Best of Forum II
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
I to następnym.
Odbiór Main title dokładnie taki, jaki przewidziałem. Kto Alieny zna i lubi, to docenia. Kto Alienów nie zna, to wypowiada się dosyć kurtuazyjnie. No ale w sumie nie ma się czemu dziwić. To zupełnie zrozumiałe, że "znawca" tematu słyszy to zupełnie inaczej.
Ja jestem bardziej zdziwiony, że tak wielu z Was w ogóle nie zna tej sagi lub prawie nie zna.
Odbiór Main title dokładnie taki, jaki przewidziałem. Kto Alieny zna i lubi, to docenia. Kto Alienów nie zna, to wypowiada się dosyć kurtuazyjnie. No ale w sumie nie ma się czemu dziwić. To zupełnie zrozumiałe, że "znawca" tematu słyszy to zupełnie inaczej.
Ja jestem bardziej zdziwiony, że tak wielu z Was w ogóle nie zna tej sagi lub prawie nie zna.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Też się zdziwiłem, ale wychodzi na to, że ludzie generalnie leją na sci-fi.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wyobraź sobie shodan że niektorzy nawet nie mają ochoty tych filmów poznawać 
Dobra, lecim dalej z utworami.
Miał ten gościu tu być, później powiedziałem sobie A PO CH*J a ostatecznie na ostatnią chwilę podmieniam tylko numer, edytuję opis i wrzucam żeby mieć to z głowy.
Nas - Undying Love
(1999)
Czas najwyższy pozamykać pewne sprawy i w bestkach "pożegnać" mojego ulubionego rapera. Wrzesień/jesień to pora z jaką najbardziej kojarzy mi się mój ulubiony jego album czyli I Am. Czemu tak się stało w ogóle - album znałem kawał czasu ale jakoś pewnego razu zdaje się jesienią właśnie wygrzebałem z szafki starszego brata pisma o hip hopie The Source i w jednej z nich była publikacja na temat tej płyty i poszczególnych numerów o których opowiadał Nas, był to pretekst do fajnego powrotu i jakoś wtedy się zakochałem w niej. Historię powstawania płyty opisywałem już w temacie o hip hopie więc nie będę tego dublował, odsyłam zainteresowanych. Długo bardzo zastanawiałem się jaki jeden kawałek Nasa mógłbym umieścić w bestce utworowej, mając tak rozległą dyskografię bardzo trudno coś wybrać, zwłaszcza kiedy chciałoby się zadowolić siebie i słuchaczy, sprzedać coś taką wrzutką, zarazić czymś co się kocha. Nie można mieć wszystkiego, wybierając coś zawsze będę żałował że nie postawiłem na to drugie, ostatecznie wybieram numer bardziej nastrojowy, jeden z tych bardziej melancholijnych i pasujących mi do klimatu jesieni (jeden z kilku na albumie) i taki który dobrze odda talent Nasa do barwnego opowiadania różnych historii z najdrobniejszymi detalami.
Będę rozpływał się w egzaltacji, trudno, wielkim poetą Nas dla mnie jest, pisarzem zdolnym a może i wręcz malarzem przy tym bo operując słowami maluje te obrazy jak żywe. Za to go uwielbiam i taki właśnie jest ten kawałek, bardzo filmowy, jednak fabuły nie będę Wam spoilerował. Opowiedziana historia jest co prawda fikcyjna jednakże mówi o pewnej życiowej sytuacji która mogła przydarzyć się każdemu (choć może niekoniecznie musiała mieć identyczne konsekwencje). Podrzucam oczywiście klip z tekstem, kto anglojęzyczny ten powinien przekaz zrozumieć myślę. Swoją drogą może to nawet idealny numer by temat Nasa zamknąć w bestkach i żebym mógł spokojnie skupić się na różnych innych pojedynczych strzałach.
https://youtu.be/3dhlboTlFMg
Dobra, lecim dalej z utworami.
Miał ten gościu tu być, później powiedziałem sobie A PO CH*J a ostatecznie na ostatnią chwilę podmieniam tylko numer, edytuję opis i wrzucam żeby mieć to z głowy.
Nas - Undying Love
(1999)
Czas najwyższy pozamykać pewne sprawy i w bestkach "pożegnać" mojego ulubionego rapera. Wrzesień/jesień to pora z jaką najbardziej kojarzy mi się mój ulubiony jego album czyli I Am. Czemu tak się stało w ogóle - album znałem kawał czasu ale jakoś pewnego razu zdaje się jesienią właśnie wygrzebałem z szafki starszego brata pisma o hip hopie The Source i w jednej z nich była publikacja na temat tej płyty i poszczególnych numerów o których opowiadał Nas, był to pretekst do fajnego powrotu i jakoś wtedy się zakochałem w niej. Historię powstawania płyty opisywałem już w temacie o hip hopie więc nie będę tego dublował, odsyłam zainteresowanych. Długo bardzo zastanawiałem się jaki jeden kawałek Nasa mógłbym umieścić w bestce utworowej, mając tak rozległą dyskografię bardzo trudno coś wybrać, zwłaszcza kiedy chciałoby się zadowolić siebie i słuchaczy, sprzedać coś taką wrzutką, zarazić czymś co się kocha. Nie można mieć wszystkiego, wybierając coś zawsze będę żałował że nie postawiłem na to drugie, ostatecznie wybieram numer bardziej nastrojowy, jeden z tych bardziej melancholijnych i pasujących mi do klimatu jesieni (jeden z kilku na albumie) i taki który dobrze odda talent Nasa do barwnego opowiadania różnych historii z najdrobniejszymi detalami.
Będę rozpływał się w egzaltacji, trudno, wielkim poetą Nas dla mnie jest, pisarzem zdolnym a może i wręcz malarzem przy tym bo operując słowami maluje te obrazy jak żywe. Za to go uwielbiam i taki właśnie jest ten kawałek, bardzo filmowy, jednak fabuły nie będę Wam spoilerował. Opowiedziana historia jest co prawda fikcyjna jednakże mówi o pewnej życiowej sytuacji która mogła przydarzyć się każdemu (choć może niekoniecznie musiała mieć identyczne konsekwencje). Podrzucam oczywiście klip z tekstem, kto anglojęzyczny ten powinien przekaz zrozumieć myślę. Swoją drogą może to nawet idealny numer by temat Nasa zamknąć w bestkach i żebym mógł spokojnie skupić się na różnych innych pojedynczych strzałach.
https://youtu.be/3dhlboTlFMg
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
No to lecimy!
Ultravox - Slip Away (rok wydania 1977, rok pierwszego odsłuchu 2005)
https://www.youtube.com/watch?v=CWhkqvn ... avox-Topic
Jest koniec sierpnia/początek września 2005. Rozpoczyna się powoli moja wielka i piękna przygoda ze starą muzyką - głównie ejtisami, zgadza się, ale nie tylko. Oczywiście szaleję na tym forum, szaleję na forum80s, generalnie jest w pytę. Gdy wszyscy wokół zachwycają się na zmianę Green Day i Sylver (w zależności od pochodzenia klasowego), ja odkrywam wspaniałe rzeczy, wiele z nich słyszę po raz pierwszy. Właśnie zaczynam pierwszą klasę ogólniaka, wróciłem z fajnego obozu, na którym poznałem kilka bardzo interesujących osób (z dwiema z nich utrzymuję kontakt po dziś dzień), spędziłem pierwsze wczasy za granicą. Od roku mam internet, więc korzystając ze wspomnianych już gdzieś wcześniej linków do YouSendIt i (rzadziej jeszcze) RapidShare zasysam każdy niemal kawałek, jak wyląduje na którymś z w/w forów. Bartini montuje skrzynkę na O2 dla devotees (z tym, że wtedy wszystko nazywało się jeszcze Everything Counts), na którą wrzuca całe płyty różnych wykonawców (tak poznaję Paraszuty i Disintegration), ja zaczynam tworzyć zręby swojej biblioteki muzycznej, która będzie się w końcu składała z czegoś innego, niż tylko Depeche Mode i Simple Minds. Po raz pierwszy świadomie słucham I Ran A Flock of Seagulls (które myliłem z Pale Shelter Tears for Fears, nie pytajcie jak). Poznaję wspomniane TFF, Talk Talk, China Crisis, Monaco, Jeana-Michela Jarre'a (pomógł bardzo słynny koncert na 25-lecie podpisania Porozumień Sierpniowych w Stoczni Gdańskiej; btw, do dziś pamiętam absurdalne przemówienie Leszke Śmieszke, który czytał wszystko z kilkunastu kartek), Duran Duran, Visage, Camouflage, ale też np. Client czy Gore'a solo (z jakichś powodów na 13 lat odwracam się plecami do Heaven 17 i The Smiths). W przemysłowych ilościach zasłuchuję się w New Order. Jednocześnie zaraz premiera nowego krążka DM i nowego od Simple Minds (wjedzie tu w pewnym momencie w bestce albumowej). No i oczywiście inny gigant ejtisów wpada w moje uszy - Ultravox właśnie. Ktoś mi wrzuca Dancing With Tears in My Eyes, oczywiście kawałek ten znam niemal na pamięć z radia i MTV Classic. Ktoś inny zapodaje Love's A Great Adventure, i nagle przypominam sobie numer, który wprost kochałem w dzieciństwie. Potem wlatuje Hymn, The Thin Wall, Vienna, jestem zachwycony. Co za dźwięki, co za aranżacje, co za głos Ure'a, co za new wave z prawdziwego zdarzenia! Na forum80s w wątku poświęconym słynnemu kwartetowi ktoś wrzuca link do numeru, który wrzucam Wam ja. Zasysam, autor pisze, że to wczesna inkarnacja zespołu i na pewno mało kto to zna. Odpalam, zaczyna się ciekawie, faktycznie bardziej hmm punkowo? I wchodzi wokal. Ale co jest? To nie Ure chyba? Czy mógłby mu się aż tak głos zmienić? Jakby, wtf? Robię jakiś biedny internetowy risercz i odkrywam, że frontmanem grupy na samym początku wcale nie był Ure. Ba! Ure nawet tej grupy nie założył. Zrobił to Dennis Leigh, czyli John Foxx. Historii pakować Wam w tego posta nie będę, albowiem mieliście okazję o niej poczytać przy okazji wrzuconego przeze mnie wiosną Interplay. W telegraficznym skrócie - Foxx zmontował Ultravox! (jeszcze z wykrzyknikiem, żeby nawiązać do Neu!) jako punkowy installment, takie było założenie, które jednak ewoluowało w trakcie. Pierwszy krążek - z którego pochodzi moja wrzutka - wyprodukował im Eno, w którym Foxx zaczął się zasłuchiwać i kiedy dodatkowo okazało się, że ich skrzypek (miał być ciekawy punk, nie drugie Sex Pistols) umie w parapety, zorganizowali sobie kilka synthów i zaczęli powoli modyfikować brzmienie. Czy stali się synthpopem? Właściwie to nie, choć ich ostatnia płyta razem, Systems of Romance z 1978, którą wyprodukował słynny Conny Plank została przez Eno określona pierwszym prawdziwie synthpopowym albumem (nie wiem, co Eno w niej takiego słyszał, że pozwolił sobie na tego typu stwierdzenie. Choć krążek jest oczywiście super). Po SoR Foxx stwierdził, że nie potrzebuje już grupy do robienia tego, co on chce robić i odszedł, żeby podbijać świat (a przynajmniej Wielką Brytanię) muzyką robioną wyłącznie na syntezatorach (ciekawostką jest, że na ostatniej płycie The Maths, czyli Howl z 2020 roku gościnnie wystąpił Robin Simon, który był gitarzystą pierwszej inkarnacji Ultravoxu). Osierocony band przez przypadek wpadł na Ure'a, który sam szukał zespołu (a to wszystko dzięki Visage lol). Reszta jest historią. Wracając!
Zasysam, słucham, i... jaram się. To o tyle dziwne, że wtedy - poza drobnymi wyjątkami - mam niby alergię na takie rzeczy. Jakiś tam klawisz w tle jest, ale brzmi to jak bardziej upopowiony post punk, a nie nowa fala (huia się znam wtedy jeszcze i nie wiem, że na początku nawet określeń punk i new wave używano wymiennie). A jednak... nie posiadałem wtedy empetrójki, a mój telefon to był Siemens A52, na szczęście był discman z funkcją czytania MP3. Na sidikach wypalałem kosmiczne ilości rzeczy, a kiedy kilka miesięcy później kumpel pokazał mi GoldWave nauczyłem się zmniejszać im drastycznie poziom kbps by ważyły tak niewiele, jak tylko się da, co by upchnąć ich jeszcze więcej. Miałem specjalną playlistę, na którą Slip Away wleciało bardzo szybko. Słuchałem, słuchałem, słuchałem, skończyć nie mogłem. Postawiłem ten numer na równi z Dancing albo The Voice, uważałem, że to świetne wejście w późniejszą tak dobrą karierę, bowiem są to rzeczy, które brzmią tak kompletnie inaczej od tego, co później wystrzeliło ich w kosmos w całym zachodnim (i nie tylko przecież) świecie. Na samym samym swoim początku poznawałem głównie pojedyncze kawałki, gdyż nie miałem innego wyboru - byłem więźniem wrzutek na serwisy hostingowe, które miały wyjątkowo nędzny transfer i powalone ograniczenia dot. rozmiaru wrzucanych plików. Nie umiałem jeszcze w P2P (Soulseeka przyjaciółka pokazała mi w grudniu tamtego roku dopiero), poza BearShare, gdzie też latały tylko pojedyncze numery. Jednocześnie sprawia to, że na tamte czasy patrzę z wyjątkową nostalgią. Gdyby istniały już streamingi, każdy numer kiedykolwiek nagrany pod koniec lat 70. czy przez cały czas trwania lat 80. miałbym na wyciągnięcie ręki. Nie byłoby całej tej magii związanej z odkrywaniem czegoś kawałek po kawałku. Istnieje zasadnicza różnica między odpalaniem związków romantycznych od łóżka a chodzeniem na wyczekiwane randki i powolnym, stopniowym poznawaniem siebie. Możliwe, że w tej chwili srogo romantyzuję tamten czas (dałbym się wtedy pewnie pokroić za Spotify), no i przemawia przeze mnie nostalgia, ale naprawdę patrzę nań z pewnym wzruszeniem. Ultravox! dołożył cegiełkę - kawałek jest naprawdę świetny, dynamiczny, melodia wokalu z jakiegoś powodu przywodzi mi na myśl Neila Sedakę albo Del Shannona, w każdym razie ciągnie klasycznym rock'n'rollem, Currie odwala fajne rzeczy na pianinie, Cross męczy bass, Cann zręcznie tłucze w gary. Foxx wyrzuca z siebie słowa tekstu niby w jakimś wodewilu, raz ciszej, raz głośniej, przez moment prawie mówi, no miodzio. Po - bądź co bądź - dość "rozrywkowej" głównej części utworu nadchodzi niepokojąca coda, która zamyka go we wspaniały sposób. Sami zresztą zobaczycie. Po kilkudziesięciu odsłuchach zapragnąłem poznać się z resztą płyty, no ale kurde, jak to zrobić? Głupio mi było pisać do osób wrzucających, żeby zapodały coś jeszcze, bo nie umiem w internety. Okazja natrafiła się sama, przez ten sam wątek - wleciały jeszcze My Sex i I Want to Be a Machine. Odpaliłem, odsłuchałem iii... byłem rozczarowany. Magia trochę prysła. Niby spoko, ale to jednak nie to, do cholery, gdzie moje New Europeans, oddawać mi "klasyczne" brzmienie, tego jednak nie chcę. Minęło wiele lat, nim w pełni doceniłem wszystkie 3 pierwsze krążki zespołu z czasów Foxxa. Foxx solo nie czekał z kolei długo - zaintrygowała mnie jego postać, a wkrótce po Slip Away ten sam typ wrzucił w wątku poświęconym Foxxowi utwór The Garden z jego drugiej solowej płyty... resztę historii już znacie. Jak to powiedział Hien, Foxx pierdnie do mikrofonu, puści to przez tysiąc delayów, weźmie na featy Robina Guthrie i Steve'a Jansena, pomruczy jakieś zaklęcia po łacinie i kupię to pierwszy. Ultravox... Pamiętam ich wielki powrót w 2012 roku, który był dla mnie wyjątkowym rozczarowaniem. Koło niestety można wynaleźć tylko raz. Ale po co koło, kiedy jest nostalgia? Patrzę sobie wstecz i I slip away...
Ultravox - Slip Away (rok wydania 1977, rok pierwszego odsłuchu 2005)
https://www.youtube.com/watch?v=CWhkqvn ... avox-Topic
Jest koniec sierpnia/początek września 2005. Rozpoczyna się powoli moja wielka i piękna przygoda ze starą muzyką - głównie ejtisami, zgadza się, ale nie tylko. Oczywiście szaleję na tym forum, szaleję na forum80s, generalnie jest w pytę. Gdy wszyscy wokół zachwycają się na zmianę Green Day i Sylver (w zależności od pochodzenia klasowego), ja odkrywam wspaniałe rzeczy, wiele z nich słyszę po raz pierwszy. Właśnie zaczynam pierwszą klasę ogólniaka, wróciłem z fajnego obozu, na którym poznałem kilka bardzo interesujących osób (z dwiema z nich utrzymuję kontakt po dziś dzień), spędziłem pierwsze wczasy za granicą. Od roku mam internet, więc korzystając ze wspomnianych już gdzieś wcześniej linków do YouSendIt i (rzadziej jeszcze) RapidShare zasysam każdy niemal kawałek, jak wyląduje na którymś z w/w forów. Bartini montuje skrzynkę na O2 dla devotees (z tym, że wtedy wszystko nazywało się jeszcze Everything Counts), na którą wrzuca całe płyty różnych wykonawców (tak poznaję Paraszuty i Disintegration), ja zaczynam tworzyć zręby swojej biblioteki muzycznej, która będzie się w końcu składała z czegoś innego, niż tylko Depeche Mode i Simple Minds. Po raz pierwszy świadomie słucham I Ran A Flock of Seagulls (które myliłem z Pale Shelter Tears for Fears, nie pytajcie jak). Poznaję wspomniane TFF, Talk Talk, China Crisis, Monaco, Jeana-Michela Jarre'a (pomógł bardzo słynny koncert na 25-lecie podpisania Porozumień Sierpniowych w Stoczni Gdańskiej; btw, do dziś pamiętam absurdalne przemówienie Leszke Śmieszke, który czytał wszystko z kilkunastu kartek), Duran Duran, Visage, Camouflage, ale też np. Client czy Gore'a solo (z jakichś powodów na 13 lat odwracam się plecami do Heaven 17 i The Smiths). W przemysłowych ilościach zasłuchuję się w New Order. Jednocześnie zaraz premiera nowego krążka DM i nowego od Simple Minds (wjedzie tu w pewnym momencie w bestce albumowej). No i oczywiście inny gigant ejtisów wpada w moje uszy - Ultravox właśnie. Ktoś mi wrzuca Dancing With Tears in My Eyes, oczywiście kawałek ten znam niemal na pamięć z radia i MTV Classic. Ktoś inny zapodaje Love's A Great Adventure, i nagle przypominam sobie numer, który wprost kochałem w dzieciństwie. Potem wlatuje Hymn, The Thin Wall, Vienna, jestem zachwycony. Co za dźwięki, co za aranżacje, co za głos Ure'a, co za new wave z prawdziwego zdarzenia! Na forum80s w wątku poświęconym słynnemu kwartetowi ktoś wrzuca link do numeru, który wrzucam Wam ja. Zasysam, autor pisze, że to wczesna inkarnacja zespołu i na pewno mało kto to zna. Odpalam, zaczyna się ciekawie, faktycznie bardziej hmm punkowo? I wchodzi wokal. Ale co jest? To nie Ure chyba? Czy mógłby mu się aż tak głos zmienić? Jakby, wtf? Robię jakiś biedny internetowy risercz i odkrywam, że frontmanem grupy na samym początku wcale nie był Ure. Ba! Ure nawet tej grupy nie założył. Zrobił to Dennis Leigh, czyli John Foxx. Historii pakować Wam w tego posta nie będę, albowiem mieliście okazję o niej poczytać przy okazji wrzuconego przeze mnie wiosną Interplay. W telegraficznym skrócie - Foxx zmontował Ultravox! (jeszcze z wykrzyknikiem, żeby nawiązać do Neu!) jako punkowy installment, takie było założenie, które jednak ewoluowało w trakcie. Pierwszy krążek - z którego pochodzi moja wrzutka - wyprodukował im Eno, w którym Foxx zaczął się zasłuchiwać i kiedy dodatkowo okazało się, że ich skrzypek (miał być ciekawy punk, nie drugie Sex Pistols) umie w parapety, zorganizowali sobie kilka synthów i zaczęli powoli modyfikować brzmienie. Czy stali się synthpopem? Właściwie to nie, choć ich ostatnia płyta razem, Systems of Romance z 1978, którą wyprodukował słynny Conny Plank została przez Eno określona pierwszym prawdziwie synthpopowym albumem (nie wiem, co Eno w niej takiego słyszał, że pozwolił sobie na tego typu stwierdzenie. Choć krążek jest oczywiście super). Po SoR Foxx stwierdził, że nie potrzebuje już grupy do robienia tego, co on chce robić i odszedł, żeby podbijać świat (a przynajmniej Wielką Brytanię) muzyką robioną wyłącznie na syntezatorach (ciekawostką jest, że na ostatniej płycie The Maths, czyli Howl z 2020 roku gościnnie wystąpił Robin Simon, który był gitarzystą pierwszej inkarnacji Ultravoxu). Osierocony band przez przypadek wpadł na Ure'a, który sam szukał zespołu (a to wszystko dzięki Visage lol). Reszta jest historią. Wracając!
Zasysam, słucham, i... jaram się. To o tyle dziwne, że wtedy - poza drobnymi wyjątkami - mam niby alergię na takie rzeczy. Jakiś tam klawisz w tle jest, ale brzmi to jak bardziej upopowiony post punk, a nie nowa fala (huia się znam wtedy jeszcze i nie wiem, że na początku nawet określeń punk i new wave używano wymiennie). A jednak... nie posiadałem wtedy empetrójki, a mój telefon to był Siemens A52, na szczęście był discman z funkcją czytania MP3. Na sidikach wypalałem kosmiczne ilości rzeczy, a kiedy kilka miesięcy później kumpel pokazał mi GoldWave nauczyłem się zmniejszać im drastycznie poziom kbps by ważyły tak niewiele, jak tylko się da, co by upchnąć ich jeszcze więcej. Miałem specjalną playlistę, na którą Slip Away wleciało bardzo szybko. Słuchałem, słuchałem, słuchałem, skończyć nie mogłem. Postawiłem ten numer na równi z Dancing albo The Voice, uważałem, że to świetne wejście w późniejszą tak dobrą karierę, bowiem są to rzeczy, które brzmią tak kompletnie inaczej od tego, co później wystrzeliło ich w kosmos w całym zachodnim (i nie tylko przecież) świecie. Na samym samym swoim początku poznawałem głównie pojedyncze kawałki, gdyż nie miałem innego wyboru - byłem więźniem wrzutek na serwisy hostingowe, które miały wyjątkowo nędzny transfer i powalone ograniczenia dot. rozmiaru wrzucanych plików. Nie umiałem jeszcze w P2P (Soulseeka przyjaciółka pokazała mi w grudniu tamtego roku dopiero), poza BearShare, gdzie też latały tylko pojedyncze numery. Jednocześnie sprawia to, że na tamte czasy patrzę z wyjątkową nostalgią. Gdyby istniały już streamingi, każdy numer kiedykolwiek nagrany pod koniec lat 70. czy przez cały czas trwania lat 80. miałbym na wyciągnięcie ręki. Nie byłoby całej tej magii związanej z odkrywaniem czegoś kawałek po kawałku. Istnieje zasadnicza różnica między odpalaniem związków romantycznych od łóżka a chodzeniem na wyczekiwane randki i powolnym, stopniowym poznawaniem siebie. Możliwe, że w tej chwili srogo romantyzuję tamten czas (dałbym się wtedy pewnie pokroić za Spotify), no i przemawia przeze mnie nostalgia, ale naprawdę patrzę nań z pewnym wzruszeniem. Ultravox! dołożył cegiełkę - kawałek jest naprawdę świetny, dynamiczny, melodia wokalu z jakiegoś powodu przywodzi mi na myśl Neila Sedakę albo Del Shannona, w każdym razie ciągnie klasycznym rock'n'rollem, Currie odwala fajne rzeczy na pianinie, Cross męczy bass, Cann zręcznie tłucze w gary. Foxx wyrzuca z siebie słowa tekstu niby w jakimś wodewilu, raz ciszej, raz głośniej, przez moment prawie mówi, no miodzio. Po - bądź co bądź - dość "rozrywkowej" głównej części utworu nadchodzi niepokojąca coda, która zamyka go we wspaniały sposób. Sami zresztą zobaczycie. Po kilkudziesięciu odsłuchach zapragnąłem poznać się z resztą płyty, no ale kurde, jak to zrobić? Głupio mi było pisać do osób wrzucających, żeby zapodały coś jeszcze, bo nie umiem w internety. Okazja natrafiła się sama, przez ten sam wątek - wleciały jeszcze My Sex i I Want to Be a Machine. Odpaliłem, odsłuchałem iii... byłem rozczarowany. Magia trochę prysła. Niby spoko, ale to jednak nie to, do cholery, gdzie moje New Europeans, oddawać mi "klasyczne" brzmienie, tego jednak nie chcę. Minęło wiele lat, nim w pełni doceniłem wszystkie 3 pierwsze krążki zespołu z czasów Foxxa. Foxx solo nie czekał z kolei długo - zaintrygowała mnie jego postać, a wkrótce po Slip Away ten sam typ wrzucił w wątku poświęconym Foxxowi utwór The Garden z jego drugiej solowej płyty... resztę historii już znacie. Jak to powiedział Hien, Foxx pierdnie do mikrofonu, puści to przez tysiąc delayów, weźmie na featy Robina Guthrie i Steve'a Jansena, pomruczy jakieś zaklęcia po łacinie i kupię to pierwszy. Ultravox... Pamiętam ich wielki powrót w 2012 roku, który był dla mnie wyjątkowym rozczarowaniem. Koło niestety można wynaleźć tylko raz. Ale po co koło, kiedy jest nostalgia? Patrzę sobie wstecz i I slip away...
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To nawet nie jest śmieszne
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Muszę przyznać, że to jest jakiś duch wręcz po prostu, jak ja się ogarnąłem to przeszedł na innych.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Death Cab for Cutie – Meet Me on the Equinox
Mając do dyspozycji całą zajebistą dyskografię tego zespołu i grono naprawdę ukochanych przeze mnie kawałków, wybieram ostatecznie niealbumowy singiel ze „Zmierzchu”, ale podejrzewam, że nie ostatni raz taki się tutaj pojawi, zresztą nie jest pierwszy. Wybór musiał być taki, bo to jest po prostu TEN utwór, a swego czasu moja furtka do całego Death Cab for Cutie.
Wykorzystam szansę, żeby znowu polecić i się trochę pospuszczać się nad OSTami z „Twilight”, bo to są tak zajebiste kompilacje muzyki, że głowa mała. Za dobór utworów w tych filmach odpowiedzialna była Alexandra Patsavas i jej działania rozeszły się szerokim echem kiedy zamiast gwiazd popu, do udziału były zapraszane zespoły ze sceny alt/indie. Jeżeli na tych albumach są grupy takie jak Radiohead/Thom Yorke, Bon Iver, Editors, Blue Foundation, Metric, The Bravery, The Killers, UNKLE, Beck, czy Feist , no to kaman. Co było jeszcze bardziej zajebiste, wykonawcy byli zachęcani żeby nagrywać nowe, unikalne numery na te soundtracki i większość dostarczała premierowy materiał. W tym Death Cab.
Na tym etapie zespół miał już ugruntowaną pozycję w świecie muzyki, wyszli z kurwidołka indie bandów grających dla 100 osób, ale też świadomie zatrzymali się zanim to wszystko wybuchło zbyt mocno. „Transatlaticism” to już klasyczny album.
„Meet Me on the Equinox” to utwór, który kupił mnie od razu praktycznie wszystkim. Lubię te momenty w słuchaniu muzyki, kiedy zaczyna się jakiś kawałek i od razu zagrywkę gitarową uznaje się za najlepszą na świecie. Takie właśnie wrażenie miałem tutaj. Z wokalem Bena Gibbarda tez poczułem się jak w domu, bo brzmi trochę jak Markus Acher z The Notwist, zespołu który znam od wielu lat. Gdzieś ktoś napisał, że głos Gibbarda w „Meet Me on the Equinox” oddaje niesamowicie wiele emocji, będąc jednocześnie kompletnie nieemocjonalnym, i ja uważam, że ten opis jest bardzo trafny.
Druga połowa lat zerowych, to był taki śmieszny czas kiedy wszystkie te zespoły indie, które powstały w pierwszej połowie zerosów, wydawały drugie płyty i każdy z tych zespołów szedł w zupełnie innym kierunku niż na debiutach, które były do siebie wszystkie mniej lub bardziej podobne.
Death Cab zaczynali jeszcze w latach 90-tych, swój największy sukces odnieśli w 2003 r., jeszcze zanim pękły zawory mainstreamowych indie bandów. Ciekawie ten numer wygląda na landszafcie tamtej części dekady, kiedy stylistycznie rock skakał dosłownie wszędzie. Ten kawałek jest jednocześnie bardzo tradycyjny, a z drugiej strony bardzo pachnie tamtymi czasami, nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć. Kojarzy mi się też mocno z czasem kiedy zaczynałem studia (mimo, że ten numer wyszedł dopiero w 2009), więc trochę z automatu kojarzy mi się z jesienią. Mamy teraz drugą połowę września, czyli krótkie okienko kiedy jesień naprawdę wali po oczach. Trzeba z tego korzystać.
https://www.youtube.com/watch?v=7fLcCYTqnis
Mając do dyspozycji całą zajebistą dyskografię tego zespołu i grono naprawdę ukochanych przeze mnie kawałków, wybieram ostatecznie niealbumowy singiel ze „Zmierzchu”, ale podejrzewam, że nie ostatni raz taki się tutaj pojawi, zresztą nie jest pierwszy. Wybór musiał być taki, bo to jest po prostu TEN utwór, a swego czasu moja furtka do całego Death Cab for Cutie.
Wykorzystam szansę, żeby znowu polecić i się trochę pospuszczać się nad OSTami z „Twilight”, bo to są tak zajebiste kompilacje muzyki, że głowa mała. Za dobór utworów w tych filmach odpowiedzialna była Alexandra Patsavas i jej działania rozeszły się szerokim echem kiedy zamiast gwiazd popu, do udziału były zapraszane zespoły ze sceny alt/indie. Jeżeli na tych albumach są grupy takie jak Radiohead/Thom Yorke, Bon Iver, Editors, Blue Foundation, Metric, The Bravery, The Killers, UNKLE, Beck, czy Feist , no to kaman. Co było jeszcze bardziej zajebiste, wykonawcy byli zachęcani żeby nagrywać nowe, unikalne numery na te soundtracki i większość dostarczała premierowy materiał. W tym Death Cab.
Na tym etapie zespół miał już ugruntowaną pozycję w świecie muzyki, wyszli z kurwidołka indie bandów grających dla 100 osób, ale też świadomie zatrzymali się zanim to wszystko wybuchło zbyt mocno. „Transatlaticism” to już klasyczny album.
„Meet Me on the Equinox” to utwór, który kupił mnie od razu praktycznie wszystkim. Lubię te momenty w słuchaniu muzyki, kiedy zaczyna się jakiś kawałek i od razu zagrywkę gitarową uznaje się za najlepszą na świecie. Takie właśnie wrażenie miałem tutaj. Z wokalem Bena Gibbarda tez poczułem się jak w domu, bo brzmi trochę jak Markus Acher z The Notwist, zespołu który znam od wielu lat. Gdzieś ktoś napisał, że głos Gibbarda w „Meet Me on the Equinox” oddaje niesamowicie wiele emocji, będąc jednocześnie kompletnie nieemocjonalnym, i ja uważam, że ten opis jest bardzo trafny.
Druga połowa lat zerowych, to był taki śmieszny czas kiedy wszystkie te zespoły indie, które powstały w pierwszej połowie zerosów, wydawały drugie płyty i każdy z tych zespołów szedł w zupełnie innym kierunku niż na debiutach, które były do siebie wszystkie mniej lub bardziej podobne.
Death Cab zaczynali jeszcze w latach 90-tych, swój największy sukces odnieśli w 2003 r., jeszcze zanim pękły zawory mainstreamowych indie bandów. Ciekawie ten numer wygląda na landszafcie tamtej części dekady, kiedy stylistycznie rock skakał dosłownie wszędzie. Ten kawałek jest jednocześnie bardzo tradycyjny, a z drugiej strony bardzo pachnie tamtymi czasami, nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć. Kojarzy mi się też mocno z czasem kiedy zaczynałem studia (mimo, że ten numer wyszedł dopiero w 2009), więc trochę z automatu kojarzy mi się z jesienią. Mamy teraz drugą połowę września, czyli krótkie okienko kiedy jesień naprawdę wali po oczach. Trzeba z tego korzystać.
https://www.youtube.com/watch?v=7fLcCYTqnis
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Fancy - Bolero
No i teraz będą najtisy jak cholera. Ale nie mogłem sobie darować tego utworu.
Fancy to niemiecki muzyk euro-dance, który przez lata wydał z milion płyt, z czego połowa to i tak jakieś składanki. Ale gość w latach 80' nagrał parę naprawdę spoko utworów z nieśmiertelnym Flames of love na czele. Mnie jednak najbardziej zawsze jarało Bolero. Tak jak inne utwory tego wykonawcy Bolero to przede wszystkim niezwykle chwytliwa melodia. Opakowana w brzmienia już co prawda stare i niemodne, ale nie przeszkadza mi to. Zawsze z przyjemnością słucham tego utworu, bo jest dla mnie po prostu świetny. Fancy go gość, który zawsze mnie śmieszył swoim wyglądem, ale głos ma całkiem przyjemny i oryginalny.
Wrzucam wersję z teledyskiem, bo nie mogłem nigdzie znaleźć wersji audio, o którą mi chodziło. Albo była jakoś wydłużona, zmieniona, zremiksowana lub cholera wie co jeszcze. A ja szukałem takiej, jaką pamiętam z lat szkolnych. No i znalazłem tylko z clipem. Badziewny ten teledysk jak przystało na lata 80', więc możecie nawet na to nie patrzeć. Wystarczy że posłuchacie. Ta wersja jest opisana jako Long version, ale tak naprawdę to żadna long. To normalna albumowa wersja. Bo był też teledysk ze sztucznie i niepotrzebnie skróconą o pół minuty wersją (coś jak Dream On).
Utwór ma też dla mnie wartość sentymentalną, bo od razu przywołuje masę wspomnień z młodości. Wtedy na różnych imprezkach, dyskotekach i domówkach latały takie rzeczy. Pamiętam, że miałem nawet kasetę z taką żółtą okładką z największymi przebojami Fancy'ego, która była dla mnie wtedy bardzo cenna.
Nie słucham Bolero zbyt często, ot od święta. Próżno by tego szukać w moich rekordach na last.fm, ale nie ukrywam, że darzę sympatią. Czasem i takiej tanecznej muzyki zwyczajnie chce się słuchnąć dla odmiany.
https://www.youtube.com/watch?v=hQ4mfKVWPt4
No i teraz będą najtisy jak cholera. Ale nie mogłem sobie darować tego utworu.
Fancy to niemiecki muzyk euro-dance, który przez lata wydał z milion płyt, z czego połowa to i tak jakieś składanki. Ale gość w latach 80' nagrał parę naprawdę spoko utworów z nieśmiertelnym Flames of love na czele. Mnie jednak najbardziej zawsze jarało Bolero. Tak jak inne utwory tego wykonawcy Bolero to przede wszystkim niezwykle chwytliwa melodia. Opakowana w brzmienia już co prawda stare i niemodne, ale nie przeszkadza mi to. Zawsze z przyjemnością słucham tego utworu, bo jest dla mnie po prostu świetny. Fancy go gość, który zawsze mnie śmieszył swoim wyglądem, ale głos ma całkiem przyjemny i oryginalny.
Wrzucam wersję z teledyskiem, bo nie mogłem nigdzie znaleźć wersji audio, o którą mi chodziło. Albo była jakoś wydłużona, zmieniona, zremiksowana lub cholera wie co jeszcze. A ja szukałem takiej, jaką pamiętam z lat szkolnych. No i znalazłem tylko z clipem. Badziewny ten teledysk jak przystało na lata 80', więc możecie nawet na to nie patrzeć. Wystarczy że posłuchacie. Ta wersja jest opisana jako Long version, ale tak naprawdę to żadna long. To normalna albumowa wersja. Bo był też teledysk ze sztucznie i niepotrzebnie skróconą o pół minuty wersją (coś jak Dream On).
Utwór ma też dla mnie wartość sentymentalną, bo od razu przywołuje masę wspomnień z młodości. Wtedy na różnych imprezkach, dyskotekach i domówkach latały takie rzeczy. Pamiętam, że miałem nawet kasetę z taką żółtą okładką z największymi przebojami Fancy'ego, która była dla mnie wtedy bardzo cenna.
Nie słucham Bolero zbyt często, ot od święta. Próżno by tego szukać w moich rekordach na last.fm, ale nie ukrywam, że darzę sympatią. Czasem i takiej tanecznej muzyki zwyczajnie chce się słuchnąć dla odmiany.
https://www.youtube.com/watch?v=hQ4mfKVWPt4
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Jestem, zyje i juz niedlugo wszystko ponadrabiam
Enjoy The Silence
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Już olej tamte kolejki i po prostu zacznij od wrzucenia kawałka Czez.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Chyba, że Czez chce! Byłoby ambitnie
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wrzucanie i recenzowanie na bieżąco, to jest wystarczający poziom ambicji dla wszystkich, nie ma co się forsować
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Jak chcecie. Zadecydujcie za mnie. Chcialbym nadrobic, ale z drugiej strony to wszystko zajmie wiecej czasu.
Enjoy The Silence
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Wrzuć utwór do obecnej kolejki i bądź w miarę na bieżąco. To chyba wystarczy.
A jak bardzo chcesz się wypowiedzieć w sprawie poprzednich, to spoko, w wolnym czasie, byle to nie blokowało bieżących kolejek.
Wiem, że wtrącam się do tematu Hiena, ale pewnie on by powiedział to samo.
A jak bardzo chcesz się wypowiedzieć w sprawie poprzednich, to spoko, w wolnym czasie, byle to nie blokowało bieżących kolejek.
Wiem, że wtrącam się do tematu Hiena, ale pewnie on by powiedział to samo.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wiesz Czezu, trochę bez sensu żebyś pisał recenzje kolejek, w których nie brałeś udziału, bo my Ci się już nie zrewanżujemy żadnymi recenzjami za nie, bo nie ma Twoich kawałków. Proponuję żebyś leciał z nami teraz na bieżąco, a jak będziesz miał ekstra czas, to nadrób tylko tę jedną, poprzednią kolejkę w której brałeś udział, to chyba była ta gdzie dałeś The Cure.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Rage Against the Machine - Fistful of Steel
...a kiedy potrzebuję sobie ulżyć to zazwyczaj lecą właśnie Rejdże. Słucham często dla przyjemności, ale na małe wkurwy też działają leczniczo. Powinienem kiedyś zabrać się za pozostałe płyty, ale jakoś nie umiem przez ostatnie lata zmęczyć tej najlepszej, najpopularniejszej. Czy kogoś zaskoczę tym, że pierwszy kontakt z RAtM to GTA San Andreas? Tutaj lekko mudżynuję, ale właśnie tak było. W jednej z radiostacji hula Killing in the Name. Za dzieciaczka to była najlepsza okazja, żeby chwilę w grze jeszcze bardziej narozrabiać (tak jakby to była taka stateczna i ułożona zabawa...). Wiele wiosen minęło, zanim zacząłem na poważnie sprawdzać rockowych/metalowych wykonawców, których piosenki wykorzystano w GTA. Na całą płytkę z 1992 roku przyszła pora dopiero na początku pandemii, tu jak zwykle nieocenionym źródłem jest RYM, kto by to pamiętał... Od początku do końca nastrój właściwie się nie zmienia. Jest dość ostre łojenie gitarowe, soczyste basy i wokal de la Rochy, zawieszony gdzieś pomiędzy rapem a natchnionym donośnym krzykiem. Tematyka do najgrzeczniejszych nie należy, sporo tu wyrzutu w stronę jaśnie panujących, krytyka społeczna bez kompromisów. Interesująca, nie zostawia nikogo obojętnym. Fistful of Steel z jednej strony jak autobiografia, z drugiej konkretne rewolucyjne nawoływanie do wzięcia spraw w swoje łapska (i pistolety). Przy całym osobliwym uroku jest świetnie zrealizowane. Pierwsza część chwyta rewelacyjnym rytmem, ten bas po prostu buja, a bez niego całość straciłby na wyrazistości. Ostatnie dwie minuty stoją na kontraście wyciszenia, oczekiwania i gwałtownego wystrzału, trochę innego niż wcześniej. Tu z kolei świetna jest gitara, to moja ulubiona zagrywka z całej płyty. Jest jeszcze wiele świetnych numerów, ale coś trzeba wybrać. Bombtrack, Killing in the Name właśnie, Bullet In the Head... i tak dalej. Fistful of Steel ma przewagę tak efektownie poprowadzonej kompozycji. Jest jedno wspomnienie związane z ich muzyką. Którejś sympatycznej nocy wybrałem się ze znajomym na mały przejazd po mieście, jakieś zdjęcia, generalnie przyjemne wykorzystanie wolnego czasu. Po drodze poleciały ich 2-3 numery we właściwej głośności. Ostatnim tamtej nocy było właśnie Fistful of Steel.
No, a teraz idę robić dym na mieście, chao
https://www.youtube.com/watch?v=UnRhHYaX8Cw
...a kiedy potrzebuję sobie ulżyć to zazwyczaj lecą właśnie Rejdże. Słucham często dla przyjemności, ale na małe wkurwy też działają leczniczo. Powinienem kiedyś zabrać się za pozostałe płyty, ale jakoś nie umiem przez ostatnie lata zmęczyć tej najlepszej, najpopularniejszej. Czy kogoś zaskoczę tym, że pierwszy kontakt z RAtM to GTA San Andreas? Tutaj lekko mudżynuję, ale właśnie tak było. W jednej z radiostacji hula Killing in the Name. Za dzieciaczka to była najlepsza okazja, żeby chwilę w grze jeszcze bardziej narozrabiać (tak jakby to była taka stateczna i ułożona zabawa...). Wiele wiosen minęło, zanim zacząłem na poważnie sprawdzać rockowych/metalowych wykonawców, których piosenki wykorzystano w GTA. Na całą płytkę z 1992 roku przyszła pora dopiero na początku pandemii, tu jak zwykle nieocenionym źródłem jest RYM, kto by to pamiętał... Od początku do końca nastrój właściwie się nie zmienia. Jest dość ostre łojenie gitarowe, soczyste basy i wokal de la Rochy, zawieszony gdzieś pomiędzy rapem a natchnionym donośnym krzykiem. Tematyka do najgrzeczniejszych nie należy, sporo tu wyrzutu w stronę jaśnie panujących, krytyka społeczna bez kompromisów. Interesująca, nie zostawia nikogo obojętnym. Fistful of Steel z jednej strony jak autobiografia, z drugiej konkretne rewolucyjne nawoływanie do wzięcia spraw w swoje łapska (i pistolety). Przy całym osobliwym uroku jest świetnie zrealizowane. Pierwsza część chwyta rewelacyjnym rytmem, ten bas po prostu buja, a bez niego całość straciłby na wyrazistości. Ostatnie dwie minuty stoją na kontraście wyciszenia, oczekiwania i gwałtownego wystrzału, trochę innego niż wcześniej. Tu z kolei świetna jest gitara, to moja ulubiona zagrywka z całej płyty. Jest jeszcze wiele świetnych numerów, ale coś trzeba wybrać. Bombtrack, Killing in the Name właśnie, Bullet In the Head... i tak dalej. Fistful of Steel ma przewagę tak efektownie poprowadzonej kompozycji. Jest jedno wspomnienie związane z ich muzyką. Którejś sympatycznej nocy wybrałem się ze znajomym na mały przejazd po mieście, jakieś zdjęcia, generalnie przyjemne wykorzystanie wolnego czasu. Po drodze poleciały ich 2-3 numery we właściwej głośności. Ostatnim tamtej nocy było właśnie Fistful of Steel.
No, a teraz idę robić dym na mieście, chao
https://www.youtube.com/watch?v=UnRhHYaX8Cw
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, nareszcie ktoś faktycznie zaskoczył.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
No to ok,
Covenang - Dead Stars
https://youtu.be/xPnWOem7jok
Po raz pierwszy odkad gramy, postanowilem zmienic utwor, jaki mam na swojej liscie. A dlaczego? Sa dwa powody: mial byc teraz Eurythmics, ale juz byl kilka razy, choc inny utwor. Czyli niejako troche Wy mieliscie na to wplyw. A drugi powod: wczoraj bylem na koncercie Covenant, no i jestem jeszcze ciagle pod wrazeniem tego wystepu. Dead Stars chyba jest ich najwiekszym przebojem, no i na zywo tez wyszlo to fantastycznie. Zreszta jak caly koncert. Koncert dosc kameralny. Wogole lubie ten lokal w ktorym byl ten koncert. Jesli ktos chce, to nie ma mozliwosci nie spotkac sie z muzykami, wypic piwo, zrobic zdjecie, czy autograf. Powiedzialem Eskilowi, czyli wokaliscie, ze wyglada jak Vince Clark to chyba go polaskotalo. Bylo ogolnie zabawnie. A jak poprosildm o autograf na koszulce, ktora mialem na sobie, to sie facet troche bal, ze bedzie mnie bolalo, jak bedzie podpisywal.
A tu dwa linki do zdjec: Vince i Eskil
https://images.app.goo.gl/o53pR4exW1KkTS6r7
https://images.app.goo.gl/4N6zgiP553MtdTqHA
Covenang - Dead Stars
https://youtu.be/xPnWOem7jok
Po raz pierwszy odkad gramy, postanowilem zmienic utwor, jaki mam na swojej liscie. A dlaczego? Sa dwa powody: mial byc teraz Eurythmics, ale juz byl kilka razy, choc inny utwor. Czyli niejako troche Wy mieliscie na to wplyw. A drugi powod: wczoraj bylem na koncercie Covenant, no i jestem jeszcze ciagle pod wrazeniem tego wystepu. Dead Stars chyba jest ich najwiekszym przebojem, no i na zywo tez wyszlo to fantastycznie. Zreszta jak caly koncert. Koncert dosc kameralny. Wogole lubie ten lokal w ktorym byl ten koncert. Jesli ktos chce, to nie ma mozliwosci nie spotkac sie z muzykami, wypic piwo, zrobic zdjecie, czy autograf. Powiedzialem Eskilowi, czyli wokaliscie, ze wyglada jak Vince Clark to chyba go polaskotalo. Bylo ogolnie zabawnie. A jak poprosildm o autograf na koszulce, ktora mialem na sobie, to sie facet troche bal, ze bedzie mnie bolalo, jak bedzie podpisywal.
A tu dwa linki do zdjec: Vince i Eskil
https://images.app.goo.gl/o53pR4exW1KkTS6r7
https://images.app.goo.gl/4N6zgiP553MtdTqHA
Enjoy The Silence