A więc ruszajmy.
1. Starship - We Built This City (rok wydania 1985, rok pierwszego odsłuchu może 1992, może 1993, może w ogóle wcześniej?)
https://youtu.be/NtM3jjLP7AE
Proszę Państwa, TAK! Oto numer, którym gardzą miliardy, z płyty, którą gardzą miliony, zespołu, którym gardzą tysiące. Starship, o czym być może niewielu z Was wie, był już trzecią inkarnacją (i powszechnie uważaną nie tyle za najmniej udaną, co za syf, który nigdy nie powinien w ogóle powstać) kultowej i legendarnej grupy psychodeliczno-rockowej Jefferson Airplane (chyba wszyscy znają ich największy hicior, Somebody to Love). Drugą był band składający się głównie z członków pierwszej wersji nazwany - jakże przewrotnie - Jefferson Starship. Istnieli mniej więcej dekadę, wydali 8 płyt ale żarli się tak bardzo, że pod koniec istnienia grupy był w niej już tylko jeden oryginalny członek pierwszego składu, Paul Kantner. W końcu i on odszedł zostawiając band na pastwę losu i w rękach ostatniego wokalisty, którym był Mickey Thomas. W związku ze swoim odejściem stwierdził, że skoro nie ma już nikogo z dawnego samolotu, to on ma prawa do nazwy zespołu i Thomas niech se radzi. Poszedł pozew sądowy, który skończył się ugodą właściwie tylko dlatego, że do grupy po drodze wróciła wokalistka wszystkich inkarnacji, Grace Slick. Dostała połowę praw do nazwy (drugie pół dostał wieloletni manager wszystkich trzech drużyn), ale jednocześnie wszyscy dalej grający musieli się pozbyć członu "Jefferson". I tak narodził się Starship, chwilę później z kolei ich debiut (choć to wciąż pewnego rodzaju kontynuacja), który powoduje u większości słuchaczy ból zębów i opuchliznę uszu, a ja go... lubię? Uwielbiam. Nic z tych rzeczy. Ja go KOCHAM (i to zupełnie szczerą i nieironiczną miłością)!
Starship to jest kwintesencja pop-rockowego kiczu. Jednocześnie obydwa single z ich debiutu (?) o debilnej nazwie Knee Deep in the Hoopla, a więc zapodany przeze mnie plus Sara (ballada cheesy tak bardzo, że Wasze języki zaczynają smakować roquefortem) były totalnymi hitami w Stanach (i nie tylko), więc chyba nie było AŻ TAK źle? Dziś na wszelkiego rodzaju forach muzycznych (przez to mam na myśli głównie fejsbuczkowe grupy), ale przede wszystkim zagranicznych uważa się całość (i ten numer, i album, i zespół) za absolutną kwintesencję byle czego. Thomas wygląda jak przypakowany dzieciak i ma skrzeczący głos, Slick z kolei wygląda jak wystylizowana na lat 20-parę stara baba, której czasy dawno minęły (w czasach Starship już była po 50-tce), muzyka jest dziwnym miksem synthpopu z niby-klasyką-rocka, wszystko wyje, trzeszczy i szumi, teksty nie mają sensu... możnaby wymieniać. No ale znów - mnie to w ogóle nie przeszkadza. Ja ten kawałek uważam za miniaturowe arcydzieło xD wszystko w nim jest odjechane, wliczając w to wideo (załączam tu, jakby ktoś chciał się pośmiać, najlepszy jest podrywający dupę z kamiennego tronu Lincoln:
https://youtu.be/K1b8AhIsSYQ). Mam do tego numeru potworny sentyment. Otwierał jedną z kompilacji The Rock Collection, które moi rodzice zbierali od roku ich wypuszczenia przez Burdę (!!!), czyli 1992 (to z tego zestawu pochodzi słynne już i znane wielu PT Forumowiczom Rock Christmas!). W latach 90. mieliśmy - jeszcze mieszkając na łódzkim Radogoszczu Wschodzie - wielką wieżę Sanyo z wielostanowiskową szufladą na kompakty. Najfajniejszą rzecz dla kilkuletniego gnoja, którym byłem, stanowiła możliwość obrotu tarczy tej szuflady no i gapienie się na kolorowe płyty. Rock Collection bywały tam często, i ten numer. Do którego wideo rodzice mieli zresztą nagrane na jakimś VHSie z dziwnych audycji z jeszcze dziwniejszych czasów. Jedno i drugie poznałem więc stosunkowo wcześnie, co więcej, dla ułatwienia sprawy przyjąłem, że to w ogóle był pierwszy utwór, który świadomie usłyszałem ever. Rzecz jasna wciąż go tak traktuję. Towarzyszy mi od zarania dziejów, lubię do niego wracać, kiedy zamykam oczy autentycznie czuję zapach tamtego mieszkania (miałem szansę odwiedzić je jeszcze w 2012 roku, niewiele się zmieniło), widzę siebie z idiotyczną kitą a la Czeski Dywan<TM> z tyłu głowy skaczącego po dywanie dużego pokoju, być może idą święta Bożego Narodzenia i zaraz zanurzę łapska w tonie zabawek i słodyczy? Jeszcze jest 94, może 95 rok, jeszcze nie ma szkoły, Zgierza i wielu innych rzeczy. Tak, ten numer to nostalgia, ale nie tylko. Ja go po prostu... lubię, od tej strony technicznej (emocje to jedno).
Kawałek oryginalnie powstawał jako mroczny opis powolnego osuwania się podziemnego klimatu Los Angeles w nicość. Ten podziemny klimat był stricte powiązany z koncertami mniej lub bardziej obskjurowych bandów (dość powiedzieć, że w z LA pochodzą choćby Wall of Voodoo, którzy tam również zaczynali). Miała być nostalgiczno-smuteczkowa wycieczka w nieodległą przeszłość, ale sztuczki studyjne i zapał Thomasa doprowadziły do przerobienia kawałka na totalny upbeat, który - wbrew założeniom samego jego tekstu, a ten miał delikatny wydźwięk antykapitalistyczny (trochę tak, jakby np. napisać podobny numer w obronie kultowego już warszawskiego Pogłosu) - stał się tak obrzydliwie komercyjny, że aż Grace Slick go... no właśnie, co? Nigdy nie udało się z niej wydusić, co naprawdę uważa o tym numerze i jego popularności, choć się do niej przyczyniła i wali do mikrofonu połowę tekstu. Ciekawe, że numer ten naprawdę uchodzi za oporowe gówno, które niemal przekreśliło dokonania poprzednich inkarnacji (chyba dlatego Kantner postanowił zrobić... revival Jefferson Starship, zresztą po 2 płytach samego Starship Slick odeszła od nich i przeszła do... Jefferson Starship, z którymi wydała jeszcze jedną płytę, ruszyła w jeszcze jedną trasę i przeszła na emeryturę; na marginesie, Kantner grał z JA do swojej śmierci w 2016, Thomas gra ze Starship [które z jakichś pokręconych powodów nazywa się teraz Starship Featuring Mickey Thomas] nadal, zaś Slick ma dziś 82 lata, tyle co mój dziadek), został umieszczony na kilku listach największego szajsu, jaki został kiedykolwiek nagrany w dziejach ludzkości - jeden z takich rankingów nawet wygrał - ale ja mam to gdzieś. Świetna muzyka, skoczna, WESOŁA, a nawet bym powiedział, że RZETELNA. Skaczcie razem ze mną i ZBUDUJMY TO MIASTO NA ROKENROLU! Oto mój starter ^^
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl