Best of Forum (Edycja albumowa)

Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 11 kwie 2022 13:55

The Cure - Seventeen Seconds

Z twórczością The Cure zetknąłem się już parę ładnych lat temu, ale nie utkwiła mi na dłużej w pamięci. Być może słuchałem Pornography, nie pamiętam, w każdym razie to był (lub były) cały album. Pierwsze, co mi się rzuciło w uszy, to chłodne brzmienie całości, to, że album powoli się rozkręca i, tak jak Dragon pisał, strona A brzmi jak wprowadzenie do strony B. Nieszczególnie podoba mi się brzmienie gitarowe, takie typowe dla lat 80., od którego zawsze stroniłem. Bardzo dobrze tutaj słyszę, jak ważne dla mnie jest brzmienie - z podobnego powodu nie przepadam za polskim rockiem tamtej dekady (wrzuciłem Lecha Janerkę, ale to tak naprawdę jeden z kilku ledwie wykonawców tego typu, których potrafię słuchać) czy za The Police.
Pierwszy utwór, A Reflection, mogę właściwie potraktować jako wstęp do wstępu. Bardzo senny, spokojny i melancholijny ten wstęp. W sumie nic specjalnego, trochę kojarzy mi się z instrumentalami DM :mrgreen: . W Play For Today tempo przyspiesza, pojawia się wokal Smitha - nie do końca jestem przekonany, to chyba nie mój typ. Ale gość ma coś w sobie, za jakiś czas może znów wrócę do niego. Secrets to całkiem fajny kawałek, taki oszczędnie zaaranżowany, płynie sobie powoli. Przy In Your House mam wrażenie, że płyta robi się monotonna, to niby nie jest samo w sobie nic złego, ale przydałoby się więcej urozmaicenia lub zmiana tempa. I jednak depresyjne to jest, strasznie zamulające. Three - robi się nieco ciekawiej, ostrzejsza gitara, ciekawe klawisze, toporny bit, niezłe to brzmienie, ciekawsze od poprzednika. Słychać charyzmę Smitha, gość jednak trzyma to wszystko w ryzach i nadaje muzyce kierunek. To jest ten element, który, podejrzewam, może przytrzymać przy The Cure na dłużej. Im dłużej słucham, tym bardziej przypomina mi się MFTM.
Po którymś odsłuchu zaczynam rozumieć, dlaczego ta muzyka tak wielu ludzi zatrzymuje przy sobie, ci goście po prostu wiedzą, co chcą przekazać i trzymają się tego bez odchyłów. Są dość, jak to ktoś ujął, monochromatyczni, ale powoli przestaje to przeszkadzać. Przy czterech ostatnich kawałkach: A Forest, M, At Night i Seventeen Seconds dostaję to, czego chciałem: cztery fajnie brzmiące kawałki, bardzo spójne i nieco mocniejsze od wcześniejszych. W sumie nie jest źle, jest lepiej niż sądziłem, potrzeba było do tego chyba pięciu czy sześciu odsłuchów, ale całość układa się wreszcie na swoim miejscu.
Początek zostawia mieszane uczucia, ale potem się rozkręca i może dobrze na tym skończyć. Niezła płyta, takie 6/10 jako całość (nie lubię punktacji, ale tu sobie wyjątkowo pozwolę ją wstawić). Ale teraz poleci coś radośniejszego (może Pet Shop Boys od shodana?)
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 11 kwie 2022 14:01

Piękne dzięki!

Został nam zatem jedynie Dewocjonał który jak myślę album zna dość dobrze :8
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 12 kwie 2022 08:35

The Cure - Seventeen Seconds

Jak Cię mogę (Was?), jedna z najlepszych rzeczy ze stajni The Cure wjechała w bestkę i na moje szczęście nie jest to Disintegration xD (które bardzo lubię, ale wybór to byłby mniej więcej tak samo oczywisty, jak Magnetic Fields Jarre'a czy bez mała Violator DM - mały ukłon w stronę Czezuczesku). Uwielbiam ten album. Jest absolutnie genialny. Bijący od niego minimalizm to dla mnie trochę Joy Division with less steps nawet. Wszystko tutaj do siebie pasuje - eteryczny, jeszcze niezmanierowany wokal Szmidta, odpowiednia dawka klawiszy w wykonaniu Hartleya (zawsze mnie trochę smuciło, że był zatrudniony tylko na tę płytę choć i tak grał to, czego chciał od niego Szmidt), jeszcze nie tak okrutnie dojmujący (choć to nie minus) bas Gallupa i oczywiście Tol Lolhurst, chociaż on na Faith grał właściwie to samo. Ciekawym jest, że płyty zawsze instynktownie słuchałem tak, jak zwrócił na to uwagę Murzyn - a więc z odpowiednią przerwą w środku. Oba instrumentale są absolutnym złotem, doskonale budują klimat albumu. Zaczynając od Play for Today - kiedyś nie przepadałem do końca za tym numerem, przekonałem się dzięki... wykonom na żywo, które trochę zjechał Hien. Dopiero dzięki ich powerowi (zwłaszcza z Paris) wsiąknąłem w wersję oryginalną. Podoba mi się to, że jest to takie uptempo które przełamuje niepokojące dźwięki A Reflection, a jednocześnie obok A Forest jest jedynym tak dynamicznym kawałkiem tutaj. Następnie wchodzi mroczne Secrets, które wbija się przez skórę wprost w kości wychładzając je na długo przed Faith a za nim In Your House - długo mój ulubiony utwór w tej pozycji. Seventeen Seconds w ogóle jest jednym z tych albumów, które poznałem w całości w Tamtym Lutym 2007(TM), zaś IYH katowałem wtedy najbardziej i najwięcej. Wszystko jest tutaj doskonale zaaranżowane, uwielbiam to brzmienie basu i powtarzalny motyw gitarowy, klawisz niespiesznie płynący w tle. Zawsze miałem takie wizje powolnego biegania po korytarzach jakiegoś starego, wiktoriańskiego i ofc opuszczonego domu przy tym kawałku. Piękno w całej okazałości (albo, jak to Bargeld napisał w jednym ze swoich tekstów, tylko jego fragment, bo piękna nie da się objąć całością pojmowania). Następnie Three, które jest dla mnie pewnego rodzaju kontynuacją Secrets jeśli chodzi o klimat i brzmienie, no i po The Final Sound (którego pierwsze dźwięki mogą walnąć po uszach nieuważnego słuchacza, jeśli ten pozwolił sobie przysnąć przy poprzednim numerze - co nie jest wcale trudne ale nie jest też złe per se) tak, jak napisał Melczet - 4 doskonałe kawałki biegnące aż do zamknięcia płyty. Nawet jeśli trochę już zdarte to wciąż świetne A Forest (był to w ogóle jeden z pierwszych numerów The Cure jakie usłyszałem, jeszcze jesienią 2005), delikatnie cheesy w przekazie ale bez przesady M, genialne At Night (które kiedyś bardzo chciałem zcoverować), czyli coś, co spokojnie mogłoby być zamknięciem płyty no i tytułowy, który mimo poprzedniego stanowi doskonałe dopięcie całości. Tu nie ma złych numerów, mogą być najwyżej mniej wkręcające się (na początku), ale przy odpowiednim podejściu do tego dzieła wchodzi wszystko (choć ważny jest setting słuchacza, mnie tamten mroczny i śnieżny luty bardzo pomógł w odbiorze). Daję wielką okejkę, to mój póki co faworyt kolejki, uwielbiam ten album (jak napisałem na samym początku) i będę wracał wielokrotnie. Może nie w tej aurze, ale będę :D

PS. The Cure na dobrą sprawę poznałem dzięki... temu forum, znałem wcześniej 2 czy 3 pojedyncze numery, ale te najbardziej radiowe. Jakoś jesienią 2005 f.ś.p. Bartini wymyślił naszą wspólną skrzynkę pocztową (kto to jeszcze pamięta?), gdzie wrzucaliśmy całe płyty ważne dla siebie, by inni mogli je zassać (taki przedpotopowy protoplasta tej zabawy, ale wówczas zmiksowany ze Spotify i Bear Share). Bartini (który nota bene zaraz wyda swoją pierwszą książkę) wrzucił tam Disintegration i była to pierwsza rzecz Kjurów, jaką zaciągnąłem w całości. Na długo określiła moje podejście do grupy i sposób odbioru ich muzyki, kolejne było Faith i na długo zatrzymałem się na tych dwóch. Dopiero rok później przepadłem na rzecz Kiss Me x3, a dopiero pod wpływem Seventeen Seconds zassałem resztę i tak zostało do dziś. Miałem szczęście być na ich koncercie z Hienem i dwoma f.ś.p. Forumowiczkami jesienią 2016 - było absolutnie w pytę. Jednocześnie nie czuję wielkiej potrzeby kupować biletu na kolejny xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 12 kwie 2022 08:59

Mój problem z P4T live jest taki, że zrobił się z niego taki festynowy singalong i ja tego po prostu nie jestem w stanie kupić w takiej formie, przez to wycie ludzi bierze mnie taki cringe, ze nie daj Boże trzymam napój w ręce, bo wyleję.

Swoją drogą, chciałoby się żeby np DM podchodzili do sprawy setów jak TC. I nie mówię tu nawet o graniu 4,5 godzinnych koncertów na urodziny Gahana, ale np o te zajebiste, tematyczne segmenty jak blok 17 seconds na pierwszy bis i blok 3 Imaginary Boys na ostatni. Dyskografia The Cure jest różnorodna w brzmieniu i charakterze, ale potrafią znaleźć sposób żeby to wszystko przedstawić w ramach jednego setu. Inna sprawa, że stare płyty TC nie zestarzały się tak bardzo jak wczesne DM, no i Szmit nadal brzmi jak brzmiał 40 lat temu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 12 kwie 2022 10:07

Jest to jakaś myśl ale już się tego nie podejmą raczej.

Cieszy mnie raczej dobry odbiór 17S, sukcesem jest dla mnie że nawet shodan się przekonał a Melki po dłuższym osłuchaniu rzucił nawet to 6/10 i ani razu nie posłużył się płaczącą emotką w recenzji :D Widzę że pomimo moich początkowych wahań słuszniej postawiłem na Seventeen Seconds a nie Disintegration i być może niektórym ukazało się nieco inne The Cure niż się spodziewali ;)

Wobec powyższego temat chyba mamy obgadany, można przejść do omawiania albumu Nonsuch grupy XTC.


Hien pisze:
06 kwie 2022 17:19
XTC – Nonsuch

Moja historia z XTC i tym albumem jest taka... i proszę czytać uważnie albowiem jest to przypowieść, dosyć istotna w kontekście naszej zabawy. Zespół zacząłem poznawać z własnej woli w 2014 roku, więc późno. Od chyba 2013 roku, znajomy próbował mi ich sprzedać, ale ja byłem dosyć oporny. Podrzucał mi kawałki, ja ich słuchałem, podobały mi się, ale nie rzucałem się na albumy. Nie wiem czemu, to jest jakiś dziwny rodzaj umysłowego lenistwa, który sprawia, że nie chce się poświęcić tej godziny na poznanie jakiegoś reko, bo powody w dupy. Choćby z tego względu, podobają mi się nasze bestki, bo jesteśmy zobligowani żeby słuchać tej muzyki xD
W każdym razie, przyszedł rok 2014 i w końcu usłyszałem kawałek, który popchnął mnie w dyskografię XTC, nie napisze jaki, bo prędzej czy później pojawi się w bestce utworów.
Popłynąłem dosyć sprawnie, w pierwszej kolejności dosyć dziwnie, bo Apple Venus i Wasp Star (de facto jeden album w dwóch częściach), a potem klasycznie czyli Skylarking. I te albumy mi weszły bez popity, zresztą jest to zdecydowanie najbardziej przystępne XTC jakie może być. Patrząc wtedy na wypowiedzi fanów, w tym samego Tima Bownessa (hehe), zauważyłem, że kilka albumów wymienianych jest ze zdecydowanie większą miłością. Wśród tych płyt było Nonsuch. Zaopatrzyłem się, włączyłem, przesłuchałem i rzuciłem z gniewem w kąt. Kompletnie mi się ten album nie spodobał. Byłem w sporym szoku, że jest tak popularny wśród miłośników, a to takie barachło. Próbowałem jeszcze ze dwa razy, ale kompletnie mnie odrzucało. W tej chwili nie pamiętam nawet jakie ja miałem zarzuty wobec Nonsuch, ale w stosunku do Skylarking, wydawało mi się brzmieć na jedno kopyto oraz brakowało mi dobry piosenek. Jeśli wierzyć lastowi, to pierwsze przesłuchanie miało miejsce 20 lipca 2014. Nieliczne próby później miały mniej/więcej taki sam skutek. Aż do 2016 r. Od 2016 r. pisałem dwukrotnie w bestce utworów. Wielkanoc to był centralnie najbardziej napięty moment, kiedy zdiagnozowano u mojej mamy raka, ale jeszcze nie podjęto odpowiednich decyzji w sprawie leczenia. Totalne zawieszenie i czas kiedy człowiek zasypiał i budził się z gulą w gardle. No i są te święta, siedziałem w moim starym pokoju u rodziców i trochę nie miałem co robić. Last mówi, że była to Wielka Sobota, 26 marca. Odpaliłem jakiś film dokumentalny o sesjach z 1991 roku (czyli nagrywaniu Nonsuch, ale chyba tego wtedy nie skojarzyłem) i zacząłem sprzątać. No i słyszę doskonałą muzykę w tle. Dużo instrumentalnego grania, bo filmowano przymiarki to właściwej rejestracji utworów. Po kilku absolutnie doskonałych podkładach, zacząłem się zastanawiać co się stało z tymi wszystkimi zajebistymi rzeczami. Zwłaszcza jeden fragment totalnie mnie zauroczył. Zacząłem sprawdzać co to są za utwory, a było tego z 4-5 różnych. Efekt mojego śledztwa powalił mnie na ziemię, bo okazało się, że to wszystko kawałki z Nonsuch, albumu który odrzuciłem jak byle gówno. To były, o ile się nie mylę, That Wave, Then She Appears, The Disappointed, Crocodile i coś jeszcze. Jeden kawałek był odrzutem – Didn’t Hurt a Bit – i to właśnie on najbardziej mi się spodobał. Okazało się, że nie było go na oryginalnej wersji albumu, ale dorzucono go na nowym wydaniu, w nowym miksie Stevena Wilsona (coś jest w tym, że nie mogę się uwolnić od obecności no-man). Zacząłem słuchać Nonsuch i po kolej dostawałem obuchem w łeb. Te wszystkie kawałki tam były cały czas, doskonałe jak w tym dokumencie, a nawet lepsze. Piękne piosenki, piękne i ciekawe wykonania, piękne teksty. Nie mogłem zrozumieć, co tu się w ogóle stało i jak to się mogło stać. Przecież gust nie zmienił mi się z roku na rok, nie mogłem być aż tak głuchy. To nie jest możliwe, żeby z hejtu nagle przeskoczyć do stawiania ołtarza. Ale tak było. To był dla mnie bardzo istotny moment jako fana XTC, ale nawet ważniejszy jako słuchacza muzyki. Zdałem sobie wtedy sprawę, że absolutnie nie można sobie ufać w 100% przy pierwszym, a nawet drugim przesłuchaniu. Myślimy, że sami siebie znamy, że znamy swój gust, bo kto ma znać lepiej niż my. A często się okazuje, że gówno wiemy. Odpalamy się z obelgami w kierunku muzyki, która nie dotarła jeszcze w odpowiednie miejsce, nie zakiełkowała. Ta rewelacja zrobiła mi tamte święta, dzięki tej płycie byłem w stanie się trochę uspokoić, nabrać jakiegoś optymizmu. Wszystko na tym albumie nagle kliknęło, a to że w ogóle doszło do tej przemiany, było dla mnie namacalnym dowodem, że wszystko jest możliwe.
Jak to wyjaśnić? Nie da się, ale zauważyłem pewną prawidłowość. Rozmawiałem później ze znajomym, który mi sprzedał (czy raczej przez długi czas sprzedawał) XTC i on potwierdził, że też nie miał łatwego startu z Nonsuch, że generalnie na początku podobało mu się tylko Skylarking, ale że ostatecznie „wszystkie płyty XTC wchodzą”. Podobną opinię, lata później, rzucili Wilson i Bowness w swoim podcascie The Album Years, mówiąc że Nonsuch cenili trochę z rozpędu, ale dopiero po czasie dotarło do nich, że to jest naprawdę fantastyczna płyta. I chyba faktycznie tak jest, że ten album potrzebuje więcej czasu na fermentację w uszach, głowie i sercu. Oczywiście nie sugeruję, że musi się spodobać za wszelką cenę, jestem pewien, że wiele osób odrzuci go nawet po 100 przesłuchaniach na przestrzeni 10 lat, ale liczę że w tym gronie, mimo wszystko dosyć elastycznym muzycznie, jest szansa na podobne doświadczenie co u mnie, a może nawet komuś wejdzie od razu. Niemniej ostrzegam, że Nonsuch może nie być łatwy do przełknięcia (mimo, że to jest prosty album) i może załapać po wielu przesłuchaniach, lub po czasie. Ryzykuję wrzucając go do bestki, bo my tu niestety nie mamy tyle czas aby albumy się naprawdę uklepały, musielibyśmy robić kolejkę na kwartał, żeby mieć na to odrobinę szansy. Nie wyobrażam sobie jednak żeby Nonsuch się tu nie pojawił, bo to płyta dla mnie bardzo ważna, pod wieloma względami. Dlatego starałem się wcelować z nią w pobliże Wielkanocy, żeby ten klimat jeszcze bardziej wzmocnić.
Nie będę za bardzo opisywał albumu, ale jest tu wiele różnych nastrojów, tych jaśniejszych (The Disappointed, Then She Appears, The Ballad of Peter Pumpkinhad) i tych ciemniejszych (That Wave, Rook) i wszystkie mi odpowiadają, niezależnie od mojego własnego nastroju, bo w XTC wszystko jakoś przenika się nawzajem. Jeśli chodzi o brzmienie, to macie swoje uszy i będzie sami słuchać.
Tak więc wyciągnięcie z moich doświadczeń co będziecie chcieli. Mam wrażenie, że w poznawaniu muzyki nie chodzi nawet o ilość przesłuchań, ale czas jaki sobie człowiek daje na to żeby wszystko się w głowie poukładało. Np. Shodan zmienił zdanie o Eat to the Beat, bo spędził z tym albumem ponad miesiąc. I to nie znaczy, że go słuchał non stop przez miesiąc, ale po prostu miał czas żeby się oswoić. Gdyby przesłuchał tę płytę 20 razy w ciągu pierwszych dwóch dni, to by to niczego nie zmieniło, możliwe nawet, że pogorszyło sprawę. Tym bardziej polecam wracać po czasie do różnych płyt, a zwłaszcza do tych, które się kompletnie nie spodobały. Wydaje się, że wszystko o sobie samych wiemy, a to nie jest prawda.

https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... OIecTaDh7B

Dzięki dla Murzyna za ogarnięcie playlisty. Dla tych, którzy wolą ze Spotify, czy mp3, ogarnijcie sobie na koniec "Didn't Hurt a Bit".
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 12 kwie 2022 12:24

XTC - Nonsuch

Wchodzę w to ryzyko podjęte przez Hiena, szanuję je. Żeby być szczerym podsyłam tu swoje wrażenia z obu odsłuchów. Lepiej wspominanego zjawiska nie będę mógł oddać.

Pierwsze wrażenie: niesamowite przytłoczenie zawartością. Dzieje się bardzo dużo w aranżach, utworów jest dużo i cechują się bardzo szerokim stopniem różnorodności. Do Rook tylko coraz bardziej chciało mi się spać, potem nadszedł przypływ energii, ale dalej zawartość sprawiała wrażenie bardzo ciężkostrawnej. Nie można wrzucać tak skrojonej muzyki i narzekać jednocześnie na progresywnego rocka xD Tutaj dzieje się jakaś pop opera, o żadnej lekkości nie ma mowy. Organy Hammonda, smyki, witamy w domu. Parę minut po przesłuchaniu rozróżniam parę utworów w pamięci, ale w odniesieniu do całości mam bardzo średnie odczucia. Tak się zawsze dzieje, kiedy pierwszym razem zabieram się za muzyczne cegły tak jak książki są cegłówkami, kiedy znacznie przekraczają te 500 stron. Już na Drums and Wires było dość dużo utworów, ale było tam więcej lekkości, powabu, melodie wyraźniej wychodzą przed szereg, choć i tam nie brakuje rytmicznych wariacji i zagęszczania aranży. Tutaj dawka tego środka jest mordercza. Oprócz tego na paru utworach mocno odciśnięto takie gitarowe smęcenie jakby z amerykańska, przewija się tutaj parę motywów westernowo-barowych, a to na zdecydowany minus. Nie ma szans na dzień dobry znaleźć jakieś pozytywne fragmenty, poszukiwanie tego zajmie mi z miesiąc. Gdybym słuchał tej płyty układając utwory w kolejności alfabetycznej byłoby podobnie.

Drugi odsłuch. Jak już wiem z czym mam do czynienia to jest trochę łatwiej. Wraca problem chwytliwości, nawet jeśli coś się wyróżnia na tle reszty to przez taką ilość utworów za godzinę mogę o tym praktycznie nie pamiętać. Jakieś plusy zaczęły się pojawiać - The Smartest Monkeys polubiłem! Zdecydowanie najlepszy numer w swoim otoczeniu, kryje dalekie echa Drums and Wires. Dla równowagi niedługo potem idą straszne potwory, takie jak Holly Up On Poppy i Crocodile. Dziadorockerstwo znajduje tu swoje najszersze ujście. Albo te momenty, kiedy są ładnie melodie, które dostają okropnie sztywne i płaskie aranże (Omnibus). Wyczuwam te niuanse i rozróżnienia emocji, ale brzmieniowo praktycznie dzieje się to samo od początku do końca. Utrzymuję zdanie o westernowo-barowych motywach. Miejscami harmonie wokalne przywodzą na myśl Beach Boys. Czasami utwory są za długie (na pewno pierwszy, Then She Appeared też). Tak jak w przypadku Seventeen Seconds druga połowa wydaje się lepsza. Główny problem chyba tkwi w tym zagęszczeniu brzmienia, braku czegoś wyraźnie z przodu. Perkusja jest bardzo zachowawcza, wręcz usypiająca. Ktoś na RYMie zwraca uwagę, że remaster z 2001 działa na niekorzyść zawartości, a tylko ten jest dostępny na Spotify... w The Ugly Underneath słychać, że coś tam chce wyjść na powierzchnię, ale jest wygładzone.

Na pewno będę wracał do The Smartest Monkeys, dobre były też That Wave i War Dance. Jeśli od czegoś zaczynać kolejne próby zmierzenia się z całością, to właśnie od wspomnianych plus generalnie reszta utworów z drugiej połowy, ale poza ostatnimi trzema, gdzie wjeżdzają jakieś smyki, organy Hammonda i znowu robi się za gęsto i smętnie. Musi swoje odleżeć na boku żeby może zaskoczyło za pewien czas, choć nie jestem specjalnie przekonany.

Didn't Hurt A Bit didn't change a thing, choć wilsonowy miks wydaje się przyjemniejszy dla ucha.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 12 kwie 2022 12:39

Co by o Wilsonie nie mówić, to jego remixy zawsze robią robotę. Debiutu King Crimson w innym miksie niż jego, już nie słucham. Andy Partridge nie jest fanem Spotify (co szanuję), dlatego nowej wersji, nad którą ma kontrolę, tam nie ma.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 13 kwie 2022 10:26

XTC – Nonsuch

Hien to taki zawodnik, na którego zawsze bardzo liczę w kwestii proponowanej muzyki, bo już wiele dobrych rzeczy od niego podebrałem przez te wszystkie lata. I w naszych bestkach też raczej nie zawodzi. Choć w albumach nie jest na razie aż tak skuteczny jak w utworach.
Zawsze chciałbym pisać pozytywne recki. Bo pozytywne recki, to więcej dobrej muzyki dla mnie. Ale oczywiście nie ma szans, żeby wszystko polubić. XTC sprawiał mi od początku niemały problem.
Po pierwszym odsłuchu miałem ochotę zrobić to samo co Hien – czyli gniewnie rzucić album w kąt. Po drugim było nie lepiej. Z wyjątkiem dwóch utworów nic godnego uwagi mi w głowie nie pozostało. Trzeci odsłuch niewiele zmienił. Wydawało mi się to taką muzyczną papką nie z mojej bajki. Ale lubię wytrwale w tej zabawie dawać szansę muzyce. Szczególnie gdy jest na to czas (pomyśleć, że z opóźnień co niektórych mogą wyniknąć jednak pozytywne rzeczy). Więc posłuchałem po raz czwarty i piąty. I odbiór nieco się w końcu zaczął poprawiać.
W przypadku The Bravery nie miałem ochoty dawać albumowi aż tylu szans. Tutaj dałem, bo nadzieja była nieco większa. I teraz na pewno nie powiem, że płyta jest zła. Gdybym pisał reckę po dwóch odsłuchach, to by pewnie tak było. Jednak z czasem album nabiera rumieńców. Jest to żmudny proces, ale jednak postępuje. Są takie płyty, które potrzebują odpowiednio dużej ilości czasu, żeby się do niej przyzwyczaić. I to jest na pewno jeden z tych przypadków.
Ja się do wielu utworów już przekonałem. Bo jest tam sporo dobrego brzmienia, dobrych melodii. Podobają mi się najbardziej Ballad Of Peter Pumpkinhead, The Disappointed, War Dance, Books are Burning czy The Smartest Monkeys. Nie podobają mi się za to kompletnie: Crocodile, Rook i Bungalow. Pozostałe utwory na tę chwilę to takie średniaki z rokowaniami na przyszłość.
Zdołałem się nawet zaprzyjaźnić z wokalistą, choć na początku stroiłem fochy co do jego osoby.
Podsumowując - nie można mnie na pewno na tę chwilę nazwać fanem XTC. Ale moja początkowa wrogość powoli przerodziła się w zaciekawienie i akceptację. Jakby tak wyciąć ze 3-4 utwory z albumu, to byłoby jeszcze lepiej. Zobaczymy co będzie dalej, ale myślę, że jest szansa na to, żebym czasami do tego wracał.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 kwie 2022 11:41

Ja tylko zaznaczę (co powinienem był zrobić w opisie), że wokalistów jest dwóch. Kawałki 2, 5, 13, 16 i 18 śpiewa basista Colin Moulding, a resztę Andy Partridge. Trudno się połapać bez osłuchania.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 13 kwie 2022 13:26

Na szybko odpowiem Dragonowi: mnie XTC w tym wydaniu kojarzy się nie tyle z progiem, co z bogato zaaranżowanymi produkcjami typu Odessa Bee Geesów. Choć lżejsze odmiany proga też w tym czuć, tak. Długa płyta, niełatwa (bo dużo materiału i dużo atrakcji), w ogóle jestem zdziwiony, że to generalnie dość szybko wchodzi i brzmienie ma fajne.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 kwie 2022 14:16

Nie rozumiem o co chodzi z tym progiem. Oczywiście, nie mam nic do proga (nie mam nic ogólnie, detalicznie to już inna sprawa), ale gdzie Wy tu macie ten prog?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 13 kwie 2022 15:04

Prog jako takie negatywne określenie dla przeładowanych płyt z gęstymi aranżami. Tak mi się to skojarzyło za pierwszym razem i trochę jeszcze zostało mi w głowie. Ten sam sposób na przytłoczenie sluchacza zawartością jak w progu, ale delikatnie lżejsze kompozycje, mniej technicznej gry też. Generalnie za pierwszym razem zmęczyła jak Genesis czy inne Yes.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 kwie 2022 15:12

No ok, tu się bardziej w sumie odnoszę do tego co pisze Melki, jakieś lżejsze odmiany proga, czy CO xd

Przypomina mi to trochę to, co robi na fejsie Prog Magazine jak chcą bardzo napisać o jakimś albumie, który nie jest z założenia jakąś progresywną karykaturą, ale czują guilty potrzebę usprawiedliwienia tego. Tym samym, nowe Tears for Fears zostało z dupy nazwane prog popem, co jest bzdurą niesamowitą. Nonsuch jest rockiem i tylko rockiem. Może być śmiesznie przeładowanym aranżacyjnie rockiem, ale rockiem xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 13 kwie 2022 15:24

Lżejsze odmiany proga no to znowu powrót do nowomowy z Lizarda i tych gazetek dla tych z za dużym ego, sam nie wiem xd
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 kwie 2022 15:25

Nie będę udawał, że kilku pierwszych numerów Lizarda nie kupiłem xD Ale to były inne czasy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 13 kwie 2022 16:16

Dragon pisze:
13 kwie 2022 15:24
Lżejsze odmiany proga no to znowu powrót do nowomowy z Lizarda i tych gazetek dla tych z za dużym ego, sam nie wiem xd
Ale masz przecież lżejsze odmiany tej muzyki (to głównie symfonicy, ale też Jethro Tull, Harmonium, ktoś pewnie powie, że Pink Floyd, chociaż dla mnie Pink Floyd to nie prog) i cięższe (te idące w stronę metalową, King Crimson z Wettonem czy Van Der Graaf Generator), przecież ten nurt też się różnicuje. Generalnie lżejsze=te bardziej przystępne i, co za tym idzie, bardziej popularne.
Zresztą to głównie symfonicy są równo jechani przez krytykę (ale są tacy, którzy równo olewają i tych bardziej radykalnych typów). Ja przynajmniej zauważyłem, że jak się jedzie po progu, to głównie po różnych bardziej przystępnych grupach. Ja bym do Lizarda itp. jeszcze np. Politykę dorzucił.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 kwie 2022 16:32

Ale co ma XTC do Jethro xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 13 kwie 2022 16:34

Hien ostrzem skalpela proponuje kolejne trafne cięcie. Eee to ja bym w ogóle nie rózróżniał lżejsze/cięższe przez przyzmat symphonic/metalowe. Jethro Tull jest mniej przyswajalne od VdGG i to bynajmniej nie jest zasługa samego brzmienia czy wykorzystywanych instrumentów.

Sam mam w domu dwa Lizardy, na pewno ten w którym piszą o Nicku Drejku.
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 13 kwie 2022 16:49

@Hien Gęste aranżacje, tak jak to Dragon napisał. To od razu przypomina ten klimat, chociaż, jak już pisałem, wg mnie temu najbliżej do braci Gibbów.
Taka, jak to się mówi, barokowa muzyka, pełna ozdobników, ornamentyki, niczego złego nie mam przecież na myśli :lol:
Nie wiem, czemu cię tak rusza porównanie do proga.

@Dragon który Tull? Bo ten z pierwszych płyt nie jest jakiś bardzo trudny - potem czasami robi się dziwnie (po Aqualungu).
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 kwie 2022 17:03

Melki, chodzi o to, że to jest nawiązanie z dupy. To tak jakby gęste aranżacje istniały tylko w ramach rocka progresywnego, co jest przecież bzdurą. Wejdź na Wikipedię, czytnij sobie z jakich zabiegów, zestawień stylistycznych i gatunkowych wziął się rock progresywny i powiedz mi, ile z tego słyszysz faktycznie na Nonsuch? Bo bawimy się trochę w jakiś gatunkowy głuchy telefon. W tym wypadku, przypomina mi to januszy prog rocka, którzy w komentarzach na fb kłócą się, że jakieś albumy, które lubią, zawierają prog elementy, bo inaczej by była siara, że tego słuchają xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn