Post
17 kwie 2022 02:37
Robert Wyatt - Rock Bottom
Mintay_the_revelator, ty lepiej już próbuj pisać te opisy muzyczne, porównanie do Dejnarowicza i gang porcysiaków jest druzgocące, ale aż tak źle nie może być...
W związku z powyższym musiałem wejść w swoją starą skórę i poczytać jakieś recenzje z TYCH blogów i TEGO TYPU portali dla wielbicieli PRAWDZIWEJ MUZYKI, żeby mieć dodatkowy punkt odniesienia. Wiedziałem na co się pisałem. Po linijkach o lewackich poglądach, maglowaniu synonimów dla "ładne" i klasycznym boomerskim argumencie "komercja tego nie kupuje, bo to zbyt wysmakowane dzieło" zrobiłem zwrot w tył i wolę już zostać na mentosowej ściądze, która jest naprawdę wyczerpująca w porównaniu do tego, co przeczytałem.
Porzucił rockowy styl życia, ale rodowodu muzycznego nie da się zatrzeć. Widzę, że w wielu miejscach przypisuje się tę płytę do nurtu Canterbury. Następny tytuł dla przysnobowania, wyróżnienia, bez faktycznego znaczenia. Prog to jest prog i tu nie ma filozofii, to na tyle szeroki gatunek, że można wyławiać w nim masę inspiracji, wpływów innych gatunków. Nie inaczej jest tutaj - przez synthy idzie tu miejscami psychodela, rozimprowizowany klimat kojarzy się z jazzem, w folku nie siedzę, ale krótkimi fragmentami robi się sielsko jak u Harmonium. Za pierwszym razem któryś fragment skojarzył mi się z późniejszymi wyrobami Kraftwerku, teraz już nie mogę sobie przypomnieć (wracam do Sea Song jeszcze raz i mam - chóry jak w Radioactivity xD). Rozwichrzony charakter tej muzyki, jej pełna odjazdowość, bogactwo wykorzystywanych środków i sam stopień ich wykorzystania - trudno tak naprawdę stwierdzić, który element zwraca swoją uwagę najsilniej.
Relatywnie przystępne, lepiej się chyba nie dało powiedzieć. Absolutnie wszystko zależy od stopnia wejścia w tę muzykę, własnego stanu ducha w momencie odsłuchu. Czuje się mniej przytłoczony niż na Nonsuch, to jest lepsze przytłoczenie, psychodela potrafi uderzyć w zupełnie inne tony, nawet kiedy objawia się w tak zwartej, gęstej strukturze. Przy trzecim utworze byłem już totalnie zdezorientowany, trzymała mnie tylko otoczka przygnębienia, utraty zmysłów, bezradności wobec pogrążenia w szaleństwie. Osobliwy kolaż dźwięków puszczanych od tyłu, ktoś tam w międzyczasie gada, idzie trąbka, basista produkuje jakieś wykręcone partie. Kosmos.
Z czym to kojarzyć? Punktem wyjścia jest powiedzmy twórczość Caravan - In the Land of Grey and Pink, tylko bez aż tak posuniętych improwizacji i instrumentalnej różnorodności. W ramach kolejnego odsłuchu odświeżyłem sobie parę utworów ze wspomnianej płyty, tym bardziej przez to podtrzymuję to zdanie. Tutaj mamy sześć kompozycji, które sprawiają wrażenie ładnych utworów i melodii, które po czasie autor uznał za warte dekonstrukcji, ujęcia ich w uporządkowanym chaosie.
Alifib jest przeuroczy. Czemu Fishmans po to nie sięgnęli xD do ich repertuaru pasowałby jak ulał. Na strzępach rockowej ballady dzieją się syntezatorowe piękności i angażujące pejzaże gitarowe. Siedząc znacznie głębiej w elektronice już dobrze wiem, że takie dźwięki to dla mnie najlepsze zaproszenie. Może i tutaj warto poszukać korzeni post-rocka? Alife dla poprzednika jest tym, czym Sailor's Tale dla Formentera Lady, jeszcze bardziej wykręconą wariacją budowaną na pozostawionym instrumentalnym szkielecie. I tam i tu też idzie saksofonowa furia, klarnet również się grzeje. Jest w tym jakiś kosmiczny, przestrzenny pierwiastek.
Tak jak w przypadku Seventeen Seconds znacznie bardziej działa na mnie druga strona. Pierwsza trójka to wprowadzenie dla totalnej, ale pięknej rozpierduchy dziejącej się potem. Po stronie A myślałem: jak w ogóle to ocenić? To dobre utwory, ale budzą we mnie dziwne wrażenie... Teraz już jestem pewien, że będzie do czego wracać! Rock Bottom będzie jeszcze we mnie rosnąć, ale już teraz jest dobrze. Obawiałem się rzetelnej klepaniny, a tutaj naprawdę serce się angażuje, to dobre uczucie. Choć może sama końcówka to coś w rodzaju napisów końcowych, jak dla mnie zbędnych. Tutaj na szczęście nie burzymy klimatu, nie wychodzimy z tego przedstawionego świata. Nie jest jak na Tubular Bells, jak już Oldfield jest przywołany (i zresztą obecny na RB), nie ma absurdalnej potrzeby zapowiadania instrumentów w oderwany klimatycznie sposób, w ten sposób zjebano naprawdę dobrą płytę xD