Best of Forum (Edycja albumowa)
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Skoro kolejna, to kolejna.
The Advisory Circle - Other Channels (2008)
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... FKpCl14M_E
Z czym mamy do czynienia? Z czymś niepokojącym, to na pewno. Creepy okładka, intrygująca nazwa albumu i zagadkowy wykonawca - wszystko check. Co to w ogóle jest i jak na to wpadłem? The Advisory Circle to dość interesujący projekt muzyczny założony w 2004 roku przez Jona Brooksa, a właściwie Cate Brooks (Jon to deadname, ale wciąż znajduje się na okładkach wydawnictw i z tego tytułu myślę, że można go używać), która postanowiła zmaterializować swoje fascynacje zagadnieniami duchologii wyciągniętej z serca Wielkiej Brytanii (np. cokolwiek niepokojące soundtracki do tzw. filmów informacyjnych i ostrzegawczych) w sposób, który niemal tę duchologię zastąpił. Ale w jakim stylu! Mamy tutaj wszystko - wpadające w ucho choć "niewygodne" melodie, riffy ze starych syntezatorów pamiętających Wendy Carlos, bity z przedpotopowych automatów perkusyjnych, distorty i detuny, zsamplowane fragmenty audycji radiowo-telewizyjnych, dziwne dialogi, przerażające efekty i ponure tła. To wymienione wyżej wszystko zamyka się w tytule płyty - Other Channels - i sprawia wrażenie kolażu złożonego z kawałków jakichś losowych programów telewizyjnych z dość złowieszczej ramówki (choć są i elementy na wskroś pozytywne, jeśli mogę tak powiedzieć), która jednak z jakiegoś powodu nie pozwala zmienić kanału. The Advisory Circle doradza, jak żyć (jak głoszą dżingle otwierające pierwsze wydawnictwo - EP Mind How You Go z 2005 roku i album As The Crow Flies z 2011), lub inaczej - mówi, że wszystko gra i w związku z tym coś... nie gra. Tego uczucia nie sposób się pozbyć słuchając czy to Other Channels czy jakiejkolwiek innej płyty od Brooks - bez względu na porę dnia i roku (testowałem).
Brooks nie jest świeża w muzyce, a TAC nie było jej pierwszym przedsięwzięciem. Pierwsze było King of Woolworths, niszowy projekcik downtempo/breakbeat/soundtrack, który wystartował w momencie, gdy po takiej muzyce było już trochę pozamiatane, bo w 2000 roku. W 2001 ukazało się EP (zaje*iste, warto zauważyć) i album - Ming Star (równie dobry). Same instrumentale, dużo sampli, dużo loopów, dla mnie do dziś się broni w dobrym stylu. Kolejny album miał gościnnych wokalistów i wokalistki (i to nie byle kogo, bo np. Dot Allison), a trzeci i zarazem ostatni wracał do koncepcji pierwszego. I choć był najdłuższy, mam też wrażenie, że był robiony trochę na chybcika, bo były już nowe pomysły. TAC wystartowało oficjalnie w 2005 roku i kolejne albumy ukazywały się co 3 lata - aż do teraz, nowy powinien mieć premierę w ubiegłym roku, pewnie będzie miał w tym. Każde wydawnictwo "dotyka" innego tematu - najpierw motywy związane z radiem/telewizją, potem bardziej "naturalne" i folkowe, potem technologia w służbie człowieka, na końcu fotografia. I z każdym kolejnym wydawnictem jest dalej i niepokojąco i intrygująco. A przede wszystkim na wysokim technicznie poziomie (Brooks od ponad 25 lat pracuje jako realizatorka/inżynierka dźwięku). Jej twórczość to w ogóle coś, w co warto się zagłębić, bo poza TAC ma jeszcze releasy pod własnym nazwiskiem (jeszcze jako Jon, głównie ambient), jako Clesse (fajne minimal techno), D.D. Denham (zmyślony koncept album) czy Georges Vert (naprawdę spoko disco). Oprócz tego jest współpraca w ramach zespołów Hintermass i The Pattern Forms. Brooks wraz z Jimem Juppem z projektu Belbury Poly (też muzyka duchologiczna, ale bardziej bajkowa) i Julianem Housem z The Focus Group (musique concrete, ale gość jest przede wszystkim grafikiem i projektował okładki np. dla Primal Scream) założyli najważniejszą w tej chwili wytwórnię dla podobnych nurtów - Ghost Box. To jedna z tych wytwórni, gdzie ja w ciemno polecam wszystko, co się tam ukazuje, bo złych rzeczy nie wydają (ostatnio do ich klubu dołączył Paul Weller, więc można powiedzieć, że prawie mainstream), a od momentu jej powstania w 2004 roku są bardzo płodni. Innymi słowy - warto.
Ale wracając do płyty - jest po prostu świetna. Playlista może na pierwszy rzut oka przestraszyć, bo mamy tam 19 utworów, ale całość trwa trochę ponad 40 minut - sporo to przerywniki i muzaki. Już na początku dostajemy w łeb najpierw dżinglem wprowadzającym, który brzmi jak wyjęty żywcem z eksperymentów realizatorskich do Pana Kleksa w Kosmosie a potem - jakże na czasie - powszechne "call to arms" utrzymane w tonie tak doniosłym, że aż chce się przywdziać wysokie buty i mundur. TAC poznałem wczesną wiosną 2015 trochę przypadkiem - Brooks wraz z wcześniej wspomnianym Juppem założyli taki mikroprojekt The Belbury Circle tylko po to (wtedy jeszcze), by nawiązać współpracę z... Johnem Foxxem i wydać z nim małe EP (Empty Avenues, wrzesień 2013, polecam!). EP zassałem jakoś zaraz po premierze, ale kompletnie zlałem wspomagającą go drużynę. W marcu/kwietniu 2015 postanowiłem wrócić do paru wcześniej kojarzonych z kilku rzeczy wykonawców, w których twórczość zechciałem się zagłębić (Louie Austen, Perry Blake) no i właśnie tych dwóch typów (wtedy dwa typy). Zacząłem od Belbury Poly, TAC było kolejne, ale kupiło mnie bardziej. Doskonale słucha mi się tego w pracy albo na siłowni, albo przy porannej toalecie (np. numer 3 na płycie), jednakowoż zdaję sobie sprawę, że część z Was (o ile nie większość) stwierdzi, że jestem stuknięty a ta "muzyka" ma niewiele z muzyką wspólnego, a w ogóle to ktoś miał potem koszmary etc., no ale nie jestem sexworkerką, żeby wszystkich zadowalać xD Bawcie się dobrze z Cate Brooks i jej creepy światem, w którym zimna wojna nigdy się nie skończyła, na meblościance wciąż stoi Rubin a seans Bonanzy może zostać przerwany wezwaniem do zejścia do najbliższego schronu bądź zabezpieczenia swojego zakładu pracy. Have fun!
The Advisory Circle - Other Channels (2008)
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... FKpCl14M_E
Z czym mamy do czynienia? Z czymś niepokojącym, to na pewno. Creepy okładka, intrygująca nazwa albumu i zagadkowy wykonawca - wszystko check. Co to w ogóle jest i jak na to wpadłem? The Advisory Circle to dość interesujący projekt muzyczny założony w 2004 roku przez Jona Brooksa, a właściwie Cate Brooks (Jon to deadname, ale wciąż znajduje się na okładkach wydawnictw i z tego tytułu myślę, że można go używać), która postanowiła zmaterializować swoje fascynacje zagadnieniami duchologii wyciągniętej z serca Wielkiej Brytanii (np. cokolwiek niepokojące soundtracki do tzw. filmów informacyjnych i ostrzegawczych) w sposób, który niemal tę duchologię zastąpił. Ale w jakim stylu! Mamy tutaj wszystko - wpadające w ucho choć "niewygodne" melodie, riffy ze starych syntezatorów pamiętających Wendy Carlos, bity z przedpotopowych automatów perkusyjnych, distorty i detuny, zsamplowane fragmenty audycji radiowo-telewizyjnych, dziwne dialogi, przerażające efekty i ponure tła. To wymienione wyżej wszystko zamyka się w tytule płyty - Other Channels - i sprawia wrażenie kolażu złożonego z kawałków jakichś losowych programów telewizyjnych z dość złowieszczej ramówki (choć są i elementy na wskroś pozytywne, jeśli mogę tak powiedzieć), która jednak z jakiegoś powodu nie pozwala zmienić kanału. The Advisory Circle doradza, jak żyć (jak głoszą dżingle otwierające pierwsze wydawnictwo - EP Mind How You Go z 2005 roku i album As The Crow Flies z 2011), lub inaczej - mówi, że wszystko gra i w związku z tym coś... nie gra. Tego uczucia nie sposób się pozbyć słuchając czy to Other Channels czy jakiejkolwiek innej płyty od Brooks - bez względu na porę dnia i roku (testowałem).
Brooks nie jest świeża w muzyce, a TAC nie było jej pierwszym przedsięwzięciem. Pierwsze było King of Woolworths, niszowy projekcik downtempo/breakbeat/soundtrack, który wystartował w momencie, gdy po takiej muzyce było już trochę pozamiatane, bo w 2000 roku. W 2001 ukazało się EP (zaje*iste, warto zauważyć) i album - Ming Star (równie dobry). Same instrumentale, dużo sampli, dużo loopów, dla mnie do dziś się broni w dobrym stylu. Kolejny album miał gościnnych wokalistów i wokalistki (i to nie byle kogo, bo np. Dot Allison), a trzeci i zarazem ostatni wracał do koncepcji pierwszego. I choć był najdłuższy, mam też wrażenie, że był robiony trochę na chybcika, bo były już nowe pomysły. TAC wystartowało oficjalnie w 2005 roku i kolejne albumy ukazywały się co 3 lata - aż do teraz, nowy powinien mieć premierę w ubiegłym roku, pewnie będzie miał w tym. Każde wydawnictwo "dotyka" innego tematu - najpierw motywy związane z radiem/telewizją, potem bardziej "naturalne" i folkowe, potem technologia w służbie człowieka, na końcu fotografia. I z każdym kolejnym wydawnictem jest dalej i niepokojąco i intrygująco. A przede wszystkim na wysokim technicznie poziomie (Brooks od ponad 25 lat pracuje jako realizatorka/inżynierka dźwięku). Jej twórczość to w ogóle coś, w co warto się zagłębić, bo poza TAC ma jeszcze releasy pod własnym nazwiskiem (jeszcze jako Jon, głównie ambient), jako Clesse (fajne minimal techno), D.D. Denham (zmyślony koncept album) czy Georges Vert (naprawdę spoko disco). Oprócz tego jest współpraca w ramach zespołów Hintermass i The Pattern Forms. Brooks wraz z Jimem Juppem z projektu Belbury Poly (też muzyka duchologiczna, ale bardziej bajkowa) i Julianem Housem z The Focus Group (musique concrete, ale gość jest przede wszystkim grafikiem i projektował okładki np. dla Primal Scream) założyli najważniejszą w tej chwili wytwórnię dla podobnych nurtów - Ghost Box. To jedna z tych wytwórni, gdzie ja w ciemno polecam wszystko, co się tam ukazuje, bo złych rzeczy nie wydają (ostatnio do ich klubu dołączył Paul Weller, więc można powiedzieć, że prawie mainstream), a od momentu jej powstania w 2004 roku są bardzo płodni. Innymi słowy - warto.
Ale wracając do płyty - jest po prostu świetna. Playlista może na pierwszy rzut oka przestraszyć, bo mamy tam 19 utworów, ale całość trwa trochę ponad 40 minut - sporo to przerywniki i muzaki. Już na początku dostajemy w łeb najpierw dżinglem wprowadzającym, który brzmi jak wyjęty żywcem z eksperymentów realizatorskich do Pana Kleksa w Kosmosie a potem - jakże na czasie - powszechne "call to arms" utrzymane w tonie tak doniosłym, że aż chce się przywdziać wysokie buty i mundur. TAC poznałem wczesną wiosną 2015 trochę przypadkiem - Brooks wraz z wcześniej wspomnianym Juppem założyli taki mikroprojekt The Belbury Circle tylko po to (wtedy jeszcze), by nawiązać współpracę z... Johnem Foxxem i wydać z nim małe EP (Empty Avenues, wrzesień 2013, polecam!). EP zassałem jakoś zaraz po premierze, ale kompletnie zlałem wspomagającą go drużynę. W marcu/kwietniu 2015 postanowiłem wrócić do paru wcześniej kojarzonych z kilku rzeczy wykonawców, w których twórczość zechciałem się zagłębić (Louie Austen, Perry Blake) no i właśnie tych dwóch typów (wtedy dwa typy). Zacząłem od Belbury Poly, TAC było kolejne, ale kupiło mnie bardziej. Doskonale słucha mi się tego w pracy albo na siłowni, albo przy porannej toalecie (np. numer 3 na płycie), jednakowoż zdaję sobie sprawę, że część z Was (o ile nie większość) stwierdzi, że jestem stuknięty a ta "muzyka" ma niewiele z muzyką wspólnego, a w ogóle to ktoś miał potem koszmary etc., no ale nie jestem sexworkerką, żeby wszystkich zadowalać xD Bawcie się dobrze z Cate Brooks i jej creepy światem, w którym zimna wojna nigdy się nie skończyła, na meblościance wciąż stoi Rubin a seans Bonanzy może zostać przerwany wezwaniem do zejścia do najbliższego schronu bądź zabezpieczenia swojego zakładu pracy. Have fun!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
To bylo dawno i nie pamietalem
Enjoy The Silence
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Bravery - The Bravery
Pisałem przy okazji recenzji płyty Nasa o tym, że szkoda mi tamtych czasów pod kątem mojej obojętności na bieżący hip-hop. Ale to nie był tylko hip-hop. To było w zasadzie wszystko co wychodziło. Pierwsza połowa lat 2000, to było trochę średniowiecze dla mnie, a trochę nie i zaraz to wyjaśnię, ale najpierw mały background muzyczny. Jest w/w początek nowej dekady (a nawet tysiąclecia), The Strokes wydają albumy Is This It i Room on Fire, których gigantyczny sukces staje się pewnym bardzo istotnym precedensem – klasyczny rock znowu był popularny, po raz pierwszy na taką skale od lat 70. The Strokes otworzyli drzwi wszystkim młodym zespołom indie, które próbowały przebić się przez muzyczny landszaft opanowany nu metalem i rapem, od tego momentu tama puściła na maksa. Nie pytajcie mnie o znacznie zwrotu indie rock, uważam że sytuacja wyglądała wtedy trochę jak w latach 80 z new romantic, pakowano wszystkie zespoły do jednego wora, między innymi za stylówę (której blueprintem był Julian Casablancas), mimo że one wcale nie brzmiały tak samo.
W każdym razie, co robiłem wtedy ja? Miałem to wszystko w dupie, siedziałem zakopany w starych zespołach i słuchałem Trójki xD Okres ten miał plusy i minusy, teraz słuchanie Kaczkowskiego może być cringem i jeśli mam być szczery, i wtedy bywało, to jednak były to przyzwoite korepetycje (np. u niego pierwszy raz usłyszałem Lizard, dzięki czemu wkręciłem się w King Crimson, a w jakiejś pasmówce Niedźwieckiego pierwszy raz usłyszałem no-man).
Niestety, miałem wtedy idiotyczne, aroganckie i ekstremalnie szczeniackie podejście, według którego nowe, świeżo powstałe, debiutujące zespoły nie mogły być warte uwagi. Co one niby mogły zaprezentować, przecież to dzieci. A ja słuchałem Depeche Mode, U2, Petera Gabriela, itd., wykonawców doświadczonych, z prawdziwym stażem, z dorobkiem, a nie jakiegoś pitolenia grajków, którzy gówno wiedzą. Do tej pory mnie trzęsie jak o tym sobie przypominam. Dla mnie szczytem akceptacji było zainteresowanie się Radiohead w 2003 r. i słuchanie „Think Tank” Blur, a i tak uważałem, że to są „młode” zespoły. Można powiedzieć, że osiągnąłem w wieku 16 lat szczyt boomerstwa. Nie można było ze mną w szkole porozmawiać o jakiś fajnych, modnych zespołach, bo ja się obsrywałem i wracałem do Black Celebration. Nawet nie sprawdzałem tych nowinek, byłem z góry nastawiony anty (trochę czasami Shodan teraz
). Były w sumie tylko dwa świeższe zespoły, których wtedy słuchałem mocno: Placebo i Linkin Park. Oba przetrwały u mnie próbę czasu (no przynajmniej Linkin Park przetrwało), ale to były wyjątki potwierdzające regułę. Okres 2002 – 2006, to nadal było dla mnie średniowiecze.
Tymczasem, w okolicach 2004 r., jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kolejne indie zespoły, których teraz jestem fanem, a wtedy miałem je w dupie. Był jeden moment kiedy mogłem się z tego wyrwać, jakoś w 2004 lub 2005 roku, siedząc popołudniu (zachodziło słońce) w dużym pokoju i jedząc obiad, zobaczyłem w MTV teledysk do „All Sparks” Editorsów i się nawet zainteresowałem, ale zeszło ze mnie zanim zdążyłem jakoś to przekuć w czyny (czyt. ściągnąć coś z emula, YT wtedy działał jak gówno i w sumie chyba jeszcze nie funkcjonował jak teraz, czyli nie było jakimś go-to miejscem do poznawania muzyki). Kojarzyłem większe hity tamtych czasów, np. Take me out, ale wydawały mi się po prostu niepoważne. Oni śpiewają o jakimś wychodzeniu na miasto, a ja przecież tutaj słucham Depesz Mołd, którzy śpiewają o życiu, o śmierci i w ogóle o miłości (zaraz parkinsona dostanę z cringu).
Wszystko się zmieniło w 2006 r. dzięki, lol, Depeche Mode xDDDD Jeszcze w 2005 r. ogłoszono, że Dipsze Mołd zagrają koncert w Katowicach w lutym kolejnego roku. Pojechałem tam wtedy z moja pierwszą dziewczyną jakimś Depesz-busem, pełnym depeszów. To był dzień wielu rozczarowań i jedyną rzeczą, która takim rozczarowaniem nie była, był support DM – The Bravery.
Wchodząc na salę i zajmując miejsce, nie miałem pojęcia kto będzie grał przed gwiazdą wieczoru i miałem to w dupie, nie interesowałem się tym. No i wyszli The Bravery, zespół tak bardzo oddalony od tego co robili DM (jednocześnie bardzo nim zainspirowany), pod każdym względem.
To był głośny, pełen energii występ, który powalił mnie na kolana. Oczywiście większość sali nie była pod wrażeniem (poza Devem, który gdzieś tam siedział na sali, ale się nie znaliśmy). Fani DM, przynajmniej Polscy, mieli wtedy opinię muzycznych dresów. Każdy support wygwizdywano, co chyba najbardziej eskalowało podczas występu polskiego zespołu Tilt przed Gahanem w 2003 r. Było mi autentycznie wstyd tam siedzieć, serce się krajało jak się patrzyło co się dzieje. Absolutne zero szacunku.
Na The Bravery nie było tak ekstremalnie, ale narzekania mogłem czytać potem w internecie np. na kresce. Pamiętam, że głównym zarzutem dla ludzi było to, że frontman wystąpił w swetrze. prostytutka no. Wiadomo, nie kręcisz dupą w skórzanej kurtce i podkoszulku, nie istniejesz. Kiedy wracałem z Katowic, to myślałem tylko o koncercie The Bravery. Następnego dnia, pierwszą rzeczą było ściągniecie ich albumu, debiutu pod tym samym tytułem. Po raz drugi zostałem powalony na ziemie. Nikt ze znajomych depeszy, których wtedy znałem, nie podzielał mojego entuzjazmu. Wszyscy się dziwili, czemu DM bierze sobie takie supporty z dupy, zamiast jeździć z zespołami takimi jak Nitzer Ebb. Od tamtej pory sporo się nad tym zastanawiałem, bo DM rzadko ciągali ze sobą grupy brzmiące jak oni (oni w sensie DM). Czy oni te zespoły sami wybierali, czy może ktoś robił to za nich. A może ktoś robił im listę nadających się wykonawców z labela, a oni z tego wybierali. Ta ostatnia opcja wydaje się być najbardziej prawdopodobna. Oni nie byli kompletnie ślepi na to z kim grają, w końcu Fletcher specjalnie założył Toast Hawaii żeby wydać płyty Client, które jako Technique grały przed DM między innymi w Warszawie na Exciter Tour.
W każdym razie, The Bravery było dla mnie objawieniem i z perspektywy lat mogę chyba powiedzieć, że to był jeden z najbardziej kluczowych zespołów, mających wpływ na moje wyjście z w/w muzycznego bunkra. Przez kolejne lata zacząłem wchłaniać pozostałe zespoły z „nurtu”, między innymi The Killers w 2007 r. (to dzięki Joy Division), Editors i Kasabian w 2009 r., potem Arctic Monkeys, Arcade Fire, Franz Ferdinand, itd. Jednak jedynym zespołem, którego słuchałem w największym hejdeju, i który udało mi się w takim czasie zobaczyć, było właśnie The Bravery. To było dla mnie, wtedy w 2006 r., otrzeźwiające i bardzo pozytywne przeżycie.
Na samym albumie, mimo że w zasadzie uwielbiam go w całości, są pewne fragmenty, które z różnych powodów mają dla mnie większe znaczenie. Tyrant był tym momentem na koncercie, kiedy zdałem sobie sprawę, że ja ten zespół MUSZĘ sprawdzić. Nie wiem co DM musieliby tamtego wieczora zrobić żeby to przebić. Ten kawałek nadal przenosi mnie w mega sentymentalne rejony, mimo że te czasy (2004 – 2006) wcale nie były dla mnie jakoś szczególnie dobre, wręcz uważam, że to był absolutny low mojego dotychczasowego życia. Ale jednak jak odpalam Tyrant, to budzi we mnie jedynie pozytywne emocje. Podobnie single z albumu - An Hontest Mistake, Unconditional i Fearless (z teledyskiem, który jest kwintesencją tego brzmienia), każdy to jest absolutne złoto. Public Service Annoucement wgniotło mnie na koncercie w wersji live z wkręcającym się elektronicznym arpem i generalnie całą energią jaką ten utwór niesie. The Bravery pokazało mi jak istotna jest taka energia jako środek wyrazu. Out of Line jest dobry showcase’em tego jak mięsisty jest tutaj mix. Wszystko aż chodzi.
Kocham w tym albumie olbrzymi nacisk położony na bas, w zasadzie cała płyta jedzie głównie na basie i to ich wyróżniało spośród innych zespołów rock revivalu w tamtym czasie. Wokalista, Sam Edincott, przypomina momentami Roberta Szmita, co w połączeniu z muzyką przywodzi trochę na myśl debiut The Cure, który uwielbiam (ale tylko trochę, bo to jednak inna muzyka). Melodie, żelazna sekcja rytmiczna, wokal i rozpędzony pociąg energii, to rzeczy, które robią dla mnie ten album. Dużo tu niezobowiązującego luzu, który można uchwycić tylko w młodości.
Nigdy nie przestałem być fanem The Bravery, ale ich drugi album trochę mnie rozczarował kiedy wyszedł w 2007 r. (poza singlem Time What Let Me Go), a potem nasze drogi trochę się rozjechały, w wyniku czego trzeci album przesłuchałem z dużym opóźnieniem. W 2011 r. zespół zawiesił istnienie (do czego przyznali się dopiero w 2014 r.). Od tamtej pory czekałem bardzo na ich powrót, tracąc nadzieje. No i stało się, oficjalnie TB wrócili w ubiegłym roku, na razie jedynie jako grupa koncertująca. Obejrzałem parę dni temu stream z ich zeszłorocznego koncertu na festiwalu w Meksyku i uczucia mam mieszane. Niby wszystko jest jak było, a nic nie jest. Sam Edincott brzmi na tym koncercie jakby był chory, albo jakby dopiero wstał z łóżka, w ogóle wygląda jak cosplay Trenta Reznora z czasów Downward Spiral, jego wokal jest mega anemiczny, a przecież jednym ze znaków rozpoznawczych The Bravery zawsze było to, że facet potrafił śpiewać jak pędzący pociąg. Cały ten występ jest jakiś taki nieinspirujący, zagrany bo zagrany. Rzetelnie (nawet tutaj nie do końca), ale bez jaj. Trochę mnie to zasmuciło, a z drugiej strony, minęło 16 lat odkąd ich widziałem ten jeden raz (kiedy byli u szczytu) i sam po sobie powinienem wiedzieć, ze człowiek się starzeje. Zobaczymy co pokażą na nowej płycie, bo zakładam, że nie zeszli się żeby zagrać parę festiwali, to nie tego typu zespół.
W każdy razie, The Bravery zawsze będzie dla mnie bardzo istotnym zespołem i płytą, bo dzięki nim, przestałem w końcu traktować nowe zespołu w sposób arogancki i naprawdę fajnie mieć wspomnienia z koncertu takiego bandu w połowie 2000s. To jest naprawdę dobre uczucie nie mieć racji.
Nie do końca jestem przekonany do tego jak ten album jest wrzucony na YT (single w playliście są tylko w wersjach z klipami, a ich jakość audio jest taka sobie, mimo że to oficjalny kanał), więc wyjątkowo daję link do Spotify:
https://open.spotify.com/album/6Iwyh8h43Jl4U3orWe4oGC
i jeszcze jedno. Wersja płyty, którą zassałem wtedy w 2006 r., to była Special Edition i dopiero po latach zorientowałem się, że oryginał wcale nie kończy się na Hot Pursuit. Niemniej, dla mnie to zawsze będzie cześć albumu i w moim świecie, płyta kończy się Hot Pursuit więc go tu dorzucam i polecam go sobie włączyć zaraz po reszcie.
https://www.youtube.com/watch?v=MpRLJ7z2Ki4
Pisałem przy okazji recenzji płyty Nasa o tym, że szkoda mi tamtych czasów pod kątem mojej obojętności na bieżący hip-hop. Ale to nie był tylko hip-hop. To było w zasadzie wszystko co wychodziło. Pierwsza połowa lat 2000, to było trochę średniowiecze dla mnie, a trochę nie i zaraz to wyjaśnię, ale najpierw mały background muzyczny. Jest w/w początek nowej dekady (a nawet tysiąclecia), The Strokes wydają albumy Is This It i Room on Fire, których gigantyczny sukces staje się pewnym bardzo istotnym precedensem – klasyczny rock znowu był popularny, po raz pierwszy na taką skale od lat 70. The Strokes otworzyli drzwi wszystkim młodym zespołom indie, które próbowały przebić się przez muzyczny landszaft opanowany nu metalem i rapem, od tego momentu tama puściła na maksa. Nie pytajcie mnie o znacznie zwrotu indie rock, uważam że sytuacja wyglądała wtedy trochę jak w latach 80 z new romantic, pakowano wszystkie zespoły do jednego wora, między innymi za stylówę (której blueprintem był Julian Casablancas), mimo że one wcale nie brzmiały tak samo.
W każdym razie, co robiłem wtedy ja? Miałem to wszystko w dupie, siedziałem zakopany w starych zespołach i słuchałem Trójki xD Okres ten miał plusy i minusy, teraz słuchanie Kaczkowskiego może być cringem i jeśli mam być szczery, i wtedy bywało, to jednak były to przyzwoite korepetycje (np. u niego pierwszy raz usłyszałem Lizard, dzięki czemu wkręciłem się w King Crimson, a w jakiejś pasmówce Niedźwieckiego pierwszy raz usłyszałem no-man).
Niestety, miałem wtedy idiotyczne, aroganckie i ekstremalnie szczeniackie podejście, według którego nowe, świeżo powstałe, debiutujące zespoły nie mogły być warte uwagi. Co one niby mogły zaprezentować, przecież to dzieci. A ja słuchałem Depeche Mode, U2, Petera Gabriela, itd., wykonawców doświadczonych, z prawdziwym stażem, z dorobkiem, a nie jakiegoś pitolenia grajków, którzy gówno wiedzą. Do tej pory mnie trzęsie jak o tym sobie przypominam. Dla mnie szczytem akceptacji było zainteresowanie się Radiohead w 2003 r. i słuchanie „Think Tank” Blur, a i tak uważałem, że to są „młode” zespoły. Można powiedzieć, że osiągnąłem w wieku 16 lat szczyt boomerstwa. Nie można było ze mną w szkole porozmawiać o jakiś fajnych, modnych zespołach, bo ja się obsrywałem i wracałem do Black Celebration. Nawet nie sprawdzałem tych nowinek, byłem z góry nastawiony anty (trochę czasami Shodan teraz
Tymczasem, w okolicach 2004 r., jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kolejne indie zespoły, których teraz jestem fanem, a wtedy miałem je w dupie. Był jeden moment kiedy mogłem się z tego wyrwać, jakoś w 2004 lub 2005 roku, siedząc popołudniu (zachodziło słońce) w dużym pokoju i jedząc obiad, zobaczyłem w MTV teledysk do „All Sparks” Editorsów i się nawet zainteresowałem, ale zeszło ze mnie zanim zdążyłem jakoś to przekuć w czyny (czyt. ściągnąć coś z emula, YT wtedy działał jak gówno i w sumie chyba jeszcze nie funkcjonował jak teraz, czyli nie było jakimś go-to miejscem do poznawania muzyki). Kojarzyłem większe hity tamtych czasów, np. Take me out, ale wydawały mi się po prostu niepoważne. Oni śpiewają o jakimś wychodzeniu na miasto, a ja przecież tutaj słucham Depesz Mołd, którzy śpiewają o życiu, o śmierci i w ogóle o miłości (zaraz parkinsona dostanę z cringu).
Wszystko się zmieniło w 2006 r. dzięki, lol, Depeche Mode xDDDD Jeszcze w 2005 r. ogłoszono, że Dipsze Mołd zagrają koncert w Katowicach w lutym kolejnego roku. Pojechałem tam wtedy z moja pierwszą dziewczyną jakimś Depesz-busem, pełnym depeszów. To był dzień wielu rozczarowań i jedyną rzeczą, która takim rozczarowaniem nie była, był support DM – The Bravery.
Wchodząc na salę i zajmując miejsce, nie miałem pojęcia kto będzie grał przed gwiazdą wieczoru i miałem to w dupie, nie interesowałem się tym. No i wyszli The Bravery, zespół tak bardzo oddalony od tego co robili DM (jednocześnie bardzo nim zainspirowany), pod każdym względem.
To był głośny, pełen energii występ, który powalił mnie na kolana. Oczywiście większość sali nie była pod wrażeniem (poza Devem, który gdzieś tam siedział na sali, ale się nie znaliśmy). Fani DM, przynajmniej Polscy, mieli wtedy opinię muzycznych dresów. Każdy support wygwizdywano, co chyba najbardziej eskalowało podczas występu polskiego zespołu Tilt przed Gahanem w 2003 r. Było mi autentycznie wstyd tam siedzieć, serce się krajało jak się patrzyło co się dzieje. Absolutne zero szacunku.
Na The Bravery nie było tak ekstremalnie, ale narzekania mogłem czytać potem w internecie np. na kresce. Pamiętam, że głównym zarzutem dla ludzi było to, że frontman wystąpił w swetrze. prostytutka no. Wiadomo, nie kręcisz dupą w skórzanej kurtce i podkoszulku, nie istniejesz. Kiedy wracałem z Katowic, to myślałem tylko o koncercie The Bravery. Następnego dnia, pierwszą rzeczą było ściągniecie ich albumu, debiutu pod tym samym tytułem. Po raz drugi zostałem powalony na ziemie. Nikt ze znajomych depeszy, których wtedy znałem, nie podzielał mojego entuzjazmu. Wszyscy się dziwili, czemu DM bierze sobie takie supporty z dupy, zamiast jeździć z zespołami takimi jak Nitzer Ebb. Od tamtej pory sporo się nad tym zastanawiałem, bo DM rzadko ciągali ze sobą grupy brzmiące jak oni (oni w sensie DM). Czy oni te zespoły sami wybierali, czy może ktoś robił to za nich. A może ktoś robił im listę nadających się wykonawców z labela, a oni z tego wybierali. Ta ostatnia opcja wydaje się być najbardziej prawdopodobna. Oni nie byli kompletnie ślepi na to z kim grają, w końcu Fletcher specjalnie założył Toast Hawaii żeby wydać płyty Client, które jako Technique grały przed DM między innymi w Warszawie na Exciter Tour.
W każdym razie, The Bravery było dla mnie objawieniem i z perspektywy lat mogę chyba powiedzieć, że to był jeden z najbardziej kluczowych zespołów, mających wpływ na moje wyjście z w/w muzycznego bunkra. Przez kolejne lata zacząłem wchłaniać pozostałe zespoły z „nurtu”, między innymi The Killers w 2007 r. (to dzięki Joy Division), Editors i Kasabian w 2009 r., potem Arctic Monkeys, Arcade Fire, Franz Ferdinand, itd. Jednak jedynym zespołem, którego słuchałem w największym hejdeju, i który udało mi się w takim czasie zobaczyć, było właśnie The Bravery. To było dla mnie, wtedy w 2006 r., otrzeźwiające i bardzo pozytywne przeżycie.
Na samym albumie, mimo że w zasadzie uwielbiam go w całości, są pewne fragmenty, które z różnych powodów mają dla mnie większe znaczenie. Tyrant był tym momentem na koncercie, kiedy zdałem sobie sprawę, że ja ten zespół MUSZĘ sprawdzić. Nie wiem co DM musieliby tamtego wieczora zrobić żeby to przebić. Ten kawałek nadal przenosi mnie w mega sentymentalne rejony, mimo że te czasy (2004 – 2006) wcale nie były dla mnie jakoś szczególnie dobre, wręcz uważam, że to był absolutny low mojego dotychczasowego życia. Ale jednak jak odpalam Tyrant, to budzi we mnie jedynie pozytywne emocje. Podobnie single z albumu - An Hontest Mistake, Unconditional i Fearless (z teledyskiem, który jest kwintesencją tego brzmienia), każdy to jest absolutne złoto. Public Service Annoucement wgniotło mnie na koncercie w wersji live z wkręcającym się elektronicznym arpem i generalnie całą energią jaką ten utwór niesie. The Bravery pokazało mi jak istotna jest taka energia jako środek wyrazu. Out of Line jest dobry showcase’em tego jak mięsisty jest tutaj mix. Wszystko aż chodzi.
Kocham w tym albumie olbrzymi nacisk położony na bas, w zasadzie cała płyta jedzie głównie na basie i to ich wyróżniało spośród innych zespołów rock revivalu w tamtym czasie. Wokalista, Sam Edincott, przypomina momentami Roberta Szmita, co w połączeniu z muzyką przywodzi trochę na myśl debiut The Cure, który uwielbiam (ale tylko trochę, bo to jednak inna muzyka). Melodie, żelazna sekcja rytmiczna, wokal i rozpędzony pociąg energii, to rzeczy, które robią dla mnie ten album. Dużo tu niezobowiązującego luzu, który można uchwycić tylko w młodości.
Nigdy nie przestałem być fanem The Bravery, ale ich drugi album trochę mnie rozczarował kiedy wyszedł w 2007 r. (poza singlem Time What Let Me Go), a potem nasze drogi trochę się rozjechały, w wyniku czego trzeci album przesłuchałem z dużym opóźnieniem. W 2011 r. zespół zawiesił istnienie (do czego przyznali się dopiero w 2014 r.). Od tamtej pory czekałem bardzo na ich powrót, tracąc nadzieje. No i stało się, oficjalnie TB wrócili w ubiegłym roku, na razie jedynie jako grupa koncertująca. Obejrzałem parę dni temu stream z ich zeszłorocznego koncertu na festiwalu w Meksyku i uczucia mam mieszane. Niby wszystko jest jak było, a nic nie jest. Sam Edincott brzmi na tym koncercie jakby był chory, albo jakby dopiero wstał z łóżka, w ogóle wygląda jak cosplay Trenta Reznora z czasów Downward Spiral, jego wokal jest mega anemiczny, a przecież jednym ze znaków rozpoznawczych The Bravery zawsze było to, że facet potrafił śpiewać jak pędzący pociąg. Cały ten występ jest jakiś taki nieinspirujący, zagrany bo zagrany. Rzetelnie (nawet tutaj nie do końca), ale bez jaj. Trochę mnie to zasmuciło, a z drugiej strony, minęło 16 lat odkąd ich widziałem ten jeden raz (kiedy byli u szczytu) i sam po sobie powinienem wiedzieć, ze człowiek się starzeje. Zobaczymy co pokażą na nowej płycie, bo zakładam, że nie zeszli się żeby zagrać parę festiwali, to nie tego typu zespół.
W każdy razie, The Bravery zawsze będzie dla mnie bardzo istotnym zespołem i płytą, bo dzięki nim, przestałem w końcu traktować nowe zespołu w sposób arogancki i naprawdę fajnie mieć wspomnienia z koncertu takiego bandu w połowie 2000s. To jest naprawdę dobre uczucie nie mieć racji.
Nie do końca jestem przekonany do tego jak ten album jest wrzucony na YT (single w playliście są tylko w wersjach z klipami, a ich jakość audio jest taka sobie, mimo że to oficjalny kanał), więc wyjątkowo daję link do Spotify:
https://open.spotify.com/album/6Iwyh8h43Jl4U3orWe4oGC
i jeszcze jedno. Wersja płyty, którą zassałem wtedy w 2006 r., to była Special Edition i dopiero po latach zorientowałem się, że oryginał wcale nie kończy się na Hot Pursuit. Niemniej, dla mnie to zawsze będzie cześć albumu i w moim świecie, płyta kończy się Hot Pursuit więc go tu dorzucam i polecam go sobie włączyć zaraz po reszcie.
https://www.youtube.com/watch?v=MpRLJ7z2Ki4
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Katie Melua - In Winter
Katie Melua znałem od lat, pewnie jak każdy, za sprawą jej dwóch przebojów z debiutanckiej płyty, czyli Nine Million Bicycles i Spider's Web. I tyle. Mimo, że utwory niczego sobie, nie widziałem żadnego powodu, żeby się nią zainteresować. Zresztą w pierwszej dekadzie prezentowałem bardzo podobną postawę względem muzyki, jaką opisuje powyżej Hien. I nagle latem zeszłego roku ni z tego, ni z owego naszło mnie, żeby popróbować muzyki Katie. Pomysł całkiem z dupy. Ale od jakiegoś czasu takie zachcianki miewam, odkąd otworzyłem się na poznawanie muzyki, w tym również wykonawców olewanych przez wiele lat, jak właśnie Melua, Alicia Keys czy choćby Bjork.
Ściągnąłem debiutancką płytę Piece by Piece i właśnie In Winter z 2016r. I o ile ta pierwsza była spoko, to druga całkowicie mnie zauroczyła. Jest tam dokładnie wszystko, co najbardziej lubię w muzyce - melancholijny i mega nastrojowy klimat, ładny kobiecy wokal, tony gitary akustycznej, dużo folku i przede wszystkim fantastyczny żeński chór Gori.
Jak wiecie zapewne Katie Melua pochodzi z Gruzji, choć od dawna na stałe mieszka w GB. I In Winter został nagrany w jej rodzimym kraju jako album w świątecznym klimacie. Pierwszy utwór The Little Swallow to tradycyjna ukraińska kolęda zaśpiewana wespół z chórem. Zresztą chór Gori przewija się przez wszystkie utwory, w niektórych tworząc niezwykle bajkowe klimaty. Jakby się słuchało soundtracku z jakiejś pięknej baśni Disneya, jak choćby w Dreams on Fire. W tradycyjnym Cradle Song znów prym wiedzie niesamowity chór śpiewający acapella. Natomiast If You Are So Beautiful to już całkowicie gruziński folk.
Sama Katie jest autorką 4 utworów na płycie: Perfect World, A Time To Buy, Dreams on Fire i fantastycznego Plane Song. Album zamyka światowy bożonarodzeniowy hit "O Holy Night".
Cechą charakterystyczną albumu jest całkowity brak perkusji, no ale jak mówiłem, klimaty są około świąteczne i perka nie miałaby tu w zasadzie nic do szukania. Główne instrumenty to gitara akustyczna i głosy Katie oraz chórzystek z Gruzji, czasami tylko wspomagane pianinem lub innym żywym instrumentem. Siłą tego albumu są po prostu przepiękne melodie i bajkowy klimat.
Sądzę, że niektórzy będą słuchając ziewać (mógłbym się nawet założyć kto). Ale trudno, dla mnie to jest jeden z topowych albumów i już. Słuchałem jeszcze innych płyt Katie, ale żaden nie był w stanie dorównać jednak In Winter.
https://www.youtube.com/watch?v=LPYxvgw ... u&index=10
Katie Melua znałem od lat, pewnie jak każdy, za sprawą jej dwóch przebojów z debiutanckiej płyty, czyli Nine Million Bicycles i Spider's Web. I tyle. Mimo, że utwory niczego sobie, nie widziałem żadnego powodu, żeby się nią zainteresować. Zresztą w pierwszej dekadzie prezentowałem bardzo podobną postawę względem muzyki, jaką opisuje powyżej Hien. I nagle latem zeszłego roku ni z tego, ni z owego naszło mnie, żeby popróbować muzyki Katie. Pomysł całkiem z dupy. Ale od jakiegoś czasu takie zachcianki miewam, odkąd otworzyłem się na poznawanie muzyki, w tym również wykonawców olewanych przez wiele lat, jak właśnie Melua, Alicia Keys czy choćby Bjork.
Ściągnąłem debiutancką płytę Piece by Piece i właśnie In Winter z 2016r. I o ile ta pierwsza była spoko, to druga całkowicie mnie zauroczyła. Jest tam dokładnie wszystko, co najbardziej lubię w muzyce - melancholijny i mega nastrojowy klimat, ładny kobiecy wokal, tony gitary akustycznej, dużo folku i przede wszystkim fantastyczny żeński chór Gori.
Jak wiecie zapewne Katie Melua pochodzi z Gruzji, choć od dawna na stałe mieszka w GB. I In Winter został nagrany w jej rodzimym kraju jako album w świątecznym klimacie. Pierwszy utwór The Little Swallow to tradycyjna ukraińska kolęda zaśpiewana wespół z chórem. Zresztą chór Gori przewija się przez wszystkie utwory, w niektórych tworząc niezwykle bajkowe klimaty. Jakby się słuchało soundtracku z jakiejś pięknej baśni Disneya, jak choćby w Dreams on Fire. W tradycyjnym Cradle Song znów prym wiedzie niesamowity chór śpiewający acapella. Natomiast If You Are So Beautiful to już całkowicie gruziński folk.
Sama Katie jest autorką 4 utworów na płycie: Perfect World, A Time To Buy, Dreams on Fire i fantastycznego Plane Song. Album zamyka światowy bożonarodzeniowy hit "O Holy Night".
Cechą charakterystyczną albumu jest całkowity brak perkusji, no ale jak mówiłem, klimaty są około świąteczne i perka nie miałaby tu w zasadzie nic do szukania. Główne instrumenty to gitara akustyczna i głosy Katie oraz chórzystek z Gruzji, czasami tylko wspomagane pianinem lub innym żywym instrumentem. Siłą tego albumu są po prostu przepiękne melodie i bajkowy klimat.
Sądzę, że niektórzy będą słuchając ziewać (mógłbym się nawet założyć kto). Ale trudno, dla mnie to jest jeden z topowych albumów i już. Słuchałem jeszcze innych płyt Katie, ale żaden nie był w stanie dorównać jednak In Winter.
https://www.youtube.com/watch?v=LPYxvgw ... u&index=10
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Platyna nie złoto!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
GAS - Pop
Proszę Państwa, oto Gaz. GAS to pseudo Wolfganga Voigta, człowieka-instytucję, jeśli chodzi o ambient techno. Myślę, że sam miałby problem z wymienieniem wszystkich nazw, pod którymi wydaje swoją muzykę od lat dziewięćdziesiątych. GAS to jego najlepsze wcielenie. Najpiękniejsze w jego twórczości jest to, że wszystkie płyty są dość podobne do siebie, ale po bliższym wsłuchaniu się, nieuleganiu pierwszym, mętnym wrażeniom, ujawnia się całe bogactwo tej muzyki. Najwięcej problemów przysparza mi debiut o zmyślnym tytule Gas i najnowsza płyta Der lange Marsch. Pierwsza to świadectwo rodzącego się stylu i standardu brzmienia Niemca ze wszystkimi tego konsekwencjami. Utwory często są za długie, konstruowane pętle brzmieniowo i klimatycznie nie są aż tak satysfakcjonujące. Miejscami też próbuje być bardziej konkretny rytmicznie, a to przy takich pejzażach w tle też nie działa. Der lange Marsch to coś w rodzaju przetworzenia motywów pochodzących ze wszystkich poprzednich płyt, tyle że jak dla mnie takie zestawienie może działać tylko wtedy, kiedy nie zna się niczego innego z repertuaru GASa. Nieciekawe, dziwne zmiksowane, a do tego przez większość materiału przewija się nadający rytm pisk z Rausch, przez co całość jest dodatkowo bardziej irytująca.
Mój pierwszy kontakt z jego muzyką to najpewniej jakieś pojedyncze utwory poznane na początku 2018 roku. Odbiłem się jak od ściany, takiej muzyki dopiero uczyłem się słuchać. Przyszedł jednak przełom czerwca i lipca tego samego roku. GAS zagrał wtedy na TNMK seta opartego na Narkopopie i Rausch, najnowszych płytach, które stanowiły powrót na rynek wydawniczy po 17 latach. Miałem tę przyjemność doświadczyć tego na żywo. Zabrakło mi tylko koca, żeby odbierać to na leżąco, ale tak hipnotyczna muzyka w połączeniu z późną porą i otaczającym przestrzeń półmrokiem zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Trzeba było zacząć słuchać płyt w całości. Od tamtej pory mogę śmiało określić się fanem GASa. Właściwie poza wyżej wspomnianymi dwoma krążkami reszta przyjęła się rewelacyjnie.
Pop to jego największe osiągniecie z czasów pierwszego wcielenia tego projektu. Moja równieśniczka! Na Pop składa się to samo, co pojawia się w starszych i nowszych płytach. To kilka dłuższych impresji elektronicznych osnutych w takiej leśnej, onirycznej, gęstej atmosferze. Sample z otoczenia, bogato brzmiące pady, interesująca melodyka, a przede wszystkim hipnotyczny rytm, poczucie zawieszenia czasu i przestrzeni. Czy ta muzyka może się zestarzeć? Miejscami bit wychodzi wyraźnie przed szereg, a czasami w ogóle się nie pojawia, rytm kontrolują inne dźwięki albo po prostu porządkuje się za sprawą powtarzanych fraz.
Mam nadzieje, że nie ulegniecie. Za pierwszym razem może być trudno skupić się na muzyce samej w sobie, ale jakaś lektura czy po prostu drobne zajęcie w tle może pomóc. Chociaż nie będę udawał, że ja potrafię odpoczywać przy tej muzyce bez dodatkowych bodźców. Po Rubyconie czas na grubszy odlot.
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... pJa-LKGi7I
Proszę Państwa, oto Gaz. GAS to pseudo Wolfganga Voigta, człowieka-instytucję, jeśli chodzi o ambient techno. Myślę, że sam miałby problem z wymienieniem wszystkich nazw, pod którymi wydaje swoją muzykę od lat dziewięćdziesiątych. GAS to jego najlepsze wcielenie. Najpiękniejsze w jego twórczości jest to, że wszystkie płyty są dość podobne do siebie, ale po bliższym wsłuchaniu się, nieuleganiu pierwszym, mętnym wrażeniom, ujawnia się całe bogactwo tej muzyki. Najwięcej problemów przysparza mi debiut o zmyślnym tytule Gas i najnowsza płyta Der lange Marsch. Pierwsza to świadectwo rodzącego się stylu i standardu brzmienia Niemca ze wszystkimi tego konsekwencjami. Utwory często są za długie, konstruowane pętle brzmieniowo i klimatycznie nie są aż tak satysfakcjonujące. Miejscami też próbuje być bardziej konkretny rytmicznie, a to przy takich pejzażach w tle też nie działa. Der lange Marsch to coś w rodzaju przetworzenia motywów pochodzących ze wszystkich poprzednich płyt, tyle że jak dla mnie takie zestawienie może działać tylko wtedy, kiedy nie zna się niczego innego z repertuaru GASa. Nieciekawe, dziwne zmiksowane, a do tego przez większość materiału przewija się nadający rytm pisk z Rausch, przez co całość jest dodatkowo bardziej irytująca.
Mój pierwszy kontakt z jego muzyką to najpewniej jakieś pojedyncze utwory poznane na początku 2018 roku. Odbiłem się jak od ściany, takiej muzyki dopiero uczyłem się słuchać. Przyszedł jednak przełom czerwca i lipca tego samego roku. GAS zagrał wtedy na TNMK seta opartego na Narkopopie i Rausch, najnowszych płytach, które stanowiły powrót na rynek wydawniczy po 17 latach. Miałem tę przyjemność doświadczyć tego na żywo. Zabrakło mi tylko koca, żeby odbierać to na leżąco, ale tak hipnotyczna muzyka w połączeniu z późną porą i otaczającym przestrzeń półmrokiem zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Trzeba było zacząć słuchać płyt w całości. Od tamtej pory mogę śmiało określić się fanem GASa. Właściwie poza wyżej wspomnianymi dwoma krążkami reszta przyjęła się rewelacyjnie.
Pop to jego największe osiągniecie z czasów pierwszego wcielenia tego projektu. Moja równieśniczka! Na Pop składa się to samo, co pojawia się w starszych i nowszych płytach. To kilka dłuższych impresji elektronicznych osnutych w takiej leśnej, onirycznej, gęstej atmosferze. Sample z otoczenia, bogato brzmiące pady, interesująca melodyka, a przede wszystkim hipnotyczny rytm, poczucie zawieszenia czasu i przestrzeni. Czy ta muzyka może się zestarzeć? Miejscami bit wychodzi wyraźnie przed szereg, a czasami w ogóle się nie pojawia, rytm kontrolują inne dźwięki albo po prostu porządkuje się za sprawą powtarzanych fraz.
Mam nadzieje, że nie ulegniecie. Za pierwszym razem może być trudno skupić się na muzyce samej w sobie, ale jakaś lektura czy po prostu drobne zajęcie w tle może pomóc. Chociaż nie będę udawał, że ja potrafię odpoczywać przy tej muzyce bez dodatkowych bodźców. Po Rubyconie czas na grubszy odlot.
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... pJa-LKGi7I
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Grimes - Visions
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... 3n1ICDxk_R
O Grimes pewnie słyszał każdy albo prawie każdy, kto miał styczność z zachodnią popkulturą w ostatnich latach. Tak, to ta zakręcona jak lato z radiem tudzież paczka gwoździ typiara, która chodziła z Elonem Muskiem i która ma z nim dziecko, które nazwali X Æ A-Xii (tylko jeszcze XD tu brakuje) i która po rozstaniu z nim paradowała po ulicach z Kapitałem Marksa w ręku.
Z jej twórczością pierwszy raz się zetknąłem w 2013 roku, to były jeszcze te czasy, gdy ściągałem muzę z Internetu oraz gdy miałem stanowczo za dużo wolnego czasu. Jakoś też odchodziłem niby wówczas od DADROCKA i innych dziadowskich pierdzeń na rzecz właśnie jakichś protoniezali, awangardowych pitoleń czy synthpopu z Pitchforka. W sumie to z perspektywy czasu to nawet nie uważam, że ta muza była zła, bo jakby była to bym jednego z symboli tamtego mojego okresu niedoyebania nie wrzucał, ale odnajduję w cholerę zabawnym to traktowanie z góry ludzi, którzy lubią jakieś dziaderskie pierdy typu Queen, a nie te fajne muziczki co ja i moi super koledzy. xD
Dobra, przejdę może do meritum.
Ta płyta to zdecydowane magnum opus typiary. Wcześniejsze są jakieś takie nierówne i brzmią jak niezal sprzed dekady z Kanady (lol), kolejna plyta to byl taki maksymalnie radiowy pop, ktory totalnie mnie odrzucil od Grimes na lata.
Jak juz pisalem na poczatku laska jest zakrecona jak słoik ogórków w piwnicy i jeśli nie wystarczy wam to, o czym wspomniałem na początku, to dodam, że krąży generalnie fama, jakoby przed nagraniem tej płyty zamknęła się na jakiś tydzień z hakiem w pokoju, żyjąc o samej wodzie. Po co to zrobiła? Nie wiem, ale mam kolegę co też nie wie, ale podejrzewa, że widział kiedyś w gazecie kogoś, kto stał obok kogoś, kto słyszał o kimś, kto wie. : mrgreen:
Być może to taka sama prawda jak to, że Franz miał strzelać do papieża, ale coś w tym może jest. WCZORAJ w temacie o utworach pisząc o Bjork wspominałem o umiejętności tworzenia unikalnego mikroklimatu w muzyce. Tutaj też go czuję, ba, nawet zaryzykowałbym tezę, ze słyszę tu Bjork, ale taką która wychowywała się w Ameryce lat 90 grając w Zeldę na Nintendo 64, i wydała kupę hajsu na stare syntezatory (śmiesznie brzmią na tej płycie xd) oraz taką, która nazwała Hildegarde z Bingen swoim IDOLEM.
Ale też jednocześnie słyszę ładne i przebojowe kompozycje jak Oblivion czy Genesis (imo bardzo RZETELNY banger), słyszę dobrą produkcję (hej, w koncu to wydalo 4AD!), wiele generalnie fajnych rzeczy i zagrywek tam słyszę jak np. bardzo zmysłowe Skin czy chwytliwe Be a Body.
Serio jestem w opór ciekaw waszych opinii!
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... 3n1ICDxk_R
O Grimes pewnie słyszał każdy albo prawie każdy, kto miał styczność z zachodnią popkulturą w ostatnich latach. Tak, to ta zakręcona jak lato z radiem tudzież paczka gwoździ typiara, która chodziła z Elonem Muskiem i która ma z nim dziecko, które nazwali X Æ A-Xii (tylko jeszcze XD tu brakuje) i która po rozstaniu z nim paradowała po ulicach z Kapitałem Marksa w ręku.
Z jej twórczością pierwszy raz się zetknąłem w 2013 roku, to były jeszcze te czasy, gdy ściągałem muzę z Internetu oraz gdy miałem stanowczo za dużo wolnego czasu. Jakoś też odchodziłem niby wówczas od DADROCKA i innych dziadowskich pierdzeń na rzecz właśnie jakichś protoniezali, awangardowych pitoleń czy synthpopu z Pitchforka. W sumie to z perspektywy czasu to nawet nie uważam, że ta muza była zła, bo jakby była to bym jednego z symboli tamtego mojego okresu niedoyebania nie wrzucał, ale odnajduję w cholerę zabawnym to traktowanie z góry ludzi, którzy lubią jakieś dziaderskie pierdy typu Queen, a nie te fajne muziczki co ja i moi super koledzy. xD
Dobra, przejdę może do meritum.
Ta płyta to zdecydowane magnum opus typiary. Wcześniejsze są jakieś takie nierówne i brzmią jak niezal sprzed dekady z Kanady (lol), kolejna plyta to byl taki maksymalnie radiowy pop, ktory totalnie mnie odrzucil od Grimes na lata.
Jak juz pisalem na poczatku laska jest zakrecona jak słoik ogórków w piwnicy i jeśli nie wystarczy wam to, o czym wspomniałem na początku, to dodam, że krąży generalnie fama, jakoby przed nagraniem tej płyty zamknęła się na jakiś tydzień z hakiem w pokoju, żyjąc o samej wodzie. Po co to zrobiła? Nie wiem, ale mam kolegę co też nie wie, ale podejrzewa, że widział kiedyś w gazecie kogoś, kto stał obok kogoś, kto słyszał o kimś, kto wie. : mrgreen:
Być może to taka sama prawda jak to, że Franz miał strzelać do papieża, ale coś w tym może jest. WCZORAJ w temacie o utworach pisząc o Bjork wspominałem o umiejętności tworzenia unikalnego mikroklimatu w muzyce. Tutaj też go czuję, ba, nawet zaryzykowałbym tezę, ze słyszę tu Bjork, ale taką która wychowywała się w Ameryce lat 90 grając w Zeldę na Nintendo 64, i wydała kupę hajsu na stare syntezatory (śmiesznie brzmią na tej płycie xd) oraz taką, która nazwała Hildegarde z Bingen swoim IDOLEM.
Ale też jednocześnie słyszę ładne i przebojowe kompozycje jak Oblivion czy Genesis (imo bardzo RZETELNY banger), słyszę dobrą produkcję (hej, w koncu to wydalo 4AD!), wiele generalnie fajnych rzeczy i zagrywek tam słyszę jak np. bardzo zmysłowe Skin czy chwytliwe Be a Body.
Serio jestem w opór ciekaw waszych opinii!
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
4AD to od dwóch dekad jest 4AD tylko z nazwy xd just sayin
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Pany mam pytanie. Czy Wy wklejacie swoje typy wg jakiegoś prywatnego rankingu?
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Ja wklejam rzeczy ważne w losowej kolejności. Tzn. ułożyłem taką, której jedynym uzasadnieniem jest moja subiektywna dynamika, nic więcej.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Jean Michel Jarre - Magnetic Fields
https://youtu.be/hgScmJUUCoI
Dlugo zastanawialem sie, jak sie do tego zabrac. I wreszcie mnie olsnilo. Byc moze wlasnie to jest plyta, dzieki ktorej slucham Depeche Mode. Nie od razu znalem cala plyte, ale Magnetic Field 2 pamietam.... odkad pamietam. Bardzo mozliwe, ze juz jako kilkulatek. Pamietsm, ze kiedy lecial w radio, to sie cieszylem jak... dziecko. To byl dla mnie prawdziwy kosmos. Ta muzyka przenosila mnie z zupelnie inny swiat. Swiat podrozy w czasie i przestrzeni. No i ta elektronika... bylem i jestem tym zafascynowany. Potem przez kolejnych okolo 40 lat mojego zycia uslyszalem wiele piosenek, w tym nawet byc moze lepszych, sle Magnetic Fields tonMagnetic Fields. Potem poznawalem JMJ coraz bardziej i okazalo sie, ze jest wiele super kawalkow. Ale ten pierwszy ma u mnie swoje szczegolne miejsce.
https://youtu.be/hgScmJUUCoI
Dlugo zastanawialem sie, jak sie do tego zabrac. I wreszcie mnie olsnilo. Byc moze wlasnie to jest plyta, dzieki ktorej slucham Depeche Mode. Nie od razu znalem cala plyte, ale Magnetic Field 2 pamietam.... odkad pamietam. Bardzo mozliwe, ze juz jako kilkulatek. Pamietsm, ze kiedy lecial w radio, to sie cieszylem jak... dziecko. To byl dla mnie prawdziwy kosmos. Ta muzyka przenosila mnie z zupelnie inny swiat. Swiat podrozy w czasie i przestrzeni. No i ta elektronika... bylem i jestem tym zafascynowany. Potem przez kolejnych okolo 40 lat mojego zycia uslyszalem wiele piosenek, w tym nawet byc moze lepszych, sle Magnetic Fields tonMagnetic Fields. Potem poznawalem JMJ coraz bardziej i okazalo sie, ze jest wiele super kawalkow. Ale ten pierwszy ma u mnie swoje szczegolne miejsce.
Enjoy The Silence
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
@ shodan - Szczerze to nie bardzo, pewnie postaram się te naj naj zmieścić w pierwszej 10/25 ale większość jest na podobnym poziomie i w kazdej chwili może ulec zmianie ale to bardziej utwory. Albumy raczej pierwsza dycha będzie dla mnie dość równa, kolejna może stać u mnie ciut niżej.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Przypominam kolejkę i zapraszam do omawiania Blondie (pierwszeństwo dla Melkiego na zachętę)
Blondie - Eat To The Beat
https://www.youtube.com/watch?v=vEjCDri ... _78tEqNE0Y
Philip Glass - Koyaanisqatsi
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... E4qQRsnc7s
The Advisory Circle - Other Channels
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... FKpCl14M_E
The Bravery - The Bravery
https://open.spotify.com/album/6Iwyh8h43Jl4U3orWe4oGC
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... wmKr-jR0fg
Katie Melua - In Winter
https://www.youtube.com/watch?v=LPYxvgw ... u&index=10
GAS - Pop
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... pJa-LKGi7I
Grimes - Visions
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... 3n1ICDxk_R
Jean Michel Jarre - Magnetic Fields
https://youtu.be/hgScmJUUCoI
Blondie - Eat To The Beat
https://www.youtube.com/watch?v=vEjCDri ... _78tEqNE0Y
Philip Glass - Koyaanisqatsi
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... E4qQRsnc7s
The Advisory Circle - Other Channels
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... FKpCl14M_E
The Bravery - The Bravery
https://open.spotify.com/album/6Iwyh8h43Jl4U3orWe4oGC
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... wmKr-jR0fg
Katie Melua - In Winter
https://www.youtube.com/watch?v=LPYxvgw ... u&index=10
GAS - Pop
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... pJa-LKGi7I
Grimes - Visions
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... 3n1ICDxk_R
Jean Michel Jarre - Magnetic Fields
https://youtu.be/hgScmJUUCoI
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie tyle chodzi mi o to, czy wstawiacie w kolejności od 1 do 10, tylko czy wrzucane teraz albumy lub utwory są rzeczywiście w Waszym top 10. Czy np. Rubicon jest w top 10 Dragona, a NAS strippeda?
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Ja ledwie zebralem 10 albumow 
Enjoy The Silence
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Powiem Ci tak shodan - z Nasem akurat nie do końca bo Stillmatic to ani jego najlepszy album ani mój ulubiony, ale pierwszy jaki poznałem więc równie ważny. Ale poza tym tak - to będzie moje top10.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Ja w swojej prywatnej bibliotece muzycznej mam około 3000
jest z czego wybierać
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
10 to dla mnie za mało, więc ścisły top zamknie się może w 30 albumach. Zatem obecne 10 nie będzie wyżej u mnie niż kolejna i jeszcze kolejna dziesiątka.
Ale na pytanie w sumie nie odpowiedziałeś.devotional pisze:11 mar 2022 21:34Ja w swojej prywatnej bibliotece muzycznej mam około 3000jest z czego wybierać
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Tak pytam z ciekawości, bo u mnie ani Sting ani Melua w top 10 by się jednak nie zmieścili. Ale biorę pod uwagę, że zabawa potrwa prawdopodobnie sporo dłużej, niż 10 albumów i 25 utworów, więc rzucam dosyć swobodnie.
Tak się ostatnio zastanawiałem, czy coś podobnego można by w ogóle kiedyś zrobić w temacie np. filmów. Super byłoby też zrobić Best of gier, ale trudno wymagać, żeby ludzie kupowali gry za realną kasę dla forumowej zabawy nie mając gwarancji, czy dana gra się spodoba. Ale filmy to można przecież za darmochę obejrzeć.
Tak się ostatnio zastanawiałem, czy coś podobnego można by w ogóle kiedyś zrobić w temacie np. filmów. Super byłoby też zrobić Best of gier, ale trudno wymagać, żeby ludzie kupowali gry za realną kasę dla forumowej zabawy nie mając gwarancji, czy dana gra się spodoba. Ale filmy to można przecież za darmochę obejrzeć.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Haha, rozmawialiśmy o tym samym z Hienem kiedyś już - o filmach i o grach, utopijna wizja ale przyjemna. Może kiedyś, nie wszystko na raz 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup