Best of Forum II
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Chris Botti feat. Bridget Benenate - Ever Since We Met
https://www.youtube.com/watch?v=W6jIIrUBcCc
Tutaj jakieś dziwactwa muzyczne (vide Smoku), a tymczasem Musiał wjeżdża, cały na biało, z kompilacją Smooth Jazz Cafe. Nie no, żartuję, ale tylko trochę, bo Chris Botti - zwłaszcza w tym wydaniu - to JEST smooth jazz i wiecie co? Podoba mi się. Lubię gościa. Utwór poznałem przez, a jakże, Sygnowano Fabryka Trzciny (Volume 1), gdzie towarzyszył choćby Banco de Gai. To był wrzesień 2008, czekałem lata, zanim zassałem album, z którego ów numer pochodzi. Nazywa się bardzo odkrywczo i bardzo w jego stylu, A Thousand Kisses Deep. Sprzedawałem go pewnej lasce, która nawet kiedyś była na tym forum, a ona z grzeczności mówiła, że fajna to muzyka, choć głównie na sypialniane tło. I miała sporo racji, bo to jest muzyka na sypialniane tło. Ciepły, letni wieczór gdzieś w środkowych Włoszech (albo Włochach, przy Popularnej też można się dobrze bawić), zapach taniej pizzy wkradający się przez uchylone okna, jeszcze tańsze prosecco rozlane na stoliku nocnym, obowiązkowo roznegliżowana para leży na łóżku pod cieniutką kołdrą i oboje ćmią lekkie ale wciąż cuchnące szlugi. Jak jeszcze pomyśleć o tym, że Botti wydał kawał czasu temu album o tytule Italia, to już w ogóle mamy dopełniony obrazek z kiepskiego landszaftu, jakich sprzedają pełno na bazarach typu Koło, Górniak albo inne takie. Ale... co z tego? Mam w swoim życiu trochę potrzebę tandety, ale takiej podręcznikowej wręcz. Takiej, w której siedzę w przydymionym klubie ze ścianami wyłożonymi dębową boazerią. Albo takiej, w której siedzę na wczasach all inclusive w jakimś Egipcie, spędzając większość czasu na leżaku nad basenem i słucham, jak Louie Austen nadaje o Summer Love. Albo też takiej, w której siedzę w salonie mieszkania wykończonego gdzieś w 2006 roku, nogi wyciągnięte na sofie obitej sztuczną skórą, na szklanej ławie butelka niebieskiego Johnnie Walkera (że niby jestem lepszy od plebsu, co żłopie to czerwone ścierwo) i paczka Viceroyów. Z przeskalowanych kolumn wieży marki MANTA napieprza Smooth Jazz Cafe. I ten numer. Oczywiście, wolałbym pewnie inne okoliczności, ale czasem trzeba wejść w klimat na pełnej. Ja właśnie wchodzę (choć jest zimno i pada).
Był czas, że gdyby ktoś powiedział, że nie przepadałem za jazzem, to nie powiedziałby nic. Już przy innej wrzutce i innej okazji wspomniałem, że zmieniło mi się trochę, kiedy w 2007 roku mój ziomek Grzegorz sprzedał mi (wraz z innymi wykonawcami) The Cinematic Orchestra (gdzie najbardziej kupiło mnie to, że pierwsza płyta była w większości oparta na samplach, inaczej pewnie bym do tego nawet nie podszedł lol), a potem Soft Machine. Dwie skrajności chciałoby się rzec, ale siadło. Aż do początku 2011 roku słuchałem tylko tego, gdy pewna ziomalka ze studiów na UŁ, Justyna, sprzedała mi najpierw electroswing a potem sam swing i klasyczny jazz. Zacząłem się zasłuchiwać konkretnie. Nie postawię tego jakoś bardzo wysoko, nie jest to kurde SYNTHPOP (na zawsze w moim sercu), ale w odpowiednich okolicznościach wchodzi, jak ten niebieski Walker w mieszkaniu bloku polskiego pomo pierwszej dekady XXI wieku. Ja wiem - Botti to nie jest jazz per se, to jest to cholerne upopowione gówno, które w ilościach przemysłowych serwowało kiedyś Chilli Zet. Ale nie będę ukrywał, że to moje guilty pleasure od czasu do czasu. Żadnej kompilacji SJC nigdy nie kupiłem ani nie zassałem, tutaj wolę RAMki albo właśnie SFT (chociaż te już się nie ukazują bo Trzciński usmażył swój biznes lata temu), ale jeśli poznam dzięki nim coś w klimacie, to siada i mnie wręcz zamęcza. Ale w przyjemny sposób. Botti jest trębaczem, który rynek w swojej "niszy" wziął już w roku 1995, wraz ze swoim pierwszym albumem o tytule First Wish. Kolejne wydawał do 2012 roku, od tamtej pory wyłącznie koncertuje i niemal wyłącznie po Stanach (skąd pochodzi). Gość nie ma żadnego unikatowego stylu, nie wynajduje koła, nie ujarzmia ognia. Jego gra bywa potwornie przewidywalna, momentami aż nużąca, ale nie będę cisnął łacha, gdyż - nieironicznie - świetnie się do tego zasypia. A najlepiej przy akompaniamencie świec i w towarzystwie osoby partnerskiej. Tanio? So what? A Thousand Kissess Deep ukazało się w 2003 i bardzo mi pasuje do ogólnego klimatu tamtego czasu, zwłaszcza w Polsce, zresztą, czy wtedy właśnie te wszystkie słodkojazzowe składanki nie święciły największych tryumfów? Na obronę Bottiego dodam też, że zawsze udawało mu się wykręcać ciekawe duety - to śpiewał u niego Sting, to Tyler z Aerosmith, to Michael Buble, to kolesie z The Blue Nile, to genialna Jonatha Brooke, to Paula Cole, miał nawet numer z Andreą Bocellim. Sroce spod ogona nie wypadł. W Ever Since We Met towarzyszy mu Bridget Benenate, o której wcześniej nie słyszałem. W latach 80. była wokalistką srogo obskjurowego zespołu nowofalowego The Dreamers, który wydał cały jeden singiel i przepadł. Z reguły wali jakieś camea to tu to tam, ale ja osobiście kojarzę tylko to (pozostałych wykonawców, którym partnerowała, nawet nie znam). Wciąż jest dobre.
Także, słowem podsumowania, taka muzyka jest jak domy z katalogów Muratora, którymi Polska stoi (wciąż, niestety). Wszystkie do siebie podobne, wszystkie tak samo tandetne i mniej lub bardziej nieudolnie próbujące stworzyć klimat "prawdziwego dworku", wszystkie pomalowane na te same kolory i wykończone w ten sam sposób (cholerne złote szprosy wklejane w okna, aż oczy krwawią), no ale... jak się jesienią napali w obowiązkowym kominku wciśniętym w róg salonu, usiądzie wygodnie na tej sofie przykrytej owczą wyprawką kupioną za chore pieniądze na Podhalu, naleje schłodzonego Ciociosanu to robi się nawet przytulnie. Nieważne, że przaśnie i wtórnie, nieważne, że w gruncie rzeczy to wieczne aspirowanie do pewnego poziomu niż życie na nim. Ale nawet, gdybym miał penthouse na szczycie Mennica Tower w Stolicy, taki z panoramicznymi oknami i widokiem na całe Śródmieście, chodziłbym w garniakach od Ermenegildo Zegni i dolewał wody toaletowej Hugo Bossa do drinków wciąż odpalałbym Bottiego. Bo jest fajny. Jest cholernie easy-listening i w ogóle mi to nie wadzi. Lekko melancholijny, lekko popowy, lekko filmowy (choć to filmy klasy B przynajmniej), po prostu lekki. A Ever Since We Met to moja randkowa piosenka do spotkań w domu i ch*j. Na marginesie dodam, że potężną fazę na niego miałem jakoś w styczniu tego roku, brutalnie przerwaną przez wydarzenia z początku lutego. Zassałem wtedy całą jego dyskografię i oderwać się nie mogłem. Właśnie wracam i moje uczucia tylko wzrosły!
https://www.youtube.com/watch?v=W6jIIrUBcCc
Tutaj jakieś dziwactwa muzyczne (vide Smoku), a tymczasem Musiał wjeżdża, cały na biało, z kompilacją Smooth Jazz Cafe. Nie no, żartuję, ale tylko trochę, bo Chris Botti - zwłaszcza w tym wydaniu - to JEST smooth jazz i wiecie co? Podoba mi się. Lubię gościa. Utwór poznałem przez, a jakże, Sygnowano Fabryka Trzciny (Volume 1), gdzie towarzyszył choćby Banco de Gai. To był wrzesień 2008, czekałem lata, zanim zassałem album, z którego ów numer pochodzi. Nazywa się bardzo odkrywczo i bardzo w jego stylu, A Thousand Kisses Deep. Sprzedawałem go pewnej lasce, która nawet kiedyś była na tym forum, a ona z grzeczności mówiła, że fajna to muzyka, choć głównie na sypialniane tło. I miała sporo racji, bo to jest muzyka na sypialniane tło. Ciepły, letni wieczór gdzieś w środkowych Włoszech (albo Włochach, przy Popularnej też można się dobrze bawić), zapach taniej pizzy wkradający się przez uchylone okna, jeszcze tańsze prosecco rozlane na stoliku nocnym, obowiązkowo roznegliżowana para leży na łóżku pod cieniutką kołdrą i oboje ćmią lekkie ale wciąż cuchnące szlugi. Jak jeszcze pomyśleć o tym, że Botti wydał kawał czasu temu album o tytule Italia, to już w ogóle mamy dopełniony obrazek z kiepskiego landszaftu, jakich sprzedają pełno na bazarach typu Koło, Górniak albo inne takie. Ale... co z tego? Mam w swoim życiu trochę potrzebę tandety, ale takiej podręcznikowej wręcz. Takiej, w której siedzę w przydymionym klubie ze ścianami wyłożonymi dębową boazerią. Albo takiej, w której siedzę na wczasach all inclusive w jakimś Egipcie, spędzając większość czasu na leżaku nad basenem i słucham, jak Louie Austen nadaje o Summer Love. Albo też takiej, w której siedzę w salonie mieszkania wykończonego gdzieś w 2006 roku, nogi wyciągnięte na sofie obitej sztuczną skórą, na szklanej ławie butelka niebieskiego Johnnie Walkera (że niby jestem lepszy od plebsu, co żłopie to czerwone ścierwo) i paczka Viceroyów. Z przeskalowanych kolumn wieży marki MANTA napieprza Smooth Jazz Cafe. I ten numer. Oczywiście, wolałbym pewnie inne okoliczności, ale czasem trzeba wejść w klimat na pełnej. Ja właśnie wchodzę (choć jest zimno i pada).
Był czas, że gdyby ktoś powiedział, że nie przepadałem za jazzem, to nie powiedziałby nic. Już przy innej wrzutce i innej okazji wspomniałem, że zmieniło mi się trochę, kiedy w 2007 roku mój ziomek Grzegorz sprzedał mi (wraz z innymi wykonawcami) The Cinematic Orchestra (gdzie najbardziej kupiło mnie to, że pierwsza płyta była w większości oparta na samplach, inaczej pewnie bym do tego nawet nie podszedł lol), a potem Soft Machine. Dwie skrajności chciałoby się rzec, ale siadło. Aż do początku 2011 roku słuchałem tylko tego, gdy pewna ziomalka ze studiów na UŁ, Justyna, sprzedała mi najpierw electroswing a potem sam swing i klasyczny jazz. Zacząłem się zasłuchiwać konkretnie. Nie postawię tego jakoś bardzo wysoko, nie jest to kurde SYNTHPOP (na zawsze w moim sercu), ale w odpowiednich okolicznościach wchodzi, jak ten niebieski Walker w mieszkaniu bloku polskiego pomo pierwszej dekady XXI wieku. Ja wiem - Botti to nie jest jazz per se, to jest to cholerne upopowione gówno, które w ilościach przemysłowych serwowało kiedyś Chilli Zet. Ale nie będę ukrywał, że to moje guilty pleasure od czasu do czasu. Żadnej kompilacji SJC nigdy nie kupiłem ani nie zassałem, tutaj wolę RAMki albo właśnie SFT (chociaż te już się nie ukazują bo Trzciński usmażył swój biznes lata temu), ale jeśli poznam dzięki nim coś w klimacie, to siada i mnie wręcz zamęcza. Ale w przyjemny sposób. Botti jest trębaczem, który rynek w swojej "niszy" wziął już w roku 1995, wraz ze swoim pierwszym albumem o tytule First Wish. Kolejne wydawał do 2012 roku, od tamtej pory wyłącznie koncertuje i niemal wyłącznie po Stanach (skąd pochodzi). Gość nie ma żadnego unikatowego stylu, nie wynajduje koła, nie ujarzmia ognia. Jego gra bywa potwornie przewidywalna, momentami aż nużąca, ale nie będę cisnął łacha, gdyż - nieironicznie - świetnie się do tego zasypia. A najlepiej przy akompaniamencie świec i w towarzystwie osoby partnerskiej. Tanio? So what? A Thousand Kissess Deep ukazało się w 2003 i bardzo mi pasuje do ogólnego klimatu tamtego czasu, zwłaszcza w Polsce, zresztą, czy wtedy właśnie te wszystkie słodkojazzowe składanki nie święciły największych tryumfów? Na obronę Bottiego dodam też, że zawsze udawało mu się wykręcać ciekawe duety - to śpiewał u niego Sting, to Tyler z Aerosmith, to Michael Buble, to kolesie z The Blue Nile, to genialna Jonatha Brooke, to Paula Cole, miał nawet numer z Andreą Bocellim. Sroce spod ogona nie wypadł. W Ever Since We Met towarzyszy mu Bridget Benenate, o której wcześniej nie słyszałem. W latach 80. była wokalistką srogo obskjurowego zespołu nowofalowego The Dreamers, który wydał cały jeden singiel i przepadł. Z reguły wali jakieś camea to tu to tam, ale ja osobiście kojarzę tylko to (pozostałych wykonawców, którym partnerowała, nawet nie znam). Wciąż jest dobre.
Także, słowem podsumowania, taka muzyka jest jak domy z katalogów Muratora, którymi Polska stoi (wciąż, niestety). Wszystkie do siebie podobne, wszystkie tak samo tandetne i mniej lub bardziej nieudolnie próbujące stworzyć klimat "prawdziwego dworku", wszystkie pomalowane na te same kolory i wykończone w ten sam sposób (cholerne złote szprosy wklejane w okna, aż oczy krwawią), no ale... jak się jesienią napali w obowiązkowym kominku wciśniętym w róg salonu, usiądzie wygodnie na tej sofie przykrytej owczą wyprawką kupioną za chore pieniądze na Podhalu, naleje schłodzonego Ciociosanu to robi się nawet przytulnie. Nieważne, że przaśnie i wtórnie, nieważne, że w gruncie rzeczy to wieczne aspirowanie do pewnego poziomu niż życie na nim. Ale nawet, gdybym miał penthouse na szczycie Mennica Tower w Stolicy, taki z panoramicznymi oknami i widokiem na całe Śródmieście, chodziłbym w garniakach od Ermenegildo Zegni i dolewał wody toaletowej Hugo Bossa do drinków wciąż odpalałbym Bottiego. Bo jest fajny. Jest cholernie easy-listening i w ogóle mi to nie wadzi. Lekko melancholijny, lekko popowy, lekko filmowy (choć to filmy klasy B przynajmniej), po prostu lekki. A Ever Since We Met to moja randkowa piosenka do spotkań w domu i ch*j. Na marginesie dodam, że potężną fazę na niego miałem jakoś w styczniu tego roku, brutalnie przerwaną przez wydarzenia z początku lutego. Zassałem wtedy całą jego dyskografię i oderwać się nie mogłem. Właśnie wracam i moje uczucia tylko wzrosły!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Korzystając z okazji, że CZEKAMY NA MENTOSA, trochę statystyk.
Od pierwszej do poprzedniej, 17tej kolejki, natłukliśmy:
ja 1h 18m 35s
Dev 1h 14m 39s
Dragon 1h 41m 39s
Mentos 1h 24m 18s
Shodan 1h 6m 32s
Murzyn 1h 13m 26s
Czez 38m 36 s (za łącznie 10 kolejek)
Jak zwykle dominuje Dragon, chociaż już nie z tak kosmiczną przewagą, co w poprzedniej 25tce.
Wuja nie jest fanem długasów, to i jego wynik niewielki (ale to się też szanuje). Reszta z grubsza na tym samym poziomie.
Od pierwszej do poprzedniej, 17tej kolejki, natłukliśmy:
ja 1h 18m 35s
Dev 1h 14m 39s
Dragon 1h 41m 39s
Mentos 1h 24m 18s
Shodan 1h 6m 32s
Murzyn 1h 13m 26s
Czez 38m 36 s (za łącznie 10 kolejek)
Jak zwykle dominuje Dragon, chociaż już nie z tak kosmiczną przewagą, co w poprzedniej 25tce.
Wuja nie jest fanem długasów, to i jego wynik niewielki (ale to się też szanuje). Reszta z grubsza na tym samym poziomie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Jeszcze rzucę kolejne długaski, król musi pokazać miejsce w szeregu
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Byle dobre.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Spoiler: queerów trwających ponad 20 minut nie mam w repertuarze 
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Co za ulga.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Zapomniałem skromnie podsumować, dlatego jeszcze coś dopiszę. Nie dziwię się reakcjom, najciekawiej podszedł do tego numeru Hien. Nie jestem pewien czy ironia lub szukanie jakiegoś skomplikowania to dobra strategia, ale też coś mi podpowiada, że to dla wielu może być pierwszy kontakt z tego typu odpałem. Pamiętam swoje pierwsze reakcje, więc nie oceniam, ale jestem ciekawy, czy ktoś odważny będzie chciał do SOPHIE wrócić.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jak siedzę bardziej w danej stylówie, mam porównanie, jakieś nawet śladowe osłuchanie, to nie boję się olać, mehnąć, zmasakrować. Świata nie zbawimy i całej muzyki świata nie polubimy, nie zrozumiemy.
Natomiast kiedy trafiam na coś pod jakimś względem nowego, co sprawia mi problem, to staram się powalczyć. Po 3 dekadach obcowania z muzyką, wiem że warto. Zarówno Shygirl, jak i Sophie, to jest coś co żyje w kontekście, z którym mam średnio styczność, choćby z tego powodu, że w swoich czasach to był jakiś totalny underground kulturowy. Mam zamiar posłuchać całych płyt, co poszerzy mi widok, poczytam jeszcze na temat samych artystów i sceny queer, i zobaczymy. Nie ukrywam, że gdyby nie Arca, to być może bym się nie szarpał, ale prostytutka, czemu nie. Zawsze to jakaś przygoda muzyczna będzie, nawet jeśli ostatecznie nie znajdę w tym nic dla siebie. Na pewno bardziej warto dawać muzyce szansę, niż nie dawać.
Natomiast kiedy trafiam na coś pod jakimś względem nowego, co sprawia mi problem, to staram się powalczyć. Po 3 dekadach obcowania z muzyką, wiem że warto. Zarówno Shygirl, jak i Sophie, to jest coś co żyje w kontekście, z którym mam średnio styczność, choćby z tego powodu, że w swoich czasach to był jakiś totalny underground kulturowy. Mam zamiar posłuchać całych płyt, co poszerzy mi widok, poczytam jeszcze na temat samych artystów i sceny queer, i zobaczymy. Nie ukrywam, że gdyby nie Arca, to być może bym się nie szarpał, ale prostytutka, czemu nie. Zawsze to jakaś przygoda muzyczna będzie, nawet jeśli ostatecznie nie znajdę w tym nic dla siebie. Na pewno bardziej warto dawać muzyce szansę, niż nie dawać.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mentosiwo, wrzucaj numer, albo lecimy bez Ciebie
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No cóż, ja już raczej skonkludowałem odbiór mojej poprzedniej wrzuty. Nihil novi, subsole. Jazz się pewnie u mnie tu pojawi, ale czy w tej edycji? Diabli wiedzą, nie powiedzą, boje się, że kolejna burza może sprawić, że forum będzie miało dwie kreski w adresie or sthg
Godspeed You! Black Emperor - Mladic
Dawno w tej zabawie nie było kobylastych kobył, a że kiedyś was straszyłem wrzuceniem takowej i munlup mi o tym zupełnie przypadkowo przypomniał to voila - macie. Moja pierwsza styczność z GY!BE to był jakiś 2011/12 rok, konkretniej to ten okres, w którym odkryłem RYMa i po prostu ściągałem płyty z ich rankingu jak leci (czasem się czuję jakbym pisał o innej epoce). Jakoś w owym czasie zapoznałem się z tą słynną płytą z dziwnymi znaczkami, chyba nawet mi się spodobała, ale uznałem za ciekawostkę i zapomniałem. Mój wielki powrót do tej muzy nastąpił wiosną 2013. To był piękny czas premiery Delta Machine, a także okres w którym powoli odkrywałem te wszystkie śmieszne rzeczy typu post-punk, industrial oraz generalnie wydawało mi się, że mam jakiś superduperkurewskowysublimowany zarąbisty gust i w ogóle. A że w sumie byłem wtedy bezrobotnym debilem i przez większość czasu nie robiłem NIC, to swoją drogą (swojszą drogą to w sumie dość rzadko wrzucam muzykę, którą katowałem w owym czasie, bo jednak ciężko wrzucić do bestki życia coś z okresu, w którym życia sie nie miało heh). xd
Chciałem tu pierwotnie napisać, że ten okres to był odpowiedni czas i odpowiednie miejsce, by wkręcić się w tę muzykę, ale im dłużej się zastanawiam, tym bardziej w to powątpiewam, poza tym na Boga - ja wam mam tu muzę polecać, a nie do niej zniechęcać. XD Swego czasu miałem taki okres, w którym byłem w stanie stwierdzić, że ta cała wojenno-post-apokaliptyczno-jakaś tam jeszcze otoczka jest pretensjonalna, że te wszystkie teksty o płonących samochodach na ulicy, patos oraz półtorejgodzinne kolosy są tanie, ale co jakiś czas wracam do tej muzyki i jednak, cholera, mnie to nadal bierze i mam te słynne CIARY - at least słuchając tych płyt nagranych przed rozpadem, bo z tymi późniejszymi jest różnie.
Oczywistym więc jest, że dostajecie ode mnie rzecz z płyty wydanej właśnie po ich reaktywacji, acz wrzucany przeze mnie kawałek był grany przez zespół na koncertach jeszcze w 2003 roku, więc umówmy się, że stoi na styku. A jest, kuźwa, piękny, spektakularny, epicki i w ogóle mógłbym tutaj wymienić dużo górnolotnych określeń, których nie będę wypisywał. Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego OFFa w 2013 i tego jak rozpieprzyli system wykonując ten kawałek na swoim koncercie. Rozchorowałem się, ledwo widzę na oczy i czuję się jak pół ćwierci śmierci, zatem zamiast pierniczyć smuty i głupoty po prostu wrzucam wam porcję wykurwistej muzyki, a wy ją bierzcie i słuchajcie. Hough!
https://www.youtube.com/watch?v=RXdF9uhVrI0
Godspeed You! Black Emperor - Mladic
Dawno w tej zabawie nie było kobylastych kobył, a że kiedyś was straszyłem wrzuceniem takowej i munlup mi o tym zupełnie przypadkowo przypomniał to voila - macie. Moja pierwsza styczność z GY!BE to był jakiś 2011/12 rok, konkretniej to ten okres, w którym odkryłem RYMa i po prostu ściągałem płyty z ich rankingu jak leci (czasem się czuję jakbym pisał o innej epoce). Jakoś w owym czasie zapoznałem się z tą słynną płytą z dziwnymi znaczkami, chyba nawet mi się spodobała, ale uznałem za ciekawostkę i zapomniałem. Mój wielki powrót do tej muzy nastąpił wiosną 2013. To był piękny czas premiery Delta Machine, a także okres w którym powoli odkrywałem te wszystkie śmieszne rzeczy typu post-punk, industrial oraz generalnie wydawało mi się, że mam jakiś superduperkurewskowysublimowany zarąbisty gust i w ogóle. A że w sumie byłem wtedy bezrobotnym debilem i przez większość czasu nie robiłem NIC, to swoją drogą (swojszą drogą to w sumie dość rzadko wrzucam muzykę, którą katowałem w owym czasie, bo jednak ciężko wrzucić do bestki życia coś z okresu, w którym życia sie nie miało heh). xd
Chciałem tu pierwotnie napisać, że ten okres to był odpowiedni czas i odpowiednie miejsce, by wkręcić się w tę muzykę, ale im dłużej się zastanawiam, tym bardziej w to powątpiewam, poza tym na Boga - ja wam mam tu muzę polecać, a nie do niej zniechęcać. XD Swego czasu miałem taki okres, w którym byłem w stanie stwierdzić, że ta cała wojenno-post-apokaliptyczno-jakaś tam jeszcze otoczka jest pretensjonalna, że te wszystkie teksty o płonących samochodach na ulicy, patos oraz półtorejgodzinne kolosy są tanie, ale co jakiś czas wracam do tej muzyki i jednak, cholera, mnie to nadal bierze i mam te słynne CIARY - at least słuchając tych płyt nagranych przed rozpadem, bo z tymi późniejszymi jest różnie.
Oczywistym więc jest, że dostajecie ode mnie rzecz z płyty wydanej właśnie po ich reaktywacji, acz wrzucany przeze mnie kawałek był grany przez zespół na koncertach jeszcze w 2003 roku, więc umówmy się, że stoi na styku. A jest, kuźwa, piękny, spektakularny, epicki i w ogóle mógłbym tutaj wymienić dużo górnolotnych określeń, których nie będę wypisywał. Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego OFFa w 2013 i tego jak rozpieprzyli system wykonując ten kawałek na swoim koncercie. Rozchorowałem się, ledwo widzę na oczy i czuję się jak pół ćwierci śmierci, zatem zamiast pierniczyć smuty i głupoty po prostu wrzucam wam porcję wykurwistej muzyki, a wy ją bierzcie i słuchajcie. Hough!
https://www.youtube.com/watch?v=RXdF9uhVrI0
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Agnieszka Chylińska - Zima
Jak zobaczyłem, że Murzyn wrzucił Chylińską, to pomyślałem nieee, to musi być jakieś zaskoczenie, bo inaczej nie ma bata żeby się Bambo tak dupą w kierunku roastowi nastawiał. I rzeczywiście. Wprawdzie wiedziałem, że Chylińska miała ten popowo-elekotrniczny moment (tak jak teraz ma moment na rzeczy ala Męskie Granie), ale nic z tego nie słyszałem. W ogóle to jest całe 7 lat przed „Królową Łez” kiedy to zebrał się jeszcze większy hejt, gdzie Ci ludzie byli kiedy ona wydawała to „Modern Rocking”? Najpierw przeczytałem opis Murzyna i przy fragmencie o Reni, pomyślałem sobie, że nieee no bez jaj, nie może być aż tak dobrze. Ale faktycznie, jest dobrze. Ten numer brzmi jak coś z płyty Marysi Sadowskiej, wydanej jakoś 20 lat temu, z tekstami chyba Osieckiej. W ogóle, przez pierwszą połowę utworu nie poznałbym, a nawet nie uwierzył, że to Chylińska. Dopiero pod koniec pojawiają się jakieś elementy bardziej rozpoznawalne, ale kompletnie nie ma tego rzężenia, z którego ona jest znana, i bardzo dobrze, że nie ma, bo to by do tej muzyki w ogóle nie pasowało. Szkoda, że Murzyn nie wrzucił tego na lato, bo to przywołuje taki nastrój letniego wieczoru, kiedy sobie idziesz na miasto, masz ładne widoki, siadasz w jakimś lokalu, itd. Rzeczywiście ma to wszelkie znamiona rzetelnego utworu Reni Jusis i jest to oczywiście z mojej strony komplement. Fajna wrzuta Murzyna, na poziomie.
W ogóle, czytając o Planie B, przypomniało mi się o Łąki Łan, bo to dobry zespół i zajrzałem co tam u nich, a tu się okazało, że wywalili Paprodziada, bo okazał się covidowym szurem i pro-ruskiem w kwestii wojny na Ukrainie. Co za typ…
Katy B - All My Lovin'
Teraz już wiem, że trzeba przy wszystkim pisać, ze jest „zmysłowy damski wokal”, nawet jak śpiewa facet, przynajmniej wiadomo, że Wuja chociaż posłucha xD Katy B niby coś tam słyszałem, ale się nigdy nie wciągnąłem. Shodan zachwyca się wokalem, ale dla mnie to taki damski głos jakich wiele. Jest dobry, ale niczym się nie wyróżnia, nie wiem ile bym musiał słuchać Katy B żeby zacząć ją rozróżniać po samym głosie. Kawałek ogólnie jest spoko. Muzyka brzmi trochę jak Daft Punk na zwolnionych obrotach i jest fajnie, klimat kawałka mi odpowiada, taki trochę na jesień, ale mógłby funkcjonować też w każdych innych okolicznościach i by nie było źle. Dla mnie to jest taka elektronika neonów. Piosenka sama w sobie też jest niezła, wtórna ale mnie to nie przeszkadza.
W każdym razie, nie powaliło mnie na kolana, ani mnie nie odrzuciło, fajna piosenka, chociaż znając Wuja, powinienem sprawdzić cały album.
bine☃ - Get 2 U
Zobaczyłem tytuł z emotą i myślę sobie „aw shit, here we go again”. Na szczęście nie, to nie jest kolejna wrzuta Dragona w tym samym stylu. Lubię takie granie, trochę mi przypomina soundtrack z Tomb Raiderów, jest tam trochę takich ambientowych rzeczy, które brzmią bardzo podobnie i zawsze lubiłem je wyłapywać. Mam też skojarzenia z jinglami na Game One i muzą z menu ŚGK, czyli słychać, że znowu jestem na vaporowej orbicie. Odpowiada mi to, przenosi w przeszłość muzyką, która z niej nie pochodzi. O ile wrzutka Shodana to elektronika neonów, to tę nazwałbym elektroniką deszczu. Chciałbym coś mądrego napisać, ale ja nie jestem Dragon, ja tylko feelsuję do muzyki. A to jest bardzo dobra muzyka.
Chris Botti feat. Bridget Benenate - Ever Since We Met
Bardzo lubię czytać opisy Musiała, ale czasami wkurza mnie ich przepraszający ton. Kiedy po raz nasty w jednym tekście czytam coś w stylu „ja wiem, że to tandeta, ale mi się podoba”, to zaczynam odnosić wrażenie, że Dev sam się tu próbuje przekonać, że mu się to podoba. Nie wiem, może ta bestka robi takie wrażenie, że trzeba za każdą propozycję z góry przepraszać, z góry tłumaczyć jej obecność w topie życia, ale umówmy się, to nie zmieni opinii ludzi. Jedna taka uwaga styknie, nie trzeba tego powtarzać w co drugim zdaniu, bo jakoś tak się człowiek zaczyna czuć zażenowany. Co do samego utworu, to od razu przypomina mi się mój znajomy fanatyk jazzu, który gardzi smoothe jazzem. To jest taki parias wśród podgatunków jazzowych, bo to przecież jazz, który podoba się masom i służy jako muzak w windach, a to nie przystoi wysokiej, snobistycznej klasie jazzowej. Zwracam jednak uwagę na to, że jazz nie pochodzi wcale z salonów, tylko z biednych chat, ze środowiska czarnych niewolników. To od początku była muzyka rozrywkowa, do zabawy. Smoothe jazz celuje bardziej w chill. Nigdy mi to nie przeszkadzało. Ok, kiedy słuchałem czasami Kydryńskiego w Trójce, to ogarniał mnie kompletny cringe, jak ten facet niemal szeptem i z pełną powagą wciskał wielkość nowej płyty Kiliańskiego, albo nowego albumu byłej żony. Nie warto słuchać ludzi gadających o muzyce, należy słuchać muzyki (i mówię to jako prezenter radiowy, ale taka jest prawda).
Ten Botti to jest taki encyklopedyczny przykład chillowego jazzu. Taki trochę „Blade Runner Blues” w wersji dla mas. Jeśli mam być szczery, to wcale nie słyszę tutaj jakiejś przytłaczającej ilości tandety. Muzyka to muzyka. Albo się podoba, albo nie i ostatecznie to jest najważniejsze. O wiele bardziej od takiej „tandety” boję się przeintelektualizowania muzyki, lub wciśnięcia jej w matematykę. Jest to spoko rzecz, w sumie jeśli dodać mocniejszy breakbeat, a partie muzyki zgrać na winyl, porysować go i zsamplować to by z tego wyszło Zero 7.
Godspeed You! Black Emperor - Mladic
Pamiętam jak słuchałem nowego GY!BE rok temu i myślałem sobie, jak ten zespół pożarł własny ogon i nie powinien już nagrywać nowych płyt, bo wyssali już z tej, bądź co bądź, szerokiej i głębokiej konwencji, wszystko co się dało. Ale to było w zeszłym roku. Zespół poznałem jakoś mniej więcej tak jak Mentos, może trochę wcześniej. Pierwszy raz usłyszałem o nich jakoś w 2008 lub 2009 roku. Na lascie mam całe 14 scrobbli, co jest no prostytutka mało możliwe, więc nie wiem, albo miałem nieotagowane płyty, albo nie wiem co. W każdym razie, kiedy ich poznałem, to ta muzyka była dla mnie bardzo pociągająca. Pamiętam, że parę osób z Żaka to byli fani GY!BE i też z nimi mogłem pogadać o takich rzeczach jak Ufomammut i Jesu. To były fajne czasy i takie brzmienia mi siedziały, można powiedzieć, że moje ego się domagało jakiejś bardziej kompleksowej, a jednocześnie bezkompromisowej gitarowej muzyki dla osób, które wyżej srają niż dupę mają. Czasami na imprezach w radiu, ktoś zapuszczał coś z Infinity i wszyscy, już lekko pijani, się rozpływaliśmy nad tym jak banda idiotów xD Było to świeże, przynajmniej dla mnie, i przede wszystkim nie mieściło się w jakichś sztywnych ramach kompozycyjnych, przez co to słuchanie GY!BE nie było takie, nie wiem, zobowiązujące? Na pewno od strony emocjonalnej, to nie było coś co sprawiało mi problem, wręcz przeciwnie, mogłem sobie płynąć z tymi utworami w dowolnym kierunku. Piszę takie trochę brednie, ale pisząc o całym GY!BE, piszę też o „Mladic”. Bo u mnie ten band nie wywołuje skrajnie różnych emocji, mogę włączyć cokolwiek ich i dostanę to czego oczekuję. Ten numer to taka fala gitar, która rozwija się w bardzo sugestywny sposób, człowiek czuje się, że jest nią niesiony, a potem ląduje gdzieś na brzegu nicości i wchodzi outro. Mentos trafił u mnie z tym, bo ja właśnie w ostatnich miesiącach roku dużo czasu poświęcałem na słuchanie tego typu zespołów, to dla mnie bardzo zimowe brzmienie. Z jakiegoś powodu, nigdy nie wybrałem się na koncert GY!BE, a to jednak musi być coś. W każdym razie, u mnie Mentos ma za takie coś szczerozłoty order podstarzałego offowicza podrywającego laski na „znasz This Will Destroy You? ALBO CHOCIAŻ SIGUR ROS?!”.
No kolejka powiem, że całkiem fajna. Murzyn ze świetną Chylińską, na podium ex aequo z Mentosem i GodspeedUBE. W sumie na tym podium mieści się też bardzo fajna wrzutka Dragona (tęskniłem za takimi wrzutami od tego smoka) i w sumie, tak jedną nogą Musiał ze swoim gównem. Wuja trochę poza, piosenka nie jest do dupy, ale też szału nie ma. Szczerze mówiąc, wolę jak Shodan wrzuca pościelówy, bo wtedy raczej zawsze jest dobrze.
Jak zobaczyłem, że Murzyn wrzucił Chylińską, to pomyślałem nieee, to musi być jakieś zaskoczenie, bo inaczej nie ma bata żeby się Bambo tak dupą w kierunku roastowi nastawiał. I rzeczywiście. Wprawdzie wiedziałem, że Chylińska miała ten popowo-elekotrniczny moment (tak jak teraz ma moment na rzeczy ala Męskie Granie), ale nic z tego nie słyszałem. W ogóle to jest całe 7 lat przed „Królową Łez” kiedy to zebrał się jeszcze większy hejt, gdzie Ci ludzie byli kiedy ona wydawała to „Modern Rocking”? Najpierw przeczytałem opis Murzyna i przy fragmencie o Reni, pomyślałem sobie, że nieee no bez jaj, nie może być aż tak dobrze. Ale faktycznie, jest dobrze. Ten numer brzmi jak coś z płyty Marysi Sadowskiej, wydanej jakoś 20 lat temu, z tekstami chyba Osieckiej. W ogóle, przez pierwszą połowę utworu nie poznałbym, a nawet nie uwierzył, że to Chylińska. Dopiero pod koniec pojawiają się jakieś elementy bardziej rozpoznawalne, ale kompletnie nie ma tego rzężenia, z którego ona jest znana, i bardzo dobrze, że nie ma, bo to by do tej muzyki w ogóle nie pasowało. Szkoda, że Murzyn nie wrzucił tego na lato, bo to przywołuje taki nastrój letniego wieczoru, kiedy sobie idziesz na miasto, masz ładne widoki, siadasz w jakimś lokalu, itd. Rzeczywiście ma to wszelkie znamiona rzetelnego utworu Reni Jusis i jest to oczywiście z mojej strony komplement. Fajna wrzuta Murzyna, na poziomie.
W ogóle, czytając o Planie B, przypomniało mi się o Łąki Łan, bo to dobry zespół i zajrzałem co tam u nich, a tu się okazało, że wywalili Paprodziada, bo okazał się covidowym szurem i pro-ruskiem w kwestii wojny na Ukrainie. Co za typ…
Katy B - All My Lovin'
Teraz już wiem, że trzeba przy wszystkim pisać, ze jest „zmysłowy damski wokal”, nawet jak śpiewa facet, przynajmniej wiadomo, że Wuja chociaż posłucha xD Katy B niby coś tam słyszałem, ale się nigdy nie wciągnąłem. Shodan zachwyca się wokalem, ale dla mnie to taki damski głos jakich wiele. Jest dobry, ale niczym się nie wyróżnia, nie wiem ile bym musiał słuchać Katy B żeby zacząć ją rozróżniać po samym głosie. Kawałek ogólnie jest spoko. Muzyka brzmi trochę jak Daft Punk na zwolnionych obrotach i jest fajnie, klimat kawałka mi odpowiada, taki trochę na jesień, ale mógłby funkcjonować też w każdych innych okolicznościach i by nie było źle. Dla mnie to jest taka elektronika neonów. Piosenka sama w sobie też jest niezła, wtórna ale mnie to nie przeszkadza.
W każdym razie, nie powaliło mnie na kolana, ani mnie nie odrzuciło, fajna piosenka, chociaż znając Wuja, powinienem sprawdzić cały album.
bine☃ - Get 2 U
Zobaczyłem tytuł z emotą i myślę sobie „aw shit, here we go again”. Na szczęście nie, to nie jest kolejna wrzuta Dragona w tym samym stylu. Lubię takie granie, trochę mi przypomina soundtrack z Tomb Raiderów, jest tam trochę takich ambientowych rzeczy, które brzmią bardzo podobnie i zawsze lubiłem je wyłapywać. Mam też skojarzenia z jinglami na Game One i muzą z menu ŚGK, czyli słychać, że znowu jestem na vaporowej orbicie. Odpowiada mi to, przenosi w przeszłość muzyką, która z niej nie pochodzi. O ile wrzutka Shodana to elektronika neonów, to tę nazwałbym elektroniką deszczu. Chciałbym coś mądrego napisać, ale ja nie jestem Dragon, ja tylko feelsuję do muzyki. A to jest bardzo dobra muzyka.
Chris Botti feat. Bridget Benenate - Ever Since We Met
Bardzo lubię czytać opisy Musiała, ale czasami wkurza mnie ich przepraszający ton. Kiedy po raz nasty w jednym tekście czytam coś w stylu „ja wiem, że to tandeta, ale mi się podoba”, to zaczynam odnosić wrażenie, że Dev sam się tu próbuje przekonać, że mu się to podoba. Nie wiem, może ta bestka robi takie wrażenie, że trzeba za każdą propozycję z góry przepraszać, z góry tłumaczyć jej obecność w topie życia, ale umówmy się, to nie zmieni opinii ludzi. Jedna taka uwaga styknie, nie trzeba tego powtarzać w co drugim zdaniu, bo jakoś tak się człowiek zaczyna czuć zażenowany. Co do samego utworu, to od razu przypomina mi się mój znajomy fanatyk jazzu, który gardzi smoothe jazzem. To jest taki parias wśród podgatunków jazzowych, bo to przecież jazz, który podoba się masom i służy jako muzak w windach, a to nie przystoi wysokiej, snobistycznej klasie jazzowej. Zwracam jednak uwagę na to, że jazz nie pochodzi wcale z salonów, tylko z biednych chat, ze środowiska czarnych niewolników. To od początku była muzyka rozrywkowa, do zabawy. Smoothe jazz celuje bardziej w chill. Nigdy mi to nie przeszkadzało. Ok, kiedy słuchałem czasami Kydryńskiego w Trójce, to ogarniał mnie kompletny cringe, jak ten facet niemal szeptem i z pełną powagą wciskał wielkość nowej płyty Kiliańskiego, albo nowego albumu byłej żony. Nie warto słuchać ludzi gadających o muzyce, należy słuchać muzyki (i mówię to jako prezenter radiowy, ale taka jest prawda).
Ten Botti to jest taki encyklopedyczny przykład chillowego jazzu. Taki trochę „Blade Runner Blues” w wersji dla mas. Jeśli mam być szczery, to wcale nie słyszę tutaj jakiejś przytłaczającej ilości tandety. Muzyka to muzyka. Albo się podoba, albo nie i ostatecznie to jest najważniejsze. O wiele bardziej od takiej „tandety” boję się przeintelektualizowania muzyki, lub wciśnięcia jej w matematykę. Jest to spoko rzecz, w sumie jeśli dodać mocniejszy breakbeat, a partie muzyki zgrać na winyl, porysować go i zsamplować to by z tego wyszło Zero 7.
Godspeed You! Black Emperor - Mladic
Pamiętam jak słuchałem nowego GY!BE rok temu i myślałem sobie, jak ten zespół pożarł własny ogon i nie powinien już nagrywać nowych płyt, bo wyssali już z tej, bądź co bądź, szerokiej i głębokiej konwencji, wszystko co się dało. Ale to było w zeszłym roku. Zespół poznałem jakoś mniej więcej tak jak Mentos, może trochę wcześniej. Pierwszy raz usłyszałem o nich jakoś w 2008 lub 2009 roku. Na lascie mam całe 14 scrobbli, co jest no prostytutka mało możliwe, więc nie wiem, albo miałem nieotagowane płyty, albo nie wiem co. W każdym razie, kiedy ich poznałem, to ta muzyka była dla mnie bardzo pociągająca. Pamiętam, że parę osób z Żaka to byli fani GY!BE i też z nimi mogłem pogadać o takich rzeczach jak Ufomammut i Jesu. To były fajne czasy i takie brzmienia mi siedziały, można powiedzieć, że moje ego się domagało jakiejś bardziej kompleksowej, a jednocześnie bezkompromisowej gitarowej muzyki dla osób, które wyżej srają niż dupę mają. Czasami na imprezach w radiu, ktoś zapuszczał coś z Infinity i wszyscy, już lekko pijani, się rozpływaliśmy nad tym jak banda idiotów xD Było to świeże, przynajmniej dla mnie, i przede wszystkim nie mieściło się w jakichś sztywnych ramach kompozycyjnych, przez co to słuchanie GY!BE nie było takie, nie wiem, zobowiązujące? Na pewno od strony emocjonalnej, to nie było coś co sprawiało mi problem, wręcz przeciwnie, mogłem sobie płynąć z tymi utworami w dowolnym kierunku. Piszę takie trochę brednie, ale pisząc o całym GY!BE, piszę też o „Mladic”. Bo u mnie ten band nie wywołuje skrajnie różnych emocji, mogę włączyć cokolwiek ich i dostanę to czego oczekuję. Ten numer to taka fala gitar, która rozwija się w bardzo sugestywny sposób, człowiek czuje się, że jest nią niesiony, a potem ląduje gdzieś na brzegu nicości i wchodzi outro. Mentos trafił u mnie z tym, bo ja właśnie w ostatnich miesiącach roku dużo czasu poświęcałem na słuchanie tego typu zespołów, to dla mnie bardzo zimowe brzmienie. Z jakiegoś powodu, nigdy nie wybrałem się na koncert GY!BE, a to jednak musi być coś. W każdym razie, u mnie Mentos ma za takie coś szczerozłoty order podstarzałego offowicza podrywającego laski na „znasz This Will Destroy You? ALBO CHOCIAŻ SIGUR ROS?!”.
No kolejka powiem, że całkiem fajna. Murzyn ze świetną Chylińską, na podium ex aequo z Mentosem i GodspeedUBE. W sumie na tym podium mieści się też bardzo fajna wrzutka Dragona (tęskniłem za takimi wrzutami od tego smoka) i w sumie, tak jedną nogą Musiał ze swoim gównem. Wuja trochę poza, piosenka nie jest do dupy, ale też szału nie ma. Szczerze mówiąc, wolę jak Shodan wrzuca pościelówy, bo wtedy raczej zawsze jest dobrze.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Hien obraża papieża
Agnieszka Chylińska - Zima
Polska nie była gotowa na wielką artystyczną przemianę Chylińskiej. Nie jestem aż tak stary, a jednak epokę Modern Rocking mam zakodowaną w głowie jako oblicze NOWEJ Agnieszki. Do dziś pamiętam ogólną konsternację, specyficzne wrażenie bijące z mediów. Przypominam sobie wiele różnych tekstów o zdradzie estetyki rockowej, pójściu na łatwiznę... oj nieee, tani trop. Trzeba mieć w sobie odwagę, lubić podejmować ryzyko. Tego odmówić Chylińskiej nie można. To do dziś najciekawsze wydarzenie z nią związane od czasu Bzzzz i TRIPa. Wtedy nic nie straciła na autentyczności, a trafiła w gusta wielu ludzi, którzy do tej pory od jej muzyki mogli się odbić. Specyficzny dance pop końcówki dekady zerowej bardziej mnie kręcił w innym wydaniu. W okresie gimboeksperckim odrzuciłem bez słuchania. Później było doświadczenie całej dyskografii O.N.A.. Po Modern Rocking wyszło wiele słabizn, przedtem była jeszcze płyta w ramach zespołu Chylińska, ale tam poza jednym numerem czy dwoma też nie dzieje się nic szczególnego. Któregoś dnia pod koniec liceum usłyszałem Wybaczam Ci i ten cholerny hook wwiercił się głęboko. Dzisiaj to jeden z moich ulubionych kawałków z jej repertuaru. Zobaczyłem propozycję Mudżyna i odetchnąłem z ulgą. Szykowało się ciekawe odkrycie, bo pomimo szacunku dla wspominanego kawałka całej płyty nie sprawdziłem. Nie mogę cię zapomnieć też stworzone z pomyślunkiem i wyczuciem, a jak z Zimą?
Myślę o Modern Rocking na klubowo, a tu znowu coś smyko-melotronowego xD To też singiel, ale nigdy wcześniej go nie słyszałem. Jego najlepszą stroną jest produkcja, choć może drumsy są trochę drewniane. Lepiej idzie elektronika i gitarowy bas, przyjemne bujanie. Chylińskiej za dużo, przydałby się oddech. Tekstowo w finale jest rozwinięcie, ale nie ma żadnego przystanku po drodze, przez co ani to ballada, ani solidny klubowy parkietowiec. Nie jestem zbytnio zachwycony. Zdecydowanie bardziej szanuję Mudżyna za sam wybór!
Mansun - Mansun's Only Love Song
Hien wraca do formy z przytupem. Bez dziaderstwa i wilsonowego popierdywania. Znowu sytuacja, w której czegoś kompletnie nie znam, a co po odsłuchu okazuje się bardzo soczyste. Na początku zasugeruję coś w rodzaju zapomnianego kawałka The Orb z niszowej kompilacji. Potem to już nie ma co szukać skojarzeń, bo do samego końca numer od nich ucieka. Kwaśny rock, w którym nie brakuje dobrze podanej elektroniki. Psychodelicznie i romantycznie zarazem. Zwrotki odpowiednio dobrze płyną, a ujście energii w refrenie bardzo satysfakcjonujące. Zapisuję sobie tytuł płyty na przyszłość, bo zamierzam obczaić całość. Wrzuta wysokiej jakości, szybko dojrzewająca w głowie.
Katy B - All My Lovin'
Skąd ja babiczkę kojarzę? Pseudonim coś mi mówił, ale temat zostawiłem sobie na dzisiejszy wieczór, kiedy piszę te poematy prozą. Kiedyś hulał w eterze numer pod tytułem Lights On, całkiem przyjazny i niezbyt narzucający się taneczny drobiazg. To jest ten ślad, który został mi gdzieś bardzo daleko z tyłu głowy. W ten sposób mogę spokojnie przejść do rzeczy. Zaskakujący start, shodan niepostrzeżenie strzela jakimś bujającym pociskiem? Dziwne są czasami niektóre aluzje w opisach. Może i zmysłowy głos, ale całość tonie w drewnianym dubstepowym podkładzie. 2014 rok, wtedy jeszcze trap się aż tak nie panoszył w mainstreamie, to byłby ciekawy kierunek, choć może zbyt wywrotowy. Nie ma też pewności, czy producenci podołaliby zadaniu. Trochę jak u Chylińskiej przydałoby się mniej wokalu. Klubową śrubę mocniej dokręcić, coś by z tego było na dłużej. Niestety, potencjał numeru rozpłynął się bezpowrotnie.
Chris Botti - Ever Since We Met
Odpalam pierwszy raz. W głowie od razu przemyślenia typu yhm w tym przypadku promujemy salon meblowy Bodzio lub najnowszą kolekcję w jakimś ekskluzywnym butiku. Z drugiej strony taki muzakowy jazz idealnie sprawdziłby się w restauracji, w tle lekko łzawej sceny randkowej w przyjaznym środowisku romansidle. Potem jeszcze jest wokal i głupie skojarzenia biorą w łeb... tylko na chwilę. Jest zbyt pościelowo, żebym słuchał takiej muzy poza przytoczonymi sytuacjami. Mimo, że trębacz dwoi się i troi to faktycznie gra pod takie tło, że to muzyka jak nic na zamówienie domu maklerskiego. Pod kompilacje dawniej produkowane tak masowo, że do dziś Empik ma problemy z ich opchnięciem. Nie wszystko też przyjmie Dealz. Takich rzeczy na tło nie szukam. Takiej muzyki, gdy leci w RAMie nawet nie zauważam. Albo jej obecność świadczy o tym, że za chwilę wskakują wiadomości/reklama albo sama w sobie jest losowym zapychaczem audycji. Czekam wtedy na coś więcej. Nie piszę tego pod wpływem irytacji czy negatywnego wrażenia. Po prostu robota odfajkowana, trzymam kciuki za dobrą kolejną wrzutkę. Nic z tej przytulności, o której pisze dev. To tylko fasada, imitacja, tapeta z nadrukowanym regałem z książkami
Godspeed You! Black Emperor - Mladic
Gdzie nie zacząć od post-rocka, jak nie tutaj, prawda... Podejdę do tej masywnej wrzuty bez szukania punktu zaczepienia w źródłowej płycie. Mladic jest na tyle długie i tak poprowadzone, że spokojnie samo w sobie może być osobnym wydawnictwem. Lubię ambient, bo wymaga bardzo specyficznego skupienia, o które w ostatnich miesiącach u mnie najłatwiej. Wcale nie jest tak banalny, żeby nie wskazać w poszczególnych utworach/płytach wad. Czy to estetyka rockowa, elektroniczna, antyestetyczna, to są tylko określone wybory, strategie artystyczne. Liczy się umiejętność prowadzenia narracji, konsekwencja w doborze środków, spójność idei, jaka idzie za nagraniem danego materiału. Można spierdolić stojące drony. Można spierdolić EPkę z mrocznym ambientem przez brak wyczucia w rozłożeniu akcentów i odpowiednim rozmieszczeniu nagrań jedno po drugim. Muzyka nastroju, który trzeba umieć wyreżyserować. Godspeedy dają radę, o cz... Jeśli jest tu improwizacja, to na zadany temat. Folkowy wstęp, ten podoba mi się najmniej. Potem subtelnie rozegrane przejście do gitarowej ekspresji. Lubię takie długotrwałe momenty zawieszenia. Okraszona jest dodatkowo mocno podrasowanymi partiami skrzypcowymi. Nie ma gwałtownego zerwania. Druga połowa zaczyna się wejściem na pierwszy plan perkusji, tutaj tkwi sedno. Postapokaliptyczny klimat, który dobrze oddaje okładka. Pustkowie. Mam w głowie kadry z filmów katastroficznych, dystopijnych fabuł mniej lub bardziej realistycznych, w których z pewnej odległości obserwujemy zniszczone miasto. Wszystko pokryte w pyle i skąpane w szarości. Nad wieżowcami kłęby dymu. Jak w temacie filmowym wraca konkretna zagrywka na skrzypcach. Gdzieś z tyłu głowy kojarzy się to wszystko z King Crimson. Red jak nic, tylko bardziej plastyczne i ilustracyjne. Marszowe (jakaś miejska parada?) outro zachęca do sięgnięcia po resztę. Elegancko, karwasz twarz
Przyjazna kolejka, w której ostatecznie poległy śpiewające panie, GYBE i Mansun zdecydowanie lepsze
Agnieszka Chylińska - Zima
Polska nie była gotowa na wielką artystyczną przemianę Chylińskiej. Nie jestem aż tak stary, a jednak epokę Modern Rocking mam zakodowaną w głowie jako oblicze NOWEJ Agnieszki. Do dziś pamiętam ogólną konsternację, specyficzne wrażenie bijące z mediów. Przypominam sobie wiele różnych tekstów o zdradzie estetyki rockowej, pójściu na łatwiznę... oj nieee, tani trop. Trzeba mieć w sobie odwagę, lubić podejmować ryzyko. Tego odmówić Chylińskiej nie można. To do dziś najciekawsze wydarzenie z nią związane od czasu Bzzzz i TRIPa. Wtedy nic nie straciła na autentyczności, a trafiła w gusta wielu ludzi, którzy do tej pory od jej muzyki mogli się odbić. Specyficzny dance pop końcówki dekady zerowej bardziej mnie kręcił w innym wydaniu. W okresie gimboeksperckim odrzuciłem bez słuchania. Później było doświadczenie całej dyskografii O.N.A.. Po Modern Rocking wyszło wiele słabizn, przedtem była jeszcze płyta w ramach zespołu Chylińska, ale tam poza jednym numerem czy dwoma też nie dzieje się nic szczególnego. Któregoś dnia pod koniec liceum usłyszałem Wybaczam Ci i ten cholerny hook wwiercił się głęboko. Dzisiaj to jeden z moich ulubionych kawałków z jej repertuaru. Zobaczyłem propozycję Mudżyna i odetchnąłem z ulgą. Szykowało się ciekawe odkrycie, bo pomimo szacunku dla wspominanego kawałka całej płyty nie sprawdziłem. Nie mogę cię zapomnieć też stworzone z pomyślunkiem i wyczuciem, a jak z Zimą?
Myślę o Modern Rocking na klubowo, a tu znowu coś smyko-melotronowego xD To też singiel, ale nigdy wcześniej go nie słyszałem. Jego najlepszą stroną jest produkcja, choć może drumsy są trochę drewniane. Lepiej idzie elektronika i gitarowy bas, przyjemne bujanie. Chylińskiej za dużo, przydałby się oddech. Tekstowo w finale jest rozwinięcie, ale nie ma żadnego przystanku po drodze, przez co ani to ballada, ani solidny klubowy parkietowiec. Nie jestem zbytnio zachwycony. Zdecydowanie bardziej szanuję Mudżyna za sam wybór!
Mansun - Mansun's Only Love Song
Hien wraca do formy z przytupem. Bez dziaderstwa i wilsonowego popierdywania. Znowu sytuacja, w której czegoś kompletnie nie znam, a co po odsłuchu okazuje się bardzo soczyste. Na początku zasugeruję coś w rodzaju zapomnianego kawałka The Orb z niszowej kompilacji. Potem to już nie ma co szukać skojarzeń, bo do samego końca numer od nich ucieka. Kwaśny rock, w którym nie brakuje dobrze podanej elektroniki. Psychodelicznie i romantycznie zarazem. Zwrotki odpowiednio dobrze płyną, a ujście energii w refrenie bardzo satysfakcjonujące. Zapisuję sobie tytuł płyty na przyszłość, bo zamierzam obczaić całość. Wrzuta wysokiej jakości, szybko dojrzewająca w głowie.
Katy B - All My Lovin'
Skąd ja babiczkę kojarzę? Pseudonim coś mi mówił, ale temat zostawiłem sobie na dzisiejszy wieczór, kiedy piszę te poematy prozą. Kiedyś hulał w eterze numer pod tytułem Lights On, całkiem przyjazny i niezbyt narzucający się taneczny drobiazg. To jest ten ślad, który został mi gdzieś bardzo daleko z tyłu głowy. W ten sposób mogę spokojnie przejść do rzeczy. Zaskakujący start, shodan niepostrzeżenie strzela jakimś bujającym pociskiem? Dziwne są czasami niektóre aluzje w opisach. Może i zmysłowy głos, ale całość tonie w drewnianym dubstepowym podkładzie. 2014 rok, wtedy jeszcze trap się aż tak nie panoszył w mainstreamie, to byłby ciekawy kierunek, choć może zbyt wywrotowy. Nie ma też pewności, czy producenci podołaliby zadaniu. Trochę jak u Chylińskiej przydałoby się mniej wokalu. Klubową śrubę mocniej dokręcić, coś by z tego było na dłużej. Niestety, potencjał numeru rozpłynął się bezpowrotnie.
Chris Botti - Ever Since We Met
Odpalam pierwszy raz. W głowie od razu przemyślenia typu yhm w tym przypadku promujemy salon meblowy Bodzio lub najnowszą kolekcję w jakimś ekskluzywnym butiku. Z drugiej strony taki muzakowy jazz idealnie sprawdziłby się w restauracji, w tle lekko łzawej sceny randkowej w przyjaznym środowisku romansidle. Potem jeszcze jest wokal i głupie skojarzenia biorą w łeb... tylko na chwilę. Jest zbyt pościelowo, żebym słuchał takiej muzy poza przytoczonymi sytuacjami. Mimo, że trębacz dwoi się i troi to faktycznie gra pod takie tło, że to muzyka jak nic na zamówienie domu maklerskiego. Pod kompilacje dawniej produkowane tak masowo, że do dziś Empik ma problemy z ich opchnięciem. Nie wszystko też przyjmie Dealz. Takich rzeczy na tło nie szukam. Takiej muzyki, gdy leci w RAMie nawet nie zauważam. Albo jej obecność świadczy o tym, że za chwilę wskakują wiadomości/reklama albo sama w sobie jest losowym zapychaczem audycji. Czekam wtedy na coś więcej. Nie piszę tego pod wpływem irytacji czy negatywnego wrażenia. Po prostu robota odfajkowana, trzymam kciuki za dobrą kolejną wrzutkę. Nic z tej przytulności, o której pisze dev. To tylko fasada, imitacja, tapeta z nadrukowanym regałem z książkami
Godspeed You! Black Emperor - Mladic
Gdzie nie zacząć od post-rocka, jak nie tutaj, prawda... Podejdę do tej masywnej wrzuty bez szukania punktu zaczepienia w źródłowej płycie. Mladic jest na tyle długie i tak poprowadzone, że spokojnie samo w sobie może być osobnym wydawnictwem. Lubię ambient, bo wymaga bardzo specyficznego skupienia, o które w ostatnich miesiącach u mnie najłatwiej. Wcale nie jest tak banalny, żeby nie wskazać w poszczególnych utworach/płytach wad. Czy to estetyka rockowa, elektroniczna, antyestetyczna, to są tylko określone wybory, strategie artystyczne. Liczy się umiejętność prowadzenia narracji, konsekwencja w doborze środków, spójność idei, jaka idzie za nagraniem danego materiału. Można spierdolić stojące drony. Można spierdolić EPkę z mrocznym ambientem przez brak wyczucia w rozłożeniu akcentów i odpowiednim rozmieszczeniu nagrań jedno po drugim. Muzyka nastroju, który trzeba umieć wyreżyserować. Godspeedy dają radę, o cz... Jeśli jest tu improwizacja, to na zadany temat. Folkowy wstęp, ten podoba mi się najmniej. Potem subtelnie rozegrane przejście do gitarowej ekspresji. Lubię takie długotrwałe momenty zawieszenia. Okraszona jest dodatkowo mocno podrasowanymi partiami skrzypcowymi. Nie ma gwałtownego zerwania. Druga połowa zaczyna się wejściem na pierwszy plan perkusji, tutaj tkwi sedno. Postapokaliptyczny klimat, który dobrze oddaje okładka. Pustkowie. Mam w głowie kadry z filmów katastroficznych, dystopijnych fabuł mniej lub bardziej realistycznych, w których z pewnej odległości obserwujemy zniszczone miasto. Wszystko pokryte w pyle i skąpane w szarości. Nad wieżowcami kłęby dymu. Jak w temacie filmowym wraca konkretna zagrywka na skrzypcach. Gdzieś z tyłu głowy kojarzy się to wszystko z King Crimson. Red jak nic, tylko bardziej plastyczne i ilustracyjne. Marszowe (jakaś miejska parada?) outro zachęca do sięgnięcia po resztę. Elegancko, karwasz twarz
Przyjazna kolejka, w której ostatecznie poległy śpiewające panie, GYBE i Mansun zdecydowanie lepsze
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Mansun - Mansun's Only Love Song
Tej wrzutki byłem ciekaw bo Mansun znam jedynie z ich kawałka Wide Open Space z tej samej płyty i pamiętam że numer jest bardzo spoko. Alt rock drugiej połowy lat 90., ten taki już trochę odcinający się od britpopu i tym bardziej zapominający o erze grunge'u kojarzy mi się z fajnym, lekkim perkusyjnym graniem, takim fajnie bujającym, jakby też czerpiącym z doświadczeń sceny alternative dance. Rock delikatnie podszywany miejscami wpływami elektroniki i trip hopu, przypomina mi to Garbage chociażby i fajnie bo chcę właśnie taką muzę zgłębiać. Numer sam w sobie jest po prostu spoko, mam wrażenie że za dużo piłowania refrenu w nim i jest ciut za długi przez to a kiedy wokale milkną fajne rzeczy słuchać i mogłoby być tego wiecej. Daję okejkę, cierpliwie czekam na ten album który swego czasu odłożyłem z powrotem na półkę w Dealz.
Katy B - All My Lovin'
Shodan wrzucając Katy może liczył na dobrą reakcję z mojej strony ale nie wziął pod uwagę faktu że największy fan Katy na forum może być tym samym jej największym krytykiem. Nie jestem fanem tego kawałka i postaram się to uzasadnić. Numer ten pochodzi z jej drugiej płyty stanowiącej skręt z klubowych brzmień ku bardziej popowym. Problem tego numeru jak dla mnie leży w jego produkcji przede wszystkim, która jak zwrócił uwagę Dragon jest dość drewniana, dla mnie z kolei przede wszystkim zbyt płaska, tu jest strasznie dużo środka a brakuje dobrego basowego bujnięcia jak w dobrym dubstepie. Nie wspominając o fakcie że nagrywanie takiej dubstepowej ballady (z jakich zasłynęła już wcześniej) w 2014 roku to nieco ryzykowny ruch bo dubstep swoje 5 minut w maintreamie zaliczał kiedy debiutowała czyli 2010-11, zaś lata 2013-14 to czas revivalu muzyki house już (co też miejscami słychać na albumie Little Red). Kompozycja sama w sobie jest spoko, wokalnie nawet się wkręca ten numer ale uważam go za zmarnowany potencjał produkcyjnei, dla porównania pozwalam sobie zapodać podobny nieco numer z jej debiutanckiej płyty, wg mnie dużo lepiej zrealizowany:
https://youtu.be/psYRMNtlk7M
bine [bałwanek] - Get 2 U
O, i takiego Dragona faktycznie brakowało od dłuższego czasu. Mega przyjemny instrumental, doskonałe jest to brzmienie a wraz z tym obrazkiem ja bym to określił elektroniką neonów w deszczu xD ogólnie łapię przy tym fajny, futurystyczny, dystopijny klimat NeoTokyo, mojej ulubionej planszy z ukochanej gry Time Splitters 2 na PS2, dziś pewnie ktoś inny napisałby że to nuta z Cyberpunka. Piękny podkład który mógłby być np. idealnym tłem dla takiej Katy B właśnie, ale solo też daje radę. Przyjemnie się słucha choć nie pozostaje w głowie po odsłuchu.
Chris Botti - Ever Since We Met
Ta wrzuta idealnie mi się komponuje z poprzednią więc trochę ładny ciąg zdarzeń tu mamy ciągnący się od Katy B. Stylowe, smakowe, a czy przy tym tanie i fasadowe? Pewnie tak, zresztą o tym dev wspominał sam że to trochę pościelowy muzak mający tworzyć pozorną atmosferę jakiejś sytuacji bardziej wyrafinowanej niż leżenie w jakimś obskurnym hotelowym pokoju z przypadkową damą. Czuć mocno echa tych wszystkich wspomnianych składanek a jednocześnie ja nie odniosłem wrażenia żebym dostał w papę jakąś kompletną tandetą, to wciąż fajna gra na trąbce jaką uwielbiam, lekki zwiewny damski wokal i niezobowiązujący numer na niezobowiązujące sytuacje. Ale taka muza też jest potrzebna, jak i Dragonowe futurystyczne bity. Potrafię się tym cieszyć bez przesadnego rozbierania na czynniki pierwsze.
Godspeed You! Black Emperor - Mladic
Jeśli czymś zebrałem w papę w tej kolejce to co najwyżej tą cegiełką od mentosa, ale zęby mi nie wypadły na szczęście. Numer trochę kojarzy mi się z miejsca z wrzucanym niedawno Alameda Trio, generalnie nie jest to muzyka za jaką bym przepadał, powszechnie wiadomo że jestem człowiekiem szalenie niecierpliwym więc taki muzyczny edging tudzież tantra nie należą do moich fetyszy xD takie długodystansowe kawałki mogą mnie przekonać do siebie jedynie jeśli mają brzmienie które mi podejdzie, gitarowe drony toleruję chyba w trochę mniejszych ilościach, mentos to jakiś szatanista jest chyba i karmi się tym hałaśliwym rzęrzeniem dokonując rytualnych mordów na okolicznych kotach, nie widzę innego wytłumaczenia xD ogólnie to śmieszkuję bo po prostu pisząc w skrócie NIE WIEM, nie twierdzę że jest to złe, Alameda Trio było ciekawsze, bardziej progresywne, tu mamy bardziej jednostajny numer z którego trochę niewiele wynika, znaczy się jak u Lyncha zapewne, liczy się sama droga, doświadczenie i przeżycie a nie cel i zakończenie. Zakończenie swoją drogą było dla mnie najciekawsze kiedy wchodzi coś co brzmi jak jakaś uliczna orkiestra bezdomnych grająca na puszkach. Nie czuję takiej muzyki, nie kumam czaczy, tzn. może wiem ocb ale ja tych feelsów nie mam i na poziomie emocji się odbijam, samo granie co najwyżej doceniam.
Kolejka naprawdę udana Panowie, podoba mi się przede wszystkim jej eklektyzm, każdy z innej bajki i wolę takie koło fortuny niż kiedy połowa numerów siedzi w podobnym wajbie który mi akurat nie leży. Poziom wyrównany, minimalne odchyły na plus to Dragon który wygrywa piosenką która nawet nie jest piosenką tym razem a na minus jednak mała ruda Katy, bo jestem fanbojem i mam bardziej osobisty stosunek i można było lepiej więc widząc numer który jest dla mnie co najwyżej średni łapię się za głowę i krzyczę AJ JEZUS MARIA niczym Szpakowski gdy piłka odbija się od słupka. Ale szanuję, fajnie że sprzedałem komuś coś co wraca do mnie u kogoś w bestce życia
Tej wrzutki byłem ciekaw bo Mansun znam jedynie z ich kawałka Wide Open Space z tej samej płyty i pamiętam że numer jest bardzo spoko. Alt rock drugiej połowy lat 90., ten taki już trochę odcinający się od britpopu i tym bardziej zapominający o erze grunge'u kojarzy mi się z fajnym, lekkim perkusyjnym graniem, takim fajnie bujającym, jakby też czerpiącym z doświadczeń sceny alternative dance. Rock delikatnie podszywany miejscami wpływami elektroniki i trip hopu, przypomina mi to Garbage chociażby i fajnie bo chcę właśnie taką muzę zgłębiać. Numer sam w sobie jest po prostu spoko, mam wrażenie że za dużo piłowania refrenu w nim i jest ciut za długi przez to a kiedy wokale milkną fajne rzeczy słuchać i mogłoby być tego wiecej. Daję okejkę, cierpliwie czekam na ten album który swego czasu odłożyłem z powrotem na półkę w Dealz.
Katy B - All My Lovin'
Shodan wrzucając Katy może liczył na dobrą reakcję z mojej strony ale nie wziął pod uwagę faktu że największy fan Katy na forum może być tym samym jej największym krytykiem. Nie jestem fanem tego kawałka i postaram się to uzasadnić. Numer ten pochodzi z jej drugiej płyty stanowiącej skręt z klubowych brzmień ku bardziej popowym. Problem tego numeru jak dla mnie leży w jego produkcji przede wszystkim, która jak zwrócił uwagę Dragon jest dość drewniana, dla mnie z kolei przede wszystkim zbyt płaska, tu jest strasznie dużo środka a brakuje dobrego basowego bujnięcia jak w dobrym dubstepie. Nie wspominając o fakcie że nagrywanie takiej dubstepowej ballady (z jakich zasłynęła już wcześniej) w 2014 roku to nieco ryzykowny ruch bo dubstep swoje 5 minut w maintreamie zaliczał kiedy debiutowała czyli 2010-11, zaś lata 2013-14 to czas revivalu muzyki house już (co też miejscami słychać na albumie Little Red). Kompozycja sama w sobie jest spoko, wokalnie nawet się wkręca ten numer ale uważam go za zmarnowany potencjał produkcyjnei, dla porównania pozwalam sobie zapodać podobny nieco numer z jej debiutanckiej płyty, wg mnie dużo lepiej zrealizowany:
https://youtu.be/psYRMNtlk7M
bine [bałwanek] - Get 2 U
O, i takiego Dragona faktycznie brakowało od dłuższego czasu. Mega przyjemny instrumental, doskonałe jest to brzmienie a wraz z tym obrazkiem ja bym to określił elektroniką neonów w deszczu xD ogólnie łapię przy tym fajny, futurystyczny, dystopijny klimat NeoTokyo, mojej ulubionej planszy z ukochanej gry Time Splitters 2 na PS2, dziś pewnie ktoś inny napisałby że to nuta z Cyberpunka. Piękny podkład który mógłby być np. idealnym tłem dla takiej Katy B właśnie, ale solo też daje radę. Przyjemnie się słucha choć nie pozostaje w głowie po odsłuchu.
Chris Botti - Ever Since We Met
Ta wrzuta idealnie mi się komponuje z poprzednią więc trochę ładny ciąg zdarzeń tu mamy ciągnący się od Katy B. Stylowe, smakowe, a czy przy tym tanie i fasadowe? Pewnie tak, zresztą o tym dev wspominał sam że to trochę pościelowy muzak mający tworzyć pozorną atmosferę jakiejś sytuacji bardziej wyrafinowanej niż leżenie w jakimś obskurnym hotelowym pokoju z przypadkową damą. Czuć mocno echa tych wszystkich wspomnianych składanek a jednocześnie ja nie odniosłem wrażenia żebym dostał w papę jakąś kompletną tandetą, to wciąż fajna gra na trąbce jaką uwielbiam, lekki zwiewny damski wokal i niezobowiązujący numer na niezobowiązujące sytuacje. Ale taka muza też jest potrzebna, jak i Dragonowe futurystyczne bity. Potrafię się tym cieszyć bez przesadnego rozbierania na czynniki pierwsze.
Godspeed You! Black Emperor - Mladic
Jeśli czymś zebrałem w papę w tej kolejce to co najwyżej tą cegiełką od mentosa, ale zęby mi nie wypadły na szczęście. Numer trochę kojarzy mi się z miejsca z wrzucanym niedawno Alameda Trio, generalnie nie jest to muzyka za jaką bym przepadał, powszechnie wiadomo że jestem człowiekiem szalenie niecierpliwym więc taki muzyczny edging tudzież tantra nie należą do moich fetyszy xD takie długodystansowe kawałki mogą mnie przekonać do siebie jedynie jeśli mają brzmienie które mi podejdzie, gitarowe drony toleruję chyba w trochę mniejszych ilościach, mentos to jakiś szatanista jest chyba i karmi się tym hałaśliwym rzęrzeniem dokonując rytualnych mordów na okolicznych kotach, nie widzę innego wytłumaczenia xD ogólnie to śmieszkuję bo po prostu pisząc w skrócie NIE WIEM, nie twierdzę że jest to złe, Alameda Trio było ciekawsze, bardziej progresywne, tu mamy bardziej jednostajny numer z którego trochę niewiele wynika, znaczy się jak u Lyncha zapewne, liczy się sama droga, doświadczenie i przeżycie a nie cel i zakończenie. Zakończenie swoją drogą było dla mnie najciekawsze kiedy wchodzi coś co brzmi jak jakaś uliczna orkiestra bezdomnych grająca na puszkach. Nie czuję takiej muzyki, nie kumam czaczy, tzn. może wiem ocb ale ja tych feelsów nie mam i na poziomie emocji się odbijam, samo granie co najwyżej doceniam.
Kolejka naprawdę udana Panowie, podoba mi się przede wszystkim jej eklektyzm, każdy z innej bajki i wolę takie koło fortuny niż kiedy połowa numerów siedzi w podobnym wajbie który mi akurat nie leży. Poziom wyrównany, minimalne odchyły na plus to Dragon który wygrywa piosenką która nawet nie jest piosenką tym razem a na minus jednak mała ruda Katy, bo jestem fanbojem i mam bardziej osobisty stosunek i można było lepiej więc widząc numer który jest dla mnie co najwyżej średni łapię się za głowę i krzyczę AJ JEZUS MARIA niczym Szpakowski gdy piłka odbija się od słupka. Ale szanuję, fajnie że sprzedałem komuś coś co wraca do mnie u kogoś w bestce życia
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Agnieszka Chylińska - Zima
To mógł być ktokolwiek inny, może nawet bym stwierdził, że spoko (właśnie jakaś Sadowska czy choćby, nie wiem, Novika). Ale jest to Chylińska, która nazbyt kojarzy mi się z O.N.A. W takim wydaniu brzmi dla mnie tak absurdalnie, że aż mnie skręca w środku. To jest już trochę muzyczny (i sceniczny i w ogóle celebrycki) mem. Aż wykręca twarz, dla mnie asłuchalne, ale przez nią, bo muzycznie nie jest źle, i z kimś innym na wokalu byłoby lepiej imho. Ale jest Chylińska. Nie napiszę nic więcej, ten numer uczynił mój nastrój nieprzysiadalnym. Potworne byle co.
Mansun - Mansun's Only Love Song
Pamiętam, jak Hien wrzucił mi cały album, Attack of the Grey Lantern, jesienią 2019 w ramach naszej wymiany. Strasznie mi się wtedy spodobał, choć nie był to może najłatwiejszy seans głównie przez jego długość. Jednocześnie mi się bardzo całość nie dłużyła (a miewam tak nawet z tymi płytami, które mi się bardzo podobają), wracałem do niej często tamtej jesieni. Nie jest to może mój ulubiony kawałek na krążku, ale jest bardzo dobry wciąż. Cały ten alt-rockowo-grungowo-trip-hopowy klimat potwornie mi się udziela. Dla samych przeszkadzajek dźwiękowych (które przywołują mi na myśl New Order chwilami, sam nie wiem dlaczego) na sam koniec warto ten numer przesłuchiwać wciąż i wciąż. Lekko swaggerski głos Drapera, niespieszny rytm całości, chill w powietrzu, tu nie ma złych rzeczy. Rozwieszam pranie i nucę "I DOOOO". Tak, jak weszło 3 lata temu, tak i wchodzi teraz. Jest super, Hienałcze ma łatwe złoto.
Katy B - All My Lovin'
Eskowe pierdu pierdu, takie coś, co zabiera mnie w czasie do 2007 roku, tyle, że już nie mam 18-tu lat. Ok, wtedy takich rzeczy słuchałem przypadkiem, teraz mogę świadomie, ale jakoś nie mam na to ochoty. Przyznaję, refren jest chwytliwy i potwornie wpadł mi do głowy, z czymś mi się kojarzy, ale przypomnieć sobie nie mogę za cholerę, co to było. Muzycznie... też nie jest najgorzej, ale nie będę oszukiwał, nie moja bajka wciąż i się to raczej nie zmieni. O samej Katy B słyszałem tylko tyle, że istnieje. Jestem całkowicie oderwany od współczesnej sceny pop i nie przeszkadza mi to, wolę słuchać w nieskończoność nowej płyty The Advisory Circle. Nie chce mi się już chodzić na kompromisy w tym zakresie. Muzycznie lepiej niż wokalnie tutaj, zresztą... muzyka jest nawet całkiem spoko, może odpalę raz jeszcze?
Bine - Get 2 U
Smoku zaskoczył (a może w ogóle?) wrzucając naprawdę dobry instrumental. Skojarzenia mam albo z jakimś interaktywnym programem do nauki, z jakąś ambitną grą przygodową lub z eleganckim spa i muzakami walącymi z głośników w pokojach zabiegowych (takie trochę elektro, a trochę muzyka relaksacyjna). Jest w tym coś dla mnie wyjątkowo pociągającego, ot, na parę nietrafionych dla mnie wrzutek kolejki wjeżdża coś, co mnie może nie rozkłada na łopatki, ale mocno i soczyście angażuje jako słuchacza. Ciekawi, nęci, zwraca uwagę. Lubię takie rzeczy, też odczuwam feelsy niby Hien, tylko skojarzenia mam jakieś późnowiosenne. Ale się jaram. Dobry numer i srebro z miejsca.
Bądź Pozdrowiony Czarny Cesarzu - (ten chorwacki zbrodniarz wojenny)
Godspeed You! sprzedała mi moja dobra ziomalka jeszcze w liceum, to musiał być jakiś 2006 rok pewnie. Posłuchałem dwóch numerów, ale mimo tego, że mi się spodobały wtedy rzuciłem je w kąt bo wolałem Visage xD poważnie... To jest moja - prawdopodobnie - pierwsza styczność z tym zespołem od tamtego czasu. No dobra, gdzieś jeszcze po drodze czegoś posłuchałem. Nie było tego dużo, bo zawsze sobie mówiłem, że na taką muzykę potrzebuję odpowiedniego settingu. I chyba własnie nastał jego czas. Wchodzi jak złoto, najpierw niepokojące, zahaczające o dragonową dystopię intro, potem ściana narastających gitar zwiększających tylko uczucie niepokoju. Narasta tempo, robi się creepy, no jest kurde miodnie. To mógłby być soundtrack do 120 Dni Sodomy. Albo losowego dokumentu o wojnie. Albo imprezy BDSM. Jest naprawdę dobrze, nie, jest świetnie, Mentos trafił w dziesiątkę, totalnie to kupuję i daję srebro ex aequo z Dragonem. Należy się za samo zakończenie tego numeru.
To mógł być ktokolwiek inny, może nawet bym stwierdził, że spoko (właśnie jakaś Sadowska czy choćby, nie wiem, Novika). Ale jest to Chylińska, która nazbyt kojarzy mi się z O.N.A. W takim wydaniu brzmi dla mnie tak absurdalnie, że aż mnie skręca w środku. To jest już trochę muzyczny (i sceniczny i w ogóle celebrycki) mem. Aż wykręca twarz, dla mnie asłuchalne, ale przez nią, bo muzycznie nie jest źle, i z kimś innym na wokalu byłoby lepiej imho. Ale jest Chylińska. Nie napiszę nic więcej, ten numer uczynił mój nastrój nieprzysiadalnym. Potworne byle co.
Mansun - Mansun's Only Love Song
Pamiętam, jak Hien wrzucił mi cały album, Attack of the Grey Lantern, jesienią 2019 w ramach naszej wymiany. Strasznie mi się wtedy spodobał, choć nie był to może najłatwiejszy seans głównie przez jego długość. Jednocześnie mi się bardzo całość nie dłużyła (a miewam tak nawet z tymi płytami, które mi się bardzo podobają), wracałem do niej często tamtej jesieni. Nie jest to może mój ulubiony kawałek na krążku, ale jest bardzo dobry wciąż. Cały ten alt-rockowo-grungowo-trip-hopowy klimat potwornie mi się udziela. Dla samych przeszkadzajek dźwiękowych (które przywołują mi na myśl New Order chwilami, sam nie wiem dlaczego) na sam koniec warto ten numer przesłuchiwać wciąż i wciąż. Lekko swaggerski głos Drapera, niespieszny rytm całości, chill w powietrzu, tu nie ma złych rzeczy. Rozwieszam pranie i nucę "I DOOOO". Tak, jak weszło 3 lata temu, tak i wchodzi teraz. Jest super, Hienałcze ma łatwe złoto.
Katy B - All My Lovin'
Eskowe pierdu pierdu, takie coś, co zabiera mnie w czasie do 2007 roku, tyle, że już nie mam 18-tu lat. Ok, wtedy takich rzeczy słuchałem przypadkiem, teraz mogę świadomie, ale jakoś nie mam na to ochoty. Przyznaję, refren jest chwytliwy i potwornie wpadł mi do głowy, z czymś mi się kojarzy, ale przypomnieć sobie nie mogę za cholerę, co to było. Muzycznie... też nie jest najgorzej, ale nie będę oszukiwał, nie moja bajka wciąż i się to raczej nie zmieni. O samej Katy B słyszałem tylko tyle, że istnieje. Jestem całkowicie oderwany od współczesnej sceny pop i nie przeszkadza mi to, wolę słuchać w nieskończoność nowej płyty The Advisory Circle. Nie chce mi się już chodzić na kompromisy w tym zakresie. Muzycznie lepiej niż wokalnie tutaj, zresztą... muzyka jest nawet całkiem spoko, może odpalę raz jeszcze?
Bine - Get 2 U
Smoku zaskoczył (a może w ogóle?) wrzucając naprawdę dobry instrumental. Skojarzenia mam albo z jakimś interaktywnym programem do nauki, z jakąś ambitną grą przygodową lub z eleganckim spa i muzakami walącymi z głośników w pokojach zabiegowych (takie trochę elektro, a trochę muzyka relaksacyjna). Jest w tym coś dla mnie wyjątkowo pociągającego, ot, na parę nietrafionych dla mnie wrzutek kolejki wjeżdża coś, co mnie może nie rozkłada na łopatki, ale mocno i soczyście angażuje jako słuchacza. Ciekawi, nęci, zwraca uwagę. Lubię takie rzeczy, też odczuwam feelsy niby Hien, tylko skojarzenia mam jakieś późnowiosenne. Ale się jaram. Dobry numer i srebro z miejsca.
Bądź Pozdrowiony Czarny Cesarzu - (ten chorwacki zbrodniarz wojenny)
Godspeed You! sprzedała mi moja dobra ziomalka jeszcze w liceum, to musiał być jakiś 2006 rok pewnie. Posłuchałem dwóch numerów, ale mimo tego, że mi się spodobały wtedy rzuciłem je w kąt bo wolałem Visage xD poważnie... To jest moja - prawdopodobnie - pierwsza styczność z tym zespołem od tamtego czasu. No dobra, gdzieś jeszcze po drodze czegoś posłuchałem. Nie było tego dużo, bo zawsze sobie mówiłem, że na taką muzykę potrzebuję odpowiedniego settingu. I chyba własnie nastał jego czas. Wchodzi jak złoto, najpierw niepokojące, zahaczające o dragonową dystopię intro, potem ściana narastających gitar zwiększających tylko uczucie niepokoju. Narasta tempo, robi się creepy, no jest kurde miodnie. To mógłby być soundtrack do 120 Dni Sodomy. Albo losowego dokumentu o wojnie. Albo imprezy BDSM. Jest naprawdę dobrze, nie, jest świetnie, Mentos trafił w dziesiątkę, totalnie to kupuję i daję srebro ex aequo z Dragonem. Należy się za samo zakończenie tego numeru.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Chyba już każdy w recenzji Deva swojego kawałka przeczytał już o imprezach BDSM. What have we done to deserve this?
No, Panowie, myślę że we wtorek najpóźniej ruszamy z następną kolejką.
No, Panowie, myślę że we wtorek najpóźniej ruszamy z następną kolejką.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
A tam BDSM, mnie bardziej zastanawia ten jego fetysz brązowej boazerii... czy to ma jakąś nazwę??? BRĄZOWE DREWNO SROGO MOLESTUJĘ?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja jutro zamieszczę recki, bo na opis dwóch ostatnich wrzutek nie mam już dzisiaj sił. Szczególnie po opisie deva, gdzie jego podsumowanie jest średnio dwa razy dłuższe od mojego całego opisu.
W ogóle dev gdzie Ty mieszkasz? Twój opis polskich domów jednorodzinnych mnie zwyczajnie przeraził.
W ogóle dev gdzie Ty mieszkasz? Twój opis polskich domów jednorodzinnych mnie zwyczajnie przeraził.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Agnieszka Chylińska – Zima
Jak zobaczyłem Chylińska, to naprawdę się skrzywiłem i zacząłem mocno bać. Bo naprawdę jej nie lubię. Nie jako osoby, bo jest nawet sympatyczna. Ale nie lubię jej jako wokalistki. Pamiętam jej parę utworów w ramach O.N.A i coś tam mi nawet pasowało w miarę. Ale wszystkie jej solowe utwory jakie miałem okazję usłyszeć, to był dla mnie dramat. Od razu zaznaczam, że nie znam jej dyskografii, bo same single wystarczająco mnie od jej poznania odstraszały.
Tymczasem włączyłem Zimę i uznałem, że nie jest tak źle, jak się spodziewałem. Ba jest nawet całkiem spoko. Nie twierdzę, że od dzisiaj jestem fanem Chylińskiej i jej muzyki, ale po wcześniejszych doświadczeniach Zima naprawdę jest słuchalna. Przede wszystkim Chylińska nie rzęzi, jak to określił Hien. Nie znoszę tego jej skrzeczenia, darcia japy, skrzypienia. To jest okropne. Tutaj postawiła na delikatny wokal i chwała jej za to. Bit jest całkiem dobry. Jest bardzo tanecznie, przebojowo, bujająco. Tekst też fajny. No jest jak na Chylińską zaskakująco dobrze.
Mansun – Mansun’s Only Love Song
Nie znam zespołu. Jedynie z nazwy, bo obserwując Hiena na Last.fm zauważyłem naprawdę dużo ich scroblów. Rozumiem doskonale Hiena, gdy opisuje swoje zauroczenie tą muzyką, bo ja wielokrotnie przeżywałem tego typu akcje. Słucha się czegoś nowego i pada na kolana.
Czy ja padłem? Póki co nie. To jest dobre, nie powiem, że nie. I ma na pewno zadatki na jeszcze lepszy odbiór. Bo kolejne odsłuchy wciąż dodają temu po troszku wartości. Przesłuchanie całego albumu mogłoby jeszcze pomóc. Ale wstrząsu póki co jeszcze nie ma. Albo to nie ten rodzaj muzyki, żeby wywołać u mnie taki efekt, albo na to za wcześnie po przesłuchaniu zaledwie jednego utworu parę razy. Chociaż powiem, że outro jest naprawdę super. Lubię takie akcje.
Na pewno nie jaram się tym wokalem, który jest bardzo zwyczajny, o ile nie nijaki. Draper przy Princu to nawet nie stał niestety.
Zobaczymy, co z tego wyniknie w przyszłości. Na razie jest pewne zaciekawienie.
bine☃ - Get 2 U
Dragon wrzuca ponownie vaporwave z bałwankiem w tytule i to jest na pewno lepsze od poprzedniej wrzutki. Choć nie mówię, że skrojone idealnie dla mnie, to jest bardzo dobrze. W sumie niby niewiele się dzieje, taka powiedziałbym muzyka idealna pod jakieś gry komputerowe. Jakoś przywołuje fajne skojarzenia z wirtualną rzeczywistością. Ktoś tu wspominał o deszczowym Tokio. Coś w tym jest. Tokio i w ogóle Japonia kojarzy mi się zawsze bardzo specyficznie. Z mega rozwiniętą technologią, milionem efektownych neonów, nowoczesnym, choć zabieganym społeczeństwem, grami komputerowymi, mangą i cholera wie czy jeszcze. I ten utwór jest taki bardzo w tym stylu. Wartości muzycznej może wielkiej nie ma, to prosta muzyka, ale robi klimacik jaki lubię.
Może nawet zainspiruje mnie to kiedyś do wrzucenia pewnego tracka z mojej ulubionej gry w klimatach mangi?
Chris Botti feat. Bridget Benenate - Ever Since We Met
Dev wrzuca jazz dla mas i to słychać, bo choć dalej nie jestem fanem tej muzyki, to jest to dużo przystępniejsze dla takich laików jak ja. No całkiem przyjemnie to sobie płynie. Przyjemny ten rytm, ten lekki damski wokal. Jedyne co mnie tu nieco drażni, to ta świdrująca w uszach trąbka, której po prostu nie lubię. Co ciekawe grałem w latach szkolnych w orkiestrze dętej. Mimo tego nie lubię dźwięku tej trąbki. O wiele lepiej się słucha tego utworu cicho, bo wtedy ta trąbka tak mocno nie rysuje moich bębenków. W ogóle to taka muzyka idealna do grania w tle. Jak sobie gdzieś tam cicho leci w jakimś sklepie, lokalu czy windzie. Robi dobry nastrój.
Godspeed You! Black Emperor – Mladic
Zupełnie nieznana mi rzecz. I jeszcze do wczoraj kompletnie na to mehałem. Od razu mocno i niepokojąco kojarzyło mi się to z Alameda Trio. W dodatku ta długość prawie 20 minut! No ale w sumie chyba dobrze, że wczoraj nie ukończyłem ze zmęczenia i senności pisania tych recek, bo dzisiaj już trochę inaczej spojrzałem na ten utwór. Nie ma tu jednak aż takiego szatańskiego i przytłaczającego klimatu jak w Późnym Królestwie. Tzn. klimat jest ciężki, dla mnie aż nazbyt ciężki, ale jednak trochę inny i nie wywołuje tak złych emocji jak Almeida Trio. Jest ciężko i duszno. To rzeczywiście mógłby być podkład pod jakieś postapokaliptyczne obrazy. Nieco folkowy początek jest fajny. Czuć niepokojący klimat. Potem narastająca ściana gitar przy akompaniamencie tłuczenia w jakiś bęben To podoba mi się najmniej, bo to takie właśnie brzmienie kojarzące się z AT. I trwa zbyt długo. Zmiana tempa i chwilowe wyciszenia w drugiej części są na plus, choć już powoli mam dosyć tego klimatu. Końcóweczka bardzo fajna. Daje wreszcie trochę wytchnienie starganym nerwom.
Generalnie nie jest źle, ale nie jest to jednak muzyka dla mnie. Lubię niby utwory niepokojące, czy nawet mroczne, ale nie w taki sposób. Nie odbieram tego utworu źle. Jest nawet dosyć ciekawie, są interesujące momenty, ale jednak dzisiaj po dwóch pełnych odsłuchach byłem naprawdę potężnie zmordowany tą muzyką.
Kolejka nie najgorsza. Nic mnie tu nie odrzuciło, choć z racji ciężkiego, czy wręcz depresyjnego klimatu do GY!BE pewnie powrotów będzie najmniej. Najlepiej chyba podszedł mi utwór Dragona, choć na początku też przewracałem oczami. Ale się przyjęło. Ten klimat mnie jednak w jakiś sposób ujął.
Jak zobaczyłem Chylińska, to naprawdę się skrzywiłem i zacząłem mocno bać. Bo naprawdę jej nie lubię. Nie jako osoby, bo jest nawet sympatyczna. Ale nie lubię jej jako wokalistki. Pamiętam jej parę utworów w ramach O.N.A i coś tam mi nawet pasowało w miarę. Ale wszystkie jej solowe utwory jakie miałem okazję usłyszeć, to był dla mnie dramat. Od razu zaznaczam, że nie znam jej dyskografii, bo same single wystarczająco mnie od jej poznania odstraszały.
Tymczasem włączyłem Zimę i uznałem, że nie jest tak źle, jak się spodziewałem. Ba jest nawet całkiem spoko. Nie twierdzę, że od dzisiaj jestem fanem Chylińskiej i jej muzyki, ale po wcześniejszych doświadczeniach Zima naprawdę jest słuchalna. Przede wszystkim Chylińska nie rzęzi, jak to określił Hien. Nie znoszę tego jej skrzeczenia, darcia japy, skrzypienia. To jest okropne. Tutaj postawiła na delikatny wokal i chwała jej za to. Bit jest całkiem dobry. Jest bardzo tanecznie, przebojowo, bujająco. Tekst też fajny. No jest jak na Chylińską zaskakująco dobrze.
Mansun – Mansun’s Only Love Song
Nie znam zespołu. Jedynie z nazwy, bo obserwując Hiena na Last.fm zauważyłem naprawdę dużo ich scroblów. Rozumiem doskonale Hiena, gdy opisuje swoje zauroczenie tą muzyką, bo ja wielokrotnie przeżywałem tego typu akcje. Słucha się czegoś nowego i pada na kolana.
Czy ja padłem? Póki co nie. To jest dobre, nie powiem, że nie. I ma na pewno zadatki na jeszcze lepszy odbiór. Bo kolejne odsłuchy wciąż dodają temu po troszku wartości. Przesłuchanie całego albumu mogłoby jeszcze pomóc. Ale wstrząsu póki co jeszcze nie ma. Albo to nie ten rodzaj muzyki, żeby wywołać u mnie taki efekt, albo na to za wcześnie po przesłuchaniu zaledwie jednego utworu parę razy. Chociaż powiem, że outro jest naprawdę super. Lubię takie akcje.
Na pewno nie jaram się tym wokalem, który jest bardzo zwyczajny, o ile nie nijaki. Draper przy Princu to nawet nie stał niestety.
Zobaczymy, co z tego wyniknie w przyszłości. Na razie jest pewne zaciekawienie.
bine☃ - Get 2 U
Dragon wrzuca ponownie vaporwave z bałwankiem w tytule i to jest na pewno lepsze od poprzedniej wrzutki. Choć nie mówię, że skrojone idealnie dla mnie, to jest bardzo dobrze. W sumie niby niewiele się dzieje, taka powiedziałbym muzyka idealna pod jakieś gry komputerowe. Jakoś przywołuje fajne skojarzenia z wirtualną rzeczywistością. Ktoś tu wspominał o deszczowym Tokio. Coś w tym jest. Tokio i w ogóle Japonia kojarzy mi się zawsze bardzo specyficznie. Z mega rozwiniętą technologią, milionem efektownych neonów, nowoczesnym, choć zabieganym społeczeństwem, grami komputerowymi, mangą i cholera wie czy jeszcze. I ten utwór jest taki bardzo w tym stylu. Wartości muzycznej może wielkiej nie ma, to prosta muzyka, ale robi klimacik jaki lubię.
Może nawet zainspiruje mnie to kiedyś do wrzucenia pewnego tracka z mojej ulubionej gry w klimatach mangi?
Chris Botti feat. Bridget Benenate - Ever Since We Met
Dev wrzuca jazz dla mas i to słychać, bo choć dalej nie jestem fanem tej muzyki, to jest to dużo przystępniejsze dla takich laików jak ja. No całkiem przyjemnie to sobie płynie. Przyjemny ten rytm, ten lekki damski wokal. Jedyne co mnie tu nieco drażni, to ta świdrująca w uszach trąbka, której po prostu nie lubię. Co ciekawe grałem w latach szkolnych w orkiestrze dętej. Mimo tego nie lubię dźwięku tej trąbki. O wiele lepiej się słucha tego utworu cicho, bo wtedy ta trąbka tak mocno nie rysuje moich bębenków. W ogóle to taka muzyka idealna do grania w tle. Jak sobie gdzieś tam cicho leci w jakimś sklepie, lokalu czy windzie. Robi dobry nastrój.
Godspeed You! Black Emperor – Mladic
Zupełnie nieznana mi rzecz. I jeszcze do wczoraj kompletnie na to mehałem. Od razu mocno i niepokojąco kojarzyło mi się to z Alameda Trio. W dodatku ta długość prawie 20 minut! No ale w sumie chyba dobrze, że wczoraj nie ukończyłem ze zmęczenia i senności pisania tych recek, bo dzisiaj już trochę inaczej spojrzałem na ten utwór. Nie ma tu jednak aż takiego szatańskiego i przytłaczającego klimatu jak w Późnym Królestwie. Tzn. klimat jest ciężki, dla mnie aż nazbyt ciężki, ale jednak trochę inny i nie wywołuje tak złych emocji jak Almeida Trio. Jest ciężko i duszno. To rzeczywiście mógłby być podkład pod jakieś postapokaliptyczne obrazy. Nieco folkowy początek jest fajny. Czuć niepokojący klimat. Potem narastająca ściana gitar przy akompaniamencie tłuczenia w jakiś bęben To podoba mi się najmniej, bo to takie właśnie brzmienie kojarzące się z AT. I trwa zbyt długo. Zmiana tempa i chwilowe wyciszenia w drugiej części są na plus, choć już powoli mam dosyć tego klimatu. Końcóweczka bardzo fajna. Daje wreszcie trochę wytchnienie starganym nerwom.
Generalnie nie jest źle, ale nie jest to jednak muzyka dla mnie. Lubię niby utwory niepokojące, czy nawet mroczne, ale nie w taki sposób. Nie odbieram tego utworu źle. Jest nawet dosyć ciekawie, są interesujące momenty, ale jednak dzisiaj po dwóch pełnych odsłuchach byłem naprawdę potężnie zmordowany tą muzyką.
Kolejka nie najgorsza. Nic mnie tu nie odrzuciło, choć z racji ciężkiego, czy wręcz depresyjnego klimatu do GY!BE pewnie powrotów będzie najmniej. Najlepiej chyba podszedł mi utwór Dragona, choć na początku też przewracałem oczami. Ale się przyjęło. Ten klimat mnie jednak w jakiś sposób ujął.