Best of Forum (Edycja albumowa)

Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 09 lip 2022 15:36

Czekamy zatem na album od mentosa nadal i czekamy czy nasz kolega dejw ma zamiar się ogarnąć czy nie. Skoro w utworach mamy chwilę przerwy to myślę że sprawiedliwie będzie jeśli dostanie deadline do 18 lipca na zaległe recenzje i potem dorzucenie albumu ;)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 13 lip 2022 21:09

Nie wiem czy Czez wraca i do albumów, ale w sumie i tak ta gra też ma przerwę, to w jej trakcie wrzucam reckę ostatniej propozycji p. Czezowskiego.

Jean Michel Jarre - Les chants magnetiques

Twórczość Jarre'a znam naprawdę dobrze. Przez jakiś czas uważałem się za fana i w pewnym sensie tak jest do dzisiaj, choć do wielu rzeczy już nie wracam. Z pewnością będzie jeszcze okazja opowiedzieć trochę więcej o moich związkach z muzyką JMJ, jakąś jego płytę zamierzam wrzucić. Dzisiaj o Les chants magnetiques.

Nie licząc antycznych rzeczy sprzed Oxygene to pierwsza płyta, na której słyszę parę zgrzytów. Problemem jest dla mnie jej niespójność, gdzieś ta eklektyczność brzmienia sprawia wrażenie zaplanowanej, ale nie do końca satysfakcjonującej koncepcji. Sekwencyjne/arpeggio rąbanki, quasi-industrialowy sampling, wreszcie charakterystyczna dla Francuza melodyjność i ten pocieszny żart, prekursor muzyki demonstracyjnej na keyboardach na samym końcu... no ale zacznijmy od początku. Pierwszy, zdecydowanie najdłuższy fragment. Rozpędzający się, potem zwalniający, żeby znów się rozkręcić - tylko, że to wszystko trochę zmierza donikąd. Oczywiście ewolucja brzmienia postępuje, ale z drugiej strony można tutaj wychwycić dźwięki rodem z La Cage/Erosmachine. Są też skromne zabawy wokalne; bardzo podobne, tyle że znacznie bardziej rozwinięte i wykorzystane też w inny sposób znajdą się na Zoolook. Tutaj wszystko to składa się na zamaszysty kolaż, tylko niespecjalnie sugestywny, niczego nie przywodzi na myśl. To dla mnie wada. Drugi fragment pierwszej części może jak soundtrack gry wyścigowej? Sytuacji ucieczki przed czymś? Najlepiej sprawdza się ten moment wytchnienia w połowie, z niczego robi się tak sielsko, trochę też orientalnie.

Ale jest jeszcze druga strona, która ocieka pomysłami i trochę większą żywotnością. Part II to dla mojej mamy ulubiony utwór z repertuaru Francuza i o nim już parę słów rzuciłem wcześniej. Jarre lubi dzielić materiał w taki sposób, że drugi wycięty fragment jakiejś dłuższej całości to najbardziej skoczny, przyswajalny i charakterystyczny numer. Nigdy to nie są dostatecznie reprezentatywne kompozycje, ale często wyrastają ponad płytę, z której pochodzą. Tutaj jest to samo, w takim Parku Fontann sprawdza się ponoć bardzo dobrze z tą swoją ekstatycznością. Dla mnie jest aż za bardzo hop do przodu, dlatego kiedy wskakują kolejowe dźwięki to już wiem, że zaczyna się dobry odlot. Trzecia część jak taki elektroniczny dżezik na poczekaniu, jak muzyczna pocztówka dokumentująca moment nad wodą, obserwację zachodzącego słońca, krystalicznie czyste niebo, łódki niespiesznie dobijające do brzegu. Brzmieniowo niby niepodobnie do poprzednich płyt, ale snujący się czasami syntezatorowy klawisz pozbawia złudzeń. To charakterystyczny patent JMJ. Wskakująca sekwencja zapowiadająca czwartą część oznacza koniec posiadówki nad wodą, następnego dnia trzeba się zbierać i wracać do siebie, więc pora skorzystać z ostatnich chwil w przestrzeni obcej dla nas przez większość czasu i dać się jej ponieść. Elektronika najwyższej próby, sprzężona z rytmem, ale miejscami soczyście rozimprowizowana, jedna partia gaśnie dając miejsce innej, która jest równie w punkt. Pod koniec muzyczne napisy końcowe, kładziemy się spać, budzimy się rano i nagle jest tylko peron i nadjeżdżający pociąg. Powrót do rzeczywistości. Ostatnia rumba niby totalnie z dupy, ale to też jeden z ulubionych żarowych zabiegów humorystycznych, zmyślnie żartobliwych, wykonanych na tyle dobrze, że nie czuje się zgrzytu. Katarynka na Equinoxe, żonglerka kanałami w Oxygene, to jest ta sama płaszczyzna.

Inaczej nie chce mi się opisywać muzyki, którą tak dobrze znam. Recenzja trochę jak szansa na mały eksperyment językowy, a co. Czez zaproponował kolejną sentymentalną wycieczkę. Przypomniałem sobie momenty wątpliwe, bardzo dobrze się poczułem przy momentach chwały. Dobra zabawa.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 lip 2022 21:35

Niektórym trudno wysrać z siebie recenzje, a nawet swoje własne wrzutki, tymczasem Dragon wrzuca recenzję albumu, który odpadł xD
SZANUJĘ.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 14 lip 2022 11:29

Mentos dawaj album, dev liczę że faktycznie coś wrzuci w końcu zanim go minie następna kolejka. Chciałbym na weekend już ruszyć z nową kolejką panowie...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 14 lip 2022 11:32

Ja już mam gotową recenzję płyty Murzyna i tbh, chyba ją wrzucę przed wyjazdem żeby się nie babrać w to później. Jeżeli Dev może wypluwać recenzje po miesiącu (bez urazy Dev, ale chyba nie chce mi się tego czytać, w głowie mam już inne albumy), to ja mogę przykabaretować z falstartem xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 14 lip 2022 11:58

Też mam gotową reckę Honeyroot - forum dwóch prędkości as its best
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 14 lip 2022 13:35

Myśleliście, że się mnie pozbyliście? TAKIEGO WAŁA! :F

Prawdę mówiąc, to sam myślałem, że się sam siebie pozbyłem... ale wciąż wracam, ile razy bym wody nie spuszczał :(

Tzw. streak 4 zaległych albumów, zaczynam dziś, kończę jutro (po 2 dziennie).

Gang Starr - Moment of Truth

Prawdę mówiąc moje granie w tę grę (bestka albumowa) rozbiła się trochę o to wydawnictwo, gdyż potwornie odstraszała mnie jego długość (to byłoby do przeżycia, gdybyśmy mieli do czynienia z Eno albo chociaż Foxxem, nie wiem, Simple Minds - bo DM już bym nie podołał - albo jakieś minimal techno, ale tutaj autentycznie tak duża dawka hip hopu mnie przerażała). Odpalałem ten album kilkakrotnie na przestrzeni ostatnich kilku tygodni (mam już miesiąc obsuwy, to straszne jest swoją drogą) i nigdy nie byłem go w stanie skończyć. Aż do... wczoraj tak naprawdę, kiedy usiadłem na dupie i odsłuchałem go od początku do końca bez jednej przerwy. I jest na pewno jedna rzecz, którą teraz mogę podkreślić - całość ma naprawdę zajebiste bity i sample. A już otwieracz to jest mój nowy fav w tym gatunku, poważnie. Jednocześnie... w ogóle nie mogła mnie wessać warstwa tekstowa. Ewidentnie mam tak, że jeśli w rapie tekst (albo chociaż jego fragment) nie przykuje mojej uwagi od razu, to już do tego, no, nie wrócę, albo inaczej - nie zainteresuję się, bo nie czuję potrzeby. Zgadzam się z shodanem tutaj - o ile naprawdę całość stoi na wysokim poziomie, to jest też zdecydowanie bardziej wymagająca a ja jestem na tę całość chyba nazbyt casualowy. Jednocześnie produkcja naprawdę mnie zachwyciła. Nie wiem dlaczego, ale słuchając tej płyty (przede wszystkim wczoraj) miałem wrażenie, jakbym znajdował się w mieszkaniu rodziców kumpla w Londynie, jest wrzesień, słońce delikatnie wpada do pokoju przez dziwnie skonstruowane okna i rozświetla bananowy dywan (generalnie dokładnie tak było, jak ja tam byłem prawie 3 lata temu). Ja siedzę w fotelu z przymrużonymi oczami, może przysypiam, w oddali tłuką autobusy National Express, dzieciarnia sunie deskorolkami po ulicy ze sporym spadkiem (tu, gdzie stoi blok w którym się znajduję), z zewnątrz dochodzi swąd taniego jointa. Mam wielkie, wszechogarniające poczucie chillu słuchając tej muzyki, choć to przecież nie jest chill hop. Jednocześnie takie Royalty wysyła mnie wręcz na wczasy (przy tym kawałku wędruję przez las wzdłuż brzegu jakiegoś jeziora w mocno turystycznym miejscu, jest ciepłe i słoneczne popołudnie, ludzie wręcz wpadają na siebie spacerując wokół wielkiego fancy ośrodka wypoczynkowego, dziewczyny w crop topach wpieprzają lody a kilku zblazowanych nastolatków... jara jointy), co oczywiście jest bardzo miłym przeżyciem zważywszy na fakt, iż na żadne wczasy się w tym roku nie wybieram xD Podobnie Above the Clouds (przy którym mogłaby grzebać Cate Brooks) czy tytułowy. Nie mam pojęcia nawet, dlaczego to ma na mnie taki efekt xD To jest NAPRAWDĘ dobra płyta, ale z jakiegoś powodu nie jestem w stanie jej hmm "zaakceptować" w całości? Te teksty mnie męczą, a raczej brak wczucia się w tę część albumu. Próbowałem to i owo przeglądać w necie, ale bez większego efektu. Pewnie będę musiał po prostu do tej płyty wrócić za jakiś czas, jak nieco bardziej... wycziluję. To może być bardzo dobry czas na słuchanie takich rzeczy, ale jeszcze musi nadejść (niestety). Minusy to długość no i jednak pewnego rodzaju powtarzalność, jak Dragon powiedział. Z tym, że ja mógłbym potrzebować aż 2 miesięcy, żeby na luzie odróżniać tutaj numery od siebie (mam z tym problem do dziś w przypadku Delta Machine lol). Daję takie naciągane 4 na 5, bo obiektywnie to powinno być najdalej 3,5 (obiektywnie ze strony laika, którym jestem), ale całkowicie bierze mnie (za to nie bierze jeńców) warstwa muzyczna. Coś jest w tym wydawnictwie takiego... nie hip hopowego, chociaż to jest hip hop jak stąd do Twardogóry Sycowskiej (zwłaszcza z takimi BI vs Friendship albo The Mall, które sprawiają, że mam ochotę przywdziać czerń i przeprowadzić się do Bełchatowa). Dobra wrzuta, której się nie spodziewałem i potrzebowałem dłuuugo do niej dojrzewać. Miesiąc k*rwa xD i TEŻ nie dojrzałem w całości. Być może to jest niczym jeszcze-nie-gotowe-do-zerwania-z-drzewa-ale-jednak-zerwałem-bo-byłem-głodny-i-miałem-ochotę jabłko, gdzie liczę na samą słodycz a jeszcze obrywam kwasem po ryju. Może w innych okolicznościach ta ocena byłaby wyższa, a teraz Golasie, "bring some real shit next time" ;( ;( ;( (nie no, trochę żart, to nie była zła wrzutka, to ja byłem zły).
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 14 lip 2022 14:53

JA WCIĄŻ TU JESTEM I WAS ATAKUJĘ.

Susanne Sundfør - Music for People in Trouble

Podobnie jak Hien, zastanawiałem się, czy to jest coś, czego chcę posłuchać. Czy jestem na to gotowy po Rome, czy jestem na to gotowy w ogóle, dopóki... nie odświeżyłem sobie (w ramach autodołowania) albumu The Inevitable End Royksopp (warto tu zauważyć, że ich powrotu po 8 latach JESZCZE nie przesłuchałem lol), gdzie Sundfor robi wokal na jednym z najlepszych numerów tam się znajdujących - Running to the Sea. I nagle mnie olśniło, i wtedy jakoś pewniej sięgnąłem po Muzykę dla Ludzi w Kłopotach i... dostałem po twarzy czymś zupełnie innym xD Płyta idealna do odpalania w herbaciarniach czwartkowymi popołudniami albo w kawiarniach od rana, kiedy jeszcze nikogo tam nie ma - poza mną rzecz jasna, siedzącym samotnie przy jednym stoliku obok okna w które miarowo wali deszcz. Jest albo wczesna wiosna albo późna jesień, właściwie żadna inna pora mi nie pasuje (tym dziwniej się tego słuchało... teraz, kiedy jest lato). Płyta niby jest czilowa, ale potem znienacka atakują soundscape'y skrzętnie poukrywane na końcu utworów (trochę jak u Vile Electrodes) - ten w Good Luck Bad Luck był po prostu niepokojący, ale to, co wrzucono po The Sound of War mnie trochę zrzuciło z fotela xD Moon Wiring Club jest gdzieś blisko. Na początku słuchając tej płyty miałem wrażenie, że to trochę taka Hannah Peel na sterydach, albo wyprodukowana przez kogoś z Ghost Boxa (początek tytułowego brzmi jak jakiś odrzut The Focus Group). Tutaj wszystko to niby trochę melancholijny acoustic, trochę folk, typowe skandynawskie jęczenie do mikrofonu, a jednocześnie całość podszyta jest mrokiem wyciągniętym niemal z czeluści ichniejszej sceny deathmetalowej. Autentycznie dopadały mnie przy odsłuchu momenty grozy xD Pod tym kątem Susanne bardzo przypomina lubianą przeze mnie Islandkę Sóley (będziecie mieli zresztą okazję się zapoznać), tylko że Sóley jest jednak bardziej dosłowna. Ciężko jest mi wskazać jeden konkretny utwór, który by mi się tu jakoś szczególnie podobał (bo po prostu całość jest tak dobra), ale jeśli już bardzo muszę, to będzie to Bedtime Story (acz depcze mu po piętach Mantra, która ma tak zaje*istą codę, że aż kapcie spadają; na marginesie, jak pierwszy raz odpaliłem tę płytę, to tylko przez pierwszy kawałek byłem gotów pomyśleć, że EEE, to chyba nie moja bajka - choć przecież lubię Hannah Peel - aż nie zaatakowało mnie outro. No złoto!). Coś jest w tej muzyce, co wywołuje we mnie wręcz poddenerwowanie, wszystko przecież brzmi jak należy, jest ładnie a zarazem minimalistycznie wyprodukowane, i mimo to mam jakieś dreszcze, rozglądam się po pokoju jakbym spodziewał się, że ściany ożyją. To jest feeling, który dobrze opisuje klimat utworu Murder Jonathana Bree (Hien wie, o czym mówię), oraz towarzyszący temu utworowi teledysk. Zgadzam się z opinią wystawioną przez Murzyna - całość jest bardzo lynchowska, wyobrażam sobie wręcz tę płytę jako soundtrack do jakiegoś filmu, którego nigdy nie nakręcił, a mógłby (chociaż może już niech nic nie kręci lepiej). Nie wyłamuje się z tego nawet bondowskie (zarówno w klimacie jak i tytule lol) Undercover. Za to No One Believes in Love Anymore daje mi dziwne skojarzenia z Radiohead, może dlatego, że Suzanne zaciąga tutaj niczym Yorke. Myślę - przy tym wszystkim - że daję tej płycie zły setting. Ale może to dlatego, że nigdy nie byłem w Skandynawii ani Finlandii czy choćby Estonii, gdzie aura i natura autochtonów odpowiednio podbijałaby taką muzykę. Muzykę, która jest przecież naprawdę piękna. Kilka miesięcy bo tych najbardziej melancholijnych (by wręcz nie powiedzieć złowrogich) dla mnie czasach nadchodzi krążek, który wyciąga ze mnie to, co z tej melancholii zostało. I okazuje się, że zostało całkiem sporo. Shodan - genialny wybór, zasysam to wydawnictwo ^^
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 14 lip 2022 15:22

Wyobrażam sobie Deva biegnącego za pociągiem, na który się spóźnił, drącego mordę "PODOBNIE JAK HIEN , ZASTANAWIAŁEM SIĘ , CZY TO JEST COŚ, CZEGO CHCĘ POSŁUCHAĆ . CZY JESTEM NA TO GOTOWY PO ROME, CZ...".
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 14 lip 2022 15:36

Cieszę się dev, że Ci się podobało. I że Susanne potrafiła niektórych pozytywnie zaskoczyć.
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 14 lip 2022 15:52

Susanne jest mocna, bardzo dobra płyta (stwierdzam po kolejnych odsłuchach już po zakończeniu rundy).
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 14 lip 2022 17:45

Hien pisze:
14 lip 2022 15:22
Wyobrażam sobie Deva biegnącego za pociągiem, na który się spóźnił, drącego mordę "PODOBNIE JAK HIEN , ZASTANAWIAŁEM SIĘ , CZY TO JEST COŚ, CZEGO CHCĘ POSŁUCHAĆ . CZY JESTEM NA TO GOTOWY PO ROME, CZ...".
No ww tym przypadku to bardziej przypomina przyjechanie na dworzec kolejowy, który zamknięto 25 lat temu xd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 14 lip 2022 17:59

mintaj pisze:
14 lip 2022 17:45
Hien pisze:
14 lip 2022 15:22
Wyobrażam sobie Deva biegnącego za pociągiem, na który się spóźnił, drącego mordę "PODOBNIE JAK HIEN , ZASTANAWIAŁEM SIĘ , CZY TO JEST COŚ, CZEGO CHCĘ POSŁUCHAĆ . CZY JESTEM NA TO GOTOWY PO ROME, CZ...".
No ww tym przypadku to bardziej przypomina przyjechanie na dworzec kolejowy, który zamknięto 25 lat temu xd
To bardzo w moim stylu xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 15 lip 2022 10:14

Firmowe paliwo, więc jadę dalej.

Sandra - Paintings in Yellow

Na początek nieco beki z tego, co napisał Dragon, że jest to płyta, którą ja powinienem wrzucić. Rozumiem, że jedzie ejtisami na kilometr (choć - jak ładnie ujął to Hien - jest to naprawdę świetny most pomiędzy latami '80 a '90 w brzmieniu, produkcji, realizacji, wszystkim. Wyglądam za okno, a tam szary październik, rozpadająca się aluminiowa wiata przystankowa typu Ł, pordzewiały, trzeszczący na przegubie Ikarus zbliżający się do tegoż przystanku i sąsiad walczący ze swoim polonezem, który znów nie chce odpalić), ale ja akurat z Sandrą mam niewiele wspólnego (zwłaszcza od kilku miesięcy ;( MUSIAŁEM). Tzn. znam hity i je lubię, ale to są dla mnie takie hmm, ejtisowe milestones (jak np. Laura Branigan czy Gloria Estefan). Wiem kto to, potrafię wymienić i zanucić najważniejsze numery, ale żeby całe płyty to chyba nie, i chyba nawet nigdy mnie nie ciągnęło za bardzo. Jednocześnie Dragon nie pomylił się o tyle, że gdyby to znał, to... mógłbym to wrzucić. Póki co w tej kolejce (bezczelnie przeze mnie rozciągniętej) NIE MA złego wydawnictwa. Naprawdę, i nawet trochę się bałem, że Sandra może to zepsuć, no bo jednak tacy artyści i artystki, mocno ukorzenieni w konkretnym stylu powiązanym z bardzo wyrazistą dekadą w nowych realiach się czasem... nie odnajdują, albo odnajdują się cokolwiek przeciętnie. Tymczasem tutaj miałem wrażenie słuchania damskiej wersji nieco bardziej "disco-esque" inkarnacji Living in a Box (będziecie mieli okazję ocenić, gdyż w pewnym momencie wleci tu coś od nich). Dobry, świetnie skrojony (niemal na miarę) pop o delikatnym i nieinwazyjnym brzmieniu, i do radia, i żeby puścić z czarnej płyty na starym adapterze ADAM (głównie po to, żeby zagłuszyć te Ikarusy i sąsiada z polonezem), i żeby wrzucić na Spotify/Tidal/Apple Music/YT Music/niepotrzebne skreślić na randomowej imprezie z zoomerami i patrzeć, jak uciekają w panice przez okna (i wpadają pod Ikarusy z trzeszczącymi przegubami, które teraz obsługują w Stolicy linie turystyczne) tylko dlatego, że tych numerów akurat nie użyto w Stranger Things. Co chcę przez to przekazać? To JEST dobry album, ale jednocześnie trzeba mieć do niego odpowiedni vibe - Sandra-vibe. Głos tej kobiety jest dość specyficzny, i czasem brzmi doskonale, czasem wnerwia jak diabli (np. przy One More Night w pewnym momencie zacząłem jej wokalem rzygać). Ma w sobie coś z piszczącego dziecka. Z drugiej strony podobnie reaguję na Bjork, Anyę Oyer Visten z Flunk czy choćby Sarę Blasko, wszędzie ten sam problem. Ale jak już złapię, co mam złapać, to słucha się super. Co do konkretnych kawałków... Hiroshima, to chyba jedyny, jaki znałem z tego albumu przed odsłuchaniem całości. Trochę za długi, ale dobry opener. Jednocześnie chwilę później przychodzi odtrutka, jeśli komuś zrobiło się przez to rozwleczenie zbyt niedobrze - Life May Be to jest banger absolutny i zdecydowanie jeden z moich ulubionych na płycie. Kolejnymi dwoma są Lovelight in Your Eyes i The Skin I'm In (to ostatnie kojarzy mi się strasznie z... muzyką z gry Gex xD; swoją drogą, do tematu o grach RÓWNIEŻ wrócę). Jeśli coś rozczarowało, to One More Night - słyszałem wcześniej to i owo o tym kawałku i z jakiegoś powodu napompowałem sobie oczekiwania. Wolę Sandrę w "atakującej" pozycji, albo też po prostu jej sposób śpiewania jest dla mnie strawniejszy, gdy jest agresywna. Ballady jakoś mi flaczeją w uszach (tytułowy, choć nie jest balladą sensu stricte ładnie się jednakowoż z tego wyłamał, choć ten bieda vocoder w tle mogli sobie darować), znaczy jej ballady, ale na szczęście odbioru całości nie zepsuły. Podtrzymuję to, co napisałem wyżej - to jest naprawdę super pozycja (superpozycja lol) i zamierzam sobie całość zassać. Mam poczucie, że wrócę do tego na jesieni. Może przez to, co przeszło mi przez głowę na samym początku odsłuchu? Trudno powiedzieć. Albo muszę kilka miesięcy odpocząć od tej klapy od sracza, tak, jak zawsze miałem problem z właściwą identyfikacją tego, o co chodzi Hienowi (kiedy używał tego porówniania), tutaj mam aż nadmiar bicia plastikiem o ceramikę xD za to saksofony i gitary przywołują momentami na myśl The Psychedelic Furs. Melczet zapodał złoto, keep up the good work!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 15 lip 2022 11:18

No, skoro już wskoczyłem na pokład tego pociągu...

Kasia Krzak - Never for Ever

Oto wykonawczyni, z którą mam dziwny relationship (ma wiele wspólnego z tym z Drendą - tak naprawdę nie istnieje), bowiem to jej muzykę lubię, to mam jej dość. Moją pierwszą stycznością z jej twórczością był zimowo-świąteczny kawałek December Will Be Magic Again, który znalazł się na wspomnianej przeze mnie kilka dni temu w temacie zwykłobestkowym kompilacji The Rock Collection: Rock Christmas!, a więc było to daaawno temu. Przez długi czas znałem... tylko ten numer, możliwe, że były jakieś jeszcze tracki latające po radio albo płytach posiadanych przez moich rodziców. Faktycznie jednak "uznałem" jej istnienie dzięki MTV Classic jakoś w 2003 roku? Oczywiście - ponieważ dzięki GTA Vice City byłem w silnym ejtisowym wzmożeniu - moim ulubionym numerem szybko stało się... Running Up That Hill. Obok tego Cloudbusting, Babooshka i pamiętam jeszcze - z tamtych czasów w sensie - Rubberband Girl. I to by było na tyle. Bush stała się dla mnie taką artystką, co do której wiem, że istnieje, znam jej numery, potrafię wymienić kilka jedynek i coś zanucić (a więc generalnie to, co napisałem przy okazji Sandry), ale właściwie to nic więcej i jakoś mi to nie przeszkadzało. W tamtych czasach była dla mnie za mało ejtisowa, żebym się nią zainteresował. Rok później nie była Depeche Mode, kolejny rok później nie była Simple Minds/New Order, a potem nie była Talk Talk, TFF, The Cure, Ultravoxem, Visage, Alphaville, OMD czy choćby Camouflage albo Placebo etc., mogę tak wymieniać. Przy tym wszystkim zawsze trafiałem w końcu na takiego artystę albo artystkę z tamtych czasów, którego - do takich wniosków zawsze dochodziłem - powinienem był poznać wcześniej. Albo w całości albo w pełni (tzn. że wcześniej coś kojarzyłem, ale z reguły byle co - dobrym przykładem jest tutaj Classix Nouveaux, których kawałki, ale te najsłabsze, znałem już w 2006 a te najlepsze odkryłem w 2018, 12 lat później). Na Kate kolej przyszła późnym latem 2014. Właściwie nawet nie wiem, dlaczego konkretnie, to mogło być pod wpływem rozmowy z Hienem, pod wpływem odświeżenia sobie jakiegoś kawałka w radio, może zobaczyłem wideo na YT? Zassałem sobie wówczas bestkę The Whole Story (której głównym ograniczeniem jest to, że jest z 1986 roku) i katowałem ją do porzygania niemal non stop (oczywiście były też inne rzeczy, np. Makuflaż albo Pritiboy, czy choćby Red Box, ale Kasia grała pierwsze skrzypce). A najbardziej... no, będę cheesy i kliszowaty, ale mam to gdzieś - Running Up That Hill, które generalnie uwielbiam, energia tego numeru jest nie do podrobienia, a zespoły, które próbowały, poległy (cover Placebo to wyjątkowe guano dla mnie, ludzie, którzy uważają go za interpretację lepszą od oryginału są dla mnie niespełna rozumu). Bardzo się wtedy identyfikowałem z tym numerem tak w ogóle, jednocześnie sięgałem po pozostałe kawałki i w ten sposób odkrywałem jej twórczość, o której miałem do tamtej pory - jak się okazało - byle jakie pojęcie. Hounds of Love, Breathing, Army Dreamers (dwa ostatnie oczywiście na miętowej wrzutce), Sat in Your Lap, Wow nawet, choć podobnie jak Golas znałem ten utwór z Vice City (ale nie jarał mnie tak jak np. AFOS), no podeszło mi bardzo. Ale też... nie na tyle, bym ściągnął jakiś cały album xD pamiętam, że Hien mnie wtedy przekonał do posłuchania czegoś z jej nowszych tworów, i tak pociągnąłem 50 Words for Snow, który to album mnie... zauroczył w jakiś sposób. I dopiero wtedy zaciągnąłem całe The Hounds of Love. Także propozycja Mentosa jest raptem trzecim longplayem od Krzakowej, którego słucham od początku do końca. I mam... mieszane uczucia xD Generalnie wszystko jest super i bardzo mi się podoba, ale chyba nie mam do końca w tej chwili odpowiedniego mind settingu do takiej muzyki. Udzielam jej jednocześnie wielkiego kredytu, bo to w końcu KATE BUSH. Są numery, które mnie wprost wgniatają w fotel (Babooshka np., długo się w ogóle przekonywałem do tej piosenki; potem Egypt - z cudownym wprost outro - potem The Wedding List, które równie dobrze mogłoby zagrać Roxy Music, potem The Infant Kiss, jakże spokojne i przywodzące na myśl The Man With the Child in His Eyes, czy w końcu dwa, które wymieniłem wcześniej), a są i takie, które w najlepszym razie uważam za... takie sobie (np. Blow Away, wynudziłem się szczerze). Bilans ostatecznie wypada na korzyść tej, która powinna przeprosić za męża i to, co zrobił na Bliskim Wschodzie, ale jeśli miałbym zestawić ją z Sandrą... chyba wygrywa ta ostatnia ;( Przynajmniej na razie. Myślę, że tegoroczny schyłek lata będzie dobrym czasem na zapoznanie się z całą dyskografią muzy Mentosa.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 15 lip 2022 11:31

Dev jaki stachanowiec. Może po PEWNYM czasie, ale w dobrej formie. Mój ulubiony fragment to oczywiście początek recki płyty Sandry, gdzie nie mam racji, ale w sumie mam xD

Wreszcie koniec tej kolejki, jeszcze trochę i te płyty zaczęłyby mi wychodzić bokiem, kiedy jeszcze m u s i a łbym o nich czytać później
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 15 lip 2022 11:47

No i git. Miałem bić brawa... ale to było parę tygodni temu ;( grunt że domykamy tą (a może już powinienem mówić tamtą?) kolejkę.

Dev zatem ma zielone światło na wrzucanie kolejnej płyty, no i czekamy nadal na mentosa który po prostu lubi czuć presję najwyraźniej podobnie do deva, rozwiązaniem będą po prostu krótsze deadline'y, poczujecie się jak ryby w wodzie ;)

Jutro z rana dam zielone światło już na recki bo Hien chciałby mieć z bani przed wyjazdem i to uszanuję, smoku też już przebiera nogami zatem wolę równać tempo do czołówki peletonu niż tych na końcu ;)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 15 lip 2022 12:06

Cover Placebo jest lepszy, FAKTY..
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 15 lip 2022 12:13

Old Hien Kenobi, eh...

https://youtu.be/o7A6aV-eTNk
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 15 lip 2022 14:14

Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie!
Chcieliście płyty
No to ją macie!

Moev - Yeah Whatever (Nettwerk, 1988)

https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... jrGzfNEqEM

Właściwie nawet nie wiem, od czego zacząć. Sama historia tego zespołu to jest materiał na niezbyt grubą, ale jednak książkę. Więc może postaram się przedstawić ją w pewnym skrócie, bowiem znajomość tejże jest tutaj dość kluczowa. Moev założyło na początku lat 80. dwóch kumpli - Cal Stephenson i Tom Ferris. Mieli po 19 czy tam 20 lat, trochę kasy od starych i byli fanatykami Bowiego (oraz brytyjskiej muzyki in general, jak to często wtedy było, sami mieszkali w kanadyjskim Vancouver z kolei). Zachwycał ich Kraftwerk, zachwycał ich Numan, gdzieś przeczytałem, że pod wpływem Are Friends Electric? za te w/w pieniądze od starych kupili sobie po prostym klawiszu. I założyli zespół, przy czym nie mam pojęcia, kto im wymyślił nazwę, czy zrobili to sami i kiedy dokładnie. Nie do końca jasne jest jej pochodzenie - wiele lat temu przeczytałem (na nieistniejącym już blogu), że nazwa jest przekręconym słowem Move, tylko nie wiadomo, czy przekręconym celowo (bo kiedyś był brytyjski zespół o takiej nazwie, którego część ewoluowała w ELO), czy przypadkiem (a ponoć taką informację posiadał autor bloga, że był to efekt literówki). Z kolei od jakiegoś czasu na Wiki pod hasłem "Moev" wisi informacja, że to przekształcone słowo "mauve" (i tak powinno być czytane), co generalnie oznacza "fioletowy", a tę interpretację zaproponował ich wokalista, Dean Russell, który jednakowoż dołączył do grupy dopiero w 1986 roku (a miał to powiedzieć dużo wcześniej). Mniejsza o nazwę - jest dość charakterystyczna, to trzeba im oddać. Ich twórczość zresztą też. Szkoda, że nie mieli dużo szczęścia. Ale po kolei.

A więc na samym początku Moev (Move, Mauve, jeden pies) to duet dwóch dzieciaków. Nagrywają trochę dem i ogarniają, że przydałby im się ktoś jeszcze, najlepiej na gitarę, żeby było bardziej a la Bowie niż a la Kraftwerk (z całym szacunkiem do tych ostatnich). Innymi słowy, potrzebny im był Gary do Numana. Dołącza jakiś daleki ziomek, Mark Jowett, który odegra w tej historii istotną rolę. Jowett zresztą studiuje i jednocześnie kumpluje się z lokalnym znawcą lokalnej sceny muzycznej, którym jest posiadający kontakty i adresy Terry McBride. Szast prast, i po niedługim czasie McBride zostanie managerem grupy. Wszystko jest fajnie, chłopcy robią muzykę, muzyka jest super mroczna i elektroniczna, jest i trochę Tubeway Army, i trochę Joy Division, i nawet wczesnego Human League, tylko nikt nie śpiewa (bo nikt nie umie). Zespół daje ogłoszenie w prasie, na które odpowiada lokalna dziewczyna, Madeleine Morris. Pisze jakieś mroczne wiersze, słucha ich mrocznej muzyki i stwierdza "ej, to jest w pytę! To teraz zaśpiewam swoje wiersze". I tak oto Moev zyskuje wokalistkę. Zaczynają grać po lokalnych lokalach i wybijają się na miniaturową popularność w regionie (Kanada nie jest wtedy specjalnie przyjaznym rynkiem dla takiego eksperymentatorstwa, zresztą, żeby chociaż z Toronto byli...). Doprowadza to do podpisania mikroumowy z jednym z lokalnych wydawców o nazwie Noetix. Wypuszczają jedno EP o tytule Cracked Mirror, na którym znajdują się 4 kawałki - tytułowy, M.T. M.T. N.M.E. (do dziś nie potrafię odcyfrować tego akronimu), 2.3 (mają thing na dziwne tytuły) i Obituary Column. Wszystkie 4 są... świetne. To jest naprawdę super fajny, nieco mroczny synthpop, gdzie oszczędne klawisze genialnie zgrywają się z gitarą Jowetta, a nad wszystkim góruje specyficzny, agresywny i świdrujący głos Morris. EP rozchodzi się w ładnym nakładzie, ale Noetix... bankrutuje. Grupa ląduje na ziemi bez wydawcy i pieniędzy, a tu więcej materiału jest gotowego. W Kanadzie bryndza, nic nie osiągną, więc rozbili skarbonki, spakowali sprzęt i pojechali do Wielkiego Sąsiada Na Południu. Zaczęli grać tam, gdzie mieli najbliżej, a gdzie jednocześnie było najbardziej fancy, a więc w San Francisco. Grali na tyle skutecznie, że zainteresowała się nimi kolejna wytwórnia - Go Records - i znó podpisali kontrakt. Efektem było nowe EP - Rotting Geraniums, na którym prócz tytułowego znalazł się jeszcze pół-instrumental Sunday Crisis i nowa wersja Cracked Mirror. Tym razem jednak udało się też wydać cały album, o interesującym tytule Zimmerkampf (i naprawdę fajnej okładce przedstawiającej jakiś starożytny labirynt) i jeszcze bardziej interesującej zawartości. TBH walczyłem ze sobą mocno, czy nie wrzucić tutaj właśnie tej płyty, bo jest TAK DOBRA, to raz, a dwa, że o ile zasady (o których trzeba mi było wczoraj przypomnieć lol) nie pozwalają na dublowanie wykonawców, to w przypadku Moev to nie byłoby takie oczywiste, gdyż... każda ich inkarnacja to właściwie osobny zespół. Nie będę jednak czekał na jakieś poprawki czy coś, po prostu Wam powiem - posłuchajcie, bo to jest naprawdę genialna płyta. Kiedyś Hien powiedział, że to brzmi wręcz jak coś, co mimo tego, iż powstało w latach 80. do nich w jakiś sposób nie pasuje. Że aż trudno uwierzyć w to, że w tym samym roku wydane było A Broken Frame. Nadal słucham synthpopu, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że produkował go Martin Hannett. Co więcej - Moev faktycznie kontaktowało się z Hannettem tuż przed wydaniem tego albumu i nawet wysłali im swoje dema - na co Hannett ODPISAŁ i to w tonie bardzo propsującym! Prawdopodobnie niestety przyczyny natury obiektywnej - relokacja z Kanady do UK i tym podobne przekreśliły możliwość ich współpracy. Z jednej strony szkoda, z drugiej... nie powstałoby to, co zdążyło powstać później. Tak się bowiem złożyło, że Zimmerkampf odniosło sukces na tyle duży, iż grupa mogła ruszyć w trasę (trochę po Stanach, trochę po Kanadzie). W pewnym momencie ogarnęli sobie perkusistę (chyba nawet perkusistkę?) i jeszcze jednego kogoś na parapet, po czym Madeleine Morris udzieliła komuś tam wywiadu odnośnie do zespołu i jego przyszłości, w którym na koniec powiedziała "it's Moev or death!". Iii właśnie dlatego kilka tygodni później opuściła grupę xD (dołączyła do innego obskjurowego zespołu o nazwie Family Plot, który swoją jedyną bodaj płytę wypluł 5 lat później). Moev opuścili też dodatkowi członkowie, i tak znów było tylko trio. Trio, które miało trochę nowego materiału (tylko nie miał kto śpiewać), ale niestety kontrakt z Go Records nie mógł zostać odnowiony, gdyż... wytwórnia zbankrutowała xD Trio wysyłało więc dema to tu to tam i nikt im nie odpisywał. McBride miał dosyć (a przy okazji wyleciał właśnie ze studiów), więc wpadł na specyficzny pomysł - nikt nie chce nas wydać? Sami się wydajmy (zresztą, zamysł był szerszy - McBride i Jowett kumplowali się też z muzykami ze Skinny Puppy i The Grapes of Wrath, motorem przedsięwzięcia miała być ta "trójca")! I do spółki z gitarzystą Jowettem założył Moev wytwórnię. I w ten właśnie sposób, przez zespół, o którym mało kto słyszał (chyba nawet wtedy) powstała jedna z najważniejszych wytwórni muzycznych po tamtej stronie oceanu (i nie tylko), która dała światu nie tylko wymienione wcześniej Skinny Puppy czy TGoW, ale także Sarę McLahlan, Avril Lavigne (choć tutaj wyłącznie management) czy Ladytron - powstało Nettwerk. Pierwszym ich wydawnictem było małe EP, które miało na celu utrzymanie Moev na powierzchni. EP otrzymało - a jakże - dziwny tytuł, Toulyev (nie mam pojęcia, co to oznacza), i znajdowały się na nim 3 kawałki. Nie instrumentale! No to kto śpiewał? Cal Stephenson, który stwierdził, że skoro nikt nie śpiewa, to równie dobrze może on. Tyle, że Stephenson miał... specyficzny głos. Trochę jak zgwałcona kaczka. W dodatku jego niespecjalnie budzący zaufania wygląd, to nie mogło się dobrze skończyć promocyjnie. Dodam jeszcze, że EP wyprodukował im Dave Ogilvie ze Skinny Puppy właśnie, który później dużo współpracował choćby z Nine Inch Nails. Epka niespecjalnie się sprzedawała, a zespół chyba ogarnął, że ten image generalnie ich nie sprzeda. Ogarnęli kolejną wokalistkę - Michelę Arrichiello i basistę Kelly'ego Cooka, no i zabrali się za nagrywanie kolejnego krążka. Ciekawostka jest taka, że Nettwerk miał jakieś straszne problemy z dystrybucją na samym początku, więc zespół... znów relokował się do San Francisco, gdzie ich nowe dzieło - Dusk and Desire - ukazało się w 1985 roku nakładem hip hopowej wytwórni Profile, a Nettwerk w samej Kanadzie wydał ich dopiero rok później (i to jakoś pod koniec roku). Ta obsuwa, której ewidentnie nikt nie sprawdził, miała interesujący efekt - album dla NME zrecenzował Neil Tennant z Pet Shop Boys i w tej swojej recenzji zarzucił Moev iż brzmieniowo zrzynają z Black Celebration DM xD Dusk and Desire to jednak kolejna rzecz, którą ja z chęcią polecę - płyta jest ciekawa, nieco nierówna, ale nadrabia dynamiką. Dzieje się dużo (momentami może trochę za dużo), ale o ile czasem trzeba zagryźć zęby, kiedy śpiewa Cal Stephenson (jednak nie zawsze - Sweet Nothings, a więc kawałek, który album zamyka, jest naprawdę świetny), to kiedy wchodzi Arrichiello jest naprawdę smooth. Nie było jednak dla publiczności, po trasie koncertowej zespół... znów się rozpadł i to teraz dość srogo - Jowett odstawił wiosło i postanowił w pełni zaangażować się w pracę dla Nettwerk, Arrichiello odrzuciła muzykę całkowicie, podobnie jak Stephenson, który miał "wrócić do szkoły" (cokolwiek miałoby to oznaczać). W ten oto sposób zespół został ograniczony do duetu Ferris-Cook i pozbawiony tym razem aż dwójki wokalistów. Ale mieli kontrakt (w końcu stały) z niebankrutującą (dla odmiany) wytwórnią, więc postanowili grać dalej. Do obu gości dołączył Dean Russell - koleś o osobowości mroczniejszej niż jego teksty i to, czym stała się muzyka Moev po jego wejściu na scenę. Kim był dokładnie? Trudno powiedzieć. Zważywszy na jego koniec mógł być narkomanem, mógł być osobą homoseksualną (biseksualną?), na pewno się działo, bo ładnie się to na twórczości grupy odbiło. Nowe trio dociąga jeszcze sesyjnych gitarzystę i pałkera i zabierają się za nagrywanie. Najpierw ukazuje się singiel - Wanting, potem kolejny singiel - Capital Heaven, aż w końcu album - ten, który tutaj wrzuciłem. Więc zatrzymam się na chwilę z historią, zanim przejdę dalej (bo ile można o historii pier*olić).

Moev poznałem w marcu 2012 przypadkiem. Szukałem po necie bootlegów Ultravox z tzw. czasu tranzycji, a więc tuż po odejściu Foxxa ale zaraz po dołączeniu Ure'a, gdzie jeszcze nie mieli swoich numerów (albo tylko kilka, jak np. Sleepwalk), a coś trzeba było na koncertach grać - więc grali kawałki z ery Foxxa (do których już nigdy później nie wrócili). Ure śpiewający Foxxa to musiało być ciekawe doświadczenie, dlatego szukałem. Niestety, to no avail - na blogach muzycznych (takich z linkami do serwisów typu Rapidshare, kiedy te jeszcze żyły), które odwiedziłem, linki były martwe. Za to na jednym z nich (polskim, warto zauważyć) natknąłem się właśnie na wzmiankę o Moev i ich debiucie. Zapuściłem jeden numer na YT i postanowiłem ten debiut zassać. Powoli opuszczałem mroczne czasy przełomu lat 2011/2012, szła wiosna, zespół Byłego Admina rósł w siłę, ja sobie siedziałem w domu i grałem w Stalkera słuchając właśnie tej płyty. I się zakochałem! Cudowne dzieło, co zresztą opisałem wyżej. Jednocześnie - mimo wnikliwego zapoznania się z historią zespołu na Wiki w innych dostępnych źródłach - olałem cokolwiek innego aż do lata. Dopiero jakoś w lipcu zassałem Yeah Whatever, potem follow up, czyli Head Down, na końcu Dusk and Desire, a potem to, co zdążyło się ukazać w ich najświeższym installmencie. I znów - jak z Kate Bush - nawet, jeśli nie musiałem dawać sobie kilku lat, dlaczego nie ściągnąłem tego wszystkiego wcześniej? YW to kapitalna płyta, nie jest specjalnie długa (trochę ponad pół godziny i 8 utworów), nie jest męcząca w żadnym stopniu, wreszcie nie trzeba przetrzymywać wokalu Stephensona aż wejdzie jego koleżanka, bowiem Russell ma naprawdę dobry i mocny głos. Umie go używać i jeszcze wie do czego, gdyż charakter piosenek zdecydowanie uległ zmianie. Moev nie odstawili zupełnie automatów perkusyjnych, ale żywy pałker robi tutaj kosmiczną robotę. Wszystko jest bardzo... ciężkie i momentami mechaniczne, jednocześnie nie jest to udawane ani tandetne. Wszystkiego jest dokładnie tyle, ile powinno być. Otwieracz, czyli ich pierwszy spory hit - utwór zatytułowany po prostu Yeah Whatever jest idealnie skrojony do radia. Potem nadchodzi gloryfikujące hedonistyczny tryb życia Slide, gdzie miarowo na*urwiające wejście perkusyjne pięknie nastraja na właściwy klimat albumu. Zaraz potem Wanting, którego warstwa liryczna jest niejako kontrą do Slide a muzyczna przywodzi na myśl Clan of Xymox (dodam tutaj, że Moev w istocie byli ich supportem w pewnej chwili, właśnie kiedy rolę frontmana pełnił Russell). I oto nadchodzi najbardziej znany track Kanadyjczyków - Crucify Me, instrumental naszpikowany samplami z filmu THX1138, który wyszarpał im wysokie miejsca na listach przebojów i szturmem wziął kluby (przy okazji to jest naprawdę dobry kawałek). Następnie wchodzi lekko bluźniercze (a może wcale nie?) Right Hand, które ma kapitalne przejście w politycznie niepokojące Open Mind (i ten numer swoją genialną końcówką właściwie mógłby zamykać to wydawnictwo), a całość domyka Capital Heaven. Yeah Whatever nasuwa mocne skojarzenia z industrialem i post punkiem, pokuszę się wręcz o stwierdzenie, iż tak mogliby brzmieć (po prostu z Morris na wokalu), gdyby jednak udało się z Hannettem (a ten przecież mocno lubował się w zaproponowanych tutaj rozwiązaniach). No ale się nie udało. I Hannettowi się nie udało, bo umarł na początku lat 90., o czym zapewne wiecie, i zespołowi się nie udało, o czym jeszcze nie wiecie, ale już Wam mówię.

Przede wszystkim, mimo tego, iż nowa inkarnacja faktycznie przynosiła zyski i wypełniała sale koncertowe (tym samym przynosząc więcej zysków), Nettwerk miał z nimi jakiś problem. Zespół musiał przejść na autarkię i sam sobie zbudował i wyposażył studio. Wydali na to jednak tyle forsy, że nie właściwie nie byli w stanie z niego korzystać, bo żeby mieć za co pokryć swoje koszty stałe ciągle je wynajmowali (tak np. trafiła do nich... Sarah McLachlan, której w następstwie zaproponowano chórki na ich kolejnej płycie a McBride zaproponował jej kontrakt, no i tak się potoczyło). W efekcie sami nie mieli możliwości w nim czegokolwiek nagrać xD W bólach organizacyjno-produkcyjnych powstało Head Down, które wymieniłem wyżej (płyta dobra, ale nie tak "mocna" jak Yeah Whatever), jednak na single wybrali najsłabsze utwory moim zdaniem. Kolejna trasa była trochę rozczarowaniem komercyjnym, a po drodze okazało się, że Russell jest chory na AIDS. I w trakcie prac nad nowymi trackami musiał się wycofać z muzyki w ogóle, zaś w 1994 roku zwyczajnie umarł (dobrze, że chociaż 2 płyty im się udało wspólnie nagrać a nie tylko jedną). W efekcie Cook opuścił zespół i teraz był już tylko Ferris. Ale Ferris się nie poddał (choć chwilę mu to zajęło). Być może pod wpływem wcześniejszych doświadczeń (kobiety lepiej pasują do tej muzyki), być może dlatego, że akurat była pod ręką, ale wciągnął na pozycję wokalistki swoją żonę Julię, potem udało mu się nakłonić do powrotu Cooka i - uwaga! - Stephensona, i kolejny już skład nagrał kolejne już EP - Suffer. Wydane zostało w 1999, ale już nie przez Nettwerk, bowiem bo commercial failu Head Down ci po prostu rozwiązali z Moev wszystkie podpisane umowy. Suffer jest bardziej elektroniczne od poprzednich wydawnictw, momentami ociera się wręcz o techno, przywołuje na myśl Nine Inch Nails albo Front Line Assembly, trochę Nitzer Ebb a trochę Orbital albo wręcz Aphex Twin. Jednocześnie Julie Ferris ma bardzo ładny głos, momentami może nazbyt generikowy, ale dobrze pasuje do tej muzyki (nawet, jeśli nie ma w sobie pazura Morris czy pewnego powabu Arrichiello). Ktoś mógłby pomyśleć, że na EP się nie skończy, ale na 11 lat się skończyło xD Moev dokonali pełnego zanurzenia, Cook i Stephenson odeszli już na dobre (podobnie jak przyłatany na ostatnią chwilę gitarzysta Drew Maxwell), zaś małżeństwo Ferrisów dołączyło do grupy industrialowej założonej przez niedobitki z The Grapes of Wrath o dziwacznej nazwie Lazarazu (coś mają z tymi nazwami). Wydali chyba tylko jedną, może dwie płyty, których nie idzie nigdzie dostać swoją drogą (nawet na Amazonie) i powrócili w chwale jako Moev wypuszczając w 2010 album Ventilation. Ventilation brzmi mniej techno niż Suffer, ale jest to naprawdę dobry album na którym jest może (z mojej perspektywy) jeden albo dwa zapychacze. Reszty słucha się nad wyraz przyjemnie. Akurat, kiedy latem 2012 wsiąkałem w Moev natrafiłem na tę płytę raptem 2 lata po premierze, nie czułem się więc spóźniony. A dzięki temu mogłem z niecierpliwością czekać na coś więcej, które nadeszło latem 2013, raptem rok później. Wtedy to na światło dzienne wychodzi kolejna płyta duetu - One Minute World. Niestety, nie jest tak dobra, jak poprzedniczka, ale słucha się tego całkiem przyjemnie (nawet pomijając cringe związany z tym, że jeden z lepszych numerów na płycie jest poświęcony postaci Daenerys Targaryen z Gry o Tron w sposób, który przyprawia o ból dziąseł). Ktoś mógłby pomyśleć, "ej, za chwilę przełamią złą passę i jakieś MK wyda w końcu więcej niż 2 albumy w tym samym składzie!". Otóż TAKI CH*J, od OMW nie ukazało się do dzisiaj nic, poza pojedynczymi kawałkami, gdzie każdy brzmi tak samo, wypuszczanymi co kilka miesięcy od listopada 2019. Duet ma profil na FB, czasem coś napiszą, a czasem ja im coś skomentuję. Jak np. wtedy, kiedy pochwalili się kolejnym single trackiem wypuszczonym z byle powodu a ja spytałem "hej, a kiedy album?" i dostałem odpowiedź "siedź cicho, masz single tracki to się ciesz". Well, grunt to odpowiednie public relations. Nadmienię tutaj, że grupa w socialach właściwie nie istnieje, ich strona internetowa wygląda jak coś, co mógłbym zrobić we Frontpage na zajęciach z informatyki w 2002 roku, ale nie na zaliczenie - bo nawet wtedy to gówno by go nie dostało - ale dla beki. Kanał na YT nie miał ani jednego wideo (nie, żeby nakręcili ich jakoś dużo, teledyski powstały tylko do 2 singli z Dusk and Desire, czyli Took Out the Lace i Alibis - tutaj zresztą pozwolę sobie na moment prywaty, wideo do Alibis znalazłem przypadkiem na Soulseeku lata temu i postanowiłem je zuploadować na YT. Ma już jakieś 5 tysięcy wyświetleń i kiedyś na FB zszerowali je... Moev xD W kawałku Alibis śpiewa Stephenson, a na wideo można zobaczyć jego twarz Gargamela - polecam o tu: https://www.youtube.com/watch?v=9fc1FTOPJHg - oraz do Yeah Whatever z Yeah Whatever i do Head Down z Head Down) bardzo długo, aż wrzucili baaardzo dziwne wizualki do niemal każdego kawałka z Ventilation i One Minute World. Jedyne, co wyszło w miarę zaplanowanego po tych n latach to w 2014 zapis jednego z koncertów line upu z Morris z 1982 roku (ale nie wiadomo skąd i z kiedy dokładnie), oraz... remastery własnych 2 albumów (czyli Ventilation i OMW) z potwornie chaotycznymi tracklistami (remiksy i bonusy poupychane randomowo w oficjalnym porządku). Czy wydadzą coś jeszcze? Nie wiem. Wiem tyle, że ich pierwszy wolny numer z ciągu wolnych numerów zakupił kol. Hien i potem tego żałował xD Jednocześnie kol. Hien, kiedy 10 lat temu usłyszał ode mnie tę historię, którą się teraz z Wami dzielę również zapadł się w Moev i do dziś widując się w określonych miejscach słuchamy określonych numerów (np. KICZYN FLO-OOOR) jarając się, jak byśmy słyszeli je po raz pierwszy. Moev to mimo wszystko fajny zespół i warto poznać każde ich wcielenie, nie tylko to, którego połowę zapodałem w tym wątku. Jest tego więcej i czeka na odkrycie. Zapraszam Was na tę przygodę, a zacznijcie od Russella. On sprzeda Wam ich najlepiej.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl