Best of Forum

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 10 kwie 2022 14:29

Mnie nikt nie usuwał muzy z telefonu, bo wtedy nie dało się jej trzymać na telefonie. A z komputera nikt mi niczego nie usuwał, bo nie umiał xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 10 kwie 2022 14:42

No jestem nawet zadowolony z odbioru It's Amazing. Nie było tu wielkich narzekań z Waszej strony, choć na zachwyty też raczej nie liczyłem. Wiem, że to taki zwykły radiowy pop, ale czasami takie utwory też potrafią mi się wkręcić w głowę i pozostać tam na długo. Lubię wracać do Jem.
Jak mówiłem kolejka nie tak wystrzałowa jak poprzednia, ale i tak całkiem dobra. Grinderman, Doves i Porcupine Tree na duży plus. Reszta trochę gorzej, choć zębami też nie zgrzytałem.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 10 kwie 2022 14:45

Bycie zwykłym radiowym popem, to jest akurat najmniejszy problem w tym kawałku ;)
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 kwie 2022 18:52

Jedźmy, nikt nie woła

Artur Żmijewski i Agnieszka Różańska - Dobry los
(1991)

Nim natknąłem się w życiu na ten utwór przebrnąłem przez krótki maraton filmowy z Arturem Żmijewskim, ciężko mi już jednak umiejscowić w czasie tamte wydarzenia. W każdym razie zaczęło się od seansu filmu "Psy 2. Ostatnia krew" w telewizji z tego co kojarzę. Film do dzisiaj uwielbiam, zwłaszcza właśnie kreację Żmijowskiego który spodobał mi się w takiej "męskiej roli", zachęcony zacząłem ściągać inne filmy z jego udziałem i kolejno obejrzałem "Gniew" z roku 1998 oraz "Trzy dni bez wyroku" z 1991 r. (wtedy chyba nawet byłem przekonany że to jego filmowy debiut a wcale nie). Film był w sumie nienajgorszy, można się zapoznać w ramach duchologicznej wyprawy a co ciekawe zagrał tam nawet drugoplanową rolę Andrzej Zaucha i chyba w tej samej scenie w knajpie na scenie gra De Mono. W każdym razie utwór "Dobry los" pojawia się tam na koniec filmu, śpiewany przez Żmijewskiego i nieznaną mi kompletnie Agnieszkę Różańską (nie wiedziałem skąd ona tam ale filmweb mi pomógł, ponoć jeszcze jako studentka ubiegała się o damską rolę pierwszoplanową i nawet by się załapała do filmu gdyby nie fakt że jej uczelnia nie chciała zgodzić się na udział w rozbieranych scenach, no ale w piosence została).

Utwór skomponował Zbigniew Górny, trwa on raptem 2 minuty i co najgorsze z tego co szukałem nie został nigdy wydany więc jedynym jego źródłem jest do dziś tylko ten film. No ale w dzisiejszych czasach to nie problem wyciąć audio z filmu i w tej formie jeszcze krąży on po necie, niemniej jego jakość jest ch*jowa co tu dużo mówić, ale może dla takiego miętusa ten vhs-owy sznyt doda uroku przy odsłuchu. Instrumental jest rzewny, ejtisowy raczej a tekst dość ckliwy ale ma to swój urok dla mnie i ja lubię ten numer.
Na YouTube widnieje on tylko w formie fragmentu filmu a że jest to ostatnia scena to trochę głupio byłoby spoilerować bo może ktoś pokusi się jeszcze film kiedyś nadrobić, z tego względu ściągnąłem sobie ten numer z neta i wrzuciłem na mojego soundclouda aby umożliwić odsłuch bez tego obrazka.
Jako ciekawostkę dodam jeszcze że podobało mi się to ejtisowo brzmiące sax solo i wiem że kiedyś to wyciąłem, zapętliłem a potem wrzuciłem na to monolog z całkiem innego filmu, miał to być taki twór na poczet mojego ewentualnego drugiego instrumentalnego albumu którego w końcu nie skleciłem i w sumie nawet projektu tego nie mam nigdzie bo umarł ze starym kompem niedawno w moim rodzinnym domu. Tak czy siak zapraszam na muzyczną podróż w lata transformacji ustrojowej :)

https://soundcloud.app.goo.gl/KpfST
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 10 kwie 2022 19:03

Mark Knopfler - Monteleone

Czas na coming out – ja też słucham DADu. Każdy gdzieś tam słucha, to jest oczywiste, a nie może być lepszego DADu, niż ten od samego króla DADu – Marka Knopflera. Nie byłem nigdy wielkim fanem Dire Straits, ale nie ze względu na mema, którym ten zespół uczyniła Trójka. Z tego można teraz się śmiać, ale to wina radia, że zrobiła z „Brother’s in Arms”, numeru dobrego, pośmiewisko. Mój ojciec lubił DS i puszczał mi ich płyty kiedy byłem berbeciem, pamiętam wielką (wtedy wielką) okładkę albumu „Brothers in Arms”, ale moim ulubionym utworem było „Walk of Life”, ze względu na zajebisty teledysk. Ale tbh sam utwór też mi się bardzo podobał. To było wtedy cool i tym samym wracamy do zagadnienia, o które zahaczyłem w ostatniej kolejce. To wtedy nie był jakiś dad rock, to było cool. No, ale co. Młodszy ode mnie Murzyn, ma już syna, więc jest DADem. To czemu się opierać? XD
O ile w Dire Straits nigdy się nie wkręciłem, to drugie solo Marka Knopflera „Sailing to Philadelphia”, zrobiło na mnie mega wrażenie kiedy wyszło w 2000 r. Płytę (na kasecie) kupił oczywiście mój ojciec (w końcu DAD hehe) i puszczał często w samochodzie. No jest to płyta piękna, dużo tam fajnego, ciekawego bluesa i po prostu dobrych piosenek. Ten i następny album Knopflera „The Ragpicker’s Dream”, to są niesamowite wręcz sztosy. Pewnie, wokal Knopflera jest senny, flegmatyczny, kipi dziaderstwem na kilometr, ale prostytutka no, jak coś jest dobre, to jest dobre.
Byłem na koncercie jakoś w 00sach (oczywiście z ojcem) i było grubo. Nawet nie licząc gigantycznej gitary, która wysuwała się na scenie podczas bisów (które oczywiście składały się z piosenek Dire Straits). No, co tu dużo mówić, mam cały złoty wór wspomnień związanych z Knopflerem i jego muzyką.
Wybrane do tej wrzutki „Monteleone”, pochodzi z wydanej w 2009 płyty „Get Lucky”, już nie tak sztosowej jak poprzednie, ale nadal dającej radę. Kojarzy mi się z moim ojcem oraz naszym poprzednim psem, którego ciężko chorego w tamtym czasie często woziliśmy do lecznicy (tak jakoś wychodzi, że dużo kawałków na liście związanych jest z jakimiś chorobami w rodzinie).
I ten utwór, to nawet nie jest do końca DAD, ale jednocześnie jest w 100%., ale to taki DAD sięgający znacznie dalszych tradycji muzycznych. Orkiestracja sugeruje konotacje z jakąś muzyką filmową, o ile nie bardzo starymi musicalami i albumami Franka Sinatry oraz podobnymi. W pozostałym zakresie, aranżacja jest bardzo skromna, trochę akustycznej gitary, mandoliny, trochę pianina, bardzo spokojny rytm, taki Randy Newman, ale z wokalem Knopflera. Po prostu urocza, trochę sentymentalna piosenka. Taka od prostego, poczciwego faceta, dla prostych, poczciwych ludzi, jak ja. Był kiedyś taki post na fb, gdzie koleś utożsamiał się z jednym hobbitem z początku „Władcy Pierścieni” Jacksona, który żyje sobie swoim małym życiem, w swoim małym świecie i cieszy się małymi rzeczami, takimi jak petardy Gandalfa i dobra strawa. I ja też czuję potrzebę uproszczenia sobie życia w taki sposób. I tak sobie żyć i słuchać sobie „Monteleone”.

https://www.youtube.com/watch?v=60wYv1BP1n8
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 kwie 2022 20:27

W ogóle beka bo właśnie przeczytałem że Artur Żmijewski obchodzi dzisiaj 56 urodziny xD

Sto lat!
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 10 kwie 2022 20:52

Psy 2 zawsze wydawały mi się być zrobione na siłę, może nawet na odpiernicz, celem zdyskontowania sukcesu kasowego jedynki. Lubię ten film, ale czuć, że to mocno nie to samo, za dużo było tam scen rodem z filmów z Van Damme, jakiejś dziwnej groteski, a z Pazury to już w ogóle zrobiono jakiegoś niesamowitego fajtłapę, pantoflarza i kretyna. Aczkolwiek Żmijewski faktycznie dawał radę
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 10 kwie 2022 21:18

Klaus Schulze - Crystal Lake

Nie wiem kompletnie od czego zacząć. Wracamy do okolic 2014-2015 roku, to jest chyba ten moment graniczny. Obok mojej podróży przez świat klasycznej, progresywnej elektroniki dzieje się dużo w życiu osobistym - w tym sensie, że to są burzliwe historie rodzinne, nawrót nieustannych wizyt u lekarzy w poszukiwaniu przyczyny ciągłego bólu głowy i trudne chwile gimnazjalne. Jak sobie tak myślę chwilami o tamtym momencie to odnoszę wrażenie, że wtedy byłem przeciwieństwem człowieka, którym jestem dzisiaj. Trudno przekonywałem się do ludzi, trzymałem się w bardzo wąskim gronie znajomych, miałem dość śmieszny, ale też mroczny wizerunek, bo długowłosy, ciągle chodzący w czerni (no i koszule, w tamtym czasie lubiłem tylko czarne, dzisiaj każdy kolor jest git) młody człowiek raczej nie budzi zaufania. Wciągnąłem się też w toksyczną relację z pewną dziewczyną, choć duża w tym zasługa też mojej podświadomości, wtedy jeszcze każdą decyzję musiałem poważnie przemyśleć, w przytłaczającej większości byłem zawsze sceptyczny. To był czas, w którym bardzo często wychodziłem z domu po szkole i wybierałem się na wieczorne spacery poza Wałbrzych, w ten sposób praktycznie każdy kierunek wokół mojego miasta w promieniu 10 kilometrów znam bardzo dobrze. Obecnie, kiedy jeszcze zdarza się plener w moich rodzinnych stronach, to zawsze jest jednak ze mną jakieś towarzystwo, zazwyczaj trochę pijemy. Wtedy to były moje momenty koniecznego odcięcia się od świata i znalezienia spokoju.

Schulze ma z tym trochę wspólnego. Był następnym krokiem w poszukiwaniach, bo Mandarynki przyjmowały się rewelacyjnie. Wtedy byłem aktywnym czytelnikiem i użytkownikiem miejsc związanych z tego typu muzyką - do dziś kojarzę sklepy, wytwórnie, fora, jestem na paru grupkach na FB do tej pory. Klaus jawił się jako kolejny poziom trudności i wcale nie okazało się inaczej w praktyce. Pierwsze musiało być Moondawn, bardzo długo trzymałem się kanonu z lat siedemdziesiątych. Z czasem poznawałem (i właściwie dalej poznaję) kolejne etapy twórczości KS, tak dużo już przesłuchałem, ale wydaje mi się, że to w zasadzie jest tylko połowa tego, co nagrał. Do tej pory lata 90' to dla mnie dużo dziur, podobnie XXI wiek generalnie. Na wielkie wydawnictwa seryjne nie mam czasu, z drugiej strony w pewnym momencie jako fan zorientowałem się, że metoda komponowania niespecjalnie się zmienia, rzadko kiedy wychodzi poza pewien schemat i kontur emocji. Trzeba jednak mu oddać, że w pewnym momencie był pod tym względem nieosiągalny, to było wielkie zjawisko muzyczne.

Przejdźmy wreszcie do konkretów. Mirage, z której pochodzi Crystal Lake, to moim zdaniem zdecydowanie najlepsza rzecz, jaką Schulze kiedykolwiek stworzył. Na całość składają się dwie niespełna półgodzinne kompozycje, bardzo rozbudowane elektroniczne impresje, które grają z nami w skojarzenia z zimowym klimatem, posuchą, izolacją, melancholią. Całość dedykowana jest zmarłemu bratu Klausa i tę dedykację tutaj po prostu słychać. Wrzucany przeze mnie utwór to jest ten bardziej dynamiczny. Utwory Klausa czasami przejawią dość specyficzną cechę - wydają się być taką strukturą, którą można prowadzić bez końca. W czasach zdominowanych przez winyle to była niewątpliwa zaleta, bo później potrafił proponować rzeczy trwające nawet półtorej godziny (swoją drogą też dobre, ale wiadomo o co chodzi!). Crystal Lake trochę takie jest. W tamtych czasach budował jednak na tyle angażujące, hipnotyczne rzeczy, pakował w muzykę tak intensywne emocje, że na samą długość utworów trzeba po prostu przymknąć oko, trzeba ją przyjąć i basta.

Crystal Lake to jest mistrzostwo prowadzenia sekwencji, Schulze sprawia, że sekwencer jako instrument może pełnić naprawdę ważną rolę w elektronice. Są tu fragmenty, które miejscami kojarzą mi się z baletem, ciekawi mnie ten dialog dwóch syntezatorowych barw, fascynuje do dziś szkatułkowa budowa pętli. Piszę to jednak już po przypominkowym odsłuchu, bo sama muzyka nie daje sprowadzić się do roli obiektu dla suchych i pozbawionych emocji analiz.

W pewnym momencie jego muzyka miała dla mnie charakter kojący, wręcz terapeutyczny. Dzisiaj słucham jej bez tego wewnętrznego balastu i doceniam ją po prostu taką, jaka jest, ale za tamten czas jestem Klausowi w pewnym sensie wdzięczny. Historia z bólem głowy znajdzie dokończenie w przypadku wersji albumowej naszej zabawy ;)

KS warto znać, powinno się go słuchać, choć trzeba być ostrożnym. To na tyle osobista, zamknięta muzyka, że nie ma co do niej często wracać, dla mnie to jest praktycznie niemożliwe. Mirage przy takim Timewind czy Irrlicht to naprawdę pikuś! Co 3-4 miesiące albo i rzadziej - tak najlepiej. Zapraszam na wspólne zaklinanie zimy :--

https://www.youtube.com/watch?v=BA7WnfnzWzg

PS W ramach podsumowania tej kolejki podrzucę małą niespodziewankę. ;)
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 10 kwie 2022 22:07

Bel Canto - Ladonia

Opis będzie bardzo krótki, bo ani nie istnieje żadna historia związana z tym utworem, ani szczerze mówiąc nawet nie pamiętam, kiedy i w jakich okolicznościach poznałem Bel Canto. Mój last twierdzi, że pierwsze odsłuchy BC były w 2011. Na bank też kiedyś już tu na forum z kimś rozmawiałem na temat tego zespołu.
Bel Canto pochodzi z Norwegii i wykonuje muzykę w stylu dream pop. A utwór Ladonia pochodzi z 2002r. Anneli Drecker śpiewa tu chyba po norwesku właśnie i jest to wokalistka o naprawdę bardzo ciekawym głosie. Nie znalazłem tłumaczenia tekstu, znalazłem za to informację, że tytułowa Ladonia to mikronacja znajdująca się w południowej Szwecji na półwyspie Kullahalvon, ogłoszona niepodległą w 1996 roku przez artystę Larsa Vilksa.
Utwór podoba mi się za swój wyjątkowy, baśniowy wręcz klimat. Już początkowa gitarowa zagrywka wskazuje na dream pop. Podobnie jak wokal Anneli. Ale tych co się obawiają jakichś smętów pragnę uspokoić, że utwór jednak wbrew pozorom jest dosyć dynamiczny i rytmiczny. Ma bardzo fajną linię basową. Muzyka płynie sobie i naprawdę bardzo przyjemnie się tego słucha. Uwielbiam wracać.

https://www.youtube.com/watch?v=COCGaGc0bNI
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 10 kwie 2022 23:02

ROME - Legacy of Unrest

Tak szczerze to pierwotnie miało tu wlecieć coś innego. Dosłownie w ostatniej minucie zmieniłem swój typ. Czemu?
Bo pierwsze: dziś we Wrocławiu była ładna, słoneczna pogoda, a z jakichś przyczyn ta piosenka kojarzy mi się z nie za ciepłym, nie za zimnym, przyjemnym, słonecznym popołudniem.
Drugie: to jest ta "tajemnicza" piosenka, która skojarzyła mi się pierwotnie z Doves xD

ROME to jednoosobowy projekt niejakiego Jerome Reutera z Luksemburga, który jest opisywany łatkami neo-folk lub martial industrial. Ponieważ nie znam się na muzyce to też mi to niewiele mówi, poza tym, że kiedyś próbowałem się wkręcić w ten gatunek, ale wyszło to tak sobie - jakoś nie lubię "wojskowych" klimatów, ani w muzyce, ani gdziekolwiek. To kiedyś to ten mityczny 2013 i okres tych hipsterskich wynalazków, o których tu pisałem niejednokrotnie.
Album JEREMIASZA jednak jakoś mi się spodobał, co jest najprawdopodobniej zasługą tego, że oprócz koszar, przemarszu i tego typu "przyjemności" przywołuje on u mnie niesprecyzowaną nostalgię, co smieszniejsze - za czasami, w których nigdy nie żyłem i za miejscem w którym nigdy nie było.
Słuchajcie muzyki, bo warto.

https://youtu.be/aj1LeiV0k3M
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 11 kwie 2022 00:48

Alizee - Abracadabra

https://www.youtube.com/watch?v=C0NG1UBcsO0

Jeden z pierwszych moich świadomych kontaktów z muzyką pop, kiedy włączałem coś, żeby posłuchać konkretnej piosenki, miał miejsce właśnie za sprawą bardzo popularnej na początku lat dwutysięcznych francuskiej piosenkarki. Śmieszne, bo nie rozumiałem zupełnie, o czym pani śpiewa, w zasadzie tylko nuciłem "padadą, padadą, padadą" i lekkość, subtelność tego przeboju bardzo mi się podobała. Znajdował się on na jakiejś składance bez nazwy, którą zgrał mój tata nie wiem, skąd (tam były też na pewno takie przeboje jak Desenchantee Kate Ryan i Lemon's Tree i parę bardzo dziwnych kawałków, których teraz bym chyba nie zidentyfikował :lol:). Co jeszcze rzuca się w uszy, to miauczenie kota na samym początku i delikatną melodię. Tu się nawet nie będę specjalnie rozpisywał, nie przywiązałem się jakoś do twórczości pani Alizee ani do piosenki francuskojęzycznej, ale jest w tym coś takiego, co do tej pory lubię, tę właśnie lekkość bardzo sobie cenię i, kiedy parę ładnych lat temu przypomniałem sobie Abracadabrę, od razu zwróciłem na to uwagę. W ogóle dużo przebojów z tamtych czasów cały czas świetnie pamiętam. Wtedy człowiek nie znał kontekstu, nie interesował się specjalnie ludźmi, to były na swój sposób piękne czasy. Generalnie prawie wszystko, czego wtedy słuchałem, to był pop (typowe, radiowe przeboje, co zostało mi na długie lata) i klasyka polskiej piosenki. A teraz nie ma czasów, za to jest bigos, jak mawiał klasyk. I takiego poznawania już nie będzie.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 11 kwie 2022 16:30

Od Deva zależy, czy moja propozycja będzie dłuższa niż wszystkie pozostałe razem wzięte xD
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 11 kwie 2022 16:34

Ta... powinien być jakiś limit czasowy na to... :mrgreen:
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 11 kwie 2022 17:21

Nie dawałem limitów, bo liczyłem na rigcz uczestników.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 11 kwie 2022 18:34

Into the Blue już nie będzie :>
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 12 kwie 2022 08:15

Jestem jestem, czasem bez RiGCzu ale zawsze na straży.
Był Austriak, czas na Niemców.

Einstürzende Neubauten - Ich Warte (rok wydania 2007, rok pierwszego odsłuchu 2010)

https://www.youtube.com/watch?v=n1uXFvVp2vA

EN to jeden z ciekawszych zespołów, jakie znam. Zaczynali od srogiego eksperymentalnego industrialu (prawdę mówiąc, to oni zawsze mieli dla mnie więcej wspólnego z industrialem niż takie Cabaret Voltaire czy bez mała Throbbing Gristle, których uważa się nie tylko za pionierów gatunku, ale również jego najbardziej jaskrawy przykład), żeby potem pójść w muzykę konceptualną i w końcu w rzeczy zdecydowanie bardziej przystępne dla "normickiego" odbiorcy. Zespół powstał w 1980 roku w Berlinie i podobnie jak np. Simple Minds od tamtej pory ma właściwie tylko 2 stałych członków - są nimi basista Alexander Hacke i wokalista Blixa Bargeld. Ten ostatni stał się zresztą sławny (i pomógł w ten sposób EN trafić do szerszej publiczności) dzięki byciu gitarzystą w zespole The Bad Seeds Nicka Cave'a przez 20 lat (1983-2003). Śpiewał z nim nawet parę numerów (najlepszy przykład to The Weeping Song), a jak odszedł to zrobił to bez słowa i Kejw zadedykował mu (nie wprost) piosenkę z Abattoir Blues/The Lyre of Orpheus. EN uchodzili za dość ekscentryczną grupę chyba na każdym etapie swojej działalności. O ile ich pierwsze 2 albumy to głównie tłuczenie młotem po rurach i rzucanie o siebie arkuszami blachy to od 3-ego kunszt zaczął się mocno rozwijać. Wszystko, co wydali po 2000 roku w ogóle było już bardziej elektroniczne niż industrialowe, a nadal trzymało poziom i muzycznie i tekstowo, gdzie Bargeld ma naprawdę talent do pisania w sposób cokolwiek niestandardowy, czasem może nieco zbyt poetycki, czasem nieco zbyt "inteligencki", no ale jest w tym coś przyciągającego uwagę (ofc nie zawsze tak było). Kiedy ja na nich wpadłem? A przez Nicka Cave'a właśnie. Wcześniej jedynie słyszałem, że taki zespół istnieje, nic więcej. Jak wiosną 2007 odwaliło mi na punkcie w/w The Weeping Song, postanowiłem przyjrzeć się bliżej towarzyszowi Kejwa w śpiewaniu. I zassałem 2 płyty - Zeichnungen Des Patienten O.T. i Halber Mensch (odpowiednio 2-gą i 3-cią). Posłuchałem w kawałkach, do paru się przekonałem, do paru nie, dotarłem do września 2007 i rzuciłem w kąt. Akurat w październiku tego samego roku premierę miał kolejny (i aż do pandemii ostatni) album grupy, Alles Wieder Offen. Pamiętam, że czytałem jego recenzję w kiedyś już tu wspominanym Dzienniku, ściągnąłem nawet, ale wtedy miałem lepsze rzeczy do roboty i nie odsłuchałem. Wielkiej fazy na EN dostałem jesienią 2009, czyli 2 lata później. Zassałem wtedy uważany za ich opus magnum album Silence Is Sexy, potem Ende Neu i Haus der Lüge i mnie wessało na pełnej. Ale wciąż nie odsłuchałem tego najnowszego, może poza jednym czy dwoma utworami. Zmieniło się to dokładnie rok później.

Jest listopad 2010 a ja jadę tramwajem przez ulicę Pomorską w Łodzi, na empetrójce mam głównie wybór numerów, które mnie najbardziej jarają (ograniczenia pojemnościowe) i ze 3 całe albumy. W tym Alles Wieder Offen. Lecą pierwsze dźwięki cichutkiej gitary, myślę, rozpoznaję - to właśnie Ich Warte. Utwór, który do tej pory jakoś zrzucałem, bo oczekiwałem od nich raczej pierdo*nięcia, a na tej płycie jakoś mało go było. Stwierdziłem, że to nie do końca uczciwe podejście, odsłuchałem w całości. Muzycznie okazał się być bardzo fajny nawet, ale nie byłem aż tak biegły w niemieckim, żeby zrozumieć całość tekstu. I dopiero jak parę miesięcy później połączyłem jedno z drugim ukazał się pełny obraz. Obraz doskonale namalowany i o doskonałym settingu, bowiem zamyka płytę i naprawdę nic lepszego nie mogli do tego wybrać. Tym "nieszprechającym" powiem, że Ich Warte znaczy po prostu tyle co Ja Czekam. I tekst właśnie o tym jest - o czekaniu, na rzeczy przyziemne i te mniej przyziemne, czekaniu niby cierpliwym, ale w głosie momentami słychać aż irytację, potem podmiot liryczny czeka na rzeczy coraz bardziej wymyślne i absurdalne aż nadchodzi climax w którym, może nieco sztampowo, ale Bargeld wykrzykuje, że generalnie to czeka na "tą jedyną". Jednocześnie nie robi tego w jakiś cheesy sposób. Wszystko się tutaj ładnie składa, "rozwój" tekstu jest moim zdaniem świetny, bezapelacyjnie, wrzucane co jakiś czas - pomiędzy wyliczankami - "czekam dalej, jeszcze trochę", aż na samym końcu pada "czekam, aż nie będzie już na co czekać" i utwór nagle milknie. Generalnie dla mnie słuchanie tego kawałka bez znajomości tekstu to zbrodnia - na szczęście w sukurs przychodzi oficjalna strona zespołu, gdzie jest i tekst po niemiecku i jego tłumaczenie na angielski - polecam: https://neubauten.org/en/alles-wieder-offen (wystarczy kliknąć w tytuł i się wyświetli jedno z drugim). Dlaczego wrzucam ten numer?

Z różnych powodów stał się najczęściej słuchanym przeze mnie pojedynczym kawałkiem latem 2011 - zwłaszcza, jak byłem wówczas na wczasach w Chorwacji, wieczorami przesiadywałem na skałach nad morzem jarając żółte Gauloisy. Słuchałem tego w nieskończoność. Potem znów i jeszcze więcej. Potem w 2014 roku i w 2017, i nawet ostatnio sporo. Jak się dużo dzieje i dużo zmienia lubię wracać do tego numeru, całej płyty generalnie (choć ten kawałek jest na niej najlepszy, może poza Die Wellen), czy też w ogóle EN. Wiem, że jest absurdalnie duża liczba osób, które kojarzą ich głównie z tym tłuczeniem młotem w grzejnik albo kijem w rury, ale there's more to it than that. Posłuchajcie sobie NNNAAAMMM albo Zampano, tożto techno jest. Takie The Garden czy Stella Maris to z kolei czysta poezja śpiewana. Bargeld jest gościem wielu talentów, wielka szkoda, że opuścił The Bad Seeds. Później spytany o powód wymijająco powiedział, że chodziło o skoncentrowanie się na EN, ale nędznie im to wyszło, skoro płyta (Alles Wieder Offen właśnie, swoją drogą tytuł tłumaczy się jako Wszystko Znów Otwarte) ukazała się w 2007 a następna dopiero w 2020 (niektórzy liczą jeszcze Lament z 2014, ale to był bardziej zapis konkretnego występu zrealizowany w studio, skądinąd świetny concept album opowiadający o I Wojnie Światowej). Bezapelacyjnie mogę nazwać ten utwór jednym z najważniejszych dla siebie, jednym z najlepszych jakie znam (zwłaszcza w warstwie lirycznej), jednym z bardziej emocjonalnych i generujących u mnie takież wrażenia przy odbiorze. Znam go właściwie na pamięć i na pewno jeszcze wiele razy go odsłucham. Zwłaszcza w tym roku. Także Wy nie czekajcie (huehue) i odpalajcie - naprawdę warto.

PS. W ciemno obstawiałbym, że Mentos się zachwyci, ale jego zachwyca głównie okładka Haus der Lüge, zdecydowanie jedna z najlepszych w historii muzyki xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 12 kwie 2022 10:58

Dla wygody jakby co utwory kolejeczki:

Artur Żmijewski:
https://soundcloud.app.goo.gl/KpfST

oraz reszta:
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... TowX0m1hWY
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 12 kwie 2022 11:15

Edflnvdskjncselnce Neubauten - Ich Warte

Kiś watę. Znam EN w jakimś tam mniejszym stopniu, słyszałem ich rzeczy, które były chujowe, ale też rzeczy, które był doskonałe. Zawsze lubiłem industrial, ale do klasyki z wczesnych lat nigdy mnie nie ciągnęło, wolałem późniejszą scenę chicagowską i w sumie do dziś tego słucham.
Nie wiedziałem czego się spodziewać po „Ich Warte”, w ogóle byłem zaskoczony, że Dev wrzucił do bestki życia nowsze EN, a nie coś ze starych płyt, które mi swego czasu wysyłał. No i w sumie śmiesznie, bo nie wiedząc czego się spodziewać (więc teoretycznie nie spodziewając się niczego lub spodziewając się wszystkiego) muszę powiedzieć, że nie tego się spodziewałem xD Trochę mi to przypomina „Pipeline” (SORRY), ale nie pod kątem walenia po rurach, ale raczej budowy, nastroju i jakiejś takiej motoryczności. Wprawdzie to mocniejsze zakończenie wydaje mi się kliszowe i niepotrzebne, ale nie chcę się pastwić nad szczegółami, bo EN to i tak nie jest zespół, którego kiedykolwiek będę słuchał z zamiłowaniem i w większych ilościach. Spoko wrzuta.

Alizee - Abracadabra


Alizee będzie i u mnie, ale to raczej w trzeciej 25tce. Kariera tej laski jest ciekawa, zwłaszcza moment, w którym stwierdziła, że nagra coś bardziej (jak na nią) eksperymentalnego, z czego wynikła płyta „Une enfant du siècle”, a późniejszy powrót do popu był dosyć interesujący przy jej nowym bagażu doświadczeń po skoku w bok. Melki natomiast przywalił debiutem, tym z MOI LOLITA. I samo „Moi Lolita” wspominam dosyć miło (raz nawet spałem na dworcu hehe), ale oczywiście dopiero z perspektywy czasu nabrałem pozytywnego stosunku do tego utworu, bo w 2000 oczywiście hejtowałem, będąc ponad to. Przyznam się bez bicia, że tego debiutu nigdy nie przesłuchałem i „Abracadabra” nie znałem. No i jest to fajne xD Francuski, damski pop 00sowy jest specyficzny, mocno inspirowany Mylène Farmer, ale z tak zwanymi dodatkami. Alizee ma ciekawy, szklany głos, który zwłaszcza na tych późniejszych płytach robił robotę. I ten Melkiego numer jest taki nietypowy, ale na granicy z typowością, co w sumie jest bardzo zmyślnym balansem. Zapada w pamięć zdecydowanie bardziej niż np. poprzednia wrzutka Shodana, jest tu jakiś konkretny klimat. Jestem na tak i może w końcu nadrobię tę zaległość w dyskografii Alizee.

ROME - Legacy of Unrest

Mentos pisze, że mu się to kojarzy z Doves, ale to przecież czysta zgapa ze Stevena Wilsona, słychać nawet dźwięki instrumentów, których przecież Wilson też używał. DOH.
W każdym razie, jest to spoko. Bardziej mi się kojarzy z Editors gdyby tylko wsadzić ich na statek i kazać śpiewać szanty. Ale tbh, gdyby mnie na taki statek wsadzić z tym zespołem, to bym nie narzekał, bo numer jest dobry. Jeszcze jakieś echa Hurts się tu przewalają, no niestety, nie potrafię tego traktować inaczej niż *zespół X, ale w wersji z łajby* , co nie znaczy, że to jest jakaś obelga, chociaż Mentos może to tak odebrać i no cóż, mogę najwyżej postawić piwo jak się kiedyś spotkamy na dworcu w Krakowie (gdzie będę spał, słuchając Alizee) xD O ile Mentos uważa, że pisze jak Dejnarowicz na bani, to ja teraz brzmię chyba jak Mentos na bani. Łoho i małpka rumu.

Bel Canto - Ladonia

Kurde, nie wiedziałem czego się spodziewać i ehh no znowu nie tego się spodziewałem. W ogóle to wspominałem wyżej o Mylène Farmer, i tutaj jakby ona śpiewała (ale to nie może być ona). Ale lol, żeby nam tu nie minęła sensacja. SHODAN WRZUCIŁ NUMER OD TYCH ZŁYCH SZWABÓW.
I TO ŚPIEWANY PO NIEMIECKU. Kurde no, nie wiem skąd ta nagła miłość, myślałem że prędzej piekło zamarznie niż Shodan uzna cokolwiek niemieckiego za wartościowe (poza koncertem DM z Berlina). Mamy w tej kolejce dużo wspólnych mianowników. Po pierwsze, to drugi kawałek śpiewany po niemiecku, a po drugie mocno mi się to/ta (them/they) Ladonia kojarzy z późniejszymi rzeczami Alizee. No i jest to bardzo spoko, a nawet bardziej ;O Fajny groove, doskonała gitara, wszystko tak sobie płynie, elementy składają w przyjemną całość. No i jest melancholijnie, więc DOBRZE.

Klaus Schulze - Crystal Lake

Ehh, Dragon, fakaj się. W sumie trochę sobie sam srasz do gniazda xD bo my tu w utworach działamy szybko, a „Crystal Lake” to należałoby wręcz traktować jako album żeby w pełni docenić. No, ale formalnie to jest jeden z trzech kawałków na płycie, więc jest to utwór.
Wspominałem, że to kolejka wspólnych mianowników i jest kolejny. Dopiero pisałem o kawałku w kontekście mojego ojca, a tu też motyw powraca bo pierwszą płytę Klausa Schulze dostałem właśnie od ojca (plus ma w kolekcji winyli „Dziękuję Poland”). Myślę, że na podstawie wykonawców muzyki elektronicznej tamtej dekady, można spokojnie uznać, że Europa była królestwem takiej muzyki, a Niemcy to już w ogóle (no właśnie, kolejny wspólny mianownik). W sumie dziwię się, że Schulze nie miał nigdy takiego fejmu, jak Jarre. Pobrzmiewa ten numer pierwszym „Oxygenem”, jednocześnie istniejąc w swojej galaktyce, ze względu na kluczową rolę sekwensera. W ogóle, odnoszę wrażenie, że bonusowy track z ostatniej płyty no-man koresponduje z „Crystal Lake” dosyć mocno. To jest excercise na hipnozie. I w sumie to jest chyba największe usprawiedliwienie dla obecności tego kawałka w best of utworów, bo to zlatuje jak 10 minut, a nie 30. Jak się człowiek wkręci, to przestaje myśleć o upływie czasu, a wkręcać ludzi też trzeba umieć. No i Klaus Schulze umie. Powiem więcej, to by mogło wyjść w tym roku i bym kupił, że to zostało teraz nagrane. Ok, moda na retro nigdy nie gaśnie, co już trochę ten argument załamuje, ale pod kątem produkcji, można się pomylić, a to już jednak coś. Nie wiem, czy to nie jest najlepsza wrzutka Dragona jak dotąd.

Artur Żmijewski i Agnieszka Różańska - Dobry los

Pisałem wczoraj (czy w niedzielę? Nie pamiętam) z Murzynem na temat tego jaki mikrogatunek powstał z tych ejtosowych/wczesnonajntisowych polskich ballad. Zwłaszcza w filmach się tego pojawiało bardzo dużo i niestety, sporo z tego zostało jedynie w formie słabych ripów z napisów końcowych. Sam „Dobry Los”.. no trzeba czuć ten klimat xD Ja dorastałem kiedy te filmy wychodziły i wiadomo, nie wszystkie mogłem od razu obejrzeć jako malec, ale coś tam udało się zobaczyć. O ile nie jest to dla mnie coś bieżącego, to pamiętam jednak czasy kiedy było. Jest tutaj sporo rzeczy, które mogą bardzo łatwo przerodzić się w cringe, jeśli się nie łapie klimatu tamtych lat. Wokal Różańskiej to prawie recytacja, Ojciec Mateusz brzmi koszmarnie, to jego teatralne frazowanie sprawia, że bolą zęby. Ale i tak jest to dobre, nieudawane. Słyszę to i oczami wyobraźni widzę Lindę i Pazurę, popijających jakiś importowany alkohol na tarasie hotelu Bryza w Juracie, a obok w klapkach przechodzi Kwaśny z żoną, żeby przywitać się z Niemczyckimi. Prawdziwa pamiątka z dawnej Polski i kolekcji tych mrocznych, polskich ballad. Aż sobie włączę „Zmysły precz”.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 12 kwie 2022 12:07

Za sprawą Deva mam co robić w pociągu ;)

Mateusz Żmigrodzki & Agnieszka Różańska - Dobry los

Otoczka wokół tego utworu sprawia, że odbiera się go jak jakieś lost media. Na chomiku też jest wrzucony przez dwie osoby, ale jakość jest niewiele lepsza. Specyficzna nazwa pliku skłoniła mnie do poszukiwań, ale to chyba tylko fantazje wrzucających, bo soundtrack do filmu nigdy nie wyszedł na CD czy kasecie. Filmu kompletnie nie kojarzę, dlatego wolałem pozostać przy wrzutce murzynowej na Soundcloudzie. Lubię Żmijewskiego jako aktora, ale jako wokalistę go nie polubię. Lepiej wypada partnerująca mu Różańska, która swoją drogą wypadła z obsady filmu, ciekawa historia. Muzycznie nie jest to najbardziej zapadająca w pamięć kompozycja, bardzo mocno słychać to, kiedy została napisana i zaaranżowana. Wszystko tutaj jest wykonane godnie, ale efekt jest dość przeciętny. Brzmieniowo kojarzy mi się z Tangerine Dream, oni coś takiego mogliby wcisnąć pod względem instrumentalnym na Melrose (new age brzmienie + saksofon) albo z wokalem do jednego z wielu napisanych wtedy soundtracków. Rzecz dla gorliwych poszukiwaczy "tamtego czasu" w sztuce, poza tym raczej nie do sprawdzenia.

W drugiej minucie ta duchologiczna otoczka częściowo się udziela, ale to po prostu za malutka rzecz, żeby się nią jakoś podniecać bardziej. Bardzo specyficzny wybór, ale gdy wrócę do filmu to z pewnością będę pamiętał o gościnnym udziale w naszej grze. 

Mark Knopfler - Monteleone

Daddy cool? Nah... Choć naprawdę lubię Brothers In Arms! W przecieństwie do polskiego dziadorocka trochę mi szkoda Dire Straits, że w polskiej przestrzeni radiowej odbiera się ich tak karykaturalnie. Ride Across the River to chyba najciekawsza perełka wyłowiona za sprawą odsłuchu całej BiA, a przecież tam idą też takie milutkie sprawy jak Money for Nothing, Your Latest Trick.  

Monteleone jest już po drugiej stronie rzeki. Kojarzy mi się z typowo amerykańskimi świętami portretowanymi w jakichś Kevinach i innych takich filmach. Tak cieplutko, że idzie zasłabnąć. To jest ta muzyka, do której płaczą w poduszkę nieironiczni fani wychowanego na Trójce, dla której fani starej Trójki ewakuowali się do 357 i Nowego Świata. Nie, nie, nie, Ludwiku Dorn [*], Sabo, Hienie, nie idźcie tą drogą.

Bel Canto - Ladonia

Dream pop. Kolejne określenie-worek, ja bym go tutaj nie zastosował po odsłuchu Ladonii, chyba że z założenia pasuje do wszystkich projektów wykonujących muzykę opartą na mniejszym lub większym plumkaniu z powabnym żeńskim wokalem na przodzie. Dla mnie to generyczne, mało ciekawe granie, powiedziałbym, że bardziej downtempo. Jesteśmy bardzo blisko klimatów RAM Cafe, ale tu miejscami jest zbyt niepokojąco. Muzyczne eklektyczne fairy tale, ale jak szybko wlatuje do ucha, tak szybko wypada. Nudy. 

Zapowiadało się lepiej, gdy zobaczyłem, że w tym zespole maczał palce Geir Jenssen, TEN słynny znany bardziej z Biosphere, ale wychodzi na to, że wycofał się lata świetlne przed wydaniem Dorothy's Victory, czyli płyty z której Ladonia pochodzi.

...a mikronacje to fajna sprawa, całe lata bawiłem się w ich wirtualnej odsłonie, to była przednia zabawa.

ROME - Legacy of Unrest

Martial industrial brzmi jak coś wymyślonego przez osobników, którzy BARDZO chcą się wyróżnić i dopasować pod coś znacznie lepszego i przełomowego niż ichniejsze muzyczne wyroby. Ja w ogóle nie lubię tego marszowego, wojskowego, zdyscyplinowanego klimatu, wrażeń, otoczki. Wiem po lekturze tekstu, że tutaj jest to ogrywane w taki krytyczny, przewrotny sposób, ale mimo to dobry zamiar tonie w muzycznym marazmie. Jestem z wami, bracia, ale to jest średnie po prostu. Nie jest to aż takie dno jak Powstanie Warszawskie Lao Che (porównanie na zasadzie klucza tematycznego), ale jest trochę za ogólnie i bez konkretu. Tym bardziej nie wywołuje to we mnie żadnej nostalgii jak u Mentosa. 

Alizee - Abracadabra

Ten ćwierkający dźwięk perkusyjny tak mocno kojarzy mi się z JMJ, trochę tu się znajduje od czapy, psuje tę kameralną sielskość anielskość pozostałych składowych. Myślami wróciłem do czasów popularności płyty Dr. Ząbek i przyjaciele, która i w moim domu hulała, dużo tu młodzieńczej, dziecięcej energii, ale w dojrzałym opakowaniu. Mam mocno ambiwalentne odczucia, ten numer może być czymś w rodzaju małego growera, bo podoba mi się użyta tu elektronika, ale resztę odbieram bardzo neutralnie. Nie wiem czy to dobrze. Przesłuchałem jeszcze raz i w ostatnim refrenie pojawia się jakiś dodatkowy instrument, sprawia, że ten numer jest bardziej wykręcony, ale nie prowokuje do dalszych poszukiwań.

Einsturzende Neubauten - Ich warte

Jak ja mogę nie znać EN, TO OCZYWISTE, że ich muzyka była wykorzystana w teatrze. Wałbrzyski TDSz wystawia Rzywot, który korzysta z ich twórczości w bardzo szeroki sposób. Na pewno przewija się tam wiele motywów z Alles Im Allem, ale mam wątpliwości co do jednego utworu, który pamiętam... czy nie jest przypadkiem nasz bohater, Ich warte xD AIA poznałem już trochę wcześniej, w 2020 roku to był ten moment, kiedy wreszcie się za nich zacząłem zabierać. Silence Is Sexy - dobra rzecz, z takim tytułem nie może być przeciętnie. Ogólnie wolę późniejsze EN, bardziej dostojne, liryczne, ilustracyjne.

Ich warte właśnie takie jest, bardzo powabne, pasujące do jakiegoś filmowego momentu rozwiązania akcji albo momentu wytchnienia po intensywnym emocjonalnie fragmencie. Podoba mi się trochę profetyczny, trochę życzeniowy tekst. Zachęca do poznania całej Alles wieder offen. Końcówka niby jest bardziej ekspresyjna, ale to trochę jak tańczenie w garniturze, te paradoksy w muzyce EN bardzo mi się podobają. Dev JAK NIGDY ratuje kolejkę, bo byłem bliski uznania zwycięstwa Alizee, ale mamroczący Blixa kradnie serduszko.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 12 kwie 2022 16:35

Artur Żmijewski i Agnieszka Różańska - Dobry los

To mnie Mudżyn zdziwił. Takiego czegoś się nie spodziewałem.
Ja tego filmu nie oglądałem, więc nie mogę powiedzieć, że czuję ten klimatu co stripped. Ale nie twierdzę, że to zła piosenka. Taka typowo filmowa, która po paru przesłuchaniach nawet potrafi wyzwolić pewną sympatię. A sporo razy przesłuchałem, bo to bardzo krótki utwór. W przeciwieństwie do piosenek z niektórych polskich seriali nie wzbudza wrogiego nastawienia. Żmijewski rzeczywiście na piosenkarza się za bardzo nie nadaje. Za to Agnieszka brzmi naprawdę fajnie, szczególnie w refrenie, gdzie przypomina mi uroczą wokalistkę Kwiatu jabłoni.
Reasumując – przy pierwszym odsłuchu pomyślałem „czy tego golasa pogięło, co to za szajs?”. Ale 2-3 przesłuchy później pomyślałem z kolei – to jest całkiem sympatyczne. :)

Mark Knopfler – Monteleone

W przeciwieństwie do Dragona kompletnie nie przeszkadza mi muzyka w klimacie amerykańskich świąt. Ja wręcz bardzo lubię taplać się w tych cieplutkich gitarowo-pianinkowych dźwiękach. Do tego ładna melodia, bardzo dobry głos Marka i można się rozmarzyć. :grins:
Dragon na melancholii się nie zna. Ja się znam jak mało kto tutaj, więc mnie się ta propozycja bardzo podoba.

Klaus Schulze - Crystal Lake

Klimat tego utworu jest zgoła odmienny, niż w propozycji Hiena. Tam było ciepło i milusio, tutaj jest chłodno, wręcz mroźnie i ponuro.
Ale jestem słuchaczem sądzę na tyle elastycznym, że z równą przyjemnością i satysfakcją potrafię się odnaleźć w obu przypadkach.
Muszę przyznać, że Schulza nie znałem wcześniej. W ogóle raczej nie słuchałem tego typu instrumentalnej muzyki. Ale jak zauważyliście sporo z dotychczasowych dragonowych propozycji mi się spodobało. I Szulze nie będzie tutaj wyjątkiem.
Tak jak mnie zganiliście za wrzucenie In Winter Meluy już po zimie, tak ja powinienem zganić z to samo Dragona. Bo Crystal Lake to rzeczywiście taki typowo zimowy klimat. Już od początku te dzwonkowo brzmiące klawisze sprawiają, że człowiekowi robi się zimniej. Koniecznie muszę tego posłuchać zimą podczas wędrówki po ośnieżonych pustkowiach. Wtedy to będzie robiło dopiero wrażenie. Pierwsza część dynamiczniejsza, druga taka bardziej rozmyta, tajemnicza. Ale obie bardzo dobre. Klimatyczne i niepokojące. No i w przeciwieństwie do GAS tutaj się coś w tle jednak dzieje. Na tyle ciekawie, że nie czuje się tych 30 minut.

ROME - Legacy of Unrest

Kolejna nieznana mi rzecz. Ale rzecz bardzo dobra. Podoba mi się tutaj wszystko. Bardzo ciekawa melodia podparta dobrym brzmieniem i świetnie pasującym wokalem. Świetny mostek. Fajna akustyczna gitara podparta fajnym basem. Kojarzy mi się ten rytm dosyć mocno z The Sweetest Condition, więc raczej nie powinno dziwić, że klimat tego utworu bardzo mi odpowiada.
Mentos pisze, że utwór przywołuje u niego nostalgię za czymś, czego nawet nigdy nie doświadczył. I ja to rozumiem, bo sam miewam takie akcje. Ten utwór jest zdolny, do wywoływania takich uczuć jak najbardziej.
Zwycięzca kolejki.

Alizee – Abracadabra

Słuchało się kiedyś francuskojęzycznej muzyki i to sporo. Również Alizee. Ale było to dawno temu. Jakieś 15-20 lat wstecz. Na pewno mam jeszcze gdzieś na półce płytę, z której pochodzi ten utwór. A utwór to skądinąd całkiem sympatyczny. Dobrze brzmi tworząc fajną aurę. Tylko rzeczywiście, jak pisze Dragon, ten ćwierkający przez cały utwór dźwięk trochę tu nie pasuje.
Alizee ma spoko wokal i zawsze lubiłem utwory śpiewane po francusku. Choć spamiętanie jakiegokolwiek tytułu w tym języku, to zadanie prawie niemożlie.
Dobra propozycja, choć na pewno te 15-20 lat temu, gdy miałem fazę na francuski pop, oceniłbym dużo wyżej.

Einstürzende Neubauten - Ich Warte

Zespół znany mi tylko z nazwy. Nic więcej.
Pierwszy odsłuch i była lekka frustracja. Jakiś staluch gadający po niemiecku do gitarowej zagrywki wygrywanej jednym palcem – co to ma być? Ale to było odczucie tylko chwilowe. Już przy trzecim odsłuchu coś mi się przestawiło, odblokowało. I stopniowo utwór zaczął nabierać wartości. Ta gitara brzmiąca tak staroświecko jakby żywcem wyjęta z jakiejś gry w klimatach typu King Quest. Podoba mi się też ta mocniejsza końcówka po prawie 5 min. utworu brzmiących bardzo skromnie, wręcz ascetycznie.
Tak więc po początkowych drobnych problemach jestem ostatecznie na tak.
Hien pisze:
12 kwie 2022 11:15
Ale lol, żeby nam tu nie minęła sensacja. SHODAN WRZUCIŁ NUMER OD TYCH ZŁYCH SZWABÓW.
I TO ŚPIEWANY PO NIEMIECKU. Kurde no, nie wiem skąd ta nagła miłość, myślałem że prędzej piekło zamarznie niż Shodan uzna cokolwiek niemieckiego za wartościowe
Hien ale co ty brałeś? Przecież pisałem, że to zespół z Norwegii. :/
I nie dałbym głowy uciąć, ale Anneli Drecker śpiewa chyba po norwesku, który to język zresztą nie tak trudno pomylić z niemieckim.