Polskie Składy Budowlane - Actually
W Polsce trudno o pominięcie Littlest Pet Shop, gdzieś na swojej życiowej drodze ktoś zawsze musiał/musi wdepnąć choćby delikatnie w ich twórczość. Rzeczy pokroju Domino Dancing czy It's a Sin znam pobieżnie praktycznie już od przedszkola. Na przestrzeni lat zmienia się tylko sposób odbioru. Zgrywki na kasetach, trzeszczące radio, pliki MP3 w coraz lepszej jakości, streaming. Na sięgnięcie po jakąś całą płytę PSB przekonałem się dopiero po ichniejszej współpracy z JMJ, Brick England to znośny utwór, ale wtedy wpadła mi myśl do głowy żeby wreszcie sprawdzić coś więcej. Introspective do dziś darzę sympatią, zestaw klasycznych tanecznych bangerów w formie 12calowych wersji, to jest koncepcja. Ogólnie PSB mimo mojej słabej orientacji w ich dyskografii darzę sympatią, bliżej mi do nich za sprawą tej queerowości wszytej między wierszami no i za sprawą samego Tennanta.
Actually będzie tą drugą poznaną w pełni, wreszcie, ale wydaje mi się, że po tym doświadczeniu naprawdę warto wejść w twórczość tych zacnych dwóch dżentelmenów. Pierwszy poważny flashback z Wietnamu to What Have I Done to Deserve This. To NA BANK było zgrane na jakiejś kasecie w domu, bo całe lata nie słyszałem tej piosenki, a pojawiające się tu harmonie kojarzę za dobrze. W przypadku It's a Sin to nawet nie wspomnę nic więcej, choć mimo tego, że piosenkę znam dobrze to nigdy nie byłem jej wielkim fanem i to się po ostatnich odsłuchach nie zmieniło.
W porównaniu do Introspective jest mniej taneczna, ale równie zwarta, melodyjna. Jak na dobrze brzmiącą płytę z lat 80' ma specyficzne brzmienie, które nie starzeje się jak mleko tylko jak wino, po delikatnym przetworzeniu dalej może być tym, co można spokojnie wykorzystywać i dziś. Wątpliwe mogą być wybrane barwy klawiszy czy sample, ale to już uwaga na pograniczu złośliwości i doszukiwania się byle czego. Rent też należy do grona tych najlepszych utworów, subtelnie bujający z tymi momentami kulminacji na "I love you, you pay my rent" trafia na moje playlisty.
Mimo mojego pozytywnego podejścia nie udało się uniknąć wad. Może tych utworów jest za dużo, czasami są za długie, przez co ta uwaga się gdzieś momentami rozpłwa. Takie It Couldn't Happen Here działa tu jak filler, klimat całości jest dalej utrzymany, ale zaczyna to wszystko uciekać w zbyt sophisticated tony. Czy potrzebnie? Nie jestem pewien. Co z tego, że palce w tym maczali Morricone i Badalamenti, nie wyszło najlepiej! Do najwyższego poziomu nawiązują jeszcze I Want to Wake Up i King's Cross. Pod koniec jestem wręcz rozczarowany tym, jak ta płyta ostatecznie się rozwija. Rewelacyjne hity zestawione są tutaj razem z zapychaczami i czymś w rodzaju prób ogrywania określonego schematu w trochę inny sposób, tyle że mniej efektowny i porywający. To pierwsza taka płyta, o której tak dobrze myślę na starcie, a która ostatecznie okazuje się dość średnia.
Wracałem jeszcze, wracałem, ale poza wspomnianymi rzeczami nadal nic. Mimo to i tak dobra zabawa była