Best of Forum II

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Best of Forum II

Post 11 lip 2022 10:54

Jak rzekłem, tak czynię. Oto nowy temat dla kontynuacji naszej gry "Best of Forum", poprzedni niech zostanie do dyskusji na temat repertuaru z pierwszej połowy roku, nasze powroty do tych utworów, ew jakieś słuchanie "live" (czego jeszcze tu nie robiliśmy) wybranych rzeczy, itd. To daje mu nowe życie, natomiast tutaj będziemy kontynuować zabawę as it waaaaas.

Nie pytam kto bierze udział, bo skład mamy już ustalony, ewentualnie Czez jeśli będzie chciał, to może wrócić. Póki co liczę też Deva, ale po pierwszym przypadku kiedy recenzje będą wisiały z jego powodu dwa tygodnie, lecimy bez niego i to bezpowrotnie.

Tak jak wspominałem, drugą 25tkę rozpoczynamy oficjalnie 18 listopada lipca, ale już teraz można zacząć wrzucać utwory do pierwszej kolejki. To da standardowym hamulcowym (Melki, Mentos i Dev) lekki headstart. Czy z niego skorzystają? Jako człowiek zgorzkniały i doświadczony życiem zakładam, że nie, ale w razie jakby ten tekst podziałał i ktoś chciałby mi tu coś udowodnić, to zapraszam xD
Embargo na recenzje schodzi 18tego (jeśli do tego czasu wszyscy wrzucą utwory -BADUMS-). Ja będę na urlopie przez kilka pierwszych kolejek, ale spokojnie, uszykowałem sobie (naiwnie) aż 5 wrzutek z opisami, a także będę gotowy słuchać i recenzować Wasze propozycje.

Zasady są takie jakie były. Ze strony mniej formalnej, jaram się tym kolejnym zestawieniem, bo wiem, że to będzie trochę inna 25tka. Liczę na różnorodność u Was i standardowo wysoki poziom wrzutek :D

LEC GOŁ!
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 11 lip 2022 11:16

Jestem, jestem, zawsze zwarty i gotowy do zabawy.

Nauczony doświadczeniem pierwszej 25. wiem już by lepiej nie zwlekać z łakociami bo potem człowiek nawrzuca różnych losowych rzeczy a na konkrety brakuje miejsca. Zatem zaczynam jakby uzupełnieniem i jedną z wrzutek które choć planowane nie zmieściły się w pierwszej top25.

A Tribe Called Quest - Electric Relaxation
(1993)

W 2005 roku gdy mój brat wrócił z dorobku na Wyspach Brytyjskich przywiózł ze sobą nieco muzyki powypalanej na pirackich cedekach od tamtejszych znajomych. Wśród rożnych nowości była też jedna płytka wypalona nieco pode mnie z paroma oldskulowymi rapsami, były to 3 albumy De La Soul i 3 albumy A Tribe Called Quest właśnie, dwie rapowe ekipy reprezentujące stylistykę bardziej alternatywnego (w stosunku do ówczesnego mainstreamu) rapu. Muzyka ta łączyła świadome teksty oraz pozytywny vibe, przeważnie pozbawiona była przekleństw a produkcje mocno opierały się na samplach dość często pochodzących z jazzu lub różnych innych obskjurów. W przypadku ATCQ jednym z pierwszych wytrychów do zgłębienia reszty dyskografii był singiel Electric Relaxation z ich trzeciej płyty Midnight Marauders.

A Tribe Called Quest to grupa hip hopowa składająca się z czterech ludzi, DJa (Ali Shaheed Muhammad), dwóch MC (Q-Tip - pełniący również rolę producenta i Phife Dawg) oraz czwartego, niejako ukrytego członka grupy, który choć nie rapował pojawiał się w różnych formach w ich muzyce (Jarobi White, pojawiał się m. in. w przerywnikach na debiutanckiej płycie i starszych teledyskach grupy, w pewnym sensie taki odpowiednik Fletcha w DM hyhy). Electric Relaxation to jeden z największych przebojów grupy i jeden z najprzystępniejszych ich numerów. Muzycznie numer oparty jest na linii basu z utworu Mystic Brew od Ronniego Fostera, tekstowo zaś tematyka dotyczy kobiet i podrywu, panowie z Tribe na wszelkie sposoby starają się uwodzić i czarować. ATCQ od tamtej pory stało się jednym z najważniejszych wykonawców rapowych dla mnie, dzięki ich szczerej i pozytywnej postawie byli kimś z kim mogłem się w końcu jakoś utożsamiać na amerykańskiej scenie hip hopowej. Czymś nowym wówczas była dla mnie też energia jaką prezentowali Ci Panowie rapując w duecie i zgrabnie wymieniając się linijkami (podobnie było w przypadku De La Soul, ale dotrzemy i do nich). Także Trajby po dziś dzień w serduchu a jak już się zdecyduję na coś to wjedzie pewnie też jakiś album od nich w swoim czasie, zapewne jeden z pierwszych 4 jakie wydali bo są moim zdaniem najlepsze, równe sobie a przy tym każdy inny moim zdaniem. Do pełni wajbu brak mi dziś tylko jeszcze mojej bluzy z kapturem w morskim kolorze która była moim ulubionym ciuchem jakoś w 2008 roku kiedy mocniej wkręcałem się w nich i zaraziłem ich muzyką (tym kawałkiem najpierw) moją kumpelę, w każdym razie Electric Relaxation w tamtym czasie urosło szybko do rangi mojego ulubionego rapowego kawałka (przejmując fotel lidera po gangstarrowym Skills). Ogólnie bardziej planowałem wrzucić to może jesienią ale wypróbowałem ostatnio i letnim wieczorem po zmroku też da radę, to taka fajna, ciepła, wieczorowa nuta.

https://youtu.be/wIk-bNndhAo
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 11 lip 2022 11:18

Do listopada to nawet ja się wyrobię
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 11 lip 2022 11:23

TUSZE
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 12 lip 2022 13:53

A więc ruszajmy.

1. Starship - We Built This City (rok wydania 1985, rok pierwszego odsłuchu może 1992, może 1993, może w ogóle wcześniej?)

https://youtu.be/NtM3jjLP7AE

Proszę Państwa, TAK! Oto numer, którym gardzą miliardy, z płyty, którą gardzą miliony, zespołu, którym gardzą tysiące. Starship, o czym być może niewielu z Was wie, był już trzecią inkarnacją (i powszechnie uważaną nie tyle za najmniej udaną, co za syf, który nigdy nie powinien w ogóle powstać) kultowej i legendarnej grupy psychodeliczno-rockowej Jefferson Airplane (chyba wszyscy znają ich największy hicior, Somebody to Love). Drugą był band składający się głównie z członków pierwszej wersji nazwany - jakże przewrotnie - Jefferson Starship. Istnieli mniej więcej dekadę, wydali 8 płyt ale żarli się tak bardzo, że pod koniec istnienia grupy był w niej już tylko jeden oryginalny członek pierwszego składu, Paul Kantner. W końcu i on odszedł zostawiając band na pastwę losu i w rękach ostatniego wokalisty, którym był Mickey Thomas. W związku ze swoim odejściem stwierdził, że skoro nie ma już nikogo z dawnego samolotu, to on ma prawa do nazwy zespołu i Thomas niech se radzi. Poszedł pozew sądowy, który skończył się ugodą właściwie tylko dlatego, że do grupy po drodze wróciła wokalistka wszystkich inkarnacji, Grace Slick. Dostała połowę praw do nazwy (drugie pół dostał wieloletni manager wszystkich trzech drużyn), ale jednocześnie wszyscy dalej grający musieli się pozbyć członu "Jefferson". I tak narodził się Starship, chwilę później z kolei ich debiut (choć to wciąż pewnego rodzaju kontynuacja), który powoduje u większości słuchaczy ból zębów i opuchliznę uszu, a ja go... lubię? Uwielbiam. Nic z tych rzeczy. Ja go KOCHAM (i to zupełnie szczerą i nieironiczną miłością)!

Starship to jest kwintesencja pop-rockowego kiczu. Jednocześnie obydwa single z ich debiutu (?) o debilnej nazwie Knee Deep in the Hoopla, a więc zapodany przeze mnie plus Sara (ballada cheesy tak bardzo, że Wasze języki zaczynają smakować roquefortem) były totalnymi hitami w Stanach (i nie tylko), więc chyba nie było AŻ TAK źle? Dziś na wszelkiego rodzaju forach muzycznych (przez to mam na myśli głównie fejsbuczkowe grupy), ale przede wszystkim zagranicznych uważa się całość (i ten numer, i album, i zespół) za absolutną kwintesencję byle czego. Thomas wygląda jak przypakowany dzieciak i ma skrzeczący głos, Slick z kolei wygląda jak wystylizowana na lat 20-parę stara baba, której czasy dawno minęły (w czasach Starship już była po 50-tce), muzyka jest dziwnym miksem synthpopu z niby-klasyką-rocka, wszystko wyje, trzeszczy i szumi, teksty nie mają sensu... możnaby wymieniać. No ale znów - mnie to w ogóle nie przeszkadza. Ja ten kawałek uważam za miniaturowe arcydzieło xD wszystko w nim jest odjechane, wliczając w to wideo (załączam tu, jakby ktoś chciał się pośmiać, najlepszy jest podrywający dupę z kamiennego tronu Lincoln: https://youtu.be/K1b8AhIsSYQ). Mam do tego numeru potworny sentyment. Otwierał jedną z kompilacji The Rock Collection, które moi rodzice zbierali od roku ich wypuszczenia przez Burdę (!!!), czyli 1992 (to z tego zestawu pochodzi słynne już i znane wielu PT Forumowiczom Rock Christmas!). W latach 90. mieliśmy - jeszcze mieszkając na łódzkim Radogoszczu Wschodzie - wielką wieżę Sanyo z wielostanowiskową szufladą na kompakty. Najfajniejszą rzecz dla kilkuletniego gnoja, którym byłem, stanowiła możliwość obrotu tarczy tej szuflady no i gapienie się na kolorowe płyty. Rock Collection bywały tam często, i ten numer. Do którego wideo rodzice mieli zresztą nagrane na jakimś VHSie z dziwnych audycji z jeszcze dziwniejszych czasów. Jedno i drugie poznałem więc stosunkowo wcześnie, co więcej, dla ułatwienia sprawy przyjąłem, że to w ogóle był pierwszy utwór, który świadomie usłyszałem ever. Rzecz jasna wciąż go tak traktuję. Towarzyszy mi od zarania dziejów, lubię do niego wracać, kiedy zamykam oczy autentycznie czuję zapach tamtego mieszkania (miałem szansę odwiedzić je jeszcze w 2012 roku, niewiele się zmieniło), widzę siebie z idiotyczną kitą a la Czeski Dywan<TM> z tyłu głowy skaczącego po dywanie dużego pokoju, być może idą święta Bożego Narodzenia i zaraz zanurzę łapska w tonie zabawek i słodyczy? Jeszcze jest 94, może 95 rok, jeszcze nie ma szkoły, Zgierza i wielu innych rzeczy. Tak, ten numer to nostalgia, ale nie tylko. Ja go po prostu... lubię, od tej strony technicznej (emocje to jedno).

Kawałek oryginalnie powstawał jako mroczny opis powolnego osuwania się podziemnego klimatu Los Angeles w nicość. Ten podziemny klimat był stricte powiązany z koncertami mniej lub bardziej obskjurowych bandów (dość powiedzieć, że w z LA pochodzą choćby Wall of Voodoo, którzy tam również zaczynali). Miała być nostalgiczno-smuteczkowa wycieczka w nieodległą przeszłość, ale sztuczki studyjne i zapał Thomasa doprowadziły do przerobienia kawałka na totalny upbeat, który - wbrew założeniom samego jego tekstu, a ten miał delikatny wydźwięk antykapitalistyczny (trochę tak, jakby np. napisać podobny numer w obronie kultowego już warszawskiego Pogłosu) - stał się tak obrzydliwie komercyjny, że aż Grace Slick go... no właśnie, co? Nigdy nie udało się z niej wydusić, co naprawdę uważa o tym numerze i jego popularności, choć się do niej przyczyniła i wali do mikrofonu połowę tekstu. Ciekawe, że numer ten naprawdę uchodzi za oporowe gówno, które niemal przekreśliło dokonania poprzednich inkarnacji (chyba dlatego Kantner postanowił zrobić... revival Jefferson Starship, zresztą po 2 płytach samego Starship Slick odeszła od nich i przeszła do... Jefferson Starship, z którymi wydała jeszcze jedną płytę, ruszyła w jeszcze jedną trasę i przeszła na emeryturę; na marginesie, Kantner grał z JA do swojej śmierci w 2016, Thomas gra ze Starship [które z jakichś pokręconych powodów nazywa się teraz Starship Featuring Mickey Thomas] nadal, zaś Slick ma dziś 82 lata, tyle co mój dziadek), został umieszczony na kilku listach największego szajsu, jaki został kiedykolwiek nagrany w dziejach ludzkości - jeden z takich rankingów nawet wygrał - ale ja mam to gdzieś. Świetna muzyka, skoczna, WESOŁA, a nawet bym powiedział, że RZETELNA. Skaczcie razem ze mną i ZBUDUJMY TO MIASTO NA ROKENROLU! Oto mój starter ^^
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Czez
Posty: 9728
Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
Ulubiony utwór: Cala masa
Lokalizacja: Glasgow

Post 12 lip 2022 22:39

Oto jestem i ja 😎

Bee Gees

Bee Gees...  wlasciwie to nie wiem od czego zaczac. Co ja mam napisac ludziom, ktorzy o muzyce, piosenkach i zespolach wiedza wszystko? A o Bee Gees to nawet wiecej niz wszystko. Bee Gees to tak jak Kruszwica: wszyscy wiedza ze jest, gdzie jest, co tam jest i ze jest stara.  I nawet niektorzy tam byli. Mowisz Kruszwica i myslisz Mysia Wieza, Goplo, Olej Kujawski...
I tak samo jest z Bee Gees. Od razu sa skojarzenia z Travolta i Goraczka sobotniej nocy, falsetem... mozna wymieniac.
I tak bylo u mnie. Znalem/znam pare ich piosenek, czasami nawet zanucilem, ogladalem smieszne filmiki, jak np ten:
https://youtu.be/8FEbFLsA59M
Az tu nagle pewnego sobotniego zimowego wieczoru, zupelnie niedawno, tzn dwie zimy temu, wrocilem sobie z pracy,  zjadlem kolacjie i odpalilem tv. Byl pozny wieczor, moze ok 23 i w tv nie bylo nic, co by moglo mnie zainteresowac. Jedynym sensownym, byl program o... Bee Gees. Warto zaznaczyc, ze program dokumentalny. Nawet nie wirm kiedy sie wciagnalem. Bezposrednio po tym polecial koncert. One Night Only z 1997 roku. Wydaje mi sie, ze kultowosc tego koncertu mozna porownac do 101 DM, tylko 10 razy wiekszy. Nawet Celina z nimi wtedy zaspiewala. I naprawde bylo mi szkoda, kiedy byl koniec tego wystepu. Ale... potem byly kolejne programy o Bee Gees. Non stop, a ja bylem zapatrzony jak chlopczyk w lizaka. I tak az zasnalem ok 6 rano. Od tej pory patrze a raczej slucham tego zespolu zupelnie inaczej. Nawet pomijajac fakt, ze ich piosenki naprawde mi sie podobaja, to slucham ich jakby z wiekszym szacunkiem, podziwem... sam nie wiem jak to nazwac.
Dlatego wiedzialem, ze jednym z moich utworow, bedzie piosenka braci Gibb, ale nie moglem zdecydowac ktora. Niemal kazda np. z tego koncertu bylaby dobra. Znalazlem jednak inny przeboj, ktory nie byl zagrany na tamtym koncercie. To tylko pokazuje wielkosc zespolu. A ta piosenka to:

You win again

https://youtu.be/xviuC-0FwQ0
Enjoy The Silence
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 12 lip 2022 22:43

Witamy z powrotem Czez :D Piękna chwila! Może powrót Czeza da jakiegoś kopa w dupe niektórym innym.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 12 lip 2022 23:02

Łoł, tyle się dzieje, że ja zapomniałem zupełnie, że i tu się coś dzieje. Ale przed 18 na pewno coś wrzucę. :) I podsumuję I część.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 12 lip 2022 23:03

Welcome back Czez! You win again!
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 12 lip 2022 23:07

Malkolit pisze:
12 lip 2022 23:02
Łoł, tyle się dzieje, że ja zapomniałem zupełnie, że i tu się coś dzieje. Ale przed 18 na pewno coś wrzucę. :) I podsumuję I część.
No właśnie Melki, myśleliśmy, że się obraziłeś.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Czez
Posty: 9728
Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
Ulubiony utwór: Cala masa
Lokalizacja: Glasgow

Post 12 lip 2022 23:16

Malkolit pisze:
12 lip 2022 23:02
Łoł, tyle się dzieje, że ja zapomniałem zupełnie, że i tu się coś dzieje. Ale przed 18 na pewno coś wrzucę. :) I podsumuję I część.
Przed 18 powiadasz?
Enjoy The Silence
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 13 lip 2022 00:17

Pewnie chodziło o osiemnastego lipca.

Enyłej, witamy z powrotem <3
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 13 lip 2022 02:21

Lecymy dalej

Pieter Nooten and Michael Brook - After the Call (1987)

Nie mogę odpuścić tego numeru. Jak dostałem na niego kolejną fazę ponad tydzień temu, tak do dzisiaj trzymam się postanowienia, żeby pochwalić się nim już teraz. Jak go znalazłem? Może to dalekie echa jednego z ciekawszych zainteresowań i odkryć? W gimnazjum na muzyce usłyszałem fragment dworzakowej symfonii "Z Nowego Świata", tam w drugiej części pojawia się przepiękna partia na cor anglais. Byłem na tyle zachwycony, że po tamtym doświadczeniu przez długie miesiące szukałem muzyki, w której przemyca się jakieś właśnie rożki angielskie, oboje, klarnety. Piękne, wzruszające, ale jednocześnie bardzo bogate, plastyczne brzmienia. To jedyny sensowny trop przychodzący mi do głowy. Clan of Xymox nie znałem i nie znam specjalnie do dzisiaj, a Nooten w tamtym czasie (ejtisy) tam grał. Nie szukałem tez wtedy czegoś na pograniczu Briana Eno czy muzyki Sylviana, bo pewnych płyt nie potrafiłem zmęczyć. Wcześniej tego skojarzenia z DS nie miałem, ale teraz wydaje mi się dość jasne.

Oryginał jest okropny. Industrial z puchy bez żadnych emocji. Mhok, którego strasznie nie lubię. Całe szczęście, że w przypadku After the Call najpierw poznałem tę niewiele późniejszą wersję. Tutaj towarzystwo wzbiło się na wyżyny. Nie ma ukrywania emocji, śmiesznego ich zaduszenia. Jest melancholia, rozrywające serce uczucie, którego nie da się w stu procentach pozbyć. Oh, keep calling my name i te lamenty... to wszystko cały czas jest w stanie mnie poruszyć, wzbudzić ciary. W 2017 roku działało i obecnie nie jest z tym gorzej. Elektroniki jest tutaj tyle, co nic, ale godnie uzupełnia akustyczne towarzystwo. Najpiękniejszym ozdobnikiem jest bez wątpienia krótka, ale bardzo klimatyczna partia grana na oboju. Razem z tymi posępnymi akordami fortepianu i smykami tworzą kompletne cudeńko. Szkoda więcej pisać, ta piosenka dalej we mnie chodzi i nie ma co się zbytnio rozklejać. To trzeba usłyszeć.

https://www.youtube.com/watch?v=R21dkWSm29U
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 lip 2022 02:22

Trochę się wyrwę przed recenzję, ale szkoda Dragon, że całej płyty nie dałeś do albumów, bo jest to płyta doskonała. Z drugiej strony, nadal można ją wrzucić xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 13 lip 2022 02:28

Całą płytę to muszę sobie najpierw odświeżyć... zobaczymy, czy awansem wyląduje w poczekalni xD
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 lip 2022 15:12

The War on Drugs – Living Proof

Zeszłoroczne wakacje. Przyjechałem nad morze w dosyć mieszanym nastroju. Borykałem się z problemami zdrowotnymi, które nie były proste do ogarnięcia, ani proste do leczenia. W tym wszystkim, prawdopodobnie jako efekt reszty tych problemów, pojawiła się nerwica objawiająca się ciągłą dusznością. Pół roku z tym walczyłem i tamtejszy urlop odegrał spora rolę w dojściu do siebie, bo faktycznie pozwolił mi się wyluzować, ale tak żebym nie musiał tłumaczyć głowie, że jestem wyluzowany. To jest trudniejsze niż się wydaje i każdy kto się z tym zmagał, wie o co chodzi. Hymnem mojej walki z nerwicą było wtedy „Living Proof”. Fanem The War on Drugs jestem mniej więcej od 2017 roku, kiedy pierwszy raz przesłuchałem album „Lost in the Dream”. Jest w tej muzyce jakiś ciepły powiew wiatru w palącym słońcu, który kojarzy mi się z morzem (kolekcja takich utworów puchnie mi z każdym rokiem). Mam taki zwyczaj, że zawsze zabieram ze sobą na wakacje jakieś nieznane mi płyty i słucham ich, po jednym utworze na dzień. W taki sposób właśnie zapoznałem się z w/w zespołem i od tamtej pory marzyło mi się, żeby to z nimi powtórzyć. Pech chciał, że przez covid, nagrywanie nowego albumu The War on Drugs rozciągnęło się w czasie, przyszedł urlop, i mimo że wiadomo było, iż nagrywają, to nie wiadomo było kiedy to wyjdzie. Zbieg okoliczności sprawił, że w dniu przyjazdu nad morze, wieczorem, zobaczyłem na fb, że TWoD wrzucili nowego singla i zapowiedzieli album. Premierę płyty zaplanowano na koniec października, więc na termin odległy i tbh mało pasujący mi do ich muzyki. Postanowiłem przesłuchać chociaż tego singla. Był fajny, trochę zaskakujący, dobrze wróżył. Następnego dnia, wcześnie rano wyszedłem po bułki, kupiłem sobie tez kawę na wynos i wracając, skręciłem nad zatokę. Usiadłem sobie na schodkach, prawie zero ludzi. Pomyślałem, że włączę sobie jeszcze raz „Living Proof” i nagle kawałek zatrybił w zupełnie inny sposób niż wczorajszego wieczora.
Widok morza zawsze mnie rozczulał, ale teraz uderzył mnie jeszcze bardziej z tym kawałkiem w tle, który sam w sobie jest bardzo sentymentalny i osobisty. Kiedy byłem młodszy, każdy tego typu utwór, od strony tekstu próbowałem dopasować do własnego życia żeby się z nim utożsamiać, ale z wiekiem zrozumiałem, że nie muszę przeinterpretowywać każdej linijki na swoje, bo nie o to chodzi. Takie osobiste numery są otoczone specyficzną aurą i tworzą konkretny klimat, który wtedy możemy odnieść do własnych przeżyć, niezależnie od tego, o czym dokładnie mówi tekst. Feeling nie podlega słowom i pod tym kątem, jestem w stanie sobie wyobrazić, że Adam Graduciel z The War on Drugs mógł czuć się podobnie jak ja, z zupełnie innych powodów i w zupełnie inny sposób to wyrażając, ale klimat kawałka tę barierę niwelował. Po tygodniach rozmawiania z ludźmi, którzy nie czaili bazy jak się czuję, „Living Proof” okazał się być małą terapią. Poczułem się jakby mi ktoś zdjął z pleców olbrzymi ciężar i odbieram tamten poranek jako pewnego rodzaju kamień milowy. Podczas tamtego urlopu, codziennie rano siadałem w tym samym miejscu żeby posłuchać tego kawałka patrząc się na morze, co dawało mi kopa na cały dzień. Ja wiem, że takie rzeczy wspomina się jako jakieś duchowe doświadczenie, kiedy się to przeżyło, a jak się o tym czyta kiedy ktoś pisze, to generalnie meh, ale podkład jest tu potrzebny, żeby pokazać czemu ten utwór w ogóle się tu znalazł (i być może powinien znaleźć się już w pierwszej 25tce, ale zależało mi żeby za oknem było lato, kiedy będę go wrzucał).
Jeśli chodzi o „Living Proof” w ujęciu bezkontekstowym, to jest to bardzo klasyczny, amerykański numer. The War on Drugs grają trochę dziaderskiego heartland rocka, zahaczającego o klimaty Springsteena, ale w bardziej psychodelicznej formie. Zazwyczaj nie przepadam za zbyt dziaderskim graniem, ale w ich przypadku po prostu mi to wchodzi i widząc ich popularność w Europie, coś w tym musi być więcej. TWoD słyną z długich, bardziej energetycznych kawałków, co tym bardziej mnie zaskoczyło kiedy wydali „Living Proof” jako zapowiedź albumu. I tu mały bonus do tej historii. Ja tego albumu („I Don’t Live Here Anymore”) po premierze nie słuchałem. Timing był fatalny, pod koniec października miałem ciężką sytuację w rodzinie i nie chciałem wtedy poznawać żadnej nowej muzyki, a już zwłaszcza tego zespołu (wystarczy, że w tych przykrych okolicznościach, walczyłem o to aby teledysk i film jaki z Devem szykowaliśmy jako NAOP, był gotowy na premierę w Halloween). Odłożyłem TWoD na później, tyle że później przyszła Zima i jakoś mi to po prostu nie pasowało. Chyba w lutym, kiedy załatwiałem sprawy związane z letnim urlopem, stwierdziłem, że może to jest szansa, żeby ten album sobie zachować na wakacje. I tak też się stało xD Uparłem się, ale mam „nowe” The War on Drugs do poznawania na urlopie. To jest dziwne uczucie, zabierać się za to po roku, ale naprawdę wszystko złożyło się na to, aby zatrzymać sobie ten album na tę okazję.

https://www.youtube.com/watch?v=_958ZQKrdhM
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 lip 2022 12:49

No jedziemy z nową 25-ką. Witamy Czeza na pokładzie! :nlmda: Ale niestety dla równowagi Melki zrejterował. :| Szkoda, bo dużo egzotyki i dobrej muzyki wnosił.
Zapowiedziałem, ze moje druga 25-ka będzie bardziej rozrywkowa, więc zaczynam rozrywkowo.

Sia - You're Never Fully Dressed Without a Smile (2014)

Sia to jedna z najoryginalniejszych artystek, jakie miałem okazję usłyszeć. I na pewno jedna z moich ulubionych. Jej wokal można kochać lub nienawidzić. Ja należę zdecydowanie do tych pierwszych, bo Sia dysponuje naprawdę potężnym i bardzo zróżnicowanym głosem, który na przestrzeni lat przeszedł sporą ewolucję. Choć powiem szczerze, że są momenty, kiedy i ja potrafię się trochę skrzywić. A wszystko przez to, że Sia używa różnych technik wokalnych i czasami nazbyt często ich nadużywa. Oglądałem fajny film pewnej specjalistki od analizy głosu, która przedstawiła różne maniery wokalne Sii (twang, śpiewanie nosowe, cracki, vocal fry itd…). W każdym razie Sia na pewno nie śpiewa wciąż tak samo. Cały czas coś kombinuje i zmienia w swoim sposobie śpiewania. Jednak nigdy nie sposób jej nie rozpoznać. Dla mnie wystarczy kilka sekund, żeby wiedzieć bez cienia wątpliwości, że to Sia.
Sia ma w dorobku 9 albumów, z czego znam 6. I rzeczywiście prezentuje na nich różne gatunki muzyczne. Potrafi swingować, jazzować jak i wykonywać popularny pop czy indie.
Sia komponuje lub wykonuje też piosenki na potrzeby filmów. I właśnie You're Never Fully Dressed Without a Smile jest utworem z filmu familijnego/musicalu pt. Annie z 2014 roku.
Miałem początkowo zamiar wrzucić jej mega hit Chandelier, który uwielbiam bezwarunkowo i dzięki któremu w ogóle zainteresowałem się Sią. Ale pomyślałem sobie, że Chandelier każdy i tak zna. Więc lepiej zaproponować coś mniej oczywistego.
You're Never Fully Dressed Without a Smile zaraził mnie przede wszystkim niesamowicie pogodnym klimatem. Utwór jest tak radosny, że zawsze jak go słucham, to mordę mam roześmianą od ucha do ucha. I do tego ten mega optymistyczny i pogodny teledysk. Występują w nim roześmiane dzieci/aktorzy z filmu Annie, które rozweselają przypadkowych mieszkańców Nowego Jorku, tańcząc, wykonując różne akty życzliwości i trzymając znaki ze słowem „smile”. Jest to w połączeniu z pogodną piosenką naprawdę coś, co potrafi poprawić człowiekowi humor i dodać otuchy, a jednocześnie coś bardzo wzruszającego.
Wyjątkowo wrzucam wersję z teledyskiem, bo warto to usłyszeć w tej formie (nawet jeżeli to małe oszustwo :wstyd: ). Ale co tam, niektórzy robią to i tak nagminnie i... bezkarnie. Więc może i mnie też się upiecze. :D

https://www.youtube.com/watch?v=IKjJ6DQF7xY
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 17 lip 2022 13:23

Zdążyłem przed embargo, jea 8)

London Boys - I'm Gonna Give My Heart

Here we go: Lewandowski w Barcelonie, lipiec w połowie i jakimś cudem zainicjowaliśmy drugą turę mojej ulubionej forumowej zabawy, gdzie od pół roku nie zaskakuję was muzycznymi memami, duchologicznymi odkopami oraz zespołami których nie lubię. Tę rundę zacznę z przysłowiowym przytupem (nie wiem od jakiego to przysłowia, ale pewnie da się znaleźć tudzież wymyślić), bo od eurodance'u z przełomu lat 80/90 - wiem, że co poniektórzy mogą stękać i gęgać, bo akurat ten tutaj jest tak rasowy i kampowy, że chyba bardziej się nie da, ale life is hard, trudno, musicie sobie z tym dać radę.
Niech będzie, że ta notka będzie o PRZYPADKU. Ja chyba musiałem to tu pisać, a jak nie to się powtórzę (całe życie mam wrażenie, że się powtarzam: im dłużej żyję, tym mniej wierzę w jakiekolwiek bóstwa, siły wyższe i zjawiska nadprzyrodzone i tym podobne, tylko skłaniam się ku tezie, że światem rządzi chaos i przypadek. Jedni stwierdzą, że to gimnazjalny nihilizm, drudzy, że zblazowanie i coś tam - trudno, też muszę z tym żyć. W każdym razie zakładam, że to ww. przypadek sprawił, że ta piosenka ląduje w tym topie, bo wątpie, by udało mi się ją poznać w inny sposób.
Cytując klasyka: ale nie uprzedzajmy faktów. Kolega munlup wspomniał na tym forum w paru miejscach, że ma na fejsie konfę, na której siedzi z paroma swoimi znajomymi i wymieniają się muzyką oraz wypisują pewnikiem o takich rzeczach, że aż włos się jeży na głowie, jak tylko człowiek zacznie się nad tym zastanawiać. No cóż, ja też na takiej konfie jestem, tyle tylko, że ciut liczniejszej. xd Powstała ona gdzieś na początku 2014 roku - znajomy dodał tam mnie i jeszcze jednego znajomego, ponieważ chciał stworzyć coś a'la centrum dowodzenia do baitowania grupek muzycznych na fejsiku. Brzmi to strasznie żenująco, na dodatek takie było. Ktoś z nas wpadł na pomysł dodania jeszcze jednego znajomego, z którym parał się tym cechem w owym czasie, ten ktoś dodał też kogoś, ten ktoś dodał swojego kumpla, którego skądś kojarzyłem, no i na przestrzeni paru tygodni gówno ożyło. Jeśli nie wiecie jak wygląda piekło, to wyobraźcie sobie grono osób w wieku 16-24 lat o poglądach prawicowych w jednym miejscu. Szaleństwo i mieszanka absolutnie wybuchowa - dodam jeszcze że do tego siódmego kręgu piekielnego dołączały (i szybko spieprzały z krzykiem równie szybko) totalnei losowe osoby, co czyniło to miejsce jeszcze bardziej popieprzonym. Dość powiedzieć, że miejsce, które miało służyć jako centrum dowodzenia internetowej gównażerii było jakimś totalnie pokręconym wariatkowem, gdzie sami między sobą wyzywaliśmy się o jakieś maksymalne pierdoły typu Pixies czy minimalna różnica w poglądach. xD
Naturalnie więc nie muszę mówić, że od tamtej pory cały czas utrzymujemy ze sobą kontakt, inby zachodzą między nami incydentalnie, część tej grupy utrzymuje regularne interakcje towarzyskie (ja trochę rzadziej, ale niestety - większa część tej społeczności rezyduje w stolicy lub okolicach) i w ogóle to czy chcę czy nie - jest to cholernie ważna dla mnie grupa ludzi. No i tu właśnie gdzieś, w końcu, pojawia się ten kawałek. Nie pamiętam już kto go odkrył i jak ten ktoś na niego trafił, ale podczas wspólnych popijaw, które w moim przypadku mają miejsce jakieś 3-4 razy w roku, ZAWSZE ktoś puszcza ten utwór i zawsze próbujemy odtworzyć taniec z teledysku. To jest wręcz nasz hymn, a te wygibasy to nasz rytuał, który odtwarzamy niezależnie od tego czy jesteśmy u kogoś w domu, czy na weselu jednego z członków tej społeczności.
O samym zespole nie napiszę zbyt wiele, bo w sumie to sam wiem tyle, że nie istnieje (w sumie to dość przygnębiająca historia) i że kiedyś słuchałem ich pierwszego albumu, który w sumie nie zrobił na mnie większego wrażenia - typowy album z paroma hitami i samymi fillerami. I w sumie to już nie napiszę, bo chrzanić to, czas się pogibać, zamiast pieprzyć, jak to mawiał pewien premier.

https://www.youtube.com/watch?v=etvA44F5k1k

https://www.youtube.com/watch?v=ET80CYQfCmg - a tu wersja z tym teledyskiem, co to o nim żem wspominał
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lip 2022 13:37

Jakimś cudem zapomniałem że mentos wisi wrzutkę i nie zdążyłem go pogrillować o to :8 (za to z automatu obstawiałem że dev wisi wrzutkę)

Dzięki Bogu shodan nie wrzucił Chandelier bo od 2014 roku mam tego numeru powyżej uszu ;(
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lip 2022 13:45

"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup