Best of Forum (Edycja albumowa)

Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 17 sie 2022 00:23

Moev - Yeah Whatever

1
Być może to zasługa lekko sennego nastroju, ale w trakcie odsłuchu przysypiałem (ale nie zasnąłem). Wrażenie bardzo słabe. Brzmi to jak osobliwa mieszanka Kraftwerk, Depeche Mode i czegoś wynikającego z zasłuchania się w muzyce Sylviana. Numery przepływają przez uszy znacznie gorzej niż u Birdy czy Gang Starr. Perkusja niewyrobiena, zakalczywa. Wokalista niespecjalnie różnicuje sposób śpiewania w poszczególnych utworach. Słuchane przeze mnie parę dni wcześniej jedyne Yeah Whatever uważam za najlepsze, na pewno najbardziej wyróżnia się melodia wokalu. Reszta mniej lub bardziej podobna do siebie, przy takim instrumentarium niemrawa. Regularne pochody szeptania, mruczenia, takiego ni to śpiewu, ni to mamrotania niższym głosem. Jeden numer ewidentnie brzmi jak odrzut z Electric Cafe, przez wspomnianą wyżej perkusję udziela mi się silne skojarzenie z Music For The Masses. Słuchając takiej muzy dochodzę do wniosku, że polscy wykonawcy epoki transformacji mieli ogromnego pecha. Brutal, Jauntix, Mefis, wszyscy ci, którzy mimo szerszych ambicji i tak brzmieli jak disco polo - wyprodukowani tak jak Moev mieliby szansę się przebić. Jeden z kawałków w pierwszej połowie płyty brzmiał jakby żywcem wyjęty z Doliny płaczu Jauntix (The Sentencing), tj. jak kwadratowy midi rock z dość przeciętną kompozycją. Na gorszych słuchawkach klawisze pewnie nie do rozróżnienia czy to efekt roboty Kanadyjczyków czy gości z Wieliczki. Moev ma przewagę brzmienia, bo aż takim plastikiem nie zajeżdża. Wanting było tym momentem decydującym. Jak na razie nie ma szans na pozytywną opinię. Okropnie przedłużone świadectwo braku pomysłu i kreatywności. Pomyłka. Gdzie czasy The Advisory Circle?

2
Lepszy sprzęt, lekko zmęczony, ale daję spokojnie kolejną szansę. Tytułowy opener dalej niemrawy, ładnym momentem jest fragment z wyśpiewanym tytułem, ten refren zdecydowanie dominuje. Slide ma discopolowe klawisze, co akurat tym razem traktuję jako wadę. Razem z tymi posępnymi głosami i memłanym wokalem efekt porażający. Pierwszy raz wraca do głowy myśl z poprzedniego odsłuchu o alternatywnej rzeczywistości z lepszą produkcją u niszowych kasetowych polskich zespołów z tego okresu. Wokalista ma momenty, w których jeszcze dodatkowo dokręca śrubę. Śpiewając mocniej wypada jeszcze gorzej. W ogóle trochę przypomina Wildera xD To refleksja, która przychodzi do głowy pod koniec kawałka. Sentencing. Zaczyna się jak typowy numer Tangerine Dream z tamtego czasu wyprodukowany pod film klasy C. Niemożliwie żenujący start wokalny xD Gdy wokale zanikają wchodzą dodatkowo mandarynkopodobne sekwencje, jak do tej pory najciekawszy aranż! Może i tylko w pierwszej minucie, bo potem wjeżdża Jauntix i słabiutka melodyjka klawiszowa, ale jednak. Typie, przestań imitować zwierzęta. Szeroka paleta dźwięków charczących, srających, mruczących. Niskobudżetowy mrok, ale wychodzi na to, że z ambicjami. W takiej sytuacji o dramat nie trudno. Całość kończy się na wysokości trzeciej minuty, bo potem nijakie przejście do kolejnej powtórki. Estetyczne sekwencje z końcówki spokojnie mogłyby lecieć przez pięć minut z dowolnymi efektami i wyszłoby ciekawiej. Nawet mógłby sobie postękać, ale jego wokale trzeba by potraktować jak sample i wrzucić z mniejszą częstotliwością powtarzania się. Wanting. Interesujący start. Znowu przyjemne sekwencje. Rozwija się znośnie, ale tutaj zabójcza jest klapa od kibla i generalnie zapychanie przestrzeni drewnianą perkusją. Gdzieś w połowie zaczynają jechać tutaj na autopilocie, nieznośne powtórki, bo nie są to najbardziej angażujące i porywające zagrywki. O, to Crucify Me brzmiało mi wczoraj jak odrzut z Electric Cafe. Podtrzymuję to skojarzenie. Brzmieniowe drewno, ale rozłożone przestrzennie W MIARĘ daje radę. Bas brzmi kiepsko, a coś tam się dzieje. Tu najlepiej brzmią syntezatorki, choć całość złożona jest w baardzo dziwny sposób. Do wejścia synthów znowu byłem sceptyczny, szło ku dobremu, ale wokale pozbawiają złudzeń. Niee, to za duży śmietnik. Right Hand of God ma najbardziej satysfakcjonujące flow. Popisy śpiewaka pozostawiam już bez komentarza. W Open Mind coś się perkusiście rytm rozjeżdża. Najlepiej zapowiadający się kawałek mieli w pył wiadomo kto, a mógł z tego wyjść interesujący instrumental w stylu tych depeszowych z późnych ejtisów. Na tę dość krótką płytę składa się również Capital Heaven.

3
Nie mam sentymentu do takiego brzmienia. Vibe się kompletnie nie udziela. Jest tu stanowczo za dużo pogłosu, bas tonie w we wszystkich pozostałych elementach, którym zaaplikowano śmiertelną dawkę delaya. Żaden numer mnie nie zaskoczył na plus. Najbliżej był Open Mind, ale też z czasem zaczął zmierzać donikąd. Drobiazgowa perkusja pod koniec budzi pusty śmiech. Traktowanie tej płyty nieironicznie byłoby marnowaniem czasu. Gdyby moi koledzy spróbowali grać i wyszłoby im coś podobnego to byłbym bardziej życzliwy. Tylko związki osobiste mogłyby wpłynąć na lepszy odbiór Yeah Whatever. Ten pierwszy utwór przesłuchany w pojedynkę parę dni wcześniej był fałszywą zapowiedzią, a po bliższym przysłuchaniu okazał się wydmuszką. Po Signs of Life przyszła pora na jeszcze gorszą płytę, szkoda...
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 sie 2022 08:03

Moev - Yeah Whatever

To jedna z płyt w tej kolejce których byłem szczerze ciekaw. Niby opisywana jest jako elektronika/industrial ale mi szczerze mówiąc różne inne wpływy wpadły w ucho, najpierw ogólnie pojęty post-punk a potem skojarzenia miałem trochę gotyckie z jakimś Killing Joke czy Sisters of Mercy. Produkcja na płycie a w sumie głównie brzmienie perkusji jest strasznie tekturowe i płaskie. Najlepiej pobrzmiewa bas (Yeah, Whatever/Right Hand of God) i chwilami ciekawie gitara elektryczna (Wanting). Po pierwszych odsłuchach miałem naprawdę dużą ochotę strashować ten album podobnie jak Dragon. Ale wczoraj coś chwyciło, najpierw zaczęło za mną chodzić Yeah, Whatever więc katowałem dalej i kolejne numery powoli odkrywałem jak mapę w grze RPG. Right Hand of God w sumie z miejsca mnie wzięło bo basik pięknie gra a klimat numeru nie jest ejtisowy a bardziej kojarzy mi się z jakimś 90sowym alt rockiem czy metalem nawet (Primus albo i Pantera czy Megadeth, będę miał taki basowy metalowy vibe ale to później w mojej bestce utworów). Zdziwiło mnie jak Dragon wyskoczył z tym Kraftwerkiem odnośnie Crucify Me ale potem usłyszałem w czym rzecz i faktycznie brzmi jak czysta inspiracja w tym bicie, synthach i samplach wokalnych. Specyficzny to numer i śmieszne że to był niby hicik z tej płyty bo brzmi dość szkieletowo. W Wanting jak mówiłem spoko neworderowa gitarrra ale ogólnie mam poczucie że Panowie nie umieli chwytliwych refrenów pisać, w sumie piosenek też xD no są nieszablonowe trochę jakby albo po prostu mało chwytliwe. Open Mind wczoraj mi pięknie zaczęło wchodzić i to obecnie mój faworyt z tej płyty, jest po prostu mhocznym złowrogim kawałkiem xD lubię te "lodowate" syntezatorowe dzwoneczki, przerysowany gotyk taki w tym, no i jeszcze jest takie napieprzanie w jakaś przeszkadzajkę jakby albo to rimshot jest, kojarzy mi się z tym nawaleniem w talerze z albumu Long Fin Killie. Na końcu Capital Heaven które faktycznie wykazuje inspirę jakimś EBM jakby, te wszystkie zimne mroczne wajby mieszają się w różnych proporcjach na tej płycie (post-punk, gotyk, zimna fala, industrial, ebm). Najmniej na ten moment mogę napisać o Slide i The Sentencing, może tyle że ten drugi wydaje mi się zbyt rozwleczony ale one jeszcze mogą dojrzewać. Posiedziałbym nad tym i napisał może więcej ale Hienałke ma czelność poganiać mnie w moim własnym temacie (może zwyczajnie odwdzięcza się za moje ciśnięcie w bestce utworowej xd).

Podsumowując jest faktycznie tak jak munlup pisał, ta płyta emanuje chłodnym klimatem pod różnymi postaciami i jako taki zimny soundtraczek nawet w miarę działa, niemniej pod kątem muzycznym czy songwriterskim jest dość słaba. Zamysł był niezły ale wykonanie gorsze. Może jeszcze trochę nad nią posiedzę i będzie dojrzewać, w którymś momencie sprawdzę pewnie ten debiut zachwalany przez deva jako fajny wczesny synthpop. Ocena końcowa: troszkę na tak a troszkę yeah, whatever xD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 21 sie 2022 20:15

Moev - Yeah Whatever

Jest niedziela wieczór. Wróciłem dziś nad ranem z W*rszawy, której może i nadal nienawidzę, ale w której spędziłem bardzo przyjemny wieczór na trzydziestych urodzinach serdecznego kumpla - jeśli tak ma wyglądać ta słynna STAROŚĆ, to ja w sumie się nie mogę jej doczekać, bo rzadko kiedy się tak dobrze bawiłem. Nie wiem co was to niby obchodzi, ale wychodzę z założenia, że to i tak małe miki w porównaniu z ilością informacji, jakie przekazał dev w swoim notce. xd
W sumie mógłbym tu wam zdać relację z tej wizyty, z wizyty na OFFie, albo podrzucić wam przepis na placki ziemnaczane, bo mogę tu napisać praktycznie tożsamo, co piszę o prawie wszystkich wynalazkach musiala z ejtisów. Czyli klasycznie - fajny sound, nijakie kompozycje. To jest muzyka, którą bardzo przyjemnie jest sobie puścić w tle, która jest fajnym soundtrackiem do jakichś tam czynności czy tam robienia niczego, ale nie wiem - za cholerę nie angażuje. Trochę mam takie wrażenie jakbym słuchał piosenek z soundtracku do jakiegoś taniego filmu, gdzie twórców nie było stać na prawdziwe zespoły, więc poprosił znajomych o nagranie czegoś, co będzie przypominać jakiś gotycki post-punk czy inne coś tam z ejtisów. No i tak wiecie - niby na pierwszy rzut ucha wszystko jest tu okej, na drugi niby też, ale w praktyce to całość po prostu nie wywołuje żadnych emocji. Taka poprawność łamana na nijakość.
Czuję się tu trochę jak student, który traktuje egzamin na zasadzie zakuć, zdać, zapomnieć i tak pewnie będzie z tą płytą. Nie jest nawet nudna, po prostu wiem, że raczej do niej sam z siebie za tego życia nie wrócę. Ot, i taki ze mnie ejtisowiec.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 sie 2022 21:49

No i pięknie. Tym spektakularnym złomowaniem zakończyliśmy omawianie Moev, trzeba przyznać że konsensus w sprawie tego albumu był naprawdę spory, ja niemniej pewnie wrócę do niej jak będę miał ochotę na taki vibe i może dorzucę jakieś Sisters of Mercy sobie wtedy.

Dev jeśli ma ochotę może swoje trzy grosze wtrącić a póki co możemy nareszcie przejść do ostatniego albumu tej wakacyjnej rundy czyli The Dark Side of the Moon grupy Pink Floyd.
mintaj pisze:
15 lip 2022 17:58
Pewnie nie

Pink Floyd - Dark Side of Moon

Bawimy się w te obie bestki szmat czasu, przez ten rok zdołałem w obu zabawach wrzucić VOX, Papa Dance, czy Swans, ale jakoś tak unikałem Pink Floyd i niedawno zacząłem się zastanawiać jakim, u licha, cudem się to stało. Wszak to jeden z zespołów, od którego zacząłem poważniejsze słuchanie muzyki i jeden z tych, który w moim topie życia plasuje się wysoko i gdybym miał wybrać takie swoje top 5 wykonawców życia na bezludną wyspę czy coś to nie byłoby opcji, abym ich nie zmieścił. Wyjaśnienie jest raczej proste: w bestce albumowej po prostu nie zdążyłem przez relatywnie wolne tempo zabawy, a w utworowej - nie potrafiłem zdecydować się na jedną tylko rzecz. Nawet nie chodzi o to, że oni nagrali tyyyle dobrych piosenek, tylko po prostu jakoś tak lepiej mi się ich przyswaja płytami, a nie utworami.
Być może da się odnaleźć ciut zabawnym fakt, że wybrałem akurat tę płytę, a nie jakieś Obscured by Clouds czy nie wiem co tam lubią flojdowi hipsterzy. Pewnie da się, ale nic nie poradzę, że PF od ściany włącznie to bardziej solowy projekt tego, kto akurat miał do tej nazwy w danym czasie prawa, a Barretowskie - mimo iż świetne - nie jest dla mnie aż tak dobre, nie mówiąc o takich pierdoletach jak poznanie tego zespołu na początku muzycznej edukacji i takie tam oczywistości. W kwestii tego zespołu jestem maksymalnym normikiem i lubię najbardziej te płyty, który uchodzą za najpopularniejsze i nic wam na to nie poradzę. xD
O zawartości muzycznej ciężko mi napisać, bo napisano o niej WSZYSTKO i pewnie zrobiono to jeszcze długo przed tym, zanim pojawiłem się na tym łez padole - włącznie z tym, że On the run to było pierwsze techno w historii oraz tym, że całość to tak naprawdę soundtrack do Czarnoksiężnika z krainy Oz. Ja w każdym razie tylko napiszę, że po prostu znaleźć się tu musiała, bo mało której płyty słuchałem w swoim życiu tak często - tutaj znowu piję do tego, że niepotrzebnie wywalałem swoje konta na lascie, bo pewnie w samym 2010 to słuchałem tego albumu z jakieś 30 razy i pewnie wtedy byłbym w stanie odtworzyć On the run na grzebieniu tudzież wykonać The Great Gig in the Sky prawie tak samo dobrze jak Clare Tory. Może polecę tu patosem, ale to dla mnie kompletna płyta, świetnie zagrana, zaaranżowana i wyprodukowana tak, że powinna stać w Sevres pod Paryżem jako wzór albumu kompletnego - idealnie skrojonego pod względem produkcji, aranżacji, piosenek, nawet lirycznie.
Zaczynam gadać jak wychowany na Trójce, ale trudno, muszę z tym żyć. xD To płyta kompletna, słuchałem jej godzinami jeszcze w czasach empetrójek i empeczwórek, pewnie gdybym lata przed wkręceniem się w muzykę nie trafił na śmiesznych studenciaków, dzięki którym zakodowałem sobie, że Pink Floyd to największy zespół w kosmosie jest i basta, przez co parę lat później zostałem ich fanbojem, to byłbym teraz innym człowiekiem z innym gustem - i pewnie bym wylądował o wiele gorzej, bo bym do dziś jarał się Swans. Zakończę klasycznym powiedzeniem: kto nie zna, ten tromba, chociaż jeśli ktoś taki się tu uchowa - to niech przestanie czytać te wypierdy i idzie nadrabiać zaległości.

Z partyjnym pozdrowieniem!

https://www.youtube.com/playlist?list=P ... 526ChwgWKy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 21 sie 2022 22:17

Szybkie podsumowanko. Muszę przyznać, że jestem nieco... zaskoczony xD wahałem się do ostatniej chwili, czy nie wrzucić jednak Zimmerkampf (przeszło mi też przez głowę Head Down, a więc druga płyta z Russellem, która jest bardziej hmm zaplanowana, mniej jednowymiarowa i zdecydowanie "melodyjniejsza"), i teraz trochę żałuję xD nie spodziewałem się aż takiego roastu, w sumie tylko shodan dał w miarę pozytywną reckę (Hiena nie liczę, bo znał ich wcześniej przeze mnie), ale też się rzecz jasna nie obruszam z tego powodu. Każdemu wedle jego potrzeb (muzycznych), z drugiej strony dzięki Waszemu spojrzeniu zacząłem zauważać pewne techniczne mankamenty albumu (albo zauważałem je wcześniej, ale decydowałem się je ignorować). Jedyne, czego totalnie nie kupuję, to skojarzenia z Kraftwerk u niektórych. Całkowicie tego nie kupuję. Mam nadzieję, że kolejna bardziej Wam przypasuje jednakowoż ^^
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 22 sie 2022 06:47

Skojarzenia z Kraftwerk to jedynie Crucify Me, które gdyby nie te wokale serio mogłoby uchodzić za odrzut z Electric Cafe bo i rytmy i synthy mają taki vibe
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 22 sie 2022 12:43

Pink Floyd - The Dark Side of the Moon

Z takimi płytami jest zawsze największy problem. Chodzi mi o albumy, które są obciążone tak ciężką legendą, że trudno jest nabrać do tego dystansu, nawet, a może zwłaszcza, jeśli się ich nie słyszało wcześniej. Mierzenie się z takimi płytami jest dla mnie zawsze poważny wyzwaniem, bo często ten prejz wydaje się po pierwszym przesłuchaniu przesadzony. Na tym forum, chyba kolega Dev jest królem „nie rozumiem fenomenu” i na tym w sumie polega problem, że się fenomenu nie rozumie, zanim zdąży się wykonać jakiś trud w kierunku zrozumienia. Wkurwiają mnie recenzje na jakichś hipsta stronach o muzyce, w których ludzie pastwią się nad klasykami sprzed 40 lat, traktując je jakby wyszły wczoraj. Czasami, lepiej dla tych albumów byłoby gdyby tego brzemienia legendy nie miały. Ja, staram się zawsze słuchać muzyki z odpowiednim szacunkiem, nie dając się omamić łatkom, ale też próbując zrozumieć skąd taki, a nie inny status się wziął. Inny problemem jaki stwarzają takie dzieła, jest to, że nawet jeśli się je lubi i ceni, to w pewnym momencie zaczyna się ich słuchać na auto-pilocie, nie pamiętając już nawet za co się je tak lubiło. W końcu to klasyka, ona jest dobra i tyle. Ale czemu? Czy w ogóle kiedykolwiek miało się opinię o „Dark Side of the Moon”, czy po prostu z zasady uznawało się jego wielkość? Z czasem to się zaciera i już nie wiadomo, co tak naprawdę w tym było takie wyjątkowe i czy można to odkryć po tylu latach od premiery, czy po prostu pierwszego odsłuchu.

„Dark Side of the Moon” słuchałem pierwszy raz nie pamiętam kiedy, na pewno jako dziecko. Potem, kiedy stałem się świadomym fanem Pink Floyd, słuchałem wiedząc za co kocham ten zespół. Po latach, album koszmarnie mi spowszedniał i nie miałem już ochoty go słuchać, bo po prostu miałem wrażenie, że tam nie da się już nic więcej odkryć, że ta płyta została już tak rozszarpana analizami, że wylatuje drugim uchem. Faktycznie, wylatywała.

W takich sytuacjach, czymś sobie trzeba płytę odczarować, tylko czym? To już indywidualna sprawa. Dla mnie czymś takim był „early mix” z 1972 r., wydany w ramach boxa Immersion w 2011 roku. Pamiętam jak jechałem pociągiem, jednego mroźnego poranka, pewnej zimnej zimy, i słuchałem tego miksu po raz pierwszy (last robi mnie trochę w siusiaka, ale biorę poprawkę, że wtedy często słuchałem muzyki z mptrójki, bez dostępu do internetu). Miałem wrażenie, że słucham tej płyty pierwszy raz. Niby różnice były subtelne, ale dla kogoś kto znał album na pamięć, wystarczająco wyraźne i zmieniające obraz całości. Nawet te fragmenty, które brzmiały podobnie, udało mi się w pełni usłyszeć na nowo. Nic nie wylatywało drugim uchem. To doświadczenie, pozwoliło mi przewartościować moją opinię na temat tej płyty, pokochać „Dark Side” na nowo, dojść do tego co mi się w niej podoba i chyba po raz pierwszy, w pełni zrozumieć dlaczego jest to jeden z najbardziej szanowanych i kochanych albumów w historii muzyki.

Niemniej, Mentos nie robi raczej PF przysługi wrzucając ich do naszej zabawy. Kto wie, może się mylę?

Moja przygoda z tym albumem jest długa, udekorowana jeszcze wykonaniami z dwóch koncertów Gilmoura (opening set Speak/Breathe/Time w 2006 r, ostatni ever koncert Wrighta przed śmiercią + Money/Us&Them/Time w 2016 r.). Przez te lata, słuchałem tej płyty w różnych wersjach koncertowych Pink Floyd, w różnych aranżacjach, itd. Siadam sobie teraz, próbując to wszystko z głowy wyrzucić i podejść najbardziej świeżo, jak mogę. Nie słuchałem tego w całości od prawie 10 lat, więc będzie grubo.

Darcie mordy w „Speak to me” i już się czuję jak w domu, wracają do mnie te odsłuchy i chwile sprzed lat. „Breathe” to kawałek, który przez pierwsze lata poznawania PF, traktowałem trochę po macoszemu,. Chyba po Live8, dotarła do mnie jego moc i teraz, po latach, jest to mój ulubiony utwór z płyty. Prosty, muzycznie utwór, który czaruje akordami i tekstem oraz wokalami Gilmoura i Wrighta. Pamiętam jaką prostotą uderzyły mnie wczesne wykonania live z 1972 r., jak mało trzeba kiedy szkielet piosenki jest tak dobry. „Breathe” na albumie brzmi jakby mógł zostać nagrany na setkę. Pink Floyd nie bawili się w tu jakieś typowo progresywne, w przesadny sposób gęste aranżacje. Niczego ten utwór przez lata nie stracił.

„On The Run” to taka ciekawostka, która w 73 roku, robiła większe wrażenie niż dziś. Pierwotnie, w tym miejscu znajdowała się bardziej konwencjonalna rockowa kompozycja instrumentalna „Travel Sequence” (tak to wykonywali na żywo w 1972 r.), ale w rezultacie zabaw w studiu, powstał ten bazujący na sekwenserze kawałek. Szanuję „On The Run” i pamiętam, że na koncertach PF, z projekcjami i innymi pierdami, było to fajne interludium. Jako część konceptu również szanuję i bardzo lubię słuchać, ale poza albumem do tego nie wracam, podejrzewam, że mało kto to robi.

O „Time” można powiedzieć to samo, co o „Breathe”, to doskonale dopełniające się utwory. Takie rzeczy jak intro z „zegarem”, nie robią już teraz takiego (a nawet żadnego) wrażenia, ale sama piosenka już tak. Tekst o upływie czasu, trafił do mnie oczywiście dopiero po latach, w sumie to teraz trafia bardziej niż kiedykolwiek. Uderza mnie tu też geniusz miksu, jak klarowny jest ten kawałek, jak nic tu sobie nie przeszkadza. Powracającego na końcu „Breathe”, przez długi czas nie rejestrowałem. Te utwory tak płynnie przechodzą jeden w drugi, że tego zwyczajnie nie czuć. Piękna klamra, pięknej sekwencji utworów. Nawet gdyby album tu się kończył, już by był wielki.

„The Great Gig in the Sky”, powiem szczerze, aż sam się dziwię, że tak mi się podoba biorąc pod uwagę jaką formę przyjmuje ten numer, ale widać tak to jest z genialnymi kompozycjami, że można im dużo wybaczyć. To był taki popisowy numer Ricka Wrighta i pamiętam jak sobie to trochę januszowo puściłem z winyla, kiedy dotarła do mnie informacja w 2008 r., że Wright zmarł.
Te momenty na chwilę przed wejściem perkusji i wokalu, mnie mega rozczulają. A potem już klasyka, bardzo podniosła chwila na tej płycie. Nie chce mi się marnować czasu na peany względem Clare Torry, o tym napisano już całe książki, ale żadne słowa nie zastąpią wrażeń jakie ta kobieta serwuje w „Great Gig”. No nie ma co kłapać ryjem na ten temat.

„Money”, dobry kawałek, który lubię, ale nie wracam do niego już zbyt często. To stereo intro było niezłym osiągnięciem w tamtych czasach, ojciec mi opowiadał jakie to wrażenie na ludziach robiło. Z tego co wiem, to oni musieli to ręcznie układać, klejąc taśmę, wyobrażacie sobie? Pamiętam takie zabawne uproszczenie krążące w środowisku prog, że o ile King Crimson byli od jazzu, to Pink Floyd byli od bluesa. No i mamy tego bluesa w Money i o ile jest to oręż dwuesieczny, to ja kupuję takiego bluesa. Dicka Parry’ego na saksofonie tym bardziej. Miałem okazję zobaczyć tego człowieka grającego na żywo z Gilmourem w 2006 r. (akurat nie kawałki z Dark Side, ale tez spoko), teraz do mnie dopiero dociera jakiego ja miałem farta, że tam byłem. Wykorzystam moment na ciekawą trivię. W 1981 r., PF wydali mini best of pt.: „The Collection of Great Dance Songs”. Pojawił się problem, bo brytyjska wytwórnia nie chciała dać licencji na wykorzystanie „Money” w wydaniu amerykańskim w/w bestki. To wyskoczyło na ostatnią chwilę i jedynym sposobem żeby to obejść, było nagranie utworu na nowo. Problem w tym, że nikt z Pink Floyd nie był wtedy osiągalny oprócz Davida Gilmoura, który pojechał do studia i sam nagrał wszystko (wokal, gitary, bas i perkusję) z wyjątkiem saksofonu, który ponownie dostarczył Dick Parry. Ta wersja jest zabawna, zwłaszcza drętwa perkusja zdradza, że nie grał na niej Nick Mason. No, w każdym razie, zacząłem, że nie wracam do numeru, a teraz zastanawiam się czemu tego nie robię.

„Us and Them” to jeden z moich ulubionych utworów na płycie. Ok, może te harmonie wokalne są trochę zbyt ciężkie w „refrenie”, ale to jest niewielki szczegół. Wszystko tu się pięknie składa, delikatny hammond w tle, który płynie niczym rzeka (jezu jakie tanie skojarzenie, sorry), skromne, nieprzesadzone solówki Parry’ego, wokal Gilmoura. Piękny kawałek, który odkryłem na nowo podczas słuchania wspomnianej na początku, wczesnej wersji albumu, gdzie „Us and Them” jest jeszcze bardziej minimalistyczne. Nie no, jak słyszę teraz głos Gilmoura to się zastanawiam, skąd się ten gosć wziął, z kosmosu? Już takich nie produkują.

„Any Colour You Like” to instrumentalna koda poprzedniego utworu, typowy zabieg na prog płytach, zwłaszcza koncepcyjnych. Wracają motywy z „Breathe” tylko tym razem opatrzone solówką na klawiszach. To ma sens jako cześć muzycznego, ale poza odsłuchami albumu nie wracam do niego. Najładniejszy w tym kawałku jest tytuł.

No i na końcu duet „Brain Damage” i „Eclipse”, którego nigdy nie potrafiłem rozdzielić i chyba nawet się średnio da. „Brain Damage” pojedynczo, jest całkiem spoko kawałkiem, Waters fajnie tu recytuje, muzycznie ładnie uchwycono ten lekki obłęd, o którym na „Dark Side” się prawi, itd.
„Eclipse” to takie jakby teatralne zakończenie, ostatnie hurra, wiecie, cała obsada wychodzi na scenę i śpiewa to zakończenie, po czym się kłania i kurtyna opada, jak w musicalu. Moze to się już trochę zestarzało, ale jednocześnie ma ten urok, którego nikt nie próbuje lub po prostu nie może w żaden nowoczesny sposób oddać.

Podsumowując, ten album zdecydowanie lepiej funkcjonuje jako całość niż jako kolekcja piosenek, co jest stwierdzeniem z rodziny „no shit”, no ale taki „no shit” album Mentos zapodał. Jest tu sporo utworów, które świetnie sprawdzają się w podróży przez album, ale wyjęte z kontekstu, nie specjalnie się bronią. Oczywiście, nie wypada takiej płyty jak „Dark Side” kroić na kawałki, ale po tylu latach, nie zawsze mam ochotę wracać do całości. Ostatecznie nie mogę jednak pierdoIlić tu o tym, że coś się nie broni poza albumem, bo ta płyta powstała jako płyta, a nie kolekcja piosenek. Oczywiście pewne rzeczy tu bronią się solo bardziej od innych, ale serio, właśnie dlatego trzeba uniakać jakichś współczesnych recenzji „Dark Side”, bo ludzie już nie wiedzą o czym pisać (bo wszystko zostało napisane) i zaczynają się szarpać z takimi rzeczami jak w/w. Srał to pies.

Mogę sobie tylko wyobrażać jakie wrażenie robiła ta płyta w 1973 r., czy jak jeszcze większe wrażenie robiło na ludziach, kiedy oni grali całość w 1972 r. na koncertach, a ludzie nie wiedzieli co jest grane. Potem ci ludzie zabijali się o bootlegi z tych występów, zanim jeszcze samo „Dark Side” wyszło oficjalnie. Potem wszyscy gnali żeby za ostatnie gorsze kupić winyla i w domu przeżywać tę legendarną już płytę. Takich wrażeń już dziś nie możemy doświadczyć. Wiadomo, są tacy, którzy oldschooolowo nie odpalają zajawek albumów na yt, nie słuchają singli, lecą w dniu premiery do sklepu i włączają w domu like it’s 70’s, ale moim zdaniem to i tak nie jest już to samo. Można udawać, ale to tylko udawanie, a świat się zmienił i kręci się pięć razy szybciej. I w sumie ładnie to koresponduje z tym, o czym ten album opowiada. Obie strony księżyca są czarne, a my wcale nie jesteśmy mądrzejsi niż 50 lat temu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 22 sie 2022 12:51

Hien brał lekcje u Dejwa ze ściany tekstu, ja jeszcze symbolicznie dam sobie dzisiaj drugi raz Dark Side, a potem rzucę swoją
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 22 sie 2022 13:01

Sam jestem zaskoczony, ze miałem tyle do napisania o tej płycie. Widać, wyszedł ze mnie floydhead, którym myślałem, że już nie jestem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 22 sie 2022 14:50

Ja nie jestem floydheadem, choć byłem blisko pozostania takowym, więc u mnie nie będzie ściany tekstu. Za to sporo osobistych refleksji.

Różowy Pretty Boy Floyd - Ciemna Strona Mocy

Jeśli chodzi o twórczość zespołów będących szeroko uważanymi za KULTOWE i PIONIERSKIE w tych konkretnych kierunkach i rozwiązaniach muzycznych, które na dodatek stanowią LEGENDĘ w świecie muzyki ogółem, to zawsze się pilnowałem z ocenami, gdyż można się naciąć rozmawiając z niewłaściwymi osobami (albo paradoksalnie właściwymi) lub stosując niewłaściwą argumentację xD w moim liceum było aż nadto ludzi fapujących srogo do "klasyków" rocka, a więc różne Led Zeppeliny, Uriah Heepy, Judas Priesty no i oczywiście Pink Floyd, a jakże. Choćby z tego powodu trzymałem się z daleka (to plus ejtisy), jednak siłą rzeczy słuchając paru najbardziej znanych numerów z jednej przyczyny - mój stary był kiedyś wręcz psychofanem PF. Swego czasu miał większość ich albumów na winylu (choć były to jakieś piraty), ale rzecz jasna największą czcią i estymą darzył właśnie ten. Nasłuchałem się o nim więcej, niż bym chciał, do tego stopnia, że zanim go poznałem już miałem go dość. Długo dzieciakiem będąc myślałem, że Another Brick in the Wall jest właśnie tam swoją drogą xD nigdy nie byłem specjalnie lotny. Lata mijały mi na fascynacji DM i ejtisami, a rodzice zaczęli na średni wiek odpływać w stronę radiowej papki pozbawionej ducha (choć nie zawsze i nie we wszystkim). Tak to sobie trwało, aż do... lata 2008, kiedy to - jak już wspomniałem w bestce równoległej - przestawałem powoli gnić w swoich nazbyt konkretnych i wąskich muzycznych kręgach zainteresowań. Przy okazji wielkich porządków w mieszkaniu odnaleziony został stary gramofon ojca, który - jak się okazało - wciąż działał. Po dokompletowaniu wzmacniacza i kolumn zaniosłem go do siebie do pokoju i postanowiłem również przetrzepać tatową kolekcję winyli. Czego tam nie było! Michael Jackson, Budka Suflera, Pet Shop Boys, Perfect, Madonna i Obywatel G.C. No i oczywiście Floydzi. Dark Side of the Moon stało się, z ogólnego polecenia, pierwszą ich płytą, jaką odsłuchałem w całości. Był wrzesień 2008, chwilę po powrocie ze Szklarskiej, miałem wtedy fazę na zostanie takim podręcznikowym wręcz członkiem muzbawki z super klasycznym muzbawkowym bingo zrobionym w tydzień. Właściwie nie wiem, czemu tak było dokładnie, po prostu siedząc w swoim pokoju, przy biurku z fancy herbatą i grającym w tle gramofonem czułem się taki kur*a dystyngowany. Dość powiedzieć, że zaraz miałem zacząć STUDIOWAĆ PRAWO, więc byłem o krok od stania się pretensjonalnym dupkiem, na szczęście do tego jednak nie doszło. Doszło za to do zachwytu Ciemną Stroną.

Pierwszy kompletny odsłuch już zrobił na mnie gigantyczne wrażenie, to było coś zupełnie niepodobnego do tego, czego słuchałem wcześniej. Jest bluesowo, jest rockowo jest... progowo, a wcześniej jeśli o takie rzeczy chodzi (w pewym uproszczeniu) miałem styczność właściwie wyłącznie z Genesis (z własnej woli, ma się rozumieć). Muzyka płynie przez całą płytę w jednej niemal sekwencji, przez co na samym początku miałem problem z wracaniem do pojedynczych ścieżek niejako "wyrwanych z kontekstu" pełnego obrazu. Zastanawiam się, czemu długo też myślałem, że to jest generalnie ostrzejsze gitarowe granie, podczas gdy z wejścia atakuje mnie Breathe, które ciągnie się niemal zupełnie leniwie. Brzmienie gitar i sposób śpiewu przywodzą mi na myśl ELO. On the Run (poza tym, że dzieli tytuł z wydanym sporo później przecież numerem ELO właśnie, który też jest super) stanowi srogie eksperymentatorstwo, które kojarzy mi się z jednym numerem Louiego Austena w ogóle, a że ja byłem zawsze fanem takich dźwięków wskoczył mi do głowy od razu - i tutaj wycieczka w stronę Hiena, ja akurat do tego kawałka wracać lubię xD Time i The Great Gig in the Sky to pierwsze rzeczy na płycie dające mi progiem w twarz (no, ja to tak widziałem), ale w niczym im to nie ujmowało. Może ten drugi się nieco dłużył, za to Time należy do moich ulubionych utworów z tego krążka. Brzmienie zegara plus podejście perkusyjne razem są naprawdę świetne, ale najlepsze dopiero przede mną - to Money, zresztą najbardziej ukochany kawałek moich rodziców. Chant Gilmoura zapadł mi w głowie od pierwszego momentu, intro jest absolutnie kapitalne (nie miałem pojęcia, w jaki sposób to było nagrywane trololo), do tego ten sax. Złoto, i akurat przechodzi w mój drugi ulubiony z albumu, a więc Us and Them. Mógłbym tutaj walnąć laurkę, ale naprawdę Kuba napisał już wszystko, co ja z reguły piszę w takich sytuacjach używając podobnych słów. Więc ja krótko - to jest zaje*iste i hui. Reverb na wokalu, sposób, w jaki muzyka się rozkręca, coda... Any Colour You Like jest właściwie tym samym w większych ilościach, Brain Damage wraca nieco do bluesowego klimatu z początku stanowiąc doskonałą klamrę dzieła poprzez płynne wejście w Eclipse. Bez kozery mogę powiedzieć, że choć nie wracam do DSotM jakoś bardzo często, to jest to jeden z moich ulubionych albumów w ogóle. Naprawdę lubię tego słuchać, lubię Floydów - choć nie do przesady - i też potrzebowałem chyba trochę czasu, by móc to powiedzieć całkiem... normalnie (trochę casus Bee Gees, że niby siara tego słuchać i w ogóle... za długo polegałem na opiniach innych, w dodatku głównie tych, których opinie nie mają żadnego znaczenia). Cieszę się z tej wrzuty, Mentos się zna.

Jednocześnie nigdy wielkim fanbojem PF nie zostałem, oczywiście, po Dark Side of the Moon poleciały kolejne, Wish You Were Here, Animals, w końcu obejrzałem całe The Wall (zrobiło to na moim 19-letnim, ograniczonym mózgu srogie wrażenie), a potem pod wpływem pewnego ziomka z Warszawy sięgnąłem po same początki, bo stręczono mi postać Barretta. To kupiłem mniej niż Barretta solo (nawet planuję jeden jego kawałek wrzucić w bestkę utworową), który jednak wydawał mi się ciekawszą personą od Gilmoura czy Watersa, który podobno prywatnie jest zresztą strasznym bucem. Podobne wsparcie "underdogów" co przy okazji Briana Jonesa (jaki cyrk wybuchł w mediach, jak PsychicTV zrobili poświęcony mu numer), ale wynikało to z mojej niewiedzy wówczas bardziej niż z czegokolwiek innego. Mało ogarniałem, że na dobrą sprawę obaj odeszli z obydwu zespołów sami odpieprzając wcześniej srogie maniany. Wracając do Floydów, cisnąłem trochę, ale zawsze coś kradło moją uwagę po drodze - np. Stan Ridgway późniejszą jesienią, albo wielki revival wszystkiego ELO, co znałem, bo szykowałem się do koncertów, potem miałem nawrót fazy na elektronikę, całe Radiohead... nie wszedłem więc w buciory Klasycznego Muzbawkowicza (kto wie, czy teraz zamiast TAC zapodawałbym Wam Westa, Beatlesów albo inne tego typu guano), z czego się koniec końców cieszę, choć efektem ubocznym było wygaszenie mojego zainteresowania Gilmourem, Watersem, Masonem etc. na kilka lat. Kiedy w 2014 PF będący już właściwie duetem wypuścili The Endless River, wraz z bratem postanowiliśmy zakupić album ojcu na święta. Ucieszył się bardzo, słuchał non stop przez jakiś miesiąc, po czym stwierdził, że no fajne, ale GDZIE JEST MOJE PRAWDZIWE PINK FLOYD, SKOŃCZYLI SIĘ NA THE WALL A TAK NAPRAWDĘ NA UMMAGUMMA A TAK NAPRAWDĘ ZANIM BARRETT W OGÓLE WSZEDŁ DO STUDIA. Było trochę pieprzenia a la Wychowani Na Trójce, i prawdę mówiąc to właśnie ono pchnęło mnie do odpalenia tej płyty xD ale wówczas nie zaskoczyło, dopiero jesienią 2019 w ramach wymianki ja-Hien, zarzucił mi tym albumem i powiedział "słuchaj całość". I słuchałem całości. I kupiło mnie bardziej. Ale faktem jest, że DSotM przebić nie przebije już nic. All hail to the classic! Mentos - CZIRS!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 22 sie 2022 15:00

devotional pisze:
22 sie 2022 14:50
Reverb na wokalu,
Delay* xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 22 sie 2022 15:03

Wiem, walnąłem się xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 22 sie 2022 22:33

Pink Floyd - Dark Side of the Moon

Zaskoczeń Mentosa ciąg dalszy. Poza Violatorem to pierwsza płyta spośród wszystkich do tej pory rzuconych, którą fizycznie posiadam. Z Floydów mam jeszcze tylko Wish You Were Here. Nie odpalam jej zbyt często, niespecjalnie jest na czym i teraz to już w ogóle nie ma kiedy. We Wrocławiu do takich celów starcza mi leciwe, mocno doświadczone wiekiem radio. PF raczej bym sobie nie przywiózł, a przyczyny tego pewnie gdzieś między wierszami wyjdą same. Nigdy nie byłem wielkim fanem tego zespołu. Z drugiej strony mam za sobą pełną dyskografię PF, przynajmniej te studyjne rzeczy (Obscured by Clouds też). Ślady tego zainteresowania tkwią w moim rodzinnym domu. Moje biurko od lat pełni funkcję małego artystycznego magazynu. To miejsce dla płyt, gadżetów związanych z Depeche Mode, różnych mniejszych lub większych wydawnictw (kartonowe single DM, kopertowe wydanie WYWH, ogromny Monument). Wśród nich odnajduję parę numerów Lizarda, konkretnie trzy. Najstarszy, o numerze 28, ma na okładce pryzmat taki jak na Dark Side of the Moon właśnie. Okazja? 45-lecie płyty. Dostała tutaj dwadzieścia stron, na które składają się dwa artykuły. Moim zdaniem to dość dużo. BTW jest też recenzja krakowskiego koncertu Depeche Mode z ostatniej trasy.

Dzisiaj Lizarda w życiu bym nie kupił. 2018 rok to był ostatni dobry rok na takie ekscesy. Czas fascynacji progresyfem dobiegał końca. Blogi zajmujące się tą muzyką straciły w moich oczach to wszystko co tylko mogły, zamieniając się w miejsce dla pseudointelektualnych bzdur trujących dobrą muzykę. Frontalne uderzenie setek elektronicznych, queerowych, absolutnie wywrotowych dla mnie światów wisiało już w powietrzu. Mimo to musiałem dokończyć sprawę Pink Floyd. Do 2018 roku były tylko Dark Side, Wish You i Animals. Po skończeniu liceum już znałem wszystko. Potem zainteresowanie tym zespołem kompletnie zgasło. Zaczęło się, a jakże, od całej lawiny zachwytów, nieznośnie przesłodzonych opinii. Młody człowiek wobec tego zderza się z Another Brick in the Wall właśnie jak ze ścianą. O co tu krwa chodzi? Legendarne, wybitne, przełomowe... ale gdzie? Co? Jak? Dopóki nie spróbowałem czegoś innego to ta myśl ciągle mi towarzyszyła. The Wall do reszty obrzydziła mi moja ulubiona nauczycielka historii w liceum, nazywając tę płytę jedną z najważniejszych w historii. Po latach i cierpliwych odsłuchach istnieje dla mnie tylko duet Hey You / Is There Anybody Out There. Another Brick... to jedyna rzecz Floydów, jaką kojarzę z radia, z telewizji, z głębokiego dzieciństwa. W gimnazjum sięgając po najróżniejsze wymyślne rzeczy pomyślałem sobie, że warto się zmierzyć z tymi hasłami, dać szansę. A nawet jeśli mózg mi wyjdzie uszami to co? W szkole nie miałem znajomych zasłuchanych w progrocku. Nigdy nie dorobiłem się internetowych znajomości opierających się (początkowo oczywiście) na miłości do tego typu muzyki. Totalnie obca ziemia.

Dark Side of the Moon zawsze będzie na drugim miejscu, jeśli nie na trzecim, biorąc pod uwagę samo Echoes. To już się nie zmieni, bo było wiele dobrych doświadczeń z WYWH, a Echoes reprezentuje to co w muzyce lubię najbardziej, czyli przede wszystkim mistrzowsko poprowadzone emocje, niezbyt gwałtownie zmieniającą się atmosferę, dobrze wszyty niepokój. Mimo to Dark Side ma u mnie wysokie notowania, nawet bardzo wysokie. Czemu? Trzeba się przyjrzeć dokładniej. Intro nigdy nie robiło na mnie wrażenia, co innego od razu wskakujące w pełnej krasie Breathe. Dostaje tyle czasu ile trzeba. Klimat lekkiego poderwania się do lotu w kosmos podtrzymują klawisze i słodko brzmiące gitary. Lekko dziadziusiowy głos Gilmoura jest do przyjęcia, bo dostaje odpowiednią melodię, nie ma żadnego zgrzytu. Pierwsze wielkie wrażenie robiło na mnie zawsze to gwałtowne zerwanie i ucieczka w rozimprowizowaną, elektroniczną furię w On the Run. Dawniej było dla mnie czymś aż za bardzo, ale teraz wszystko jest ok. Odrobina elektroniki i nie ma problemu, wiadomo. Przy pierwszym odsłuchu byłem obeznany w klasyce Tangerine Dream, ale i tak analogowe pstryki i sekwencje działają do dziś. Do gwałtownego budzika w Time musiałem się przyzwyczaić, po latach już mnie nie wytrąca z pionu. Człowiek się przyzwyczaja, a przez to traci to poczucie doświadczania czegoś pierwszy raz. Dzisiaj mogę powtórzyć za Hienem - w czasie wydania musiało robić ogromne wrażenie, teraz można to odbierać jak ot zabawę w sampling, ale z odpowiednim kontekstem idzie to docenić jako pewną wyraźną wartość. Time to moja ulubiona rzecz z pierwszej strony. Klimatyczne drugie intro zbudowane na analogowym pierdzie, perkusyjnych ozdobnikach - cała ta energia narasta, a bogactwo aranżu jej nie przygniata. W zwrotkach wszystko się porządkuje, zostają tylko bas, klawisze. Dzisiaj drażnią mnie trochę te babcine chórki, no ale cóż, tego typu rzeczy będą mnie z czasem skutecznie coraz bardziej odciągać od ich muzyki, tak jakby sam Waters tego nie robił na The Wall i Final Cut. Great Gig in the Sky przestał mnie grzać jako element całości i numer sam w sobie. Zbudowany w porządku, ale zawsze za długi. Albo po prostu nie mam nigdy vibe'u na ten utwór. Nie, może raz czy dwa te wokale mnie gdzieś wzniosły. Dziś doceniam ich techniczny walor, ale całość odbieram jak zapychacz. Dobry zapychacz, elegancka klamra, nic poza tym.

Te odsłuchy ostatnie - wczorajszy, dzisiejszy - już bez żadnej specjalnej otoczki, uniesień, ale z szacunkiem dla tej muzyki dzielę sobie to tak jak po bożemu na winylu było to wydane. Po Great Gig in the Sky chwila przerwy i jazda dalej, a zaczyna się znowu dobrze. Time, Money, Breathe - to są najlepsze rzeczy z Dark Side i to właściwie się nie zmieniło od samego początku. Nie czuję bluesa, więc w muzyce Pink Floyd też go nie wyłapię, choć może nawet i ja coś tam w tych dźwiękach takiego specyficznego, a bluesowego słyszę xD Na pewno miałem mózg na ścianie jak się dowiedziałem, jak wesołe metrum ma Money, a jak zgrabnie ten utwór brzmi. Całość stoi na basie, delikatna struktura jak na takiego rytmicznego zakalca, ale w odpowiednim momencie wchodzi gitarowe solo i nie ma zgrzytu. Te zaśpiewy też najbardziej do zapamiętania. O Us and Them zawsze zapominam xD Też dobry, ma w sobie to pływające flow, ale bez rytmicznego bujania bez przesady. Być może wpływ na moją małą demencję mają te momenty większej ekspresji. Wskakują te bogu ducha winne kobiety i robi się nie do zniesienia. Co innego Any Colour You Like, do tego pływającego tła dochodzi zamaszysty analog, eleganckie zagrywki gitarowe i znowu jest bardzo dobrze, bo trochę lżej. Tutaj jest ten moment, kiedy coś po latach bardziej doceniam. Brain Damage i Eclipse przy reszcie to jak takie bardzo ozdobne napisy końcowe. W przypadku tego pierwszego chórki mi nie przeszkadzają, do Watersa tutaj lepiej pasują. Odbywa mają w sobie przemycony tytuł płyty, trudno je jakoś odbierać osobno. Drugi to już jest zakończenie pełną gębą, te gitary, organy, rzewny wokal, wszystko ma w sobie taki ulotny klimat. Sprawdza się to do dziś.

Na pewno dobrze, że Mentos wrzucił Floydów tak, a nie próbował coś z Dark Side wybrać i gdzieś po drodze przemycić. Lubię tę płytę za spójność, charakterne melodie, przyjemne tła w wielu miejscach. Nie jest to już najświeższe brzmienie momentami, ale wobec kilku naprawdę mocnych kompozycji idzie przymknąć na to ucho. Słuchając jej wracam do licealnych lat, parę rzeczy się odświeża w głowie. Na pewno nie będzie gwałtownych powrotów. Ale gdy już się zdarzają to pełną parą. Ten wieczór już stał pod znakiem Pink Floyd, nie wiem, czy sobie jeszcze dam Wish You Were Here, chyba musi być trochę posępniej, ale i tak to była satysfakcjonująca wycieczka. That's all folks
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 22 sie 2022 23:26

Nie wiem, czy istnieje osoba, która słuchała The Wall za młodu i się nie odbiła po pierwszym razie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 22 sie 2022 23:37

Postawiłbym dychę, że Piotr Stelmach
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 22 sie 2022 23:43

Tylko pojebaIo mu się, że to Black Market Music.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 23 sie 2022 07:53

Hien pisze:
22 sie 2022 23:26
Nie wiem, czy istnieje osoba, która słuchała The Wall za młodu i się nie odbiła po pierwszym razie.
Ale film zarąbisty właśnie jak się ma te kilkanaście lat, bo później to już taki trochę... Wiecie....
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 sie 2022 07:55

Pink Floyd - The Dark Side of the Moon

Muzykę PF znam raczej dość pobieżnie, najpierw jakieś pojedyncze numery czyli kojarzone przed laty Another Brick In The Wall, potem jakiś klip do Money z VH1, One of These Days poznane dzięki depeszom, jakiś album, do Dark Side też kiedyś robiłem podchody pamiętam ale wiem że wówczas odstraszyło mnie rozczłonkowanie tej płyty a może raczej ten podział na numery które brzmiały radiowo i inne niczym przerywniki czasem (to był chyba jeszcze czas kiedy nie doceniałem też skitów na rapowych albumach). Powrotu do tej płyty ciekaw bylem zatem mocno.

Album otwiera króciótkie intro w formie Speak To Me i nawet trudno cokolwiek o nim powiedzieć, może jakbym słuchał tego bardzo głośno usłyszałbym coś ciekawego w tle. Breathe dopiero na dobre otwiera album i jest to otwarcie bardzo przyjemne, ciepłe i leniwe. Ten numer brzmi tak jakbym go doskonale znał, jakby był właśnie tym brzmieniem z jakim kojarzę ten zespół i może wynika to z mojej znajomości innej płyty tego zespołu. Kolejne On The Run to szalony lot przez kosmos a może trochę nawet lot do innego świata (coś jak Cooper spadający z Czarnej Chaty w Twin Peaks s3). W sumie prosta rzecz wywodząca się z tych zespołów progressive electronic jak Tangerine Dream właśnie ale tutaj w tej niewielkiej dawce jako trochę przerywnik działa bardzo dobrze. Time brutalnie wyrywa słuchacza z tego elektronicznego transu w zamian serwując swój własny nieco mroczny perkusyjny trans na wejściu zanim wejdzie w tryb radiowo piosenkowy. Floydzi umieją w fajny groove to trzeba im oddać więc Murzyn cieszy japę a jak dochodzi gitarowe łojenie jest już bardzo spoko. Wokale też naprawdę fajne. Kurczę lubię mocno ten "biały groove" jaki tu grają, jak te klawisze miodzio brzmią, będą takie numery się przewijać też w mojej bestce utworów a i może pewien album w swoim czasie. Stronę A wieńczy sielskie brzmienie The Great Gig In The Sky które po chwili buja się, maszyna podkręca moc, wokale przewodzą całej pięknej orkiestrze, to doprawdy brzmi jak jakiś cudny koncert na niebie i tak jak w przyrodzie po krótkiej intensywnej burzy przychodzi wyciszenie, kapitalne zamknięcie strony.

Przechodzimy do strony B która - nie będę ukrywał - pierwsza mnie kupiła i już po drugim odsłuchu wciągnąłem ją od A do Z z zachwytem. Money znałem wcześniej gdzieś z telewizji i o ile mnie pamięć nie myli ten numer chyba pogrywał w Pro Evo 6. Znam i lubię od zawsze, bardziej bluesowo ale kocham te bluesowe klawisze, bas leci jak trzeba, dziarski kawałek, saks jest wiśnią na torcie. Może nie kojarzyłem jedynie tego żywszego napieprzania w drugiej połowie bo w klipie możliwe że nie było, w grze też nie wiem czy była pełna wersja numeru. Po tej gitarowej eksplozji wracamy do bardziej sennych klimatów za sprawą Us and Them. Ciepełko, DELAY (też nie umiem rozróżnić tych wszystkich efektów) na wokalu faktycznie fajny, saksofon fajnie pogrywa i zalatuje to plastikowym soulem Bowiego - a właściwie odwrotnie, on chyba zainspirował się takimi numerami jak te, w każdym razie jest pięknie. Any Colour You Like baaaardzo lubię i ja akurat możliwe że będę czasem nawet pojedynczo do niego wracał bardziej niż do reszty płyty, jest groove i czarowanie na klawiszach, cudna gitara, miód miód MIÓD się wylewa z głośników, to jest numer który mógłbym wrzucić do bestki utworowej ale go nie wrzucę bo właśnie go spaliłem xD w każdym razie taki personal favourite of mine, mam w głowie szufladkę na tego typu numery. Brain Damage to przekornie lekki kawałek o trudnej tematyce, takie trochę "wszyscy mamy źle w głowach" ale na dużo wyższym poziomie, bardzo fajny. Całość wieńczy Eclipse brzmiący faktycznie jak napisy końcowe, dość teatralnie, jak zakończenie musicalu. Spektakl się kończy, kurtyna opada a widz potrzebuje chwili by pozbierać szczękę z podłogi.

Fenomenalny album, trochę aż mi głupio że potrzebowałem forum dm żeby rzetelnie go przesłuchać ale dzięki temu z drugiej strony mamy kolejny sukces tego tematu. To jest spektakularne 10/10 bez dwóch zdań i dla takich albumów miło jest uczestniczyć w tej grze. Płyta do której z pewnością niejeden raz będę wracał, którą będę chciał kupić i trzymać na najwyższej półce z moimi albumami z bestki. Tak jak napisał Hien - słuchać jako całość - jedyna słuszna droga dla takiej muzyki i tak samo przed laty nauczyłem się tego z muzyką elektroniczną/ambientem, to muzyka nastawiona na inny format i w nim się odnajdująca. Pink Floyd ma brzmienie, nieważne czy grają gitarowego bluesa, kosmiczną elektronikę czy balladę, jakość tego brzmienia spaja wszystko jak cement.

Ave mentos, kłaniam się i dziękuję.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 23 sie 2022 08:47

Mentos łatwa kasa w tej grze xD
mintaj pisze:
23 sie 2022 07:53
Hien pisze:
22 sie 2022 23:26
Nie wiem, czy istnieje osoba, która słuchała The Wall za młodu i się nie odbiła po pierwszym razie.
Ale film zarąbisty właśnie jak się ma te kilkanaście lat, bo później to już taki trochę... Wiecie....

W sumie nie wiem z czego to wynika. Pewnie z tego, że za dzieciaka, wszystko co dziwne i nietypowe, robi większe wrażenie. Byłem w 2010 na Watersa Wallu koncertowym, to było chyba najlepsze Wall experience jakie miałem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 23 sie 2022 09:59

Nie wiem, ja raczej teraz filmowego The Wall nie byłbym w stanie obejrzeć bez ciarek wstydu
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA