Best of Forum II
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Arcade Fire - Put Your Money On Me
Ten numer ma takie przymulone brzmienie że aż mi chwilami ciężko uwierzyć że to to samo Arcade Fire które ja wrzucałem, brakuje mi tamtej energii. To takie basowe arpeggio zdaje się ciągnąć ten numer w dół nieco, albo za bardzo kojarzy mi się z pewnym numerem który cierpi na tę przypadłość. W warstwie tekstowej jest całkiem spoko w sumie. Podoba mi się background podany przez munlupa™, opowieść o wczesnych etapach relacji z kimś, takim dialogu poprzez muzykę jakiego sam zwykłem dokonywać z różnymi nowo poznanymi osobami w życiu. Daję kciuk w bok, zobaczymy z czasem co z tego będzie.
Editors - Walk The Fleet Road
Ten kawałek z miejsca robi mi filmowy klimat. Głęboki wokal, pasuje mi to do deva znając jego sympatię dla Nicka Cave'a. Smyczki wchodzą, wokal wchodzi w wyższe rejestry, powracają słyszane we wstępie mruczane chórki (w tych momentach ciągle przed oczy pchają mi się sceny z Króla Lwa rocznik '94 xD). Taki dość podniosły emocjonalny numer. Odpalam ponownie, zwracam uwagę na ten fajnie sennie pulsujący synth jakby wyjęty z Waiting For The Night depeszy. Nawiasem mówiąc kumplowi z roboty numer bardzo siadł, naprędce zanotował sobie nazwę zespołu. Ja na razie jestem niezdecydowany, COŚ w tym jest i liczę że ewentualna wrzuta albumowa mi wyjaśni w czym rzecz. Niby na plus ale też odkładam do dojrzewalni. Krótki numer, szybko ulatuje.
Psychic TV - Terminus
O, mentos widzę dwa numery w tej kolejce wrzucił, hehe. Zaczyna się całkiem fajnie, intrygująco, ja tam lubię takie gadane numery jeśli klimat jest dobrze zrobiony, a tu w sumie jest nieźle. Pierwotnie miałem w głowie klimat jakiegoś horroru (nie skupiałem się na tekście) ale słuchając w towarzystwie ziomka w pracy doszliśmy do wniosku że mógłby być w sumie nawet western, opustoszałe miasteczko, wiatr i pył, w spiekocie słońca wychodzą naprzeciw siebie Clint Eastwood i jakiś drugi John Wayne czy podobny, suspens pełną parą, nawet dzwony biją jakby wybijało właśnie samo południe i zastanawiam się kto strzeli pierwszy a kto padnie na piach. Napięcie osiąga powoli szczytowy moment, widzę pot na czole bohaterów, grymasy na ich skupionych twarzach, błysk w oku i niecierpliwe palce tuż obok pasa z Coltem. Jednocześnie obraz stopniowo zanika pod filtrem czerwieni i znika, nie widzimy jak rozegrała się do końca ta scena. Epilog dopowiada jakiś włóczykij, bezdomny grajek, oczyma wyobraźni widzę w tle dwa krzyże pod jakąś jabłonią na zielonej łące.
Kurczę za pierwszym razem ten numer przeleciał mi dość obojętnie a przy drugim o, takie cuda w głowie, muzyka to jest jednak niezwykły wehikuł. Jestem na tak, interesująca, ryzykowna wrzuta, co najważniejsze JAKAŚ, nie pozostawiła mnie obojętnym ostatecznie. Ode mnie sreberko dla Smoka.
Edyta Górniak - Szyby
Edytka mi nawet fajnie wjechała tym cichutkim klimatem po tamtej opowieści Dragona. Na wstępie szacun dla shodana za nieoczywistą wrzutkę - w tym sensie że jednak nie sięgnął po osłuchany Dotyk. Fanem jej nie jestem ale nawet fajnie wrócić do tych czasów kiedy była jakaś nadzieją i rodzimą odpowiedzią na Whitney Houston. Trochę mnie ta wrzuta rozbawiła bo kurde... patent brzmi dość znajomo, spokojny balladowy wstęp i ostre rockowe rozwinięcie, polskie lata 90. mocno, czyżbym kojarzył to np. z hejtowaną swego czasu przez shodana moją wrzutą Bajmu? No jest krindżowy ten patent, przyznaje to, w tamtym numerze Bajmu mi się jakoś przegryzł wtedy. Tu jest tak o, okej. Lubię wracać i nadrabiać te polskie lata 90 więc brązowy medal dla wujka dziś.
Gang of Four - Damaged Goods
O mentos po tych wszystkich rzęrzeniach wrzucił coś NORMALNEGO w końcu co nie trwa pół godziny, szok. Zastanawiam się czy można wrzucić ch*jowy post-punk swoją drogą, pewnie tak ale jeszcze się chyba w życiu o tym nie przekonałem. Tak jak zespołu Gang of Four nie znałem jeszcze do niedawna tak za sprawą Mentosa poznawać go chcę ochoczo bo też mały, blady, brytyjski post-punkowiec pod moją czarną skórą się czai. Rytmiczny, energiczny numer, prosty ale skuteczny, lekką reką złoty medal miętusowi daję dzisiaj po tych wszystkich mękach jakie mi serwował niedawno.
Nie no Panowie, kolejka była całkiem przyzwoita, postaraliście się i nikt nie zawiódł, a czas pokaże jak te wstępne opinie się zmienią, równie dobrze może to wszystko wejdzie do mojego kanonu? Murzyn_uśmiechnięty.jpg
Ten numer ma takie przymulone brzmienie że aż mi chwilami ciężko uwierzyć że to to samo Arcade Fire które ja wrzucałem, brakuje mi tamtej energii. To takie basowe arpeggio zdaje się ciągnąć ten numer w dół nieco, albo za bardzo kojarzy mi się z pewnym numerem który cierpi na tę przypadłość. W warstwie tekstowej jest całkiem spoko w sumie. Podoba mi się background podany przez munlupa™, opowieść o wczesnych etapach relacji z kimś, takim dialogu poprzez muzykę jakiego sam zwykłem dokonywać z różnymi nowo poznanymi osobami w życiu. Daję kciuk w bok, zobaczymy z czasem co z tego będzie.
Editors - Walk The Fleet Road
Ten kawałek z miejsca robi mi filmowy klimat. Głęboki wokal, pasuje mi to do deva znając jego sympatię dla Nicka Cave'a. Smyczki wchodzą, wokal wchodzi w wyższe rejestry, powracają słyszane we wstępie mruczane chórki (w tych momentach ciągle przed oczy pchają mi się sceny z Króla Lwa rocznik '94 xD). Taki dość podniosły emocjonalny numer. Odpalam ponownie, zwracam uwagę na ten fajnie sennie pulsujący synth jakby wyjęty z Waiting For The Night depeszy. Nawiasem mówiąc kumplowi z roboty numer bardzo siadł, naprędce zanotował sobie nazwę zespołu. Ja na razie jestem niezdecydowany, COŚ w tym jest i liczę że ewentualna wrzuta albumowa mi wyjaśni w czym rzecz. Niby na plus ale też odkładam do dojrzewalni. Krótki numer, szybko ulatuje.
Psychic TV - Terminus
O, mentos widzę dwa numery w tej kolejce wrzucił, hehe. Zaczyna się całkiem fajnie, intrygująco, ja tam lubię takie gadane numery jeśli klimat jest dobrze zrobiony, a tu w sumie jest nieźle. Pierwotnie miałem w głowie klimat jakiegoś horroru (nie skupiałem się na tekście) ale słuchając w towarzystwie ziomka w pracy doszliśmy do wniosku że mógłby być w sumie nawet western, opustoszałe miasteczko, wiatr i pył, w spiekocie słońca wychodzą naprzeciw siebie Clint Eastwood i jakiś drugi John Wayne czy podobny, suspens pełną parą, nawet dzwony biją jakby wybijało właśnie samo południe i zastanawiam się kto strzeli pierwszy a kto padnie na piach. Napięcie osiąga powoli szczytowy moment, widzę pot na czole bohaterów, grymasy na ich skupionych twarzach, błysk w oku i niecierpliwe palce tuż obok pasa z Coltem. Jednocześnie obraz stopniowo zanika pod filtrem czerwieni i znika, nie widzimy jak rozegrała się do końca ta scena. Epilog dopowiada jakiś włóczykij, bezdomny grajek, oczyma wyobraźni widzę w tle dwa krzyże pod jakąś jabłonią na zielonej łące.
Kurczę za pierwszym razem ten numer przeleciał mi dość obojętnie a przy drugim o, takie cuda w głowie, muzyka to jest jednak niezwykły wehikuł. Jestem na tak, interesująca, ryzykowna wrzuta, co najważniejsze JAKAŚ, nie pozostawiła mnie obojętnym ostatecznie. Ode mnie sreberko dla Smoka.
Edyta Górniak - Szyby
Edytka mi nawet fajnie wjechała tym cichutkim klimatem po tamtej opowieści Dragona. Na wstępie szacun dla shodana za nieoczywistą wrzutkę - w tym sensie że jednak nie sięgnął po osłuchany Dotyk. Fanem jej nie jestem ale nawet fajnie wrócić do tych czasów kiedy była jakaś nadzieją i rodzimą odpowiedzią na Whitney Houston. Trochę mnie ta wrzuta rozbawiła bo kurde... patent brzmi dość znajomo, spokojny balladowy wstęp i ostre rockowe rozwinięcie, polskie lata 90. mocno, czyżbym kojarzył to np. z hejtowaną swego czasu przez shodana moją wrzutą Bajmu? No jest krindżowy ten patent, przyznaje to, w tamtym numerze Bajmu mi się jakoś przegryzł wtedy. Tu jest tak o, okej. Lubię wracać i nadrabiać te polskie lata 90 więc brązowy medal dla wujka dziś.
Gang of Four - Damaged Goods
O mentos po tych wszystkich rzęrzeniach wrzucił coś NORMALNEGO w końcu co nie trwa pół godziny, szok. Zastanawiam się czy można wrzucić ch*jowy post-punk swoją drogą, pewnie tak ale jeszcze się chyba w życiu o tym nie przekonałem. Tak jak zespołu Gang of Four nie znałem jeszcze do niedawna tak za sprawą Mentosa poznawać go chcę ochoczo bo też mały, blady, brytyjski post-punkowiec pod moją czarną skórą się czai. Rytmiczny, energiczny numer, prosty ale skuteczny, lekką reką złoty medal miętusowi daję dzisiaj po tych wszystkich mękach jakie mi serwował niedawno.
Nie no Panowie, kolejka była całkiem przyzwoita, postaraliście się i nikt nie zawiódł, a czas pokaże jak te wstępne opinie się zmienią, równie dobrze może to wszystko wejdzie do mojego kanonu? Murzyn_uśmiechnięty.jpg
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja bym tych dwóch utworów nie porównywał jednak. U Edyty mocniejsza jest tylko sama końcówka i to w dużo łagodniejszym tonie. Nie rujnuje raczej spokojnego klimatu. W Bajm ostre zarzynanie gitar było przez 80% utworu. I całkowicie zmieniło charakterystykę piosenki.stripped pisze:23 lis 2022 08:41Trochę mnie ta wrzuta rozbawiła bo kurde... patent brzmi dość znajomo, spokojny balladowy wstęp i ostre rockowe rozwinięcie, polskie lata 90. mocno, czyżbym kojarzył to np. z hejtowaną swego czasu przez shodana moją wrzutą Bajmu?
Takie przynajmniej moje odczucia.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Niwea - Miły, Młody Człowiek
A co to za Bartini na wokalu? Ehh, wniosek jest prosty, nie warto się starać, wystarczy nagrywać takie rzeczy jak „Miły, Młody, Człowiek”. Bo tu za dużo roboty nie było w to włożone i może w tym rzecz. Zostawić tylko to, co niezbędne i nie babrać się w jakieś ozdobniki, w jakieś cokolwiek więcej. Dać ten bas, te kwadratową perkusję, te narracje z audiobooka i już. No dobra, ok, tam potem wjeżdżają ozdobniki, ale takie rytmiczne, to się nie liczą. I koty mają ruję Zimą. No, ja uważam, że należy być miłym, młodym człowiekiem, a potem jak się już jest starszym, to też lepiej być miłym. I ja będę miły i powiem Murzynowi, że fajny kawałek wrzucił.
Editors - Walk The Fleet Road
Tak, Musiał wyciągnął mnie ostatnio na ten spacer, w te okolice (ale to nie tam było zdjęcie robione). Puścił ten utwór z telefonu, gówno było słychać, a i tak nikt nie słuchał, bo gadaliśmy o czymś. Trochę takie gówno warte było to słuchanie, ale już xD Na szczęście, to nie była mój pierwszy raz z tym kawałkiem. Kiedy Editorsi poszli mocniej w elektronikę, to pamiętam, że mi się to nie podobało. Wszyscy zachwycali się „Papillon”, a ja się dziwiłem, bo dla mnie to brzmiało bardzo słabo. Uważam, że trochę zajęło im dotarcie się z takim brzmieniem i potem już było ok. „Walk The Feelet Road” jest spoko, nie mogę się przyczepić. Zwłaszcza fajne są te mruczane chórki. Może i numer zmierza donikąd, ale Dev zapodał taki kontekst, że w sumie to pasuje xD Dobrze, że to ten utwór tu wleciał, bo nie chciałbym mieć pretekstu do dissowania Editorsów.
Psychic TV - Terminus
Lubie w tej bestce to, że czasami pojawiają się tu rzeczy, które chciałem z jakiegoś powodu sprawdzić, ale nie było momentu, albo zapominałem, albo mi się nie chciało. A tutaj jednak jestem zobligowany do odsłuchania, i w końcu, po latach odkładania, mogę usłyszeć coś Psychic TV, które jako nazwę spotykałem wielokrotnie, ale kończyło się na jakimś memo w głowie, żeby kiedyś to ściągnąć i o tym poczytać. Fajny utwór, bardzo motoryczny, transowy, hipnotyczny, blablabla. Jestem przekonany, że Glen Johnson inspirował się nimi przy bardziej bezdusznych, elektronicznych i gadanych rzeczach Piano Magic, zresztą nie zdziwiłbym się gdybym nazwę PTV pierwszy raz zobaczył, w którymś z jego postów, lub przeczytał w jakimś wywiadzie z nim. No, w każdym razie. Był czasy kiedy zdecydowanie bardziej bym się jarał czymś takim (więc jednak jest data ważności dla tej muzyki, tylko nie z tej strony, o której Dragon pisał), ale nadal potrafię z uznaniem posłuchać, wciągnąć trochę klimatu nosem, pogimnastykować trochę wyobraźnię, bo jednak ten utwór jest bardzo obrazogenny. Otoczka, tematyka, filozofia, itd., „Terminus” mnie nie obchodzą, skupiam się na brzmieniu, na utworze i mi to wystarczy. Przyjemnie spędzone 13 minut z hakiem. Akustyczna końcówka wylatująca prosto z drona na pewno należy do hajlajtów.
Edyta Górniak – Szyby
Bawi mnie czasami jak tragicznie się układają te utwory w kolejkach, bo Edyta Górniak wjeżdżająca prosto z Psychic TV, to coś czego nie spotyka się na co dzień. Pamiętam złote lata Edyty, nawet byłem kiedyś na otwarciu Uniwersjady w Zakopanem (chyba w 2001 r., tak przynajmniej podpowiada internet, myślałem, że to było jeszcze w latach 90), w ramach którego ona wystapiła i było to ciekawe przeżycie. Był czas kiedy uważano ją za jedyny realny towar eksportowy, ale co, niestety ta kariera w Stanach średnio wyszła. Szkoda. Edyta wróciła, stała się celebrytką-memem, obecnie dochodzą do tego jeszcze foliarskie zapędy, o ile nie grubiej. Od razu myślę o Violetcie Villas, która skończyła jak skończyła, mimo tego, że była wybitną wokalistką i artystką. Parę lat temu byłem na sztuce teatralnej, która pięknie pokazała jej życie i ostatnie chwile, w trochę nadnaturalny, ale ujmujący sposób. Żeby tak się nie stało z Górniak. W każdym razie, nie znałem tego utworu i w sumie fajnie się słuchało rozmyślając o jej obecnej kondycji i niewiadomej przyszłości, a tu nagle wjechał ten Bajm… Nie wiem prostytutka, pasuje ten fragment jak gówno na nowej kanapie. Ja wiem, że był taki moment kiedy każdy polski utwór popularny musiał mieć coś takiego, ale trudno opanować cringe. Wuja dobrze kombinował, ale jednak nie mogę tego pochwalić w 100%, więc chwalę w 80.
Gang of Four - Damaged Goods
Mentos trochę pokpił sprawę, bo wrzucił ten numer na fejsa niecałe dwa tygodnie temu i spalił wrzutę. Ja wtedy tego posłuchałem i mi się podobało, pomyślałem, że oooo Seba nam wrzuca nadprogramową muzę i to dobrą, a tu gówno xD No, ale nie ważne. Ja post-punki lubię, w zasadzie za samo to, że są post-punkowe, więc puszczając mi kompletnie losową rzecz w tym stylu, ma się jakieś 99% szansy na to, że mi się to spodoba. Po tym chamskim spoilerze, już oficjalnie napiszę, że podoba mi się ten kawałek. Co ciekawe, odnosząc się do tego co pisał Mentos, ja fazę na p-p przeszedłem zanim zabrałem się na poważnie za progresywne rzeczy, ale nie pamiętam, żeby to była jakiś wewnętrzna, mniej lub bardziej świadoma reakcja na zbyt duże ilości prostszej, niezbyt wyrafinowanej muzyki. Wręcz nawet potrafiłem słuchać jednego i drugiego ze sobą i mi się to nie gryzło. Jak ja to robiłem? Nie wiem, pisze o tym tylko dlatego, żeby coś napisać, bo o samym kawałku, poza tym, że jest fajny i zawiera wszystko co lubię w post-punku, trudno mi napisać coś więcej. No, ale chyba o to chodziło w tej muzyce?
No taka kolejka ok, bez wielkich mehów, ale i bez szału. Nic mnie nie wkurzyło, nic mnie nie zachwyciło, tak rzetelnie bym powiedział, że wyszło. Nie będę się bawił w przyznawanie miejsc, bo nawet bym nie wiedział kto i gdzie i jak.
A co to za Bartini na wokalu? Ehh, wniosek jest prosty, nie warto się starać, wystarczy nagrywać takie rzeczy jak „Miły, Młody, Człowiek”. Bo tu za dużo roboty nie było w to włożone i może w tym rzecz. Zostawić tylko to, co niezbędne i nie babrać się w jakieś ozdobniki, w jakieś cokolwiek więcej. Dać ten bas, te kwadratową perkusję, te narracje z audiobooka i już. No dobra, ok, tam potem wjeżdżają ozdobniki, ale takie rytmiczne, to się nie liczą. I koty mają ruję Zimą. No, ja uważam, że należy być miłym, młodym człowiekiem, a potem jak się już jest starszym, to też lepiej być miłym. I ja będę miły i powiem Murzynowi, że fajny kawałek wrzucił.
Editors - Walk The Fleet Road
Tak, Musiał wyciągnął mnie ostatnio na ten spacer, w te okolice (ale to nie tam było zdjęcie robione). Puścił ten utwór z telefonu, gówno było słychać, a i tak nikt nie słuchał, bo gadaliśmy o czymś. Trochę takie gówno warte było to słuchanie, ale już xD Na szczęście, to nie była mój pierwszy raz z tym kawałkiem. Kiedy Editorsi poszli mocniej w elektronikę, to pamiętam, że mi się to nie podobało. Wszyscy zachwycali się „Papillon”, a ja się dziwiłem, bo dla mnie to brzmiało bardzo słabo. Uważam, że trochę zajęło im dotarcie się z takim brzmieniem i potem już było ok. „Walk The Feelet Road” jest spoko, nie mogę się przyczepić. Zwłaszcza fajne są te mruczane chórki. Może i numer zmierza donikąd, ale Dev zapodał taki kontekst, że w sumie to pasuje xD Dobrze, że to ten utwór tu wleciał, bo nie chciałbym mieć pretekstu do dissowania Editorsów.
Psychic TV - Terminus
Lubie w tej bestce to, że czasami pojawiają się tu rzeczy, które chciałem z jakiegoś powodu sprawdzić, ale nie było momentu, albo zapominałem, albo mi się nie chciało. A tutaj jednak jestem zobligowany do odsłuchania, i w końcu, po latach odkładania, mogę usłyszeć coś Psychic TV, które jako nazwę spotykałem wielokrotnie, ale kończyło się na jakimś memo w głowie, żeby kiedyś to ściągnąć i o tym poczytać. Fajny utwór, bardzo motoryczny, transowy, hipnotyczny, blablabla. Jestem przekonany, że Glen Johnson inspirował się nimi przy bardziej bezdusznych, elektronicznych i gadanych rzeczach Piano Magic, zresztą nie zdziwiłbym się gdybym nazwę PTV pierwszy raz zobaczył, w którymś z jego postów, lub przeczytał w jakimś wywiadzie z nim. No, w każdym razie. Był czasy kiedy zdecydowanie bardziej bym się jarał czymś takim (więc jednak jest data ważności dla tej muzyki, tylko nie z tej strony, o której Dragon pisał), ale nadal potrafię z uznaniem posłuchać, wciągnąć trochę klimatu nosem, pogimnastykować trochę wyobraźnię, bo jednak ten utwór jest bardzo obrazogenny. Otoczka, tematyka, filozofia, itd., „Terminus” mnie nie obchodzą, skupiam się na brzmieniu, na utworze i mi to wystarczy. Przyjemnie spędzone 13 minut z hakiem. Akustyczna końcówka wylatująca prosto z drona na pewno należy do hajlajtów.
Edyta Górniak – Szyby
Bawi mnie czasami jak tragicznie się układają te utwory w kolejkach, bo Edyta Górniak wjeżdżająca prosto z Psychic TV, to coś czego nie spotyka się na co dzień. Pamiętam złote lata Edyty, nawet byłem kiedyś na otwarciu Uniwersjady w Zakopanem (chyba w 2001 r., tak przynajmniej podpowiada internet, myślałem, że to było jeszcze w latach 90), w ramach którego ona wystapiła i było to ciekawe przeżycie. Był czas kiedy uważano ją za jedyny realny towar eksportowy, ale co, niestety ta kariera w Stanach średnio wyszła. Szkoda. Edyta wróciła, stała się celebrytką-memem, obecnie dochodzą do tego jeszcze foliarskie zapędy, o ile nie grubiej. Od razu myślę o Violetcie Villas, która skończyła jak skończyła, mimo tego, że była wybitną wokalistką i artystką. Parę lat temu byłem na sztuce teatralnej, która pięknie pokazała jej życie i ostatnie chwile, w trochę nadnaturalny, ale ujmujący sposób. Żeby tak się nie stało z Górniak. W każdym razie, nie znałem tego utworu i w sumie fajnie się słuchało rozmyślając o jej obecnej kondycji i niewiadomej przyszłości, a tu nagle wjechał ten Bajm… Nie wiem prostytutka, pasuje ten fragment jak gówno na nowej kanapie. Ja wiem, że był taki moment kiedy każdy polski utwór popularny musiał mieć coś takiego, ale trudno opanować cringe. Wuja dobrze kombinował, ale jednak nie mogę tego pochwalić w 100%, więc chwalę w 80.
Gang of Four - Damaged Goods
Mentos trochę pokpił sprawę, bo wrzucił ten numer na fejsa niecałe dwa tygodnie temu i spalił wrzutę. Ja wtedy tego posłuchałem i mi się podobało, pomyślałem, że oooo Seba nam wrzuca nadprogramową muzę i to dobrą, a tu gówno xD No, ale nie ważne. Ja post-punki lubię, w zasadzie za samo to, że są post-punkowe, więc puszczając mi kompletnie losową rzecz w tym stylu, ma się jakieś 99% szansy na to, że mi się to spodoba. Po tym chamskim spoilerze, już oficjalnie napiszę, że podoba mi się ten kawałek. Co ciekawe, odnosząc się do tego co pisał Mentos, ja fazę na p-p przeszedłem zanim zabrałem się na poważnie za progresywne rzeczy, ale nie pamiętam, żeby to była jakiś wewnętrzna, mniej lub bardziej świadoma reakcja na zbyt duże ilości prostszej, niezbyt wyrafinowanej muzyki. Wręcz nawet potrafiłem słuchać jednego i drugiego ze sobą i mi się to nie gryzło. Jak ja to robiłem? Nie wiem, pisze o tym tylko dlatego, żeby coś napisać, bo o samym kawałku, poza tym, że jest fajny i zawiera wszystko co lubię w post-punku, trudno mi napisać coś więcej. No, ale chyba o to chodziło w tej muzyce?
No taka kolejka ok, bez wielkich mehów, ale i bez szału. Nic mnie nie wkurzyło, nic mnie nie zachwyciło, tak rzetelnie bym powiedział, że wyszło. Nie będę się bawił w przyznawanie miejsc, bo nawet bym nie wiedział kto i gdzie i jak.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Arcade Fire Put Your Money on Me
Zdecydowana różnica w porównaniu do tej poprzedniej wrzuty arkadofajerskiej. Tamta bardziej akustyczna, pompatyczna, napuszona. Tu więcej elektroniki, jest eklektycznie. Gdzieś już podobne bajery słyszałem. Przy wyższych partiach jak Tame Impala, przy niższych wokalista brzmi jak Waters xD Chyba, że go zaprosili... Z czasem bigos robi się coraz większy. Gdzieniegdzie przebijają się trąbki. Najlepsze wjeżdża pod koniec. Do głosu dochodzą panie i robi się abbaesque. Piękna jest ta harmonia i szkoda, że szybciutko się urywa dla nijakiego przejścia. Początkowo kręciłem nosem, bo wjeżdżało mi za dużo dziaderstwa. Kazałem na siebie rekordowo długo czekać, ale dziś się przegryzło i jedynie ten watersowski wokal mnie wkurza, choć tylko lekko. Brakuje wyraźnego punktu kulminacyjnego. Mimo tego słucha się dobrze. Not bad, not bad
Nivea Krem Miły Młody Człowiek
Mudżyn to ma szczęście do osobliwych obskjurów. Dzień przed kolejką miałem nawrót poszukiwań i trafiłem na jakąś solową płytę Bąkowskiego. Szkoda, że nie Mariusza... Nigdy Niwei nie słyszałem, ale wystarczył pierwszy kontakt i wiedziałem już wszystko. Opis przytaczający stylizację na jakąś starobabiną pogadankę rozjaśnia sprawę. Lepiej rozumiem, ale to dalej jest strasznie takie se. Bąkowski Wojciech bełkocze od niechcenia, mamrota pod podkład sprawdzający wrażenie tylko trochę rozwiniętej demówki. Ładne są te basowe pochody i pompująca stopa czasem. Tekst pretensjonalny, infantylny. Na takie rzeczy pomaga odpowiednia realizacja sceniczna. Nie słyszę tego folkloru i blokerstwa, prędzej czysto konwencjonalną zagrywkę i wejście w flegmatyczną, bezbarwną postać. Do muzyki wartej uwagi i osobnego odsłuchu trochę temu brakuje. Myślałem, że WaluśKK się tym inspirował, ale to raczej tylko przypadkowa zbieżność nazw. Mimo wszystko szanuję, że i Mudżyn pozwala sobie na muzyczne teatralizacje hihi
Editors Walk the Fleet Road
Niby tak, jest tu jakiś koniec i mrok bez wielkiej pretensjonalności. Z drugiej strony dev wspomina o Esce Rock i tak to brzmi. Nad średnio wytrawną elektronikę wzbija się refren, lecz tylko na chwilę. W ramach utworu buduje się pewien nastrój, który momentalnie ulatuje. Do połowy nieudolnie się kumuluje, uniesiona końcówka trzyma w przestworzach dłużej, no ale potem wszystko z doopy się urywa i cały klimat się gwałtownie rozprasza. Prosto pod reklamy we współczesnej telewizji muzycznej albo przed jakimś Gossip czy Kasabian. NIE WIEM. Może to zasługa tych pierdobasów klawiszowych na początku w zestawie z pulsacjami. Brzmi to trochę niewiarygodnie, nie mogę w pełni wejść w ten numer. Słuchałem przynajmniej trzy razy, także ten. Sorry, PT dev
Edyta Gorniak Szyby (2020 Remaster)
Górniak szura i jest to bardzo przykre. Jeśli ktoś 320 lat temu pokładał w niej nadzieje, to zapewne po kolejnej lżejszej płycie trochę ich utracił. Potem nastąpił gwałtowny upadek, wejście w rolę odrealnionego autorytetu dla ludzi fanatycznych, niebezpiecznych. Bzdury instagramowe i jutubowe wymagają zignorowania, ewentualnie napiętnowania i ścigania przez prokuraturę. Z tego powodu Szyb się słucha z nieukrywanym żalem... do momentu wjazdu stadionowego rocka najgorszego sortu. Shodan mówi, że to numer wykonywany przez Edytę jeszcze w Metrze i to słychać. Do bólu musicalowa kompozycja wykorzystująca szeptanki i jednocześnie gwałtowne zmiany nastroju oraz ich kunsztowne budowanie. W najtisach 1312% Polaków jeszcze nie wiedziała co to trip hop, bardziej współczesny soul, r&b. Tutaj wystarczyło dołożyć tylko bardziej rozbudowany bit pod koniec i mielibyśmy pościelówę idealną. Górniak radzi sobie dobrze, odniosłem wrażenie, że ten specyficzny refren-nierefren skądś kojarzę. Zdecydowanie wolałbym taką Edytę. Nawet ta z czasu Consequences czy On the Run była ok, nie były to klubowe hity rzucające na kolana, ale czy powinny być łabędzim śpiewem? Chciałbym myśleć inaczej, ale pewnie przekupił mnie Gates i Moderna
Gang of Four Damaged Goods
Prawdziwa mądrość nadchodzi wtedy, kiedy przestaje się wyrastać/dorastać z/do danych gatunków. Nie wierzę w takie rzeczy, to objaw jakiejś fiksacji na punkcie poszukiwania czegoś najlepszego/najbardziej wyróżniającego. Można coś doceniać bardziej lub mniej bez konieczności mieszania z błotem. Kiedyś w ramach dokładnej lektury i przeglądania RYMu, Muzbawki, innych śmiechowych rzeczy wpadłem na Gang of Four. Całą Entertainment! podobno słuchałem parę lat temu, ale czy coś z tego pamiętam... Tego się bałem. Damaged Goods przypomniało się za sprawą charakterystycznej linijki "your kiss so sweet, your sweat so sour". Post-punk z rodzynkami, mają charakterystyczne brzmienie. Trudno odmowić im charakteru i przebojowości. Dobry numer, do którego sam z siebie wrócę pewnie znowu za 3 lata xD Tak to u mnie jest z wieloma ikonicznymi wydawnictwami, już się z tym pogodziłem.
Zdecydowana różnica w porównaniu do tej poprzedniej wrzuty arkadofajerskiej. Tamta bardziej akustyczna, pompatyczna, napuszona. Tu więcej elektroniki, jest eklektycznie. Gdzieś już podobne bajery słyszałem. Przy wyższych partiach jak Tame Impala, przy niższych wokalista brzmi jak Waters xD Chyba, że go zaprosili... Z czasem bigos robi się coraz większy. Gdzieniegdzie przebijają się trąbki. Najlepsze wjeżdża pod koniec. Do głosu dochodzą panie i robi się abbaesque. Piękna jest ta harmonia i szkoda, że szybciutko się urywa dla nijakiego przejścia. Początkowo kręciłem nosem, bo wjeżdżało mi za dużo dziaderstwa. Kazałem na siebie rekordowo długo czekać, ale dziś się przegryzło i jedynie ten watersowski wokal mnie wkurza, choć tylko lekko. Brakuje wyraźnego punktu kulminacyjnego. Mimo tego słucha się dobrze. Not bad, not bad
Nivea Krem Miły Młody Człowiek
Mudżyn to ma szczęście do osobliwych obskjurów. Dzień przed kolejką miałem nawrót poszukiwań i trafiłem na jakąś solową płytę Bąkowskiego. Szkoda, że nie Mariusza... Nigdy Niwei nie słyszałem, ale wystarczył pierwszy kontakt i wiedziałem już wszystko. Opis przytaczający stylizację na jakąś starobabiną pogadankę rozjaśnia sprawę. Lepiej rozumiem, ale to dalej jest strasznie takie se. Bąkowski Wojciech bełkocze od niechcenia, mamrota pod podkład sprawdzający wrażenie tylko trochę rozwiniętej demówki. Ładne są te basowe pochody i pompująca stopa czasem. Tekst pretensjonalny, infantylny. Na takie rzeczy pomaga odpowiednia realizacja sceniczna. Nie słyszę tego folkloru i blokerstwa, prędzej czysto konwencjonalną zagrywkę i wejście w flegmatyczną, bezbarwną postać. Do muzyki wartej uwagi i osobnego odsłuchu trochę temu brakuje. Myślałem, że WaluśKK się tym inspirował, ale to raczej tylko przypadkowa zbieżność nazw. Mimo wszystko szanuję, że i Mudżyn pozwala sobie na muzyczne teatralizacje hihi
Editors Walk the Fleet Road
Niby tak, jest tu jakiś koniec i mrok bez wielkiej pretensjonalności. Z drugiej strony dev wspomina o Esce Rock i tak to brzmi. Nad średnio wytrawną elektronikę wzbija się refren, lecz tylko na chwilę. W ramach utworu buduje się pewien nastrój, który momentalnie ulatuje. Do połowy nieudolnie się kumuluje, uniesiona końcówka trzyma w przestworzach dłużej, no ale potem wszystko z doopy się urywa i cały klimat się gwałtownie rozprasza. Prosto pod reklamy we współczesnej telewizji muzycznej albo przed jakimś Gossip czy Kasabian. NIE WIEM. Może to zasługa tych pierdobasów klawiszowych na początku w zestawie z pulsacjami. Brzmi to trochę niewiarygodnie, nie mogę w pełni wejść w ten numer. Słuchałem przynajmniej trzy razy, także ten. Sorry, PT dev
Edyta Gorniak Szyby (2020 Remaster)
Górniak szura i jest to bardzo przykre. Jeśli ktoś 320 lat temu pokładał w niej nadzieje, to zapewne po kolejnej lżejszej płycie trochę ich utracił. Potem nastąpił gwałtowny upadek, wejście w rolę odrealnionego autorytetu dla ludzi fanatycznych, niebezpiecznych. Bzdury instagramowe i jutubowe wymagają zignorowania, ewentualnie napiętnowania i ścigania przez prokuraturę. Z tego powodu Szyb się słucha z nieukrywanym żalem... do momentu wjazdu stadionowego rocka najgorszego sortu. Shodan mówi, że to numer wykonywany przez Edytę jeszcze w Metrze i to słychać. Do bólu musicalowa kompozycja wykorzystująca szeptanki i jednocześnie gwałtowne zmiany nastroju oraz ich kunsztowne budowanie. W najtisach 1312% Polaków jeszcze nie wiedziała co to trip hop, bardziej współczesny soul, r&b. Tutaj wystarczyło dołożyć tylko bardziej rozbudowany bit pod koniec i mielibyśmy pościelówę idealną. Górniak radzi sobie dobrze, odniosłem wrażenie, że ten specyficzny refren-nierefren skądś kojarzę. Zdecydowanie wolałbym taką Edytę. Nawet ta z czasu Consequences czy On the Run była ok, nie były to klubowe hity rzucające na kolana, ale czy powinny być łabędzim śpiewem? Chciałbym myśleć inaczej, ale pewnie przekupił mnie Gates i Moderna
Gang of Four Damaged Goods
Prawdziwa mądrość nadchodzi wtedy, kiedy przestaje się wyrastać/dorastać z/do danych gatunków. Nie wierzę w takie rzeczy, to objaw jakiejś fiksacji na punkcie poszukiwania czegoś najlepszego/najbardziej wyróżniającego. Można coś doceniać bardziej lub mniej bez konieczności mieszania z błotem. Kiedyś w ramach dokładnej lektury i przeglądania RYMu, Muzbawki, innych śmiechowych rzeczy wpadłem na Gang of Four. Całą Entertainment! podobno słuchałem parę lat temu, ale czy coś z tego pamiętam... Tego się bałem. Damaged Goods przypomniało się za sprawą charakterystycznej linijki "your kiss so sweet, your sweat so sour". Post-punk z rodzynkami, mają charakterystyczne brzmienie. Trudno odmowić im charakteru i przebojowości. Dobry numer, do którego sam z siebie wrócę pewnie znowu za 3 lata xD Tak to u mnie jest z wieloma ikonicznymi wydawnictwami, już się z tym pogodziłem.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Śmiałe założenie i raczej nie mogę się z tym zgodzić.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Uczciwie przyznaję, że wjadę z bestką dopiero dziś w nocy. Jestem załadowany po korek.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Arcade Fire – Put Your Money On Me
Dla przypomnienia rzuciłem uchem na propozycję tego zespołu No Cars Go zapodawaną przez Murzyna. I tam było naprawdę dobrze. Ale tu jest jeszcze lepiej. Naprawdę od wielu kolejek nic mnie u Hiena tak nie porwało jak Put Your Money On Me. Świetne basowe arpeggio to jest to, co naprawdę lubię. Linia melodyczna jest nieprzeciętna. Naprawdę wyjątkowo dobra. To zwolnienie i wyciszenie w okolicy 4-tej minuty też bardzo dobre. A najlepsze są fragmenty refrenu w drugiej części utworu, kiedy do wokalu na całego włączają się kobitki. Wtedy już jest pełnia mego szczęścia i błogostan na całego.
Piękny utwór. Mam nadzieję, że Hien ma więcej takich perełek w zanadrzu. Póki co chyba muszę sprawdzić coś więcej od Arcade Fire, bo dwa tak dobre utwory jakie w tych bestkach poznałem zobowiązują do tego.
I naprawdę nie wiem, gdzie Murzyn słyszy tu przymulone brzmienie?
Niwea - Miły, Młody Człowiek
No tutaj tym razem zachwycony nie jestem, choć zbytnio biadolić też nie będę. Taki przegadany numer po prostu. Głos tego gościa jest nieco irytujący. A co tam w tle? Basik nieźle burczy, tu i ówdzie włącza się perkusja. Poza tym niewiele więcej się dzieje. Trochę jakichś skromnych klawiszy pod koniec i tyle. Melodii właściwie nie ma. No nie wiem, co tu więcej powiedzieć. Taki dziwny to utwór. Niby jak się go rozłoży na czynniki, to jest słabo. A jednak nie słucha się tego jakoś źle. Nie jestem zachwycony, ale zniesmaczony też nie. Jest po prostu przyzwoicie.
Editors - Walk the Fleet Road
Nie znam tego zespołu szczerze mówiąc. Ale ten utwór podoba mi się. Lubię takie senne klimaty bardzo. Elektronika mi się podoba. Mruczane chórki też są dobre. Ładna melodia i to nie tylko w refrenach. Wokal bardzo dobry. W zwrotkach niski i wyrazisty, w refrenach wyżej - podjeżdża mi nawet takim Mortenem Harketem. Utwór wydaje się być bardzo krótki mimo, że trwa 3:45. Dla mnie mogli go jeszcze chwilę pociągnąć, bo za szybko się urywa. W każdym razie jest to bardzo dobry utwór. Nie szkodzi, że się jakoś nie rozwinął w coś okazalszego. A nawet dobrze, że się nie rozwinął, po co psuć na siłę fajny klimat?
Psychic TV – Terminus
Murzyn rozpisał się o tych westernowych scenkach i teraz jak tego słucham, to też już nie mogę myśleć o niczym innym, jak o dzikim zachodzie. Że dwóch kowbojów nieśpiesznie na głównej uliczce zapyziałego miasteczka w pełnym słońcu szykuje się do strzeleckiego pojedynku. Fajny klimat naprawdę. Przez ten aranż utwór naprawdę nadawałby się do jakiegoś westernu idealnie. To już drugi w tej kolejce przegadany numer, ale tutaj brzmi to o wiele lepiej, niż w przypadku kremu Nivea. Głos dużo lepszy, podkład o wiele lepszy. I to nieśpieszne tempo robi robotę. Utwór długi i niby monotonny, ale wcale mi się nie dłużyło. W okolicy 8 minuty klimat się zmienia, jest dużo jakiegoś rzężenia i zgrzytania gitarowego, ale nadal jest ok. A końcóweczka, to już w ogóle jak z jakiejś gry o pradawnych czasach typu King’s Quest. W pierwszej chwili nawet myślałem, że to już inny utwór się załączył. Lubię takie klimaty jak wuj.
Podsumowując kolejny bardzo dobry utwór w tej kolejce.
Gang of Four - Damaged Goods
Na koniec kolejny zespół, którego w ogóle nie znałem. Ale ostatni nie znaczy najgorszy. Bo Gang of Four jak najbardziej trzyma wysoki poziom kolejki. Jeżeli dotychczas miałem jeszcze jakieś wątpliwości, co to jest tak naprawdę ten post-punk, to już chyba się ich wyzbyłem. Bo to bardzo charakterystyczna gitarowa muzyka. Mocno mi to przypomina The Cure. I jest bardzo dobre. Fajnie te gitarki pogrywają przy akompaniamencie fajnej linii basowej. Wokalnie też ok. Prosta przebojowa piosenka, której się po prostu dobrze słucha. I wystarczy, o to tutaj przecież chodzi.
Podsumowując – najbardziej porwał mnie utwór Hiena. Wyjątkowy diamencik. Potem trzy bardzo dobre utwory deva, Dragona i Mintaja. Lekko z tyłu tym razem stripped, choć też nie powiem, że jakoś źle. Ale jednak najmniej trafiony dla mnie utwór z tej stawki.
Dla przypomnienia rzuciłem uchem na propozycję tego zespołu No Cars Go zapodawaną przez Murzyna. I tam było naprawdę dobrze. Ale tu jest jeszcze lepiej. Naprawdę od wielu kolejek nic mnie u Hiena tak nie porwało jak Put Your Money On Me. Świetne basowe arpeggio to jest to, co naprawdę lubię. Linia melodyczna jest nieprzeciętna. Naprawdę wyjątkowo dobra. To zwolnienie i wyciszenie w okolicy 4-tej minuty też bardzo dobre. A najlepsze są fragmenty refrenu w drugiej części utworu, kiedy do wokalu na całego włączają się kobitki. Wtedy już jest pełnia mego szczęścia i błogostan na całego.
Piękny utwór. Mam nadzieję, że Hien ma więcej takich perełek w zanadrzu. Póki co chyba muszę sprawdzić coś więcej od Arcade Fire, bo dwa tak dobre utwory jakie w tych bestkach poznałem zobowiązują do tego.
I naprawdę nie wiem, gdzie Murzyn słyszy tu przymulone brzmienie?
Niwea - Miły, Młody Człowiek
No tutaj tym razem zachwycony nie jestem, choć zbytnio biadolić też nie będę. Taki przegadany numer po prostu. Głos tego gościa jest nieco irytujący. A co tam w tle? Basik nieźle burczy, tu i ówdzie włącza się perkusja. Poza tym niewiele więcej się dzieje. Trochę jakichś skromnych klawiszy pod koniec i tyle. Melodii właściwie nie ma. No nie wiem, co tu więcej powiedzieć. Taki dziwny to utwór. Niby jak się go rozłoży na czynniki, to jest słabo. A jednak nie słucha się tego jakoś źle. Nie jestem zachwycony, ale zniesmaczony też nie. Jest po prostu przyzwoicie.
Editors - Walk the Fleet Road
Nie znam tego zespołu szczerze mówiąc. Ale ten utwór podoba mi się. Lubię takie senne klimaty bardzo. Elektronika mi się podoba. Mruczane chórki też są dobre. Ładna melodia i to nie tylko w refrenach. Wokal bardzo dobry. W zwrotkach niski i wyrazisty, w refrenach wyżej - podjeżdża mi nawet takim Mortenem Harketem. Utwór wydaje się być bardzo krótki mimo, że trwa 3:45. Dla mnie mogli go jeszcze chwilę pociągnąć, bo za szybko się urywa. W każdym razie jest to bardzo dobry utwór. Nie szkodzi, że się jakoś nie rozwinął w coś okazalszego. A nawet dobrze, że się nie rozwinął, po co psuć na siłę fajny klimat?
Psychic TV – Terminus
Murzyn rozpisał się o tych westernowych scenkach i teraz jak tego słucham, to też już nie mogę myśleć o niczym innym, jak o dzikim zachodzie. Że dwóch kowbojów nieśpiesznie na głównej uliczce zapyziałego miasteczka w pełnym słońcu szykuje się do strzeleckiego pojedynku. Fajny klimat naprawdę. Przez ten aranż utwór naprawdę nadawałby się do jakiegoś westernu idealnie. To już drugi w tej kolejce przegadany numer, ale tutaj brzmi to o wiele lepiej, niż w przypadku kremu Nivea. Głos dużo lepszy, podkład o wiele lepszy. I to nieśpieszne tempo robi robotę. Utwór długi i niby monotonny, ale wcale mi się nie dłużyło. W okolicy 8 minuty klimat się zmienia, jest dużo jakiegoś rzężenia i zgrzytania gitarowego, ale nadal jest ok. A końcóweczka, to już w ogóle jak z jakiejś gry o pradawnych czasach typu King’s Quest. W pierwszej chwili nawet myślałem, że to już inny utwór się załączył. Lubię takie klimaty jak wuj.
Podsumowując kolejny bardzo dobry utwór w tej kolejce.
Gang of Four - Damaged Goods
Na koniec kolejny zespół, którego w ogóle nie znałem. Ale ostatni nie znaczy najgorszy. Bo Gang of Four jak najbardziej trzyma wysoki poziom kolejki. Jeżeli dotychczas miałem jeszcze jakieś wątpliwości, co to jest tak naprawdę ten post-punk, to już chyba się ich wyzbyłem. Bo to bardzo charakterystyczna gitarowa muzyka. Mocno mi to przypomina The Cure. I jest bardzo dobre. Fajnie te gitarki pogrywają przy akompaniamencie fajnej linii basowej. Wokalnie też ok. Prosta przebojowa piosenka, której się po prostu dobrze słucha. I wystarczy, o to tutaj przecież chodzi.
Podsumowując – najbardziej porwał mnie utwór Hiena. Wyjątkowy diamencik. Potem trzy bardzo dobre utwory deva, Dragona i Mintaja. Lekko z tyłu tym razem stripped, choć też nie powiem, że jakoś źle. Ale jednak najmniej trafiony dla mnie utwór z tej stawki.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja tylko wyjaśnię, bo widzę, że Dragon i Shodan i piszą o "paniach" w liczbie mnogiej - to jest jedna pani, Régine Chassagne (robiąca sobie harmonie), która zresztą śpiewa przez większość utworów w tle. Wuja, bierz się za AF, warto.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Tak zrobię. Wiem, że kobieta śpiewa przez cały utwór, z tym, że w drugiej połowie utworu jej wokal wybija się mocniej. Piękne te jej harmonie.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ten duet wokalny jest bardzo charakterystyczny dla tego zespołu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jutro będzie tydzień od rozpoczęcia samych recenzji, więc to chyba będzie dobry moment żeby lecieć dalej skoro miętowy ma wyżebane.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dev też zamula przecież
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
O prostytutka. to ich jest dwóch? Nie no Panowie, dziś mają wlecieć recki, bez jaj.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Arcade Fire - Put You Money on Me
Jeżu kolczasty, jakie to jest dobre
Z jakiegoś powodu numer brzmi jak coś, czego bym się po Arcade Fire bardzo nie spodziewał, choć też co ja znam z ich twórczości (już raz zresztą pisałem). Numer brzmi wręcz jak dowcip (muzycznie w sensie), za to w połączeniu z warstwą tekstową otrzymujemy arcydzieło. Myślę, że całość najlepiej podsumowuje pierwszy komentarz pod wrzuconym wideo - "There aren't enough love songs romanticizing long-term relationships." Nie sposób się z tym nie zgodzić, ja bym aż powiedział, że poza momentami gdzieś tam jęczącym Cave'em i Blackiem to nie znam zbyt wielu. To jest totalnie numer, który właściwie nie mógł być poznany przez kogokolwiek w innych okolicznościach jak te, które zapodał Hien. No absolutnie fantastyczne, raz, że aż chciało mi się skakać słuchając go, a dwa, że tekst jest wyborny. Jak kiedyś będę miał partnerkę, totalnie jej to wyślę (może nawet będę miał farta i się spodoba, kto to może wiedzieć). Nie wiem, co więcej mogę napisać. Złoto i tyle. Strzał w dziesiątkę.
Niwea - Miły, Młody Człowiek
To brzmi z kolei jak coś, co mogłoby być bardzo wczesnym demem Cabaret Voltaire, jest jakiś tam tekst o czymś głównie mówiony cały numer, muza powtarzalna, ale wpadająca w ucho, choć mało melodyjna. Większość oparta o jeden bit i te basogitary w tle. Trochę jak Dragon pisze, takie to blokerskie, tylko mamy ewolucję jakby z rapu w stronę zimnej fali. Tak wyobrażałbym sobie sytuację, w której nie wiem, Pezet zasypia w 2002 na Ursynowie, a budzi się w 1982 w budynku Trellick Tower i musi się trochę dostosować ze swoją muzyką. To się dostosowuje, ale wychodzi dziwacznie. Nie mówię, że źle, ale dziwacznie. Może gdyby tekst był inny bardziej bym proposował, tak mamy trochę takie byle co. Nie wiem, kto jest miłym i młodym człowiekiem, ale mam opuszczone gacie, więc relatable. Mimo to poza podium.
Psychic TV - Terminus
Mam flashbacki sprzed 13 lat, kiedy na tym forum królował Nowakieca (a w Esce Rock Papillon lol), który to był bodaj największym fanem Genesisa Breyera P-Orridge'a, z jakim przyszło mi się zetknąć. Gość pompował bańkę Throbbing Gristle srogo, ale dopóki sam się nimi nie zainteresowałem na poważnie jakoś późną jesienią 2018, to wcześniej wiedziałem głównie, że byli (i znałem całe jedno Hot on the Heels of Love). No dobra, ileś lat wcześniej przesłuchałem The 2nd Annual Report, i mnie nie porwało jakoś, choć podobało mi się eksperymentatorskie podejście do muzyki. Ale wtedy w 2019 kliknęło, choć wciąż bardziej w ramach eksperymentu. Wiedziałem też, że jak się rozpadli, to Genesis i Christopherson założyli Psychic TV (ten ostatni właściwie dołączył minimalnie później), ale dotąd znałem cały jeden ich kawałek - skądinąd genialny - czyli Godstar. Numer, którego BBC nie grało po wku*wie ze strony Stonesów, bo opowiada on o Brianie Jonesie xD Oto przychodzi mi się zmierzyć z czymś jeszcze i mam wrażenie, że dostaję nieco przystępniejsze TG. Co generalnie nie jest złe, po prostu specyficzne xD I mnie się westernowy klimat udziela, ew. coś z psychopatycznie łączonych obrazów filmowych wrzucanych jako ilustracje do obskjurowych kawałków obskjurowych wykonawców przez nieistniejący już jutubowy profil AlmostAKiss (nota bene, nazwa wzięta z numeru TG). Czyli, najpierw western, potem BDSMowa orgia w saloonie (macie to, devowe bingo), a potem samotny Marlboro Man rusza traktem w stronę Karoliny Północnej. Podoba mi się w sumie, ale muszę chyba posłuchać więcej razy. Bronz.
Edyta Górniak - Szyby
Jeśli chodzi o foliarstwo tej pani, to ja się wypowiadał nie będę, bo musiałby lecieć język nieparlamentarny. Skoncentruję się więc na umiejętnościach wokalnych. Te są, no, dobre. Nie jest to nie wiem jakie złoto, ale kobieta jednak karierę zrobiła, i była ona oparta w dużej mierze o talent. Jednocześnie czuję w tym numerze lata 90. do porzygu wprost, to mogłoby lecieć w jakimś Universalu przy łódzkim Placu Niepodległości w, nie wiem, 1996 roku, ja ze starymi szukamy prezentów świątecznych, za oknem wali śnieg, z głośników to. Prócz tychże zarzutów (chociaż może to po prostu opis rzeczywistości) nieco razi ta wspomniana już przez Hiena musicalowość. Jak wskoczyły bębny z gitarami to dostałem już tak przepotężny vibe Opola tamtych czasów, że polazłem do kuchni z pragnieniem zaparzenia sobie herbaty Brooke Bond. Niestety, w szafce tylko jakaś podróba Liptona, autentyczna jak to coś seksoidalnego w tle wideo. Albo jako Górniak obecnie. Nie słuchało się tego bardzo źle, ale żeby to było wyborne, to nie. Z najntisowych ballad wolałbym już Varius Manx.
Gang of Four - Damaged Goods
Mentos wyłapuje łatwe złoto, znam ten kawałek od lat i bardzo go lubię. Niby prosty jak konstrukcja cepa, oparty o całe dwa chwyty, ale jest w nim masa energii. Dla mnie to wręcz bardziej punk niż post, ale chłód (choćby od tekstu) bije niezaprzeczalny. Powtarzane na końcu, zharmonizowane "I'm kissing you goodbye" jest jednym z fajniejszych domknięć numeru, jakie znam. Wchodzi kapitalnie tuż po tym lekko przyduszonym względem reszty mostku, gdzie pada tytuł utworu w tekście. Ot, nic nadzwyczajnego, a ma w sobie power, który najlepiej wchodzi o tej porze roku. To jest coś, czego mógłbym słuchać w 2010 roku, gdyby nie Editorsi. Na szczęście faza na post punk (taka konkretna) była wtedy jeszcze przede mną. Choć wolę tę drugą wersję Uszkodzonych Dóbr, i tak jestem zadowolony.
Dobra kolejka, choć z paroma zgrzytami. Ale nie nudziłem się, to najważniejsze.
Jeżu kolczasty, jakie to jest dobre
Niwea - Miły, Młody Człowiek
To brzmi z kolei jak coś, co mogłoby być bardzo wczesnym demem Cabaret Voltaire, jest jakiś tam tekst o czymś głównie mówiony cały numer, muza powtarzalna, ale wpadająca w ucho, choć mało melodyjna. Większość oparta o jeden bit i te basogitary w tle. Trochę jak Dragon pisze, takie to blokerskie, tylko mamy ewolucję jakby z rapu w stronę zimnej fali. Tak wyobrażałbym sobie sytuację, w której nie wiem, Pezet zasypia w 2002 na Ursynowie, a budzi się w 1982 w budynku Trellick Tower i musi się trochę dostosować ze swoją muzyką. To się dostosowuje, ale wychodzi dziwacznie. Nie mówię, że źle, ale dziwacznie. Może gdyby tekst był inny bardziej bym proposował, tak mamy trochę takie byle co. Nie wiem, kto jest miłym i młodym człowiekiem, ale mam opuszczone gacie, więc relatable. Mimo to poza podium.
Psychic TV - Terminus
Mam flashbacki sprzed 13 lat, kiedy na tym forum królował Nowakieca (a w Esce Rock Papillon lol), który to był bodaj największym fanem Genesisa Breyera P-Orridge'a, z jakim przyszło mi się zetknąć. Gość pompował bańkę Throbbing Gristle srogo, ale dopóki sam się nimi nie zainteresowałem na poważnie jakoś późną jesienią 2018, to wcześniej wiedziałem głównie, że byli (i znałem całe jedno Hot on the Heels of Love). No dobra, ileś lat wcześniej przesłuchałem The 2nd Annual Report, i mnie nie porwało jakoś, choć podobało mi się eksperymentatorskie podejście do muzyki. Ale wtedy w 2019 kliknęło, choć wciąż bardziej w ramach eksperymentu. Wiedziałem też, że jak się rozpadli, to Genesis i Christopherson założyli Psychic TV (ten ostatni właściwie dołączył minimalnie później), ale dotąd znałem cały jeden ich kawałek - skądinąd genialny - czyli Godstar. Numer, którego BBC nie grało po wku*wie ze strony Stonesów, bo opowiada on o Brianie Jonesie xD Oto przychodzi mi się zmierzyć z czymś jeszcze i mam wrażenie, że dostaję nieco przystępniejsze TG. Co generalnie nie jest złe, po prostu specyficzne xD I mnie się westernowy klimat udziela, ew. coś z psychopatycznie łączonych obrazów filmowych wrzucanych jako ilustracje do obskjurowych kawałków obskjurowych wykonawców przez nieistniejący już jutubowy profil AlmostAKiss (nota bene, nazwa wzięta z numeru TG). Czyli, najpierw western, potem BDSMowa orgia w saloonie (macie to, devowe bingo), a potem samotny Marlboro Man rusza traktem w stronę Karoliny Północnej. Podoba mi się w sumie, ale muszę chyba posłuchać więcej razy. Bronz.
Edyta Górniak - Szyby
Jeśli chodzi o foliarstwo tej pani, to ja się wypowiadał nie będę, bo musiałby lecieć język nieparlamentarny. Skoncentruję się więc na umiejętnościach wokalnych. Te są, no, dobre. Nie jest to nie wiem jakie złoto, ale kobieta jednak karierę zrobiła, i była ona oparta w dużej mierze o talent. Jednocześnie czuję w tym numerze lata 90. do porzygu wprost, to mogłoby lecieć w jakimś Universalu przy łódzkim Placu Niepodległości w, nie wiem, 1996 roku, ja ze starymi szukamy prezentów świątecznych, za oknem wali śnieg, z głośników to. Prócz tychże zarzutów (chociaż może to po prostu opis rzeczywistości) nieco razi ta wspomniana już przez Hiena musicalowość. Jak wskoczyły bębny z gitarami to dostałem już tak przepotężny vibe Opola tamtych czasów, że polazłem do kuchni z pragnieniem zaparzenia sobie herbaty Brooke Bond. Niestety, w szafce tylko jakaś podróba Liptona, autentyczna jak to coś seksoidalnego w tle wideo. Albo jako Górniak obecnie. Nie słuchało się tego bardzo źle, ale żeby to było wyborne, to nie. Z najntisowych ballad wolałbym już Varius Manx.
Gang of Four - Damaged Goods
Mentos wyłapuje łatwe złoto, znam ten kawałek od lat i bardzo go lubię. Niby prosty jak konstrukcja cepa, oparty o całe dwa chwyty, ale jest w nim masa energii. Dla mnie to wręcz bardziej punk niż post, ale chłód (choćby od tekstu) bije niezaprzeczalny. Powtarzane na końcu, zharmonizowane "I'm kissing you goodbye" jest jednym z fajniejszych domknięć numeru, jakie znam. Wchodzi kapitalnie tuż po tym lekko przyduszonym względem reszty mostku, gdzie pada tytuł utworu w tekście. Ot, nic nadzwyczajnego, a ma w sobie power, który najlepiej wchodzi o tej porze roku. To jest coś, czego mógłbym słuchać w 2010 roku, gdyby nie Editorsi. Na szczęście faza na post punk (taka konkretna) była wtedy jeszcze przede mną. Choć wolę tę drugą wersję Uszkodzonych Dóbr, i tak jestem zadowolony.
Dobra kolejka, choć z paroma zgrzytami. Ale nie nudziłem się, to najważniejsze.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
JA JESZCZE ZYJE XD
Arcade Fire - Put your money on me
AF to swego czasu był jeden z moich ulubionych zespołów, które nie lubiłem. Może to nie była tak dynamiczno-toksyczna relacja jak ta ze Swans, ale mimo tego, iż nigdy za nimi nie przepadałem sprawdzałem co jakiś czas ich płyty przeróżne i w sumie to nawet co jakiś czas robiłem podchody do Funeral. Tbh dopiero dzięki tej topce jakoś tak lekko się przekonałem do ich stylu, może to też kwestia tego, że w sumie - mimo tego - nie osłuchali mi się i tego, że osłuchała mi się muza, której słucham na codzień, może to Mejbelin, ale jakoś się z nimi pogodziłem. No i jednak tak jak munlup pisze - w tej muzyce COŚ do cholery jest. Nie wiedziałem mimo to o tej płycie, ni tym bardziej o tym, że hardkorowi fani AF jej nie lubią, ale do chrzanu z tym. A chrzan w postaci tego kawałka jest bardzo smaczny i piosenka sie mi podoba. Ament!
Nivea - Miły Młody człowiek
Fajnie, że murzyn aktywował w moim mózgu synapsy nieaktywne od jakiegoś 2014 roku, bo la ta mi temu ta nazwa obijała mi się o uszy tu i ówdzie, raczej w kontekście beki, bo niby pretencha i takie tam, ale ja już wiem, że jak ktoś w owym czasie se cisnął z czegoś bekę, to to coś jest warte obczajki. No i jest. Fajna muzyczka generalnie po prostu, w sumie właśnie bezpretensjonalna, podkład jest super, wszystko jest super, generalnie siada mi ta maniera wokalna, wokalista mnie przekonuje i brzmi naturalnie jako ziomeczek z osiedla i generalnie po prostu dobrze mi się tego słuchało. Jest okejka i znak RZETELNOŚCI.
Editors - Walk the Fleet Road
Fajnie, że dużo tych wrzut ma taki "osobisty" kontekst, ale generalnie to też zauważyłem, że to jest coś a'la broń obosieczna, bo np. czując się relatywnie nieźle samemu ze sobą ciężko mi docenić jakiś kawałek, który kojarzy się ze spacerowaniem po Łodzi oraz końcem relacji tudzież na odwrót i np. są takie rzeczy, których nie doceniam, tak jak bym mógł. Tutaj chyba trochę tak jest, ale tylko trochę, bo to jednak zaskakująco fajna piosenka. Trochę mi zajeżdza Joy Division, a trochę alternatywą z późnych lat zerowych, więc kiedyś bym pewnie mehał, ale teraz mam już 30 lat, więc wiecie - to nie przelewki. To naprawdę jest fajna muzyka, będę o tym pewnie pamiętać (lub nie) w jakiejś bardziej przerypanej porze mojego życia, wtedy sobie do tego wrócę i coś czuję, że zaskoczy jak trzeba.
Psychic TV - Terminus
Gdzieś tak na przełomie 2013/14 roku poznałem takiego jednego dziwnego typa z kucem z Warszawki. Ofc przez internet, bo to był peak mojej fobii społecznej i totalnego nieprzystosowania. xD Typ nosił długie włosy, przesiadywał na jakichś autystycznych forach, studiował religioznawstwo, czytał jakichś filozofów oraz - last but not least - słuchał dziwnej muzyki, którą wcześniej najwyżej gdzieś tam liznąłem, głównie jakichś industriali typu Coile, Currenty93 i inne Nurse With Wound. Nie wiem jak to się stało generalnie, ale się zaprzyjaźniliśmy, wypiliśmy parę piw w życiu i w ogóle to nawet byłem na jego weselu parę dobrych lat później. W każdym razie jak słyszę te nazwę to siłą rzeczy mi się z tym ziomem skojarzyła, chociaz akurat nie pamiętam, by jakoś szczególnie forsował ten konkretny projekt. xD
Przez dłuższy czas trochę mi to zalatuje czymś ala pomiędzy Swans a Currentem 93, takie trochę tego, trochę tamtego i ta część jest spoko. Potem wjeżdza ten moment ze strzałami, wybuchami i apokalipsą itd. no i nawet jakieś tam lekkie ciary przeszły, ta końcówka też jest spoko. Generalnie niby prejzuję, ale mam też jakieś lekkie uczucie... niedosyt to chyba średnio adekwatne słowo, ale chyba serio kiedyś bym bardziej docenił, a może też jednak oczekiwałem wyrwania z kapci? Nie wiem, może za X lat urośnie, ale nie będę aż tak długo tej kolejki blokował. Jest okejka i znak jakości gołej dupy astiza póki co.
Edyta Górniak - Szyby
Ok, końcowka tej kolejki stoi pod znakiem bardzo psychodelicznych person z innego wymiaru - jak nie Genesis P-Orridge, to Edyta Górniak, swoją drogą chyba najstarszy wykonawca w dziejach tej zabawy. Kurczę, dziwnie się tego słucha po Psychic TV faktycznie. xD Nie pamiętam czasów, gdy Edzia miała być polską divą, produktem eksportowym i odpowiednikiem Roberta Lewandowskiego w muzyce (skończyło się jak międzynarodowa kariera Marka Citki, chociaż nie wiem czy to tak celne porównanie, bo jednak drugie miejsce na Eurowizji to jednak ciut większy sukces niż bramka w przegranym meczu na Wembley xD), pamiętam ją z lat zerowych, ale już chyba wtedy było o niej głośniej na pudelkach wszelkiej maści niż w kontekście muzyki. Może was zaskoczę jak swoimi wrzutami, ale roastu tu nie będzie. Liczyłem na jakieś smęty i w ogóle, ale w sumie zaskakująco dobra piosenka, jednak co by o Edzi nie mówić to swegeo czasu miała kawał głosu, a piosenka jest zaskakująco... dobra. Może ciut "przesłodzona" ta produkcja, ale też bez jakiejś przesady, fajne gitarki tam się przewijają, te "mocniejsze" fragmenty są dobre. Kurczę, naprawdę jestem pozytywnie zaskoczony. Jednak było w tym polskim popie lat 90 COŚ, co sprawia, że słucha się go całkiem spoko.
Kurczę, fajna kolejka, wszystko w sumie mi się podobało w porównywalnym stopniu. Shodan mnie zaskoczył, bo nie spodziewałem się jednak tak dobrej piosenki widząc nazwisko wykonawcy, tercet z województwa łodzkiego zapodał rzeczy o wysokiej rzetelności, a wrzuta kolegi Roberta też jest spoko, tylko po prostu chyba nastawiłem się na cholera wie co, toteż to nie tak, że ja to broń boże roastuje. xD Dobra jest
Arcade Fire - Put your money on me
AF to swego czasu był jeden z moich ulubionych zespołów, które nie lubiłem. Może to nie była tak dynamiczno-toksyczna relacja jak ta ze Swans, ale mimo tego, iż nigdy za nimi nie przepadałem sprawdzałem co jakiś czas ich płyty przeróżne i w sumie to nawet co jakiś czas robiłem podchody do Funeral. Tbh dopiero dzięki tej topce jakoś tak lekko się przekonałem do ich stylu, może to też kwestia tego, że w sumie - mimo tego - nie osłuchali mi się i tego, że osłuchała mi się muza, której słucham na codzień, może to Mejbelin, ale jakoś się z nimi pogodziłem. No i jednak tak jak munlup pisze - w tej muzyce COŚ do cholery jest. Nie wiedziałem mimo to o tej płycie, ni tym bardziej o tym, że hardkorowi fani AF jej nie lubią, ale do chrzanu z tym. A chrzan w postaci tego kawałka jest bardzo smaczny i piosenka sie mi podoba. Ament!
Nivea - Miły Młody człowiek
Fajnie, że murzyn aktywował w moim mózgu synapsy nieaktywne od jakiegoś 2014 roku, bo la ta mi temu ta nazwa obijała mi się o uszy tu i ówdzie, raczej w kontekście beki, bo niby pretencha i takie tam, ale ja już wiem, że jak ktoś w owym czasie se cisnął z czegoś bekę, to to coś jest warte obczajki. No i jest. Fajna muzyczka generalnie po prostu, w sumie właśnie bezpretensjonalna, podkład jest super, wszystko jest super, generalnie siada mi ta maniera wokalna, wokalista mnie przekonuje i brzmi naturalnie jako ziomeczek z osiedla i generalnie po prostu dobrze mi się tego słuchało. Jest okejka i znak RZETELNOŚCI.
Editors - Walk the Fleet Road
Fajnie, że dużo tych wrzut ma taki "osobisty" kontekst, ale generalnie to też zauważyłem, że to jest coś a'la broń obosieczna, bo np. czując się relatywnie nieźle samemu ze sobą ciężko mi docenić jakiś kawałek, który kojarzy się ze spacerowaniem po Łodzi oraz końcem relacji tudzież na odwrót i np. są takie rzeczy, których nie doceniam, tak jak bym mógł. Tutaj chyba trochę tak jest, ale tylko trochę, bo to jednak zaskakująco fajna piosenka. Trochę mi zajeżdza Joy Division, a trochę alternatywą z późnych lat zerowych, więc kiedyś bym pewnie mehał, ale teraz mam już 30 lat, więc wiecie - to nie przelewki. To naprawdę jest fajna muzyka, będę o tym pewnie pamiętać (lub nie) w jakiejś bardziej przerypanej porze mojego życia, wtedy sobie do tego wrócę i coś czuję, że zaskoczy jak trzeba.
Psychic TV - Terminus
Gdzieś tak na przełomie 2013/14 roku poznałem takiego jednego dziwnego typa z kucem z Warszawki. Ofc przez internet, bo to był peak mojej fobii społecznej i totalnego nieprzystosowania. xD Typ nosił długie włosy, przesiadywał na jakichś autystycznych forach, studiował religioznawstwo, czytał jakichś filozofów oraz - last but not least - słuchał dziwnej muzyki, którą wcześniej najwyżej gdzieś tam liznąłem, głównie jakichś industriali typu Coile, Currenty93 i inne Nurse With Wound. Nie wiem jak to się stało generalnie, ale się zaprzyjaźniliśmy, wypiliśmy parę piw w życiu i w ogóle to nawet byłem na jego weselu parę dobrych lat później. W każdym razie jak słyszę te nazwę to siłą rzeczy mi się z tym ziomem skojarzyła, chociaz akurat nie pamiętam, by jakoś szczególnie forsował ten konkretny projekt. xD
Przez dłuższy czas trochę mi to zalatuje czymś ala pomiędzy Swans a Currentem 93, takie trochę tego, trochę tamtego i ta część jest spoko. Potem wjeżdza ten moment ze strzałami, wybuchami i apokalipsą itd. no i nawet jakieś tam lekkie ciary przeszły, ta końcówka też jest spoko. Generalnie niby prejzuję, ale mam też jakieś lekkie uczucie... niedosyt to chyba średnio adekwatne słowo, ale chyba serio kiedyś bym bardziej docenił, a może też jednak oczekiwałem wyrwania z kapci? Nie wiem, może za X lat urośnie, ale nie będę aż tak długo tej kolejki blokował. Jest okejka i znak jakości gołej dupy astiza póki co.
Edyta Górniak - Szyby
Ok, końcowka tej kolejki stoi pod znakiem bardzo psychodelicznych person z innego wymiaru - jak nie Genesis P-Orridge, to Edyta Górniak, swoją drogą chyba najstarszy wykonawca w dziejach tej zabawy. Kurczę, dziwnie się tego słucha po Psychic TV faktycznie. xD Nie pamiętam czasów, gdy Edzia miała być polską divą, produktem eksportowym i odpowiednikiem Roberta Lewandowskiego w muzyce (skończyło się jak międzynarodowa kariera Marka Citki, chociaż nie wiem czy to tak celne porównanie, bo jednak drugie miejsce na Eurowizji to jednak ciut większy sukces niż bramka w przegranym meczu na Wembley xD), pamiętam ją z lat zerowych, ale już chyba wtedy było o niej głośniej na pudelkach wszelkiej maści niż w kontekście muzyki. Może was zaskoczę jak swoimi wrzutami, ale roastu tu nie będzie. Liczyłem na jakieś smęty i w ogóle, ale w sumie zaskakująco dobra piosenka, jednak co by o Edzi nie mówić to swegeo czasu miała kawał głosu, a piosenka jest zaskakująco... dobra. Może ciut "przesłodzona" ta produkcja, ale też bez jakiejś przesady, fajne gitarki tam się przewijają, te "mocniejsze" fragmenty są dobre. Kurczę, naprawdę jestem pozytywnie zaskoczony. Jednak było w tym polskim popie lat 90 COŚ, co sprawia, że słucha się go całkiem spoko.
Kurczę, fajna kolejka, wszystko w sumie mi się podobało w porównywalnym stopniu. Shodan mnie zaskoczył, bo nie spodziewałem się jednak tak dobrej piosenki widząc nazwisko wykonawcy, tercet z województwa łodzkiego zapodał rzeczy o wysokiej rzetelności, a wrzuta kolegi Roberta też jest spoko, tylko po prostu chyba nastawiłem się na cholera wie co, toteż to nie tak, że ja to broń boże roastuje. xD Dobra jest
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ale Marka Citko to Ty szanuj, no porównanie z dupala
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jedźmy dalej.
Zrobiłem sobie ostatnio swoisty rachunek sumienia i spojrzałem wstecz na moje dotychczasowe wrzutki oraz postanowiłem je sobie podzielić na trzy kategorie, ustawiając priorytetami. Wyszły mi więc kategorie wrzutek osobistych (najbliższych serduchu, nieraz z historią z życia wziętą, niezależnie od ich jakości że tak powiem), najlepszych (powiedzmy że klasyki gatunku i ogólnie rzeczy cieszące się uznaniem) oraz ulubione czyli często ulubione numery jakichś wykonawców choć może niekoniecznie najlepsze rzeczy w dziejach muzyki, o. I tak mi wyszło że najwięcej tymi ulubionymi rzucałem więc teraz może dla odmiany jakiś klasyk wysokiej jakości.
Isaac Hayes - The Look of Love
(1970)
Nadeszła chyba pora by zaprezentować jednego z naczelnych czarnoskórych wokalistów z mojej topki życia, a przy okazji jednego z tych którzy pojawiali się na moim avatarze swego czasu. Isaac Hayes to legenda amerykańskiego soulu lat 70., wokalista, kompozytor i człowiek który odmienił oblicze tej muzyki i wyprowadził ją z jej dotychczasowej formy krótkich, żywiołowych przebojów ku długim, bogatym aranżacyjnie i rozbudowanym kompozycjom trwającym nieraz powyżej 10 minut. Zabawna kwestia bo kompletując numery do bestki i słuchając tego utworu pomyślałem sobie nawet że to takie eeee progresywne granie i tym większe było moje zdziwienie i rozbawienie kiedy okazało się że faktycznie Isaac Hayes spopularyzował muzykę określaną potem mianem progresywnego soulu (nie wiem jakim cudem nie słyszałem o tym wcześniej, zwłaszcza przy moich dawnych nawykach śledzenia Wikipedii i szukania kolejnych łatek do katalogowania muzyki na kompie). Także Wy serwowaliście proga w formie rockowej a ja wyciągam z rękawa murzyński prog xD utwór który pragnę Wam dzisiaj zaprezentować znałem najpierw przez lata w formie sampla, pierwszy raz słyszałem jego fragmenty wykorzystane w jednym kawałku Jaya-Z. Nie jestem w stanie powiedzieć w którym momencie życia poznałem oryginał, możliwe że z przepastnego folderu starszego brata o nazwie "soul disco funk" z utworami przeznaczonymi do pocięcia na sample. Nie potrafię też wskazać momentu w którym ten konkretny utwór wszedł niejako do mojego osobistego kanonu, zapewne stało się to parę lat później, może właśnie przy okazji porządkowania własnej muzoteki na kompie, zapewne potrzeba było czasu bym w pełni docenił taką dłuższą kompozycję jako coś więcej niż źródło sampli. Historia nie ma tu większego znaczenia, liczy się teraźniejszość i fakty a te są takie że uważam ten numer za jeden z najlepszych soulowych utworów jakie słyszałem.
The Look of Love to z grubsza miłosna soulowa ballada ale pięknie rozbudowana i stojąca na czymś więcej niż głęboki, niski wokal Isaaca Hayesa - będący swoją drogą chyba najbardziej charakterystycznym męskim soulowym wokalem obok Barry'ego White'a. Mamy tu melodie grane na flecie poprzecznym, którego brzmienie uwielbiam i pokochałem dzięki soulowej muzyce i Doctorowi Dre u którego we wczesnych produkcjach nieraz się pojawiał, dlatego ten instrument wbrew pozorom brzmi dla mnie od zawsze nieco gangstersko xD Wspomniane melodie fletu prowadzą dialog z dęciakami, całość uzupełnia sekcja smyczków. Podoba mi się praca perkusji w instrumentalnych pasażach, zwłaszcza na początku utworu, później po drugim refrenie mamy długie instrumentalne przejście gdzie do głosu dochodzą klawisze i gitara elektryczna a utwór nabiera rozpędu i funkowego sznytu rodem z filmów blaxploitation tamtej ery. Całość ostatecznie ląduje w ostatnim refrenie i stopniowo spowalnia aż do ostatniego miłosnego wytchnienia Hayesa rozpaczliwie proszącego by ta nowo odnaleziona miłość została z nim już na zawsze. Jak dla mnie to jest cudnie wypełnione ponad 11 minut muzyki gdzie każdy detal jest zagrany w punkt i utrzymuje mnie w fascynacji.
https://youtu.be/-9aqK0nCPPk
Zrobiłem sobie ostatnio swoisty rachunek sumienia i spojrzałem wstecz na moje dotychczasowe wrzutki oraz postanowiłem je sobie podzielić na trzy kategorie, ustawiając priorytetami. Wyszły mi więc kategorie wrzutek osobistych (najbliższych serduchu, nieraz z historią z życia wziętą, niezależnie od ich jakości że tak powiem), najlepszych (powiedzmy że klasyki gatunku i ogólnie rzeczy cieszące się uznaniem) oraz ulubione czyli często ulubione numery jakichś wykonawców choć może niekoniecznie najlepsze rzeczy w dziejach muzyki, o. I tak mi wyszło że najwięcej tymi ulubionymi rzucałem więc teraz może dla odmiany jakiś klasyk wysokiej jakości.
Isaac Hayes - The Look of Love
(1970)
Nadeszła chyba pora by zaprezentować jednego z naczelnych czarnoskórych wokalistów z mojej topki życia, a przy okazji jednego z tych którzy pojawiali się na moim avatarze swego czasu. Isaac Hayes to legenda amerykańskiego soulu lat 70., wokalista, kompozytor i człowiek który odmienił oblicze tej muzyki i wyprowadził ją z jej dotychczasowej formy krótkich, żywiołowych przebojów ku długim, bogatym aranżacyjnie i rozbudowanym kompozycjom trwającym nieraz powyżej 10 minut. Zabawna kwestia bo kompletując numery do bestki i słuchając tego utworu pomyślałem sobie nawet że to takie eeee progresywne granie i tym większe było moje zdziwienie i rozbawienie kiedy okazało się że faktycznie Isaac Hayes spopularyzował muzykę określaną potem mianem progresywnego soulu (nie wiem jakim cudem nie słyszałem o tym wcześniej, zwłaszcza przy moich dawnych nawykach śledzenia Wikipedii i szukania kolejnych łatek do katalogowania muzyki na kompie). Także Wy serwowaliście proga w formie rockowej a ja wyciągam z rękawa murzyński prog xD utwór który pragnę Wam dzisiaj zaprezentować znałem najpierw przez lata w formie sampla, pierwszy raz słyszałem jego fragmenty wykorzystane w jednym kawałku Jaya-Z. Nie jestem w stanie powiedzieć w którym momencie życia poznałem oryginał, możliwe że z przepastnego folderu starszego brata o nazwie "soul disco funk" z utworami przeznaczonymi do pocięcia na sample. Nie potrafię też wskazać momentu w którym ten konkretny utwór wszedł niejako do mojego osobistego kanonu, zapewne stało się to parę lat później, może właśnie przy okazji porządkowania własnej muzoteki na kompie, zapewne potrzeba było czasu bym w pełni docenił taką dłuższą kompozycję jako coś więcej niż źródło sampli. Historia nie ma tu większego znaczenia, liczy się teraźniejszość i fakty a te są takie że uważam ten numer za jeden z najlepszych soulowych utworów jakie słyszałem.
The Look of Love to z grubsza miłosna soulowa ballada ale pięknie rozbudowana i stojąca na czymś więcej niż głęboki, niski wokal Isaaca Hayesa - będący swoją drogą chyba najbardziej charakterystycznym męskim soulowym wokalem obok Barry'ego White'a. Mamy tu melodie grane na flecie poprzecznym, którego brzmienie uwielbiam i pokochałem dzięki soulowej muzyce i Doctorowi Dre u którego we wczesnych produkcjach nieraz się pojawiał, dlatego ten instrument wbrew pozorom brzmi dla mnie od zawsze nieco gangstersko xD Wspomniane melodie fletu prowadzą dialog z dęciakami, całość uzupełnia sekcja smyczków. Podoba mi się praca perkusji w instrumentalnych pasażach, zwłaszcza na początku utworu, później po drugim refrenie mamy długie instrumentalne przejście gdzie do głosu dochodzą klawisze i gitara elektryczna a utwór nabiera rozpędu i funkowego sznytu rodem z filmów blaxploitation tamtej ery. Całość ostatecznie ląduje w ostatnim refrenie i stopniowo spowalnia aż do ostatniego miłosnego wytchnienia Hayesa rozpaczliwie proszącego by ta nowo odnaleziona miłość została z nim już na zawsze. Jak dla mnie to jest cudnie wypełnione ponad 11 minut muzyki gdzie każdy detal jest zagrany w punkt i utrzymuje mnie w fascynacji.
https://youtu.be/-9aqK0nCPPk
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
David On - Liquid (1996)
Psze Państwa, mój klasyk. Jest rok 1998, lato. Jadę z rodzicami nad morze do Mielna w sąsiedztwie Koszalina. Starzy mają od paru miesięcy nowy wóz, przepiękną (jak na tamte czasy) ciemnozieloną Xsarę, cytrynka miała nawet klimatyzację (wtedy to łohoho). Niemal dokładnie 10 lat później ja będę jeździł tym samochodem xD Auto sunie elegancko kombinacją dróg krajowych ze Zgierza przez Włocławek, Toruń i Bydgoszcz aż za Bobolice i Koszalin. Nie ma autostrady, więc droga się dłuży w cztery diabły (Bogiem a prawdą nadal tak jest, bo do Torunia jeszcze się A1 dojedzie, potem wracasz na krajówki), a 9-letniego gnoja same widoki średnio bawią. Komiks Gigant z lipca przeczytany już we wszystkich kierunkach, co można robić? Ano słuchać muzyki można. I to właśnie robię, rok wcześniej na urodziny dostałem pierwszy w życiu osobisty odtwarzacz - walkman Panasonica, którego mam po dziś dzień i po dziś dzień on działa xD Mam 2 kasety - jedna przygotowana przez wuja, na stronie A Forever Young od Alphaville, na stronie B A Kind of Magic Queenów. Na Mercury'ego i spółkę mam wtedy wywalone, kocham syntezatory (do dziś wolę je od gitar ofc), więc przewijam w kółko po zakończonym seansie, ku zdenerwowaniu rodziców, że "usmażę głowicę a to drogi sprzęt był". Jest też druga kaseta, od córki rzeczonego wuja, mojej kuzynki, która była wówczas srogą fanką techno. Miała 15 lat a i tak łaziła dzięki znajomościom z ziomeczkami do nieistniejącego już Port Westu na imprezy (Hien relates). Ta druga kaseta nosi tytuł Techno Warrior i - choć miała na pudełku hologram ZAiKSu, wyglądała jak bootleg (zresztą częściowo nim jest, połowy kawałków nie idzie znaleźć w necie a jeden jest srogim mislabelem). Kasetę oczywiście też mam po dziś dzień i ostatni raz słuchałem jej w marcu 2019, kiedy zamieszkałem w lokalu, gdzie była wieża z kaseciakiem. Śmiga, nie trzeszczy, z imć Kubą od lat obiecujemy sobie jej cyfryzację i jakoś się nie udaje xD Na kasecie jest masa kapitalnych numerów. Jednym z nich - Liquid od Davida On (Ona?). Właściwie to pierwsza wersja, bo na winylowym singlu jest jeszcze remiks, którego nigdy nie słyszałem. To jest Liquid (Basic Theme), które zawsze, ale to zawsze będzie mi się kojarzyło z tamtym latem i podróżami do Kołobrzegu na spacer promenadą i po dwudziestowiecznej starówce, która jest jednakowoż starsza od tej warszawskiej lol. Liquid to takie bardziej wannabe techno lat 90., plastikowa perkusja, plastikowe przeszkadzajki i główny motyw, który wkręca się niczym Last Christmas puszczane od końca października w Galerii Mokotów. Do tego jeszcze jeden riff z pulsującymi dźwiękami z losowego generatora losowych pulsujących dźwięków, które mocno pasują do tytułu. Jest tempo, jest upbeat nastrój, jest letnio i w ogóle wakacyjnie, więc czemu teraz? Bo teraz potrzebuję właśnie takiej happy-up muzyki i wspominam nie tylko rok 1998, ale i lato w ogóle. A to wprost doskonale pasuje do puszczania sobie w trakcie jazdy nad morze, byle pogoda była. Na marginesie dodam, że samplowany głos w numerze był dla mnie Tajemnicą Sagali aż do momentu, w którym odnalazłem ten kawałek na YT a potem na Discogs. Typ coś mamrotał a potem nagle NUMBER ONE. Co mamrotał? Tego już mój dziecięcy umysł nie był w stanie odcyfrować, aż zobaczyłem tytuł - BASIC THEME. Posłuchajcie więc basic theme, może jest też complex theme gdzieś tam w internetach, ale kogo to teraz obchodzi? "Dobre" (ale tak naprawdę to naprawdę dobre) techno, kaseciak, sztruksowe spodnie, nowy film z Lindą i Pazurą zaplanowany na jesienną premierę, piwo Dojlidy, upadek rządu Cimoszewicza, pierwsze wydanie Faktów, taśma TDK w eleganckim kaseciaku, chłodna, nadmorska bryza i zapach kurczaka z rożna. JAAAGODZIANKIII, LOOODY BAMBINOOO, PRAAAŻONA KUUUKURYDZAAA, DAAAVID OOON, LIQUIIID!
Już na totalnym marginesie dodam, że kol. Hien kiedyś nagrał mi "cover" tego numeru z bardzo konkretnym przesłaniem, który prawie wpędził mnie do grobu przez śmiech, ale mimo to nie rozbroił bomby nostalgii. Właściwie w moim przypadku się nie da, Kołobrzeg (i Mielno) 4 eva.
https://www.youtube.com/watch?v=MGhGlUxY30U
Psze Państwa, mój klasyk. Jest rok 1998, lato. Jadę z rodzicami nad morze do Mielna w sąsiedztwie Koszalina. Starzy mają od paru miesięcy nowy wóz, przepiękną (jak na tamte czasy) ciemnozieloną Xsarę, cytrynka miała nawet klimatyzację (wtedy to łohoho). Niemal dokładnie 10 lat później ja będę jeździł tym samochodem xD Auto sunie elegancko kombinacją dróg krajowych ze Zgierza przez Włocławek, Toruń i Bydgoszcz aż za Bobolice i Koszalin. Nie ma autostrady, więc droga się dłuży w cztery diabły (Bogiem a prawdą nadal tak jest, bo do Torunia jeszcze się A1 dojedzie, potem wracasz na krajówki), a 9-letniego gnoja same widoki średnio bawią. Komiks Gigant z lipca przeczytany już we wszystkich kierunkach, co można robić? Ano słuchać muzyki można. I to właśnie robię, rok wcześniej na urodziny dostałem pierwszy w życiu osobisty odtwarzacz - walkman Panasonica, którego mam po dziś dzień i po dziś dzień on działa xD Mam 2 kasety - jedna przygotowana przez wuja, na stronie A Forever Young od Alphaville, na stronie B A Kind of Magic Queenów. Na Mercury'ego i spółkę mam wtedy wywalone, kocham syntezatory (do dziś wolę je od gitar ofc), więc przewijam w kółko po zakończonym seansie, ku zdenerwowaniu rodziców, że "usmażę głowicę a to drogi sprzęt był". Jest też druga kaseta, od córki rzeczonego wuja, mojej kuzynki, która była wówczas srogą fanką techno. Miała 15 lat a i tak łaziła dzięki znajomościom z ziomeczkami do nieistniejącego już Port Westu na imprezy (Hien relates). Ta druga kaseta nosi tytuł Techno Warrior i - choć miała na pudełku hologram ZAiKSu, wyglądała jak bootleg (zresztą częściowo nim jest, połowy kawałków nie idzie znaleźć w necie a jeden jest srogim mislabelem). Kasetę oczywiście też mam po dziś dzień i ostatni raz słuchałem jej w marcu 2019, kiedy zamieszkałem w lokalu, gdzie była wieża z kaseciakiem. Śmiga, nie trzeszczy, z imć Kubą od lat obiecujemy sobie jej cyfryzację i jakoś się nie udaje xD Na kasecie jest masa kapitalnych numerów. Jednym z nich - Liquid od Davida On (Ona?). Właściwie to pierwsza wersja, bo na winylowym singlu jest jeszcze remiks, którego nigdy nie słyszałem. To jest Liquid (Basic Theme), które zawsze, ale to zawsze będzie mi się kojarzyło z tamtym latem i podróżami do Kołobrzegu na spacer promenadą i po dwudziestowiecznej starówce, która jest jednakowoż starsza od tej warszawskiej lol. Liquid to takie bardziej wannabe techno lat 90., plastikowa perkusja, plastikowe przeszkadzajki i główny motyw, który wkręca się niczym Last Christmas puszczane od końca października w Galerii Mokotów. Do tego jeszcze jeden riff z pulsującymi dźwiękami z losowego generatora losowych pulsujących dźwięków, które mocno pasują do tytułu. Jest tempo, jest upbeat nastrój, jest letnio i w ogóle wakacyjnie, więc czemu teraz? Bo teraz potrzebuję właśnie takiej happy-up muzyki i wspominam nie tylko rok 1998, ale i lato w ogóle. A to wprost doskonale pasuje do puszczania sobie w trakcie jazdy nad morze, byle pogoda była. Na marginesie dodam, że samplowany głos w numerze był dla mnie Tajemnicą Sagali aż do momentu, w którym odnalazłem ten kawałek na YT a potem na Discogs. Typ coś mamrotał a potem nagle NUMBER ONE. Co mamrotał? Tego już mój dziecięcy umysł nie był w stanie odcyfrować, aż zobaczyłem tytuł - BASIC THEME. Posłuchajcie więc basic theme, może jest też complex theme gdzieś tam w internetach, ale kogo to teraz obchodzi? "Dobre" (ale tak naprawdę to naprawdę dobre) techno, kaseciak, sztruksowe spodnie, nowy film z Lindą i Pazurą zaplanowany na jesienną premierę, piwo Dojlidy, upadek rządu Cimoszewicza, pierwsze wydanie Faktów, taśma TDK w eleganckim kaseciaku, chłodna, nadmorska bryza i zapach kurczaka z rożna. JAAAGODZIANKIII, LOOODY BAMBINOOO, PRAAAŻONA KUUUKURYDZAAA, DAAAVID OOON, LIQUIIID!
Już na totalnym marginesie dodam, że kol. Hien kiedyś nagrał mi "cover" tego numeru z bardzo konkretnym przesłaniem, który prawie wpędził mnie do grobu przez śmiech, ale mimo to nie rozbroił bomby nostalgii. Właściwie w moim przypadku się nie da, Kołobrzeg (i Mielno) 4 eva.
https://www.youtube.com/watch?v=MGhGlUxY30U
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Już widzę jak bardzo ta kolejka będzie we wszystkie strony.
The Killers – Where The White Boys Dance
O The Killers słyszałem dużo odkąd pojawili się na scenie, ale ich muzykę faktycznie poznałem dopiero w 2008 r., kiedy obejrzałem „Control”. Podczas napisów końcowych, zaraz po „Atmosphere”, leci ich cover „Shadowplay”. Jak mi ta wersja wtedy nie weszła, to mało powiedziane. Nie wiem, może to dlatego, że wcześniej leciał oryginał „Atmosphere”, może dlatego, że przechodziłem dosyć grubą fazę na JD i po prostu nie byłem w stanie zaakceptować jakiejkolwiek innej wersji niż oryginał, zwłaszcza z jakimś „uuUUuu” i poprzestawianymi zagrywkami. Dziś, po 14 latach, mogę powiedzieć, że kocham ten cover, właśnie za te wszystkie śmiałe zmiany i interpretację Brandona Flowersa. Ale wtedy bolała mnie moja JDupa i odrzuciłem ich jako kolejny młody indie zespół nie warty mojego czasu. Do dziś żałuję głęboko, że tak srałem żarem na wszystko w 00sach, ale człowiek uczy się na błędach. W każdym razie, dwa lata później wyszło pierwsze solo Flowersa i okazało się, że w sumie jest całkiem dobre. To był wprawdzie okres mojego progowania i jakieś indie rockowe wynalazki nie miały prawa się pojawiać w playlistach, to jednak się pojawiły xD Pamiętam jak zobaczyłem wywiad jaki przeprowadził swego czasu z Flowersem Nardwuar, i jak oczarowało mnie kiedy facet zaśpiewał i zagrał „Human” na stylofonie. Potem poszło już raczej lawinowo, z każdą płytą zdawałem sobie sprawę z tego, jak źle ich wcześniej oceniłem na podstawie, w sumie nie wiem czego. Musiał może jeszcze pamiętać, jak koło 2011 r., złorzeczyłem na ten cover „Shadowplay”, a jemu się podobał. No, mogę teraz powiedzieć: Stary, miałeś rację.
The Killers byli dużą częścią tego, co działo się u mnie w na przełomie listopada i grudnia 2018 r., tak więc jest to kontynuacja poprzednich dwóch wrzutek z cyklu „Munlup in luv”. Odgrzewałem sobie wtedy wszystko co mogłem tego zespołu, w tym mój ulubiony utwór, który był b-side’em albumu „Sam’s Town” z 2006 r. i pojawił się też na składance „Sawdust” z 2007 r.
„Where The White Boys Dance” to nie jest popularny utwór wśród fanów The Killers, wręcz odwrotnie, regularnie pojawia się na listach najbardziej hejtowanych kawałków. Dlaczego? Nie wiem xD Chyba dlatego, bo jest inny od wszystkiego, co robili w tamtym czasie. Ludzie nadal nie potrafią się z tym oswoić, a ja nie miałem żadnego problemu. Wszystko mi się tu podoba, zajebisty bas Marka Stoermera, gitary, wokal Flowersa i ten tajemniczy klimat, który unosi się nad całym kawałkiem. Wszystko co lubię w muzyce. Nie ma co gadać, trzeba słuchać!
https://www.youtube.com/watch?v=JzUi7UpTz14
The Killers – Where The White Boys Dance
O The Killers słyszałem dużo odkąd pojawili się na scenie, ale ich muzykę faktycznie poznałem dopiero w 2008 r., kiedy obejrzałem „Control”. Podczas napisów końcowych, zaraz po „Atmosphere”, leci ich cover „Shadowplay”. Jak mi ta wersja wtedy nie weszła, to mało powiedziane. Nie wiem, może to dlatego, że wcześniej leciał oryginał „Atmosphere”, może dlatego, że przechodziłem dosyć grubą fazę na JD i po prostu nie byłem w stanie zaakceptować jakiejkolwiek innej wersji niż oryginał, zwłaszcza z jakimś „uuUUuu” i poprzestawianymi zagrywkami. Dziś, po 14 latach, mogę powiedzieć, że kocham ten cover, właśnie za te wszystkie śmiałe zmiany i interpretację Brandona Flowersa. Ale wtedy bolała mnie moja JDupa i odrzuciłem ich jako kolejny młody indie zespół nie warty mojego czasu. Do dziś żałuję głęboko, że tak srałem żarem na wszystko w 00sach, ale człowiek uczy się na błędach. W każdym razie, dwa lata później wyszło pierwsze solo Flowersa i okazało się, że w sumie jest całkiem dobre. To był wprawdzie okres mojego progowania i jakieś indie rockowe wynalazki nie miały prawa się pojawiać w playlistach, to jednak się pojawiły xD Pamiętam jak zobaczyłem wywiad jaki przeprowadził swego czasu z Flowersem Nardwuar, i jak oczarowało mnie kiedy facet zaśpiewał i zagrał „Human” na stylofonie. Potem poszło już raczej lawinowo, z każdą płytą zdawałem sobie sprawę z tego, jak źle ich wcześniej oceniłem na podstawie, w sumie nie wiem czego. Musiał może jeszcze pamiętać, jak koło 2011 r., złorzeczyłem na ten cover „Shadowplay”, a jemu się podobał. No, mogę teraz powiedzieć: Stary, miałeś rację.
The Killers byli dużą częścią tego, co działo się u mnie w na przełomie listopada i grudnia 2018 r., tak więc jest to kontynuacja poprzednich dwóch wrzutek z cyklu „Munlup in luv”. Odgrzewałem sobie wtedy wszystko co mogłem tego zespołu, w tym mój ulubiony utwór, który był b-side’em albumu „Sam’s Town” z 2006 r. i pojawił się też na składance „Sawdust” z 2007 r.
„Where The White Boys Dance” to nie jest popularny utwór wśród fanów The Killers, wręcz odwrotnie, regularnie pojawia się na listach najbardziej hejtowanych kawałków. Dlaczego? Nie wiem xD Chyba dlatego, bo jest inny od wszystkiego, co robili w tamtym czasie. Ludzie nadal nie potrafią się z tym oswoić, a ja nie miałem żadnego problemu. Wszystko mi się tu podoba, zajebisty bas Marka Stoermera, gitary, wokal Flowersa i ten tajemniczy klimat, który unosi się nad całym kawałkiem. Wszystko co lubię w muzyce. Nie ma co gadać, trzeba słuchać!
https://www.youtube.com/watch?v=JzUi7UpTz14
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn