nim - Layla Claptona w wersji unplugged (zawsze wolałem wersję "Dereka", zwłaszcza z tym długim instrumentalnym zakończeniem). Ni ch*j nie pamiętam jednak, co było przed Stingiem. Możliwe, że miałem to gdzieś kiedyś nagrane na jakiejś taśmie (lubiłem jako dzieciak nagrywać fragmenty audycji radiowych), ale w tej chwili to jest raczej w śmieciach. Trochę szkoda, ale wspomnienia zostały. Zawsze, jak słyszę ten refren, przypominam sobie dzieciństwo. Właśnie ten fragment w radio.
Podsumowując, wrzucam sobie w personalne playlisty. Nie będę pewnie wracał do tego tak często, jak do King Crimson (Discipline skradło moje serce wczoraj, naprawdę nie wiem, jak można nazwać to kakofonią z Ulicy Sezamkowej), ale będę. Tak jak wracam do pojedynczych piosenek McCullocha i jego drużyny, albo Mike'a Scotta. Zaraz odpalam kolejne rozdanie
Sting - The Soul Cages
Odsłuchałem ten album dwukrotnie i muszę przyznać, że doskonale podkreśla to, co napisałem o Stingu w temacie o pojedynczych utworach. Album faktycznie wali ejtisami na kilometr, ale sam nie wiem, czy to wada, czy też powinienem do tego podejść skrajnie neutralnie zważywszy na rok wydania (niby już po ejtisach, no ale). W sumie nie uważam tego za wadę per se, bo zawsze ejtisy lubiłem (no, czasem mniej a czasem bardziej, w zależności od nastroju i mindsetu), ale też mam wrażenie, że słyszałem tonę tego typu muzyki, i gdyby ktoś nie powiedział mi, że to Sting, to gdzieś by mi minęło obok ucha, jak swojego czasu The Waterboys, Echo & the Bunnymen czy Asia. No, ale to jednak Sting, i przez to kupuję ten album. Przyjemnie mi się tego słuchało, mogę się tutaj podpisać pod słowami Dragona - to jest rzetelna robota, rzetelna muzyka, rzetelna płyta. Rzeczy trzymają poziom, póki co nie czuję żadnych "nierówności", ale nie wykluczam, że te się pojawią po kolejnych odsłuchach. Zakładając, że te będą, ale też dlaczego miałoby ich nie być. Brzmieniowo I concur ze wszystkim, co napisał Hien - werbel jak klapa od sracza (a to przecież Manu Katche, what the hell), reverby na gitarach, zagrywki saksofonowe jak w Spandau Ballet, i dalej nie przyszło mi do głowy przerwać odsłuch, bądź też zje*ać tę płytę za to (może niektóre rozwiązania nieco zbyt przesadzone najwyżej, ale cóż, signum temporis). Wszędzie hity, połowę z nich zresztą kojarzyłem z radia z czasów dawnych, chyba nie sposób nie kojarzyć.
Dodam na marginesie, że All This Time długo nie wiązałem ze Stingiem, nawet nie wiem czemu. Ten kawałek zawsze będzie mi się kojarzył z jednym - w latach 90 radia (nie wiem, czy tak jest nadal) puszczały w ramach przerywników między programami medleye fragmentów kawałków które miały regularny airplay. Dosłownie po kilka sekund. I All This Time zapamiętałem właśnie z takiego medleya, nawet wiem, w którym momencie on wchodził a w którym się kończył (puszczano fragment refrenu). I pamiętam, jaki kawałek leciał zaraz po nim - Layla Claptona w wersji unplugged (zawsze wolałem wersję "Dereka", zwłaszcza z tym długim instrumentalnym zakończeniem). Ni ch*j nie pamiętam jednak, co było przed Stingiem. Możliwe, że miałem to gdzieś kiedyś nagrane na jakiejś taśmie (lubiłem jako dzieciak nagrywać fragmenty audycji radiowych), ale w tej chwili to jest raczej w śmieciach. Trochę szkoda, ale wspomnienia zostały. Zawsze, jak słyszę ten refren, przypominam sobie dzieciństwo. Właśnie ten fragment w radio.
Podsumowując, wrzucam sobie w personalne playlisty. Nie będę pewnie wracał do tego tak często, jak do King Crimson (Discipline skradło moje serce wczoraj, naprawdę nie wiem, jak można nazwać to kakofonią z Ulicy Sezamkowej), ale będę. Tak jak wracam do pojedynczych piosenek McCullocha i jego drużyny, albo Mike'a Scotta. Zaraz odpalam kolejne rozdanie
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Sorry, ale muszę xD
Zwierzak jest Muppetów xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
K*rwa, faktycznie xD cóż, nigdy nie byłem zbyt lotny xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Stary, ale pls, nie cytuj w całości posta, który jest nad Twoją odpowiedzią, bo oczy trochę bolą xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nie podebrałeś, spokojnie. no-man ode mnie oczywiście będzie (to trochę tak jakby Czez nie dał Violatora), ale inny album. A nawet gdybyś mi tamten podebrał, to by się znalazł innyshodan pisze:14 lut 2022 09:47Mam nadzieję, że nie podebrałem Hienowi płyty. A jeżeli tak, to ma jeszcze tyle innych pięknych płyt no-man do wyboru.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Właściwie to nawet wiem co.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Sting - The Soul Cages
Nie będę kontrowersyjny (chyba) i dołączę do chóru uznających tę płytę za rzetelną. Bo taka, cholera jasna, jest.
Podoba mi się określenie dadpop, to faktycznie jest taki album, który jest dobrze wyprodukowany, który jest przystępny, a jednocześnie nie jest jakiś prostacki, słychać tu wyczucie, słychać tu jakiś kunszt, walory produkcyjne i fajne motywy, motywiki, patenty. Ale chyba albo nie ma chemii między mną a Stingiem, albo może mój czas na wkręcenie się w niego po prostu minął.
To jest jeden z tych albumów, które lubię sobie włączyć w momencie, w którym chcę posłuchać muzyki, ale jednocześnie nie mam pomysłu czego chce sobie posłuchać, bo wiem, że będzie sobie fajnie płynął, ale jednocześnie nawet po kilkunastu odsłuchach z trudem będę rozróżniać poszczególne piosenki.
Chociaż jak tak teraz słucham to Jeremiah Blues (part 1) ma potencjał na to, by dłużej zagościć w mojej playliście, bo jest uroczo zawieszony między 80sami a 90sami.
Tak w ogóle to nie wiem, czy to kwestia różnicy pokoleniowej czy ja faktycznie pod jakąś skałą żyłem czy cuś, bo ni cholery nie kojarzę tych przebojów, o których piszecie xD
Nie będę kontrowersyjny (chyba) i dołączę do chóru uznających tę płytę za rzetelną. Bo taka, cholera jasna, jest.
Podoba mi się określenie dadpop, to faktycznie jest taki album, który jest dobrze wyprodukowany, który jest przystępny, a jednocześnie nie jest jakiś prostacki, słychać tu wyczucie, słychać tu jakiś kunszt, walory produkcyjne i fajne motywy, motywiki, patenty. Ale chyba albo nie ma chemii między mną a Stingiem, albo może mój czas na wkręcenie się w niego po prostu minął.
To jest jeden z tych albumów, które lubię sobie włączyć w momencie, w którym chcę posłuchać muzyki, ale jednocześnie nie mam pomysłu czego chce sobie posłuchać, bo wiem, że będzie sobie fajnie płynął, ale jednocześnie nawet po kilkunastu odsłuchach z trudem będę rozróżniać poszczególne piosenki.
Chociaż jak tak teraz słucham to Jeremiah Blues (part 1) ma potencjał na to, by dłużej zagościć w mojej playliście, bo jest uroczo zawieszony między 80sami a 90sami.
Tak w ogóle to nie wiem, czy to kwestia różnicy pokoleniowej czy ja faktycznie pod jakąś skałą żyłem czy cuś, bo ni cholery nie kojarzę tych przebojów, o których piszecie xD
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mad About You leciało na początku 90sów wszędzie i ciągle, ale nie pamiętam żebym go słyszał w radiu, czy gdziekolwiek indziej, od wieków. Tym samym możliwe, że jak ten moment Mentos przegapiłeś, to przegapiłeś cały hype. To trochę jak z "Mmm Mmm Mmm" Crashtest Dummies, w latach 90 to był mega hit i każdy to znał, a teraz mało kto kojarzy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
To jest wprost niemożliwe, żebyś nie słyszał All This Time nawet żyjąc pod kamieniem.mintaj pisze:14 lut 2022 19:09(...)Tak w ogóle to nie wiem, czy to kwestia różnicy pokoleniowej czy ja faktycznie pod jakąś skałą żyłem czy cuś, bo ni cholery nie kojarzę tych przebojów, o których piszecie xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Sting - The Soul Cages
Shodan zaserwował mi w tej kolejce przyjemną sentymentalną podróż do ery do której mam szczególną słabość czyli przełom lat 80. i 90., ale pewnie nie jestem w tym odosobniony bo dla ludzi mojego pokolenia to czasy dzieciństwa (pamiętam może bardziej wczesne 90s ale jednak w ówczesnej MTV latały nadal hity z lat 80. jeszcze nieraz). Piszecie że dad pop i w sumie tak to młodzieżowo by się dzisiaj określiło, ja powiem że po prostu coś co wpisuje się w radiowy format zwany adult contemporary. Mam słabość do takiej mieszanki jangle popowej gitarki, 80sowego saxu, lekkiej perkusji i taniej elektroniki. Ta płyta sprawia że mam ochotę wrócić się do sklepu i jednak sięgnąć po ten album Chrisa Rae który leżał w promocji na półce ostatnio albo wrócić do domu i w końcu sprawdzić ten 90sowy album Paula McCartneya który mam z kolekcji mojego teścia. To jest album który trzyma raczej równy poziom i z jednej strony uważam że przeznaczony jest do tego by go słuchać w całości jako taki nostalgiczny soundtrack właśnie niż wybiórczo przez jakieś hity (których tu nie znam szczerze mówiąc, tak - żyłem pod kamieniem ale i tak nie znam All This Time) a z drugiej muszę mieć naprawdę na to nastrój bo inaczej ta produkcją męczy mnie na dłuższą metę. Tak więc jako sentymentalna podróż spoko od święta ale do słuchania na codzień to podziękuję. Zachowam sobie na później moich faworytów - Islands of Souls oraz The Soul Cages, w pierwszym podobają mi się mocno te udawane elektroniczne dudy a w drugim refren, może tym kluczem jeszcze kiedyś otworzę ten album dla siebie.
Shodan zaserwował mi w tej kolejce przyjemną sentymentalną podróż do ery do której mam szczególną słabość czyli przełom lat 80. i 90., ale pewnie nie jestem w tym odosobniony bo dla ludzi mojego pokolenia to czasy dzieciństwa (pamiętam może bardziej wczesne 90s ale jednak w ówczesnej MTV latały nadal hity z lat 80. jeszcze nieraz). Piszecie że dad pop i w sumie tak to młodzieżowo by się dzisiaj określiło, ja powiem że po prostu coś co wpisuje się w radiowy format zwany adult contemporary. Mam słabość do takiej mieszanki jangle popowej gitarki, 80sowego saxu, lekkiej perkusji i taniej elektroniki. Ta płyta sprawia że mam ochotę wrócić się do sklepu i jednak sięgnąć po ten album Chrisa Rae który leżał w promocji na półce ostatnio albo wrócić do domu i w końcu sprawdzić ten 90sowy album Paula McCartneya który mam z kolekcji mojego teścia. To jest album który trzyma raczej równy poziom i z jednej strony uważam że przeznaczony jest do tego by go słuchać w całości jako taki nostalgiczny soundtrack właśnie niż wybiórczo przez jakieś hity (których tu nie znam szczerze mówiąc, tak - żyłem pod kamieniem ale i tak nie znam All This Time) a z drugiej muszę mieć naprawdę na to nastrój bo inaczej ta produkcją męczy mnie na dłuższą metę. Tak więc jako sentymentalna podróż spoko od święta ale do słuchania na codzień to podziękuję. Zachowam sobie na później moich faworytów - Islands of Souls oraz The Soul Cages, w pierwszym podobają mi się mocno te udawane elektroniczne dudy a w drugim refren, może tym kluczem jeszcze kiedyś otworzę ten album dla siebie.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Czez, dajesz. Czekamy xDDDD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Well, przynajmniej tym razem nie ja opóźniam xD
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA