Pewnie wrzuci Montanę.
Best of Forum
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re: Best of Forum
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Raz się wygrywa, raz się przegrywa, a na coś paść musiało.shodan pisze:20 maja 2022 16:16Ja generalnie wiedziałem, że paru panom oczywiście nie dogodzę, ale aż czerwonego koloru się i tak nie spodziewałem.![]()
Ja tbh trochę średnio kumam o co cho z tą ideologią u Frippa
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Z filmikami od Frippa mam tak samo jak z najnowszym obliczem KC - generalnie to się nie orientuję i nie denerwuję, bo nie oglądam. Muszę jednak przyznać, że ich mini cover Toxic od Britney był uroczy.
Czy takie reakcje na Yokotę mnie zaskoczyły? Zdziwiłbym się wielkim zachwytem, ale miło, że paru się spodobało. Szkoda trochę tych zbliżających się w stronę "meh", w takim przypadku cała Acid Mt.Fuji mogłaby porządnie zmulić za pierwszym razem, bo tam takiego bezpośredniego klubowego akcentu nie ma do samego końca.
Czy takie reakcje na Yokotę mnie zaskoczyły? Zdziwiłbym się wielkim zachwytem, ale miło, że paru się spodobało. Szkoda trochę tych zbliżających się w stronę "meh", w takim przypadku cała Acid Mt.Fuji mogłaby porządnie zmulić za pierwszym razem, bo tam takiego bezpośredniego klubowego akcentu nie ma do samego końca.
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
O to, że on i jemu podobni gardzą bezgranicznie rozrywkowością w muzyce (i formatem zwykłej piosenki; nie, że nie ma w tym hipokryzji, bo jest). Pełno jest takich agresywnych czy pogardliwych wypowiedzi (wiadomo, rewolucjoniści nie lubią bali lub wydaje im się, że nie lubią). I jeszcze wiele innych aspektów.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie znam zupełnie gościa, ale nie lubię takich cwaniaków uważających się za kogoś lepszego.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
W sumie, biorąc pod uwagę muzykę jaką wykonuje jego żona, to nie czuję jakoś tej wrogości. Możesz przytoczyć jakieś konkretne jego wypowiedzi Melki?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejeczka taka w miarę bym powiedział, odbiór mojego numeru w sumie nienajgorszy a z drugiej strony niektórych bardzo zmęczył co stawia nieco pod znakiem zapytania moje wrzutki w tej kategorii. Polskiego rapu jeszcze się coś pojawi z pewnością, z tym czarnym zobaczymy jak będzie, wolałbym przyjemnie zaskakiwać niż zanudzać choć może faktycznie moje preferencje w tej kwestii są na jedno kopyto za bardzo
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No właśnie też jestem ciekaw, bo coś mi tu nie gra. Już nawet nie chodzi o to, że typ nienawidzący muzyki rozrywkowej hajtnął się z kimś, kto takową tworzy, bo serce nie sługa i takie tam, ale przecież Fripp kolaborował z Eno, Gabrielem, Bowiem, Talking Heads i przede wszystkim Blondie, którzy to od form piosenkowych raczej nie stronili.Hien pisze:20 maja 2022 18:26W sumie, biorąc pod uwagę muzykę jaką wykonuje jego żona, to nie czuję jakoś tej wrogości. Możesz przytoczyć jakieś konkretne jego wypowiedzi Melki?
Nie wiem, nawet czytam sobie teraz jakieś losowe wywiady z Frippem, by jakoś to zweryfikować, może po prostu mi to umknęło, ale żadnej pogardy wobec rozrywkowej muzy się nie dopatrzyłem xd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
A ja tylko dodam jeszcze że nie wiedziałem albo nie załapałem dotąd że Mentos jest aż tak zielony w tematyce rapowej, zmylił mnie skurczybyk tym Eisem swego czasu po prostu :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No jeśli chodzi o polski, to znam raptem parę płyt, ba, nawet niektóre rozróżniam! Nie wiem, to chyba kwestia mojego swoistego upośledzenia, tj. muszę się skupić, by skumać tekst mówiony w języku angielskim, a ja to generalnie jeden z tych, co na tekstach w muzyce się nie skupiają
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Melki nabrał wody w usta, a ja też nie pamiętam jakiegoś hejtu ze strony Frippa. Ok, facet bywa ciężki, bredzi, trudno czasami zrozumieć o co mu chodzi, ale jakiegoś otwartego hejtu u niego nie pamiętam. Adriana Belew wyciągnął chyba nawet z trasy z Talking Heads. Tak więc uprasza się nie zniechęcać innych do King Crimson jakimiś pomówieniami na temat Roberta F. Zwłaszcza, że jego poglądy i tak nie mają żadnego znaczenia i wpływu na jakość jego muzyki xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dobra, kurz w dyskusji chyba opadł więc jadę dalej.
Lykke Li - No Rest For The Wicked
(2014)
Miało być sporo rapujących Murzynów do końca tej 25. ale stwierdziłem że chciałbym jednak w tej transzy zamknąć pewne historie i już do nich nie wracać (w przeciwieństwie do muzyki która się z nimi wiąże, bo jest spoko), więc jeszcze pomęczę klimaty brejkapowe.
Na początku mojej 25. wrzucałem tu numer Samphy i opisywałem historię pewnego fatalnego zauroczenia wiosną roku 2014, które koniec końców nie przerodziło się w dłuższą relację z uwagi na większą złożoność tej sytuacji (czyt. wpakowałem się między małżeństwo z małym dzieckiem, błędy młodości). Skończyło się to przykrym heartbreakiem po pół roku, posypałem się wtedy z deka.
Kawałek ten Lykke Li znałem już wtedy na pewno ale po tej całej sytuacji trafił na odpowiednie emocje w mojej głowie i ostro go katowałem. Utwór traktuje o rozstaniu z ukochaną osobą i o towarzyszących człowiekowi wtedy uczuciach. Jeżeli numer Samphy odzwierciedlał niepewność towarzyszącą mi podczas trwania tamtej relacji to ten kawałek Lykke Li uosabia drugi etap - rozpacz po rozstaniu. Poza tym w tekście są linijki o poczuciu zawodu jaki komuś sprawiliśmy i tak to wtedy odbierałem, że zawiodłem, że nie udźwignąłem tamtej sytuacji jak należy, zżerało mnie poczucie winy. Muzycznie kawałek jest delikatną balladą z oszczędnym fortepianem ale do tego ma porywający refren, jednak dla mnie utwór przede wszystkim dźwigają tu tekst i wokal Lykke Li idealnie wyrażający smutek. Mam nadzieję że nasz kolega dev przeżyje ten seans bo przed nami jeszcze dwa kawałki z tej serii, zapnijcie pasy.
Audio:
https://youtu.be/QQoBtq1mAXg
Jak już skrobniecie reckę to bonusowo dorzucam wideo które kojarzy mi się swoim patentem z teledyskiem Hozier do słynnego Take Me To Church, tylko tu bez wątków homoseksualnych a postawiono na inną mniejszość, hy.
Klip:
https://youtu.be/Hh-0y8Qe0Sw
Lykke Li - No Rest For The Wicked
(2014)
Miało być sporo rapujących Murzynów do końca tej 25. ale stwierdziłem że chciałbym jednak w tej transzy zamknąć pewne historie i już do nich nie wracać (w przeciwieństwie do muzyki która się z nimi wiąże, bo jest spoko), więc jeszcze pomęczę klimaty brejkapowe.
Na początku mojej 25. wrzucałem tu numer Samphy i opisywałem historię pewnego fatalnego zauroczenia wiosną roku 2014, które koniec końców nie przerodziło się w dłuższą relację z uwagi na większą złożoność tej sytuacji (czyt. wpakowałem się między małżeństwo z małym dzieckiem, błędy młodości). Skończyło się to przykrym heartbreakiem po pół roku, posypałem się wtedy z deka.
Kawałek ten Lykke Li znałem już wtedy na pewno ale po tej całej sytuacji trafił na odpowiednie emocje w mojej głowie i ostro go katowałem. Utwór traktuje o rozstaniu z ukochaną osobą i o towarzyszących człowiekowi wtedy uczuciach. Jeżeli numer Samphy odzwierciedlał niepewność towarzyszącą mi podczas trwania tamtej relacji to ten kawałek Lykke Li uosabia drugi etap - rozpacz po rozstaniu. Poza tym w tekście są linijki o poczuciu zawodu jaki komuś sprawiliśmy i tak to wtedy odbierałem, że zawiodłem, że nie udźwignąłem tamtej sytuacji jak należy, zżerało mnie poczucie winy. Muzycznie kawałek jest delikatną balladą z oszczędnym fortepianem ale do tego ma porywający refren, jednak dla mnie utwór przede wszystkim dźwigają tu tekst i wokal Lykke Li idealnie wyrażający smutek. Mam nadzieję że nasz kolega dev przeżyje ten seans bo przed nami jeszcze dwa kawałki z tej serii, zapnijcie pasy.
Audio:
https://youtu.be/QQoBtq1mAXg
Jak już skrobniecie reckę to bonusowo dorzucam wideo które kojarzy mi się swoim patentem z teledyskiem Hozier do słynnego Take Me To Church, tylko tu bez wątków homoseksualnych a postawiono na inną mniejszość, hy.
Klip:
https://youtu.be/Hh-0y8Qe0Sw
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Vangelis – Memories of Green
Zastanawiałem się, który utwór zapodać po ostatniej kolejce i odpowiedź przyszła, niestety w najgorszych możliwych okolicznościach. 17 maja zmarł Vangelis. Myślę, że nie muszą pisać kim był, a jeśli komuś muszę, to niech ta osoba lepiej się nie przyznaje. Nie pamiętam kiedy pierwszy raz moje uszy zetknęły się z jego muzyką. Nie pamiętam żeby ojciec mi puszczał to z winyla jak byłem maluchem (co nie znaczy, że tego nie robił). Mój pierwszy świadomy kontakt z Vangelisem, to był seans „Łowcy Androidów” na początku lat 90. Ta emisja w TVP była bardzo mocno nagłaśniana, bo to był pierwszy EVER raz kiedy ten film pojawił się w polskiej telewizji. Byłem gówniarzem, ale film zrobił na mnie wielkie wrażenie, bo nawet jeśli się go nie rozumie, to poraża niesamowitą wizją przyszłości i efektami. Tym i muzyką. Główny temat z „Blade Runnera”, do którego motywów ładnie nawiązał Jarre na „Oxy 7-13”, to coś co wrzyna się w uszy nie i odpuszcza na długo. Styl Vangelisa i brzmienie jego syntezatorów były absolutnie wyjątkowe i nie sposób było pomylić tego z czymkolwiek innym. Moim kolejnym zetknięciem z jego twórczością, była płyta nagrana z Jonem Andersonem z Yes (pochodzi z niej mały hit „I'll Find My Way Home”), którą mój ojciec kupił na wyjazd w góry. Album jest specyficzny, ale po raz kolejny zostałem oczarowany unikatowym brzmieniem samej elektroniki.
Kiedy jako nastolatek, obejrzałem znowu „Blade Runnera”, film uderzył mnie jeszcze bardziej. Na tym etapie byłem już kompletnie zafascynowany soundtrackiem, ale z nim zawsze był problem, bo nie było żadnego kompletnego wydania. Jedna, oficjalna wersja, została wydana dobre parę lat po filmie i zawierała tylko 1/5 całej muzyki z niego. Drugi, wydany wcześniej, album to były orkiestrowe interpretacje najbardziej znanych fragmentów (bardzo dobre, ale jednak to nie oryginał). Fani nie mogli się z tym pogodzić, zatem zaczęły się pojawiać pięknie opracowane bootlegi, których źródła był różne, np. oryginalne taśmy filmowe, jakimś cudem wyizolowane z nich osobne ścieżki, jakieś zgrywane ze studia montażowego kasety, potem zgrywki z dvd, itd.
Te bootlegi były niesamowite, ale niestety było ich bardzo dużo i każdy zawierał co innego i w innej jakości. Te bootlegi były tak istotne, że najważniejsze wydania są nawet uwzględnione na Wikipedii. W końcu, jakoś koło 2005 roku, udało mi się dopchać do prawdopodobnie najlepszego i do dziś najbardziej wyczerpującego zbioru pt. „Esper Edition”, który zawierał 4 CD muzyki z samego „Blade Runnera”. Na tym etapie byłem już ekspertem i totalnym koneserem muzy z tego filmu. Dwa lata później, z okazji 25 rocznicy, w końcu wydano oficjalnie poszerzony ost, ale wciąż daleki od bycia kompletnym, bo zawierał 3CD, ale ostatnia płyta, to była nowa muzyka Vangelisa zainspirowana starą. Tym samym, do dziś moim podstawowym źródłem soundtracku z BR jest bootleg. Od tamtego czasu poznałem dużo muzyki skomponowanej przez Vangelisa (jego oficjalny hymn mistrzostw świata w piłce nożnej z 2002 nadal bardzo włada), ale ten ost pozostał moim ulubionym jego dziełem. „Memories of Green” pochodzi właśnie z tej płyty, chociaż nie do końca, bo utwór ten oryginalnie pojawił się dwa lata przed filmem na albumie Vangelisa pt.: „See You Later”. Kawałek wyszedł dla mnie przed szereg koło 2009 r. kiedy odkryłem, że mocno przeze mnie wtedy słuchany zespół Kent, wykorzystał ten motyw pianina w utworze „OWC” (skrót od Off-World Colonies z „Blade Runnera”). To jest prosty, ale niesamowicie potężny i piękny motyw muzyczny, i przeniesienie go w kontekst bardziej piosenkowy tylko wzmocniło to wrażenie. Vangelis pokazuje tu jaka moc tkwi w skrajnie minimalistycznym aranżu. Pianino, jakieś delikatne, wręcz niezgrabne syntezatorowe tło, trochę interesujących dźwięków i co. I tyle. Wystarczy.
Vangelis miał talent do robienia czegoś z niczego, do komponowania prostych, ale zapadających w pamięć motywów, dbania o to żeby brzmienie było unikatowe. „Memories of Green”, to wiele różnych wrażeń, bardzo sentymentalnych, a teraz w obliczu śmierci Vangelisa, kupa zdrowego smutku. Ja tę wrzutkę miałem przygotowaną od samego początku tej zabawy, to był jeden z pierwszych utworów jakie sobie zanotowałem w moim notesie w „sekcji” poświęconej bestce.
W życiu bym nie pomyślał, że będę o tym kawałku pisał w takich okolicznościach. Jest mi bardzo smutno, bo muzyka Vangelisa przez lata łączyła się z różnymi ważnymi dla mnie zjawiskami, wydarzeniami, bliskimi osobami, momentami życia. Nie będę ukrywał, że minęło dużo czasu odkąd sprawdziłem jego nowe propozycje, ale to niczego nie zmienia. Jest smutno.
https://youtu.be/Cg0cmhjdiLs
Zastanawiałem się, który utwór zapodać po ostatniej kolejce i odpowiedź przyszła, niestety w najgorszych możliwych okolicznościach. 17 maja zmarł Vangelis. Myślę, że nie muszą pisać kim był, a jeśli komuś muszę, to niech ta osoba lepiej się nie przyznaje. Nie pamiętam kiedy pierwszy raz moje uszy zetknęły się z jego muzyką. Nie pamiętam żeby ojciec mi puszczał to z winyla jak byłem maluchem (co nie znaczy, że tego nie robił). Mój pierwszy świadomy kontakt z Vangelisem, to był seans „Łowcy Androidów” na początku lat 90. Ta emisja w TVP była bardzo mocno nagłaśniana, bo to był pierwszy EVER raz kiedy ten film pojawił się w polskiej telewizji. Byłem gówniarzem, ale film zrobił na mnie wielkie wrażenie, bo nawet jeśli się go nie rozumie, to poraża niesamowitą wizją przyszłości i efektami. Tym i muzyką. Główny temat z „Blade Runnera”, do którego motywów ładnie nawiązał Jarre na „Oxy 7-13”, to coś co wrzyna się w uszy nie i odpuszcza na długo. Styl Vangelisa i brzmienie jego syntezatorów były absolutnie wyjątkowe i nie sposób było pomylić tego z czymkolwiek innym. Moim kolejnym zetknięciem z jego twórczością, była płyta nagrana z Jonem Andersonem z Yes (pochodzi z niej mały hit „I'll Find My Way Home”), którą mój ojciec kupił na wyjazd w góry. Album jest specyficzny, ale po raz kolejny zostałem oczarowany unikatowym brzmieniem samej elektroniki.
Kiedy jako nastolatek, obejrzałem znowu „Blade Runnera”, film uderzył mnie jeszcze bardziej. Na tym etapie byłem już kompletnie zafascynowany soundtrackiem, ale z nim zawsze był problem, bo nie było żadnego kompletnego wydania. Jedna, oficjalna wersja, została wydana dobre parę lat po filmie i zawierała tylko 1/5 całej muzyki z niego. Drugi, wydany wcześniej, album to były orkiestrowe interpretacje najbardziej znanych fragmentów (bardzo dobre, ale jednak to nie oryginał). Fani nie mogli się z tym pogodzić, zatem zaczęły się pojawiać pięknie opracowane bootlegi, których źródła był różne, np. oryginalne taśmy filmowe, jakimś cudem wyizolowane z nich osobne ścieżki, jakieś zgrywane ze studia montażowego kasety, potem zgrywki z dvd, itd.
Te bootlegi były niesamowite, ale niestety było ich bardzo dużo i każdy zawierał co innego i w innej jakości. Te bootlegi były tak istotne, że najważniejsze wydania są nawet uwzględnione na Wikipedii. W końcu, jakoś koło 2005 roku, udało mi się dopchać do prawdopodobnie najlepszego i do dziś najbardziej wyczerpującego zbioru pt. „Esper Edition”, który zawierał 4 CD muzyki z samego „Blade Runnera”. Na tym etapie byłem już ekspertem i totalnym koneserem muzy z tego filmu. Dwa lata później, z okazji 25 rocznicy, w końcu wydano oficjalnie poszerzony ost, ale wciąż daleki od bycia kompletnym, bo zawierał 3CD, ale ostatnia płyta, to była nowa muzyka Vangelisa zainspirowana starą. Tym samym, do dziś moim podstawowym źródłem soundtracku z BR jest bootleg. Od tamtego czasu poznałem dużo muzyki skomponowanej przez Vangelisa (jego oficjalny hymn mistrzostw świata w piłce nożnej z 2002 nadal bardzo włada), ale ten ost pozostał moim ulubionym jego dziełem. „Memories of Green” pochodzi właśnie z tej płyty, chociaż nie do końca, bo utwór ten oryginalnie pojawił się dwa lata przed filmem na albumie Vangelisa pt.: „See You Later”. Kawałek wyszedł dla mnie przed szereg koło 2009 r. kiedy odkryłem, że mocno przeze mnie wtedy słuchany zespół Kent, wykorzystał ten motyw pianina w utworze „OWC” (skrót od Off-World Colonies z „Blade Runnera”). To jest prosty, ale niesamowicie potężny i piękny motyw muzyczny, i przeniesienie go w kontekst bardziej piosenkowy tylko wzmocniło to wrażenie. Vangelis pokazuje tu jaka moc tkwi w skrajnie minimalistycznym aranżu. Pianino, jakieś delikatne, wręcz niezgrabne syntezatorowe tło, trochę interesujących dźwięków i co. I tyle. Wystarczy.
Vangelis miał talent do robienia czegoś z niczego, do komponowania prostych, ale zapadających w pamięć motywów, dbania o to żeby brzmienie było unikatowe. „Memories of Green”, to wiele różnych wrażeń, bardzo sentymentalnych, a teraz w obliczu śmierci Vangelisa, kupa zdrowego smutku. Ja tę wrzutkę miałem przygotowaną od samego początku tej zabawy, to był jeden z pierwszych utworów jakie sobie zanotowałem w moim notesie w „sekcji” poświęconej bestce.
W życiu bym nie pomyślał, że będę o tym kawałku pisał w takich okolicznościach. Jest mi bardzo smutno, bo muzyka Vangelisa przez lata łączyła się z różnymi ważnymi dla mnie zjawiskami, wydarzeniami, bliskimi osobami, momentami życia. Nie będę ukrywał, że minęło dużo czasu odkąd sprawdziłem jego nowe propozycje, ale to niczego nie zmienia. Jest smutno.
https://youtu.be/Cg0cmhjdiLs
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Vangelis - La petite fille de la mer
Wychodzi na to, że to pierwszy raz, kiedy jeden wykonawca pojawia się ze zdwojoną siłą. Okoliczność zobowiązuje. Jest mi przykro. Coraz częściej przychodzą wieści, że kolejny muzyk, którego twórczość w dużym stopniu kształtowała moje późniejsze dzieciństwo odchodzi. Wpływy Klausa, Vangelisa, parę lat wcześniej zmarłego Edgara eF są oczywiste - za ich sprawą kształtował się mój gust, moje upodobania względem elektroniki i muzyki traktowanej tak ogólnie. Dzisiaj jest już znacznie bardziej eklektycznie, ale to towarzystwo było jednym z pierwszych, które wpłynęło na mnie tak bardzo. Tygodniami potrafiłem zasłuchiwać się w ich płytach, często doświadczałem przy tych dźwiękach jakichś głębszych przeżyć, bardziej intensywnych emocji. W związku z Vangelisem pamiętam nawet takie drobiazgi jak pewna rozmowa w gimnazjum. Przypominam sobie letnią aurę, rozmowę ze znajomymi z klasy. W pewnym momencie schodzimy na tematy muzyczne i między różnymi wykonawcami pojawia się Grek. Ktoś polecił mi Hymne, a ja jakoś nie potrafiłem tego utworu znaleźć. Po latach, kiedy już wiedziałem gdzie szukać, numer znalazł się na Opera sauvage. Z tej płyty też chciałem coś wrzucić.
Tak zasadniczo to bliżej mi do studyjnego Vangelisa. Mniej popularnych filmów z lat 70' nie znam, Blade Runnera kojarzę, ale nie jest dla mnie epokowym, najbardziej gwałtownym doświadczeniem w życiu. Motyw z Rydwanów ognia częściej pojawia się jako tło parodystycznych obrazów niż takiego zwyczajnie szczęśliwego krajobrazu. Pierwsze świadome doświadczenie pamiętam doskonale. Dawniej byłem wielkim fanem skoków narciarskich i dużo na ten temat szukałem w sieci. Na YouTubie do dziś znajduje się film z ostatniego skoku Stanisława Marusarza w Zakopanem. To był rok 1979, skok został zrealizowany na potrzeby filmu dokumentalnego. W tle leci To the Unknown Man z płyty Spiral. Nie ukrywam, dziś może to trochę zbyt łzawe zestawienie, ale te kilka lat temu robiło to mnie całkiem spore wrażenie. Mogłem to widzieć przynajmniej jakieś siedem, osiem lat temu. Spiral to była pierwsza płyta, którą poznałem w całości. Spora w tym zasługa rzeczonego klipu.
https://www.youtube.com/watch?v=HIFgrF-rKew
Nie było łatwo wybrać coś konkretnego. Właściwie do teraz w głowie mieszają mi się różne emocje i różne klimaty. Z płytami byłoby jeszcze trudniej, bo Vangelisowi zdarzało się wypuścić krążki z zapychaczami, jego siłą jest (była) umiejętność skondensowania pewnych wrażeń i środków w pojedynczym utworze. W ostatnim czasie najczęściej wracałem do Albedo 0.39, ten kosmiczny pierwiastek działał na mnie najmocniej, ale teraz warto poszukać głębiej. Cofamy się do 1973 roku, trafiamy na L'apocalypse des animaux i drugi utwór z tej płyty. Umówmy się tak, że ten numer najlepiej w tym momencie oddaje moje wrażenia związane z tymi smutnymi informacjami. Wybieram lekko mroczny, surrealistyczny motyw klawiszowy, który jak mantra powraca, ale jednocześnie z czasem występują wokół niego dodatkowe, uzupełniające ten magiczny, piękny klimat dźwięki. Vangelis robił po prostu piękną muzykę, której szkodzi namiar słów, patos, egzaltacja. W zależności od płyty można zaszkodzić lub pomóc. Tutaj nie jest aż tak syntezatorowo jak potrafiło być np. trzy czy cztery lata później, ale przez wiele lat Grek był mistrzem wielu etykietek stylistycznych, bo na każdej potrafił odcisnąć swoje piętno. Pasuje to nawet wtedy, kiedy mam na myśli eksperymentalną elektronikę, bo i taką pan Papathanasiou się zajmował. Beaubourg czy Invisible Connections to znakomite rzeczy. Kryzys bogactwa pełną gębą.
Nie wiem, czy Vangelis pojawi się w zabawie płytowej, ale mam wrażenie, że ona jeszcze długo potrwa, a to daje całkiem spore szanse na to, że coś wrzucę jeszcze. Grek zasługuje na zdecydowanie więcej wrzutek, w tym przypadku żeby wybrać jedną to trzeba się naprawdę mocno nagłówkować.
Przynajmniej tak symbolicznie można pożegnać kolejnego naprawdę wielkiego kompozytora.
https://www.youtube.com/watch?v=P6qoTPhhv9w
Wychodzi na to, że to pierwszy raz, kiedy jeden wykonawca pojawia się ze zdwojoną siłą. Okoliczność zobowiązuje. Jest mi przykro. Coraz częściej przychodzą wieści, że kolejny muzyk, którego twórczość w dużym stopniu kształtowała moje późniejsze dzieciństwo odchodzi. Wpływy Klausa, Vangelisa, parę lat wcześniej zmarłego Edgara eF są oczywiste - za ich sprawą kształtował się mój gust, moje upodobania względem elektroniki i muzyki traktowanej tak ogólnie. Dzisiaj jest już znacznie bardziej eklektycznie, ale to towarzystwo było jednym z pierwszych, które wpłynęło na mnie tak bardzo. Tygodniami potrafiłem zasłuchiwać się w ich płytach, często doświadczałem przy tych dźwiękach jakichś głębszych przeżyć, bardziej intensywnych emocji. W związku z Vangelisem pamiętam nawet takie drobiazgi jak pewna rozmowa w gimnazjum. Przypominam sobie letnią aurę, rozmowę ze znajomymi z klasy. W pewnym momencie schodzimy na tematy muzyczne i między różnymi wykonawcami pojawia się Grek. Ktoś polecił mi Hymne, a ja jakoś nie potrafiłem tego utworu znaleźć. Po latach, kiedy już wiedziałem gdzie szukać, numer znalazł się na Opera sauvage. Z tej płyty też chciałem coś wrzucić.
Tak zasadniczo to bliżej mi do studyjnego Vangelisa. Mniej popularnych filmów z lat 70' nie znam, Blade Runnera kojarzę, ale nie jest dla mnie epokowym, najbardziej gwałtownym doświadczeniem w życiu. Motyw z Rydwanów ognia częściej pojawia się jako tło parodystycznych obrazów niż takiego zwyczajnie szczęśliwego krajobrazu. Pierwsze świadome doświadczenie pamiętam doskonale. Dawniej byłem wielkim fanem skoków narciarskich i dużo na ten temat szukałem w sieci. Na YouTubie do dziś znajduje się film z ostatniego skoku Stanisława Marusarza w Zakopanem. To był rok 1979, skok został zrealizowany na potrzeby filmu dokumentalnego. W tle leci To the Unknown Man z płyty Spiral. Nie ukrywam, dziś może to trochę zbyt łzawe zestawienie, ale te kilka lat temu robiło to mnie całkiem spore wrażenie. Mogłem to widzieć przynajmniej jakieś siedem, osiem lat temu. Spiral to była pierwsza płyta, którą poznałem w całości. Spora w tym zasługa rzeczonego klipu.
https://www.youtube.com/watch?v=HIFgrF-rKew
Nie było łatwo wybrać coś konkretnego. Właściwie do teraz w głowie mieszają mi się różne emocje i różne klimaty. Z płytami byłoby jeszcze trudniej, bo Vangelisowi zdarzało się wypuścić krążki z zapychaczami, jego siłą jest (była) umiejętność skondensowania pewnych wrażeń i środków w pojedynczym utworze. W ostatnim czasie najczęściej wracałem do Albedo 0.39, ten kosmiczny pierwiastek działał na mnie najmocniej, ale teraz warto poszukać głębiej. Cofamy się do 1973 roku, trafiamy na L'apocalypse des animaux i drugi utwór z tej płyty. Umówmy się tak, że ten numer najlepiej w tym momencie oddaje moje wrażenia związane z tymi smutnymi informacjami. Wybieram lekko mroczny, surrealistyczny motyw klawiszowy, który jak mantra powraca, ale jednocześnie z czasem występują wokół niego dodatkowe, uzupełniające ten magiczny, piękny klimat dźwięki. Vangelis robił po prostu piękną muzykę, której szkodzi namiar słów, patos, egzaltacja. W zależności od płyty można zaszkodzić lub pomóc. Tutaj nie jest aż tak syntezatorowo jak potrafiło być np. trzy czy cztery lata później, ale przez wiele lat Grek był mistrzem wielu etykietek stylistycznych, bo na każdej potrafił odcisnąć swoje piętno. Pasuje to nawet wtedy, kiedy mam na myśli eksperymentalną elektronikę, bo i taką pan Papathanasiou się zajmował. Beaubourg czy Invisible Connections to znakomite rzeczy. Kryzys bogactwa pełną gębą.
Nie wiem, czy Vangelis pojawi się w zabawie płytowej, ale mam wrażenie, że ona jeszcze długo potrwa, a to daje całkiem spore szanse na to, że coś wrzucę jeszcze. Grek zasługuje na zdecydowanie więcej wrzutek, w tym przypadku żeby wybrać jedną to trzeba się naprawdę mocno nagłówkować.
Przynajmniej tak symbolicznie można pożegnać kolejnego naprawdę wielkiego kompozytora.
https://www.youtube.com/watch?v=P6qoTPhhv9w
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Jak już jedziemy klimatami z początku lat 90., to dojedźmy do końca:
Sandra - Don't Be Aggressive
https://www.youtube.com/watch?v=ajlvKerrxIg
Zastanawiałem się w sumie, co wrzucić - czy piosenkę-symbol lat 80. dla mnie - czyli Everlasting Love ze swoim baśniowym klipem - czy Around My Heart, bez którego na pewno nie byłoby mojego zainteresowania Sandrą. Dwa największe hity generalnie z góry odpuściłem. Na początku chciałem dać The Journey, ale skoro już wstawiłem je w albumach, to musiałem zmienić opcję. Dlatego piosenka otwierająca Close To Seven.
Tu krótki rys osobisty: jak zapoznawałem się z tą piosenką, miałem dosyć mocnego doła związanego z rozpadem pewnej relacji (w sumie to ten rozpad nastąpił już jakiś czas temu, ale przy Don't Be Aggressive poczułem, jakby to było wczoraj). Tekst, najbardziej bezpośredni z możliwych, nieskomplikowany śpiew/deklamacja i ten mocny klip (jeden z ulubionych wg samej piosenkarki) i miałem wrażenie, jakby wszystkie wnętrzności we mnie wywróciły się, a cała masa różnych dziwnych sytuacji z w/w osobą zaczęła nabierać innych kolorów - głównie ciemnych. Trwało to dobre kilka tygodni, po tym czasie byłem już przekonany, że 1) przetrawiłem tamten kryzys i już się nie rozklejałem zupełnie - a miałem problem z prostymi czynnościami, tak mnie ten kryzys dotknął, 2) niemiecko-francuska piosenkarka jest bardzo intrygującą artystką, dużo bardziej niż sądziłem wcześniej i warto się zagłębić w te piosenki, w sumie to ponad pół dyskografii jest bardzo mocne.
Tu trzeba zauważyć, że: Cretu bawił się głosem swojej żony jak instrumentem - słyszymy w piosenkach jej głos, tyle że elektronicznie przetworzony - jej próba śpiewania naturalnym głosem w późniejszym czasie pokazała wiele jej braków. Że Close To Seven to album, na którym bardziej - zdaje się - zależało jej niż jemu (co nie dziwi wobec ogromnego sukcesu Enigmy, zauważył, że bez ładnej buzi na okładce też może być wielki) i siła wyrazu głosu dominuje nad muzyką (zwłaszcza w cudnym When The Rain Doesn't Come). Mocny bit, całkiem chwytliwa melodia, sekcja instrumentalna w środku budują dość duże napięcie. Dość umiarkowanie to bujające, zwłaszcza w porównaniu z poprzednimi nagraniami, dalekie od euro disco. Chociaż Don't Be Aggressive nie ma uroku Loreen czy siły Marii Magdaleny, to właśnie ten kawałek otworzył niejako przede mną bramę do tych piosenek, często eterycznych, nawet jeśli bardzo wbijają się do głowy. W sumie to odkryłem te piosenki w zupełnie niespodziewanym momencie, nie sądziłem, że moje zainteresowania pójdą w tę stronę (choć słuchałem wcześniej czy to Kim Wilde, czy to CC Catch).
Ale dla mnie słuchanie jej nagrań to jest emocjonalna burza, są wprost przesycone emocjami tak pozytywnymi (tu chyba przede wszystkim Heartbeat), jak i negatywnymi (w/w), melancholią (zwłaszcza te z pierwszych płyt), a to sprawia, że albo mam fazę i słucham ich wręcz maniakalnie, albo unikam jak ognia, wciąż się specjalnie do nich (i do niej) nie zdystansowałem. Może to przyjdzie z czasem. I oby pani do tego czasu dożyła.
Aha, a tu klip:
https://www.youtube.com/watch?v=hyVlyhcO6KE
Sandra - Don't Be Aggressive
https://www.youtube.com/watch?v=ajlvKerrxIg
Zastanawiałem się w sumie, co wrzucić - czy piosenkę-symbol lat 80. dla mnie - czyli Everlasting Love ze swoim baśniowym klipem - czy Around My Heart, bez którego na pewno nie byłoby mojego zainteresowania Sandrą. Dwa największe hity generalnie z góry odpuściłem. Na początku chciałem dać The Journey, ale skoro już wstawiłem je w albumach, to musiałem zmienić opcję. Dlatego piosenka otwierająca Close To Seven.
Tu krótki rys osobisty: jak zapoznawałem się z tą piosenką, miałem dosyć mocnego doła związanego z rozpadem pewnej relacji (w sumie to ten rozpad nastąpił już jakiś czas temu, ale przy Don't Be Aggressive poczułem, jakby to było wczoraj). Tekst, najbardziej bezpośredni z możliwych, nieskomplikowany śpiew/deklamacja i ten mocny klip (jeden z ulubionych wg samej piosenkarki) i miałem wrażenie, jakby wszystkie wnętrzności we mnie wywróciły się, a cała masa różnych dziwnych sytuacji z w/w osobą zaczęła nabierać innych kolorów - głównie ciemnych. Trwało to dobre kilka tygodni, po tym czasie byłem już przekonany, że 1) przetrawiłem tamten kryzys i już się nie rozklejałem zupełnie - a miałem problem z prostymi czynnościami, tak mnie ten kryzys dotknął, 2) niemiecko-francuska piosenkarka jest bardzo intrygującą artystką, dużo bardziej niż sądziłem wcześniej i warto się zagłębić w te piosenki, w sumie to ponad pół dyskografii jest bardzo mocne.
Tu trzeba zauważyć, że: Cretu bawił się głosem swojej żony jak instrumentem - słyszymy w piosenkach jej głos, tyle że elektronicznie przetworzony - jej próba śpiewania naturalnym głosem w późniejszym czasie pokazała wiele jej braków. Że Close To Seven to album, na którym bardziej - zdaje się - zależało jej niż jemu (co nie dziwi wobec ogromnego sukcesu Enigmy, zauważył, że bez ładnej buzi na okładce też może być wielki) i siła wyrazu głosu dominuje nad muzyką (zwłaszcza w cudnym When The Rain Doesn't Come). Mocny bit, całkiem chwytliwa melodia, sekcja instrumentalna w środku budują dość duże napięcie. Dość umiarkowanie to bujające, zwłaszcza w porównaniu z poprzednimi nagraniami, dalekie od euro disco. Chociaż Don't Be Aggressive nie ma uroku Loreen czy siły Marii Magdaleny, to właśnie ten kawałek otworzył niejako przede mną bramę do tych piosenek, często eterycznych, nawet jeśli bardzo wbijają się do głowy. W sumie to odkryłem te piosenki w zupełnie niespodziewanym momencie, nie sądziłem, że moje zainteresowania pójdą w tę stronę (choć słuchałem wcześniej czy to Kim Wilde, czy to CC Catch).
Ale dla mnie słuchanie jej nagrań to jest emocjonalna burza, są wprost przesycone emocjami tak pozytywnymi (tu chyba przede wszystkim Heartbeat), jak i negatywnymi (w/w), melancholią (zwłaszcza te z pierwszych płyt), a to sprawia, że albo mam fazę i słucham ich wręcz maniakalnie, albo unikam jak ognia, wciąż się specjalnie do nich (i do niej) nie zdystansowałem. Może to przyjdzie z czasem. I oby pani do tego czasu dożyła.
Aha, a tu klip:
https://www.youtube.com/watch?v=hyVlyhcO6KE
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Nie tyle nabrałem wody w usta, ile spać poszedłem i przeczytałem post już dużo po tym. Znalazłem zresztą szereg wypowiedzi jego i jemu podobnych ludzi, ale, szczerze mówiąc, odechciało mi się pisać o tym. Aczkolwiek można by założyć temat pt. rock progresywny i tam dyskutować, jeśli ktoś ma ochotę (ja mam o tyle wątpliwości, że temperatura tych sporów zawsze jest gorąca).Hien pisze:21 maja 2022 00:02Melki nabrał wody w usta, a ja też nie pamiętam jakiegoś hejtu ze strony Frippa. Ok, facet bywa ciężki, bredzi, trudno czasami zrozumieć o co mu chodzi, ale jakiegoś otwartego hejtu u niego nie pamiętam. Adriana Belew wyciągnął chyba nawet z trasy z Talking Heads. Tak więc uprasza się nie zniechęcać innych do King Crimson jakimiś pomówieniami na temat Roberta F. Zwłaszcza, że jego poglądy i tak nie mają żadnego znaczenia i wpływu na jakość jego muzyki xd
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Hélène Ségara - Elle, tu l'aimes
W 2004r. byłem na misji w Syrii. I tam odbywając samochodowy patrol usłyszałem w radio ten utwór. Od razu poczułem się zafascynowany, tym bardziej, że w tamtych latach miałem ogromną fazę na muzykę francuskojęzyczną. Tytułu nie byłem w stanie zapamiętać, ale nazwisko wykonawczyni z wyświetlacza już tak. Niebawem będąc w pobliskim miasteczku udałem się do tzw. sklepu muzycznego, gdzie szukało się po półkach odpowiedniej płyt lub jak nie było, to podawało się gościowi, czego się potrzebuje, a on w parę minut ściągał to z internetu i wypalał na płytę CD. Dodrukowywał do tego nawet okładkę. I to wszystko za jedyne dwa dolary. Kupiłem na chybił trafił dwie płyty Heleny, które akurat były dostępne i na jednej z nich jak się okazało był interesujący mnie utwór. Zresztą muszę powiedzieć, że Interesujących utworów było więcej. Po paru latach faza na muzykę francuskojęzyczną mi przeszła i już rzadko coś z tego posłucham, ale do Elle, tu l'aimes wciąż chętnie wracam. Przypomina mi ten niezwykle ciekawy pobyt na Bliskim Wschodzie.
Utwór ma wyraźnie orientalny klimat. Podoba mi się użyte instrumentarium: bębny, gitary akustyczne, smyki, jakieś flety, typowo arabsko brzmiące klawisze. Podoba mi się podniosły i nieco baśniowy klimat tego utworu, bardzo ładna linia melodyczna i potężny głos Heleny. Gdy go pierwszy raz słyszałem w radio, to jechałem przez spalone słońcem kamieniste syryjskie bezdroża, co dodawało utworowi jeszcze dodatkowego klimatu.
https://www.youtube.com/watch?v=vJf-hkQQzrA
W 2004r. byłem na misji w Syrii. I tam odbywając samochodowy patrol usłyszałem w radio ten utwór. Od razu poczułem się zafascynowany, tym bardziej, że w tamtych latach miałem ogromną fazę na muzykę francuskojęzyczną. Tytułu nie byłem w stanie zapamiętać, ale nazwisko wykonawczyni z wyświetlacza już tak. Niebawem będąc w pobliskim miasteczku udałem się do tzw. sklepu muzycznego, gdzie szukało się po półkach odpowiedniej płyt lub jak nie było, to podawało się gościowi, czego się potrzebuje, a on w parę minut ściągał to z internetu i wypalał na płytę CD. Dodrukowywał do tego nawet okładkę. I to wszystko za jedyne dwa dolary. Kupiłem na chybił trafił dwie płyty Heleny, które akurat były dostępne i na jednej z nich jak się okazało był interesujący mnie utwór. Zresztą muszę powiedzieć, że Interesujących utworów było więcej. Po paru latach faza na muzykę francuskojęzyczną mi przeszła i już rzadko coś z tego posłucham, ale do Elle, tu l'aimes wciąż chętnie wracam. Przypomina mi ten niezwykle ciekawy pobyt na Bliskim Wschodzie.
Utwór ma wyraźnie orientalny klimat. Podoba mi się użyte instrumentarium: bębny, gitary akustyczne, smyki, jakieś flety, typowo arabsko brzmiące klawisze. Podoba mi się podniosły i nieco baśniowy klimat tego utworu, bardzo ładna linia melodyczna i potężny głos Heleny. Gdy go pierwszy raz słyszałem w radio, to jechałem przez spalone słońcem kamieniste syryjskie bezdroża, co dodawało utworowi jeszcze dodatkowego klimatu.
https://www.youtube.com/watch?v=vJf-hkQQzrA
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Kendrick Lamar - Bitch Don't Kill My Vibe
Ponieważ pisałem, że nie kumam amerykańskiego hip-hopu oczywiście tym razem pora na amerykański hip-hop. Blisko dekadę temu miałem taki dziwny okres, w którym starałem się być na bieżąco z muzycznymi nowościami, więc zapoznałem się z Lamarem, bo słyszałem, że wybitny, zajebisty, fajny i w ogóle. I, o dziwo, okazało się, że tym razem hajpujący mieli rację - to była bardzo dobra płyta, nawet zanabyłem ją w formie fizycznej, a to się rzadko u mnie dzieje w przypadku rapsów.
To co napiszę pewnie będzie dla was zaskoczeniem, ale tak - niewątpliwie moim ulubionym trackiem na tym albumie jest właśnie, ten który właśnie wam podrzucam. Kojarzy mi się właśnie z jesienią 2013, to był okres, w którym zaczynałem parę rzeczy od nowa i niemałych przemian w moim życiu, w którym odciąłem się od masy ludzi, ale poznałem też parę osób (od których wkrótce się odciąłem) i zacząłem też studia, których nie skończyłem. xD
Bawi mnie to, że dzięki tej zabawie, a konkretnej murzynowi wrzucającemu w pierwszej kolejce Nieprzysiadalność, widzę paralelę miedzy tymi dwoma utworami, bo Świetlicki i Lamar to dosłownie jedna z ostatnich kombinacji muzyków, na jaką bym wpadł. Aczkolwiek mimo wszystko (nomen omen) vibe tej piosenki jest zupełnie inny, zaryzykowałbym może nawet i stwierdzenie, że ciut slackerski. W sumie to też ciekawe (nie wiem dla kogo), że piosenka o tym, by dać komuś spokój jest dla mnie jednocześnie luzacka, tak samo jak to, że jest dla mnie maksymalnym HICIOREM, by nie użyć tego okropnego słowa BANGEREM, mimo iż nie ma tu hooków, powerchordów, potężnego refrenu ani nie brzmi jak coś wypierdziane na syntezatorze w latach 80.
Właściwie to też ten fakt, że ten kawałek wrzucam ja, a murzyn wrzucał Świetlickiego, a nie na odwrót, też można uznać za ciekawy. Albo i nie. Nie wiem.
https://www.youtube.com/watch?v=LiaVWUI44Og
Ponieważ pisałem, że nie kumam amerykańskiego hip-hopu oczywiście tym razem pora na amerykański hip-hop. Blisko dekadę temu miałem taki dziwny okres, w którym starałem się być na bieżąco z muzycznymi nowościami, więc zapoznałem się z Lamarem, bo słyszałem, że wybitny, zajebisty, fajny i w ogóle. I, o dziwo, okazało się, że tym razem hajpujący mieli rację - to była bardzo dobra płyta, nawet zanabyłem ją w formie fizycznej, a to się rzadko u mnie dzieje w przypadku rapsów.
To co napiszę pewnie będzie dla was zaskoczeniem, ale tak - niewątpliwie moim ulubionym trackiem na tym albumie jest właśnie, ten który właśnie wam podrzucam. Kojarzy mi się właśnie z jesienią 2013, to był okres, w którym zaczynałem parę rzeczy od nowa i niemałych przemian w moim życiu, w którym odciąłem się od masy ludzi, ale poznałem też parę osób (od których wkrótce się odciąłem) i zacząłem też studia, których nie skończyłem. xD
Bawi mnie to, że dzięki tej zabawie, a konkretnej murzynowi wrzucającemu w pierwszej kolejce Nieprzysiadalność, widzę paralelę miedzy tymi dwoma utworami, bo Świetlicki i Lamar to dosłownie jedna z ostatnich kombinacji muzyków, na jaką bym wpadł. Aczkolwiek mimo wszystko (nomen omen) vibe tej piosenki jest zupełnie inny, zaryzykowałbym może nawet i stwierdzenie, że ciut slackerski. W sumie to też ciekawe (nie wiem dla kogo), że piosenka o tym, by dać komuś spokój jest dla mnie jednocześnie luzacka, tak samo jak to, że jest dla mnie maksymalnym HICIOREM, by nie użyć tego okropnego słowa BANGEREM, mimo iż nie ma tu hooków, powerchordów, potężnego refrenu ani nie brzmi jak coś wypierdziane na syntezatorze w latach 80.
Właściwie to też ten fakt, że ten kawałek wrzucam ja, a murzyn wrzucał Świetlickiego, a nie na odwrót, też można uznać za ciekawy. Albo i nie. Nie wiem.
https://www.youtube.com/watch?v=LiaVWUI44Og
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No to dawaj, zresztą na forum temat o KC jest (wiem, bo sam zakładałem)Malkolit pisze:22 maja 2022 23:54Nie tyle nabrałem wody w usta, ile spać poszedłem i przeczytałem post już dużo po tym. Znalazłem zresztą szereg wypowiedzi jego i jemu podobnych ludzi, ale, szczerze mówiąc, odechciało mi się pisać o tym. Aczkolwiek można by założyć temat pt. rock progresywny i tam dyskutować, jeśli ktoś ma ochotę (ja mam o tyle wątpliwości, że temperatura tych sporów zawsze jest gorąca).Hien pisze:21 maja 2022 00:02Melki nabrał wody w usta, a ja też nie pamiętam jakiegoś hejtu ze strony Frippa. Ok, facet bywa ciężki, bredzi, trudno czasami zrozumieć o co mu chodzi, ale jakiegoś otwartego hejtu u niego nie pamiętam. Adriana Belew wyciągnął chyba nawet z trasy z Talking Heads. Tak więc uprasza się nie zniechęcać innych do King Crimson jakimiś pomówieniami na temat Roberta F. Zwłaszcza, że jego poglądy i tak nie mają żadnego znaczenia i wpływu na jakość jego muzyki xd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Mentos bije rekord w zaskakiwaniu. Zostaje już tylko wrzucić identyczny numer co druga osoba po prostu xD