Best of Forum (Edycja albumowa)

Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Re: Best of Forum (Edycja albumowa)

Post 09 paź 2022 21:50

Słuchnąłem 2 razy, ale to za mało.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 paź 2022 22:47

Słuchajcie na spokojnie. Po płycie Dragona, to jest jednak dosyć drastyczna zmiana klimatu, zresztą płyty z lat 50 nikt dotąd nie wrzucał i podejrzewam, że nie wrzuci.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 09 paź 2022 23:06

Nigdy nie słuchałem czegoś starszego od siebie, więc wiesz.
Ale jeden utwór z albumu Sinatry doskonale znam, bo śpiewała go pewna wrzucana przeze mnie niewiasta na swojej premierowej płycie. Ciekawe, czy zgadniesz która?
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 paź 2022 23:20

Nawet nie będę próbował.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 09 paź 2022 23:30

Przecież nie było ich znowu tak wiele. :D
Blues in the Night śpiewała Melua. Skłamałem tylko, że na premierowej. To był drugi album Piece by Piece.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 paź 2022 23:33

Strzelałbym Melue albo Jones, bo one się lubują w standardach. Trudno mi sobie wyobrazić jej wersję, ale jutro posłucham.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 10 paź 2022 02:16

Boards of Canada - The Campfire Headphase

Powoli to się chyba staje taką moją osobistą tradycją w tej zabawie, że im lepiej daną płytę tudzież wykonawcę znam, tym trudnej mi się zabrać za wypierdzenie paru zdań na temat. Nie do końca kumam dlaczego tak jest, może niektórych wykonawców zakatowałem an tyle, że nie chce mi się już o nich pisać, może nie chce się powtarzać (chociaż o wielu z nich na tym forum praktycznie nie pisałem lol), a może coś tam coś tam. Tutaj akurat kolega Robert podrzucił bardzo szanowanego przeze mnie wykonawcę, ale jednocześnie wybrał akurat ten album, który znam relatywnie najsłabiej, więc wyszło takie fifty-fifty.
No w każdym razie będzie banalnie i lakonicznie: BARDZO DOBRA PŁYTA. BoC to jest po prostu ten typ muzyki, którą trzeba "ku", żeby móc ją polubić i docenić - niektórym to zajmie niewiele, innym parę lat, a innym pewnie całego życia nie starczy na to. Ja akurat należę do tej pierwszej grupy, sam pamiętam, że od pierwszego odsłuchu bodaj debiutu w jakimś wczesnym 2013 trochę się odbiłem, ale gdy zapoznałem się z (wówczas świeżo wydanym) Tomorrow's Harvest to siekło mnie praktycznie od razu. A jak już zaskoczył ten "rolniczy" album, to poszło z górki, bo generalnie to dość równy zespół w kwestii poziomu płyt i takich tam i ciężko mi cokolwiek w ich dyskografii wyróżnić jako rzecz mniej dobrą, a co dopiero mówić o słabych.
Kolega Robert wspomniał tutaj o okładce i myślę, że to całkiem wdzięczny punkt wyjścia do pisania o tej muzyce, bo zgodzę się z tym, że oddają dobrze jej vibe (generalnie to ja uważam, że okładki mówią więcej o zawartości danego dzieła, niż mogłoby sie pozornie wydawać). Przejaskrawione kolory, zielonkawy filtr, jakieś dziwne artefakty i tajemnicze postaci, które wyglądają jakby pozowały do najzwyklejszych fotek rodem z wakacji w Ustce, ale wszystko to ma klimat wspomnienia wydarzenia tak odległego i rozmytego, że człowiek nie ma pewności co do tego, czy to wydarzyło się naprawdę czy może jest to jakiś efekt wyobraźni. Nie chcę tu użyć lekko wyświechtanego na tym forum i nie tylko słowa DUCHOLOGIA, bo boje się, że Drenda usunie mnie ze znajomych na fejsiku, ale wiecie o co cho. No w każdym razie słyszę to na każdej płycie BoCów, włącznie z tą, więc trochę nie kumam tego fragmentu, w którym kolega Bob zasugerował, że tu prawie wcale tejże duchologii nie ma. Nie wiem, może to dość abstrakcyjna kontrteza, bo ciężko to jakoś racjonalnie zmierzyć, ale imo ten duchologiczny klimat słychać tu równie intensywnie, co na każdej innej płycie BoCów.
Jeszcze inny kolega, tym razem dla odmiany Jakub, zasugerował tutaj pewną... muzakowatość tej muzy. No może nie szarżowałbym z tym określeniem, bo jednak mimo wszystko to jest za dobra rzecz, by określać ją tym mianem, ale generalnie coś może być na rzeczy. Nie wiem, ja generalnie to zawsze odbierałem i odczuwałem te muzykę w "duchologiczny" sposób. Jakoś ciężko mi to racjonalnie wyjaśnić, boje się, że zaczynam bredzić, ale BoC to dla mnie trochę coś jak odpowiednik grzebania w starym pudle czy oglądania starych zdjęć. Niby zwykłe rzeczy, niby nic fantastycznego ani ponadprzyrodzonego, ale jakoś tak przez ten upływ czasu, przez te wszystkie defekty i świadomość, że ma się styczność z jakimś tam jednak fragmentem historii, sprawia, że ma się poczucie obcowania z reliktem z innej epoki i w zasadzie to z innego świata. BoC to dla mnie właśnie taka muza, która bez tej otoczki sprawiałaby wrażenie takiego se muzaku, ale wywołuje we mnie jakieś dziwne wspomnienia - starych gier, w które nie grałem (bo nie powstały), starych hitów z 30 ton, których nie słyszałem (bo nie powstały) czy też starych programów telewizyjnych, których nie widziałem (a tu akurat ciężko mi w to uwierzyć). * Gdzieś w toku pisania tego wszystko w mojej głowie pojawił się termin FAŁSZYWA DUCHOLOGIA i imo generalnie pasuje mi do tej muzyki.
No cóż, wyszła mi jakaś dziwna laurka dla BoC połączona z bełkotem, ale trudno. xD Być może to moje zamiłowanie do grzebania w rzeczach starych i pozornie bezużytecznych, może fakt, że za dzieciaka słuchałem głównie randomowych kaset znajdujących się w domu cholera wie skąd, ale bardzo lubię ten zespół i w ogóle jest bomba. Ta płyta niby najsłabsza z tych co znam, ale nadal jest kox i kolega ROBERT znowu popisał się przysłowiowym RiGCzem. Chyle copke nyzci hej.

* - chciałem wymienić w tej wyliczance wasze stare, ale pewnie wszystkie je poznałem ;]]]
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 10 paź 2022 07:56

Ta duchologia to tu istnieje dla mnie w bardzo powierzchowny sposób, niby są te typowo obligatoryjne ducho efekty ala bujająca taśma, ale to jest też właśnie powód, dla którego mimo kretyńskiego sentymentalizmu z mojej strony, nie czuję tej całej sceny ducho i ona dla mnie zawsze była fałszywa. Nie czuję w tej muzie niczego co by mnie przetransportowało w przeszłość, bo ona po prostu nie brzmiała w tej sposób. Może i jest to jak grzebanie w starym pudle, ale cudzym pudle, w którym znajduję rzeczy fajne, ale nie utożsamiam się z nimi, ani ich nie utożsamiam z żadnym okresem życia, za którym tęsknię. Jeden numer pobrzmiał trochę 90sami, ale to trochę mało. Teraz już wiecie czemu nie mam Drendy w znajomych, bo to oszustka jest xD

Natomiast, w kwestii muzakowatości, to nadal, jako fan lo-fi hip hopu, melodyjek na poczekanie z telefonów i jazzu z windy, nie uważam, że ten termin należy odbierać tylko pejoratywnie. To jest forma, jak wszystko inne.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 10 paź 2022 08:49

mintaj pisze:
10 paź 2022 02:16
FAŁSZYWA DUCHOLOGIA
Takie zjawisko rzeczywiście istnieje. Wiem to po sobie.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 paź 2022 09:30

Czyli został nam już tylko dev. Mam poczucie że chyba wszystkim ciężej wbić się w tą kolejkę płyt, może to kwestia tego że poprzednia była dość intensywna IMO. Z bangerów Timberlake'a i hałasu MBV wpadliśmy w jesienne zamulanko hyy.

Dlatego myślę że przechodzenie dalej będę uzależniał trochę od gotowości do recenzowania, a jako że Sinatry jeszcze dobrze nie ugryźliśmy dev może się wyrobi.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 10 paź 2022 14:57

Trzymam się zdania, że na Campfire Headphase duchologii czy takich wspomnień-mistyfikacji jest tyle, co kot napłakał. Powiedziałbym, że to w sumie tylko 84 Pontiac Dream i tyle. Geogaddi, Music Has The Right To Children - tam prędzej. Z wyobrażeniami i skojarzeniami nie da się dyskutować, ale to bardziej no uniwersalnie sentymentalna rzecz. Przy projektach bawiących się w kolaże, bezpośrednie cytaty z epoki (huhu), jeszcze bardziej bezpośrednią imitację (filtry imitujące zużytą taśmę z kasety czy zakłócenia telewizyjne) jest tutaj subtelnie.
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 10 paź 2022 18:26

The Canada Circle - Campfire Channels

Kurde. To jest dobra płyta. I tutaj mógłbym zakończyć xD Naprawdę, nie wiem za bardzo, co napisać, bo powtarzałbym to, co pisałem wrzucając tutaj Cate Brooks i jej duchologiczne cudaczności, gdyż dla mnie ten album JEST duchologiczny. Lubię go, prawda, ale nie jest to moje ulubione dzieło Boards of Canada. Gdyby wleciało tutaj Music Has the Right to Children, o! Wtedy byłbym bliski osiągnięcia ekstazy i zasadziłbym tutaj recenzję w stylu wywiadów Żakowskiego w Polityce jeśli chodzi o długość. A tak...Chyba już przy wrzutce utworowej dałem znać, że BoC znam od mniej więcej 2017 roku - w sensie wtedy zacząłem ich słuchać - zaś o samym duecie usłyszałem w roku 2013, kiedy odbyła się premiera Tomorrow's Harvest. Hype na ten album był chyba wszędzie w necie, Są na świecie płyty blablabla spuszczały się niesamowicie (albo ja tak to zapamiętałem, ale jestem prawie pewien), Piczforki, Kłajetusy i inne cuda, a ja... jak to ja, OLAŁEM. Nie odpaliłem nawet jednego numeru. Musiałem poczekać, co więcej, nie sięgnąłem po BoC nawet po fazie na dzieła ze stajni Ghost Box. Jakoś tego nie zrobiłem i tyle. Ale jak już zrobiłem... Całe lato i pół jesieni żem cisnął. Długo szukałem swojej ulubionej płyty, bo numery to mam (np. Everything You Do Is a Baloon), ale żeby album zaraz... Równie długo myślałem, że będzie nim właśnie "album rolniczy", jak to określił Mentos. A jednak siadło Music Has the Right to Children. To jest absolutnie najlepsze. The Campfire Headphase? Załącznik, aneks, coś w tym stylu. Nie jest źle, ale to nie jest to. Jest muzakowato? Ano jest, czy to źle? Uwielbiam taką muzykę. Słucham jej w pracy, przy robieniu porządków, przy czytaniu książki, łażąc po parku. Rzadko kiedy słucham jej na pełnej głośności. Rozkoszuję się powoli, nie pozwalam, by nuty za bardzo przebijały granice widma. Dla mnie to jest właśnie taka muzyka tła, która przenosi mnie w nieistniejącą przeszłość. Mniej angażująca od TAC, ale wciąż trzyma dobry poziom i mnie zasysa, choć z mniejszą intensywnością. Za to daję plusik, choć DLACZEGO AKURAT TA PŁYTA... ale nadal - jest ona dobra. Lubię, słuchałem z przyjemnością, słuchałem wcześniej, słuchać będę. Nie potrafię wymyślić tutaj innych słów, znów, odwołuję do tego, co już opisałem wcześniej przy Brooks. Pewnie jeszcze się kiedyś do tego odwołam. Teraz idę rozpalić ognisko z moimi kolegami bez twarzy w lesie bez nazwy. I będziemy zwalniali ptaki (z pracy).
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 11 paź 2022 08:36

Skoro BoC mamy z głowy możemy przejść powoli do omawiania Franka Sinatry i jego płyty Only The Lonely
Hien pisze:
29 wrz 2022 08:43
Frank Sinatra – Only The Lonely

Frank Sinatra to sprawa tak opasła jak Elvis, Frank Zappa, czy Buckethead. W dyskografii można zgubić się tak bardzo, że drogi powrotnej nie idzie potem odnaleźć. Generalnie, karierę Siantry można w dużym uproszczeniu podzielić na trzy etapy, które naznaczone są wytwórniami. Najpierw Columbia (1946 – 1950), czyli Sinatra o anielskim głosie i niemal ambientowe, orkiestrowe podkłady. Potem Capitol (1954 – 1962), czyli doświadczony życiem i pozbawiony złudzeń Siantra, z lekko przepitym i przepalonym, ale nadal bardzo mocnym głosem (to jest najpopularniejszy okres jego działalności). Na końcu Reprise (1961 – 1981), czyli Sinatra nagrywający na własnych warunkach, niektóre albumy ponownie aby wyrwać je z objęć poprzednich wydawców, okres mniej lub bardziej udanych eksperymentów z muzyką współczesną oraz zrywów w klasycznym kierunku. Ja prezentuję płytę z tego środkowego okresu, a dokładnie „Only The Lonely” z 1958 roku. Album pochodzi z trylogii „torch albumów”, czyli krótko mówiąc – albumów do topienia smutków w kieliszku przez ludzi samotnych, porzuconych, zranionych przez miłość (banały, ale przynajmniej każdy, chyba, może się tu utożsamiać z Sinatrą). Za pozostałe płyty z tego cyklu uznaje się „In The Wee Small Hours” z 1955 roku oraz „Where Are You?” z 1957 roku. Ja bym osobiście dorzucił do tego jeszcze „No One Cares” z 1959 r., bo stanowi ładne p.s. do „Where Are You?” i na swój sposób do „Only The Lonely”. Nie bierze się go jednak pod uwagę jako część żelaznego składu ze względu na to, że tamte albumy aranżował Nelson Riddle, postać kluczowa.

Frank Siantra rzadko pisał swoje piosenki (chociaż takie bywały i były doskonałe), na jego płytach znajdują się dobrane przez niego kolekcje utworów, z których tworzył często koncept albumy. Frank był człowiekiem, który zakochiwał się na sto procent i oddawał się uczuciu na sto procent (może nie zawsze wiązało się to z wiernością łóżkową, ale to był typ niereformowalny, żyjący w swoim świecie). Kiedy szykował się do nagrania „Only The Lonely”, zakończył właśnie głośny rozwód z Avą Gardner. O tym związku pisano całe książki (jedną czytałem), bo był wyjątkowo burzliwy i pozostawił Sinatrę w stanie głębokiego doła. Nelson Riddle zaś był świeżo po śmierci matki i córki. Obaj Panowie byli pogrążeni w olbrzymim smutku i jego wynikiem jest zaproponowana przeze mnie płyta, moim zdaniem (ale nie tylko moim, bo taki jest w sumie konsensus) najlepszy album nagrany przez Sinatrę. Słychać, że facet wywala kawę na ławę z grubymi emocjami szarpiącymi go przy mikrofonie. Muszę tu zaznaczyć, że w tamtych czasach, wykonawcy tacy jak Sinatra nagrywali muzykę na żywo. Orkiestra i inni muzycy byli gotowi, Frank stał obok w budce z mikrofonem i śpiewał. Próbowano utwór kilka razy i najlepsza wersja lądowała na płycie. Nie było żadnych poprawek. W każdym utworze czuć, że powietrze podczas tych sesji musiało stać w miejscu.

Tu nie ma wesołych piosenek, z których Sinatra był znany. Każdy utwór porusza tematykę nieodwzajemnionej miłości, samotności i trudu ruszenia do przodu po rozpadzie związku. Teksty często balansują na granicy monolitu z klisz, ale to były lata 50-te i tak się uczucia wyrażało - skromnie, romantycznie, nieordynarnie. Płyta stanowi kompletne dzieło i nie chcę pisać o każdym utworze z osobna, ale na pewno chciałbym niektóre wyróżnić.

Tytułowa piosenka mówi w zasadzie wszystko na temat tego, czego będziemy doświadczać przez tę niecałą godzinę. Jest melancholijnie, rzewnie, tęskno. Sinatra brzmi jak człowiek zrezygnowany i pokonany, a jednocześnie robi to w sposób niesamowicie potężny.

„Angel Eyes” to jeden z moich absolutnych top kawałków tego faceta. Wszystko tu opowiada piękna historię – tekst, muzyka, wokal – wyobraźnia pracuje i czujemy się jak jedna z osób siedzących w tym lokalu, do których Frank się zwraca. Kiedy Sinatra wyśpiewuje ostatnie „Excuse me while I disappear”, to naprawdę trudno nie mieć ciar.

„Blues In The Night” kręci mnie niesamowicie minimalistyczną aranżacją. Tutaj już do kwadratu czuć zadymiony bar, w którym Sinatra siedzi przy kielichu i zaczepia przypadkowe osoby żeby opowiedzieć im historię swojego życia. Prosta piosenka o tym, że „mama mnie ostrzegała przed kobietami”, ale w tle dzieją się ciekawe rzeczy, nagłe zmiany rytmu, melodii, tak jakby wszystko rozkręcało się razem z tekstem.

„Guess I’ll Hange My Tears...” to utwór, do którego Sinatra wraca po 9 latach (nagrał wersję w 49 r.), ale to już nie ten sam Sinatra i fascynujące jest jak inna jest ta interpretacja od strony wokalnej. W poprzedniej, Frank śpiewa to melancholijnie, ale dopiero na „Only The Lonely” nie tylko odtwarza ten tekst, ale go przeżywa. Te piosenki mają piekne melodie i czasami można się zapomnieć i poczuć niemal optymizm w tych dźwiękach. Ale niech Was to nie zmyli, na tej płycie nie ma nadziei.

„Spring Is Here”, w którym człowiek w dole, zostaje skonfrontowany z pięknem nadchodzącej wiosny, ale ma ją w dupie. To kolejny utwór, który Sinatra wykonywał lata wcześniej, ale z zupełnie inna wrażliwością. Riddle pokazuje się tutaj od najlepszej strony, zresztą wszystkie jego aranżacje są wyjątkowe.

Na końcu czeka „One for my Baby” mój absolutny nr 1 jeśli chodzi o piosenki wykonywane przez Sinatrę. Ten utwór również był już przez Franka nagrany lata wcześniej, ale dopiero tutaj naprawdę osiąga swój szczyt. Aranżacja Nelsona Riddle’a (na samotne pianino Billa Millera i bardzo nienachalną orkiestrę we tle) stała się absolutną podstawą tego utworu na wieki. Tekst nie mógłby być bardziej dosłowny – (w tym wypadku) Sinatra siedzi w barze i jest ostatnim klientem, opowiada barmanowi historię życia. Obiecuje, że już się zbiera, ale prosi żeby mu nalać ostatniego, za tę jedyną i jeszcze na drogę. To jest ultimate torch song i jedna z najpiękniejszych piosenek jakie słyszałem. I takie jest to zakończenie, trochę smutne, trochę nie.

Przez tę płytę się płynie. Kto kiedykolwiek przeżył jakiś zawód miłosny, zwłaszcza taki, który faktycznie wywrócił życie do góry nogami, zrozumie o czym śpiewa Sinatra. I to właśnie wokal, z oczywistych powodów, gra tu pierwsze skrzypce. Muzyka jest piękna, ale stanowi tylko tło dla głosu Sinatry, który nawet a capella, pociągnąłby ten album. Takich ludzi już nie robią.

Na koniec pozostaje pytanie – czy Sinatra ułożył sobie życie uczuciowe? Trochę to trwało i po kilku innych związkach, zaręczynach i kolejnym nieudanym małżeństwie, Frank poznał Barbarę, którą odbił jednemu z braci Marx. Z nią spędził ostatnie dwie dekady życia. Mógłbym pisać w nieskończoność o tym facecie, ale nie będę tu uprawiał biografii.

Wracam do Sinatry regularnie w okresie jesiennym, a zwłaszcza do tego albumu, chociaż miałem przerwę przez ostatnie kilka lat. Teraz wracam do tej płyty i nadal kopie, jak zawsze kopała, i stanowi dla mnie idealny soundtrack w tym jesiennym okresie.

Na koniec jeszcze jedna ważna sprawa, czyli wersja płyty. O tej kwestii myślałem jeszcze zanim rozwinęła się odpowiednia dyskusja (może to za duże słowo, bo nikt jej nie podjął) na temat „Loveless” wydanego w mono i stereo.

„Only The Lonely” został wydany w dwóch formatach, już w 1958 roku. Mono nadal było wiodące, ale stereo powoli zaczynało wchodzić na salony. To był okres przejściowy. Pamiętam jak czytywałem eseje fanatoli The Beatles, którzy uważali, że ich płyty wydane oryginalnie w mono, ale przerobione na stereo, to świętokradztwo, bo nie taki był zamysł i w ogóle to gówno, itd. Nawet sam John Lennon był takiego zdania. Trochę mnie to bawiło, bo przecież czemu ktokolwiek miałby woleć muzykę w mono?
No i trafił się Sinatra. W 2018 r. wydano dwupłytową reedycję „Only The Lonely” na 60-lecie albumu. Poza ciekawymi bonusami, jak alternatywne nagrania z sesji, umieszczono tam dwie wersje albumu, oryginalne mono z 1958 r. i nowy mix stereo z 2018 r. Do tego momentu, znałem tylko wersję stereo z lat 50-tych… ale okazało się, że to od początku była wersja mono (winamp nadal wyświetla stereo, ale porównałem i to jest to samo). Zaszokowało mnie, jak dobrze słuchało mi się tej wersji i szczerze mówiąc, wracam do niej najczęściej. Jest jakieś ciepło w tym brzmieniu, jakiś rigcz, którego nie umiem wytłumaczyć. Tego się po prostu lepiej słucha. Stereo było zresztą nagrywane chyba tylko trzema mikrofonami. W "Blues in the Night" np bas kompletnie ginie w wersji stereo, gdy w mono jest wyraźny, ciepły i po prostu robi niezwykła atmosferę. Dopiero przy tej płycie zrozumiałem, że przy albumach pomyślanych na mono, wciskanie tego w stereo staje się kaprysem, a nie ulepszeniem.

Zamieszczam linki do wersji stereo i do wersji mono, możecie sobie po jednym kawałku porównać i zdecydować, ale jeśli chcecie słuchać albumu w wersji jaką ja chcę Wam zaprezentować, to wybierzcie mono.

Mono

https://www.youtube.com/watch?v=OPIETA0 ... FJzEuJq2Yn

Stereo

https://www.youtube.com/watch?v=JLCU1jq ... RfNAF_uEYA

Zakładam zresztą, że każdy będzie tego słuchał kilka razy, więc możecie sobie zrobić przeplatankę i ocenić.

Na Spotify są obie wersje.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 12 paź 2022 14:03

No dobra, jak nie ma odważnych, to ja zacznę.

Frank Sinatra – Only The Lonely

No powiem szczerze, że przede mną niełatwe zadanie, bo trudno jest mi jednoznacznie opisać moje wrażenia z odsłuchów tego albumu.
Płyty można odbierać w różny sposób. Czasami od początku w pełni zatrybi lub po jakimś czasie, ale zatrybi. Innym razem kompletnie i nieodwracalnie odrzuci. Często jest tak pół na pół. Czyli niektóre rzeczy się podobają, a inne mniej. Czasami pozostawi po prostu obojętnym. Tutaj sytuacja jest jeszcze trochę inna, co postaram się jakoś sensownie przedstawić.
Byłem ciekawy tego albumu. Słyszałem kiedyś w tv jakiś koncert Robbiego Williansa, kiedy to wykonał kilka tego typu utworów i podobało mi się to. Ale były to pojedyncze utwory wplecione między jego utwory. Nie wiedziałem jednak, jak taka muzyka sprawdziłaby się na pełnym dystansie. Teraz nadarzyła się doskonała okazja ku temu.
Album jest na pewno bardzo dobry. Nie mógłbym powiedzieć nic innego, bo bym skłamał. Doceniam w pełni Franka jako wokalistę, bo głos miał nieprzeciętny. Aranżacje są eleganckie i gustowne. Orkiestra pięknie przygrywa robiąc przyjemny podkład. Utwory po paru przesłuchach coraz bardziej rozpoznawalne (choć nie wszystkie jeszcze). Po dwóch pierwszych wszystko mi się zlewało do kupy i nie potrafiłem rozróżnić jednego utworu od drugiego (poza Blues In The Night, które znałem doskonale za sprawą Melui). Ale coraz więcej kompozycji już do mnie dociera. Album pochodzi z 1958r. Ja w życiu nie słuchałem czegoś tak starego! W życiu nie słuchałem jazzu takiego jak tu. Więc trudno wymagać, żebym nagle został oddanym fanem takiej muzyki. Jestem wychowany na zupełnie innych brzmieniach. Nie jest to więc dla mnie łatwa muzyka. Myślę, że w moim przypadku ta wiekowość albumu ma spore znaczenie. Ale wbrew pozorom podoba mi się ta muzyka. Nie jestem chyba w stanie słuchać tego często i w dużych ilościach, ale czasami kilka utworów jak najbardziej. Tego dobrze się słucha w niektórych okolicznościach. Niekoniecznie podczas wędrówek po lasach, niekoniecznie podczas nocnych odsłuchów w skupieniu przy zgaszonych światłach. Idealne warunki to siedzenie wieczorem w fotelu przy palącym się kominku ze szklaneczką whiskey w ręku. Dobrze słuchało mi się też Franka w pracy. Kompania wyszła na zajęcia, a ja w spokoju sobie pracowałem w kancelarii w papierach, podczas gdy z głośników sączyła się muzyka Sinatry. Wtedy naprawdę było przyjemnie. Myślę, że gdybym był właścicielem jakiegoś klimatycznego baru czy knajpki, to puszczałbym gościom z głośników właśnie taką muzykę i świetnie by się sprawdziła. To idealna muzyka do puszczania w tle.
Ten album zawiera dla mnie kilka małych przeszkód. Nie wynikają one jednak z jakichś słabości samej muzyki. Bo to świetna muzyka w swoim gatunku. Bo brzmi tak, jak powinna brzmieć muzyka z 1958r. Tak się wtedy grało, takie były możliwości techniczne i Sinatra robił to rewelacyjnie. Inna sprawa, czy w 2022r. ktoś przyzwyczajony do współczesnej muzyki, w której jest mnóstwo nowoczesnej elektroniki jest w stanie się odnaleźć w czymś tak staroświeckim sprzed ponad 60-ciu lat? Myślę, że ja częściowo tak, chociaż też nie tak do końca. Tak jak pisałem – od czasu do czasu w rozsądnych ilościach lub w odpowiednich okolicznościach – jak najbardziej. Nie potrafiłbym jednak słuchać tego na co dzień. Bo nawet te 12 utworów jednorazowo, to dla mnie trochę długo. Taki sam aranż w każdym utworze pod koniec trochę już męczy. No ale to w sumie żadna wada, bo jaki niby miałby być aranż w 58’? Problemem raczej jest to, że po prostu ja nie siedzę na co dzień w takich klimatach. To dla mnie zupełna nowość. Żałuję też, że nie znam dobrze angielskiego, bo wtedy rozumiejąc tekst słuchałoby się tego na pewno ciekawiej. Oczywiście sprawdziłem w necie tłumaczenia kilku utworów, ale to już nie to samo.
I może to dziwne, ale bez znajomości tekstów ta płyta wcale nie sprawia na mnie wrażenia przesadnie smutnej czy przygnębiającej. To prawda, że nie ma tu skocznych czy wesołych numerów. Jest spokojnie i dostojnie, ale niekoniecznie smutno. Przynajmniej nie zawsze.
Nie wiem, czy opisałem moje odczucia tak, jak chciałem, czy coś sensownego z tych moich wypocin wynika. Krótko mówiąc doceniam album, który mi się nawet podoba, choć z zastrzeżeniami, jakie opisałem. Na pewno stary jazz nie będzie w stanie zastąpić mi współczesnych brzmień. Ale z kilka razy do roku posłuchać w zadumie przed kominkiem czy podczas spokojnej samotnej pracy jak najbardziej.
A jeszcze co do wersji, to lepiej słuchało mi się stereo. Tak jakoś przestrzenniej, z głębszym basem.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 12 paź 2022 14:26

Ciekawa sprawa z tym basem, bo mnie się właśnie wydawało, że jest go więcej i jest cieplejszy w wersji mono. Ale może to wybiórczość ucha już.
Natomiast zgodzę się w pełni w kwestii przestrzenności wersji stereo, przy czym dla mnie to jest wada, bo odbiera to trochę muzyce tę, nie wiem jak to nazwać, przytulność, kominkowość, ciepło (kominkowość jako przymiotnik chyba wejdzie do mojego słownika na dobre). Dla mnie, słuchanie Sinatry (przynajmniej z tej płyty) wywołuje efekt oglądania wietrznego, jesiennego wieczora, przez okno, z ciepłego pokoju, i lubię kiedy mix to odzwierciedla. No, ale to już są takie maksymalnie osobiste preferencje.
shodan pisze:
12 paź 2022 14:03
I może to dziwne, ale bez znajomości tekstów ta płyta wcale nie sprawia na mnie wrażenia przesadnie smutnej czy przygnębiającej. To prawda, że nie ma tu skocznych czy wesołych numerów. Jest spokojnie i dostojnie, ale niekoniecznie smutno. Przynajmniej nie zawsze.
To nie jest dziwne, to jest ciekawe spostrzeżenie i wrócę do tego przy opisywaniu albumu, który będzie prawdopodobnie następny u mnie w kolejce.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 12 paź 2022 14:38

Kominkowość - trafne określenie. Też zapisuję w słowniku.
Hien pisze:
12 paź 2022 14:26
Dla mnie, słuchanie Sinatry (przynajmniej z tej płyty) wywołuje efekt oglądania wietrznego, jesiennego wieczora, przez okno, z ciepłego pokoju
Ja podczas słuchania bardziej gapiłem się z fotela w płomienie kominka. :)
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 12 paź 2022 14:46

Nie ma odważnych, odważny zamelduje się w piątek/sobotę
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 12 paź 2022 14:47

shodan pisze:
12 paź 2022 14:38
Hien pisze:
12 paź 2022 14:26
Dla mnie, słuchanie Sinatry (przynajmniej z tej płyty) wywołuje efekt oglądania wietrznego, jesiennego wieczora, przez okno, z ciepłego pokoju
Ja podczas słuchania bardziej gapiłem się z fotela w płomienie kominka. :)
No tak, ale wiesz, kominek dawał ciepło, a na dworze piździło ;)
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 13 paź 2022 08:24

Frank Sinatra - Only The Lonely

No Hien wrzucając taki album rzucił mnie na głęboką wodę muszę się przyznać, świat takich oldies to nie jest u mnie muzyka pierwszego wyboru z pewnością, choć parę staroci w płytotece posiadam. Jest jednak jedna istotna różnica, u mnie są to płyty z muzyką jazzową i przyznam się bez bicia że są to rzeczy słuchane zwykle w leniwe niedziele i traktuję je trochę jak soundtrack a może nawet niedzielny muzak u mnie w domu. Nie wczuwam się w tą muzę, ona wypełnia przestrzeń i dodaje uroku zwyczajnie a po seansie o niej zapominam. Poza rzeczami które już znałem nie umiałbym wskazać choćby jednego tytułu utworu który poznałem z tych płyt.

Frank Sinatra to trochę inna para kaloszy, aranżacja orkiestrowa ale nie tak stricte jazzowa mu towarzyszy, poza tym jest ona jedynie dodatkiem bo tak naprawdę pierwszy plan zajmuje wokal Sinatry. Artystę tego znałem bardzo pobieżnie dotychczas, mam na dysku jedną składankę jego przebojów i o ile mogę powiedzieć że doceniam te wszystkie Come Fly With Me i inne New Yorki tak raczej do nich nie wracam. Są to jednak stare przeboje z klasą a album wrzucony przez Hiena jak sam uprzedzał nie jest materiałem przebojowym tylko zbiorem melancholijnych piosenek o tematyce złamanego serca i samotności. Materiał jest naprawdę spójny i raczej trzyma równy poziom, aranżacje też z grubsza nie wyróżniają się jedna ponad drugą, z jednym wyjątkiem ale o tym później. Przejdźmy do meritum czyli mojego odbioru tej muzyki.

Nie będę ukrywał że mam spory problem z tym albumem. Robiłem do niego kilka podejść ale po pierwszym odbiciu się od niego nie bardzo chciał później urosnąć w moich oczach a raczej uszach. Hypetrainem wokalu Sinatry nie jadę, ma charakterystyczny męski głos ale nigdy mnie nie urzekał jakoś mocno, chyba z podobnych klimatów bardziej mi przypadał do gustu zwykle Dean Martin. Muzyka jak wspomniałem jest tu bardziej tłem, te orkiestrowe aranżacje na smyczki robią mi filmowy czy musicalowy klimat ale nie chodzą mi po głowie po odsłuchu. Wobec powyższego zacząłem próbować kolejnych odsłuchów (choćby fragmentarycznych) przy różnych odmiennych okolicznościach gdyż standardowe słuchanie na słuchawkach nie dawało satysfakcjonujących rezultatów. W dwóch przypadkach faktycznie odbiór był trochę lepszy. Pierwsza sytuacja to była jazda samochodem po mieście w słoneczne popołudnie gdzie niezłą scenerię robiły kolorowe jesienne drzewa rosnące wzdłuż ulic, druga z kolei to poranny spacer z psem o 5 rano gdy było ciemno i miasto śpi, to z kolei podbijało mi ten taki noirowy pierwiastek tej muzyki, bo dla mnie to mocno wieczorowa/nocna muza (jednak głęboka noc/wczesny ranek lepszy bo miasto bardziej wymarłe, głucho wokół). Po tych trzech odsłuchach z hakiem najbardziej wyróżnia się dla mnie zamykający One For My Baby, aranż na fortepian był miłą odmianą po całym albumie pełnym podobnych brzmień. Poza nim delikatnie wyróżniały się otwierający Only The Lonely oraz Willow Weep For Me (który nawet jako jedyny z kolei chodził mi po głowie po jednym z odsłuchów, a konkretnie ta tytułowa fraza). Dwa inne utwory z kolei mają fajny taki filmowy/noirowy jak dla mnie wstęp i są to It's A Lonesome Old Town oraz Blues In The Night. Poza tym strasznie opornie mi ta płyta wchodziła, niestety bez odpowiednich warunków nie byłem w stanie zbyt wiele z niej wyciągnąć dla siebie. Muzycznie nie była dla mnie interesująca, najważniejszym instrumentem był wokal Sinatry i jego melodia, dlatego może właśnie wyróżniłem Only The Lonely i Willow Weep For Me (w tym drugim atutem jest też ta trąbka, mało jest takich wiodących instrumentów na tej płycie i tym samym trudno mi było się czegoś złapać podczas odsłuchu bo wokal mi nie wystarczał przeważnie).

Słaba ta recenzja może jest ale taki trochę był odbiór po prostu, mniej więcej porównywalny z dragonowym BoC u mnie. Lubię vocal jazz ale dla mnie ten album tym nie jest poza drobnymi wyjątkami, to bardziej stary pop, ja wolę stare albumy jazzowe. Więc trochę jest to tak że przyszło mierzyć mi się z gatunkiem rzadko słuchanym przeze mnie i to w dodatku w wydaniu tym mniej przebojowym. W sumie może większe obycie z Sinatrą by mi pomogło, może czas odpakować w końcu tę składankę na winylu którą dostałem na urodziny i po ugryzieniu czegoś lżejszego wrócić do tej płyty za jakiś czas? Cytując klasyka powiem - NIE WIEM. Na ten moment nie pykło.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 paź 2022 10:26

Da się takiej muzyki słuchać w skupieniu, na słuchawkach, ale to już wyższa szkoła jazdy, po kilkunastu latach spędzonych na słuchaniu Sinatry z pasją, z czego 1/3 to było właśnie takie granie w tle. Zresztą nadal najczęściej puszczam Sinatrę w tle, bo on się do tego po prostu zajebiście nadaje.
Swoją drogą, podobnie jak Shodan, mój pierwszy poważniejszy kontakt z Sinatrą nastąpił przez Robbiego Williamsa. Moja mama zawsze słuchała muzyki, która gdzieś tam zahaczała o granie w tym stylu (chociaż akurat Sinatry aż tak bardzo nie lubiła), ale ja się przez większość lat młodzieńczych (tak do osiemnastki) od tego odbijałem. Moją furtką do tego świata stało się "Swing When You're Winning" Williamsa gdzie wykonuje on, między innymi, "One for My Baby" wraz oryginalnym pianistą Franka, Billem Millerem (tym samym, który nagrywał "Only The Lonely"). Z obecnej perspektywy, wydaje mi się, że głos Robbiego jest trochę zbyt przesłodzony do niektórych tego typu utworów, brakuje mu jednak tego sinatrowskiego zdarcia, ale nadal uważam, że jego dwa swingowe albumy są bardzo spoko. Zwłaszcza pierwsza płyta była mega-hitem, więc ewidentnie ta muzyka nie zestarzała się aż tak bardzo.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn