Kurde, fajny numer, Golas rozbija trochę bank. Akurat ostatnio szukam takiego grania, zdecydowanie lives up to its name jako grupa. Jest i elektronicznie i jest funky. O ile w GTAIV ciąłem namiętnie wiele lat temu ni hui nie pamiętam tego numeru. No ale aż tak głuchy chyba nie mogę być? Naprawdę się wkręca, fajny, pulsujący bicik, bas w dobrym brzmieniu, powtarzane niczym mantra "ajsingdefankiiiiilektrik", wszystko mi się ładnie spina. Głowa sama chodzi (czy raczej skacze), noga lata, będę chętnie wracał. Świetna nuta, coś, jakby Dragon to wrzucił ale akurat było dobre (sorry Dragon)
Matthew Feasley - Best Drugs
Okurwa, nie dość, że hipstersko, to jeszcze dreamy i nostalgicznie as hell. Może nie mam tak jednoznacznych skojarzeń z morzem jak Hien, ale numer ciągnie mi latem, a przynajmniej jego końcem, ew. początkiem jesieni. Mam trochę wrażenie, jakbym słuchał uhipsterzonego Lanegana, albo Widowspeak pomieszane z Beach Fossils a na wokalu Lanegan, ale trzeźwy (RIP Mistrz). To jest taka muzyka, która z powodzeniem mogłaby zostać wydana w Captured Tracks. Zgadzam się z Miętusem, że to mogłoby też lecieć na koniec jakiegoś filmu. No jest klimat, jest smutnawo, jest jakoś tak... a może jest nadmorsko, tylko ja jeszcze tego nie czuję. Zwycięzca kolejki ^^
Jean-Michel Jarre - Equinoxe 4
Dołączę się do chóru, i jeśli ktoś się obawiał, że więcej Żarła nie będzie, to uspokajam - sam wrzucę coś do kolejnego zestawienia. Jarre to trochę klasyk, ale dla mnie taki, że słyszałem większość najważniejszych rzeczy, w tym parę całych płyt, ale nigdy nie usiadłem do niego tak w pełni i na serio (mój ulubiony jego album to live, może to trochę tłumaczy). Mam z nim trochę taki problem, jaki bym miał z Kraftwerk gdyby nie to, że chłopaki z Duesseldorfu to jednak Kraftwerk (nie sposób się z tym nie zgodzić lol), i to już oznacza zwycięstwo w przedbiegach. W każdym razie, wiele zastosowanych przez JMJ zabiegów się kiepsko zestarzało dla mnie. Gdyby to było wydane teraz przez Ghost Box jako, dajmy na to Belbury Poly to podejrzewam, że mógłbym mieć nieco inny odbiór całości. Choć to oczywiście Jarre, więc słuchało mi się przyjemnie, ta muza jest mocno soundtrackowa. Nie będzie tutaj podium, ale jestem zadowolony bądź co bądź i chyba wrócę sobie do całych Equinoxów i Oxygenów, bo właściwie dlaczego nie?
Steve Hillage - Unidentified (Flying Being)
Patrząc po samej okładce, gdybym nie wiedział, kto to Hillage to pomyślałbym, że to jakaś fajna staroszkolna elektronika. Tymczasem dostaję coś z pogranicza solowego Eno z czasów wczesnych a Eno z Byrnem na My Life in the Bush of Ghosts. Ponieważ w/w zaliczam do swoich ulubionych płyt, odbiór był zdecydowanie przyjemny, choć nie mogę powiedzieć, bym wiele znał z twórczości Hillage'a (po prostu wiem, kto to). Znów mam funky feelings jak przy wrzutce numer jeden, i znów jest hook tekstowy, który mi włazi pod głowę ("I aaam, you aaare", cofałem kilka razy do tego fragmentu, potem na koniec "anajdentyfaaaajd"), potem świetną gitarę, zresztą, sam bas mnie absolutnie rozwala (ciśnie też wczesnym Roxy Music). No generalnie brak zastrzeżeń a nawet masa funu, więc mamy ex aequo wraz z Elektrik Funk srebro.
Norah Jones - I've Got to See You Again
Cóż, może się starzeję, może w głębi duszy zawsze byłem stary, ale lubię Norę Jones. Choć znów, to kolejny wykonawca, którego żadnego albumu nigdy w całości nie odsłuchałem (poza ...Featuring, ale to bardziej kompilacja jest, choć Blue Bayou na tym krążku z EM Wardem jest wyborne, polecam i pozdrawiam). Jednocześnie pojedynczych kawałków znam całą masę i to jest jeden z nich. Właściwie tylko dlatego, że takich rzeczy, mocno RAMowo-SFTowych słucham późną jesienią/wczesną zimą, daję brąz, bowiem nie jestem w stanie się w pełni wkręcić w klimat tego kawałka, kiedy za oknem ponad 30 stopni (już prawie xD). Ale generalnie wielkie propsy, świetna porcja muzyki. Okołojazzowe rzeczy zawsze na propsie.
Vox - Bananowy Song
Miętus przypadkiem rozwiązał dla mnie niezgłoszoną jeszcze zagadkę z wątku o zaginionych utworach xD latami zastanawiałem się, co to za numer z tym dziwacznym zaśpiewem w środku, jednocześnie ponieważ u mnie w domu się mało polskich rzeczy słuchało (w jakiś taki oczywisty sposób), to nie kojarzyłem choćby fragmentu tekstu, który mógłby mnie do czegokolwiek doprowadzić. A to było tak blisko, jak zawsze zresztą