Już i tak zapobiegawczo i bez przymusu ściągnąłem album Last Exit.
Best of Forum
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re: Best of Forum
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jak Shodan ściąga album, to już poważne wyznanie xd moje gratulacje
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
No i to mi się podoba, karwasz twarz!
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
A weź pod uwagę Dragon, że byle czego nie ściągam. Trzeba się zasłużyć u shodana. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To co, 'now kiss' i jedziemy dalej? Ktoś chce coś jeszcze dodać?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Now kiss. Jedziem ze śledziem jak to Smoku mawia, dobre tempo, trzymajmy się tego 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Halou – Political
Halou poznałem w 2010 r. Jechałem z ojcem samochodem i miał włączoną Trójkę, ktoś puścił kawałek „I’ll Carry You”, który nadal pozostaje jednym z moich ulubionych. Zapisałem sobie nazwę zespołu i utworu, w domu zaopatrzyłem się w co trzeba i tak to poszło. Spodobało mi się połączenie trip-hopu, lekkiej, oddychającej elektroniki i wokalu ala 4AD z najlepszych lat. Po tym, długo nie wychodziłem poza jeden album – „We Only Love You”, dokładnie 6 lat. O 2016 r. pisałem przy okazji Bark Psychosis i ten rok będzie jeszcze wracał niejednokrotnie. Nie był to dobry okres dla mnie, ale jednocześnie przeszedł do historii jako jeden z najbardziej bogatych
w poznaną muzykę. Do Halou wróciłem w maju, nie pamiętam co było główną przyczyną tego, że zdecydowałem się w końcu zabrać za resztę dyskografii (co odkładałem w nieskończoność).
Sięgnąłem po album „Wiser”, bo był chronologicznie następny, i byłem bardzo zaskoczony tym, jak inaczej brzmiał. Utworem, który najlepiej wypełnił mi wtedy przestrzeń w głowie był „Political”. Ujął mnie minimalizm i to jakie wszystko jest kruche w tym kawałku, praktycznie każdy elementy od wokalu, po skromne instrumentarium. Wszystko jest tak delikatne, że wydaje się jakby miało się zaraz rozsypać, a jednocześnie jest to utwór potężny. To nie jest łatwy efekt do uzyskania, chociaż czułem, że już czegoś takiego wcześniej doświadczyłem (potem wyjaśnię, skąd wzięło się to przeczucie).
To jest absolutny top muzyki, która pomogła mi przetrwać bardzo trudny rok, a takie rzeczy wiążą z piosenkami, płytami, czy wykonawcami na zawsze. Halou słucham do dziś, kilka lat temu zeszli się po sporym okresie hiatusu i wydali trochę doskonałej muzyki.
A teraz fun fact: w 2017 r., Halou napisali na FB posta na temat pewnej płyty, która akurat doczekała się pierwszej od długiego czasu reedycji. Napisali, że wtedy, na początku lat 2000 r., ten album pokazał im, jak tworzyć piękne rzeczy przy użyciu minimum środków i żeby się tego nie bać. Wynikiem tej inspiracji był album „Wiser”, a zwłaszcza „Political”. Tą płytą było „Returning Jesus” no-man xD Oczywiście, nie miałem zielonego pojęcia o tym, ale jednocześnie nie było to dla mnie żadnym zaskoczeniem i się zaśmiałem. Co bym nie robił, nawet zaczynając z punktu bez żadnego logicznego łącznika, zawsze ląduje ostatecznie w orbicie no-man.
https://www.youtube.com/watch?v=r-wOFxGOLZ4
Halou poznałem w 2010 r. Jechałem z ojcem samochodem i miał włączoną Trójkę, ktoś puścił kawałek „I’ll Carry You”, który nadal pozostaje jednym z moich ulubionych. Zapisałem sobie nazwę zespołu i utworu, w domu zaopatrzyłem się w co trzeba i tak to poszło. Spodobało mi się połączenie trip-hopu, lekkiej, oddychającej elektroniki i wokalu ala 4AD z najlepszych lat. Po tym, długo nie wychodziłem poza jeden album – „We Only Love You”, dokładnie 6 lat. O 2016 r. pisałem przy okazji Bark Psychosis i ten rok będzie jeszcze wracał niejednokrotnie. Nie był to dobry okres dla mnie, ale jednocześnie przeszedł do historii jako jeden z najbardziej bogatych
w poznaną muzykę. Do Halou wróciłem w maju, nie pamiętam co było główną przyczyną tego, że zdecydowałem się w końcu zabrać za resztę dyskografii (co odkładałem w nieskończoność).
Sięgnąłem po album „Wiser”, bo był chronologicznie następny, i byłem bardzo zaskoczony tym, jak inaczej brzmiał. Utworem, który najlepiej wypełnił mi wtedy przestrzeń w głowie był „Political”. Ujął mnie minimalizm i to jakie wszystko jest kruche w tym kawałku, praktycznie każdy elementy od wokalu, po skromne instrumentarium. Wszystko jest tak delikatne, że wydaje się jakby miało się zaraz rozsypać, a jednocześnie jest to utwór potężny. To nie jest łatwy efekt do uzyskania, chociaż czułem, że już czegoś takiego wcześniej doświadczyłem (potem wyjaśnię, skąd wzięło się to przeczucie).
To jest absolutny top muzyki, która pomogła mi przetrwać bardzo trudny rok, a takie rzeczy wiążą z piosenkami, płytami, czy wykonawcami na zawsze. Halou słucham do dziś, kilka lat temu zeszli się po sporym okresie hiatusu i wydali trochę doskonałej muzyki.
A teraz fun fact: w 2017 r., Halou napisali na FB posta na temat pewnej płyty, która akurat doczekała się pierwszej od długiego czasu reedycji. Napisali, że wtedy, na początku lat 2000 r., ten album pokazał im, jak tworzyć piękne rzeczy przy użyciu minimum środków i żeby się tego nie bać. Wynikiem tej inspiracji był album „Wiser”, a zwłaszcza „Political”. Tą płytą było „Returning Jesus” no-man xD Oczywiście, nie miałem zielonego pojęcia o tym, ale jednocześnie nie było to dla mnie żadnym zaskoczeniem i się zaśmiałem. Co bym nie robił, nawet zaczynając z punktu bez żadnego logicznego łącznika, zawsze ląduje ostatecznie w orbicie no-man.
https://www.youtube.com/watch?v=r-wOFxGOLZ4
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Aaliyah - One in A Million
https://youtu.be/DztLa2hen9Q
Dobra Panowie, pierwsza dyszka była rozgrzewkowa, czas zagęścić klimat i przejść do meritum. Pomyślałem ostatnio że zamiast wrzucać losowo jakieś swoje numery będę je dobierał tak by jakoś nawiązywać do Waszych wrzutek i na nie odpowiadać, stworzyć taki dialog muzyczny. Kilka pomysłów już mam z poprzednich kolejek ale najpierw wrzucę tego Timbalanda obiecanego Dragonowi. Aaliyah poznałem niestety za późno bo w momencie tuż po jej śmierci w 2001 roku i za sprawą utworu More Than A Woman który był strasznym hiciorem dla mnie. Z biegiem lat poznałem nieco lepiej jej dyskografię choć na półce wystarczy mi w sumie jej bestka (całkiem zapomniałem że ją mam, muszę odświeżyć). One in A Million to tytułowy utwór z jej drugiego albumu produkowanego już częściowo przez Timbalanda, który od połowy lat 90. można rzec przez dekadę a nawet dłużej był jednym z czołowych producentów w muzyce hip hop i r&b. Timbo miał swój własny styl, jego bity miały typowy, powolny i połamany rytm, całość często okraszona była albo nieco kosmiczną elektroniką albo naprawdę świetnymi samplami (niekiedy dość orientalnie brzmiącymi). One in A Million to mój ulubiony numer w dziedzinie contemporary r&b (czyli w sumie każdego r&b czerpiącego z brzmień automatów perkusyjnych i elektroniki już od lat 80.), od razu skojarzył mi się z nim wrzucony przez Dragona numer Junior Boys, choć pewnie i wiele innych produkcji Timbalanda można by podpiąć, niemniej jestem zdania że czuć w numerze Junior Boys te inspiracje bitami Timbo, o ile mi wiadomo on tego typu bity robił chyba jako pierwszy.
https://youtu.be/DztLa2hen9Q
Dobra Panowie, pierwsza dyszka była rozgrzewkowa, czas zagęścić klimat i przejść do meritum. Pomyślałem ostatnio że zamiast wrzucać losowo jakieś swoje numery będę je dobierał tak by jakoś nawiązywać do Waszych wrzutek i na nie odpowiadać, stworzyć taki dialog muzyczny. Kilka pomysłów już mam z poprzednich kolejek ale najpierw wrzucę tego Timbalanda obiecanego Dragonowi. Aaliyah poznałem niestety za późno bo w momencie tuż po jej śmierci w 2001 roku i za sprawą utworu More Than A Woman który był strasznym hiciorem dla mnie. Z biegiem lat poznałem nieco lepiej jej dyskografię choć na półce wystarczy mi w sumie jej bestka (całkiem zapomniałem że ją mam, muszę odświeżyć). One in A Million to tytułowy utwór z jej drugiego albumu produkowanego już częściowo przez Timbalanda, który od połowy lat 90. można rzec przez dekadę a nawet dłużej był jednym z czołowych producentów w muzyce hip hop i r&b. Timbo miał swój własny styl, jego bity miały typowy, powolny i połamany rytm, całość często okraszona była albo nieco kosmiczną elektroniką albo naprawdę świetnymi samplami (niekiedy dość orientalnie brzmiącymi). One in A Million to mój ulubiony numer w dziedzinie contemporary r&b (czyli w sumie każdego r&b czerpiącego z brzmień automatów perkusyjnych i elektroniki już od lat 80.), od razu skojarzył mi się z nim wrzucony przez Dragona numer Junior Boys, choć pewnie i wiele innych produkcji Timbalanda można by podpiąć, niemniej jestem zdania że czuć w numerze Junior Boys te inspiracje bitami Timbo, o ile mi wiadomo on tego typu bity robił chyba jako pierwszy.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
11. Nick Cave & the Bad Seeds - Brother, My Cup Is Empty (rok wydania 1992, rok pierwszego odsłuchu 2007)
https://www.youtube.com/watch?v=ZdgTQ_mybBM
2007 rok to był dziwny rok. Zaczął się tak sobie, ale bylejakość i nijakość ówczesnego czasu była podszyta pewną mistycznością, która skradała się jeszcze przez styczeń aby w lutym eksplodować mi w ryj. Luty 2007 to w ogóle był dziwny czas. Jeszcze byłem w drugiej licealnej, ale czuło się gdzieś podskórnie, że to już ostatnie chwile "starego czasu", że idzie jakieś nowe. Względny spokój to były zdecydowanie ferie zimowe, śnieżne jak diabli (nie tylko tak je zapamiętałem, zdjęcia z tamtego czasu stanowią dobry dowód) ale bardzo dobrze je wspominam, z dwóch powodów - miałem kapitalny wyjazd na narty do pod-(a raczej nad-)-zakopiańskiego Murzasichla i wypad do Warszawy do dobrego ziomeczka, którego do dziś zaliczam do grona tych bliższych. Wyjazd ów (do Warszawy) obfitował w ciekawe rzeczy, np. czterogodzinne oczekiwanie na rzeczonego połączone ze zwiedzaniem Śródmieścia, albo przypadkowe pocięcie (nie moje) źle otwieraną o ławkę butelką z piwem. Stolica sprawiała wtedy wrażenie strasznie wymarłej, dokładnie zaś jej centrum, co było dość interesującą obserwacją zważywszy na fakt, że tu zawsze jest pełno ludzi. No ale ad rem. Całe ferie spędzałem słuchając na zmianę 5 wykonawców i 6-go z doskoku (dopiero się wdrażałem na pełnej) - byli to Yazoo, Recoil (Shunt na kuligu for the win), Roxy Music, The Cars i Talking Heads (to 6-te to Brian Eno, przed tym czasem znałem na dobrą sprawę tylko 2 płyty z serii ambientowej i jeszcze 2 inne; miałem też wtedy pierwszy raz ever fazę na Spirit of Eden Talk Talk i przy akompaniamencie I Believe in You którego słuchałem bez opamiętania zaliczałem mocno stulejarskie momenty). Ponieważ zawsze fazowałem się na muzyce okrutnie, próbowałem ją wciskać wszystkim naokoło (Hienałcze coś o tym wie). Wówczas trafiło na tego ziomeczka. Tyle że Roxy Music do niego nie trafiało (dopiero po wielu latach, jakoś w 2015 albo 16 stwierdził, że Ferry jednak ma pewnego rodzaju muzyczną klasę), Recoil uważał za pretensjonalne g*ówno, o pozostałych w ogóle nie słyszał. Sam postanowił mi coś sprzedać.
To były jeszcze czasy, kiedy w Empikach stały takie sporawe stacje ze słuchawkami, gdzie przy pomocy dość topornych srebrnych klawiatur można było wpisać w system nazwę wykonawcy i wyskakiwały albumy, których można było słuchać - jeśli mnie pamięć nie myli to w ogóle w całości - i w ten sposób np. podjąć decyzję o zakupie. Co samo w sobie nie było zbyt łatwe, Empiki z lat 2004-2009 przynajmniej zapamiętałem jako miejsca, gdzie trudno dostać szukany przez siebie album, o ile nie jest to jakiś gorący towar. Media Markt było dużo lepsze pod tym względem. Ziomek zabrał mnie pod takie ustrojstwo i odpalił Nicka Cave'a właśnie. A jeśli chodzi o ścisłość - pierwszy numer z albumu No More Shall We Part z roku 2001, którym jest As I Sat Sadly By Her Side. O Jaskini wiedziałem wtedy tyle, że nagrał kiedyś kawałek z Kylie Minogue i ten numer był srogo zarzynany w polskich stacjach radiowych (również tych, co kilka lat wstecz cały czas tłukły I Don't Know pewnej Eriki). Właściwie nie znałem nic więcej od typa, przez ten jeden numer uznałem, że pewnie gra wyłącznie - a przynajmniej głównie - ballady (bardzo się też znowu nie pomyliłem), nie przychodziło mi do głowy sprawdzać. Ten konkretny utwór jednak zrobił na mnie wrażenie. Leciał mi w głowie kilka następnych dni, jednak płyty nie zassałem (a wtedy zasysałem muzę na potęgę, do dziś mam tonę luźnych kawałków kopanych z płyty na płytę - jak robiłem format całą ściągniętą muzykę i inne wypalałem na tonie DVDków, bo do niczego innego nie miałem dostępu - których szkoda mi było wywalić, bo są jakiegoś rodzaju łącznikiem z tamtymi czasami), gdzieś odłożyłem ją z tyłu głowy. Bardziej interesowało mnie wtedy Talking Heads, dopiero co odkryłem genialną kolaborację z Byrne'a z Eno czyli My Life in the Bush of Ghosts, sięgałem nawet po Lecha Janerkę czy - pierwszy raz - Ridgwaya (zresztą już to gdzieś napisałem). Na Cave'a nie było wtedy miejsca. I tak jeszcze przez miesiąc.
W marcu bowiem, podczas standardowego w moim wykonaniu w wolnych chwilach tamtych czasów (obok rozmów z pewną ptasią laską i stulejowania na Deviantarcie) seansu z MTV Classic, zobaczyłem wideo do Straight to You właśnie Mikołaja Jaskini i Złych Nasion. To było olśnienie - potężny cios w pysk, to można nagrywać muzykę AŻ TAK dobrą, można być zespołem od ballad i nagle wyciągnąć z siebie COŚ TAKIEGO (jeszcze wtedy nie wiedziałem, że Cave na dobrą sprawę dopiero się z balladami rozkręcał), coś pomiędzy rockiem a post punkiem a balladą właśnie, cudowne brzmienie gitar, organów, basu, te bębny w tle, ten piękny, doskonały wprost wokal no i bardzo fajne wideo! Zastanawiałem się trochę, czy aby nie powinienem wrzucić tutaj właśnie tego utworu. Ale nie - był z tej płyty (Henry's Dream) dla mnie ważniejszy. Bowiem jak tylko usłyszałem ten numer poleciałem do Soulseeka i wprowadziłem - po raz pierwszy w swoim życiu - słowa "nick" i "cave" w wyszukiwarkę. Najpierw był w/w album, a potem kolejne (ale powoli i ostrożnie, bowiem marzec 2007 to dla mnie również Kraftwerk na pełnej no i Brian Eno, późną wiosną dołączyło NIN, ale też rozpływałem się w Abattoir Blues/The Lyre of Orpheus). Największą fazę na Kejwa miałem jesienią tego samego roku - chłonąłem wtedy wszystko co wydał po latach 80., do tych usiadłem dopiero wiosną 2008 - i niesamowicie udzielał mi się dołujący nastrój tej muzyki (albo ja to tak głównie wówczas odbierałem bądź wręcz chciałem odbierać, strasznie się wtedy robiłem na emo-drama-king). No, nie całej, bo nie każdy kawałek przecież taki był. Na pewno nie Straight to You, zresztą, Henry's Dream generalnie nie jest taką "typową" płytą Jaskini i jego drużyny, dla mnie to wręcz (obok Let Love In, ale nie w każdym zakresie) oczywisty powrót do czasów The Birthday Party w pewnej swojej "lekkości" brzmienia (w przeciwieństwie do takiej np. Tender Prey). Wśród masy dobrych numerów na tym albumie jest jeden, który zdecydowanie się dla mnie wyróżnia. Brother, My Cup Is Empty to genialnie opowiedziana przez podmiot liryczny historia kolesia, którego ewidentnie rzuciła dupa, ale ten ma to gdzieś i chce się tylko naje*ać, najlepiej czyimś kosztem. Było kilka momentów u mnie w życiu, kiedy ów utwór stanowił do nich doskonały soundtrack. Dziś wyjątkowo nie, ale wracam doń z przyjemnością. Jest Kejwowy storytelling, jest fajnie pomyślany, zawadiacki wokal (jednocześnie nie brakuje w nim roztrzęsienia), jest oczywiście fantastyczna muzyka a i wszystko jest upakowane w idealny format, bo kawałek trwa ledwo ponad 3 minuty. Innymi słowy - wszystko co najlepsze w jednej piosence. Aż się chce śpiewać! Do Kejwa wracałem potem wielokrotnie. Akurat wczesną zimą 2008 ukazał się nowy album, Dig, Lazarus, Dig!!!, choć będąc pod wrażeniem wcześniejszych dokonań zespołu nie "kupiłem" tej płyty od razu. Pod wpływem Kejwa zainteresowałem się Einstuerzende Neubauten (Blixa Bargeld, ich frontman był przez 20 lat gitazystą w the Bad Seeds, zresztą śpiewał parę numerów razem z Nickiem), jak zapowiedziano na 2013 Push the Sky Away siedziałem jak na szpilkach. Niestety, ze względu na moją nędzną sytuację finansową parę lat temu ominął mnie koncert (na którym był np. mój brat), no ale ch*j. Kejw ma specjalne miejsce w moim sercu, a na pamiątkę tamtych wydarzeń No More Shall We Part słucham zawsze w lutym, a Henry's Dream zawsze w marcu. Akurat w tym roku minęło 15 lat od tamtych wydarzeń. Żeby sobie dołożyć, to wystarczy, iż uświadomię sobie, że teraz mija tyle samo lat od czasu, gdy poznałem ten album, ile minęło od 2007 roku do momentu jego ukazania się. I'm old :F
https://www.youtube.com/watch?v=ZdgTQ_mybBM
2007 rok to był dziwny rok. Zaczął się tak sobie, ale bylejakość i nijakość ówczesnego czasu była podszyta pewną mistycznością, która skradała się jeszcze przez styczeń aby w lutym eksplodować mi w ryj. Luty 2007 to w ogóle był dziwny czas. Jeszcze byłem w drugiej licealnej, ale czuło się gdzieś podskórnie, że to już ostatnie chwile "starego czasu", że idzie jakieś nowe. Względny spokój to były zdecydowanie ferie zimowe, śnieżne jak diabli (nie tylko tak je zapamiętałem, zdjęcia z tamtego czasu stanowią dobry dowód) ale bardzo dobrze je wspominam, z dwóch powodów - miałem kapitalny wyjazd na narty do pod-(a raczej nad-)-zakopiańskiego Murzasichla i wypad do Warszawy do dobrego ziomeczka, którego do dziś zaliczam do grona tych bliższych. Wyjazd ów (do Warszawy) obfitował w ciekawe rzeczy, np. czterogodzinne oczekiwanie na rzeczonego połączone ze zwiedzaniem Śródmieścia, albo przypadkowe pocięcie (nie moje) źle otwieraną o ławkę butelką z piwem. Stolica sprawiała wtedy wrażenie strasznie wymarłej, dokładnie zaś jej centrum, co było dość interesującą obserwacją zważywszy na fakt, że tu zawsze jest pełno ludzi. No ale ad rem. Całe ferie spędzałem słuchając na zmianę 5 wykonawców i 6-go z doskoku (dopiero się wdrażałem na pełnej) - byli to Yazoo, Recoil (Shunt na kuligu for the win), Roxy Music, The Cars i Talking Heads (to 6-te to Brian Eno, przed tym czasem znałem na dobrą sprawę tylko 2 płyty z serii ambientowej i jeszcze 2 inne; miałem też wtedy pierwszy raz ever fazę na Spirit of Eden Talk Talk i przy akompaniamencie I Believe in You którego słuchałem bez opamiętania zaliczałem mocno stulejarskie momenty). Ponieważ zawsze fazowałem się na muzyce okrutnie, próbowałem ją wciskać wszystkim naokoło (Hienałcze coś o tym wie). Wówczas trafiło na tego ziomeczka. Tyle że Roxy Music do niego nie trafiało (dopiero po wielu latach, jakoś w 2015 albo 16 stwierdził, że Ferry jednak ma pewnego rodzaju muzyczną klasę), Recoil uważał za pretensjonalne g*ówno, o pozostałych w ogóle nie słyszał. Sam postanowił mi coś sprzedać.
To były jeszcze czasy, kiedy w Empikach stały takie sporawe stacje ze słuchawkami, gdzie przy pomocy dość topornych srebrnych klawiatur można było wpisać w system nazwę wykonawcy i wyskakiwały albumy, których można było słuchać - jeśli mnie pamięć nie myli to w ogóle w całości - i w ten sposób np. podjąć decyzję o zakupie. Co samo w sobie nie było zbyt łatwe, Empiki z lat 2004-2009 przynajmniej zapamiętałem jako miejsca, gdzie trudno dostać szukany przez siebie album, o ile nie jest to jakiś gorący towar. Media Markt było dużo lepsze pod tym względem. Ziomek zabrał mnie pod takie ustrojstwo i odpalił Nicka Cave'a właśnie. A jeśli chodzi o ścisłość - pierwszy numer z albumu No More Shall We Part z roku 2001, którym jest As I Sat Sadly By Her Side. O Jaskini wiedziałem wtedy tyle, że nagrał kiedyś kawałek z Kylie Minogue i ten numer był srogo zarzynany w polskich stacjach radiowych (również tych, co kilka lat wstecz cały czas tłukły I Don't Know pewnej Eriki). Właściwie nie znałem nic więcej od typa, przez ten jeden numer uznałem, że pewnie gra wyłącznie - a przynajmniej głównie - ballady (bardzo się też znowu nie pomyliłem), nie przychodziło mi do głowy sprawdzać. Ten konkretny utwór jednak zrobił na mnie wrażenie. Leciał mi w głowie kilka następnych dni, jednak płyty nie zassałem (a wtedy zasysałem muzę na potęgę, do dziś mam tonę luźnych kawałków kopanych z płyty na płytę - jak robiłem format całą ściągniętą muzykę i inne wypalałem na tonie DVDków, bo do niczego innego nie miałem dostępu - których szkoda mi było wywalić, bo są jakiegoś rodzaju łącznikiem z tamtymi czasami), gdzieś odłożyłem ją z tyłu głowy. Bardziej interesowało mnie wtedy Talking Heads, dopiero co odkryłem genialną kolaborację z Byrne'a z Eno czyli My Life in the Bush of Ghosts, sięgałem nawet po Lecha Janerkę czy - pierwszy raz - Ridgwaya (zresztą już to gdzieś napisałem). Na Cave'a nie było wtedy miejsca. I tak jeszcze przez miesiąc.
W marcu bowiem, podczas standardowego w moim wykonaniu w wolnych chwilach tamtych czasów (obok rozmów z pewną ptasią laską i stulejowania na Deviantarcie) seansu z MTV Classic, zobaczyłem wideo do Straight to You właśnie Mikołaja Jaskini i Złych Nasion. To było olśnienie - potężny cios w pysk, to można nagrywać muzykę AŻ TAK dobrą, można być zespołem od ballad i nagle wyciągnąć z siebie COŚ TAKIEGO (jeszcze wtedy nie wiedziałem, że Cave na dobrą sprawę dopiero się z balladami rozkręcał), coś pomiędzy rockiem a post punkiem a balladą właśnie, cudowne brzmienie gitar, organów, basu, te bębny w tle, ten piękny, doskonały wprost wokal no i bardzo fajne wideo! Zastanawiałem się trochę, czy aby nie powinienem wrzucić tutaj właśnie tego utworu. Ale nie - był z tej płyty (Henry's Dream) dla mnie ważniejszy. Bowiem jak tylko usłyszałem ten numer poleciałem do Soulseeka i wprowadziłem - po raz pierwszy w swoim życiu - słowa "nick" i "cave" w wyszukiwarkę. Najpierw był w/w album, a potem kolejne (ale powoli i ostrożnie, bowiem marzec 2007 to dla mnie również Kraftwerk na pełnej no i Brian Eno, późną wiosną dołączyło NIN, ale też rozpływałem się w Abattoir Blues/The Lyre of Orpheus). Największą fazę na Kejwa miałem jesienią tego samego roku - chłonąłem wtedy wszystko co wydał po latach 80., do tych usiadłem dopiero wiosną 2008 - i niesamowicie udzielał mi się dołujący nastrój tej muzyki (albo ja to tak głównie wówczas odbierałem bądź wręcz chciałem odbierać, strasznie się wtedy robiłem na emo-drama-king). No, nie całej, bo nie każdy kawałek przecież taki był. Na pewno nie Straight to You, zresztą, Henry's Dream generalnie nie jest taką "typową" płytą Jaskini i jego drużyny, dla mnie to wręcz (obok Let Love In, ale nie w każdym zakresie) oczywisty powrót do czasów The Birthday Party w pewnej swojej "lekkości" brzmienia (w przeciwieństwie do takiej np. Tender Prey). Wśród masy dobrych numerów na tym albumie jest jeden, który zdecydowanie się dla mnie wyróżnia. Brother, My Cup Is Empty to genialnie opowiedziana przez podmiot liryczny historia kolesia, którego ewidentnie rzuciła dupa, ale ten ma to gdzieś i chce się tylko naje*ać, najlepiej czyimś kosztem. Było kilka momentów u mnie w życiu, kiedy ów utwór stanowił do nich doskonały soundtrack. Dziś wyjątkowo nie, ale wracam doń z przyjemnością. Jest Kejwowy storytelling, jest fajnie pomyślany, zawadiacki wokal (jednocześnie nie brakuje w nim roztrzęsienia), jest oczywiście fantastyczna muzyka a i wszystko jest upakowane w idealny format, bo kawałek trwa ledwo ponad 3 minuty. Innymi słowy - wszystko co najlepsze w jednej piosence. Aż się chce śpiewać! Do Kejwa wracałem potem wielokrotnie. Akurat wczesną zimą 2008 ukazał się nowy album, Dig, Lazarus, Dig!!!, choć będąc pod wrażeniem wcześniejszych dokonań zespołu nie "kupiłem" tej płyty od razu. Pod wpływem Kejwa zainteresowałem się Einstuerzende Neubauten (Blixa Bargeld, ich frontman był przez 20 lat gitazystą w the Bad Seeds, zresztą śpiewał parę numerów razem z Nickiem), jak zapowiedziano na 2013 Push the Sky Away siedziałem jak na szpilkach. Niestety, ze względu na moją nędzną sytuację finansową parę lat temu ominął mnie koncert (na którym był np. mój brat), no ale ch*j. Kejw ma specjalne miejsce w moim sercu, a na pamiątkę tamtych wydarzeń No More Shall We Part słucham zawsze w lutym, a Henry's Dream zawsze w marcu. Akurat w tym roku minęło 15 lat od tamtych wydarzeń. Żeby sobie dołożyć, to wystarczy, iż uświadomię sobie, że teraz mija tyle samo lat od czasu, gdy poznałem ten album, ile minęło od 2007 roku do momentu jego ukazania się. I'm old :F
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Z drugim tropem z Try Again się nie myliłem, byłem blisko.
Diagnose: Lebensgefahr - The Last Breath of Tellus
Nie zawsze tak dokładnie wracam do tego, co wrzucam, ale w tym przypadku dla odświeżenia wrażenia konieczny był odsłuch całej płyty. Jak w ogóle wpadłem na Transformalin i Nattrama? Dzisiaj internet jest praktycznie głuchy w temacie clinical ambient, ale pod koniec gimnazjum znalazłem na jakimś blogu czy po prostu stronce z recenzjami czy opracowaniami gatunków (nie jestem pewien) to hasło. Ishkur to na pewno nie był, bo tam nie tego hasła nigdy nie było. Playlista na RYMie w ogóle nie kończy tematu, bo gdybym na nią trafił wtedy, to zawitałbym tam jako pełnoprawny użytkownik szybciej niż w marcu 2017. Równie dobrze to mógł być portal dla trve metalowych ludzików, którym otoczka wokół płyty pasowała na tyle, że musieli o niej parę zdań napisać. Dzisiaj chciałem coś znaleźć w sieci na ten temat, ale za sprawą całej fali gównopętli muzycznych trwających całe godziny, jakie umieszcza się na YT, trop się urywa.
No ale dobrze, przejdźmy do samej muzyki i otoczki wokół, bo tutaj też robi się ciekawie. Nie wiadomo do końca, czy Nattramm to na pewno Nattramm, czyli Mikael Nilsson. Nikt nie jest w stanie podać pewnej daty urodzenia tego człowieka. Nie ma pewności, czy to on czy jego brat usiłował kogoś zabić. W szwedzkim nie jestem biegły, dlatego możliwość potwierdzenia domysłów na własną rękę odpada. Na pewno wiadomo, że gość wcześniej grał w metalowym zespole Silencer, który w celu podkręcenia swojego odrealnionego, być może nawet zaburzonego wizerunku (i psychiki...) puszczał plotki o próbach samobójczych, różnych ingerencjach w ciało, itp.. Wiarygodność pogłosek - wątpliwa, ale nie można w 100% ich podważyć. Nie pomagają i dziś dostępne recenzje płyty, które powielają wiele niedopowiedzeń i kłamstw. Abstrahując już od tego, że brzmią momentami, jakby ich autorzy po raz pierwszy trafiali na okołoindustrialny projekt muzyczny, ale ok, nie oceniam. Potwierdzone jest to, że po zakończeniu aktywności we wspomnianym zespole Nattramm wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Nie wiadomo, czy dobrowolnie się tam udał czy nie. Paru recenzentów podaje, że Transformalin został nagrany właśnie tam. Wikipedia z kolei podaje (za źródłami, które też już dziś są martwe w pewnym sensie), że płyta została nagrana po wyjściu.
Moja szybko sklejona teoria jest taka, że pobyt w szpitalu miał miejsce, specyficzne zachowania z czasów Silencer miały miejsce, a akcje pokroju usiłowanie zabójstwa czy nagrywanie w szpitalu to już fantazja fanów, zainteresowanych, być może ploty puszczane przez samego autora, ale na pewno nie coś, co niego bezpośrednio dotyczy. Ten dodatek jest niezbędny, kiedy podsyłam ten numer, bo właśnie za pierwszym razem, kiedy poznawałem Transformalin to naprawdę mocno uległem tym opisom i miejskim legendom. Słuchałem utworu tytułowego jak wryty, skojarzenia były proste, ale ich intensywność była spora. Dziś, kiedy po dłuższym czasie wróciłem do całości, to wiele z tych wrażeń nie zostało. Większość płyty to właśnie ambient, który za sprawą sugestywnych sampli czy okładki można uznać za taki szpitalny, kliniczny, klaustrofobiczny wręcz. Zdarzają się kawałki z metalowym wyciem, jak dla mnie są zdecydowanie najsłabsze w stawce. Przez lata z tej płyty pamiętałem tylko tytułowy numer, Anoxi i to, co dziś podsyłam, czyli The Last Breath of Tellus.
Podsyłam go nie dla świadectwa najbardziej wywrotowych poszukiwań, żeby się czymś chwalić. To naprawdę dobra rzecz. Moment uwiecznienia szalonego, nieuchwytnego, niepokojąco anonimowego, ale geniuszu. Utwór utrzymany jest w industrialowej estetyce, choć wchodzący w połowie bit przywodzi skojarzenia ze sceną EBM. Ma coś w sobie filmowego, jest zmyślnie podzielony, da się z niego wydzielić elektroniczne intro, moment narastania i eksplozję izolacji, szaleństwa, bezradności. To nie jest kolaż losowo zestawionych dźwięków, ot szaleństwo, bo ktoś nam mówi, że szaleniec odpowiada za tę muzykę. Prędzej to bardzo ilustracyjny krajobraz psychicznego niepokoju, na tyle przekonująco skomponowany, że rodzi w głowie wiele pytań. Ciekawe, czy wam coś z tego wrażenia coś się udzieli!
https://www.youtube.com/watch?v=Z1ht36AuiWQ
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Alicia Keys - Is It Insane.
Tak siedziałem dzisiaj i myślałem, co tu zapodać, żeby broń Boże nie zepsuć tej kolejki, która zapowiada się jeszcze lepiej od poprzedniej! I wymyśliłem sobie, że jest szansa zrobić to z Alicią Keys. Ta artystka ma tyle znakomitych utworów, że wystarczyło zaproponować cokolwiek z jej starych singli i powinno to wystarczyć, o ile ktoś nie pała niechęcią do niej. Ale postanowiłem nieco zaryzykować i wrzucić raczej nieznany szerzej utwór z jej ubiegłorocznej płyty zatytułowanej KEYS.
Album jest dwuczęściowym wydawnictwem składającym się z dysków Originals i Unlocked. Pierwszy z nich zawiera kompozycje zaaranżowane w sposób klasyczny. W wersji Unlocked Alicia sampluje aż 10 z 14 swoich nowych utworów zawartych w Originals. A raczej robi to niejaki Mike WiLL Made-It, który dodatkowo nadał im mocniejsze bity oraz dokonał tu i ówdzie pewnych przeróbek.
Is It Insane to jazzujący utwór i ta stylistyka w ostatnich miesiącach zdobywa u mnie naprawdę coraz większe uznanie. Wrzucam dwa linki do obu wersji, bo po prostu obie warto przesłuchać i każdemu może podejść inna. Ja skłaniam się lekko w stronę Unlocked.
Prym w tym utworze wiedzie oczywiście pianino. Szczególnie podoba mi się, gdy zjeżdża nisko. Dostojne tempo utworu, świetny jak zawsze wokal i rewelacyjne outro sprawiają, że to od początku mój ulubiony utwór na płycie. Choć zapewniam Was, że świetnych piosenek na KEYS naprawdę nie brakuje.
Wersja Originals:
https://www.youtube.com/watch?v=zVf6qcIygrE
Wersja Unlocked:
https://www.youtube.com/watch?v=clyhqm6l0X0
Oczywiście nie ma przymusu słuchania obu wersji, bo wskazałem tę, która mnie bardziej interesuje, ale byłbym zobowiązany, gdybyście napisali, która jest lepsza wg Was.
Tak siedziałem dzisiaj i myślałem, co tu zapodać, żeby broń Boże nie zepsuć tej kolejki, która zapowiada się jeszcze lepiej od poprzedniej! I wymyśliłem sobie, że jest szansa zrobić to z Alicią Keys. Ta artystka ma tyle znakomitych utworów, że wystarczyło zaproponować cokolwiek z jej starych singli i powinno to wystarczyć, o ile ktoś nie pała niechęcią do niej. Ale postanowiłem nieco zaryzykować i wrzucić raczej nieznany szerzej utwór z jej ubiegłorocznej płyty zatytułowanej KEYS.
Album jest dwuczęściowym wydawnictwem składającym się z dysków Originals i Unlocked. Pierwszy z nich zawiera kompozycje zaaranżowane w sposób klasyczny. W wersji Unlocked Alicia sampluje aż 10 z 14 swoich nowych utworów zawartych w Originals. A raczej robi to niejaki Mike WiLL Made-It, który dodatkowo nadał im mocniejsze bity oraz dokonał tu i ówdzie pewnych przeróbek.
Is It Insane to jazzujący utwór i ta stylistyka w ostatnich miesiącach zdobywa u mnie naprawdę coraz większe uznanie. Wrzucam dwa linki do obu wersji, bo po prostu obie warto przesłuchać i każdemu może podejść inna. Ja skłaniam się lekko w stronę Unlocked.
Prym w tym utworze wiedzie oczywiście pianino. Szczególnie podoba mi się, gdy zjeżdża nisko. Dostojne tempo utworu, świetny jak zawsze wokal i rewelacyjne outro sprawiają, że to od początku mój ulubiony utwór na płycie. Choć zapewniam Was, że świetnych piosenek na KEYS naprawdę nie brakuje.
Wersja Originals:
https://www.youtube.com/watch?v=zVf6qcIygrE
Wersja Unlocked:
https://www.youtube.com/watch?v=clyhqm6l0X0
Oczywiście nie ma przymusu słuchania obu wersji, bo wskazałem tę, która mnie bardziej interesuje, ale byłbym zobowiązany, gdybyście napisali, która jest lepsza wg Was.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
eMeneMsy drogie zapodawajcie kawałeczki
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
I bardziej im się zwraca uwagę, tym bardziej mają wyjěbane, więc lepiej już nic nie mówić.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Czy my wymagamy tak wiele? 
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Miętus sam przyznał, że leń 
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Lady Pank - Zasypiam nad ranem
Po 10 kolejkach (prostytutka zapomniałem tabelki uzupełnić hahaha) czas na coś pokroju honorable mention.
W swoim topie zespołów życia Lady Pank bym raczej nie umieścił, chyba że to byłby jakiś TOP100, ale zawsze się gdzies tam przewijali. Czy za dzieciństwa w radio, czy w okolicach matury (miałem dużo przedstawicieli małych miast w szkole średniej, a odnoszę wrażenie, że dla ich mieszkańców to był swego czasu najlepszy zespół ever), czy w sumie później, bo od czasu do czasu po prostu lubię sobie ich zapodać. Może i Panasewicz z Borysewiczem zrzynali z The Police, może są dziadersami rockersami oraz alkoholikami, ale nie odmówię im tego, że jednak jak im się chciało to potrafili fajnie grać i tworzyć niezłe piosenki.
Niemniej, moja propozycja totalnie nie brzmi jak ta wszystkim znana rockerska odsłona LP. Ani w warstwie tekstowej (tekst pisał Ciechowski i to słychać ewidentnie - swoją drogą, to że Panas go nie położył chyba najbardziej mi ryje w niej banie), ani muzycznej (to praktycznie synthpop lol). Hieniałke kiedyś napisał, że moje piosenki wywołują u niego nostalgię za niesprecyzowanym CZYMŚ kiedyś i to jest taka piosenka, która wywołuje to u mnie, ma taki.. hmmm dość specyficzny, oniryczny klimat tego stanu, gdy jest się w zawieszeniu między jawą a snem o egzotycznej godzinie typu 3 rano.
Bierzcie i słuchajcie tego, jestem naprawdę cholernie ciekaw tego co o tej piosence napiszecie.
https://www.youtube.com/watch?v=Na5aW8fSP1k
Po 10 kolejkach (prostytutka zapomniałem tabelki uzupełnić hahaha) czas na coś pokroju honorable mention.
W swoim topie zespołów życia Lady Pank bym raczej nie umieścił, chyba że to byłby jakiś TOP100, ale zawsze się gdzies tam przewijali. Czy za dzieciństwa w radio, czy w okolicach matury (miałem dużo przedstawicieli małych miast w szkole średniej, a odnoszę wrażenie, że dla ich mieszkańców to był swego czasu najlepszy zespół ever), czy w sumie później, bo od czasu do czasu po prostu lubię sobie ich zapodać. Może i Panasewicz z Borysewiczem zrzynali z The Police, może są dziadersami rockersami oraz alkoholikami, ale nie odmówię im tego, że jednak jak im się chciało to potrafili fajnie grać i tworzyć niezłe piosenki.
Niemniej, moja propozycja totalnie nie brzmi jak ta wszystkim znana rockerska odsłona LP. Ani w warstwie tekstowej (tekst pisał Ciechowski i to słychać ewidentnie - swoją drogą, to że Panas go nie położył chyba najbardziej mi ryje w niej banie), ani muzycznej (to praktycznie synthpop lol). Hieniałke kiedyś napisał, że moje piosenki wywołują u niego nostalgię za niesprecyzowanym CZYMŚ kiedyś i to jest taka piosenka, która wywołuje to u mnie, ma taki.. hmmm dość specyficzny, oniryczny klimat tego stanu, gdy jest się w zawieszeniu między jawą a snem o egzotycznej godzinie typu 3 rano.
Bierzcie i słuchajcie tego, jestem naprawdę cholernie ciekaw tego co o tej piosence napiszecie.
https://www.youtube.com/watch?v=Na5aW8fSP1k
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
To co tym razem będzie Melki?Malkolit pisze:23 mar 2022 13:56Następnym razem muszę wrzucić coś, czego kontrkultury bardzo nie lubią, ba, uważają wręcz za swojego ideologicznego wroga. Kij im w oko! I tak będzie!A potem może coś folk-rockowego? I coś na kształt muzyki świata?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Melki napompował balonik i się teraz boi wrzucić.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Jonasz Kofta?
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Kofta libańska
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn