Best of Forum III

Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Re: Best of Forum III

Post 13 sty 2023 00:02

Gillian Welch – I Dream a Highway

Lubię amerykański folk/country. Od pewnego czasu. Bo kiedyś nie byłem łaskaw nawet zwrócić uwagi na taką muzykę. Ale teraz lubię. I to jest fainy i przyjemny utwór. Minimalistyczny jak diabli, ale bardzo dobry. Ładna melodia, ładnie zagrana i zaśpiewana. Ale w sumie jest jedno małe ale. Jak dla mnie twa zdecydowanie za długo. Niby przy dobrych utworach czas dla mnie nie ma znaczenia, ale tutaj troche przegięli. 15 minut wciąż tego samego, mimo że dobrego, to jednak przesada. Przez to ten utwór jednak nieco traci w moich oczach. Wolałbym 3x posłuchać tego numeru po 5 minut niż 1x 15 minut. Bo zwyczajnie zbyt mało tu się dzieje jak na 15 minut. Jak słuchałem po raz pierwszy, to się bardzo jarałem, ale potem te 15 minut dawały o sobie niestety wyraźnie znać.
Utwór mimo wszystko fajny.

Nirvana - You Know You're Right

Nirwanę znam jedynie z ich największego przeboju. Pewnie coś tam jeszcze słyszałem, ale kompletnie nie pamiętam. I po tej wrzucie mam do Nirwany stosunek taki dosyć mieszany. Bo dobre miesza się z totalnym dziadostwem. Dobry a nawet bardzo dobry jest początek i zwrotki. Czyli te spokojniejsze i wysmakowane brzmienia. Wrzaskliwe refreny są w wuj frustrujące. Nienawidzę metalu i tym podobnych klimatów, więc darcie japy i zarzynanie gitar w refrenach jest dla mnie nie do przyjęcia. Ja wiem, że to taki zespół i za to był podziwiany, ale ja osobiście za to dziękuję z góry. A szkoda, bo w spokojnych fragmentach to jest naprawdę spoko muzyka i super wokal.

Bauhaus - Silent Hedges

Pewnie zadziwię deva, ale pierwszy raz w życiu słyszę ten zespół. Nie kojarzę nawet kompletnie utworu o tym węgierskim aktorze. No i tak w sumie średnio mi się ta muzyka widzi.
Ten wokalista dałbym głowę, że pojawiał się już gdzieś w tej zabawie (u Hiena?). Albo ma tak bardzo podobny wokal do kogoś innego. W sumie wokal bardzo przeciętny. Utwór też nic mi nie robi. Przelatuje sobie niepostrzeżenie i już. Po prostu przelatuje. Po raz drugi pojawia się w tej bestce muzyka zwana gotyckim rockiem i po raz drugi mi nie pasuje. Więc to chyba nie mój styl, nie mój świat. Zobaczymy, czy z czasem będzie lepiej, ale na tę chwilę jest tak sobie. Nie wzdrygam się, ale i nie jaram.

Massive Attack - Hymn of the Big Wheel

Massive attack oczywiście znam doskonale, chociaż za ich pierwszym albumem nie przepadam, dawno go nie słuchałem, więc utworu Hymn of he Big Wheel nawet nie pamiętam. Ale to jest bardzo dobry utwór. Ten wokal co prawda nigdy mi jakoś szczególnie nie leżał, ale brzmienie już jak najbardziej. Dobra kompozycja o bardzo dobrym brzmieniu. Po prostu brzmienie z klasą. Jest na pewno pare lepszych utworów MA jak dla mnie, ale ta propozycja też mi się bardzo podoba. Perkusja i bas szczególnie brylują przy pomocy solidnego syntezatorowego brzmienia.
Fajnie, że Dragon znów zwrócił moją uwagę ku płycie Blue Lines. Massive Attack to jest jednak jakość. I myślę, że nie żegnamy się jeszcze z tym zespołem w naszych bestkach.

Ewa Demarczyk - Karuzela z Madonnami

Każdy ma w muzyce jakieś uprzedzenia. Każdy. Nawet jak twierdzi, że nie ma, to kłamie. Bo ma. Jeden większe, drugi mniejsze, ale ma. Ja wielu uprzedzeń się pozbyłem, ale parę jednak zostało. I do takiej właśnie muzyki jak Ewa Demarczyk uprzedzenia mam. I to ogromne. Jak przystępowałem do odsłuchu, to nie wiedziałem co poleci, bo mimo, że nazwisko znam, to kompletnie tego nie kojarzyłem. Ale pół minuty wystarczyło, żeby wiedzieć, że to coś dla mnie nie do zaakceptowania. Aż zatęskniłem za murzynowymi blokersami czy nawet za poetami z Finlandii. No ale kto mógł wrzucić takie kontrowersyjne nuty jak nie nasz naczelny zaskakiwacz żaboryb? Mentos czasami rzuci czymś bardzo smakowitym, a czasami czymś kompletnie niestrawnym dla normalnych zwyczajnych słuchaczy. I teraz właśnie zaistniał ten drugi przypadek.
Nie lubię takiej muzyki, tego klimatu. Nie znoszę starej polskiej muzyki tak bardzo, jak to tylko możliwe. No niestety. Trochę pamiętam ten beznadziejny, szary, bazbarwny peerelowski świat z dzieciństwa, który był totalnie do dupy i tego typu polska muzyka od razu kojarzy mi się z tamtą chujnią, co jeszcze wzmaga moją niechęć.

Podsumowując było tak sobie. Wygrał raczej Dragon, potem bardzo dobra propozycje Hiena, choć nieco za długa. Potem długo nic, aż wjechał stripped z wrzutką niezłą, choć z poważnymi uchybieniami. Bauhaus zupełnie obojętny, Demarczyk niestety bez szans na cokolwiek.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 13 sty 2023 00:28

shodan pisze:
13 sty 2023 00:02


Nirvana - You Know You're Right

Nirwanę znam jedynie z ich największego przeboju. Pewnie coś tam jeszcze słyszałem, ale kompletnie nie pamiętam. I po tej wrzucie mam do Nirwany stosunek taki dosyć mieszany. Bo dobre miesza się z totalnym dziadostwem. Dobry a nawet bardzo dobry jest początek i zwrotki. Czyli te spokojniejsze i wysmakowane brzmienia. Wrzaskliwe refreny są w wuj frustrujące. Nienawidzę metalu i tym podobnych klimatów, więc darcie japy i zarzynanie gitar w refrenach jest dla mnie nie do przyjęcia. Ja wiem, że to taki zespół i za to był podziwiany, ale ja osobiście za to dziękuję z góry.
shodan pisze:Na początku muszę powiedzieć, że Smells Like Teen Spirit to jest jedyny utwór Nirvany, który znam. I ten utwór ma w zasadzie wszystko to, co powinno mnie od niego odrzucać – np. zarzynane gitary, darcie japy. Mimo tego zawsze podobał mi się ten utwór i złego słowa na jego temat nie powiem.
To w końcu są jakieś żelazne reguły wobec Nirvany czy ich nie ma? ;(
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 sty 2023 01:26

Wuja logic xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 13 sty 2023 06:57

Murzyn archeolog odkopuje stare trupy i zbiera haki. :D
Stripped, Smells Like Teen Spirit to taki być może wyjątek, gdzie to darcie paszczęki uchodzi bezkarnie. Bo to zbyt dobry utwór. W You Know You're Right trochę mi już wadzi. Choć jakby wyciąć refreny, to też byłby dobry utwór. :roll:
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 13 sty 2023 07:21

Wciąż trochę lol, ale może to kwestia produkcji, Nevermind jednak jak na grunge jest mocno wypolerowanym cukiereczkiem i potwierdzasz jedynie że to była płyta do radia bardziej.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 13 sty 2023 07:35

Tak w ogóle to nie lubię grunge. Paskudny gatunek.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 13 sty 2023 07:48

Wiem, wolisz śpiewające panie i mógłbyś ich słuchać bez końca ale nie dłużej niż 10 minut :D
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 13 sty 2023 08:48

Dokładnie jak mówisz. :mrgreen:
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 13 sty 2023 08:54

To już lepiej może podlicz kolejke w lidze :mrgreen:
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 15 sty 2023 01:31

Gillian Welch I Dream a Highway

Mimo intensywnego country odcisku jest to wrzutka przepełniona energią, która charakteryzuje większość propozycji Hiena. Słodko-gorzki emocjonalizm. Raz bardziej drapieżny, raz zaskakująco oniryczny. W tym przypadku wręcz otępiający. Określone akordy grane w nieskończoność, mniej więcej od połowy dodatowo rozluźnione, spowolnione. Fraza z tytułowym wycinkiem jak mantra, punkt odniesienia, do którego odsyła cała litania. Ciekawe, że dopiero teraz Hien dołącza na pełnej do grona długodystansowców. Lubię powtórzenia. Podoba mi się zabieg wprawania słuchacza w pewien trans. Całość na pewno za długa, gdzieś te trochę bardziej fałszywe zagrywki psują delikatnie budowane wrażenie. Jeśli jest zbyt jednowymiarowo, to nie wiem czy akurat taka metoda wybicia z odurzenia się sprawdza. Prędzej czy później gubię uwagę, a mimo wszystko szkoda przeznaczyć ten utwór do roli konwencjonalnego tła. Wcale nie musiałoby to trwać trzy minuty. Ja to bym chętnie widział totalne rozluźnienie tempa bez wyciszenia do momentu, w którym ostatni raz wykonywany jest "refren" i już. Trochę bez sensu, że po czternastu minutach dostajemy chamskim wyciszeniem. Ambiwalentność totalna. Nie przeszkadza mi zbytnio ten hamerykański klimat. Wokalistka trochę przypomina mi Edytę Bartosiewicz, szczególnie w momentach tych specyficznych wyższych partii i lekkiej dymnej chrypy.

Nirvana You Know You're Right

Może faktycznie tutaj Nirvana jest najbardziej soundgardenowa? Na pewno jest niesłychanie doomerska, a jednocześnie tak mocno osadzona w charakterystycznym dla nich brzmieniu. Cobain trochę memła, sporo lamentuje pod koniec, ale nic dziwnego, gdy opowiada o tak bliskich i dotykających najcieńsze struny sprawach. Materiał raczej dla ludzi, którzy kiedykolwiek byli blisko bycia fanem zespołu. Jak rzetelny krytyk dostrzegam oczywisty przekaz, szanuję tę ekspresję, ale ona mnie nie bierze. Los inaczej mnie pokierował i gdybym miał się dalej rozkochiwać w rockmenkach w gimnazjum to inaczej bym śpiewał na ten temat. Ciekawy dźwięk na początku i końcu... rodem z industrialowych projektów, jakby miał tutaj wjechać naprawdę potężny Czarny Pan. Jak w przypadku Blackstar DB - okoliczności niedalekiej śmierci niebezpiecznie mocno wpływają na odbiór i interpretację, ale i bez tego jest tu naprawdę gęsto. I duszno. Niepokojąco.

Bauhaus Silent Hedges

Bałhałsa dev przedstawiać nie musi, ale tak lekki kawałek to była dla mnie niespodzianka. Spodziewałem się czegoś bardziej mulącego głowę. Elegancko wpisane w klimat kolejki, choć chyba najbardziej ilustracyjny numer jak do tej pory. Niby gitary ostro pracują, znowu mamy specyficzny skowytolament, ale ta perka chociażby jest bardzo specyficzna. Schowana głębiej, bardzo punktowa. Całość nie tak bardzo gotycka w ten szeroki, zamaszysty, teatralny sposób. Pewne tendencje są tutaj wyraźnie zduszone. Mój znajomy od vaporów z gimnazjum później miał fazę na tego typu wykonawców, jednak nigdy nie przekonał mnie do tego, bym głębiej czegoś poszukał. Adrian Pan też tego we mnie nie wzbudził, ale... czemu by nie próbować dalej? Znam parę zespołów i po czasie kilka płyt doceniłem. Na Bauhaus jeszcze nie pora, mam nadzieję, że nie jest za już późno choćby na kilkudniową gorączkową znajomość i zachwyt.

HAIM Now I'm In It

Chyba najciekawsza jest w tym wszystkim droga, którą shodan podążał, by ostatecznie trafić na twórczość tych zapewne sympatycznych kobiet. Nie wierzę, ale pod koniec ten kawałek zaczyna się niemożliwie dłużyć, a to tylko trzy minutki, trzy i pół. W samej piosence jedyne oznaki życia odnalazłem w tym mechanicznym brejku gdzieś w połowie. Reszta leży przede wszystkim produkcją. Wszystko od linijki wedle założeń algorytmu produkującego krótkie, radiowe, popowe, skoczne kawałki. Ogromny mankament. Brzmieniowo kompletnie nijaka. Refren niby energetyczny, ale zaśpiewany bez werwy, mało tej ekspresji też tam jest. Mostek z pianinkiem jak z ballady wymyślonej w podobny sposób, ale podstawowe pytanie: po co on tutaj w ogóle jest? W dwóch minutach by zmieścił i przynajmniej byłby meh bez żadnego grymasu, a tak to... No niekoniecznie no. Syntezatory też kompletnie bez charakteru, coś tam bulgocze, ale nic poza tym.

Ewa Demarczyk Karuzela z Madonnami

Czarna Madonna, czarny anioł, za każdym razem ten sam dreszcz. Jedna, jedyna w swym rodzaju niedościgniona złodziejka serc. Nie dziwię się, że dla Kory musiała być choćby w minimalnym stopniu artystycznym autorytetem i punktem odniesienia. Z drugiej strony to dla mnie osobiście bardzo BIZARNE doświadczenie. Chyba Mentos znów nie ułatwia zadania reszcie stawki, bo ja samej Karuzeli i nic poza nią raczej nie słucham. Na TEJ płycie mam przynajmniej dwie inne faworytki, a tak w ogóle to po lekturze dotychczasowych wpisów Pan Seba nie powinien się szczypać i zapakować cały zestaw w którymś momencie xD Co pierwsze przychodzi do głowy... Niesłychanie brawurowe wykonanie. Ogromna lekkość w poruszaniu się wśród gęstego i wymagającego technicznie numeru. Dodatkowo to nie jest jeszcze jakaś taka najprostsza poezja tylko Białoszewski, więc jeśli już interpretować sam tekst, to też można się pogubić. Choć w sumie... wcale nie trzeba, żeby czerpać przyjemność ze słuchania. Jest podniosły klimat, trochę uduchowiony, teatralnego patosu cała masa. Do tego przedniojęzykowe Ł, które zawsze mniej razi przy częstszym kontakcie. Ja go nie lubię, ale co będę się kopać z koniem performatywnym z 1967 roku! Na żywo w okresie wokół premiery to musiało być radykalne doświadczenie. Płyta bardzo ładnie przechowuje nam sporą cześć tego przeżycia (tak myślę) i ja to kupuję. Żadne covery tam, obok takiego oryginału głupio przejść obojętnie. Choć mówię, sama Karuzela to bardzo ryzykowny wybór był, ale we mnie wrzucający znajdzie kibica.

Z tych nieznanych do tej pory stolec zwycięzcy przyznałbym kawałkowi od Hiena. Demarczyk kręci się w trochę innej lidze i czasoprzestrzeni, dlatego nawet nie porównuję.
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 16 sty 2023 22:13

Po wyrzucającym mnie z kapci weekendzie (pod bodaj każdym względem) wracam w chwale.

Gillian Welch - I Dream a Highway

Podczas czytania opisu Hiena najpierw wyłapałem słowa "country" potem "kwadrans", i trochę mi coś zgrzytnęło w głowie, że to może nie być coś dla mnie, delikatnie mówiąc. Ten rok od samego początku lubi mnie srogo zaskakiwać, więc nie jestem zaskoczony, że jestem zaskoczony, iż w cholerę, powtarzam W CHOLERĘ mi się ten kawałek spodobał. Do tego stopnia, że w pewnym momencie zapomniałem, iż trwa on kwadrans i... zacząłem sprawdzać YT czy już przypadkiem nie dobiega do końca, żebym mógł zrobić rewind. Jest on po prostu TAK dobry. O scenie country za wiele nie wiem, także wypowiedzieć się nie mogę (tzn. mogę, ale nie chcę, bo i po co). Z jednej strony latami ten gatunek kojarzył mi się ze słodkim rzępoleniem o mandolinach i innej chacie wuja Toma (w oderwaniu kompletnym od treści tej książki), rodeo, kowboje, Old Surehand i takie tam, z drugiej jednak to minimum które liznąłem dawało mi zupełnie inne, bardzo udane vibe'y. Nadmienię choćby, że strasznie mi się ten utwór kojarzy z Ridgwayem i jego Black Diamond, którego słuchali wszyscy niecały rok temu. Melancholia i nostalgia walące z tego utworu nie dają wytchnienia, ale to dopiero początek zalet. Oszczędność instrumentarium i jednostajny wokal Welch są tutaj wystarczającym dla nadania temu kawałkowi potężnego klimatu, czas trwania? W ogóle nie męczy, mógłby dla mnie lecieć i pół godziny. W głowie widzę jakiś smutniejszy film braci Coen, albo inne amerykańskie dzieło drogi z bohaterem samotnie idącym szosą prowadzącą przez jakieś kosmiczne zadupia, a może to ja (LOL) idący wylotówką na Gdańsk latem tego roku... kto to może wiedzieć? Okaże się, z tym numerem na słuchawkach najlepiej. Wygrana.

Nirvana - You Know You're Right

Pewnie już kilkakrotnie gdzieś tam napisałem, że Nirvana nie należy do moich ulubionych zespołów, gdyż mam z nią potwornie złe skojarzenia. Jakieś tam 2 albo 3 numery, generalnie z pewnymi wyjątkami grunge to nie moja bajka. Historii bandu za specjalnie nie znam, nie goni mnie ją poznawać, ale utwór sobie leci i... kurde, musiał polecieć ze 2-3 razy, żebym złapał odpowiedni feeling. Ostatecznie to, czego nie byłem w stanie przeskoczyć do końca, to ten lekko "rzygający" refren w wykonaniu Cobaina, co do reszty z kolei, cóż, utwór ma "momenty", które są naprawdę świetne, niestety giną trochę pomiędzy warstwami czystego "meh", co daje mi uśrednienie... i tak wychodzące na plus. Outro jest fajne, rzężące gitary bardzo ładnie budują tło, poza tym refrenem wokal też jest po prostu dobry, także jak na grunge bardzo, hmm, przyzwoicie xD Nie jest to totalnie mój gatunek, przez co nie mogę tego wszystkiego ubrać w ładniejsze słowa, ale nie jestem go też w stanie zdissować (nie, żebym chciał). Raczej nie włączyłbym tego z własnej woli, chociaż... zarzucam sobie często, że nie znam pewnych klasyków, albo znam ich za słabo i nie daję szans na lepsze poznanie, także zamknąłem ryj i zaangażowałem uszy gęsto. Wyszło zaskakująco dobrze, choć sporo wody w Wiśle i paru innych rzekach upłynie, nim zaangażuję solidniej też inne organy. Na razie daję okejkę i nawet drugie kurde miejsce. Siadło, jestem zaskoczony, ale jest, siedzi, idzie, co jest grane? Dlaczego i po co?

Massive Attack - Hymn of the Big Wheel

Obok Nirvany, do której nigdy porządnie nie usiadłem dołącza kolejny "odrzut na Święty Nigdy", a więc MA. Znam pojedyncze utwory i oczywiście te, które znam bardzo lubię, nawet, jeśli są solidnie zgrane (na marginesie, Simple Minds walnęli świetny cover Teardrop). Ale jak parę lat temu zassałem sobie dwupłytową bestkę (i to z 2006 roku), tak jeszcze jej nie przesłuchałem do końca xD Pomyślałem, jest dobry moment na załatanie podobnych dziur. I... odbiłem się od ściany jak piłka tenisowa. Kompletne nie, zupełny meh, bezsilne złorzeczenia (Dragona), not gonna work. Właściwie pewien komentarz z pewnej grupy mógłby zostać tutaj ładnie przytoczony, kumaci wiedzą, o co chodzi. Zaczynało się obiecująco, ale potem z mojej perspektywy nie dzieje się dalej tak bardzo nic ciekawego, że aż nie wiem, co powiedzieć. Po prostu zero. W pewnym momencie sobie wręcz wyrzucałem, że to jest klasyka, a ja jestem jakimś zasyfionym profanem, że tego nie doceniam we właściwy sposób, a może powinienem, ale to nie wychodzi. Najlepszy w tym utworze jest bit i różne przeszkadzajki w tle, a najbardziej moim zdaniem masakruje go wokal. Byle jaki tekst, byle jaki głos, takie wszystko pseudoczilowe, ale ja nie cziluję. Mam z dziwnych cokolwiek powodów skojarzenia z jakimś cholernym new age, i nie jestem w stanie ich z siebie zrzucić. Obawiam się, że to przegrana sprawa. Nirvana wprowadziła mnie nieśmiale w nieśmiałą nirwanę, to mnie z kolei dość drastycznie na ziemię sprowadza. Wolę Unfinished Sympathy, choć trudno o bardziej zgrany numer (może obok właśnie Teardrop). Uchylam.

HAIM - Now I'm in It

A tutaj miałem smutną zagwozdkę, dlatego, że na początku utwór mnie mocno kupił, a potem znużył. Już byłem gotów dawać Wujowi srebro w miejsce Nirvany, ale jednak Cobain zajął środeczek podium, a drużyna śpiewających lasek zjeżdża o oczko w dół. Załapuje się z powodu ogólnego klimatu, jaki mi ten numer buduje, przywołując na myśl różne hipster-wynalazki, których słuchałem przed 10-ma laty (jak ten czas zapieprza...), poza tym podoba mi się bit i większość muzyki. Czyli podobnie jak z Nirvaną, bowiem resztę trochę masakruje wokal xD Tzn. nie twierdzę, że jest jakoś potwornie zły, ale nie dzieje się w nim totalnie nic ciekawego, jest jednostajny, są momenty - i to całkiem sporo - że zbiera się tak, jakby zaraz miał wybuchnąć ze zdecydowanie większą siłą, ale nic takiego nie następuje. W muzyce zresztą jest podobnie, aż się na coś czeka, tylko jakoś nic się wydarzyć porządnie nie chce, na dłuższą metę wręcz nuży. Jednak... są tu rozwiązania, które mnie jakoś wciągają, jest ten cały, jak już mówiłem, klimat muzy i wykonawców generalnie, którzy jakimś undergroundem chodząc bardzo dawno temu nagle wpadali do słuchawek ludziom, którzy wcześniej nie chcieliby się przyznawać do puszczania sobie takich rzeczy. Jest miło, ale trochę za miło, mogłoby być tylko miło, ale utwór musiałby być jeszcze spokojniejszy, a za bardzo sam siebie pompuje pod coś, czego nie dostajemy. Brakuje mi bardziej wyrazistego refrenu, brakuje jakichś padów pod koniec, nawet outro mocno niemrawe. No tak, dissuję, a jednak rozważałem srebro... Bo się generalnie starzeję i nostalgizuję coraz mocniej. Także w tym układzie trzecie miejsce i niech im będzie i o. Pewnie jeszcze posłucham.

Ewa Demarczyk - Karuzela z Madonnami

The fuck was that xD Znaczy, ja wiem, kto to Demarczyk etc., takie ważniejsze nazwiska oczywiście znam, nie wypowiem się szeroko czy coś, no ale jednak obijały się o uszy, bo jak inaczej. Poezja śpiewana też nigdy nie była moim konikiem, ani nawet czymś, w co bym się choć minimalnie angażował, choć kilka osób mi polecało. Za bardzo chce mi się zwracać jak słyszę Grechutę czy Turnaua (proszę o wybaczenie wszystkich forumowych fanów, dla mnie Grechuta jest po prostu przeraźliwie nudny), jak coś już odpalałem bo mi coś ktoś wciskał, to robiłem to głównie z grzeczności. Tutaj jest ciekawie, bo ten utwór jest bardzo... żywy, ale w taki aż koturnowy, kabaretowy sposób, co sprawia, że trochę nie mogę tego traktować poważnie, choć przecież całość jest dość poważna. Taki mem dla mnie xD Jednocześnie nie sposób odmówić artystce rozmachu w wykonaniu, głos ma świetny i bardzo dźwięczny, dominuje ten kawałek srogo i daje mu to solidnego kopa. Z tym, że cała reszta jest - jak to ujął Dragon - bizarna (piękne słowo btw). Nie trafia w mój klimat tho, nawet, jeśli miałoby się przegryźć później. Kto wie, dokąd bym zawędrował z tą poezją, gdyby przygoda moja zaczęła się od takich rzeczy. Pewnie nigdy się nie dowiemy. So be it.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 17 sty 2023 23:31

Gillian Welch - I dream a highway

Za pierwszym odsłuchem chciałem tutaj generalnie być prześmiewczy, złośliwy i cyniczny. Nie będę ukrywać: 15 minut takiego grania to dla mnie po prostu bardzo dużo, ja nie jestem fanem przeciągania piosenek w opór i grania tego samego w kółko, baaardzo rzadko w moim skromnym mniemaniu to po prostu działa. Poczułem się przymulony, zmęczony i w ogóle nie spodobało mi się to. I w sumie to zabawnie wyszło, bo niby zdania nie zmieniam, ale jednak kolejne odsłuchy były znacznie mniej "bolesne". Poza tym akurat country to jest akurat jeden z tych gatunków, co do których moja tolerancja jest relatywnie niska, nie wiem, może ja jestem zbyt pokręcony, by słuchać takich bądź co bądź prostych rzeczych na codzień, może to też awersja do amerykańskiej, rdzennej kultury, ale po prostu mnie ta muzyka nudzi. Ale no, im dalej w las, tym lepiej - jest tu faktycznie klimacik, laska ma charyzmę i to jest rzecz, którą naprawdę jestem w stanie docenić, bo obiektywnie się broni i nawet odczuwać jakąś tam przyjemność. Powroty? Raczej nieczęste, ale jestem na okej takie fajne o.

Nirvana - You Know You're Right

W sumie trochę dziwnym jest, że Murzin dopiero teraz wrzuca Nirvanę, ale ja się nie czepiam, bo sam dopiero kolejkę wcześniej wrzuciłem jeden ze swoich zespołów życia i mam jeszcze parę zespołów z młodości swej w odwodzie na tę tudzież następną edycję. xD Nie znałem tego materiału, nie jestem jakimś wielkim fanem Nirvany i tkwię w tych dwóch najsłynniejszych płytach oraz ich słynnej koncertówce. W sumie to jest jeden z tych zespołów, które zdecydowanie u mnie zyskały z czasem, bo jednak jak się wyjmie wacka z uszu, to się okaże, że Kobain to był spoko ziomeczek z dobrym gustem (dość powiediezć, że słuchał PIXIES oraz TELEVISION) i w ogóle tworzył spoko piosenki, nie mówiąc już o tym, że jednak nagranie In Utero było aktem jakiejś tam odwagi. Fajne to jest, może trochę się za bardzo mi kojarzy z Soundgarden, ale co z tego - jest tu przebojowość, jest spoko produkcja, nie ma tu za grosz banału i słyszę tu AUTENTYCZNY gniew i wkurw i emocje i w ogóle. Kupuję w całości, Kobain wielkim poetą był i basta!

Bauhaus - Silent Hedges

No Muuusiał xD W końcu zamiast jakiegoś pitu-pitu wyjechał z solidnym, gęstym i mhrocznym post-punkiem. Słuchało się ich trochę i ówdzie te dekadę temu, podczas tego zabawnego okresu, w którym chciałem być edgy, post-punkowy i w ogóle. Może się nie malowałem i nie nosiłem na czarno, ale swego czasu przypominałem starego Roberta Smitha, więc dla mnie to close enough. Fajnie wrócić było do tego zespołu po latach i stwierdzić, że jednak jakim się było, takim się było, ale gust się miało spoko, bo to nadal jest spoko kompozycja, Peter Murphy wielkim poetą znowu jest i generalnie wszystko tu jest takie jak trzeba. O takie post-punki nic nie robiłem, duża, solidna i czarna jak dupa okejka!

Massive Attack - Hymn of the Big Wheel

Zara tu będą jajcury takie, że hohoho, bo Massive Attack to jest dla mnie zespół, co do którego NIE WIEM jak się ustosunkować. Dużo SPOX rzeczy, parę fajnych płyt, niektóre nawet mam na cedekach i generalnie "szanuję za to, co zrobili dla trip-hopu", ale z drugiej to miewam często momenty, w których ta muzyka albo mi nie wchodzi, albo wręcz wkurza. XD Hymn wielkiego kółka jest generalnie spoko, ale miałem z nim to samo - za pierwszym razem też chciałem zjechać, za drugim mi się podobało, za kolejnymi bywało raz siak, raz tak. Nie pamiętam, by w latach mej szeroko pojętej młodości ten utwór mnie jakkolwiek porywał tho. No daję swój klasyczny znak niepewności, bo równie dobrze mogę za kilka miesięcy w podsumowaniu przeprosić kolegę Roberta, jak i nadal leciutko kręcić worem.

HAIM - Now I'm in it

Byłem niedawno w Poznaniu, więc czas na związaną z tym miastem anegdotę - tak z 9 lat temu miałem, poznanego w internecie, bo kurde niby gdzie wtedy XD, kolegę Adriana stamtąd. Studiował informatykę, siedział całymi dniami w piwnicy i rozmawialiśmy o gierkach, fobii społecznej oraz różnych pierdołach. W sumie przez jakiś czas kontakt był spoko, potem zatrudnił się w jakiejś firmie z branży, poznał kobietę i wyszedł z niego raczej taki toksyczny i irytujący buc, a że ja też byłem takim, to jakoś tak się nasze drogi rozminęły. xD Jak się pewnie nie domyślacie - typ słuchał HAIM, chyba wtedy jakoś debiutowały i podrzucił mi ich pierwszą płytę. Nic z niej naturalnie nie pamiętam, poza jednym, w miarę sympatycznym hiciorem - chyba się zwał Forever i chyba był wykorzystany w jakiejś reklamie TVNu czy coś. Nie wiem, to była jedna z tych rzeczy, które jakoś siadają i zaskakują, chociaż w sumie nie mam pojęcia dlaczego. Ja sam jeszcze nie umiem sprecyzować jakie to czynniki sprawiają, że jeden tego typu hit mi siada, a drugi nuży - może właśnie po prostu chodzi o jakikolwiek kontekst, skojarzenie i ja się tu głowię odkrywając przy tym koło?

No w każdym razie ten kawałek brzmi jak dowolna inna piosenka z tamtej płyty HAIM, której totalnie nie pamiętam po 9 latach, aczkolwiek nie jest zła. Ot takie tam granko i plumkanko. W sumie to diabli wiedzą, a nuż mi kiedyś się odmieni? Ale tego państwo dowiedzą się [informacja dostępna dla subskrybentów MINTAJ+].

NO taka kolejeczka o. Bahaus spoko przypominanie, Nirvana odkryciem kolejki. Reszta w sumie w mniejszym (dwunastogodzinne folki) lub większym (HAIM) stopniu spoko balansujące na granicy średniości. Bywały kolejki lepsze, bywały kolejki gorsze.

Na koniec tylko parę słów o mojej wrzucie - no generalnie to jak tak se paczam, to widzę, że ta Demarczyk była zaskakujaco dużym szokiem kulturowym, czego szczerze mówiąc się nie spodziewałem i nie zakładałem. Fajnie, że poznał się murzyn, że Robert się pozna to byłem pewien, bo kto jak nie ten RYMiarz i autysta teatralny. ;] Od reszty dostałem pomyjami, czasem bywa i tak - lojalnie ostrzegam, że zapędów w stronę poezji śpiewanej raczej nie z mojej strony nie będzie, więc spokojna wasza rozczochrana. Howgh, bierzcie i wrzucajcie kolejne rzeczy.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 sty 2023 23:54

ALELUJA
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 18 sty 2023 01:41

I DO PRZODU

Thom Yorke - Truth Ray (2014)

Dalej 2018 rok. Jeśli Hymn of the Big Wheel był symbolem jakiegoś porozumienia i zbliżenia, to Truth Ray w tamtym czasie idealnie służyło jako podpora w momentach trudnych. Zgrzytach w relacjach. Kiedy serducho męczą wyrzuty sumienia. Gdy poczuło się jakąś niesprawiedliwość. Dostało mocniejszy cios i zachodzi potrzeba pewnego zrozumienia i ukojenia. Chyba jeszcze nie wrzuciłem kawałka, do którego zdarzało mi się płakać. Mam kilka tego typu kart w talii. Do dziś jeszcze kojarzy się lekko z pewnymi osobami. Z jednej strony rozwijało się życie "artystyczne", zabawa w teatr w liceum robiła się poważna. Z drugiej coraz więcej było lekkości w nawiązywaniu kontaktów. Miałem już parę poważnych miłosnych potknięć dotychczas. Chyba dopiero okres pandemii sprawił, że stałem się trochę bardziej gruboskórny w temacie uczuć. Nie żebym stał się oschły, ale nie ma już rozpamiętywania dniami, tygodniami, miesiącami. W przywoływanym okresie tak jeszcze było. Wielu rzeczy się uczyłem, sprawiały wrażenie całkowitych nowości. Dzisiaj wiem, że absolutnie niczego bym nie zmienił, bo podoba mi się moje obecne opakowanie. Trudno jednak nie przyznać, że momentami bywało boleśnie. Jak gwałtowne rozstania czy niezrozumiałe napięcia, to potem głębokie rozmowy z przyjaciółkami, odświeżanie głowy, dochodzenie do siebie. Niektóre epizody z tamtego czasu są już nie do odwrócenia. Było wiele przelotnych flirtów, które przekułem w sensowne i bogate relacje, pozytywne. Jednocześnie to ostatni okres, gdy znaleźli się nieprzyjaciele. Jestem dość spokojnego usposobienia i tylko paru osób tak naprawdę szczerze nie lubię. Nie żywię urazy, nie duszę jej w sobie. Wydaje mi się, że są i tacy, którzy tak lekko do tego nie podchodzą. Ich strata i przewrotna niedojrzałość.

Tomorrow's Modern Boxes... zanim Thom zachwyci świat muzyką do Suspirii, Dawn Chorus, i tak dalej, to zaproponuje dwie naprawdę solidne elektroniczne płyty, które wydają mi się dziwnie niedoceniane. TMB akurat lubię za totalnie niespieszny charakter, jest bardzo impresyjna. Ma bogate brzmienie, gęste od syntezatorowych pomruków, ale to trochę inna energia niż to, co jest na ANIMIE. Tutaj dzieje się pełnoprawna zima. Dość introwertyczne, osobiste, liryczne, bez sporego zestawu instrumentów. W przeciwieństwie do The Eraser mniej rytmu rodem z IDM, pianinko rzadszym gościem, perka raczej schowana pod kołdrą. Utwory typu Unmade nadają się doskonale do grania na żywo. Truth Ray jest bardziej piwniczne, ale bez interpretacji utrwalonych przez internet proszę. Dużo słów, ale po linijkach pokroju "Have you no mercy", "Don't let go", "now I've lost everything" dostatecznie dobrze zrozumiecie. Linijki ważące sporo, ale podane przekonująco. Doskonałe outro, które satysfakcjonująco podkręca budowany klimat.

https://www.youtube.com/watch?v=_TZkKx7Rrhc
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 18 sty 2023 01:45

A no i jakieś tam podsumowanie... trochę za dużo mehu, no ale co zrobić, jeszcze nie wszyscy odkryli w sobie pokłady miłości dla Jah. Czuję w kościach, że za kilka miesięcy będą naprawdę udane powroty. Poza tym całkiem ciekawie, jak tak połączyć wszystkie teksty, to numer prześwietlony od początku do końca, luks xD
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 18 sty 2023 06:58

No dobra Panowie, lecim dalej. Dragon domagał się tego wykonawcy to go dostanie, ale nie w takim wydaniu może jakiego się spodziewał. Dawno temu, przy okazji musiałowej wrzutki DigitALLove wspominałem że będę miał niejako własną odpowiedź na tenże numer, wrocławski niezal lat 2000., tak się składa że się otarłem swego czasu o coś takiego w formie duetu Husky.

Husky - Chaos, Chaos In My Head
(2002)

Husky to duet składający się z producenta Jacka Dojwy i wokalistki/piosenkarki Patrycji Hefczyńskiej aka DJ Patrisia. Debiutowali w 2002 roku albumem "Czy słyszysz?" który opisywany był łatkami typu muzyka klubowa/nu pop/chill out ale jak dla mnie w przewadze panuje tu trip-hop. Na Husky natknąłem się będąc w liceum, konkretnie chyba w klasie maturalnej już kiedy nasza klasa w końcu się dostatecznie dotarła ze sobą i zdarzało mi się wyjść ze znajomymi na miasto lub trafić na jakąś domówkę. A możliwe że nawet stało się to już na początku studiów, nie jestem też pewien od czego się zaczęło czy od jednego z utworów z ich debiutu czy od singla promującego ich drugą płytę zatytułowanego "Iskrzy, iskrzy!!!". O ile wspomniany singiel z 2005 roku o wiele bardziej szedł w muzykę klubową tak wcześniejsze ich numery bardziej obracały się wokół klimatów trip-hopowych, nieraz z wykorzystaniem kontrabasu i trąbki. W każdym razie dwie koleżanki z mojej klasy z liceum lubiły ich muzykę a nawet swego czasu zmontowały własny klip do jednego z singli z debiutu. Będąc już chyba na studiach udało mi się zdobyć ten album w mp3 poprzez wspólnych znajomych i nadrabiałem. Jako że Husky prędzej czy później i tak by wleciało do mojej bestki myślę uznałem że na tym etapie mogę już czymś rzucić z ich dyskografii, ostatecznie wybrałem utwór Chaos, Chaos In My Head z dwóch powodów.

Po pierwsze dlatego żeby właśnie zaprezentować Wam tą bardziej tripową odsłonę muzyki Husky a po drugie bo to jedyny numer z plyty śpiewany po angielsku i tym fortelem liczę że właśnie podejdziecie odpowiednio do tej muzy skupiając się bardziej na klimacie niż warstwie lirycznej która jest IMO drugorzędna a wokal DJ Patrisii potraktujecie bardziej jak kolejny instrument po prostu. Chaos, Chaos In My Head to moim zdaniem też jeden z lepszych kawałków na tej płycie, którą myślę sobie jeszcze w swoim czasie może omówimy a póki co częstuje Was takim smakowitym teaserem. Jest tu wszystko co najlepsze w ich twórczości, jest kontrabas, cyfrowa zimna elektronika, jest dobry tripowy bit wraz ze skreczami, jest trochę spooky klimat z jakimiś krzykami/piskami pojawiającymi się tu i ówdzie oraz świetne brzmienie trąbki. Całość ma bardzo fajny wieczorny vibe, produkcja stoi na naprawdę świetnym poziomie, poza tym jak na polską muzykę brzmi unikatowo i jest bardzo zamrożona w czasie swojego powstawania jak chociażby debiut Smolika, teraz takiego klimatu już nie ma i za ten wehikuł czasu punktuje sobie u mnie. Na koniec jeszcze ciekawostka bo zgłębiając temat natrafiłem na takie info że Husky w owym 2002 roku wystąpiło nawet w Festiwalu w Opolu na specjalnym koncercie pt. "Polski clubbing" poświęconym rozkwitającej u nas scenie muzyki klubowej a koncert prowadziła wówczas Novika, czyli taka jedna z naczelnych twarzy tej sceny obok może Reni Jusis która jednak była bardziej radiowa. W każdym razie jest nawet wykonanie tego kawałka z Opola na YT, bogatsze nawet o brzmienie fletu ale jakość jest taka sobie. Zapraszam w podróż do czasów pierwszego Idola, mundialu w Korei i Japonii i postawionej na żel fryzurze Kuby Wojewódzkiego :)

https://youtu.be/Kag3nTkTCoU
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 18 sty 2023 09:00

David Sylvian – A Fire in the Forest

O Sylvianie, podobnie jak o Nicku Drake’u, przeczytałem pierwszy raz na forum PT, jakoś jeszcze w 2009 r., ale dopiero na początku 2010, zdecydowałem się posłuchać muzyki. Na pierwszy ogień poszło „Blemish” z 2003 r., bo był to album niesamowicie wręcz prejzowany na w/w forum. Jak ktoś ogarnia dyskografię DSa, to wie że „Blemish” na dzień dobry jest propozycją dosyć abstrakcyjną. Ale ja nic o Sylvianie nie wiedziałem, to było jeszcze zanim miałem w zwyczaju czytać całą Wikipedię o artyście, przed usłyszeniem jakiejkolwiek muzyki. Do tego, muszę się do czegoś przyznać. Pomyliłem faceta z kimś innym, a dokładnie z kanadyjskim klawiszowcem i kompozytorem Davidem Kristianem, którego nazwisko obiło mi się o uszy kilka razy, a do tego słyszałem płyty, na których on grał.

Pamiętam dokładnie ten dzień. Wg. Lasta, to była niedziela, 24 stycznia, popołudnie, a ja pisałem jakiś esej na zaliczenie z Historii Kultury dla niejakiego Ejziego, dziwacznego profesora, który połowę zajęć zużywał zawsze na yyyyy i eeeee, między słowami. Specjalnie na potrzeby tego tekstu, wszedłem na starego maila i wykopałem ten esej. Gdzieś w pobliżu znalazłem jeszcze krótkiego maila do kumpla ze studiów na temat innego zaliczenia, którego treść tu wklejam w całości bo uważam, że dobrze oddaje studiowanie, gdziekolwiek i na czymkolwiek - „Są takie punkty, że nie łapię o co biega, rzuć okiem, dodaj poprawki i mi odeślij. Jakoś to gówno zmęczymy„.
W każdym razie, esej miał tytuł „Portret obcego w filmie „Obcy – Ósmy Pasażer Nostromo” (100% munlupa) i kończy go tekst „W tym "przedstawieniu", obcy jest zatem jeden. Zmieniają się tylko maski” UUU OOOO <odrzucane niggasy>. Jezu, nie wierzę, że ja to wysłałem Ejzjemu, w ogóle nie pamiętałem, o czym było to zaliczenie, ale pamiętam że włączyłem sobie do tego pisania „Blemish”. No i tak słucham, słucham, i myślę sobie, o, to ten Sylvian ma tu jakiegoś wokalistę na płycie. Bo ja cały czas myślałem o Sylvianie, jako o Kristianie, i miałem zakodowane, że to jest klawiszowiec, a nie śpiewak. Jakoś w połowie płyty postanowiłem w końcu zrobić sobie przerwę od eseju, i zacząłem czytać o Sylvianie. Zdziwiłem się, że nie ma u siebie wymienionych płyt, z których go niby znałem. No i w końcu mnie olśniło, że to nie ten facet. I że Sylvian to przede wszystkim wokalista, a za muzykę na „Blemish” odpowiada w dużej mierze awangardowy gitarzysta Derek Bailey. Ostatni kawałek na płycie nagrał Christian Fennesz, austriacki guru ambientu, o którym wtedy oczywiście tez nic nie wiedziałem. I to był właśnie „A Fire in the Forest”, prawdopodobnie najbardziej konwencjonalny utwór na albumie.

Ciepła, brudna, minimalistyczna elektronika, to wszystko co istnieje w tle wokalu Davida. Ja w tamtym czasie coraz bardziej przekonywałem się do minimalizmu w muzyce, i ten kawałek był dla mnie kolejnym argumentem, że mniej znaczy więcej.

Tamten rok, to był rok odkrywania płyt DSa, szok za szokiem jak różne były te albumy, ale też wielka radość bo większość z tego mi bardzo podchodziło. Do teraz „A Fire in the Forest” pozostaje moim ulubionym jego kawałkiem.

Swoją drogą, u Sylviana zaczęło się pod koniec ubiegłego roku dziać, i to tak po ok. 6 latach nie wydawania żadnej muzyki, ani nie występowaniu u innych. Najpierw oddanie strony na fb profesjonalnej firmie od social mediów, potem pierwszy od 9 lat śpiewany występ na tribucie dla Sakamoto, wydawane seriami wznowienia starych płyt (przecież Blemish czekało na to 19 lat) oraz kilka archiwalnych demówek wrzuconych do neta dla fanów przez samego Davida (co nie jest do końca w jego stylu). Szczerze mam nadzieję, że pochorowany Sylvian, jest w kondycji, a przede wszystkim w nastroju, na jakiś, nawet jednorazowy, come back.

https://www.youtube.com/watch?v=pI9UIAtv3NQ
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 18 sty 2023 11:07

Craft Spells - After the Moment (2011)

Zastanawiałem się dłuższą chwilę, co powinno tu wlecieć, albowiem myślałem o innym numerze, ale straty nie będzie, gdyż inny numer wleci jako wideo. Obydwa mają dla mnie bardzo specyficzną konotację, i odnoszę je do pewnego dość magicznego okresu w moim życiu (choć klepałem wtedy przepotworną biedę, a miało być gorzej), jaki miał miejsce dokładnie 10 lat temu. Byłem wtedy w Warszawie raptem od paru miesięcy, ale już działo się naręcze srogich rzeczy. Trochę znikąd, ale jednak, ogarnąłem sobie pannę przeżywając na dobrą sprawę po raz pierwszy (choć miałem 23 lata z hakiem) taką prawdziwie nastoletnią miłość (jednocześnie z perkami bycia - powiedzmy - dorosłym) z właściwie późną nastolatką, albowiem moja ówczesna panna (z którą mam szczęście się do dziś przyjaźnić, bo to naprawdę świetna osoba jest) miała wówczas 19 wiosen. Była masa uniesień, wszechogarniających emocji, potężnych tęskniaczków, no po prostu naprawdę konkretny ładunek uczuć. Utwór, który wrzucam pochodzi co prawda z mojej biblioteki (poznałem go, wraz z całą płytą Craft Spells o tytule Idle Labor w listopadzie 2012, oczywiście Captured Tracks), ale w tamtym czasie zasłuchiwaliśmy się w nim oboje. Jak zaczynaliśmy poważniej kręcić ze sobą pod koniec grudnia tamtegoż roku wysłałem jej ten kawałek i bardzo się wkręcił. Nie był to rzecz jasna jedyny, jaki królował na smutnej wieży podłączonej do jeszcze smutniejszego laptopa w nieco mniej smutnym mieszkaniu naprzeciwko warszawskiej fabryki Wedla, ale dziś, kiedy mam w sobie dziwaczne wprost pokłady nostalgii (styczeń niemal zawsze traktowałem jako taki miesiąc zero, nie mam z żadnym chyba żadnych poważnych wspomnień, poza właśnie rokiem 2013 i moooże 2018), wyciągam coś, co strzela mnie right in the feels. Tak, to zdecydowanie jeden z najważniejszych kawałków dla mnie.

Craft Spells to jest, czy raczej był, taki mocno słodkohipsterski projekt Justina Vallesterosa, który to typ wygląda, jakby miał 17 lat. Gość OIDP pochodzi z San Francisco i tam spędził większość swojego życia oraz tam rozkręcał ów projekt. Projekt, który w pewnym momencie rozrósł się do zespołu, acz jego jedynym stałym członkiem był właśnie sam Justin. Wydali pierwszy album, wyżej wymienione Idle Labor w 2011 roku, potem EP w 2012, potem kolejny album w 2014 (gorzki remark, bo słuchałem go jak już się z ową panną rozstałem lol), a potem przepadli. Jeszcze przez 3-4 lata Vallesteros postował coś na swoim FB po czym przepadł i właściwie nie wiadomo, co się teraz z nim dzieje. Możecie potraktować ten numer jako swego rodzaju follow-up do Bleed Bleed Bleed, bo słuchałem obu w podobnym czasie i podobnym miejscu, w swoich tzw. hipsterskich czasach. Dziwny był to czas, bez wątpienia, ale też pod wieloma względami po prostu fajny i wspominam go z pewnym rozrzewnieniem. Mogę ja sam właściwie uznać ów kawałek za takie moje "Put Your Money on Me" zapodane przez Hiena nieco wcześniej, albowiem jeśli miałbym szukać w swojej historii muzycznej czegokolwiek, co stałoby najbliżej tego vibe'u i klimatu, to będzie właśnie Craft Spells. W ogóle ciekawym jest, że ja za całą płytą, z której pochodzi ten numer średnio przepadam, bo jest trochę za bardzo słodkopierdząca jak na mój gust xD Druga wypadła o niebo lepiej, tutaj wszystko jest aż lepiące się od cukru, poza... no właśnie, poza tym numerem, który jest taki strasznie naiwny, jakoś walący młodzieńczą energią, powiedziałbym też, że to daleki kuzyn Hellogoodbye. Takie coś, co prawdopodobnie doskonale wchodziłoby latem, no ale podobnie jak z H-G poznałem to późną jesienią, a "pełną energię" poczułem wczesną zimą (która chociaż śnieżna wtedy była, pamiętam...), ale za to w jakim wydaniu. Także ja sobie ponostalgizuję, a Wy, Porcupine Tree Forumowicze, sobie posłuchajcie.

https://www.youtube.com/watch?v=xuHgn5D95GE
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 18 sty 2023 22:52

Led Zeppelin - Achilles Last Stand

Chciałem rozpocząć tę wypowiedź od "mój plan na tę kolejkę...", ale dobrze wszyscy wiecie, że ja żadnego planu na te wrzuty nie mam. xD Niemniej chciałem gdzieś w okolicach tej edycji "wykorzystać" parę zespołów, które były dla mnie ważne, ale ni cholery nie byłem w stanie ich wrzucić, bo albo to nie był czas i miejsce, albo znajdowałem ad hoc coś bardziej adekwatnego, albo nie potrafiłem wybrać jakiegoś jednego konkretnego utworu. Do tej kategorii należało Pink Floyd z pierwszej kolejki, do tej kategorii będzie należeć [informacja dostępna dla subskrybentów MINTAJ+], do tej kategorii należy i ta wrzuta.
Led Zeppelin wielbiłem oporowo będac przedstawicielem szeroko pojętej kategorii istot uważanych za młode. No, najwięcej i najczęściej to gdzeiś wiosną 2011, mógłbym nawet zaryzykować tezę, że byłem czymś pokroju fana i w ogóle miałem zajawkę, aczkolwiek towarzyszyli mi w miarę często i w latach późniejszych. W sumie to też nie wracam jakoś często, jak już to do poszczególnych traczków, ale po dziś dzień uważam, że numerowane albumy mieli w płytę, Bonham wielkim bębniarzem był, Page też wielkim poetą i w ogóle nie przeszkadza mi nawet to, że pół dyskografii zerżnęli od bluesmanów. xD
Ponieważ uważam, że najlepsze co nagrali to albumy numerowane i w poprzedniej kolejce napisałem, że nie lubię przeciągniętych piosenkowych form zgadnijcie co wybrałem? Tak, relatywnie długą kompozycję z jednego z ostatnich albumów tego zespołu. Trochę też, jak u Floydów, bawiłem się w eliminację, bo jednak chciałem wam odpuścić Trójkowy Top Wszechczasów w postaci Schodów, Kashmiru nie lubię, inne ich hity to też nie jest aż taki mój top. Ostatni krok Achillesa to rzecz po prostu epicka i zajebista. Basta.
Bierzcie i słuchajcie tego, jak zawsze.

https://www.youtube.com/watch?v=1t4KLOm7pO0
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 18 sty 2023 23:31

Savage - Fugitive

A tera bedzie italo disco na fest.
Zawsze lubiłem Savage, również z coveru Strangelove, a przede wszystkim z mega hicioru Only You. Miał gościu parę naprawdę wielkich hiciorów. Ale dla mnie zawsze serce biło dla utworu Fugitive. 100% Savage w Savage. Jest rytm , jest melodia, jest charakterystyczny wokal, no i przede wszystkim są wspomnienia. Jak byłem młodym szczylem, jakimi Wy byliście jeszcze chwilę temu, to Savage wiele dla mnie znaczył. Zawsze lubiłem dobre italo disco. I nadal lubię. Na każdej imprezie tanecznej modlę się o italo disco. Pamiętam, że w latach mojego warcholstwa Savage był wszędzie. To była muzyka wszechobecna. Bo to najbardziej taneczna i przyjazna muzyka świata.
Byłem krótko trzymany przez matkę, ale czasami zdarzało mi się bywać na jakichś przedpotopowych imprezach. Np. na sylwetrze u ciotki, czy kuzynki w podstawówce. I wtedy nie dość, że człowiek bez nadzoru rodziców mógł coś tam łyknąć wyskokowego, to jeszcze zaznał kawałek dobrej muzyki mogąc powzdychać do dziewczyn starszych kuzynów. Feelsy niesamowite. Czasy niepowtarzalne, których Wy nigdy nie doświadczyliście i nie zrozumiecie.
Ja uwielbiam imprezy, na których grają po prostu rytmiczną i przyjazną muzykę dla par. I Savage taką zapewnia. Fugitive takie jest. Charakterystyczny rytm, świetna melodia, świetny wokal. Po prostu świetna muzyka. Muzyka z przeszłości, muzyka, która zawsze mnie rusza. Muzyka, której nie mam na swoi playerze, której nie słucham na codzień, ale która mnie niesamowicie jara zawsze, jak ją słyszę. Muzyka bez daty ważności. Savage to Savage. Albo się lubi, albo kurde nie.
Zawsze życzę sobie na jakiejkolwiek imprezie jak najwięcej muzyki typu Savage. W tej chwili słucham Fugitive i moje nogi tańczą wraz z żona, która już dawno śpi. Nie ma nic lepszego do tańca niż rytmiczne italo-disco. Po prostu nie ma. Jak ktoś zna lepszą, to proszę o namiary.

https://www.youtube.com/watch?v=hmjBcKt_ehs