Best of Forum (Edycja albumowa)
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
ELO - Discovery
Nieco zarzucałem Musiałowi że od początku gry rzuca samymi obskjurami no to teraz mam, rzucił jakaś znaną nazwą wreszcie i to tak w trybie mentosowym wręcz jakby z książki o tych płytach co to trzeba je znać nim się zejdzie z tego świata. I w sumie mi to nie przeszkadza bo mam duże zaległości z takiej klasyki a druga sprawa że ten album i tak był na mojej TO-DO-LIST od bardzo dawna. Przed odsłuchem znałem może ze trzy utwory z tego albumu i na tej podstawie planowałem się zabrać kiedyś za niego ale lenistwo zwyciężyło, gdybym wiedział że przeczucie mnie nie myliło... to bym nie miał teraz takiego nomen-omen odkrycia, ha!
Zabierałem się do odsłuchu tej playlisty wrzuconej przez Musiała kilkakrotnie i za każdym razem docierałem do 4, czasem 5 utworu i odpadałem, przeważnie były to próby wieczorne kiedy dopadało zmęczenie, ewentualnie stwierdzałem że nie mam serio ochoty na tę muzę. W końcu wkurw*ony poszukałem innego linku gdzie album leci w całości, bez reklam, z winyla, poza tym usiadłem do tego z rana i pykło elegancko. Po odsłuchu pomny tego że na playliście było więcej niż na winylu odsłuchałem jeszcze te dwa bonusy. Jako że ten winylowy odsłuch z krótką pauzą między stronami zrobił mi robotę to tak poniekąd podzielę tę recenzję.
Strona A
Album wjeżdża z impetem utworem Shine a Little Love, który zdaje się już słyszałem wcześniej i brzmiał zachęcająco prezentując zgrabną fuzję symfonicznego hard rocka i muzyki disco. Galopujący bas, rytmiczna perkusja, ostre gitary chwilami, a z wierzchu smyczki i delikatne wokale, jest to brzmienie jakie lubię nie od dziś bo zasadniczo wszelkie fuzje rocka i muzyki tanecznej lubię od takiego disco rocka po alt dance lat 90. i nowsze rzeczy. Drugie wchodzi Confusion i to z kolei brzmi tak fajnie retro brytyjsko, jak stary SZLAGIER z potańcówek jakie mogli pamiętać moi rodzice. Vocoder który znam już w twórczości ELO ładnie się prezentuje i będzie obecny jeszcze nie raz na tym albumie. Chyba mój faworyt na ten moment. Kolejna jest piękna fortepianowa ballada Need Her Love opleciona jak to na Discovery bywa smyczkami i zwiewnymi wokalami. No i w sumie lubię nie mniej co Confusion ten kawałek a już za rogiem czai się zwieńczenie pierwszej strony w postaci The Diary of Horace Wimp które jest chyba jeszcze lepsze! Fortepianowa rozgrzewka, vocoder, numer się nabudowuje i zyskuje rozpędu wraz z refrenem. Tu naprawdę jest to co najlepsze w ELO, jest rytmicznie, symfonicznie, melodyjnie i z pompą. Bez kitu, strona A tej płyty to może być najlepiej wyegzekwowany ciąg utworów z roku 1979, wszystko elegancko płynie a nawet jeśli zwalnia tempa to nie zamula, tu jest pełno ŻYCIA wylewającego się z głośników i dlatego sądzę że to byłoby jeszcze lepsze do odsłuchu wiosną gdzieś do pary z Nonsuch od XTC, wczoraj jeszcze mi tak sobie do pasowało przy naszej złotej jesieni ale dzisiaj gdy zrobiło się pochmurno działa na zasadzie kontrastu, to może być swietna odtrutka na jesienną szarugę więc dziś wpada na lepsze tory.
Chwila oddechu proszę państwa i lecimy...
Strona B
Strona B wjeżdża z buta przebojem czyli Last Train To London które to znałem jako pierwsze z płyty, natrafione onegdaj chyba w postaci klipu na Stars TV (fajnie że są jeszcze stacje grające takie starocie). To jest hit który miałem zamiar nawet wrzucić w swoim czasie do bestki utworów ale wobec tego że przerabiamy całość odpuszczę sobie i chętnie podzielę się innym numerem tej kapeli gdy przyjdzie pora. Ta linia basu to absolutny KILLER i floor filler, numer to jeden z moich ulubionych disco rockowych kawałków na imprezową playlistę, świetny biały groove, coś w tym nurcie też do bestki na pewno wrzucę. Aczkolwiek jedna uwaga - odsłuch albumu sprawił że numer ten już tak nie błyszczy po zapoznaniu ze stroną A, hah.
Następny jest na płycie Midnight Blues i tu płyta zalicza potknięcie. Czuję się tak jakbym zachęcony zasłyszanym na ulicy disco beatem poprzedniego numeru wbiegł do dyskoteki by tylko za jej progiem poślizgnąć się na parkiecie i zaryć o niego mordą. Przeskok klimatu jest tu trochę za duży, a przynajmniej nie jest to dobry moment dla albumu by tak hamować kiedy człowiek pełen życia jedzie pociągiem i jak zadowolony pies wywala jęzor za okno by zaraz oberwać w łeb. Numer minimalnie słabszy od reszty albumu, chyba najbardziej zamula i moim zdaniem lepiej by się sprawdził może na końcu albumu jako wyciszenie co sprawdziłem drobnym mykiem w playliście. No ale poza tym jedziemy dalej (albo raczej biegniemy bo pociąg wszak się wykoleił na tej balladzie) do następnego numeru czyli On The Run. Dostajemy kolejny rytmiczny i pełen życia utwór, tym razem ozdobiony przygrywką syntezatorową kojarzącą mi się jakby z The Who (może Baba O'Reiley). Kolejne Wishing zdaje się jest tym trzecim numerem który kiedyś musiałem sprawdzać (chyba totalnie losowo obczajałem), podobał mi się wtedy tak i teraz. Fajna melodia basu, te rozjeżdżające się w efektach klawisze, dobra piosenka po raz kolejny i to jednak jest talent by takie rzeczy komponować. Stronę B i zarazem album zamyka potwór - Don't Bring Me Down, który jakby wyciska przez dodatkowe sito jeszcze resztki cudnego soku z tej kapeli w momencie kiedy wydawało się że lepiej być nie może. Numer brzmi dla mnie jak skrzyżowanie 60sowego rock&rolla Beatlesów z harmoniami wokalnymi Bee Gees. Fantastyczny rytm prowadzi ten numer i sprawia że z przytupem kończymy album (tylko w tym kontekście to moje wstawienie Midnight Blue za nim mogłoby nie pasować bo dawałoby szansę biednemu słuchaczowi by zebrać szczękę z podłogi przed końcem płyty a tak zostajemy wyrzuceni z pędzącego pociągu po raz drugi gdy kończy się płyta).
Ufff pufff.... Było GRUBO.
No to teraz omówmy te dwa bonusy z playlisty.
Pierwszy z nich (Second Time Around) czynił mi nadzieję że faktycznie za rogiem czai się jeszcze jakieś już chyba nie złoto a platyna, tymczasem... dostajemy ni z gruchy ni z pietruchy cover utworu Dela Shannona. Wpadamy zatem w jeszcze większe 60sowanie niźli w zamykaczu płyty i taki ruch jest raczej z duupy i przysługi płycie nie robi. Nie, nie, ja zostanę zdecydowanie przy wydaniach winylowych i może kiedyś na czarnej płycie ten album upoluję.
W każdym razie.... Co tu dużo gadać, ta płyta to jest absolutne ZŁOTO (mówiąc językiem wrzucającego) z jedną malutką skazą w formie słabszego flow drugiej strony. Niemniej usłyszałem kawał świetnej muzy, nadrobiłem klasykę, zrozumiałem że byłem PIRAMIDALNYM LENIEM ale nie ma tego złego, karma rzuciła mi tą płytą w pysk. Jaram się niemożebnie a w perspektywie kolejki jest przecież jeszcze jedna z tych wielkich płyt lat 70., zastanawiam się też czy pewna nie taka wcale drobna (ok. 180 cm wzrostu) blondynka podejmie rękawicę i da radę klasykom.
Nieco zarzucałem Musiałowi że od początku gry rzuca samymi obskjurami no to teraz mam, rzucił jakaś znaną nazwą wreszcie i to tak w trybie mentosowym wręcz jakby z książki o tych płytach co to trzeba je znać nim się zejdzie z tego świata. I w sumie mi to nie przeszkadza bo mam duże zaległości z takiej klasyki a druga sprawa że ten album i tak był na mojej TO-DO-LIST od bardzo dawna. Przed odsłuchem znałem może ze trzy utwory z tego albumu i na tej podstawie planowałem się zabrać kiedyś za niego ale lenistwo zwyciężyło, gdybym wiedział że przeczucie mnie nie myliło... to bym nie miał teraz takiego nomen-omen odkrycia, ha!
Zabierałem się do odsłuchu tej playlisty wrzuconej przez Musiała kilkakrotnie i za każdym razem docierałem do 4, czasem 5 utworu i odpadałem, przeważnie były to próby wieczorne kiedy dopadało zmęczenie, ewentualnie stwierdzałem że nie mam serio ochoty na tę muzę. W końcu wkurw*ony poszukałem innego linku gdzie album leci w całości, bez reklam, z winyla, poza tym usiadłem do tego z rana i pykło elegancko. Po odsłuchu pomny tego że na playliście było więcej niż na winylu odsłuchałem jeszcze te dwa bonusy. Jako że ten winylowy odsłuch z krótką pauzą między stronami zrobił mi robotę to tak poniekąd podzielę tę recenzję.
Strona A
Album wjeżdża z impetem utworem Shine a Little Love, który zdaje się już słyszałem wcześniej i brzmiał zachęcająco prezentując zgrabną fuzję symfonicznego hard rocka i muzyki disco. Galopujący bas, rytmiczna perkusja, ostre gitary chwilami, a z wierzchu smyczki i delikatne wokale, jest to brzmienie jakie lubię nie od dziś bo zasadniczo wszelkie fuzje rocka i muzyki tanecznej lubię od takiego disco rocka po alt dance lat 90. i nowsze rzeczy. Drugie wchodzi Confusion i to z kolei brzmi tak fajnie retro brytyjsko, jak stary SZLAGIER z potańcówek jakie mogli pamiętać moi rodzice. Vocoder który znam już w twórczości ELO ładnie się prezentuje i będzie obecny jeszcze nie raz na tym albumie. Chyba mój faworyt na ten moment. Kolejna jest piękna fortepianowa ballada Need Her Love opleciona jak to na Discovery bywa smyczkami i zwiewnymi wokalami. No i w sumie lubię nie mniej co Confusion ten kawałek a już za rogiem czai się zwieńczenie pierwszej strony w postaci The Diary of Horace Wimp które jest chyba jeszcze lepsze! Fortepianowa rozgrzewka, vocoder, numer się nabudowuje i zyskuje rozpędu wraz z refrenem. Tu naprawdę jest to co najlepsze w ELO, jest rytmicznie, symfonicznie, melodyjnie i z pompą. Bez kitu, strona A tej płyty to może być najlepiej wyegzekwowany ciąg utworów z roku 1979, wszystko elegancko płynie a nawet jeśli zwalnia tempa to nie zamula, tu jest pełno ŻYCIA wylewającego się z głośników i dlatego sądzę że to byłoby jeszcze lepsze do odsłuchu wiosną gdzieś do pary z Nonsuch od XTC, wczoraj jeszcze mi tak sobie do pasowało przy naszej złotej jesieni ale dzisiaj gdy zrobiło się pochmurno działa na zasadzie kontrastu, to może być swietna odtrutka na jesienną szarugę więc dziś wpada na lepsze tory.
Chwila oddechu proszę państwa i lecimy...
Strona B
Strona B wjeżdża z buta przebojem czyli Last Train To London które to znałem jako pierwsze z płyty, natrafione onegdaj chyba w postaci klipu na Stars TV (fajnie że są jeszcze stacje grające takie starocie). To jest hit który miałem zamiar nawet wrzucić w swoim czasie do bestki utworów ale wobec tego że przerabiamy całość odpuszczę sobie i chętnie podzielę się innym numerem tej kapeli gdy przyjdzie pora. Ta linia basu to absolutny KILLER i floor filler, numer to jeden z moich ulubionych disco rockowych kawałków na imprezową playlistę, świetny biały groove, coś w tym nurcie też do bestki na pewno wrzucę. Aczkolwiek jedna uwaga - odsłuch albumu sprawił że numer ten już tak nie błyszczy po zapoznaniu ze stroną A, hah.
Następny jest na płycie Midnight Blues i tu płyta zalicza potknięcie. Czuję się tak jakbym zachęcony zasłyszanym na ulicy disco beatem poprzedniego numeru wbiegł do dyskoteki by tylko za jej progiem poślizgnąć się na parkiecie i zaryć o niego mordą. Przeskok klimatu jest tu trochę za duży, a przynajmniej nie jest to dobry moment dla albumu by tak hamować kiedy człowiek pełen życia jedzie pociągiem i jak zadowolony pies wywala jęzor za okno by zaraz oberwać w łeb. Numer minimalnie słabszy od reszty albumu, chyba najbardziej zamula i moim zdaniem lepiej by się sprawdził może na końcu albumu jako wyciszenie co sprawdziłem drobnym mykiem w playliście. No ale poza tym jedziemy dalej (albo raczej biegniemy bo pociąg wszak się wykoleił na tej balladzie) do następnego numeru czyli On The Run. Dostajemy kolejny rytmiczny i pełen życia utwór, tym razem ozdobiony przygrywką syntezatorową kojarzącą mi się jakby z The Who (może Baba O'Reiley). Kolejne Wishing zdaje się jest tym trzecim numerem który kiedyś musiałem sprawdzać (chyba totalnie losowo obczajałem), podobał mi się wtedy tak i teraz. Fajna melodia basu, te rozjeżdżające się w efektach klawisze, dobra piosenka po raz kolejny i to jednak jest talent by takie rzeczy komponować. Stronę B i zarazem album zamyka potwór - Don't Bring Me Down, który jakby wyciska przez dodatkowe sito jeszcze resztki cudnego soku z tej kapeli w momencie kiedy wydawało się że lepiej być nie może. Numer brzmi dla mnie jak skrzyżowanie 60sowego rock&rolla Beatlesów z harmoniami wokalnymi Bee Gees. Fantastyczny rytm prowadzi ten numer i sprawia że z przytupem kończymy album (tylko w tym kontekście to moje wstawienie Midnight Blue za nim mogłoby nie pasować bo dawałoby szansę biednemu słuchaczowi by zebrać szczękę z podłogi przed końcem płyty a tak zostajemy wyrzuceni z pędzącego pociągu po raz drugi gdy kończy się płyta).
Ufff pufff.... Było GRUBO.
No to teraz omówmy te dwa bonusy z playlisty.
Pierwszy z nich (Second Time Around) czynił mi nadzieję że faktycznie za rogiem czai się jeszcze jakieś już chyba nie złoto a platyna, tymczasem... dostajemy ni z gruchy ni z pietruchy cover utworu Dela Shannona. Wpadamy zatem w jeszcze większe 60sowanie niźli w zamykaczu płyty i taki ruch jest raczej z duupy i przysługi płycie nie robi. Nie, nie, ja zostanę zdecydowanie przy wydaniach winylowych i może kiedyś na czarnej płycie ten album upoluję.
W każdym razie.... Co tu dużo gadać, ta płyta to jest absolutne ZŁOTO (mówiąc językiem wrzucającego) z jedną malutką skazą w formie słabszego flow drugiej strony. Niemniej usłyszałem kawał świetnej muzy, nadrobiłem klasykę, zrozumiałem że byłem PIRAMIDALNYM LENIEM ale nie ma tego złego, karma rzuciła mi tą płytą w pysk. Jaram się niemożebnie a w perspektywie kolejki jest przecież jeszcze jedna z tych wielkich płyt lat 70., zastanawiam się też czy pewna nie taka wcale drobna (ok. 180 cm wzrostu) blondynka podejmie rękawicę i da radę klasykom.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Electric Light Orchestra - Discovery
Coś tam słyszałem, ale wolę inną orkiestrę o trójczłonowej nazwie. Każdy odsłuch w trochę innych okolicznościach. Albo przejazd pociągiem, albo porządki domowe, albo wreszcie stateczny i grzeczny odsłuch w skupieniu. Lepiej tej płycie robi odbiór w ruchu. Jest energetyczna, miejscami przez ten disco odcisk wyraźnie taneczna. Taneczna w stylu Prywatek, które gdzieś się podziały. Wydaje się trochę starsza niż 1979 rok, choć wcześniejsze użycie w ten sposób dyskotekowej rytmiki i wokodera byłoby dość zaskakujące. Po dołującym Sinatrze mamy ekspresowy strzał pozytywnej energii od Elo, miejscami równie sceniczny, ale jednocześnie wyraźniej zróżnicowany. Tak, płyta mi się podoba, choć bez chęci potężnych powrotów.
Pierwsze zetknięcie z początkiem budziło na mojej buźce grymas, bo od razu wchodzimy na pełnej w ten bogato odmalowany świat. Jest wyraźnie rytmicznie, ale jednocześnie gęsto w aranżu, w harmoniach, znowu dużo smyków się szykuje. Pop maksymalny, do tego maksymalnie skoncentrowany. Jest bardziej rockersko, bardziej balladowo, może faktycznie czuwa nad całością duch bitelsowości, ale na tym się nie znam zupełnie, a co poznałem w postaci pełnych płyt to darzę równie zachowawczym uznaniem. Śmieszny jest ten w pełni elektroniczny głos, przede wszystkim w Confusion. Bardziej efekciarski niż użyteczny, psuje sielankowy charakter i nie jest podany tak, by jakkolwiek pasował. Na pewno szybciej wrócę do całości niż wybranych pojedynczych strzałów. W przeciwieństwie do deva słyszę tutaj trochę synthowego słodkopierdzenia. Nie jest tak łatwe do wyłapania, bo zgodnie z niepisaną zasadą progsyfiarzy syntezatory najlepiej pasują jako zupełnie dodatki i króciutkie melodyjki. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo najbardziej Discovery podchodzi mi wtedy, kiedy nie wsłuchuję się w utwory warstwa po warstwie. Wolę myśleć o całości jako o zbiorze całkiem udanych melodii, które może nie budzą nic ponad wrażenie "bycia ładnymi", ale przynajmniej na czymś stoję! Jako naczelny syntezatorowiec forumowy doceniam początek Midnight Blue, ale potem idzie chyba najbardziej drewniana treść na płycie. Tym razem wokoder użyty z pomysłem, brzmi to jak imitacja trąbki, w ogóle tło kojarzy się z arystokratyczną scenerią, a te konkretne dźwięki jak sygnał na rozpoczęcie audiencji, nadejście władcy, coś takiego. Im dłużej trwa płyta, tym bardziej wkurza mnie drewno na perkusji. On the Run z tego powodu cierpi. Całość wieńczy Don't Bring Me Down, którego poprzez tytuł nie kojarzyłem, ale po pierwszych nutkach już dobrze wiedziałem z czym to się je. Zapewne w niejednej reklamie dawniej musiałem to usłyszeć. Przyjemne i chyba najbardziej catchy zakończenie płyty. Trochę inaczej zmiksowane. Nie słuchałem z juduppy, dlatego tylko przy okazji ostatniego odsłuchu sprawdziłem sobie bonusy. O ile ten interlude jest jeszcze względny, tak Little Town Flirt tylko udaje dopasowanie do reszty. Wchodzi drzewo sandałowe, babcie w chórkach, vibe jakiegoś podrzędnego baru na Dzikim Zachodzie. Zdecydowanie lepiej bez dodatków.
Solidna szkoła poznawania Rzeczy, których w najbliższych latach nigdy bym nie sprawdził. ELO wyraźnie wygrywa z Sinatrą. Ładnie ta kolejka rośnie w oczach.
Coś tam słyszałem, ale wolę inną orkiestrę o trójczłonowej nazwie. Każdy odsłuch w trochę innych okolicznościach. Albo przejazd pociągiem, albo porządki domowe, albo wreszcie stateczny i grzeczny odsłuch w skupieniu. Lepiej tej płycie robi odbiór w ruchu. Jest energetyczna, miejscami przez ten disco odcisk wyraźnie taneczna. Taneczna w stylu Prywatek, które gdzieś się podziały. Wydaje się trochę starsza niż 1979 rok, choć wcześniejsze użycie w ten sposób dyskotekowej rytmiki i wokodera byłoby dość zaskakujące. Po dołującym Sinatrze mamy ekspresowy strzał pozytywnej energii od Elo, miejscami równie sceniczny, ale jednocześnie wyraźniej zróżnicowany. Tak, płyta mi się podoba, choć bez chęci potężnych powrotów.
Pierwsze zetknięcie z początkiem budziło na mojej buźce grymas, bo od razu wchodzimy na pełnej w ten bogato odmalowany świat. Jest wyraźnie rytmicznie, ale jednocześnie gęsto w aranżu, w harmoniach, znowu dużo smyków się szykuje. Pop maksymalny, do tego maksymalnie skoncentrowany. Jest bardziej rockersko, bardziej balladowo, może faktycznie czuwa nad całością duch bitelsowości, ale na tym się nie znam zupełnie, a co poznałem w postaci pełnych płyt to darzę równie zachowawczym uznaniem. Śmieszny jest ten w pełni elektroniczny głos, przede wszystkim w Confusion. Bardziej efekciarski niż użyteczny, psuje sielankowy charakter i nie jest podany tak, by jakkolwiek pasował. Na pewno szybciej wrócę do całości niż wybranych pojedynczych strzałów. W przeciwieństwie do deva słyszę tutaj trochę synthowego słodkopierdzenia. Nie jest tak łatwe do wyłapania, bo zgodnie z niepisaną zasadą progsyfiarzy syntezatory najlepiej pasują jako zupełnie dodatki i króciutkie melodyjki. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo najbardziej Discovery podchodzi mi wtedy, kiedy nie wsłuchuję się w utwory warstwa po warstwie. Wolę myśleć o całości jako o zbiorze całkiem udanych melodii, które może nie budzą nic ponad wrażenie "bycia ładnymi", ale przynajmniej na czymś stoję! Jako naczelny syntezatorowiec forumowy doceniam początek Midnight Blue, ale potem idzie chyba najbardziej drewniana treść na płycie. Tym razem wokoder użyty z pomysłem, brzmi to jak imitacja trąbki, w ogóle tło kojarzy się z arystokratyczną scenerią, a te konkretne dźwięki jak sygnał na rozpoczęcie audiencji, nadejście władcy, coś takiego. Im dłużej trwa płyta, tym bardziej wkurza mnie drewno na perkusji. On the Run z tego powodu cierpi. Całość wieńczy Don't Bring Me Down, którego poprzez tytuł nie kojarzyłem, ale po pierwszych nutkach już dobrze wiedziałem z czym to się je. Zapewne w niejednej reklamie dawniej musiałem to usłyszeć. Przyjemne i chyba najbardziej catchy zakończenie płyty. Trochę inaczej zmiksowane. Nie słuchałem z juduppy, dlatego tylko przy okazji ostatniego odsłuchu sprawdziłem sobie bonusy. O ile ten interlude jest jeszcze względny, tak Little Town Flirt tylko udaje dopasowanie do reszty. Wchodzi drzewo sandałowe, babcie w chórkach, vibe jakiegoś podrzędnego baru na Dzikim Zachodzie. Zdecydowanie lepiej bez dodatków.
Solidna szkoła poznawania Rzeczy, których w najbliższych latach nigdy bym nie sprawdził. ELO wyraźnie wygrywa z Sinatrą. Ładnie ta kolejka rośnie w oczach.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
ELO - Discovery
Z tego albumu znałem dwa utwory, z czego lubiłem jeden, ale to lubiłem na maska. Mowa oczywiście o „Last Train to London”. Ucieszyłem się, że czeka mnie więcej muzyki w tym stylu. I w sumie właśnie to dostałem, ale cały ten album to takie ‘„Last Train to London” w domu’, jakby to powiedział Dragon. Inna sprawa, że Dev koszmarnie wcelował z tym albumem. Patrzę za okno i to jest aura do wszystkiego tyko nie ELO. Już się szykuję na totalnie jesieniarski album, który Musiał wrzuci w grudniu… no, w każdym razie.
Generalnie rozczarowałem się tą płytą. Jest to przynudzanie z dużą ilością brokatu i innych ozdobników. Już początek płyty „Shine a Little Love” mnie przeraził, bo intro tego utworu jest straszne. Na szczęście zwrotki i refren są już spoko, ogólnie fajny utwór, ale zaaranżowany przez grupę cyrkową. I tak mogę w zasadzie o całym albumie powiedzieć, jakby to nagrywano w cyrku, lub przez bardzo awangardową ekipę z kabaretu (na szczęście nie Cabaretu). Momentami widzę wręcz flashbacki z jakiejś burleski. „Confusion” w zasadzie podobnie, to brzmi jakby chcieli, a nie mogli. „Need Her Love”, możliwe że by mi się mogło bardziej spodobać w jakimś innym towarzystwie, na innej płycie. Wyczuwam tu potencjał na zimowe wieczory i w sumie szkoda, że Musiał nie zamienił kolejnością wrzutek, bo to by w grudniu mogło całkiem fajnie wejść.
Przynudzają na maksa, ale robią to w tym kawałku w fajny sposób. Takie flaki z olejem, ale kto nie lubi flaków?
Wjeżdża „The Diary o Horace Wimp” i po prostu czuję, że ja nie mam na to ochoty. Znowu to się robi takie kabaretowe i musicalowe. Ja musicale lubię, ale nie zawsze mam na nie ochotę, a aktualnie kompletnie nie mam i to na granicy rejdżu. Ten kawałek przypomina mi niejako, dlaczego nie potrafiłem się nigdy wkręcić w Cardiacs. Z plusów, ponownie wyczuwam potencjał okołoświąteczny. Ten rytm to takie „Wonderful Christmas Time” i w ogóle w pewnym momencie wchodzą takie typowo świąteczne dzwoneczki…. MUSIAŁ, CZEMU TY TEGO NIE DAŁEŚ NA GRUDZIEŃ?!?!
Wchodzi „Last Train To London” i kasa sama w sobie (nie poprawiam błędu, bo tez pasuje). Nocne klimaty, doskonałe melodie, ten refren, ten bas. Wszystko tu ze sobą gra. Doceniłem ten kawałek jeszcze bardziej kiedy doświadczyłem całego albumu. Nie będę się rozpisywał, bo utwór jest krótki i bardzo szybko wróciłem na ziemię. A tam czeka „Midnight Blue”, który jak wszystkie kawałki na płycie, intrem zwiastuje coś znacznie, znacznie gorszego niż ostatecznie się okazuje. Ten kawałek zalatuje mi jakimiś starymi polskimi balladami z lat 80, jakąś Eleni, itd. Takie coś co śpiewa się na festiwalu w Opolu lub Sopocie i wszyscy machają latarkami, czy zapalniczkami, czy telefonami, itd. Wyobrażam sobie jak słucham tego, strzela kominek z YT na telewizorze, a za oknem pada śnieg. No, nie chcę się powtarzac, ale to mi obecnie w ogóle nie pasuje.
„On The Run” się zaczyna i co to za „Baba O’Reiley”. Niestety, to nie ten poziom. Znowu wracają kabaretowe motywy, ale idzie to przeżyć, przy czym na tym etapie naprawdę mam już ochotę wyłączyć ten album, a przecież to jest krótka płyta. Jestem zmęczony, znudzony, zniecierpliwiony.
„Wishing”, mam wrażenie, że coś mi przeskoczyło w playliście, bo przecież to już było. Ale jednak nie było. Znowu klimat świąt. Wyobrażam sobie, że to jakiś singiel świąteczny, nagrany na nowo w 90sowej aranżacji przez np. Boyzone. Ale to by było dobre. A jeszcze lepiej jakby to było użyte w formie jingla w reklami Coli albo Pepsi, i po zebraniu 10 nakrętek, wygrywa się świąteczny album z do naklejek Panini z Boyzone. Brzmi jak bym kpił, ale ja naprawdę rozpływam się kiedy o tym myślę, bo Spice Girls miały taką akcję w chyba 97 roku i bierze mnie mega nostalgia. MUSIAŁ, CZEMU TY TEGO NIE DAŁEŚ NA GRUDZIEŃ?!?!
Na zakończenie „Don’t Bring Me Down”, kawałek który znam, ale nie wiedziałem, że to ELO. Znowu jakieś kabaretowe zabawy, nie wiem, nie wnikam, nie przepadam. Teraz widzę, że Musiał wmusza (hehe) nam bonus tracki, coś co powinno być w sumie zakazane, ale już siusiak. Ja słuchałem wersji bez tych utworów, ale niech już będzie, odsłucham je. Oto wrażenia:
„Second Time Around” jest super. Lubię takie minimalistyczne miniaturki. Tutaj to już w ogóle wonderful Christmas time, ale dosłownie. Nie wiem ocb, że to się tak urywa, no szkoda.
„Little Town Flirt” również jest super, przypomina mi baaardzo mocno XTC, pod każdym względem. Wokal taki, jakby ktoś tutaj wcisnął Partridge’a i nikomu się nie przyznał, stylówkowo też. Od razu mi się to podoba. Tradycyjnie i prosto, a do tego, TAK, świątecznie! Jakby ktoś to żywcem wyciągnął z soundtracku do Kevina. JPRDL!
Podsumowując: MUSIAŁ, CZEMU TY TEGO NIE DAŁEŚ NA GRUDZIEŃ?!?! Ja wiem, ze to jest mój problem, że mam takie skojarzenia, ale ja piszę, więc moje problemy się tutaj liczą xD
Szkoda, naprawdę szkoda. Cały ten album wróci u mnie w odpowiednim czasie, czyli za około półtora miesiąca. Na razie werdykt jest taki, że album wcale nie jest taki elo (badums). Dev mi wysyłał rok temu album "Face the Music" i chyba wszedł mi lepiej.
Aura za oknem kompletnie nie pomaga. Pierwsze wrażenie niestety meh, ale zdaję sobie sprawę z potencjału tego albumu, więc go nie będę na razie zsyłał do piekła. Nie zdziwcie się, jeśli w grudniu napiszę tutaj, że ooo DISKAWERY jest super. Ale, żeby nie było, że tylko pora roku ma tu wpływ na taki odbiór. Są na tej płycie rzeczy, które mi się uniwersalnie nie podobają i nie zmieni tego nawet św. Mikołaj wręczający mi ten album pod choinką. To nie jest moja muzyka pierwszego wyboru, to jest muzyka do której ja osobiście muszę dojrzeć. Rozwala mnie, że Radek jest takim mega fanem ELO, ale co lol, każdy ma swoje fetysze. W każdym razie, jaram się nawet na odsłuch tego w bardziej odpowiednich okolicznościach, a na razie nie podsumuję tego inaczej niż ….
Z tego albumu znałem dwa utwory, z czego lubiłem jeden, ale to lubiłem na maska. Mowa oczywiście o „Last Train to London”. Ucieszyłem się, że czeka mnie więcej muzyki w tym stylu. I w sumie właśnie to dostałem, ale cały ten album to takie ‘„Last Train to London” w domu’, jakby to powiedział Dragon. Inna sprawa, że Dev koszmarnie wcelował z tym albumem. Patrzę za okno i to jest aura do wszystkiego tyko nie ELO. Już się szykuję na totalnie jesieniarski album, który Musiał wrzuci w grudniu… no, w każdym razie.
Generalnie rozczarowałem się tą płytą. Jest to przynudzanie z dużą ilością brokatu i innych ozdobników. Już początek płyty „Shine a Little Love” mnie przeraził, bo intro tego utworu jest straszne. Na szczęście zwrotki i refren są już spoko, ogólnie fajny utwór, ale zaaranżowany przez grupę cyrkową. I tak mogę w zasadzie o całym albumie powiedzieć, jakby to nagrywano w cyrku, lub przez bardzo awangardową ekipę z kabaretu (na szczęście nie Cabaretu). Momentami widzę wręcz flashbacki z jakiejś burleski. „Confusion” w zasadzie podobnie, to brzmi jakby chcieli, a nie mogli. „Need Her Love”, możliwe że by mi się mogło bardziej spodobać w jakimś innym towarzystwie, na innej płycie. Wyczuwam tu potencjał na zimowe wieczory i w sumie szkoda, że Musiał nie zamienił kolejnością wrzutek, bo to by w grudniu mogło całkiem fajnie wejść.
Przynudzają na maksa, ale robią to w tym kawałku w fajny sposób. Takie flaki z olejem, ale kto nie lubi flaków?
Wjeżdża „The Diary o Horace Wimp” i po prostu czuję, że ja nie mam na to ochoty. Znowu to się robi takie kabaretowe i musicalowe. Ja musicale lubię, ale nie zawsze mam na nie ochotę, a aktualnie kompletnie nie mam i to na granicy rejdżu. Ten kawałek przypomina mi niejako, dlaczego nie potrafiłem się nigdy wkręcić w Cardiacs. Z plusów, ponownie wyczuwam potencjał okołoświąteczny. Ten rytm to takie „Wonderful Christmas Time” i w ogóle w pewnym momencie wchodzą takie typowo świąteczne dzwoneczki…. MUSIAŁ, CZEMU TY TEGO NIE DAŁEŚ NA GRUDZIEŃ?!?!
Wchodzi „Last Train To London” i kasa sama w sobie (nie poprawiam błędu, bo tez pasuje). Nocne klimaty, doskonałe melodie, ten refren, ten bas. Wszystko tu ze sobą gra. Doceniłem ten kawałek jeszcze bardziej kiedy doświadczyłem całego albumu. Nie będę się rozpisywał, bo utwór jest krótki i bardzo szybko wróciłem na ziemię. A tam czeka „Midnight Blue”, który jak wszystkie kawałki na płycie, intrem zwiastuje coś znacznie, znacznie gorszego niż ostatecznie się okazuje. Ten kawałek zalatuje mi jakimiś starymi polskimi balladami z lat 80, jakąś Eleni, itd. Takie coś co śpiewa się na festiwalu w Opolu lub Sopocie i wszyscy machają latarkami, czy zapalniczkami, czy telefonami, itd. Wyobrażam sobie jak słucham tego, strzela kominek z YT na telewizorze, a za oknem pada śnieg. No, nie chcę się powtarzac, ale to mi obecnie w ogóle nie pasuje.
„On The Run” się zaczyna i co to za „Baba O’Reiley”. Niestety, to nie ten poziom. Znowu wracają kabaretowe motywy, ale idzie to przeżyć, przy czym na tym etapie naprawdę mam już ochotę wyłączyć ten album, a przecież to jest krótka płyta. Jestem zmęczony, znudzony, zniecierpliwiony.
„Wishing”, mam wrażenie, że coś mi przeskoczyło w playliście, bo przecież to już było. Ale jednak nie było. Znowu klimat świąt. Wyobrażam sobie, że to jakiś singiel świąteczny, nagrany na nowo w 90sowej aranżacji przez np. Boyzone. Ale to by było dobre. A jeszcze lepiej jakby to było użyte w formie jingla w reklami Coli albo Pepsi, i po zebraniu 10 nakrętek, wygrywa się świąteczny album z do naklejek Panini z Boyzone. Brzmi jak bym kpił, ale ja naprawdę rozpływam się kiedy o tym myślę, bo Spice Girls miały taką akcję w chyba 97 roku i bierze mnie mega nostalgia. MUSIAŁ, CZEMU TY TEGO NIE DAŁEŚ NA GRUDZIEŃ?!?!
Na zakończenie „Don’t Bring Me Down”, kawałek który znam, ale nie wiedziałem, że to ELO. Znowu jakieś kabaretowe zabawy, nie wiem, nie wnikam, nie przepadam. Teraz widzę, że Musiał wmusza (hehe) nam bonus tracki, coś co powinno być w sumie zakazane, ale już siusiak. Ja słuchałem wersji bez tych utworów, ale niech już będzie, odsłucham je. Oto wrażenia:
„Second Time Around” jest super. Lubię takie minimalistyczne miniaturki. Tutaj to już w ogóle wonderful Christmas time, ale dosłownie. Nie wiem ocb, że to się tak urywa, no szkoda.
„Little Town Flirt” również jest super, przypomina mi baaardzo mocno XTC, pod każdym względem. Wokal taki, jakby ktoś tutaj wcisnął Partridge’a i nikomu się nie przyznał, stylówkowo też. Od razu mi się to podoba. Tradycyjnie i prosto, a do tego, TAK, świątecznie! Jakby ktoś to żywcem wyciągnął z soundtracku do Kevina. JPRDL!
Podsumowując: MUSIAŁ, CZEMU TY TEGO NIE DAŁEŚ NA GRUDZIEŃ?!?! Ja wiem, ze to jest mój problem, że mam takie skojarzenia, ale ja piszę, więc moje problemy się tutaj liczą xD
Szkoda, naprawdę szkoda. Cały ten album wróci u mnie w odpowiednim czasie, czyli za około półtora miesiąca. Na razie werdykt jest taki, że album wcale nie jest taki elo (badums). Dev mi wysyłał rok temu album "Face the Music" i chyba wszedł mi lepiej.
Aura za oknem kompletnie nie pomaga. Pierwsze wrażenie niestety meh, ale zdaję sobie sprawę z potencjału tego albumu, więc go nie będę na razie zsyłał do piekła. Nie zdziwcie się, jeśli w grudniu napiszę tutaj, że ooo DISKAWERY jest super. Ale, żeby nie było, że tylko pora roku ma tu wpływ na taki odbiór. Są na tej płycie rzeczy, które mi się uniwersalnie nie podobają i nie zmieni tego nawet św. Mikołaj wręczający mi ten album pod choinką. To nie jest moja muzyka pierwszego wyboru, to jest muzyka do której ja osobiście muszę dojrzeć. Rozwala mnie, że Radek jest takim mega fanem ELO, ale co lol, każdy ma swoje fetysze. W każdym razie, jaram się nawet na odsłuch tego w bardziej odpowiednich okolicznościach, a na razie nie podsumuję tego inaczej niż ….
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Panowie jutro minie tydzień tej kolejki, jak to ELO?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Coś taki w gorącej wodzie wykompany.
Jutro rano zapodam.
Jutro rano zapodam.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wiesz Shodan, że jak się tu nie ryknie, to i dwa tygodnie można czekać na ludzi.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
ELO - Discovery
Musiał to jednak typ człowieka, który naprawdę umie nastawić do tej płyty. Z mojej perspektywy zaczynanie recki od szkalowania Beatelsów to sabotaż porównywalny z.... jakimś spektakularnym sabotażem. W sensie no ja wiem, że kolega ze Zgierza (TM) nie wrzuca tych płyt dla mnie i pode mnie, ale parafrazując kolegę Jakuba - ja piszę te recenzję i to mój problem. xD No i generalnie ELO w zasadzie znam prawie tak, że nie znam, więc siłą rzeczy kolega Adrian, z którym niestety też nie udało mi się spiknąć w ten weekend w Łodzi, pomachał mi tu mocno czerwoną chorągiewką na starcie.
Ale parafrazując znowu - nawet on nie był w stanie tego spier.... Płytka jest całkiem przyjemna, mimo iż poziom słynnej czwórki z Liverpoolu to to nie jest. Początek tego bynajmniej nie zwiastuje, Shine a Little Love zaczyna się koszmarnie - nie dość, że faktycznie brzmi to jak muzyczka z cyrku, to muszę zgodzić się z Hienem co do opinii nt. całego kawałka, bo pomijając te dziwne pierdy, to dalej się robi fajnie: są ładne chórki, są ładne melodie, fajne chórki, jest chwytliwie i może momentami aranż trąci myszką, ale jest w tym jakiś swoisty urok i generalnie no kupuję to. O Confusion mógłbym w sumie napisać to samo - czy chcecie czy nie, ja tu mocno słyszę echa Beatelsów, jest to nawet całkiem urocza ballada z fajnym motywem na syntezatorze i nawet mógłbym przekleić ten tekst o trąceniu myszką, bo ten vocoder momentami brzmi zabawnie, tak samo jak niektóre "przeszkadzajki", ale ciągle to jest jako całość po prostu sympatyczne. Need Her Love na swój sposób zamyka mi GĘBĘ - tutaj już nie mogę się czepić produkcji, bo wszystko brzmi jak trzeba i nawet ten cały patos, który bije od tego kawałka jest tak umiejętnie dawkowany, że całość wchodzi jak trzeba i generalnie jestem mocno na plus, gdyz ja bardzo lubię, jak coś jest odpowiednio skondensowane i wyważone, a ten kawałek taki jest. No i ta końcówka <3 Stronę A wieńczy The Diary of Horace Wimp, który - co za niespodzianka! - brzmi jak jakiś odpad z którejś z późnych płyt Beatelsów z czasów, gdy zaprzestali koncertowania i siłą rzeczy zaczęli mocniej eksperymentować na pełnograjach. No w sumie to na luzie można byloby to wrzucić gdzieś na sierżanta Pieprza, totalnie mi pasuje pod względem vibe'u na tę płytę i w ogóle. Megaspoko rzecz.
Ostatni pociąg do Londynu, który zaczyna stronę B, brzmi mocno znajomo. To pewnie jedna z tych rzeczy, które znam od zawsze, ale nigdy nie interesowało mnie to na tyle, by sprawdzać kto to wykonuje. xD No i w sumie no... fajna piosenka, leży mi na płycie, ale nie wiem, nie przeczuwam, aby "urosła" u mnie na tyle, bym kiedyś miał do niej jakoś szczególnie często wracać. Z Midnight Blue to mam problem, bo z jednej strony zalatuje mi baardzo niebezpiecznie Sewerynem Krajewskim oraz wrzucaną prawieki temu tutaj przez Melczeta Anną Marią, ale z drugiej - mając ciągle te skojarzenia w głowie i tak słuchało mi się tego utworu zaskakująco przyjemnie. Chyba jest po prostu wystarczająco szczery, bym go kupił, a skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać? On the run zaczyna się jak mierna parodia kawałka Pink Floyd o tym samym tytule i dla mnie to najsłabszy moment płyty, bo tego bzyczeniopierdzenia nie potrafię słuchać i generalnie psuje mi całość, która bez tego i tak byłaby poprawna max. Podziękuję i przejdę do Wishing, o którym mogę na ten moment napisać, że jest w pytkę i to jeden z hajlajtów tej płyty. Jak to płynie, jak to buja, jak to jest zaaranżowane, super cudowne to jest i czuję tu WZRASTACZA, bo totalnie rezonuję z vibe'm tego utworu. Don't Bring Me Down wieńczące płytę przy tym wydaje się być takie wręcz z dupy - na tyle, że byłem przekonany, że to jakiś bonus CD edyszyn i musiałem aż sprawdzać tracklistę na wikipedii. xD Tutaj już te wczesne Beatelsy wchodzą za mocno, rzecz sama w sobie całkiem spoko, ale chyba jednak trochę mocno odstaje i chyba na pewno brzmi zbyt archaicznie, bym miał doń wracać sam z siebie.
Trochę sobie tu szkaluję, by nie było to i trochę propsuje, ale sumar sumarum to jest dobra płyta, której słuchałem bez zgrzytania zębami ani bólu czegoś tam - na pewno pomaga w tym fakt, że trwa jakieś 40 minut. ELO moim zespołem życia nie jest i nie zostanie, ale pewnie sięgne po jeszcze jakieś rzeczy kiedyśtam, bo czemu by nie? Na razie daję okejkę, no i... elo.
Musiał to jednak typ człowieka, który naprawdę umie nastawić do tej płyty. Z mojej perspektywy zaczynanie recki od szkalowania Beatelsów to sabotaż porównywalny z.... jakimś spektakularnym sabotażem. W sensie no ja wiem, że kolega ze Zgierza (TM) nie wrzuca tych płyt dla mnie i pode mnie, ale parafrazując kolegę Jakuba - ja piszę te recenzję i to mój problem. xD No i generalnie ELO w zasadzie znam prawie tak, że nie znam, więc siłą rzeczy kolega Adrian, z którym niestety też nie udało mi się spiknąć w ten weekend w Łodzi, pomachał mi tu mocno czerwoną chorągiewką na starcie.
Ale parafrazując znowu - nawet on nie był w stanie tego spier.... Płytka jest całkiem przyjemna, mimo iż poziom słynnej czwórki z Liverpoolu to to nie jest. Początek tego bynajmniej nie zwiastuje, Shine a Little Love zaczyna się koszmarnie - nie dość, że faktycznie brzmi to jak muzyczka z cyrku, to muszę zgodzić się z Hienem co do opinii nt. całego kawałka, bo pomijając te dziwne pierdy, to dalej się robi fajnie: są ładne chórki, są ładne melodie, fajne chórki, jest chwytliwie i może momentami aranż trąci myszką, ale jest w tym jakiś swoisty urok i generalnie no kupuję to. O Confusion mógłbym w sumie napisać to samo - czy chcecie czy nie, ja tu mocno słyszę echa Beatelsów, jest to nawet całkiem urocza ballada z fajnym motywem na syntezatorze i nawet mógłbym przekleić ten tekst o trąceniu myszką, bo ten vocoder momentami brzmi zabawnie, tak samo jak niektóre "przeszkadzajki", ale ciągle to jest jako całość po prostu sympatyczne. Need Her Love na swój sposób zamyka mi GĘBĘ - tutaj już nie mogę się czepić produkcji, bo wszystko brzmi jak trzeba i nawet ten cały patos, który bije od tego kawałka jest tak umiejętnie dawkowany, że całość wchodzi jak trzeba i generalnie jestem mocno na plus, gdyz ja bardzo lubię, jak coś jest odpowiednio skondensowane i wyważone, a ten kawałek taki jest. No i ta końcówka <3 Stronę A wieńczy The Diary of Horace Wimp, który - co za niespodzianka! - brzmi jak jakiś odpad z którejś z późnych płyt Beatelsów z czasów, gdy zaprzestali koncertowania i siłą rzeczy zaczęli mocniej eksperymentować na pełnograjach. No w sumie to na luzie można byloby to wrzucić gdzieś na sierżanta Pieprza, totalnie mi pasuje pod względem vibe'u na tę płytę i w ogóle. Megaspoko rzecz.
Ostatni pociąg do Londynu, który zaczyna stronę B, brzmi mocno znajomo. To pewnie jedna z tych rzeczy, które znam od zawsze, ale nigdy nie interesowało mnie to na tyle, by sprawdzać kto to wykonuje. xD No i w sumie no... fajna piosenka, leży mi na płycie, ale nie wiem, nie przeczuwam, aby "urosła" u mnie na tyle, bym kiedyś miał do niej jakoś szczególnie często wracać. Z Midnight Blue to mam problem, bo z jednej strony zalatuje mi baardzo niebezpiecznie Sewerynem Krajewskim oraz wrzucaną prawieki temu tutaj przez Melczeta Anną Marią, ale z drugiej - mając ciągle te skojarzenia w głowie i tak słuchało mi się tego utworu zaskakująco przyjemnie. Chyba jest po prostu wystarczająco szczery, bym go kupił, a skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać? On the run zaczyna się jak mierna parodia kawałka Pink Floyd o tym samym tytule i dla mnie to najsłabszy moment płyty, bo tego bzyczeniopierdzenia nie potrafię słuchać i generalnie psuje mi całość, która bez tego i tak byłaby poprawna max. Podziękuję i przejdę do Wishing, o którym mogę na ten moment napisać, że jest w pytkę i to jeden z hajlajtów tej płyty. Jak to płynie, jak to buja, jak to jest zaaranżowane, super cudowne to jest i czuję tu WZRASTACZA, bo totalnie rezonuję z vibe'm tego utworu. Don't Bring Me Down wieńczące płytę przy tym wydaje się być takie wręcz z dupy - na tyle, że byłem przekonany, że to jakiś bonus CD edyszyn i musiałem aż sprawdzać tracklistę na wikipedii. xD Tutaj już te wczesne Beatelsy wchodzą za mocno, rzecz sama w sobie całkiem spoko, ale chyba jednak trochę mocno odstaje i chyba na pewno brzmi zbyt archaicznie, bym miał doń wracać sam z siebie.
Trochę sobie tu szkaluję, by nie było to i trochę propsuje, ale sumar sumarum to jest dobra płyta, której słuchałem bez zgrzytania zębami ani bólu czegoś tam - na pewno pomaga w tym fakt, że trwa jakieś 40 minut. ELO moim zespołem życia nie jest i nie zostanie, ale pewnie sięgne po jeszcze jakieś rzeczy kiedyśtam, bo czemu by nie? Na razie daję okejkę, no i... elo.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Electric Light Orchestra – Discovery
Śmieszna sprawa z tą wrzutką była u mnie. Ja od początku z niewiadomych przyczyn myślałem o zupełnie innym zespole. A mianowicie o OMD. Nie wiem, może dlatego, że i jeden i drugi zespół ma 3-literowy skrót w nazwie? Czytając ELO wciąż miałem w głowie OMD. Nawet słuchając albumu po raz pierwszy myślałem sobie „gdzie u diabła się podział Mckluskey na wokalu?
I czemu oni tak dziwnie brzmią?
Przecież pamiętam ich z zupełnie innej muzyki. Ale myślę sobie „ok, stary zespół pewnie jak zaczynali dawno temu, to mieli jeszcze innego wokalistę i grali inny rodzaj muzyki”. Jeszcze czytając na Wikipedii opis zespołu ELO dziwiłem jak koń na światłach, że wśród członków zespołu nigdy nie było Mckluskeya.
Pamiętałem tytuł jednego utworu Sailing of the seven seas, więc go włączyłem na YT i dopiero walnąłem się w czoło widząc nazwę OMD!
Okładka albumu Discover szczerze mówiąc obiecuje zupełnie inną muzykę, niż tą, którą dostajemy. Widząc na niej obrazek jak z jakiejś perskiej bajki o Sindbadzie spodziewałem się jakiejś raczej klimatycznej i nastrojowej muzyki z orientalnymi motywami. A tymczasem mamy skrzyżowanie ABBY z Bee Gees. Nigdy nie byłem fanem tych zespołów, ale też nigdy nie byłem ich wrogiem. Jak gdzieś leciało, to sobie z przyjemnością słuchałem, jednocześnie nie mając ochoty ściągać ich płyt na dysk.
Discovery to całkiem dobry album. Może nie jest to dla mnie muzyka pierwszego wyboru, ale przesłuchałem kilka razy i z wyjątkiem pierwszego odsłuchu, kiedy mnie odrzuciło (wciąż myśląc jeszcze, że to OMD), bawiłem się dobrze. Ten pierwszy raz słuchałem w słuchawkach w skupieniu. Potem było parę odsłuchów też w słuchawkach lub z głośników podczas różnych prac remontowych (malowanie ścian, układanie płytek dekoracyjnych) i muszę przyznać, że wtedy ta muzyka zadziałała jak należy. Discovery słuchane przy okazji robienia czegoś jest bardzo dobre. Można coś robić absorbującego w ogóle nie rejestrując tego, co się słyszy w tle, a można coś robić jednocześnie skupiając się na tym, co się słyszy w słuchawkach lub głośnikach. I właśnie tak było w moim przypadku. Machając pędzlem nie raz sobie kręciłem dupą do muzyki ELO. Bo to bardzo fajna muzyka jest. Taka, co to człowiek się przy niej giba, buja, ma ochotę tańczyć.
Okazało się, że znałem co najmniej dwa utwory (Last train to London i Don't bring me down) choć nigdy nie wiedziałem, kto to wykonuje. Dziwnie znajomo brzmi również Confusion. Te trzy wymienione utwory, to naprawdę niezłe przeboje. Ale reszta też jest spoko. Nie będę tu opisywał poszczególnych utworów, bo wszystkie prezentują podobny i wyrównany poziom. Razem tworzą całkiem przyjemny i zwarty album. Tu się liczy raczej ogólny klimat, ogólne wrażenie. A to jest bardzo pozytywne, sympatyczne, przyjemne.
Chyba najbardziej lubię wspomniany Confusion, Last train to London i Wishing. Choć te balladki też są bardzo fajne. I myślę, że Hien ma rację, że to taka zimowa płyta. Rzeczywiście niektóre utwory mają wręcz świąteczne zabarwienie. Słuchając np. Midnight blue mam w głowie od razu obrazek zaśnieżonego krajobrazu i pędzących po śniegu sań ciągnionych przez konie lub renifery.
W ogóle po paru przesłuchaniach albumu mam wrażenie, jakbym prawie wszystko już kiedyś słyszał i znał. Albo tak jest (choć wątpię), albo tak dobrze przyswajalna jest ta muzyka po prostu, że człowiek ma wrażenie, jakby to znał od zawsze.
Podsumowując – wciąż nie jest to dla mnie muzyka pierwszego wyboru, ale podoba mi się i na pewno czasami powrócę do niej. Bo myślę, że warto. Szczególnie, gdy za oknami będzie leżał śnieg.
Miejmy nadzieję, że dev po paromiesięcznej stagnacji tym albumem powraca w ciekawsze muzyczne rejony.
Śmieszna sprawa z tą wrzutką była u mnie. Ja od początku z niewiadomych przyczyn myślałem o zupełnie innym zespole. A mianowicie o OMD. Nie wiem, może dlatego, że i jeden i drugi zespół ma 3-literowy skrót w nazwie? Czytając ELO wciąż miałem w głowie OMD. Nawet słuchając albumu po raz pierwszy myślałem sobie „gdzie u diabła się podział Mckluskey na wokalu?
Okładka albumu Discover szczerze mówiąc obiecuje zupełnie inną muzykę, niż tą, którą dostajemy. Widząc na niej obrazek jak z jakiejś perskiej bajki o Sindbadzie spodziewałem się jakiejś raczej klimatycznej i nastrojowej muzyki z orientalnymi motywami. A tymczasem mamy skrzyżowanie ABBY z Bee Gees. Nigdy nie byłem fanem tych zespołów, ale też nigdy nie byłem ich wrogiem. Jak gdzieś leciało, to sobie z przyjemnością słuchałem, jednocześnie nie mając ochoty ściągać ich płyt na dysk.
Discovery to całkiem dobry album. Może nie jest to dla mnie muzyka pierwszego wyboru, ale przesłuchałem kilka razy i z wyjątkiem pierwszego odsłuchu, kiedy mnie odrzuciło (wciąż myśląc jeszcze, że to OMD), bawiłem się dobrze. Ten pierwszy raz słuchałem w słuchawkach w skupieniu. Potem było parę odsłuchów też w słuchawkach lub z głośników podczas różnych prac remontowych (malowanie ścian, układanie płytek dekoracyjnych) i muszę przyznać, że wtedy ta muzyka zadziałała jak należy. Discovery słuchane przy okazji robienia czegoś jest bardzo dobre. Można coś robić absorbującego w ogóle nie rejestrując tego, co się słyszy w tle, a można coś robić jednocześnie skupiając się na tym, co się słyszy w słuchawkach lub głośnikach. I właśnie tak było w moim przypadku. Machając pędzlem nie raz sobie kręciłem dupą do muzyki ELO. Bo to bardzo fajna muzyka jest. Taka, co to człowiek się przy niej giba, buja, ma ochotę tańczyć.
Okazało się, że znałem co najmniej dwa utwory (Last train to London i Don't bring me down) choć nigdy nie wiedziałem, kto to wykonuje. Dziwnie znajomo brzmi również Confusion. Te trzy wymienione utwory, to naprawdę niezłe przeboje. Ale reszta też jest spoko. Nie będę tu opisywał poszczególnych utworów, bo wszystkie prezentują podobny i wyrównany poziom. Razem tworzą całkiem przyjemny i zwarty album. Tu się liczy raczej ogólny klimat, ogólne wrażenie. A to jest bardzo pozytywne, sympatyczne, przyjemne.
Chyba najbardziej lubię wspomniany Confusion, Last train to London i Wishing. Choć te balladki też są bardzo fajne. I myślę, że Hien ma rację, że to taka zimowa płyta. Rzeczywiście niektóre utwory mają wręcz świąteczne zabarwienie. Słuchając np. Midnight blue mam w głowie od razu obrazek zaśnieżonego krajobrazu i pędzących po śniegu sań ciągnionych przez konie lub renifery.
W ogóle po paru przesłuchaniach albumu mam wrażenie, jakbym prawie wszystko już kiedyś słyszał i znał. Albo tak jest (choć wątpię), albo tak dobrze przyswajalna jest ta muzyka po prostu, że człowiek ma wrażenie, jakby to znał od zawsze.
Podsumowując – wciąż nie jest to dla mnie muzyka pierwszego wyboru, ale podoba mi się i na pewno czasami powrócę do niej. Bo myślę, że warto. Szczególnie, gdy za oknami będzie leżał śnieg.
Miejmy nadzieję, że dev po paromiesięcznej stagnacji tym albumem powraca w ciekawsze muzyczne rejony.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Trochę kisne z Wuja xD
Widzę duży potencjał we wrzuceniu Yellow Magic Orchestra, które może pomylić się z Yello, Piano Magic, ELO, OMD i The Cinematic Orchestra.
Widzę duży potencjał we wrzuceniu Yellow Magic Orchestra, które może pomylić się z Yello, Piano Magic, ELO, OMD i The Cinematic Orchestra.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No, no, Panowie jaka mobilizacja z samego rana 
Mister Devotional jak ma ochotę niech się wypowie i temat ELO domkniemy.
Mister Devotional jak ma ochotę niech się wypowie i temat ELO domkniemy.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
XDDDDDDDDDD KISNĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘ XDDDDDDDDDDDDDDHien pisze:26 paź 2022 08:55Trochę kisne z Wuja xD
Widzę duży potencjał we wrzuceniu Yellow Magic Orchestra, które może pomylić się z Yello, Piano Magic, ELO, OMD i The Cinematic Orchestra.
XDDDDDDDDDDDDDDDDD
Yeezus (ten ostatnio spadł z rowerka), muszę przyznać... dawno się tak nie ubawiłem czytając Wasze recenzje, ale w totalnie pozytywnym sensie, bowiem są świetne nawet, jeśli coś komuś do końca nie pasowało. Po pierwsze, jestem zaskoczony tak ciepłym odbiorem ze strony Golasa, ale z drugiej strony ten już raz mnie zaskoczył spóźnioną fascynacją Edgelandem, bo mu się pory roku nie zgrały (próbowałem słuchać Hyde'a jesienią pod jego wpływem, nie dało rady), więc może powinienem się tego spodziewać? Podobnie Dragon, zaskoczenie lekkie. Jeśli chodzi o Hiena, bardziej myślałem, że mu podejdzie. I niby podeszło, ale tak w stylu nie wiem NIE WIEM. Na święta... człeniu, ja tej płyty słuchałem tylko wiosną lub latem, nie mam z nią ŻADNYCH okołoświątecznych skojarzeń, BA! ja nie wiem, czy jakiejkolwiek płyty ELO słuchałem zimą xD więc nie mogłem mieć w głowie tego typu konotacji. Ale zapamiętam tę uwagę, bo ciekawa jest. Co d Miętusa - niestety Stary, za późno napisałeś, że jesteś na Pietrynie xD ale cieszę się, że ELO jednak podeszło. Wychodzi na to, że nie mamy tu odpornych na rock'n'rolla, co mnie w sumie cieszy. Szhodan rozbił bank ELO/OMD, swoją drogą, ciekawe, jak brzmiałby mash up obydwu zespołów xD ELO to zdecydowanie ELO i jest elo, zachęcam Was do zapoznania się z innymi ich dokonaniami, rozczarowania nie będzie. Jak i teraz nie było. Idźmy dalej! Howgh!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
W jednym numerze są dosłownie dzwonki świąteczne Stary. No, ale Ty słuchasz Colour of Spring jesienią, więc nie mamy o czym mówić xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
To zdecydowanie zimowa płyta.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
No może troszkę jest świąteczna, ale przez tę taneczność wybitnie wiosenno-letnia.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
A to w zimie się nie tańczy? XD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dokładnie o to mi chodziło 
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ze swojej strony dopowiem że jak najbardziej uważam podobnie do mentosa że Musiał niepotrzebnie silił się na szkalowanie Beatlesów
A teraz zapraszam W KOŃCU do omawiania mojej ukochanej Karyny pseudo Fever Ray
A teraz zapraszam W KOŃCU do omawiania mojej ukochanej Karyny pseudo Fever Ray
stripped pisze:29 wrz 2022 10:41Nie pasowało mi jakoś wchodzić po Sinatrze, za wcześnie też, teraz wypadne na drugą połowę miesiąca raczej, bliżej Halloween to fajnie, myślę że ta płyta pasuje na okres od października do marca nawet.
Fever Ray - Fever Ray
(2009)
Dochodzimy do tego etapu dyszki kiedy zaczynam wyjeżdżać z moimi najlepszymi łakociami. Fever Ray to założony w 2009 roku solowy projekt Szwedki Karin Dreijer znanej wcześniej z electropopowego duetu The Knife w którym wystepowała ze swoim bratem Olofem. O ile The Knife nigdy w sumie nie słuchałem tak o Fever Ray dowiedziałem się jakoś w 2009 chyba za sprawą singla When I Grow Up podesłanego przez mojego ziomka od tych różnych offowych klimatów. Zassałem album i... w sumie wkręciłem się w single z tej płyty jedynie. Reszta musiała poczekać na odkrycie parę lat. O ile muza pasowała mi do jesieni i klimatu z wideoklipu do When I Grow Up tak jeszcze lepiej zadziałała na mnie zimą 2012 roku, zagrała mi w głowie gdy wracałem zimową nocą z pewnej imprezy, było mroźnie a śnieg pięknie powolnie prószył z nieba, nie było wiatru, był klimacik. Wtedy ponownie wróciłem do płyty i łyknąłem więcej, przekonałem się do całości w sumie. Od tamtej pory uznawałem ten album za klasyk i wiedziałem że muszę go mieć.
Płytę ostatecznie dostałem jako prezent na urodziny, latem 2019 roku. Wtedy mając wkładkę do płyty dopiero na serio wgłębiłem się w teksty, poczytałem trochę o tej płycie i przyszło kolejne zaskoczenie bo okazało się że tematyka tekstów w większości dotyczy rodzicielstwa, czego bym się nie domyślił zważywszy na raczej chłodny czy miejscami nieco mroczny klimat tej muzyki. Karin Dreijer pisała teksty na ten album wkrótce po narodzinach jej drugiego dziecka co mocno wpłynęło na ten proces. Ja z kolei dostałem ten album wkrótce po narodzinach mojego syna co wpłynęło dodatkowo na mój odbiór gdy wracałem do płyty po latach. Niektóre z utworów opisują rzeczywistość z perspektywy zmęczonej matki, inne z kolei opisują rzeczy z perspektywy dziecka, bo narodziny dziecka to dla rodzica też czas powrotów do własnego dzieciństwa. Te odsłuchy przed trzema laty tylko ugruntowały i tak już mocną pozycję tej płyty w mojej bestce życia. Nie będę opisywał kolejnych utworów, całość brzmi raczej spójnie i prezentuje podobne chłodne elektroniczne klimaty. Karin na albumie sporo bawi się wokalem, balansując między swoim zwykłym kobiecym głosem a drugim modulowanym komputerowo, z którym brzmi niczym jakiś starzec (może wręcz jakiś stary szaman, zwłaszcza kiedy poogląda się jej wideoklipy i weźmie pod uwagę nieco mroczny i trochę magiczny klimat w nich zawarty). Co tu dużo mówić, ja uwielbiam brzmienie tej płyty i aurę którą Karin Dreijer przy współpracy z producentem - Christofferem Bergiem - tu wytworzyli (dlatego mocno propsowałem Berga i chciałem by pracował z DM, ostatecznie trafił on do ekipy przy produkcji Delta Machine ale pracował przy programowaniu urządzeń a nie jako producent). Dla mnie ten album jest wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju i to jedna z tych płyt kompletnych od produkcji po wokale, okładkę i wideoklipy. Karin Dreijer powróciła po latach pod szyldem Fever Ray z drugim albumem ale ten prezentował już inne brzmienie i inny świat, który do mnie nie przemawiał.
Myślę że niektórzy mogą ten album znać a kto nie zna ten trąba, dla mnie nadal pozostaje ostatnim największym odkryciem w kwestii elektronicznego popu, nic od tamtej pory nie wywarło na mnie takiego wrażenia. Podsyłam Wam go w wersji deluxe (o której istnieniu nie wiedziałem do momentu kiedy na sprezentowanej mi płycie nie odkryłem dwóch dodatkowych utworów nie wymienionych na okładce, to dwa covery, jeden z nich to cover utworu Nicka Cave'a).
Zapraszam do zaczarowanego świata Fever Ray
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... SNtncs6G3T
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Musiał chciał być too cool z tymi Beatlesami, ale jak go znam, słyszał tylko Help i nic więcej.
Ja wychodzę z założenia, że każdy kto się w życiu chociaż na chwilę poważnie zainteresował Bitlami i sprawdził ich muzykę, przynajmniej ich szanuje, na tyle żeby nie wrzucać takich cringowych prowo ala "nie lubię zespołu, bo mi mama kazała", a Ci którzy tak robią, słyszeli tylko przeboje lub widzieli w innym kontekście popkulturowym. W każdym razie, nie wiem w jakim środowisku szkalowanie Bitli jest fajne, może wśród mieszkańców Warszawy xD
Ja wychodzę z założenia, że każdy kto się w życiu chociaż na chwilę poważnie zainteresował Bitlami i sprawdził ich muzykę, przynajmniej ich szanuje, na tyle żeby nie wrzucać takich cringowych prowo ala "nie lubię zespołu, bo mi mama kazała", a Ci którzy tak robią, słyszeli tylko przeboje lub widzieli w innym kontekście popkulturowym. W każdym razie, nie wiem w jakim środowisku szkalowanie Bitli jest fajne, może wśród mieszkańców Warszawy xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Wtopiłeś, bo w 2010 roku przesłuchałem całą ich dyskografię, album po albumie, i najbardziej podoba mi się Magical Mystery Tour. Generalnie Beatlesi zaczęli robić dobrą muzykę dopiero wtedy, jak przestali koncertować. To nie do końca tak, że ich hejtuję, ale dla mnie ELO stoi po prostu wyżej. Nic więcej.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl