Best of Forum
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
nagram jakis utwór tylko po to by go tu wrzucić
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Nawet sprawdziłem swoją listę rezerwową poza przygotowaną setką i tam Bitch Don't Kill My Vibe jest
Niech dev wrzuca kolejny odcinek "Z kamerą wśród duchologii" i możemy szybko się z tą kolejką uporać.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Brian Eno - And Then So Clear (rok wydania 2005, rok pierwszego odsłuchu 2007)
https://www.youtube.com/watch?v=sLEgjBVtdhE
Nie jestem tylko pewien, czy na pewno pierwszy raz usłyszałem ten numer właśnie w 2007 roku, czy jednak nie rok wcześniej. Eno to jest... no do cholery, na tym forum chyba nie muszę przedstawiać. Legenda, jeden z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych producentów muzycznych na świecie, ojciec chrzestny muzyki ambientowej (i w ogóle gość, który wymyślił ten termin), współzałożyciel i klawiszowiec (tylko przez 2 albumy ale co z tego) gigantów glamu, czyli Roxy Music. Usłyszałem o nim po raz pierwszy dzięki... Simple Minds. Ci w 1980 wydali swoją trzecią płytę - Empires and Dance (mocarny krążek swoją drogą, Tomasz Beksiński powiedział kiedyś, że czuć w nim ducha Curtisa) - a promował ją singiel I Travel. W tekście do tegoż pada wers "(...)love song played in the restaurants, airports playing Brian Eno". Byłem ciekaw, co to za koleś, że jest tak wspominany. Poczytałem trochę na Wiki, trochę na zapomnianym już przez wszystkich (i dobrze, you will never find more wretched hive of stulejarstwo and zjebanie in the whole galaxy) Forum80s, i oto dowiedziałem się, że jest to hołd złożony wydanej w 1978 pierwszej części składającej się z 4 installmentów serii Ambient, czyli właśnie Music for Airports. Zassałem i - choć wtedy nie była to do końca muzyka, której szukałem - przepadłem. Zassałem pozostałe części (ale z jakiegoś powodu przesłuchałem jeszcze tylko dwójkę, kolabo z ś.p. Haroldem Buddem), parę innych płyt i katowałem niemal cały rok 2006. Ale na serio wsiąknąłem w Eno dopiero wczesną wiosną 2007, i ciągnęło się to aż po lato. Odwaliło mi wtedy, ambienty, ilustracje do projektów artystycznych (I Dormienti <3), a także albumy glamowo-psychodelowe z początków jego kariery (Taking Tiger Mountain to arcydzieło), Textures, uderzające w elektronikę Nerve Net, trwające godzinę Thursday Afternoon gdzie w kółko leci to samo, no po prostu złoto. I siłą rzeczy natknąłem się na płytę Another Day on Earth, którą wydał w 2005. Płyta była bardzo ważna, bo to był jego pierwszy wokalny album od czasu Before and After Science z 1977 roku (tam znajduje się m.in. By This River, które ładnie scoverował Marcin Przemoc z Naszego Ulubionego Zespołu(TM)). Album bardzo spokojny, wyważony, oniryczny wręcz, ale faktycznie - Mistrz znów otwiera gębę. Na marginesie dodam, że planował jeszcze jeden album z wokalem po drodze, jako follow up do Nerve Net z 1992. Miał się nazywać My Squelchy Life, promować go miał singiel The Harness i miał się ukazać w tym samym roku (czyli 1992), ale coś nie pykło i oficjalną premierę miał dopiero jako bonus disc do remastera Nerve Net, który wyszedł w 2014. Także poczekać trzeba było, ale też było na co. Płyta jest świetna, od początku do końca, to jest niemal idealny follow up do Before and After Science, które już wówczas miksowało jeszcze trochę starego Eno i jego długich i powtarzalnych ambientowych zagrywek. Przy Another Day on Earth idzie się rozpłynąć, popaść w wyjątkowe stany napędzane nostalgią tak bardzo, jak się tylko da. Tam nie ma złego numeru, wszystko stanowi idealnie domkniętą kompozycję. I z tego właśnie albumu pochodzi wrzucany przeze mnie numer.
And Then So Clear to dla mnie po prostu numer o pięknie natury. Cheesy as fuck, ale niespecjalnie się tym przejmuję. Najlepiej się tego słucha wędrując po jakimś zadupiu, najlepiej nad morzem (testowane), albo przez jakieś nieskończone pustkowie (również testowane), ew. w górach. Mnie się tak złożyło, że cały album zabrałem ze sobą na wczasy, na które wybrałem się w lipcu 2007 z rodzicami do Egiptu. Mimo klasycznego rozwiązania na miarę polskiej "aspirującej klasy średniej" (moi starzy to robotnicza pełną gębą), czyli all inclusive w jakimś luksusowym przybytku nad Morzem Czerwonym mieliśmy sporo aktywności w okolicy. Jedną z nich była wycieczka do odległego o parę godzin jazdy Luksoru (gdzie też swoją drogą towarzyszył mi Eno i to dosłownie, na wydanym w 2006 krążku instrumentalnym o tytule 77 Million Paintings miał numer Luxor Night Car inspirowany... nocnym jeżdżeniem dorożką po Luksorze właśnie), z którego wracaliśmy o zmierzchu przez pustynię rozpadającą się marszrutką. Siedziałem przy oknie i męczyłem ten numer na repeacie na swoim legendarnym już (dla mnie) Zenie V Plus od Creashita. Jedna z pierwszych empetrójek z kolorowym wyświetlaczem, łezka się w oku i tak dalej
widoki oczywiście były nieziemskie, w połączeniu z moim prywatnym soundtrackiem stanowiły naprawdę niezapomniane przeżycie na pewnym poziomie. Naturalny, niewymuszony zachwyt zwyczajnością, ale jednocześnie skrajnie autentyczny. Za każdym razem jak słucham tego kawałka mam podobne odczucia, nawet jak łażę po Warszawie czy Łodzi. Jaram się, i Wy się jarajcie. Bo to Eno, bo to dobry Eno (pomijając fakt, że dla mnie właściwie wszystko od Eno jest dobre jeśli o jego twórczość chodzi), bo to dobra muzyka. W sam raz na chłodny wiosenny wieczór i gapienie się w przestrzeń bez sprecyzowanego obiektu skupienia. Czyli np. taki jak teraz.
https://www.youtube.com/watch?v=sLEgjBVtdhE
Nie jestem tylko pewien, czy na pewno pierwszy raz usłyszałem ten numer właśnie w 2007 roku, czy jednak nie rok wcześniej. Eno to jest... no do cholery, na tym forum chyba nie muszę przedstawiać. Legenda, jeden z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych producentów muzycznych na świecie, ojciec chrzestny muzyki ambientowej (i w ogóle gość, który wymyślił ten termin), współzałożyciel i klawiszowiec (tylko przez 2 albumy ale co z tego) gigantów glamu, czyli Roxy Music. Usłyszałem o nim po raz pierwszy dzięki... Simple Minds. Ci w 1980 wydali swoją trzecią płytę - Empires and Dance (mocarny krążek swoją drogą, Tomasz Beksiński powiedział kiedyś, że czuć w nim ducha Curtisa) - a promował ją singiel I Travel. W tekście do tegoż pada wers "(...)love song played in the restaurants, airports playing Brian Eno". Byłem ciekaw, co to za koleś, że jest tak wspominany. Poczytałem trochę na Wiki, trochę na zapomnianym już przez wszystkich (i dobrze, you will never find more wretched hive of stulejarstwo and zjebanie in the whole galaxy) Forum80s, i oto dowiedziałem się, że jest to hołd złożony wydanej w 1978 pierwszej części składającej się z 4 installmentów serii Ambient, czyli właśnie Music for Airports. Zassałem i - choć wtedy nie była to do końca muzyka, której szukałem - przepadłem. Zassałem pozostałe części (ale z jakiegoś powodu przesłuchałem jeszcze tylko dwójkę, kolabo z ś.p. Haroldem Buddem), parę innych płyt i katowałem niemal cały rok 2006. Ale na serio wsiąknąłem w Eno dopiero wczesną wiosną 2007, i ciągnęło się to aż po lato. Odwaliło mi wtedy, ambienty, ilustracje do projektów artystycznych (I Dormienti <3), a także albumy glamowo-psychodelowe z początków jego kariery (Taking Tiger Mountain to arcydzieło), Textures, uderzające w elektronikę Nerve Net, trwające godzinę Thursday Afternoon gdzie w kółko leci to samo, no po prostu złoto. I siłą rzeczy natknąłem się na płytę Another Day on Earth, którą wydał w 2005. Płyta była bardzo ważna, bo to był jego pierwszy wokalny album od czasu Before and After Science z 1977 roku (tam znajduje się m.in. By This River, które ładnie scoverował Marcin Przemoc z Naszego Ulubionego Zespołu(TM)). Album bardzo spokojny, wyważony, oniryczny wręcz, ale faktycznie - Mistrz znów otwiera gębę. Na marginesie dodam, że planował jeszcze jeden album z wokalem po drodze, jako follow up do Nerve Net z 1992. Miał się nazywać My Squelchy Life, promować go miał singiel The Harness i miał się ukazać w tym samym roku (czyli 1992), ale coś nie pykło i oficjalną premierę miał dopiero jako bonus disc do remastera Nerve Net, który wyszedł w 2014. Także poczekać trzeba było, ale też było na co. Płyta jest świetna, od początku do końca, to jest niemal idealny follow up do Before and After Science, które już wówczas miksowało jeszcze trochę starego Eno i jego długich i powtarzalnych ambientowych zagrywek. Przy Another Day on Earth idzie się rozpłynąć, popaść w wyjątkowe stany napędzane nostalgią tak bardzo, jak się tylko da. Tam nie ma złego numeru, wszystko stanowi idealnie domkniętą kompozycję. I z tego właśnie albumu pochodzi wrzucany przeze mnie numer.
And Then So Clear to dla mnie po prostu numer o pięknie natury. Cheesy as fuck, ale niespecjalnie się tym przejmuję. Najlepiej się tego słucha wędrując po jakimś zadupiu, najlepiej nad morzem (testowane), albo przez jakieś nieskończone pustkowie (również testowane), ew. w górach. Mnie się tak złożyło, że cały album zabrałem ze sobą na wczasy, na które wybrałem się w lipcu 2007 z rodzicami do Egiptu. Mimo klasycznego rozwiązania na miarę polskiej "aspirującej klasy średniej" (moi starzy to robotnicza pełną gębą), czyli all inclusive w jakimś luksusowym przybytku nad Morzem Czerwonym mieliśmy sporo aktywności w okolicy. Jedną z nich była wycieczka do odległego o parę godzin jazdy Luksoru (gdzie też swoją drogą towarzyszył mi Eno i to dosłownie, na wydanym w 2006 krążku instrumentalnym o tytule 77 Million Paintings miał numer Luxor Night Car inspirowany... nocnym jeżdżeniem dorożką po Luksorze właśnie), z którego wracaliśmy o zmierzchu przez pustynię rozpadającą się marszrutką. Siedziałem przy oknie i męczyłem ten numer na repeacie na swoim legendarnym już (dla mnie) Zenie V Plus od Creashita. Jedna z pierwszych empetrójek z kolorowym wyświetlaczem, łezka się w oku i tak dalej
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
utwory kolejki
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... TowX0m1hWY
Bestka po 18 kolejkach:
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... DSpe0mCviP
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... TowX0m1hWY
Bestka po 18 kolejkach:
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... DSpe0mCviP
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Vangelis - Memories of Green
W temacie Vangelisa jestem zielony, poza Rydwanami Ognia nic nie kojarzę w sumie więc i nie całkiem wiedziałem czego oczekiwać. Blade Runnera oglądałem ale muzyki nie pamiętam. Temat zapodany przez Hiena jest naprawdę, naprawdę ładny. Jest dużo... sam nie wiem czego nawet w tym fortepianie bo czy to melancholia? Zamułka ale taka niekoniecznie może smutna. Słuchając go pierwszy raz wyglądałem za okno, później rozglądałem się po pokoju mojego syna i do tych wszystkich obrazów pasował mi idealnie, ogólnie pasuje mi do takich obrazów codzienności, trochę szaro-burych a trochę ciepłych jednak. Mam przy tym podobne odczucia jak słuchając swego czasu wrzutki Ben Folds Five. We wrzuconym linku są wklejone sceny z filmu Blade Runner, czy ten utwór nie funkcjonuje osobno bez nich?
Vangelis - La petite fille de la mer
Druga wrzutka Vangelisa w kolejce i otwierają ją takie senne, ciepłe klawisze. Trochę podobny to klimacik jest, tutaj nawet bardziej mi pasuje ten widok pokoju dziecinnego niż obrazów miasta za oknem może xD ciepłe to, filmowe takie, sentymentalne, trochę bardziej... lekkie i ckliwe może od wrzutki Hiena. Chociaż później taki moment zatrzymania słyszę, zawahania, lekko groźnie czy psychodelicznie się robi jak w jakimś thrillerze psychologicznym, ale po chwili wracają znów lżejsze klimaty. Początkowo wolałem wrzutkę Hiena, obecnie w starciu Vangelis vs Vangelis jest u mnie remis, dwie bardzo ładne kompozycje, może po 35 prawie latach życia czas nadrobić jego muzykę
Sandra - Don't Be Aggressive
Tu miałem mocne obawy, wrzucane dotychczas przez Mela utwory Sandry nie robiły na mnie najlepszego wrażenia. Tu przyjemna niespodzianka na początku bo numer opiera się na znanym mi samplu co już daje mu trochę fory (nie będę spoilerował, może wrzucę ten numer za jakiś czas). Nie jestem fanem takiego europejskiego popu (Niemcy, Francja, Włochy itp kontynentalne klimaty), ale w sumie ta produkcja ujdzie w tłoku jak to się mawia, sam może nie sięgnę ale też nie przełączę stacji gdyby to zabrzmiało w radio, dla mnie 90sowe guilty pleasure, na taką muzykę też czasem trzeba mieć miejsce w głowie.
Helene Segara - Elle, tu l'aimes
shodan wystawia do walki kolejną nieznaną nam śpiewającą panią, jak powszechnie wiadomo śpiewające panie to jego ulubiony gatunek muzyki. Na dodatek Pani ta śpiewa po francusku a nie po norwesku (jaka szkoda) a podczas śpiewu wykorzystuje vibrato, więc już mamy taką przerysowaną do kwadratu francuską piosenkę. No ok, w instrumentarium mamy te folkowe perkusalia dodane, czyli co, jakaś Algieria z tego się robi suma sumarum
z rzadka coś francuskojęzycznego zdarza mi się posłuchać ale albo w klimatach bardziej disco albo mogę nawet i po Edith Piaf sięgnąć ale ten kawałek nie leży w moich klimatach, jak mówiłem do europejskiej muzy jestem uprzedzony dość a to brzmi tak lokalnie francusko właśnie i zbyt dramatycznie, nieco alergicznie odbieram taką muzę, sorry.
Kendrick Lamar - Bitch, Don't Kill My Vibe
Mentos jak zaskakuje to wrzuca fajne numery które niestety już znam. Przyznam się że albumu good kid, m.a.a.d city nie przetrawiłem, nie siadł mi kiedy wyszedł i jarałem się Swimming Pools oraz najbardziej tym numerem właśnie, reszta mi nie siadła i olałem ten album, więc szkoda że nie wrzuciłeś któregoś z tych które olałem i okazałoby się że przecież fajny. Bitch... to spoko numer jest, bardzo lubię takie luźne klimaty i jak najbardziej lubię nieprzysiadalne klimaty, taki żywot introwertyków już. Najlepsze że odpaliłem wrzutkę Mentosa po słuchaniu tego mojego kawałka Maty z innego tematu i tym bardziej wszedł jak złoto, ta gitara u Kendricka pobrzmiewała mi jak tamte klawisze u Maty, jest pięknie, lubię ale znam. I przypomniałeś mi o jednym spoko numerze w tym klimacie jeszcze i pewnie wjedzie ale nie wiem czy tu czy w temacie o rapie.
Brian Eno - And Then So Clear
Ambiencik. No i wokal. Wypełnia przestrzeń, uzupełnia chwile zamułki. Brajan Nieno więc to chyba musi być dobre xD wybacz chyba nie umiem pisać o tego typu muzyce za bardzo, efekt na wokalu taki se (jakoś to drażnienie uszu przypomina mi coś z Edgeland od Hyde'a), wolę kiedy później prawdziwy wokal wychodzi spod spodu, jest miękko, chmury płyną po niebie, trochę jakbym prognozę pogody oglądał xD jest dobrze ale czemu k.... to się tak nagle urywa? Oj brzydko, nieładnie, szkoda.
Kolejka no w sumie nienajgorsza, ładne nutki Vangelisa, dobry Eno, trochę guilty pleasure, murzyni no i na końcu shodan xd ciekawe ile śpiewających Pań zostało nam do końca tej 25tki, ja już wyczerpałem swój limit
W temacie Vangelisa jestem zielony, poza Rydwanami Ognia nic nie kojarzę w sumie więc i nie całkiem wiedziałem czego oczekiwać. Blade Runnera oglądałem ale muzyki nie pamiętam. Temat zapodany przez Hiena jest naprawdę, naprawdę ładny. Jest dużo... sam nie wiem czego nawet w tym fortepianie bo czy to melancholia? Zamułka ale taka niekoniecznie może smutna. Słuchając go pierwszy raz wyglądałem za okno, później rozglądałem się po pokoju mojego syna i do tych wszystkich obrazów pasował mi idealnie, ogólnie pasuje mi do takich obrazów codzienności, trochę szaro-burych a trochę ciepłych jednak. Mam przy tym podobne odczucia jak słuchając swego czasu wrzutki Ben Folds Five. We wrzuconym linku są wklejone sceny z filmu Blade Runner, czy ten utwór nie funkcjonuje osobno bez nich?
Vangelis - La petite fille de la mer
Druga wrzutka Vangelisa w kolejce i otwierają ją takie senne, ciepłe klawisze. Trochę podobny to klimacik jest, tutaj nawet bardziej mi pasuje ten widok pokoju dziecinnego niż obrazów miasta za oknem może xD ciepłe to, filmowe takie, sentymentalne, trochę bardziej... lekkie i ckliwe może od wrzutki Hiena. Chociaż później taki moment zatrzymania słyszę, zawahania, lekko groźnie czy psychodelicznie się robi jak w jakimś thrillerze psychologicznym, ale po chwili wracają znów lżejsze klimaty. Początkowo wolałem wrzutkę Hiena, obecnie w starciu Vangelis vs Vangelis jest u mnie remis, dwie bardzo ładne kompozycje, może po 35 prawie latach życia czas nadrobić jego muzykę
Sandra - Don't Be Aggressive
Tu miałem mocne obawy, wrzucane dotychczas przez Mela utwory Sandry nie robiły na mnie najlepszego wrażenia. Tu przyjemna niespodzianka na początku bo numer opiera się na znanym mi samplu co już daje mu trochę fory (nie będę spoilerował, może wrzucę ten numer za jakiś czas). Nie jestem fanem takiego europejskiego popu (Niemcy, Francja, Włochy itp kontynentalne klimaty), ale w sumie ta produkcja ujdzie w tłoku jak to się mawia, sam może nie sięgnę ale też nie przełączę stacji gdyby to zabrzmiało w radio, dla mnie 90sowe guilty pleasure, na taką muzykę też czasem trzeba mieć miejsce w głowie.
Helene Segara - Elle, tu l'aimes
shodan wystawia do walki kolejną nieznaną nam śpiewającą panią, jak powszechnie wiadomo śpiewające panie to jego ulubiony gatunek muzyki. Na dodatek Pani ta śpiewa po francusku a nie po norwesku (jaka szkoda) a podczas śpiewu wykorzystuje vibrato, więc już mamy taką przerysowaną do kwadratu francuską piosenkę. No ok, w instrumentarium mamy te folkowe perkusalia dodane, czyli co, jakaś Algieria z tego się robi suma sumarum
Kendrick Lamar - Bitch, Don't Kill My Vibe
Mentos jak zaskakuje to wrzuca fajne numery które niestety już znam. Przyznam się że albumu good kid, m.a.a.d city nie przetrawiłem, nie siadł mi kiedy wyszedł i jarałem się Swimming Pools oraz najbardziej tym numerem właśnie, reszta mi nie siadła i olałem ten album, więc szkoda że nie wrzuciłeś któregoś z tych które olałem i okazałoby się że przecież fajny. Bitch... to spoko numer jest, bardzo lubię takie luźne klimaty i jak najbardziej lubię nieprzysiadalne klimaty, taki żywot introwertyków już. Najlepsze że odpaliłem wrzutkę Mentosa po słuchaniu tego mojego kawałka Maty z innego tematu i tym bardziej wszedł jak złoto, ta gitara u Kendricka pobrzmiewała mi jak tamte klawisze u Maty, jest pięknie, lubię ale znam. I przypomniałeś mi o jednym spoko numerze w tym klimacie jeszcze i pewnie wjedzie ale nie wiem czy tu czy w temacie o rapie.
Brian Eno - And Then So Clear
Ambiencik. No i wokal. Wypełnia przestrzeń, uzupełnia chwile zamułki. Brajan Nieno więc to chyba musi być dobre xD wybacz chyba nie umiem pisać o tego typu muzyce za bardzo, efekt na wokalu taki se (jakoś to drażnienie uszu przypomina mi coś z Edgeland od Hyde'a), wolę kiedy później prawdziwy wokal wychodzi spod spodu, jest miękko, chmury płyną po niebie, trochę jakbym prognozę pogody oglądał xD jest dobrze ale czemu k.... to się tak nagle urywa? Oj brzydko, nieładnie, szkoda.
Kolejka no w sumie nienajgorsza, ładne nutki Vangelisa, dobry Eno, trochę guilty pleasure, murzyni no i na końcu shodan xd ciekawe ile śpiewających Pań zostało nam do końca tej 25tki, ja już wyczerpałem swój limit
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Powiem szczerze, że się zamotałem, byłem pewien, że wrzucam dłuższą wersję z bootlegu, ale to ma tylko doklejone kwestie dialogowe na końcu. No trudno, stało się.
Hélène Ségara - Elle, tu l'aimes
Najciekawsza z tego wszystkiego jest historia Shodana o tym jak w syryjskim sklepie muzycznym facet od ręki ściągał z neta albumy i wypalał na cd-r xDDDDD To nawet w 2000 roku, gość z kafejki internetowej w Łodzi nie chciał mi wypalić płyty z mp3 xD Jeżeli chodzi o sam kawałek, polecę trochę hipokryzją, bo z jednej strony irytują mnie piosenki w tym stylu, takie wiecie, smęcenie z hiszpańską gitarką w tle, było tego na stosy na przełomie lat 90 i 00 (zresztą podejrzewam, że do tej pory jest, bo to się masom wyjątkowo podoba), a z drugiej strony słuchałem tego typu muzyki w wykonaniu Ive Mendes, czy nawet Jeniffer Lopez i pewnie wielu innych i robiłem to nawet z uznaniem. Ten numer Shodana jest niemal jak encyklopedyczny przykład takiego czegoś i w sumie tym lepiej dla Shodana, bo są setki tysięcy płyt w tym stylu xD
Żeby docenić takie kawałki w gąszczu innych identycznych kawałków, to trzeba jednak coś przeżyć z tą muzyką w tle. Shodan słuchał tego jadąc drogami Syrii, to są jednak potężne wspomnienia, nawet jeśli nie spuszczono na niego bomby. Muzyka koduje nam się w głowie według różnego rodzaju dziwnych kluczy, ja też wrzucałem w obu tematach muzykę, która dla niektórych brzmi jak wszystko (np. Leighton Meester), a dla mnie wyjątkowo. Niemniej, ten kawałek Segary brzmi dla mnie jak sampler podgatunku i to taki niezbyt interesujący.
Sandra - Don't Be Aggressive
Melki atakuje nas Sandrą z każdej strony. Po wysłuchaniu utworu, trochę o nim poczytałem. Szanuję, że Sandra sampluje tutaj Massive Attack (a raczej samplowany już fragment, podobnie zrobili no-man w „Colours”) i generalnie próbuje wjechać na dobre w 90sy, zrywając zarówno z imagem, jak i brzmieniem z ejtisów. W 2018 r. miałem małą fazę na Sandrę, słuchałem głównie jej hitów z lat 80-tych, ale też z ciekawości posłuchałem trochę późniejszych piosenek, między innymi z tej płyty (ale akurat nie „Don’t Be Aggressive”) i nawet z uznaniem pokiwałem głową, że laska nie odcinała kuponów. Spoko jest ten kawałek, który zapodał Melki, kojarzy mi się mocno z Bomb The Bass z tamtego czasu, rzeczami w stylu „Keep Giving Me Love”, czy „Love So True”. Ta elektronika się już trochę postarzała, ale u mnie nadal uderza we właściwe feelsy, bo to czasy mojego dorastania. Ulżyło mi, bo szczerze nie miałem ochoty na 80sową Sandrę, a dostałem coś znacznie lepszego.
Vangelis - La petite fille de la mer
Ciekawa sytuacja, bo w jednej kolejce, jeden wykonawca, z dwoma baaardzo różnymi utworami. Murzyn obawiał się, że będzie monotonnie, no więc IMO kompletnie nie jest, to niemal jak dwóch różnych wykonawców. W tym kawałku, Vangelis przypomina trochę soundtrack do filmu Felliniego i niestety, zbliża się do krawędzi z przepaścią pod tytułem „muzyka z lunaparku”, ale na cale szczęście tej granicy nie przekracza i gdyby wszystkie tego typu utwory tak brzmiały, to bym z tego lunaparku nie wychodził. Jak na lata 70-te, dla mnie brzmienie jakie uzyskuje tutaj Vangelis jest wręcz przełomowe. Zakładam, że wiele osób słuchając tego wtedy, a nawet dekady później, zastanawiało się, jak on to zrobił. Nie będę się więcej rozpisywał, bo to mimo wszystko prosty kawałek muzyki, a klimat jest taki, że nie ma co pisać, bo słowa tego nie oddadzą. Mnie zachęcać nie trzeba do Vangelisa, ale mam nadzieję, że ta kolejka niektórych do niego przekona.
Lykke Li - No Rest For The Wicked
Murzyna wrzutkę robi oczywiście brejkapowe tło. Generalnie uważam, że dwa najmocniejsze podkłady pod poznawanie muzyki, która potem na zawsze zostaje w pamięci jako coś istotnego, to zakochanie i właśnie brejkap (ew. coś pomiędzy czyli kosz). Ten kawałek faktycznie kipi od wszystkich typowo tęskniaczkowych elementów. To jest ten numer, który w filmach wchodzi podczas scen kiedy ktoś siedzi i gapi się w ścianę i myśli o osobie, z którą się aktualnie brejkapuje, lub brejkapował, ale się z tym nie pogodził xD Wspólnym mianownikiem większości kawałków tej kolejki jest VIBE i tak tez jest tutaj. Sama piosenka jest jaka jest, w sumie typowa Lykke Li i typowe brzmienia pierwszej połowy 10sów. No, ale kontekst wynosi kawałek znacznie wyżej. Trochę oszustwo? Może tak, ale dlatego też proszę zawsze żeby dodawać osobiste wrażenia do tych opisów, bo to jednak poszerza kontekst i wzmacnia wrażenia, a jednak tło brejkapowe robi to lepiej niż wzmianka o siedzeniu na blogu (sorry Dragon xD).
Kendrick Lamar - Bitch Don't Kill My Vibe
Czasy kiedy słuchało się Kendricka bez zażenowania, ehh. Podobnie jak wiele osób, zachłysnąłem się jego płytami swego czasu i ten numer Mentosa jest fajną przypominajką tego jak ważnym i świeżym zjawiskiem Lamar był. Nawet się trochę przykro robi kiedy się to zestawi z najnowszym albumem, któremu oczywiście prasa podarowała 10/10, ale serio, jest to wielkie rozczarowanie, przy czym ja już po DAMN. trochę odpłynąłem od jego twórczości. BDKMV to co innego, zajebisty, nocny kawałek, który sam dla siebie jest opisem. Wszystko tu świetnie ze sobą współgra, muzyka użyta jest pomysłowo, to nie był kolejny, standardowy czarny hip-hop. Strasznie szybko się takie rzeczy starzeją, teraz już wszyscy równo kopiują z Kendricka xD
Brian Eno - And Then So Clear
Dobry Eno z Afryka. Zaraz po nagraniu tego albumu, zaczął pracować z Coldplay i ta wrzutka dobrze pokazuje jakie elementy na tych płytach pochodziły od Eno. O czym też Dev nie wspomniał, na tym albumie (między innymi) wyrabiał się Jon Hopkins, który przez ostatnie kilkanaście lat nagrywał rzeczy nie gorsze od samego Briana. O kawałku się nie będę rozpisywał, bo to kolejna opcja bazująca na vibie, feelsach, itd., nie ma tu za bardzo czego analizować, o czym pisać, kawałek jest piękny. Faktycznie wersja wrzucona przez Deva bardzo się urywa, na albumie ten numer przechodzi w kolejny więc ktoś to chałupniczo przyciął, niestety efekt jest fatalny.
Bardzo dobra kolejka i wyjątkowo spójna jeśli chodzi o VIBE (Bitch Don't Kill My). Jeśli mam wybrać ulubieńców to na pewno wrzutki Deva, Dragona, Murzyna i Mentosa, nie wybiorę jednej bo poziom jest tu bardzo wyrównany. Nie mam zwyczaju wybierania najgorszych kawałków, bo IMO nie ma potrzeby się pastwić, ale propozycje Melkiego i Shodana lekko odstają (ale nie jakoś drastycznie, więc luz).
Hélène Ségara - Elle, tu l'aimes
Najciekawsza z tego wszystkiego jest historia Shodana o tym jak w syryjskim sklepie muzycznym facet od ręki ściągał z neta albumy i wypalał na cd-r xDDDDD To nawet w 2000 roku, gość z kafejki internetowej w Łodzi nie chciał mi wypalić płyty z mp3 xD Jeżeli chodzi o sam kawałek, polecę trochę hipokryzją, bo z jednej strony irytują mnie piosenki w tym stylu, takie wiecie, smęcenie z hiszpańską gitarką w tle, było tego na stosy na przełomie lat 90 i 00 (zresztą podejrzewam, że do tej pory jest, bo to się masom wyjątkowo podoba), a z drugiej strony słuchałem tego typu muzyki w wykonaniu Ive Mendes, czy nawet Jeniffer Lopez i pewnie wielu innych i robiłem to nawet z uznaniem. Ten numer Shodana jest niemal jak encyklopedyczny przykład takiego czegoś i w sumie tym lepiej dla Shodana, bo są setki tysięcy płyt w tym stylu xD
Żeby docenić takie kawałki w gąszczu innych identycznych kawałków, to trzeba jednak coś przeżyć z tą muzyką w tle. Shodan słuchał tego jadąc drogami Syrii, to są jednak potężne wspomnienia, nawet jeśli nie spuszczono na niego bomby. Muzyka koduje nam się w głowie według różnego rodzaju dziwnych kluczy, ja też wrzucałem w obu tematach muzykę, która dla niektórych brzmi jak wszystko (np. Leighton Meester), a dla mnie wyjątkowo. Niemniej, ten kawałek Segary brzmi dla mnie jak sampler podgatunku i to taki niezbyt interesujący.
Sandra - Don't Be Aggressive
Melki atakuje nas Sandrą z każdej strony. Po wysłuchaniu utworu, trochę o nim poczytałem. Szanuję, że Sandra sampluje tutaj Massive Attack (a raczej samplowany już fragment, podobnie zrobili no-man w „Colours”) i generalnie próbuje wjechać na dobre w 90sy, zrywając zarówno z imagem, jak i brzmieniem z ejtisów. W 2018 r. miałem małą fazę na Sandrę, słuchałem głównie jej hitów z lat 80-tych, ale też z ciekawości posłuchałem trochę późniejszych piosenek, między innymi z tej płyty (ale akurat nie „Don’t Be Aggressive”) i nawet z uznaniem pokiwałem głową, że laska nie odcinała kuponów. Spoko jest ten kawałek, który zapodał Melki, kojarzy mi się mocno z Bomb The Bass z tamtego czasu, rzeczami w stylu „Keep Giving Me Love”, czy „Love So True”. Ta elektronika się już trochę postarzała, ale u mnie nadal uderza we właściwe feelsy, bo to czasy mojego dorastania. Ulżyło mi, bo szczerze nie miałem ochoty na 80sową Sandrę, a dostałem coś znacznie lepszego.
Vangelis - La petite fille de la mer
Ciekawa sytuacja, bo w jednej kolejce, jeden wykonawca, z dwoma baaardzo różnymi utworami. Murzyn obawiał się, że będzie monotonnie, no więc IMO kompletnie nie jest, to niemal jak dwóch różnych wykonawców. W tym kawałku, Vangelis przypomina trochę soundtrack do filmu Felliniego i niestety, zbliża się do krawędzi z przepaścią pod tytułem „muzyka z lunaparku”, ale na cale szczęście tej granicy nie przekracza i gdyby wszystkie tego typu utwory tak brzmiały, to bym z tego lunaparku nie wychodził. Jak na lata 70-te, dla mnie brzmienie jakie uzyskuje tutaj Vangelis jest wręcz przełomowe. Zakładam, że wiele osób słuchając tego wtedy, a nawet dekady później, zastanawiało się, jak on to zrobił. Nie będę się więcej rozpisywał, bo to mimo wszystko prosty kawałek muzyki, a klimat jest taki, że nie ma co pisać, bo słowa tego nie oddadzą. Mnie zachęcać nie trzeba do Vangelisa, ale mam nadzieję, że ta kolejka niektórych do niego przekona.
Lykke Li - No Rest For The Wicked
Murzyna wrzutkę robi oczywiście brejkapowe tło. Generalnie uważam, że dwa najmocniejsze podkłady pod poznawanie muzyki, która potem na zawsze zostaje w pamięci jako coś istotnego, to zakochanie i właśnie brejkap (ew. coś pomiędzy czyli kosz). Ten kawałek faktycznie kipi od wszystkich typowo tęskniaczkowych elementów. To jest ten numer, który w filmach wchodzi podczas scen kiedy ktoś siedzi i gapi się w ścianę i myśli o osobie, z którą się aktualnie brejkapuje, lub brejkapował, ale się z tym nie pogodził xD Wspólnym mianownikiem większości kawałków tej kolejki jest VIBE i tak tez jest tutaj. Sama piosenka jest jaka jest, w sumie typowa Lykke Li i typowe brzmienia pierwszej połowy 10sów. No, ale kontekst wynosi kawałek znacznie wyżej. Trochę oszustwo? Może tak, ale dlatego też proszę zawsze żeby dodawać osobiste wrażenia do tych opisów, bo to jednak poszerza kontekst i wzmacnia wrażenia, a jednak tło brejkapowe robi to lepiej niż wzmianka o siedzeniu na blogu (sorry Dragon xD).
Kendrick Lamar - Bitch Don't Kill My Vibe
Czasy kiedy słuchało się Kendricka bez zażenowania, ehh. Podobnie jak wiele osób, zachłysnąłem się jego płytami swego czasu i ten numer Mentosa jest fajną przypominajką tego jak ważnym i świeżym zjawiskiem Lamar był. Nawet się trochę przykro robi kiedy się to zestawi z najnowszym albumem, któremu oczywiście prasa podarowała 10/10, ale serio, jest to wielkie rozczarowanie, przy czym ja już po DAMN. trochę odpłynąłem od jego twórczości. BDKMV to co innego, zajebisty, nocny kawałek, który sam dla siebie jest opisem. Wszystko tu świetnie ze sobą współgra, muzyka użyta jest pomysłowo, to nie był kolejny, standardowy czarny hip-hop. Strasznie szybko się takie rzeczy starzeją, teraz już wszyscy równo kopiują z Kendricka xD
Brian Eno - And Then So Clear
Dobry Eno z Afryka. Zaraz po nagraniu tego albumu, zaczął pracować z Coldplay i ta wrzutka dobrze pokazuje jakie elementy na tych płytach pochodziły od Eno. O czym też Dev nie wspomniał, na tym albumie (między innymi) wyrabiał się Jon Hopkins, który przez ostatnie kilkanaście lat nagrywał rzeczy nie gorsze od samego Briana. O kawałku się nie będę rozpisywał, bo to kolejna opcja bazująca na vibie, feelsach, itd., nie ma tu za bardzo czego analizować, o czym pisać, kawałek jest piękny. Faktycznie wersja wrzucona przez Deva bardzo się urywa, na albumie ten numer przechodzi w kolejny więc ktoś to chałupniczo przyciął, niestety efekt jest fatalny.
Bardzo dobra kolejka i wyjątkowo spójna jeśli chodzi o VIBE (Bitch Don't Kill My). Jeśli mam wybrać ulubieńców to na pewno wrzutki Deva, Dragona, Murzyna i Mentosa, nie wybiorę jednej bo poziom jest tu bardzo wyrównany. Nie mam zwyczaju wybierania najgorszych kawałków, bo IMO nie ma potrzeby się pastwić, ale propozycje Melkiego i Shodana lekko odstają (ale nie jakoś drastycznie, więc luz).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Lykke Li - No Rest For The Wicked
To ta pani od I Follow Rivers. Strasznie nie lubię I Follow Rivers. Miło usłyszeć coś mniej zarżniętego przez media, a co wydaje się przyjemniejsze. Za pierwszym miałem jakieś dziwne skojarzenia. Trochę film o walecznym bohaterze przeżywającym moment kryzysowy, trochę Arka Noego. To jest numer tego typu, że gdyby pohulał w radiu (ale nie tak często jak ww. twór), to pewnie z czasem zacząłbym zwracać na niego uwagę i wylądowałby na moich playlistach. Odbieram pozytywnie bez ekstazy, ale na pewno z wyciągniętym kciukiem do góry. Solidny wokal, refren działa jako najmocniejszy moment. Klip dodaje nieinwazyjny, ale ciekawy kontekst społeczny.
Jak już tak Mudżyn pisze o Take Me To Church to na pewno chętniej zabrałbym się do pisania o tym kawałku niż o Lykke Li.
Vangelis - Memories of Green
Aż tak zafiksowany na punkcie Blade Runnera nie jestem, ale utwór świetnie spełnia swoje zadanie. Poza kontekstem filmowym to też solidna rzecz, choć jest wiele utworów, które stawiałbym wyżej. W ten pozorny minimalizm zapakowano bardzo wiele emocji, te elektroniczne efekty i syntezatorowa niezgrabność ,jak to ujął Hien, dodają takiego postapo, dystopijnego klimatu. Tego typu muzyka leciałaby w świecie Roku 1984 jak nic. Osobiście wolę jego bardziej elektroniczne oblicze. See You Later to nie jest dobra płyta, a ostatecznie Memories of Green jest tam w dłuższej wersji niż na oficjalnie wydanym BR, nie wycięto tego rozchodzącego się outro. W klipie nawet te doklejone dialogi są w porządku, ale w "czystej" wersji jest przyjemniej.
Vangelisa naprawdę warto słuchać. Niepozornie poza wielkimi filmowymi projektami stworzył niepowtarzalny styl kreowania elektronicznych krajobrazów. Choćby utwór tytułowy ze wspominanej przeze mnie Albedo 0.39. Mało co budzi u mnie ciary, a odwalające się tam czary w tle wywołują je za każdym razem.
https://www.youtube.com/watch?v=rZGK7Ue ... v0&index=9
Sandra - Don't Be Aggressive
Elektronika początku lat 90' poza nielicznymi wyjątkami starzeje się wyjątkowo kiepsko. Pan Cretu nawet w Enigmie nie zbliżył się do takiego brzmienia. We wcześniejszej dekadzie Sandra miała parę rewelacyjnych strzałów, gdyby Melki wrzucił In the Heat of the Night albo Marię Magdalenę to byłaby walka o zwycięstwo. Tutaj już tak przebojowo nie jest, ale tego wokalu nie da się jakoś bardzo nie lubić, przez co wszystko wychodzi na zero. Kuriozalny, ale w tamtym czasie obowiązkowy midi rock w środku absolutnie niepotrzebny. Można wręcz powiedzieć, że ma takie zakusy p r o g r e s y w n e. Do The Long Play skłoniły mnie wielkie hity. Do Paintings in Yellow zaprasza sam Melki w ramach forumowej zabawy. W przypadku Close to Seven po poznaniu pierwszego utworu z tego zestawu raczej obracam oczami.
Hélène Ségara - Elle, tu l'aimes
Poprzedni utwór kojarzy mi się z Rockoon od Tangerine Dream, tutaj z kolei jakby pod wokalem szła produkcja rodem z Metamorphoses od Żą Miszela. Tutaj bardziej liczą się jakieś bliskowschodnie skojarzenia niż pogoń za nowinkami technologicznymi i efekciarstwem. Stopień bujania bardzo lekki. Szkoda, może mocniejszy rytm by pomógł. Kiedy słuchałem pierwszy raz to zastanawiałem się nad tym, czemu pani Helena nie jest bardziej popularna w Polsce. Jak dla mnie tego typu muzyka tutaj była bardziej doceniana niż gdzie indziej, jest odpowiednio rzewna, "nowoczesna", wielu francuskojęzycznych twórców drugo-, trzecioligowych się tutaj docenia. Ciekawa rzecz. Gdybym miał podobnie mocne, wyraziste wspomnienia jak shodan to na pewno lepiej bym myślał o Elle... a tak to raczej przeciętnie. Sampler podgatunku, znowu hienowe określenie, które mi bardzo pasuje.
Kendrick Lamar - Słońce, nie psuj mojego pogodnego nastroju
Trudno, żeby Kędrik nie wygrał, skoro prawie od tygodnia huczy w mojej głowie xD Lirycznie, powiedzmy, introwertyzm niepretensjonalny. O Nieprzysiadalności pisałem jako dość zdystansowanym tekście, ale w porównaniu do tak sformatowanej wyjebki Świetlicki musi uchodzić za pretensjonalnego, co w tym kontekście wydaje się być małą przywarą. Trapujący bit to jest inna liga w porównaniu do klimatu rodem z jazzowego, zadymionego klubu.
Na początku poznałem DAMN. i mam do tej płyty dużo sentymentu. Ciepło mi się kojarzy. Z licealnymi znajomymi bujało się do Loyalty, Humble, DNA, już sam opener jest zapowiedzią przepysznej rozrywki. Zawsze najbardziej lubiłem jednak XXX z udziałem U2. Czy to może być mój ulubiony twór artystyczny z udziałem tego zespołu? Jeszcze jak! Zachęcany przez rekomendacje kolegów sięgnąłem jeszcze do good kid, m.A.A.d city no i musiałem wreszcie skończyć ze swoją hipokryzją związaną z podejściem do hip-hopu. Oficjalnie przeprosiłem się ze swoimi klasykami z lat dawnych i zacząłem szukać nowych dobrych rzeczy dla siebie.
Obecność Bitch, Don't Kill My Vibe na liście najważniejszych dla mnie rzeczy bierze się po części z tego powodu. Odpowiednio wyprodukowany bit i sprawna, techniczna nawijka robią robotę. Tam cały czas coś się dzieje, a główna linijka wybrzmiewa z niesamowitą mocą. Nic tylko latem siedzieć sobie wieczorem na tarasie z drinkiem w ręce i słuchać Kendricka.
Brian Eno - And Then So Clear
Jak już się wszyscy naumieli robić ambient to Eno przestał mieć cokolwiek ciekawego do powiedzenia muzycznie. Ostatnio słuchałem Reflection, płyty znacznie młodszej niż Another Day on Earth, z której pochodzi And Then... i już przy niej byłem niespecjalnie poruszony. Tutaj do przesady Eno przenika tajniki komponowania muzyki puszczanej w galeryjnych kiblach, windach i supermarketach. Do tego ten komicznie przetworzony wokal, za pierwszym razem naprawdę brało mnie na śmiech. Gdzie jego mistrzowskie rockowe miniaturki albo ambientowa klasyka (Apollo!) przy tym? To nie jest dobry Eno, to jest Eno bardzo zagubiony, wyprany z jakiegokolwiek charakteru. To zdecydowanie najgorsza rzecz wydana przez niego, jaką usłyszałem w życiu xD
Kiedy byłem ostatnio w Aldi to usłyszałem ten numer i on znacznie bardziej mi się podoba...
https://www.youtube.com/watch?v=8CF6xkEhtqI
Przyjemna kolejka, Hien i Mentos najwięksi faworyci, chyba tylko Eno na minus.
To ta pani od I Follow Rivers. Strasznie nie lubię I Follow Rivers. Miło usłyszeć coś mniej zarżniętego przez media, a co wydaje się przyjemniejsze. Za pierwszym miałem jakieś dziwne skojarzenia. Trochę film o walecznym bohaterze przeżywającym moment kryzysowy, trochę Arka Noego. To jest numer tego typu, że gdyby pohulał w radiu (ale nie tak często jak ww. twór), to pewnie z czasem zacząłbym zwracać na niego uwagę i wylądowałby na moich playlistach. Odbieram pozytywnie bez ekstazy, ale na pewno z wyciągniętym kciukiem do góry. Solidny wokal, refren działa jako najmocniejszy moment. Klip dodaje nieinwazyjny, ale ciekawy kontekst społeczny.
Jak już tak Mudżyn pisze o Take Me To Church to na pewno chętniej zabrałbym się do pisania o tym kawałku niż o Lykke Li.
Vangelis - Memories of Green
Aż tak zafiksowany na punkcie Blade Runnera nie jestem, ale utwór świetnie spełnia swoje zadanie. Poza kontekstem filmowym to też solidna rzecz, choć jest wiele utworów, które stawiałbym wyżej. W ten pozorny minimalizm zapakowano bardzo wiele emocji, te elektroniczne efekty i syntezatorowa niezgrabność ,jak to ujął Hien, dodają takiego postapo, dystopijnego klimatu. Tego typu muzyka leciałaby w świecie Roku 1984 jak nic. Osobiście wolę jego bardziej elektroniczne oblicze. See You Later to nie jest dobra płyta, a ostatecznie Memories of Green jest tam w dłuższej wersji niż na oficjalnie wydanym BR, nie wycięto tego rozchodzącego się outro. W klipie nawet te doklejone dialogi są w porządku, ale w "czystej" wersji jest przyjemniej.
Vangelisa naprawdę warto słuchać. Niepozornie poza wielkimi filmowymi projektami stworzył niepowtarzalny styl kreowania elektronicznych krajobrazów. Choćby utwór tytułowy ze wspominanej przeze mnie Albedo 0.39. Mało co budzi u mnie ciary, a odwalające się tam czary w tle wywołują je za każdym razem.
https://www.youtube.com/watch?v=rZGK7Ue ... v0&index=9
Sandra - Don't Be Aggressive
Elektronika początku lat 90' poza nielicznymi wyjątkami starzeje się wyjątkowo kiepsko. Pan Cretu nawet w Enigmie nie zbliżył się do takiego brzmienia. We wcześniejszej dekadzie Sandra miała parę rewelacyjnych strzałów, gdyby Melki wrzucił In the Heat of the Night albo Marię Magdalenę to byłaby walka o zwycięstwo. Tutaj już tak przebojowo nie jest, ale tego wokalu nie da się jakoś bardzo nie lubić, przez co wszystko wychodzi na zero. Kuriozalny, ale w tamtym czasie obowiązkowy midi rock w środku absolutnie niepotrzebny. Można wręcz powiedzieć, że ma takie zakusy p r o g r e s y w n e. Do The Long Play skłoniły mnie wielkie hity. Do Paintings in Yellow zaprasza sam Melki w ramach forumowej zabawy. W przypadku Close to Seven po poznaniu pierwszego utworu z tego zestawu raczej obracam oczami.
Hélène Ségara - Elle, tu l'aimes
Poprzedni utwór kojarzy mi się z Rockoon od Tangerine Dream, tutaj z kolei jakby pod wokalem szła produkcja rodem z Metamorphoses od Żą Miszela. Tutaj bardziej liczą się jakieś bliskowschodnie skojarzenia niż pogoń za nowinkami technologicznymi i efekciarstwem. Stopień bujania bardzo lekki. Szkoda, może mocniejszy rytm by pomógł. Kiedy słuchałem pierwszy raz to zastanawiałem się nad tym, czemu pani Helena nie jest bardziej popularna w Polsce. Jak dla mnie tego typu muzyka tutaj była bardziej doceniana niż gdzie indziej, jest odpowiednio rzewna, "nowoczesna", wielu francuskojęzycznych twórców drugo-, trzecioligowych się tutaj docenia. Ciekawa rzecz. Gdybym miał podobnie mocne, wyraziste wspomnienia jak shodan to na pewno lepiej bym myślał o Elle... a tak to raczej przeciętnie. Sampler podgatunku, znowu hienowe określenie, które mi bardzo pasuje.
Kendrick Lamar - Słońce, nie psuj mojego pogodnego nastroju
Trudno, żeby Kędrik nie wygrał, skoro prawie od tygodnia huczy w mojej głowie xD Lirycznie, powiedzmy, introwertyzm niepretensjonalny. O Nieprzysiadalności pisałem jako dość zdystansowanym tekście, ale w porównaniu do tak sformatowanej wyjebki Świetlicki musi uchodzić za pretensjonalnego, co w tym kontekście wydaje się być małą przywarą. Trapujący bit to jest inna liga w porównaniu do klimatu rodem z jazzowego, zadymionego klubu.
Na początku poznałem DAMN. i mam do tej płyty dużo sentymentu. Ciepło mi się kojarzy. Z licealnymi znajomymi bujało się do Loyalty, Humble, DNA, już sam opener jest zapowiedzią przepysznej rozrywki. Zawsze najbardziej lubiłem jednak XXX z udziałem U2. Czy to może być mój ulubiony twór artystyczny z udziałem tego zespołu? Jeszcze jak! Zachęcany przez rekomendacje kolegów sięgnąłem jeszcze do good kid, m.A.A.d city no i musiałem wreszcie skończyć ze swoją hipokryzją związaną z podejściem do hip-hopu. Oficjalnie przeprosiłem się ze swoimi klasykami z lat dawnych i zacząłem szukać nowych dobrych rzeczy dla siebie.
Obecność Bitch, Don't Kill My Vibe na liście najważniejszych dla mnie rzeczy bierze się po części z tego powodu. Odpowiednio wyprodukowany bit i sprawna, techniczna nawijka robią robotę. Tam cały czas coś się dzieje, a główna linijka wybrzmiewa z niesamowitą mocą. Nic tylko latem siedzieć sobie wieczorem na tarasie z drinkiem w ręce i słuchać Kendricka.
Brian Eno - And Then So Clear
Jak już się wszyscy naumieli robić ambient to Eno przestał mieć cokolwiek ciekawego do powiedzenia muzycznie. Ostatnio słuchałem Reflection, płyty znacznie młodszej niż Another Day on Earth, z której pochodzi And Then... i już przy niej byłem niespecjalnie poruszony. Tutaj do przesady Eno przenika tajniki komponowania muzyki puszczanej w galeryjnych kiblach, windach i supermarketach. Do tego ten komicznie przetworzony wokal, za pierwszym razem naprawdę brało mnie na śmiech. Gdzie jego mistrzowskie rockowe miniaturki albo ambientowa klasyka (Apollo!) przy tym? To nie jest dobry Eno, to jest Eno bardzo zagubiony, wyprany z jakiegokolwiek charakteru. To zdecydowanie najgorsza rzecz wydana przez niego, jaką usłyszałem w życiu xD
Kiedy byłem ostatnio w Aldi to usłyszałem ten numer i on znacznie bardziej mi się podoba...
https://www.youtube.com/watch?v=8CF6xkEhtqI
Przyjemna kolejka, Hien i Mentos najwięksi faworyci, chyba tylko Eno na minus.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Lykke Li - No Rest For The Wicked
Lykke Li coś tam już słuchałem na YT, bo stripped kiedyś reklamował. Więc utwór No Rest For The Wicked nie jest mi obcy. Lykke Li to taka artystka, która która nawet jest dosyć ciekawa, a z drugiej strony nie aż na tyle, żebym chciał się mocniej zagłębić w jej muzykę. Może tu zadziałałoby posłuchanie jakiegoś albumu w całości? Nie wiem.
Utwór No Rest For The Wicked jest bardzo spoko. Bardzo się nadaje do takich sytuacji, o których pisze stripped. Gdy człowiekowi jest ciężko na duszy. Gdy przeżywa jakieś rozterki. Lubię takie klimaty. Nie jest to utwór z rodzaju tych, które chciałbym zapętlić w playerze i słuchać bez końca, jak to mi się czasami w przypadku wyjątkowych utworów zdarza, ale jednak doceniam, zapisuję w playliście i na pewno będę wracał.
Vangelis – Memories of Green
Ja w temacie muzyki Vangelisa jestem równie zielony, co stripped. Znam bardzo niewiele. I szkoda, że dopiero jego śmierć była okazją do posłuchania czegokolwiek więcej od niego.
Blade Runnera kiedyś na pewno oglądałem, ale było to tak dawno temu, że nawet nie pamiętam za bardzo, o czym jest film.
Memories of Green to bardzo ładny utwór. Taki spokojnie płynący, malujący fajne muzyczne pejzarze. Jest dużo pianina, a to już mi się bardzo podoba. W ogóle podoba mi się to połączenie pianina i tych różnych kosmicznych dźwięków w tle. Człowiek słuchając ma wrażenie podróżowania gdzieś przez obce galaktyki. Fajna rzecz.
Vangelis - La petite fille de la mer
Tutaj klimat jest zgoła zupełnie inny, niż we wrzutce Hiena. Ale nadal jest bardzo klimatycznie i ładnie. To też brzmi jak jakiś soundtrack do filmu, ale już nie s-f, a raczej typu powiedzmy Noce i dnie czy coś takiego (tak mi się skojarzyło). Utwór z rodzaju tych raczej smutnych, nostalgicznych. Klawisze w tle robią fajną atmosferę pod główny motyw. No co tu więcej pisać, jest po prostu czarująco i to wystarczy. Może naprawdę trzeba by tego Vangelisa posłuchać więcej? Dotychczas kojarzyłem go właściwie tylko z 1492 Conquest of Paradise i Chariots Of Fire.
Sandra - Don't Be Aggressive
Sandrę każdy w moim wieku zna, bo w swoim czasie była naprawdę znana i popularna. Każdy zna też jej kilka wielkich przebojów. Ten utwór od razu skojarzyłem. Już go kiedyś słyszałem. Zawsze lubiłem bardzo głos Sandry i nadal lubię. A to w muzyce bardzo ważne. Utwór też jest bardzo dobry i wbrew temu, co mówi Dragon, bardzo przebojowy. Brzmienie takie typowe dla lat 90’. Często brzmienia z tamtej dekady mnie już bardziej denerwują niż zachwycają, ale tutaj jest wszystko ok. Może ta wstawka gitarowa w środku rzeczywiście trochę z czapy, ale nie psuje mi to jakoś szczególnie odbioru. Myślę, że to dla mnie wygrana tej kolejki. Za fajną melodię i super głos Sandry. Za czasów młodości wspomnień czar.
Kendrick Lamar - Bitch Don't Kill My Vibe
No niestety tutaj już na wstępie muszę podziękować za tego pana. Bo zwyczajnie nie jestem w stanie znieść jego głosu. Facet dla mnie po prostu skrzeczy jak żaba. I nic na to nie poradzę. A szkoda, bo utwór jest niczego sobie. Naprawdę od jakiegoś czasu przekonuję się do takiego rodzaju muzyki, choć kiedyś nią gardziłem. Fajny utwór, fajne brzmienie, ale Lamar swoim głosem wszystko psuje. Jak jeszcze rapuje, to jakoś obleci, ale gdy śpiewa refren, to ja wysiadam niestety.
Brian Eno - And Then So Clear
Nie znam twórczości Eno zupełnie. Niemniej ten utwór mi się podoba. Wiecie, że lubię takie klimaciki. Jak muzyka leniwie i spokojnie się sączy. Jak jest nastrojowo. I tu jest. Dev pisze znowu w kontekście utworu o wędrówkach po zadupiach jak w przypadku Hyde’a. Tam to kupiłem i tutaj też kupuję. Dev ma też swoje szczególne wspomnienia związane z utworem i wyprawą do Egiptu. Ja takie rzeczy znam, bo w tej kolejce to samo opisywałem w związku ze swoją wrzutką i pobytem na Bliskim Wschodzie. Bardzo często okoliczności poznawania muzyki czy też choćby jej słuchania mają naprawdę ogromne wrażenie. I potrafią podbić znacząco wartość piosenki. Jedynie rzeczywiście ten zniekształcony wokal jest taki sobie. Wolałbym, żeby przez cały utwór był taki, jak pod jego koniec.
Wyrównana kolejka. I z wyjątkiem Lamara i Sandry wszystko takie spokojne, klimatyczne, skłaniające do zadumy. Zwycięzcę i przegranego kolejki wskazałem. Ustalenie kolejności pozostałych utworów jest jednak naprawdę trudne.
Lykke Li coś tam już słuchałem na YT, bo stripped kiedyś reklamował. Więc utwór No Rest For The Wicked nie jest mi obcy. Lykke Li to taka artystka, która która nawet jest dosyć ciekawa, a z drugiej strony nie aż na tyle, żebym chciał się mocniej zagłębić w jej muzykę. Może tu zadziałałoby posłuchanie jakiegoś albumu w całości? Nie wiem.
Utwór No Rest For The Wicked jest bardzo spoko. Bardzo się nadaje do takich sytuacji, o których pisze stripped. Gdy człowiekowi jest ciężko na duszy. Gdy przeżywa jakieś rozterki. Lubię takie klimaty. Nie jest to utwór z rodzaju tych, które chciałbym zapętlić w playerze i słuchać bez końca, jak to mi się czasami w przypadku wyjątkowych utworów zdarza, ale jednak doceniam, zapisuję w playliście i na pewno będę wracał.
Vangelis – Memories of Green
Ja w temacie muzyki Vangelisa jestem równie zielony, co stripped. Znam bardzo niewiele. I szkoda, że dopiero jego śmierć była okazją do posłuchania czegokolwiek więcej od niego.
Blade Runnera kiedyś na pewno oglądałem, ale było to tak dawno temu, że nawet nie pamiętam za bardzo, o czym jest film.
Memories of Green to bardzo ładny utwór. Taki spokojnie płynący, malujący fajne muzyczne pejzarze. Jest dużo pianina, a to już mi się bardzo podoba. W ogóle podoba mi się to połączenie pianina i tych różnych kosmicznych dźwięków w tle. Człowiek słuchając ma wrażenie podróżowania gdzieś przez obce galaktyki. Fajna rzecz.
Vangelis - La petite fille de la mer
Tutaj klimat jest zgoła zupełnie inny, niż we wrzutce Hiena. Ale nadal jest bardzo klimatycznie i ładnie. To też brzmi jak jakiś soundtrack do filmu, ale już nie s-f, a raczej typu powiedzmy Noce i dnie czy coś takiego (tak mi się skojarzyło). Utwór z rodzaju tych raczej smutnych, nostalgicznych. Klawisze w tle robią fajną atmosferę pod główny motyw. No co tu więcej pisać, jest po prostu czarująco i to wystarczy. Może naprawdę trzeba by tego Vangelisa posłuchać więcej? Dotychczas kojarzyłem go właściwie tylko z 1492 Conquest of Paradise i Chariots Of Fire.
Sandra - Don't Be Aggressive
Sandrę każdy w moim wieku zna, bo w swoim czasie była naprawdę znana i popularna. Każdy zna też jej kilka wielkich przebojów. Ten utwór od razu skojarzyłem. Już go kiedyś słyszałem. Zawsze lubiłem bardzo głos Sandry i nadal lubię. A to w muzyce bardzo ważne. Utwór też jest bardzo dobry i wbrew temu, co mówi Dragon, bardzo przebojowy. Brzmienie takie typowe dla lat 90’. Często brzmienia z tamtej dekady mnie już bardziej denerwują niż zachwycają, ale tutaj jest wszystko ok. Może ta wstawka gitarowa w środku rzeczywiście trochę z czapy, ale nie psuje mi to jakoś szczególnie odbioru. Myślę, że to dla mnie wygrana tej kolejki. Za fajną melodię i super głos Sandry. Za czasów młodości wspomnień czar.
Kendrick Lamar - Bitch Don't Kill My Vibe
No niestety tutaj już na wstępie muszę podziękować za tego pana. Bo zwyczajnie nie jestem w stanie znieść jego głosu. Facet dla mnie po prostu skrzeczy jak żaba. I nic na to nie poradzę. A szkoda, bo utwór jest niczego sobie. Naprawdę od jakiegoś czasu przekonuję się do takiego rodzaju muzyki, choć kiedyś nią gardziłem. Fajny utwór, fajne brzmienie, ale Lamar swoim głosem wszystko psuje. Jak jeszcze rapuje, to jakoś obleci, ale gdy śpiewa refren, to ja wysiadam niestety.
Brian Eno - And Then So Clear
Nie znam twórczości Eno zupełnie. Niemniej ten utwór mi się podoba. Wiecie, że lubię takie klimaciki. Jak muzyka leniwie i spokojnie się sączy. Jak jest nastrojowo. I tu jest. Dev pisze znowu w kontekście utworu o wędrówkach po zadupiach jak w przypadku Hyde’a. Tam to kupiłem i tutaj też kupuję. Dev ma też swoje szczególne wspomnienia związane z utworem i wyprawą do Egiptu. Ja takie rzeczy znam, bo w tej kolejce to samo opisywałem w związku ze swoją wrzutką i pobytem na Bliskim Wschodzie. Bardzo często okoliczności poznawania muzyki czy też choćby jej słuchania mają naprawdę ogromne wrażenie. I potrafią podbić znacząco wartość piosenki. Jedynie rzeczywiście ten zniekształcony wokal jest taki sobie. Wolałbym, żeby przez cały utwór był taki, jak pod jego koniec.
Wyrównana kolejka. I z wyjątkiem Lamara i Sandry wszystko takie spokojne, klimatyczne, skłaniające do zadumy. Zwycięzcę i przegranego kolejki wskazałem. Ustalenie kolejności pozostałych utworów jest jednak naprawdę trudne.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Wbrew jednej opinii podam drugą, a co sobie będę 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Rozważałem czy nie wrzucić tej płyty ale chyba nazywanie jej bestką życia to byłaby przesada, nie pamiętam wszystkich utworów z niej tak naprawdę ale w sumie połowa albumu chyba trzyma poziom tego singla, ba, może są i lepsze na swój sposób tylko nie mam takich feelsów z nimi?shodan pisze:25 maja 2022 11:12Może tu zadziałałoby posłuchanie jakiegoś albumu w całości? Nie wiem.
Także jeśli już miałbym polecić to album I Never Learn jak najbardziej, choć uprzedzam że w sumie cały jest taki "stypowy", brejkapowy ale jej wokal do mnie przemawia akurat (trafia mnie takie Love Me Like I'm Not Made Of Stone, smuci).
A wokal Kendricka specyficzny, choć nie aż tak jak Twoja alergia na wokale xd może jak będziemy wracać do utworów z bestki za jakiś czas coś Ci inaczej do ucha wpadnie, mi tak nieraz coś wpada "nie w te dziurę" że tak powiem xD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Bawi mnie jak Shodan sugeruje, że fajnie by było gdyby ktoś go zmusił do przesłuchania całej pyty w bestce, bo sam z siebie nie da rady włączyć xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Bez przesady, pyta o drogę chłopak zwyczajnie, podoba mu się numer i pyta gdzie znajdzie coś w podobie. To tak jakby ktoś lubił I Feel You i potem sam z siebie losowo zabrał się za Speak & Spell i się zraził
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
W sumie nie pytał xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nie szkodzi grunt że już wie gdzie szukać MUSI 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie wiem, co Cię tak dziwi. To zupełnie naturalne. Wiele Waszych płyt bym pewnie nie tknął sam z siebie. Człowiek Wiele rzeczy odkłada na później, czyli na nigdy. A tutaj jak chcesz grać, to musisz posłuchać i już. Sam nie raz mówiłeś "zabieram się do twórczości tego czy tamtego jak do jeża od lat".Hien pisze:25 maja 2022 12:22Bawi mnie jak Shodan sugeruje, że fajnie by było gdyby ktoś go zmusił do przesłuchania całej pyty w bestce, bo sam z siebie nie da rady włączyć xD
Co do Lamara jeszcze - zdarzały się przypadki, że nawet do drażniącego wokalu się człowiek przyzwyczajał z czasem. Tak więc jego utwór w folderze Forumowe Best of mimo wszystko pozostanie. Hien natomiast tak się dziwi, jakby jemu podobały się wszystkie głosy świata.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jezu, Shodan, wyjmij kij xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ok. Wyjęty. Też coś mnie od rana dziwnie uwierało.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja ostatnio ledwo znajduje czas na cokolwiek innego niż te bestki, tylko jak akurat mam w pracy wolne uszy, ale to tez nie zawsze.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn