Best of Forum (Edycja albumowa)
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mentos to takie "100 albums u need to hear b4 u die" tego forum.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
To dobrze bo nie mam takiej książki w domu 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Zatem skoro mamy komplet mogę Państwa już dzisiaj zaprosić do dyskusji na temat albumu The Campfire Headphase od Boards of Canada
Dragon pisze:29 wrz 2022 02:58Boards of Canada - The Campfire Headphase (2005)
Jesień, jesień. Liście opadają z drzew, jak to śpiewał klasyk. Koniec września. Przyroda przechodzi w stan hibernacji. Rok szkolny się rozpędza, dotychczasową wszechogarniającą labę zastępuje względny porządek. Znowu przyjdzie towarzyszyć ludziom, którym niekoniecznie warto poświęcać czas. Wejście w rytm określonych zachowań, sposobu funkcjonowania. Bez żadnego odejścia nie da się utrzymać równowagi. Napięcia od zawsze porządkuje muzyka. Dziś jest praktycznie wszechobecna w moim życiu, różni się tylko stopień zaangażowania w odsłuchu, sposób wykorzystania, przeznaczenia. Przy obecnej aurze wybrane dźwięki trafiają najcelniej. Złota jesień za rogiem, choć krajobraz kolorystycznie częściowo już się przeobraził. Kurtki przejmują role koszul, rzadziej swetrów, ewenementem bywają bluzy z kapturem. W tle Boards of Canada. Z The Campfire Headphase jako pierwsze kojarzą mi się samodzielne przejazdy autobusem. Widoki miasta mijanego po drodze. Ostatnie minuty ciszy i izolacji przed nadejściem szumu i jazgotu. Dawniej nie lubiłem tego znacznie bardziej niż teraz. Czas do przemyśleń, wprowadzenia głowy w stan częściowego wytchnienia. Wtedy szczególnie potrzebnego. Dziwni znajomi, fałszywe relacje, które w mojej głowie uchodziły za coś naprawdę ważnego i intensywnego. Początki przełamywania nieśmiałości. Pierwsze poważniejsze plany na przyszłość zaraz zweryfikuje gruntowna zmiana otoczenia. Jeszcze chwila i będzie bezpieczniej, a przy tym trochę bardziej dojrzale. Tylko muzyka niezmienna, choć potrafi przechowywać rany, zadry. Na szczęście tu tak nie jest. Campfire Headphase kojarzy mi się ze spokojem.
Najbardziej dojrzała płyta Boards of Canada. Najmniej duchologiczna (imo prawie w ogóle), zaskakująco często panowie korzystają z dźwięków gitar. Nie ma zbyt wielu charakterystycznych dla ich dotychczasowej twórczości wokali, sampli, plam syntezatorowych. Najczęściej to wszystko jest na drugim planie. Paleta barw z okładki doskonale oddaje nastrój. Najpierw jest wielowątkowy pierwszy akt, od Chromakey do Dayvan Cowboy wyłapuję tu jakąś zmyślnie poprowadzoną, spójną, harmonijną opowieść. Gdy miałem mniej czasu to zaczynałem od Satellite Anthem Icarus, od razu ten bardziej senny, rozmarzony krajobraz i kompletnie niespieszny rytm działają na wyobraźnię, nie zawsze była szansa na rozbieg. Biorąc pod uwagę całość, szkoda przegapić interludy po drodze, każą być czujnym, wynagradzają uważne słuchanie. Potem masa indywidualności. Taki Pontiac Dream mocno kojarzy mi się z motywami telewizyjnymi. Jednocześnie ma energię tworów typu Advisory Circle jak i tych zmyślnych mistyfikacji vaporowych. Regularnie zdarzało się, że przed wejściem do domu ten numer leciał jako ostatni. Podsumowanej danej części dnia i wprowadzenie w następną. Szybciej zmieniają się pomysły, choć wszystko dalej jest bardzo spójne brzmieniowo. Hey Saturday Sun, ten sugestywny tytuł jest znakomity, nadchodzi weekend, przyjdzie trochę odpocząć. Tak brzmi miasto nad ranem albo wschód słońca na początku września, serio. Nie trzeba siedzieć w domu. Sytuacja plenerowa czy choćby przejazd pociągiem - wtedy też jest w punkt. Slow This Bird Down, kolejna piękność. Najbardziej mglisty, jakby przytłumiony numer. Robi się pod koniec trochę tajemniczo. Niepokojąco głucha cisza w parku, który ogarnia mżawka. Zaczyna coraz mocniej padać. Jest w tej muzyce aspekt ilustracyjny, ja tylko staram się pomóc. Przedostatni numer ma coś w sobie z energii tych atmosferycznych monolitów od Aphexa. Jak mrugnięcie okiem dla wtajemniczonych, jednak bez oderwania od klimatu całości - nie jest pozbawione ich charakteru. Finały płyt zawsze mają specyficzne. Farewell Fire nie jest mniej zaskakujące. Tempo wyraźnie zwalnia, w ostatniej scenie staje w miejscu. Tak jest dobrze, kurtyna pomału opada.
Dużo w tym opisie odlotu, empatii i ciepła. Może to zasługa Vortexa, ale na pewno nie jest bez związku z muzyką. Czasami trzeba sobie na to pozwolić i nie będę się przed tym bronił w przypadku rzeczy ważnych. Będzie mi miło, jeśli i na was ta muzyka wpłynie w jakimś stopniu. Idzie wracać do całości, do poszczególnych szeregów, pojedynczych momentów. Każdy sposób na plus.
PS Na tegorocznym Tauronie poza masą nowinek przy stoisku płytowym były też winyle Boards of Canada. Przy The Campfire Headphase zatrzymałem się na dłużej. CDka zabrałbym od razu, na gramofon muszę jeszcze trochę popracować...
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... FZ0DTn6f1M
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Boards of Canada - The Campfire Headphase
Last mówi mi, że słuchałem tego albumu w lipcu 2018 r. W ogóle tego nie pamiętam, przy czym mam podejrzenia dlaczego tak mogło być. Wiem natomiast z kim musiałem robić synchro, to był kolega z Overhypa. Znalazłem nawet rozmowę w konwersacji na fejsie i mój komentarz po przesłuchaniu: „Ładna ta płyta, chociaż momentami muzakowata, ale w fajny sposób”. Znalazłem ten cytat już po napisaniu całej tej „recenzji” i heh, doszedłem do tych samych wniosków xD
Pierwsze trzy kawałki to ładny zestaw wprowadzający, już tutaj wiem, że coś dla siebie mogę znaleźć na tym albumie. „Peacock Tall” i „Dayvan Cowboy” przypominają mi bardzo wczesne solowe płyty Ulricha Schnaussa, w zasadzie różnica polega tylko na tym, że Ulrich używał tylko elekrtroniki, a tu paleta brzmień jest trochę bardziej różnorodna.
„A Moment of Clarity” to jeden z najlepszych momentów na płycie, dlaczego ja mam takiego pecha, że podobają mi się najbardziej jakieś interludia trwające pół minuty (to samo było na „Loveless”). „’84 Pontiac Dream” to taka „Kraina Grzybów” z plusem, ale to takim definitywnym plusem. Nie przesadza się tutaj z falującym dźwiękiem, to nie brzmi jak karykatura, czy muzyczny mem, ale spoko rzecz. „Sherbet Head”, kolejny numer z jakimś odkurzaczem, ale nie jest źle. „Oscar” ma takie fajny 90sowy wręcz vibe, momentami trącący Massive Attack. Jednocześnie, można na tym etapie płyty ulec wrażeniu, że kawałki są bardzo podobne do siebie i dopiero po wielu przesłuchaniach będzie można większość z nich odróżnić od siebie nawzajem. „Ataronchronon” i znowu mam wrażenie, że te najlepsze fragmenty, to te najkrótsze. „Hey Saturday Sun” zaczyna się jak jakiś alt rockowy, polski numer z lat 90, jakaś Bartosiewicz, O.N.A, Varius Manx itd. Potem już wchodzi typowe BoC z tej płyty. Fajny bas w tym kawałku, w ogóle fajny vibe, bardzo mi pasuje do jesieni za oknem, szaroburego nieba. Te pady w tle robią robotę.
„Slow This Bird Down” bardzo mi się kojarzy z tym, co Thom Yorke robił na „The Eraser”, zresztą te albumy wyszły w podobnym momencie. Końcówka albumu stanowi fajne wyciszenie, które kojarzy mi się z jakimś albumem, który tu był wrzucany jakiś czas temu, tylko nie pamiętam, który to był. A, chyba mój Justin lol xD No, w każdym razie „Farewell Fire” jest konkretnym sztosem i do tego angażującym, bo od połowy muszę sobie powoli pogłaśniać ten zajebisty ambient.
„The Campfire Headphase”, to muzyka która zmierza przez całą długość w rejony „Krainy Grzybów”, ale tej granicy nie przekracza i dzięki temu nie staje się memem (zresztą w tamtych czasach tego typu memy nawet nie istniały). Momentami blisko temu albumowi do bycia kolekcją muzaków, ale dla mnie to nie jest zarzut, taka jest uroda tej muzyki. Leci sobie i w większości przypadków nie ma wielkiego znaczenia, czy akurat słuchamy pierwszej, czy drugiej czy czwartej minuty utworu. Jest to jednak brzmienie przyjemne. Lubię te gitarowe loopy, lubię nienachalną elektronikę w tle, lubię bity. Po prostu mam słabość do downtempo i samemu często robię tego typu muzykę. Ok, te bujające retro syntezatory już się przejadły na 2022 r., ale patrząc z perspektywy, wszystko tu działa jak trzeba. Można ponarzekać, że to jest kolejny album w bestce, który żyje prawie tylko vibem, no ale taki to jest zespół i na odpowiednie chwilę, to będzie odpowiednia płyta.
Last mówi mi, że słuchałem tego albumu w lipcu 2018 r. W ogóle tego nie pamiętam, przy czym mam podejrzenia dlaczego tak mogło być. Wiem natomiast z kim musiałem robić synchro, to był kolega z Overhypa. Znalazłem nawet rozmowę w konwersacji na fejsie i mój komentarz po przesłuchaniu: „Ładna ta płyta, chociaż momentami muzakowata, ale w fajny sposób”. Znalazłem ten cytat już po napisaniu całej tej „recenzji” i heh, doszedłem do tych samych wniosków xD
Pierwsze trzy kawałki to ładny zestaw wprowadzający, już tutaj wiem, że coś dla siebie mogę znaleźć na tym albumie. „Peacock Tall” i „Dayvan Cowboy” przypominają mi bardzo wczesne solowe płyty Ulricha Schnaussa, w zasadzie różnica polega tylko na tym, że Ulrich używał tylko elekrtroniki, a tu paleta brzmień jest trochę bardziej różnorodna.
„A Moment of Clarity” to jeden z najlepszych momentów na płycie, dlaczego ja mam takiego pecha, że podobają mi się najbardziej jakieś interludia trwające pół minuty (to samo było na „Loveless”). „’84 Pontiac Dream” to taka „Kraina Grzybów” z plusem, ale to takim definitywnym plusem. Nie przesadza się tutaj z falującym dźwiękiem, to nie brzmi jak karykatura, czy muzyczny mem, ale spoko rzecz. „Sherbet Head”, kolejny numer z jakimś odkurzaczem, ale nie jest źle. „Oscar” ma takie fajny 90sowy wręcz vibe, momentami trącący Massive Attack. Jednocześnie, można na tym etapie płyty ulec wrażeniu, że kawałki są bardzo podobne do siebie i dopiero po wielu przesłuchaniach będzie można większość z nich odróżnić od siebie nawzajem. „Ataronchronon” i znowu mam wrażenie, że te najlepsze fragmenty, to te najkrótsze. „Hey Saturday Sun” zaczyna się jak jakiś alt rockowy, polski numer z lat 90, jakaś Bartosiewicz, O.N.A, Varius Manx itd. Potem już wchodzi typowe BoC z tej płyty. Fajny bas w tym kawałku, w ogóle fajny vibe, bardzo mi pasuje do jesieni za oknem, szaroburego nieba. Te pady w tle robią robotę.
„Slow This Bird Down” bardzo mi się kojarzy z tym, co Thom Yorke robił na „The Eraser”, zresztą te albumy wyszły w podobnym momencie. Końcówka albumu stanowi fajne wyciszenie, które kojarzy mi się z jakimś albumem, który tu był wrzucany jakiś czas temu, tylko nie pamiętam, który to był. A, chyba mój Justin lol xD No, w każdym razie „Farewell Fire” jest konkretnym sztosem i do tego angażującym, bo od połowy muszę sobie powoli pogłaśniać ten zajebisty ambient.
„The Campfire Headphase”, to muzyka która zmierza przez całą długość w rejony „Krainy Grzybów”, ale tej granicy nie przekracza i dzięki temu nie staje się memem (zresztą w tamtych czasach tego typu memy nawet nie istniały). Momentami blisko temu albumowi do bycia kolekcją muzaków, ale dla mnie to nie jest zarzut, taka jest uroda tej muzyki. Leci sobie i w większości przypadków nie ma wielkiego znaczenia, czy akurat słuchamy pierwszej, czy drugiej czy czwartej minuty utworu. Jest to jednak brzmienie przyjemne. Lubię te gitarowe loopy, lubię nienachalną elektronikę w tle, lubię bity. Po prostu mam słabość do downtempo i samemu często robię tego typu muzykę. Ok, te bujające retro syntezatory już się przejadły na 2022 r., ale patrząc z perspektywy, wszystko tu działa jak trzeba. Można ponarzekać, że to jest kolejny album w bestce, który żyje prawie tylko vibem, no ale taki to jest zespół i na odpowiednie chwilę, to będzie odpowiednia płyta.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Boards of Canada - The Campfire Headphase
Pamiętam, że utwór BoC wrzucony przez Dragona w pierwszej bestce utworowej mi nie bardzo podpasował. Niemniej jednak byłem ciekawy tego albumu, bo w międzyczasie rzuciłem uchem na YT na inne utwory zespołu i zauważyłem, że potrafią grać dużo lepiej niż w Kid for Today.
Już tego samego dnia, w którym Dragon zaproponował The Campfire Headphase miałem album na dysku i nawet zdążyłem przesłuchać. Pierwsze wrażenie było niezłe, choć oczywiście ponad godzina muzyki instrumentalnej dla takiego laika jak ja to było za dużo, żeby coś sensownego na tym etapie wyłuskać. Wszystko wydawało mi się do siebie podobne. Ale potem w miarę kolejnych odsłuchów zacząłem rozróżniać niektóre utwory i wyłapywać różne rzeczy.
Na wstępie muszę zaznaczyć, że podoba mi się okładka. Lubię takie rozmyte obrazki. I rzeczywiście okładka ta dobrze współgra z brzmieniem muzyki. Album zaczyna się od króciutkiego Interluda, których jest w sumie 3 lub nawet 4. Po mini otwieraczu jest seria czterech fantastycznych utworów, które mocno oddziałują mi na wyobraźnię. Chromakey dreamcoat ma fajną zagrywkę gitarową i perkusję. W tle dzieją się też przyjemne rzeczy.
Satellite anthem Icarus to znów piękna gitara, piękna melodia, śpiew ptaków, smakowita perka. Peakok Tail to chyba mój faworyt z płyty. Gitara jest przeurocza. Melodia chwyta za serducho. A klawisze w tle malują przepiękne muzyczne pejzaże. Jak w bajce. Dayvan cowboy zaczyna się nieco ostrzej, ale w połowie wchodzi świetna gitara z perkusją i znów mamy kontynuację tego, co w poprzednich utworach. Ta część albumu jest naprawdę rewelacyjna. Klimat mnie rozkłada na łopatki. Te muzyczne soundscape’y są po prostu piękne. I od strony kompozycyjnej jest nad wyraz interesująco.
84 pontiac dream to dobry utwór, choć nie aż tak jak poprzednie. Ma też parę fajnych momentów i ładną gitarę w końcówce. Sherbert head to dla mnie taki trochę dłuższy przerywnik. Nic specjalnego w sumie. Za to wraz z Oscar see through red eye album błyskawicznie wraca na właściwe tory. A Hey saturday sun kontynuuje dobrą passę. Świetna gitara, której jest na tym albumie rzeczywiście dużo.
Constants are changing jest króciutki, ale efektowny. Slow this bird down ma bardzo tajemniczy klimat. Dobrze się tego słucha. Szczególnie w odpowiednich okolicznościach. Dwa ostatnie utwory również są świetne. Oba są zresztą do siebie mam wrażenie bardzo podobne. Farewell fire pięknie wycisza ten album. Na początku się dziwiłem, że po takim utworze - idealnym jako zakończenie płyty – jest coś jeszcze. Potem się okazało, że ja po prostu bezwiednie ściągnąłem chyba jakiś bonus w postaci Macquarie ridge. To bardzo dobry utwór zresztą.
Album The Campfire Headphase to bardzo spóje dzieło. Od początku do końca ma swój charakterystyczny styl. To rzeczywiście taka piękna muzyczna opowieść. Nieśpieszne tempo, dostojna perkusja, dużo ładnej gitary, piękne klawiszowe rozmyte pejzaże – to wszystko składa się na naprawdę piękny album.
Po 3-4 pierwszych odsłuchach albumu podobało mi się parę utworów, a resztę uważałem za takie trochę wypełniacze. Dragon zwykł mawiać, że jakiś utwór od początku do końca stoi w miejscu. I mnie się wydawało właśnie, że niektóre utwory stoją w miejscu. Ale w ostatnią niedzielę poszedłem na grzyby do lasu i zabrałem ze sobą The Campfire Headphase. Wiedziałem, że grzybów właściwie nie ma, ale pojechałem do lasu, bo zależało mi, żeby posłuchać tam BoC. Miałem przeczucie, że w tych warunkach zrobi na mnie należyte wrażenie. I tam dopiero rzeczywiście album zatrybił jak należy. W leśnych ostępach wybrzmiał dopiero odpowiednio. Nagle te utwory niby stojące w miejscu pokazały swoją wartość. Słuchałem wcześniej BoC w pracy na głośnikach, w domu na słuchawkach, ale dopiero w terenie załapałem ten niesamowity klimat. Idąc wśród brzozowych zagajników, wśród spadających z drzew kolorowych jesiennych liści i słuchając BoC czułem się jak w jakiejś klimatycznej krainie. Trochę niepokojącej, trochę tajemniczej ale niezwykle pięknej.
Powroty będą regularne na 100%. Bo to chyba po subHuman najlepszy album od Dragona.
Pamiętam, że utwór BoC wrzucony przez Dragona w pierwszej bestce utworowej mi nie bardzo podpasował. Niemniej jednak byłem ciekawy tego albumu, bo w międzyczasie rzuciłem uchem na YT na inne utwory zespołu i zauważyłem, że potrafią grać dużo lepiej niż w Kid for Today.
Już tego samego dnia, w którym Dragon zaproponował The Campfire Headphase miałem album na dysku i nawet zdążyłem przesłuchać. Pierwsze wrażenie było niezłe, choć oczywiście ponad godzina muzyki instrumentalnej dla takiego laika jak ja to było za dużo, żeby coś sensownego na tym etapie wyłuskać. Wszystko wydawało mi się do siebie podobne. Ale potem w miarę kolejnych odsłuchów zacząłem rozróżniać niektóre utwory i wyłapywać różne rzeczy.
Na wstępie muszę zaznaczyć, że podoba mi się okładka. Lubię takie rozmyte obrazki. I rzeczywiście okładka ta dobrze współgra z brzmieniem muzyki. Album zaczyna się od króciutkiego Interluda, których jest w sumie 3 lub nawet 4. Po mini otwieraczu jest seria czterech fantastycznych utworów, które mocno oddziałują mi na wyobraźnię. Chromakey dreamcoat ma fajną zagrywkę gitarową i perkusję. W tle dzieją się też przyjemne rzeczy.
Satellite anthem Icarus to znów piękna gitara, piękna melodia, śpiew ptaków, smakowita perka. Peakok Tail to chyba mój faworyt z płyty. Gitara jest przeurocza. Melodia chwyta za serducho. A klawisze w tle malują przepiękne muzyczne pejzaże. Jak w bajce. Dayvan cowboy zaczyna się nieco ostrzej, ale w połowie wchodzi świetna gitara z perkusją i znów mamy kontynuację tego, co w poprzednich utworach. Ta część albumu jest naprawdę rewelacyjna. Klimat mnie rozkłada na łopatki. Te muzyczne soundscape’y są po prostu piękne. I od strony kompozycyjnej jest nad wyraz interesująco.
84 pontiac dream to dobry utwór, choć nie aż tak jak poprzednie. Ma też parę fajnych momentów i ładną gitarę w końcówce. Sherbert head to dla mnie taki trochę dłuższy przerywnik. Nic specjalnego w sumie. Za to wraz z Oscar see through red eye album błyskawicznie wraca na właściwe tory. A Hey saturday sun kontynuuje dobrą passę. Świetna gitara, której jest na tym albumie rzeczywiście dużo.
Constants are changing jest króciutki, ale efektowny. Slow this bird down ma bardzo tajemniczy klimat. Dobrze się tego słucha. Szczególnie w odpowiednich okolicznościach. Dwa ostatnie utwory również są świetne. Oba są zresztą do siebie mam wrażenie bardzo podobne. Farewell fire pięknie wycisza ten album. Na początku się dziwiłem, że po takim utworze - idealnym jako zakończenie płyty – jest coś jeszcze. Potem się okazało, że ja po prostu bezwiednie ściągnąłem chyba jakiś bonus w postaci Macquarie ridge. To bardzo dobry utwór zresztą.
Album The Campfire Headphase to bardzo spóje dzieło. Od początku do końca ma swój charakterystyczny styl. To rzeczywiście taka piękna muzyczna opowieść. Nieśpieszne tempo, dostojna perkusja, dużo ładnej gitary, piękne klawiszowe rozmyte pejzaże – to wszystko składa się na naprawdę piękny album.
Po 3-4 pierwszych odsłuchach albumu podobało mi się parę utworów, a resztę uważałem za takie trochę wypełniacze. Dragon zwykł mawiać, że jakiś utwór od początku do końca stoi w miejscu. I mnie się wydawało właśnie, że niektóre utwory stoją w miejscu. Ale w ostatnią niedzielę poszedłem na grzyby do lasu i zabrałem ze sobą The Campfire Headphase. Wiedziałem, że grzybów właściwie nie ma, ale pojechałem do lasu, bo zależało mi, żeby posłuchać tam BoC. Miałem przeczucie, że w tych warunkach zrobi na mnie należyte wrażenie. I tam dopiero rzeczywiście album zatrybił jak należy. W leśnych ostępach wybrzmiał dopiero odpowiednio. Nagle te utwory niby stojące w miejscu pokazały swoją wartość. Słuchałem wcześniej BoC w pracy na głośnikach, w domu na słuchawkach, ale dopiero w terenie załapałem ten niesamowity klimat. Idąc wśród brzozowych zagajników, wśród spadających z drzew kolorowych jesiennych liści i słuchając BoC czułem się jak w jakiejś klimatycznej krainie. Trochę niepokojącej, trochę tajemniczej ale niezwykle pięknej.
Powroty będą regularne na 100%. Bo to chyba po subHuman najlepszy album od Dragona.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Boards of Canada - Campfire Headphase
Po zachwycie wywołanym seansami z Arką powracamy w bardziej bezpieczne rejony dragon-core'u. BoC było jednym z fajniejszych odkryć bestki utworów, byłem zatem ciekaw jak pójdzie z albumem, mając jednocześnie na uwadze że u mnie tego typu muza zwykła gorzej wypadać na dłuższych dystansach. Niemniej tym razem zwiedzamy klimaty downtempo bardziej niż czystego ambientu, nadzieja zatem jakaś była.
Po wstępie mocno kojarzącym mi się z The Advisory Circle lądujemy w pierwszym "konkretnym" utworze czyli Chromakey Dreamcoat. Ten kawałek powiela atuty utworu z bestki utworowej czyli fajny bit i ciepłą elektronikę uzupełnioną tutaj o gitarowy loop. Całość brzmi fajnie i zachęcająco, dobry wstęp. Numer fajnie się urywa, interludium na końcu psuje tylko efekt. Następny w kolejce czyli Satelite Anthem Icarus początkowo spłynął po mnie obojętnie ale obecnie to mój faworyt, z grubsza zawiera te same elementy co poprzednik lecz jest powolniejszy. Chodził mi po głowie od drugiego odsłuchu, ten pulsujący synth mocno przypomina mi coś z Selected Ambient Works 2 chyba. Niestety im dalej w las, tym więcej drzew, z biegiem czasu płyta niewiele wychodzi poza kilka podobnych zabiegów a tych konkretnych utworów jest niewiele. Szybko uwagę zwrócił Hey Saturday Sun, dobry bit, dobry loop, numery pozbawione wyrazistszego rytmu nie łapały mojej uwagi. Jako ostatni dojrzał w mojej głowie Dayvan Cowboy i kompletnie nie wiem dlaczego przy pierwszym odsłuchu jakoś zupełnie nie zwróciłem uwagi na te interesujące perkusyjne wybuchy w dalszej części utworu. Najbardziej chaotyczny i męczący dla mnie był zdecydowanie Oscar See Through Red Eye.
Krótka to będzie recenzja i mało treściwa, całkiem możliwe że natężenie spokojnych elektronicznych albumów w tej dyszce u Dragona sprawia że trochę kończą mi się przy przymiotniki. Nie jest to album zły, ale nie uważam też by był wybitny. Miałem pewne oczekiwania czy nadzieje ale się zawiodłem, liczyłem jednak na lepszy poziom tego wydawnictwa. Możliwe jednak że sam z ciekawości sięgnę po album z którego utwór wrzucałeś do bestki utworów, to było złoto. Na tym etapie trochę podziwiam a trochę nie rozumiem tego Twojego top10 jako całości. Ten album BoC sam w sobie jest dla mnie o jakiś kwadrans za długi, kolejny raz odbijam się od dragon-core'u niestety. Zobaczymy jak te lepsze fragmenty płyty będę oceniał z czasem.
Po zachwycie wywołanym seansami z Arką powracamy w bardziej bezpieczne rejony dragon-core'u. BoC było jednym z fajniejszych odkryć bestki utworów, byłem zatem ciekaw jak pójdzie z albumem, mając jednocześnie na uwadze że u mnie tego typu muza zwykła gorzej wypadać na dłuższych dystansach. Niemniej tym razem zwiedzamy klimaty downtempo bardziej niż czystego ambientu, nadzieja zatem jakaś była.
Po wstępie mocno kojarzącym mi się z The Advisory Circle lądujemy w pierwszym "konkretnym" utworze czyli Chromakey Dreamcoat. Ten kawałek powiela atuty utworu z bestki utworowej czyli fajny bit i ciepłą elektronikę uzupełnioną tutaj o gitarowy loop. Całość brzmi fajnie i zachęcająco, dobry wstęp. Numer fajnie się urywa, interludium na końcu psuje tylko efekt. Następny w kolejce czyli Satelite Anthem Icarus początkowo spłynął po mnie obojętnie ale obecnie to mój faworyt, z grubsza zawiera te same elementy co poprzednik lecz jest powolniejszy. Chodził mi po głowie od drugiego odsłuchu, ten pulsujący synth mocno przypomina mi coś z Selected Ambient Works 2 chyba. Niestety im dalej w las, tym więcej drzew, z biegiem czasu płyta niewiele wychodzi poza kilka podobnych zabiegów a tych konkretnych utworów jest niewiele. Szybko uwagę zwrócił Hey Saturday Sun, dobry bit, dobry loop, numery pozbawione wyrazistszego rytmu nie łapały mojej uwagi. Jako ostatni dojrzał w mojej głowie Dayvan Cowboy i kompletnie nie wiem dlaczego przy pierwszym odsłuchu jakoś zupełnie nie zwróciłem uwagi na te interesujące perkusyjne wybuchy w dalszej części utworu. Najbardziej chaotyczny i męczący dla mnie był zdecydowanie Oscar See Through Red Eye.
Krótka to będzie recenzja i mało treściwa, całkiem możliwe że natężenie spokojnych elektronicznych albumów w tej dyszce u Dragona sprawia że trochę kończą mi się przy przymiotniki. Nie jest to album zły, ale nie uważam też by był wybitny. Miałem pewne oczekiwania czy nadzieje ale się zawiodłem, liczyłem jednak na lepszy poziom tego wydawnictwa. Możliwe jednak że sam z ciekawości sięgnę po album z którego utwór wrzucałeś do bestki utworów, to było złoto. Na tym etapie trochę podziwiam a trochę nie rozumiem tego Twojego top10 jako całości. Ten album BoC sam w sobie jest dla mnie o jakiś kwadrans za długi, kolejny raz odbijam się od dragon-core'u niestety. Zobaczymy jak te lepsze fragmenty płyty będę oceniał z czasem.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Widzę deva w tym Hienie. Ciekawe porównania, szczególnie z Thomem, choć u niego ta elektronika zawsze brzmi bardziej, hmm, sterylnie? Tak bym powiedział, jest w niej mniej życia. Przez to też jest mniej muzakowa w tym pozytywnym sensie xDHien pisze:04 paź 2022 12:57dzięki temu nie staje się memem (zresztą w tamtych czasach tego typu memy nawet nie istniały)
A jednak nie takie bezpieczne, skoro za długie, raczej schematyczne i niekonkretne
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Bezpieczne w sensie - nie podejmujące ryzyka. Hazardowo porównując to było dla mnie jakbyś kupił zdrapkę za złotówkę i złotówkę wygrał. Doceniłem parę numerów ale nie całość.
P.S.
Na tym etapie raczej nie powinieneś już cokolwiek przejmować się chyba moim zdaniem w kwestii takiej muzyki, c'nie?
P.S.
Na tym etapie raczej nie powinieneś już cokolwiek przejmować się chyba moim zdaniem w kwestii takiej muzyki, c'nie?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Thoma elektronika rzeczywiście jest bardziej bezduszna i nie używa gitar, a one zawsze trochę zmiękczają klimat. Niemniej, jestem pewien, że jest fanem BoC.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Niby nie powinienem, ale zawsze traktuję poważniestripped pisze:05 paź 2022 05:52Na tym etapie raczej nie powinieneś już cokolwiek przejmować się chyba moim zdaniem w kwestii takiej muzyki, c'nie?![]()
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Tu widzę został jedynie nasz superduet Zamulators w składzie devotional dejw i mentos the freshmaker 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Zespół Zamulators właśnie planuje, gdzie tu w listopadowym kalendarzu wcisnąć ten nieszczęsny BoC do odsłuchu. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ale tym razem proszę Murzyna żeby odpowiednio interweniował zanim ruszymy z następną kolejką , bo jak mają między Sinatrą z dupy wpadać pół wysrane recenzje BoC, to ja dziękuję. Trochę starczy tego śmietnika.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
To co, dzisiaj chyba zostawię ostatni dzień na recenzje BoC i jutro puścimy kolejkę dla Franka a spóźnialskim podziękujemy za recenzje.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Tylko żeby spóźnialscy zdawali sobie sprawę z tego, że nie ma wrzucania po czasie i robienia burdelu. Bo niedługo znowu będziemy mieli Deva z dwiema zaległymi recenzjami na koniec kolejki, co miało tyle sensu, co koncert dm na narodowym.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Pytanie jeszcze jak stoicie z tym Sinatrą, są już gotowi do recenzowania?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Biorąc pod uwagę, że ja nie recenzuję, to może być cienko xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ja jutro zacznę słuchać, tutaj w ogóle pośpiech nie pomoże.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To czekamy
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn