Best of Forum (Edycja albumowa)

Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lut 2023 12:16

Pięknie. I tym oto akcentem zakończyliśmy omawianie ostatniej płyty w tej pierwszej bestce, a wszystkich ich było łącznie 65!

Będziemy teraz mogli przechodzić do podsumowań a póki co dla ułatwienia podrzucam ściągawkę z listą wszystkich omówionych tu albumów :)

Kolejka 1.

Nas - Stillmatic (Murzyn)
Leighton Meester - Heartstrings (munlup)
Karl Hyde - Edgeland (dev)
Recoil - subHuman (Dragon)
Depeche Mode - Violator (Czezu)
King Crimson - Discipline (mentos)
Sting - The Soul Cages (wujas)

Kolejka 2.

Papa Dance - Poniżej Krytyki (mentos)
Pezet/Noon - Muzyka Poważna (Murzyn)
Kraftwerk - Computer World (Czezu)
John Carpenter/Alan Howarth - Escape From New York (munlup)
Tangerine Dream - Rubycon (Dragon)
no-man - Schoolyard Ghosts (wujas)
Stan Ridgway - Black Diamond (dev)

Kolejka 3.

Philip Glass - Koyaanisqatsi (Murzyn)
Blondie - Eat to the Beat (Melki)
The Advisory Circle - Other Channels (dev)
The Bravery - The Bravery (munlup)
Katie Melua - In Winter (wujas)
GAS - Pop (Dragon)
Grimes - Visions (mentos)

Kolejka 4.

The Cure - Seventeen Seconds (Murzyn)
XTC - Nonsuch (munlup)
Robert Wyatt - Rock Bottom (mentos)
Jean-Michel Jarre - Oxygene 7-13 (Dragon)
Pet Shop Boys - Actually (wujas)
John Foxx and the Maths - Interplay (dev)
Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways (Melki)

Kolejka 5.

The Disposable Heroes of Hiphoprisy - Hypocrisy Is The Greatest Luxury (munlup)
Esprit 空想 - virtua.zip (Dragon)
Gang Starr - Moment of Truth (Murzyn)
Poets of the Fall - Signs of Life (dev)
Susanne Sundfør - Music For People In Trouble (wujas)
Sandra - Paintings in Yellow (Melki)
Kate Bush - Never For Ever (mentos)

Kolejka 6.

Honeyroot - The Sun Will Come (Murzyn)
Fishmans - Uchū Nippon Setagaya (munlup)
Long Fin Killie - Houdini (Dragon)
Birdy - Young Heart (wujas)
Moev - Yeah Whatever (dev)
Pink Floyd - Dark Side of The Moon (mentos)

Kolejka 7.

Pink Floyd - Wish You Were Here (Murzyn)
Alicia Keys - HERE (wujas)
Wild Nothing - Nocturne (dev)
Justin Timberlake – FutureSex/LoveSounds (munlup)
Arca - Arca (Dragon)
My Bloody Valentine - Loveless (mentos)

Kolejka 8.

Boards of Canada - The Campfire Headphase (Dragon)
Frank Sinatra – Only The Lonely (munlup)
Electric Light Orchestra - Discovery (dev)
Fever Ray - Fever Ray (Murzyn)
Taylor Swift – folklore (wujas)
David Bowie - Heroes (mentos)

Kolejka 9.

Lilu - LA (Murzyn)
DJ Spooky - Songs of a Dead Dreamer (Dragon)
Simple Minds - Black and White 050505 (dev)
New Order – Technique (wujas)
Nick Drake – Pink Moon (munlup)
Sparks - No. 1 in Heaven (mentos)

Kolejka 10.

Banco da Gaia - Maya (dev)
Kraftwerk - Electric Cafe (Murzyn)
Jean-Michel Jarre - Metamorphoses (munlup)
Massacre - Killing Time (Dragon)
Recoil – Liquid (wujas)
Kult - Tata Kazika (mentos)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 20 lut 2023 11:47

Podsumowanie czas zacząć. Ta pierwsza dycha trwała ponad rok, więc wieczność. Jako, że każdy z nas w tych podsumowaniach podchodzi do sprawy w trochę inny sposób, to też ja zrobiłem to po swojemu. Montowałem 10 ulubionych nieznanych albumów z całości i tak się ułożyło śmiesznie, że od każdego wyszły po 2, poza Czezem i Melkim, ale Czez dostarczył tylko albumy, które znałem (wrzucił Depeche Mode, kaman), a Melki w zasadzie też lol… Tym samym oto co najbardziej zostało mi w głowie po roku:

Murzyn:

Phillip Glass – Koyaanisquantsi
Fever Ray – Fever Ray


U Murzyna mógłbym długo wymieniać, bo przecież jeszcze na wstępnej liście miałem Gang Starr, miałem Nasa, itd. Dużo dobrej czarnej muzyki, ale może dlatego postanowiłem wyróżnić dwie płyty, których się po Murzynie mało kto spodziewał. Glass to była taka rzecz, która mnie zwłąszcza zaskoczyła. I wprawdzie, kiedy zna się już background z GTA, to wyłania się typowy Murzyński, ale mimo wszystko. Płyta z początku mnie tak zadziwiła, że nie potrafiłem powiedzieć, czy mi się to podoba, czy nie, ale wyczuwałem w tym znajomy, przyjazny klimat. Kilka przesłuchań rozwiało wątpliwości, album jest świetny i do dziś, nikt inny w bestkach nie zapodał czegokolwiek w takim stylu. Fever Ray to było dosyć grube zaskoczenie, bo The Knife nie lubiłem, nie lubię i raczej nie polubię, a tu proszę. Doskonały album, bardzo mi podszedł. Jeżeli na coś mógłbym ponarzekać, to to, że Murzyn nie zaprezentował nic z czarnych, soulowych klimatów, którymi włada i rządzi w bestce utworowej, ale wychodzi na to, że on całych płyt w tym stylu nie zna, tylko utwory z GTA xD


Wuja

Katie Melua – In Winter
Birdy – Young at Heart


Shodan dostarczył z kategorii „śpiewające panie” i dostarczył dużo dobrego. Oba te albumy mają w sobie coś unikalnego, zarówno jeśli chodzi o wokale, jak i muzykę. „In Winter” to jest magiczne przeżycie i mimo że narzekałem na Wuja wrzucającego to wiosną, to ostatecznie muszę stwierdzić, że nie zepsuło mi to tego albumu. Birdy ma na swoim albumie rzeczy mniej mnie interesujące (choć nadal bardzo dobre), ale jest też taki fragment płyty, który powala na ziemię i przez to, reszta również zyskuje. Tym samym, to się jako całość prezentuje kapitalnie. Trochę poza konkursem, muszę wyróżnić też Stinga.
Wuja zapodał trochę albumów, które znałem, trochę których nie znałem, jego wrzutki dzieliły się na śpiewające panie i kategorię „inne”, w której mieściło się dużo powrotów do przeszłości świata Wujaska. Ja sobie cenię korki Shodana ze śpiewających pań, bo inaczej by tu było jak kot napłakał takich albumów. Może czasami postękamy, że jest tego dużo, ale w rzeczywistości się cieszymy.

Musiał

Poets of the Fall – Signs of Life
Wild Nothing – Nocturne


Co tu dużo mówić, Dev rozbił u mnie bank klonem Nickelback, czego sam bym nie obstawiał. Co śmieszne, ja już ten album słyszałem wcześniej, ale teraz dopiero naprawdę uderzyła mnie jego zajebistość. Jako jedyna osoba, która poznała się na tej płycie, czuję się wyróżniony i generalnie mający trochę więcej rigczu niż reszta. Wild Nothing natomiast to trochę taka nagroda pocieszenia, tzn. dużo Dev dawał w tej zabawie płyt, które już znałem, więc wybór był dosyć ciasny (Poeci przeszli wyjątkowo), ale „Nocturne” wyróżniam, bo generalnie nie lubię tego zespołu, ale mimo że nie wszystko mi się na tym albumie podoba, to jednak go cenię i byłem zaskoczony tym, jak niektóre kawałki mi się wkręciły.

Musiał był w tej zabawie najczarniejszym koniem i nigdy nie wiadomo było w jakim stylu będzie następny zaproponowany przez niego album. Dev nigdy się nie bał co powiedzą inni, nie wrzucał pod publikę, co u niego niezmiernie szanuję od samego początku wszystkich bestek. Chłop prezentuje nam siebie, a nie próbuje wejść w dupę, i o to chodziło mi w tej zabawie od początku. W efekcie zebrał dużo batów, ale zawsze może sobie powiedzieć, że jego najbardziej kontrowersyjna płyta i tak zebrała lepsze opinie na forum DM niż Alan Wilder xD


Smoku

Massacre – Killing Time
Arca – Arca


Szczerze, jeśli gdzieś mam wyrzuty, że obciąłem jakiś album, to u Smoka, bo w ostatniej chwili wypadł DJ Spooky, którego album jest równie dobry, jak te dwa w/w. No, ale musiałem ostatecznie wyróżnić te płyty, bo o ile DJ Spooky był albumem przeznaczonym dla mnie by design, tak Massacre było dziką kartą, która wygenerowała dosyć srogą, nieoczekiwaną fazę, a Arca zaczynała z poziomu umiarkowanego meh, po gorący prejz. Kompletnie różne od siebie albumy, pokazujące w zasadzie esencję Dragona, który lubi ekstrema w muzyce, a głównie w przekazie. W końcu człowiek teatru. Pozostałe propozycje Smoka również uważam za udane (mniej lub bardziej), nawet mogę uznać przygody odkurzacza w Gas Pop.

Dragon nawrzucał trochę klasyki elektroniki i ambientu takich zespołów co to dziw, że nikt nie zna bo kultowe, itd. Ja się dużo z tych wrzutek nauczyłem, sporo kultowych rzeczy nadrobiłem, kilka albumów znałem. Może nie było tak „niebezpiecznie” jak u Deva, ale ciekawie na pewno.


Mentos

Sparks – no. 1 in Heaven
Robert Wyatt – Rock Bottom


Mentos wygrywa u mnie dziaderstwem, zresztą wrzucał głównie dziaderstwo i chyba jedynym albumem z XXI w. jaki wrzucił była Grimes. Jeszcze potrwa zanim Seba wyjdzie z okresu dorastania i przekonania, że tylko stare zespoły i stara muzyka są ok. Póki co będziemy dostawać w ryj Dark Side of the Moon, czy innym „Heroes” xD No, ale pozwoliłem sobie wyróżnić dwie niepozorne propozycje kolegi Mema. Po pierwsze – album, który w końcu przekonał mnie do Sparks, i o którym bardzo ciepło myślę. Po drugie, Wyatt za którego się zabierałem i zabierałem latami i w końcu mogłem zweryfikować moje oczekiwania z dupy, z rzeczywistością. W recenzji napisałem, że nie wiem, czy będę wracał do tego albumu i faktycznie, nie wracam do niego często, ale kiedy patrze na listę tych płyt Mentosa (których nie znałem), to właśnie Robert W. budzi we mnie najcieplejsze skojarzenia. Widać jest to muza, która musi się przegryźć w lodówce i tyle.

Sam Seba w zasadzie został już przeze mnie opisany na początku tego wywodu. „Captain Obvious” tej zabawy, typy wybiera z topu Trójki, ale na szczęście takie płyty, że faktycznie można o nich pisać bez szyderstw. Prejz dla Papa Dance zdemaskował go jako wannabe Dejnarowicza, co by w sumie tłumaczyło dlaczego czasami zachowuje się jak totalny buc. No, ale to tylko pozerstwo, więc można Mentosa nadal lubić. No i czyta się go dobrze, a to jednak jest CUŚ!

A teraz kilka słów o płytach, które znałem dobrze wcześniej i jakiś ogólne final remarksy (ja chyba jestem reinkarnacją jakiegoś angola):

Murzyn

Jacek zapodał 4 płyty, które znałem na pamięć: „Muzykę Poważną” Pezeta/Noonsa, „17 Secs” The Cure, „Electric Kafej” Krautuerku oraz „Wish U Were Here” Pinków Floydów. Wszystkie płyty klasyczne, wszystkie kultowe, a jednak nie tak oczywiste, bo z u każdego z w/w wykonawców znalazłoby się coś bardziej Trójkowego. W zasadzie poza Pezetnoonem, cała reszta była dla mnie większym/mniejszym zaskoczeniem, najbardziej chyba Kraftwerk reklamowane jako absolutny top płyt życia Murzyńskiego. Szanuję i wyróżniam, a co.

Wuja

Wuja jako jedyny póki co zapodał no-man, co z góry stawia go uprzywilejowanej pozycji. Zapodanie mojej ulubionej płyty New Order też stawia Shodana w dobrym świetle. „folklore” niby słyszałem wcześniej, ale to nie było jakieś ostre słuchanie. Po za tym wszystkim (i „Liquid), Wuja dostarczał mi same nowości i to się ceni. Zobaczymy co będzie w drugiej dziesiątce.

Musiał


Ze znanych mi rzeczy, Dev nie wrzucał dużo. Stan Ridgway, John Xoff, Moev, Simple Minds, no dobra, w zasadzie wychodzi mniej więcej tyle, co reszta xD Do wrzucenia tej płyty Moev trochę go podpuszczałem i teraz mam wyrzuty, ale z drugiej strony, sam nadal uważam, że to jest dobry album. Pozostałe płyty również, zwłaszcza Simple Red Minds i Ridgway. Gdyby mi Musiał tych płyt wcześniej nie wrzucił w naszej proto-best, to nie wiem, chyba całe podsumowanie by się tyczyło jego wrzutek.

Smoku

Z płyt, które naprawdę bardzo dobrze znam, Dragon wrzucił tylko dwie: Jarra i Recoil. Boards of Canada znałem, ale nawet o tym nie pamiętałem. Tym samym nie za bardzo mam tu o czym pisać xD O ile Recoil na dzień dobry, malowało taki bekowy wizerunek Smoka, jak Soundgarden w utworach, to potem już było dosyć typowo smokowo i to było fajne, dużo nowości, kwaśnych rzeczy, a słuchanie „Oxy 2” to była czysta przyjemność, no ale ja jestem jarreheadem.

Mentos

Mnetos dał dużo fajnych klasyków mi znanych: Kate Bush, Bowiego, Pink Floyd, King Crimson, czy Kult. Grube nazwy/nazwiska, w kilku przypadkach dosyć oczywiste „violatory”, ale patrząc z szerszej perspektywy, byli ludzie, którzy tych żelaznych klasyków nigdy nie słuchali (zwłaszcza mam na myśli Wuja), więc to nie poszło jakoś całkowicie w powietrze. Mnie się tych wszystkich płyt fajnie słuchało, do tego odświeżające było to, że musiałem usiąść i coś faktycznie napisać o "The Dark Side of the Moon", dzięki czemu musiałem się wysilić i w efekcie spojrzeć na ten album z trochę innej strony. Czy w ogóle zacząć się nad nim zastanawiać, a przecież przy takich gigantach, to się wyłącza myślenie nie jakimś etapie i słucha z automatu. Tym samym, jest metoda w chowaniu się za jakimiś żelaznymi klasykami, a że maluje to obraz Seby jako zatwardziałego trójkowicza jęczącego na cokolwiek nowego (zwłaszcza nową telewizję), to inne sprawa.

Melki

Melki, w swoim krótkim czasie aktywności w temacie, wrzucił trzy płyty, dwie bardzo dobrze mi znane i jedną nowość, która jednak nie miała na tyle silnej pozycji, żebym ją uwzględnił w typach powyżej (Sandra). Ale z tych albumów, które znałem, to Malkolit trafiał bardzo ładnie. Blondie, ok, może sam bym tej płyty nigdy nie wybrał, ani wręcz nikomu nie polecił w pierwszym rzucie, ale jednocześnie zdałem sobie sprawę, że to lepsza płyta niż pamiętałem i generalnie Blondie rządzi. Porcupine Tree reprezentowane było jedną z moich ulubionych płyt tego zespołu, więc komentarz jest zbędny. Naprawdę, liczę na Melkiego w drugiej 10-tce, że będzie wrzucał równie fajne rzeczy, i że nie odpadnie po dwóch kolejkach.

Czez

Czezzy wytrzymał jeszcze mniej, bo dwie kolejki, a w ramach tych kolejek zapodał VIOLATORA oraz "Computer World". Nie wypłodzę tu zbyt dużo tekstu, oba albumy znam na pamięć. O ile DM sobie darowałem, to powrót do Kraftwerk był przyjemny, no ale tak to jest jak ktoś zapodaje jedną z ulubionych, jeśli nie ulubioną płytę zespołu. Ciekawe, co jeszcze było na tej liście Czesława.

I tyle. Tak to powychodziło u mnie, ale generalnie, zapodaliście bardzo dużo doskonałych płyt, więc ten mój top traktujcie raczej symbolicznie.Ze swojej jeszcze strony powiem, że traktowałem to best of w trochę inny sposób niż np. best utworów, a przynajmniej jego pierwsze 25. To co zapodałem przez ten ostatni rok, to nie jest jakieś moje żelazne top10 albumów. Nie mam takiego. Próbowałem zrobić, ale nie potrafiłem za bardzo tego uporządkować, zhierarchizować, itd. Albumy to są bardziej skomplikowane organizmy i trudniej postawić je na wadze z innymi, ze względu na pierdyliard różnych powodów. Niemniej, to wszystko co prezentuję, to jest mój top, po prostu ten top jest bardzo duży xD Również z uwagi na charakter tej bestki, czyli to, że kolejka trwa średnio półtora miesiąca, nie chcę się mrozić jakąś żelazną listą, tylko zostawiam sobie otwartą furtkę. Tzn, listę mam, mam nawet porobione już opisy do płyt, które na jakimś etapie chciałbym wrzucić, ale nie narzucam sobie żadnych terminów, czy kolejności. No, w każdym razie, dzięki Panowie za fajną zabawę, obyśmy się mogli jeszcze długo tak bawić.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 20 lut 2023 15:12

Pozwoliłem sobie jak zwykle zabawić się w liczby. Każdy album oceniłem od 0 do 10 i podsumowałem punkty:

1. Stripped – 73
2. Devotional – 68
3. Hien – 67
4. Mintaj i Dragon – 66
5. Malkolit – 25 (3 albumy)
6. Czez – 14 (2 albumy)

Od miejsca 2 do 4 bardzo ciasno. Tylko Murzyn trochę odskoczył.
Zaskakujące, że choć Hien ma w najlepszej 10-ce aż 4 albumy, to zajął tutaj dopiero 3 miejsce. Jest to wynikiem tego, że oprócz albumów wielkich miał też parę takich, które oceniłem dużo niżej. Odwrotnie stripped – mniej albumów idealnych, ale za to prawie wszystkie na bardzo równym i wysokim poziomie. Oczywiście tę klasyfikację traktuję tak z przymrużeniem oka, bo lubię cyferki i zestawienia. Za rok mogę niektóre albumy oceniać zupełnie inaczej.
Cieszy mnie zaś fakt, że tylko 4 albumy z 55 znałem (DM, PT, Recoil, Kult).

Hien

Hien miał aż 3 albumy, które oceniłem na maksymalną notę. Album Jarre’a – Metamorphoses naprawdę mnie mocno podjarał. Tym bardziej, że nie spodziewałem się ani aż tak dobrej muzyki, ani w takim stylu. Równie mocno urzekł mnie Justin Timberlake, którego FutureSex/LoveSounds jest tyleż równą płytą, co efektowną. Ale największą furorę zrobił oczywiście Fishmans i to już było mega zaskoczenie. Bo wcześniejsze nieśmiałe próby posłuchania Rybaków kończyły się niepowodzeniami. Backbeat ni nokkatte to mój faworyt i już nawet w pracy moi koledzy, co przychodzą do mnie na kawę, znają ten utwór na pamięć.
Bardzo miło wspominam uroczą Leighton Meester z Heartstrings, rewelacyjny The Disposable Heroes of Hiphoprisy - Hypocrisy Is The Greatest Luxury i niezwykle klimatyczny soundtrack John Carpentera i Alana Howartha z filmu Escape From New York. Ten soundtrack zawsze będzie mi przypominał akcję Granica, bo tam to poznałem.
Średni polkask zebrali ode mnie XTC i Frank Sinatra. Bo chociaż Franka szanuję, cenię i z zaciekawieniem posłuchałem, to jednak jest to taki gatunek muzyczny, że raczej ciężko mi będzie wrócić. Przynajmniej do całości.
Były też dwa albumy, które kompletnie nie trafiły w moje gusta, czyli Nick Drake – Pink moon i The Bravery - The Bravery. Strasznie się przy tych płytach wymęczyłem i wynudziłem. Gdyby nie te dwie wpadki, to Hien miałby, podobnie jak w bestkach utworowych, duże szanse na wygraną.
Hien na pewno ma jeszcze przynajmniej kilka wybornych albumów, które łyknę jak młody pelikan. Choć wiem, że ma też i takie, których się szczerze obawiam.

Stripped

Murzyn to niespodziewany zwycięzca tej rundy. Taki powiedzmy sobie umowny, bo ta punktacja nie oddaje wszystkiego. Czasami albumy po prostu ciężko porównać i rzetelnie ocenić. No ale stripped dał radę. Jeden album uznałem, że zasługuje na maksymalną notę, bo Fever Ray naprawdę mnie zauroczyła. Tym bardziej, że poznawałem ją w lesie na grzybach i ta muzyka ma po prostu wprost idealny klimat do takich miejsc.
Bardzo wysoko cenię kilka kolejnych pozycji: Nas – kto by się spodziewał? Świetny hip-hop, z kilkoma naprawdę bangerami, do których często wracam (szczególnie My country i What goes around). Dalej Honeyroot. Gdyby nie te instrumentale, to byłby pewnie maks. Bo utwory wokalne są fantastyczne. Regularnie wracam do dwóch przegenialnych utworów: Nobody loves you (the way i do) i Where i belong. Tak jak Fever Ray zawsze będzie mi się kojarzyć z grzybami i ciemnym lasem, tak Honeyroot z Maderą, bo akurat wtedy była kolej tego albumu i tam słuchałem każdego wieczora przed zaśnięciem.
Miło zaskoczył The Cure, których przecież nigdy nie lubiłem. Dobrze podszedł mi klimat albumu Koyaanisqatsi. Pink Floyd, Gang Starr, Kraftwerk i Lilu też bardzo pozytywnie. Właściwie to tylko
Pezet/Noon - Muzyka Poważna nie było w moim typie. Ale przeżyć też się jakoś dało.
Podsumowując stripped dawał albumy na naprawdę dobrym i równym poziomie. To była recepta jego sukcesu.

Dragon

Dragon dostał ode mnie 2 dychy za oczywiście subHuman oraz DJ Spooky – Songs of a dead dreamer. Ten drugi album był dla mnie naprawdę przemiłym zaskoczeniem. Podchodziłem z ostrożnością, gdy zobaczyłem nazwę jakiegoś didżeja, ale moje wątpliwości szybko uleciały ustępując miejsca ekscytacji. Kawał świetnej instrumentalnej i klimatycznej muzyki. Bardzo przypadł mi też do gustu Rubykon i Boards of Canada. Do grona albumów, które lubię i do których wracam mogę też zaliczyć Oxygene, Arca i Houdini. Arca ma swoje wady, ale generalnie to dobra muzyka. Niełatwa i dziwna, ale jednocześnie oryginalna i bardzo ciekawa. Houdini długo mnie odrzucało, ale dzięki uporowi i wytrwałości dostrzegłem wreszcie w tej płycie dobre rzeczy i naprawdę doceniłem.
GAS to taki rzetelny średniak bym powiedział, szczególnie w kategorii wciągania wody odkurzaczem.
Nie podobały mi się kompletnie dwa albumy: virtua.zip i Killing Time. Ten pierwszy jest po prostu nudny i bez pomysłu, a drugi koszmarnie nudny.
Generalnie w dyszce Dragona było dużo więcej plusów i dobrej muzyki, niż minusów. Najbardziej podeszło mi to, czego się najbardziej obawiałem, czyli ambientowe instrumentale. Żałuję, że tak długo omijałem ten rodzaj muzyki.

Devotional

Może dev nie miał jakiegoś albumu wybitnego od a do z, ale zebrał parę dziewiątek za super rzeczy. Na pewno na tę ocenę zasłużył Banco de Gaia. To dla mnie zaskoczenie, bo po wrzutce utworowej byłem jednak mocno zatrwożony. Tymczasem podczas pewnego niedzielnego, zimowego spaceru weszło mi to jak złoto. W przypadku Simple Minds liczyłem na dobrą muzykę, ale nie sądziłem, że aż tak dobrą. Że będzie to album przede wszystkim tak równy. Na szczególne wyróżnienie zasługuje również John Foxx. Bardzo przyjemny album. Tuż za tym trzyalbumowym peletonem plasują się kolejne bardzo dobre albumy autorstwa Karla Hyde’a, Stana Ridgwaya i ELO. Dwóch pierwszych wykonawców nie znałem, ale bardzo mi podpasowali. Edgeland to album idealny do zimowych spacerów, co i tej zimy już się potwierdziło. ELO długo myliłem z OMD, na początku kręciłem nosem, ale systematyczne dawanie tej muzyce kolejnych szans zaowocowało wreszcie jej zrozumieniem i polubieniem.
TAC i Moev też są spoko, chociaż powroty są już rzadsze. Dobrze wchodzą w małych raczej ilościach.
Są też dwa albumy, których nie mogę zaprejzować. Poeci i Wild Nothing. Ja nie mówię, że to jest zła muzyka, ale po prostu nie dla mnie.

Mintaj

Mentos zebrał jedną dychę za Kate Bush. Postać kultowa w muzyce, której muzyki w ogóle nie znałem oprócz kilku oczywistych singli. Jednak Never for Ever zauroczyło mnie. U mnie często sprawdza się jedna prawidłowość. Pojedyncze utwory mimo, że się podobają, niekoniecznie skłaniają mnie do poznania czegoś więcej danego wykonawcy. Przynajmniej kiedyś tak było. Ale jak cały album zachwyci, to już nie ma o czym mówić. I ja dyskografię Kate na pewno zgłębię.
Potem mamy kilka bardzo dobrych pozycji, które miło wspominam: Robert Wyatt, Pink Floyd, Kult, King Crimson i przede wszystkim Sparks. Kult już znałem i lubiłem. Wyatt i o dziwo King Crimson weszli mi z marszu bez popitki. Choć do KC miałem naprawdę spore uprzedzenia. Do Pink Floyd i w szczególności Sparks chwilę się dobijałem, ale również poszło mocno na plus.
Ciutkę niżej albumy Papa Dance i Dawid Bowie. Bowiego zawsze lubiłem jako człowieka i coraz bardziej przekonuję się do jego muzyki. Może nie wszystko mi pasuje, bo fazy miewał różne, tak jak i na Heroes. Dwa pierwsze utwory kompletnie nie dla mnie. Potem już bardzo dobrze. No ale te dwa pierwsze utwory właśnie psują mi tu klimat. Papa Dance lubię, ale ma lepsze rzeczy wg mnie.
Grimes to urocza kobitka, choć jej wokal i większość utworów do mnie nie przemawia. A próbowałem się zaprzyjaźnić. Nawet dawno po zakończeniu trzeciej kolejki puszczałem sobie jej teledyski i wykony live. Nawet co nieco mi się podobało. Ale Visions jako płyta jednak nie przekonała mnie.
No i niestety na końcu ta nieszczęsna ściana dźwięku w postaci Loveless. Nie potrafię nadal zrozumieć, o co w tym chodzi. Chyba jako jedyny tutaj zresztą.

Malkolit

Melki grał krótko, ale jego albumy wspominam miło.
PT oczywiście 10/10, bo The Sky Moves Sideways to mój ulubiony album Porków. Sandrę znam od wieków, choć nigdy nie słyszałem żadnego albumu w całości. Paintings in Yellow z kilkoma nostalgicznymi hiciorami słuchało mi się bardzo dobrze. No i w końcu Blondie. Pierwszy odsłuch i srogie odbicie się. Ale o dziwo już druga próba była dużo bardziej udana. Są tam ze 2-3 utwory mniej interesujące, ale ogólnie album bardzo fajny.
Szkoda, że Melki zrejterował tak wcześnie, ale wierzę, że w drugiej turze nam to wynagrodzi.

Czez

Czez wytrwał jeszcze krócej i nie zapowiada się na jego rychły powrót. No cóż, zarobiony człowiek.
Zamieścił tylko dwa albumy. Violator - wybór z pozycji fana DM oczywisty, choć raczej ustalaliśmy, że to ma być bestka bez DM. No i Kraftwerk, który mocno zjechałem. Kompletnie nie polubiłem tej płyty. Od tamtego czasu nie robiłem drugiego podejścia. Ale może trzeba będzie spróbować.

Najlepsze 10 nieznanych mi dotychczas albumów: (kolejność losowa oczywiście)

1. Fishmans - Uchū Nippon Setagaya
2. Justin Timberlake – FutureSex/LoveSounds
3. Jean Michel Jarre – Metamorphoses
4. The Disposable Heroes of Hiphoprisy - Hypocrisy Is The Greatest Luxury
5. Fever Ray - Fever Ray
6. Honeyroot - The Sun Will Come
7. DJ Spooky – Songs of a dead dreamer
8. Boards of Canada - The Campfire Headphase
9. Banco de Gaia - Maya
10. Kate Bush - Never For Ever

Łamałem się jeszcze nad kilkoma albumami (m. in. Sandra, Arca, Sparks, Karl Hyde), no ale dziesiątka z gumy nie jest.
Tak więc doczekałem się tutaj mnóstwa dobrej muzyki. I liczę na więcej. Bestka albumowa nawet bardziej mnie interesuje od utworowej, bo zawsze wolałem słuchać całych albumów niż playlisty pojedynczych utworów. Lubię poczuć klimat całej płyty.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 20 lut 2023 18:13

shodan pisze:
20 lut 2023 15:12

Hien na pewno ma jeszcze przynajmniej kilka wybornych albumów, które łyknę jak młody pelikan. Choć wiem, że ma też i takie, których się szczerze obawiam.
Tak będzie, ale nie ma czego się bać. Z każdych płyt się coś wynosi i warto ryzykować, czego Fishmans jest najlepszym przykładem. Nikt nie wracał do tej płyty tyle co Ty, w co nikt, z Tobą na czele, by jeszcze rok temu nie uwierzył.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 20 lut 2023 18:31

Panowie zaczęli podsumowania, więc jest od kogo zgapiać. Nie będę robił żadnej listy. Podchodzę do tego tak, że dana płyta broni się wtedy, gdy do tej pory dość dobrze ją pamiętam. Wnioski ogólne... w płyty bawię się zupełnie inaczej niż pojedyncze wrzutki. Wrażenia "na już" raczej dotyczą obrazu całości, ale płyty często zostają na dłużej ze względu na wybrany ciąg utworów, nastrój, jaki panował w trakcie odsłuchów. Nie ma sztywnej reguły, więc nie ma faszystowskiej formy oceny. Nowości dostawały ocenki na RYMie, choć są często kompletnie niemiarodajne. Coraz bardziej to przypomina muzyczny pamiętnik niż przestrzeń na chłodne oceny. Wszystko oddają teksty. Spisałem sobie listy waszych propozycji w notatniku. Płyta mogła dostać nic, plus lub znak zapytania. Plus, wiadomo, wyraźnie pozytywne wrażenia. Nic, wiadomo, prędzej się odbiłem niż coś do mnie trafiło. Znak zapytania to bardzo ambiwalentne podejście.

Hien

Zaczęło się od odkrywania obcych kontynentów, a skończyło powrotem tam, gdzie byłem już. Świetne Heartstrings, gdyby było na Spotify, to pewnie hulałoby częściej. Mimo tego wiele kawałków umieściłem na własnej plejce muzycznej na Jutube. Zaskakująca wrzuta hip-hopowa, Hiphokryzja do teraz chodzi po głowie, jest tam mocny przekaz w tekstach, a poza tym wiele rzeczy po prostu w punkt. Fishumansu to był potrzebny krok do przodu w poznawnaiu tego zespołu. Dalej nie uważam się za fana, ale z każdym kolejnym odsłuchem i powrotem jest mi do niego coraz bliżej. Płyta Timberlejka to pierwszy wyraźny powrót. Co do tej pory lubiłem to tylko zyskało, a największym odkryciem okazał się kawałek z Three-6 Mafia. Regularnie do niego wracam. Ostatnie dwie płyty to strzały prosto w serduszko. Nick Drake ze względu na przekaz emocjonalny. Jarre ze względu na sentyment, po raz kolejny podkreślam eleganckie dopełnienie Oxy7-13, edukacja żarowa prima sort.

Znak zapytanie postawiłem przy Sinatrze, pierwsze odsłuchy trochę jak droga przez mękę, ale dzisiaj procentują i myślę o tej płycie dobrze. Trochę chwaliłem The Bravery, lecz kiedy piszę te słowa kompletnie nic nie pamiętam... a na pokaz nie będę sobie przypominał xD Carpenter wyraźnie poszedł w odstawkę, chyba tylko XTC tak serio nie przypadło do gustu.

Największe odkrycie: Heartstrings
Powroty: FutureSex/Love Sounds, Pink Moon, Metamorphoses

Mudżyn

Przez pierwsze sekundy obawiałem się znacznie większej ilości rapu, ale pan Jacek dobrze namieszał. Autor największego troll moment przy okazji Wish You Were Here chybił tylko w przypadku Honeyroot. NAPRAWDĘ. Może o całych płytach Nasa, Gang Starr czy Lilu nie myślę jak o arcydziełach, ale... Z każdym krążkiem wiążą się kawałki, które zayebiście bujają i do których wracam zaskakująco często. Z Fever Ray też tak jest, choć nie aż tak regularnie. Obecność Glassa zaskakuje, ale też świadczy o ciekawych poszukiwaniach. Po zapodaniu Riley trzeba jasno stwierdzić, że nie ma w tym niczego przypadkowego. Lubię jego muzykę. Nie zmienia to faktu, że wracam naprawdę rzadko. Powaqqatsi też jest dobra, ale ostatni raz mogłem słuchać cztery lata temu... Albo The Cure. Nigdy nie było mi po drodze, a tu proszę, propozycja na post-punkowo i siadła od razu.

Powroty dotyczą Muzyki Poważnej, Floydów i Kraftwerk. Pezet-Noon rozsiadł się w osobistej topce hip-hopowych płyt, WYWH nie wonieje aż tak sandałem po latach fanatycznego tłuczenia w gimnazjum, a na Electric Cafe czasami dalej mam fazę. To-Samo przesądza o tym, że najlepszy powrót był związany z chłodnym, lekko introwertycznym nawijaniem o życiu i ważnych rzeczach rurznych. Ciekawe, czy Mudżyn będzie w stanie potwierdzić taką formę w drugim sezonie hehe

Parę jego propozycji wylądowało w setce najczęściej granych w zeszłym roku na Spotify, także props.

Największe odkrycie: One Mic/You Know My Steez/Telefon (feat. Łona)
Powroty: Muzyka Poważna, Wish You Were Here, Electric Cafe

Shodan

Można odnieść wrażenie, czytając moje teksty recka po recce, że było dużo mehania, ale z tym się wiąże ryzyko pierwszych kontaktów. Zaczynam myśleć o płytach Wujasa i nawet Sting chodzi po głowie! Wyraźne powroty na koniec to bardziej rozczarowania niż łatwe preteksty do zachwytów. Z drugiej strony, gdy przygotowywałem bestkę albumów to na początku było w niej wiele płyt, które ostatecznie po "weryfikacji" musiały z niej wylecieć... Nawet teoretycznie niepodważalne legendy i gwiazdy z czasem mogą już tak nie rozgrzewać. Wiele śpiewających pań, które znałem dość powierzchownie. Raz siadało, raz nie. Wyraźny plusik przy Birdy, do której wracałem często jesienią i chyba na stałe będzie przywiązana do tej pory roku. Podobali mi się Sex Shop Boys (Rent oraz What Have I Done To Deserve This?). Podobny przypadek jak niektóre płyty Mudżyna. Całość średnio, ale są na niej bangery, do których wracam często. Wyróżniam jeszcze Taylor Swift, OSTATECZNIE (choć i bez tego The Last Great American Dynasty zawsze w serduszku) i Susanne Sundfor, były u niej Momenty, o których dobrze myślę do teraz. Nie było płyty, od której bym się wyraźnie odbił... do czasu Liquid. Zdziwieniu nie ma końca.

Największe odkrycie: Young Heart
Powroty: Technique, Liquid

Melki

Nie była to najdłuższa podróż, ale jak już Melki coś rzucił, to same nowinki dla mnie. Blondie ostatecznie przeszła bez większego echa. Co innego Porksi i Sandra. Pamiętam, że u Wilsona momentami jest zabójczo dobre brzmienie, coś prawie jak ambient, stąd stała obecność w serduszku mimo wad rurznych. Sandra się wdarła ze względów sentymentalnych. Trochę odkrycie, trochę otarcie z kurzu starocia schowanego na strychu. Często hulała przez pierwsze miesiące od pojawienia się na forum. Czekam na więcej takich zaskoczeń... a jeśli już prog, to jak najbardziej obskurny, gęsty od tego, co zaskakiwało w pierwszej bestce.

Największe odkrycie: warstwa instrumentalna The Sky Moves Sideways
Powroty: Hiroshima, Johnny Wanna Live

Mentos

Seba przez rok prowadził wykład z klasyki RYMu i Porcysa i była to przygoda lekka, smaczna, przyjemna. Podejrzewanie mnie o bycie byłą Mentosa było uzasadnione. Połowę propozycji znam i wielbię na różne sposoby. Trudno, żeby było inaczej, gdy zaczyna się od King Crimson. Krzywiłbym się tylko na THRAK. Były też nowości, nie siadały tak dobrze jak to, co do tej pory przetłukłem. No dobra, był znakomity lewak Wyatt, ale poza nim tak średnio. Sparksi rozczarowanko. Grimes to nie do końca to. Kate Bush zbyt musicalowo-operetkowa. Po drugiej stronie rzeki odkryłem kolejne bangery na Poniżej krytyki, doceniłem The Sheltering Sky, rozmarzyłem się na dobre po raz tysięczny przy stronie B Heroes, itede, itepe. Czekam na kolejne kanoniczne cegłówki. Jest tak wiele płyt, na których mogłem coś pominąć...

Największe odkrycie: Rock Bottom
Powroty: Discipline, Poniżej krytyki, Dark Side of the Moon, Loveless, Heroes

Dev

Między płytami trochę jak ze Stocka było sporo rzeczy jadalnych i do polubienia! Zaczęło się fantastycznie, numery od Karla też wylądowały w stówce ulubionych roku pańskiego 2022 na Spotify. Mam słabość do takiego deszczowego popu. Można mnie trafić w czuły punkt duchologicznym pociskiem i tak się stało za sprawą Advisory Circle. Nie bez przyczyny sprawdzałem Full Circle i nieprzypadkowo też mi siadło ^^ Były też krążki mocno osadzone w konkretnym klimacie, który udziela się w danym momencie roku. Może nie wracałem, ale mam na uwadze Wild Nothing i Simple Minds. Były pojedyncze powroty, ale za pół roku pewnie znowu wróci regularna obecność na słuchawkach. Banco de Gaia to dobre podsumowanie całego zestawu. Raz dołki, raz naprawdę zaskakujące strzały, ale z grubsza raczej pozytywnie odbieram. Tak, w tym przypadku nie znałem niczego wcześniej...

Największe odkrycie: Other Channels / Nocturne
Powroty: ty no nwm może w drugiej dziesiątce będą?

Czez

Czez chwilkę z nami posiedział i zapodał same dobrze znane kanoniczne przyjemnostki. Violator pyknięty bez słuchania, Computer World z uśmiechem od ucha do ucha, Magnetic Fields wbrew rezygnacji z zabawy nawet zrecenzowałem. Jedyna zmiana to większe docenienie pierwszej części Pól magnetycznych Żara. Jestem dziwnie pewien, że bohater tego krótkiego podsumowania ma w rękawie jeszcze wiele dobrych rzeczy. Nawet tych mniej znanych. Czuję w kościach jakieś Covenant, którego nie znam i nie polubiłem. Czez wrzuca jakąś płytę, ja początkowo meham, a potem po pół roku tłukę z niej dwa wybrane numery i zastanawiam się, czemu nie poznałem tego wcześniej.

Największe odkrycie: *sygnał złej odpowiedzi w 1 z 10*
Powroty: wszystko

Krótko mówiąc, dajcie mi wincyj, bez odbioru
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 20 lut 2023 19:12

Zapomniałem już, że Czez zapodał Magnetic Fields, ale to w sumie niewiele zmienia, bo to też by był powrót, no ale powrót za który się ukłony jednak należą.
Z tych propozycji, których już pewnie nie poznamy, byłem ciekaw, czy Czezzy wrzuci "Geography" Front 242. Zakładam, że tak.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 lut 2023 10:09

Ło Pany, i co ja mam Wam napisać kończąc pierwszą albumową bestkę po ponad roku czasu??? Chyba nikt z nas nie podejrzewał że to może aż tyle potrwać a jednak. Kiedy brałem się za ten temat kolega Hien początkowo chyba ciut sceptycznie podchodził do tej idei choć sam deklarował udział od razu, ja sam zakładałem że tych albumów to będziemy słuchać po łebkach (beka jak sobie pomyślę) a tu proszę Was gruby projekt naprawdę z tego wyszedł który jeszcze dalej trochę nam niektórym zrewolucjonizował podejście do słuchania muzy. Czasochłonność tego sama sprawiała że zmuszeni jednak często byliśmy do brania się z tymi płytami za bary na raty w przeciągu kilku dni (podczas gdy kolejkę utworów dałoby radę przeważnie dziennie ze dwa razy przesłuchać w czasie jednej płyty). Poznaliśmy MNÓSTWO dobrej muzy i na pewno takiej było tu więcej niż jakichś mehów myślę, zresztą chyba dzięki temu że albumów nie dało się tak pyknąć raz dwa i odbić mehboyem, a kiedy te mehy się pojawiały to już naprawdę dlatego że nic nie pomagało. Ja przyznam się w życiu chyba tyle nowej muzy tak rzetelnie nie przesłuchałem co przez miniony rok i horyzonty muzyczne poszerzyłem z 1000%, bo nawet jeśli znałem gatunki czy wykonawców to nie te konkretne albumy nieraz. Fajne było to że w tej bestce wyłaniał się czasem inny nasz obraz niż ten jaki ukazywał się poprzez pojedyncze kawałki, choć i tu byli zarówno nasi wykonawcy życia jak i czasem myślę tacy którzy kupili nas w życiu raptem jedną płytą (ale za to jaką!). Z drugiej strony nie wiem jak Wam ale mi przynajmniej trochę trudniej było tu wyłuskiwać coś dla siebie (a może to raptem złudzenie? W sumie wychodzi podobnie jak w utworach że srednio raz na kolejkę jakiś złoty strzał się trafiał). Tu trzeba było głębiej się trochę wgryźć w gusta drugiej osoby i to pokrywanie się naszych gustów musiało być większe by utrzymać uwagę na dystansie całego albumu, czasem się to udawało całkowicie a czasem połowicznie i pozostawały strzępki które i tak uzupełniały naszą bibliotekę o kilka fajnych numerów z albumu. Dziękuję za ten wspólnie spędzony czas nad tymi płytami i niecierpliwie czekam kolejnych odkryć a póki co zapraszam do podsumowania pierwszej albumowej best of czyli naszej pierwszej dyszki :)

munlup

Zacznę od kolegi Jakuba bo mi samemu w pierwszej kolejności przyszło mierzyć się właśnie z jego wrzutką w tej zabawie a drugą w ogóle czyli Leighton Meester. Kuba na przestrzeni tych 10 albumów dał się poznać (ponownie) jako fan melancholijnej muzy (Leighton Meester, Sinatra, Nick Drake) ale poza tym potrafił zaskoczyć wrzutkami rap i r&b (DHOH/Timberlake), zaprezentował nam różne odmiany muzy rockowej (XTC/Bravery), dał się też poznać jako fan soundtracków i największy orędownik Fishmansów w Polsce. Zasadniczo przez całą bestkę trzymał jednak dość wysoki poziom swoich propozycji. Ogółem było dobrze, choć może liczyłem na ciut więcej dla siebie w tych propozycjach. Wydaje mi się że statystycznie było tu nieco mniej typowego znanego z drugiej bestki hien-core'u.

Dragon

Smoku z kolei o ile w bestce utworowej umiarkowanie dawkował ambienty tak w albumach srogo przeciorał nas po swoim ambientowym muzeum. Mieliśmy Tangerine Dream, JMJ, GAS, Boards of Canada, pod koniec bestki trochę śmielej wkradające się gitary i trochę ciekawsze IMO pozycje elektroniczne. Od wielu pozycji odbijałem się jak piłeczka pingpongowa ale znalazły się i takie które mi siadły. Podczas odświeżania sobie Waszych propozycji nawet przekonałem się do pewnej płyty na którą początkowo mehałem. Dragon jest w stanie wyciągnąć zatem coś gdzie nasze gusta się skrzyżują choć chyba łatwiej mu mnie kupić pojedynczymi strzałami w utworach niż na dłuższym dystansie albumu. Końcowy rezultat i tak nie jest zły moim zdaniem.

mentos

Mintaj z kolei o ile w utworach trafia do mnie tak 50/50 to w albumach szło mu całkiem nieźle. Być może powodem tego jest fakt że pojawiło się tu mnóstwo klasyki co to TRZEBA ją znać a ja dopiero ją nadrabiałem. Były więc duże nazwy i nazwiska jak Floydzi, King Crimson, Bowie czy Kate Bush, były bardziej obskjurowe rzeczy jak Grimes czy zapomniane nieco Papa Dance i były rzeczy kultowe jak Tata Kazika hehe. Niemniej mentos z mej strony uraczył zachwytów kilkakrotnie w tej bestce i może były to takie myślę może dość łatwe okejki dla niego ALE ja za takie oczywiste pozycje jestem akurat naprawdę wdzięczny bo na takie wrzuty liczyłem i mentos najwięcej można by rzec oczekiwania spełniał moje. W kwestii polskiej muzy było tak sobie lub ok, ze świeższych rzeczy Grimes była spoczko i może kiedy wrócę.

Czezu

Honorowa wzmianka trochę ale jednak Czez brał udział w zabawie i no cóż, w sumie zdążył tylko rzucić niejako same oczywistości, Violatora komentować nie muszę ale niech będzie że fajnie było odświeżyć sobie Computerwelt. Pól magnetycznych nie omawialiśmy ostatecznie, może sięgnę kiedyś i sprawdzę jeszcze. Nie mam pojęcia co mogło być w zanadrzu dalej, Czez jednak potrafi zaskakiwać.

Melczet

Melki też połowicznie udzielił się w zabawie, zdążył ostatecznie wrzucić 3 albumy choć większości to nie była moja bajka. Za połowiczny udział ode mnie połowiczna okejka dla Blondie, które jednak liczyłem że bardziej mnie wkręci.
Zobaczymy jak się Melki rozkręci w drugiej dyszce.

dev

Ten pan co to często po prostu MUSIAŁ opóźniać grę i wpadać zdyszany z reckami po dwóch tygodniach. Wrzuty deva z grubsza przez większość gry to były dla mnie jednak niższe stany średnie. Niemniej udało mu się zaskoczyć gdy mając moment Mentosa jakby przez pomyłkę wrzucił między to wszystko bardzo dobry album ELO za co jestem mu wdzięczny. Od rocka/pop rocka raczej się odbijałem, z obskjurów conieco łykałem delikatnie ale liczę wciąż na jakieś poważniejsze objawienie Musiałowe w temacie albumowym, tylko bez podbierania płyt mentosowi znowu ;(

shodan

No i na końcu wujas, który najlepiej wypadał kiedy wrzucał dobre ejtisowe granie chyba a najsłabiej gdy sięgał po jakiś forum-core (Recoil, no-man). Śpiewające babeczki tak różnie, Alicia była trochę z innej beczki, takiej z mojej dzielnicy hehe. Stinga trochę olałem może a trochę mi jego persona gdzieś nie siedzi, no i bliższe mi są jego późniejsze solo numery chyba. Ogólnie i tak jest dobrze, czego się nie spodziewałem w sumie. Choć od Recoil i no-man się mocno odbiłem.

.
.
.
.
.

A teraz na koniec moje osobiste top10 tej bestki:

XTC "Nonsuch" by HIENAŁCZE

Dobry album, pierwsze poważniejsze odkrycie tej bestki dla mnie. W pierwszej chwili byłem przekonany że napiszę o nim "numer 1 tej bestki" ale powrót do niego nieco odczarował mi to wspomnienie. Płyta długa i bogata, mającą swój własny określony smak co sobie cenię. To jest album na myśl o którym robi mi się ciepło i rośnie mi apetyt, taki który chciałbym kupić i postawić na półce, rzecz nieco odmienna od tego czego słucham na codzień jak i pośród muzyki rockowej jaką ja słucham zwykle. Niemniej po odświeżeniu go sobie wyszły na jaw niedoskonałości, jednak ta długość nie do końca przekłada się na jakość, ostatecznie szczery prejz zbiera u mnie może połowa tych numerów? Dlatego trochę "my monument, it fell down" a jednak nie wyobrażam sobie topki bez niego. Dzięki munlupowi to teraz może być stała pozycja na wiosnę u mnie, ale przy okazji muszę nadmienić że ma on w munlupowych wrzutach swojego kuzyna będącego jego przeciwieństwem i który cenię chyba równie mocno czyli Pink Moon od Nicka Drake'a. Tamta płyta z kolei jest krótka, minimalistyczna, bez tych wszystkich ornamentów i będzie mi chyba stałą pozycją na jesień.

Pink Floyd "Dark Side of The Moon" by MINTAJ+

Chyba największy evergreen wrzucony przez mentosa i prawdę mówiąc - teraz już w końcu wiem dlaczego tak jest. Jest to album doskonały można powiedzieć, z fajnym konceptem i perfekcyjnie zrealizowany, będący jednocześnie tak podobny i tak samo różny od uwielbianego przeze mnie WYWH. Kawał dobrej muzyki do której podchodziłem latami jak do jeża - tym zabawniejsze że nie zrobiłem nawet po odkryciu wspomnianego WYWH. Nie wiem co jeszcze mogę tu napisać by jednocześnie nie wspominać o tym że mimo wszystko i tak WYWH lubię bardziej :] również dla takich płyt (a może zwłaszcza) zakładałem ten temat na forum i pod tym względem miętus dostarczał chyba najbardziej (obok shodana, który z kolei wrzucał ejtisowe evergreeny). Chyba nic więcej nie będę w stanie dodać poza tym że to evergreen, że nadal wolę WYWH a w ogóle to [informacja dostępna dla subskrybentów MINTAJ+].

Arca "Arca" by Smoczasty

Ależ to była piękna i barwna podróż! Najpierw drobny teaser w postaci Desafio w utworach, początkowe lekkie odbicie od tematu, z czasem mocno dojrzał ten numer i tak samo powolutku dojrzewał ten album u mnie. Takie historie są chyba najfajniejsze kiedy trzeba przetrawić co artysta miał na myśli a i tak po tych paru odsłuchach przy okazji tamtej kolejki mam poczucie że jeszcze nie wszystko odkryłem. Dużo emocji, dawka powykręcanej elektroniki, jedna z najświeższych rzeczy jakie padły w tej bestce chyba. Dość ciężka i smutna to płyta ale co z tego skoro jest tak dobra.
Myślę że kiedy się powystrzelamy z albumów różnych wykonawców to nie ja jeden chętnie sprawdzę kolejny album od Arki (tak wiem, przecież mógłbym to zrobić sam, ale to jednak nie to samo co na korepetycjach u Pana Roberta).

Pet Shop Boys "Actually" by Młody Jazon

To zdaje się padło w jednej kolejce z XTC i to były dwa złote strzały w tamtym momencie. Fantastycznie było nadrobić coś od PSB jednocześnie znając już i lubiąc niektóre ich albumy. Też album niemal idealny, po brzegi wypakowany ejtisowymi łakociami, piękne melodie, wspaniałe brzmienia syntezatorów, zdecydowana topka tej bestki u mnie, kolejna pozycja do uzupełnienia na półce (i byłbym może już i miał okazję go wyhaczyć na zbliżającej się giełdzie płyt w moim mieście gdyby nie fakt że akurat tego dnia wyjeżdżam w góry). Będzie odtwarzane nieraz na pewno kiedy najdzie mnie ochota na dobry ejtisowy dancing.

Electric Light Orchestra - Discovery by Mama Musiała

Jakkolwiek nie podzielam niechęci do Beatlesów tak mamie Musiała mogę się nisko pokłonić za tę wrzutkę. Wrzutka-evergreen, nieco jakby podebrana mentosowi chociaż może zbyt popowa jak na niego. Album który też miałem latami świadomość że MUSI być dobry, kąsałem go pojedynczymi numerami a nigdy nie usiadłem by rzetelnie przesłuchać w całości. Miło było przekonać się że ta płyta to nie tylko Last Train to London i reszta kawałków tylko każdy z nich ma własny charakter i daje radę solo a wszystkie razem w kupie to ho ho ho. Dużo ŁADNEGO starego grania, pierwsza połowa urzeka od A do Z, druga pewnie potrzebuje jeszcze paru powrotów by tak żarła w całości, jest to zatem płyta bliska doskonałości - i proszę olać ludzi którzy mówią że wrzucona była nie w porę, dobra muza nie wymaga handicapów.

Fishmans "Uchu Nippon Setagaya" by Naczelny Rybarz Forum

Oczywistym jest że ta płyta musiała się tu znaleźć. Fishmans czyli projekt który mocno zafascynował naszego forumowego kolegę i który dzięki naszym bestkom mógł nam w końcu wcisnąć do gardła a my - o dziwo - łyknęliśmy jak pelikany. Takie odkrycia to ja lubię, jakby mi ktoś powiedział przed rokiem że będę się jarał jak porąbany słuchając jakiegoś japońskiego wyjca na podkładzie elektrycznych skrzypiec to popukałbym się w czoło (tu akurat nawiązanie do wrzucanego w utworach Yurameki cośtam cośtam, ale wiecie ocb). Bardzo fajny album na którym znalazłem dla siebie kilka bangerów że tak powiem, trochę dub reggae a trochę alt dance, do tego nuta melancholii jak u Thoma Yorke'a, specyficzny melanż który nie mógłby nie oczarować bo takiej mieszanki w życiu nie słyszałem przedtem. Tu również chętnie mogę posłuchać czegoś więcej, farmazonów o kupnie płyty nie będę wciskał bo zdaje się to nieosiągalne dla takiego szaraka jak ja.

Alicia Keys "HERE" by wujas

Tu również jak w przypadku XTC/Nicka Drake'a miałem drobny dylemat czy wstawić to czy New Order które nie było wcale najgorsze ale i też nie było najlepsze, Alicia zrobiła na mnie dużo lepsze wrażenie jednak. Piękne zaskoczenie ze strony naszego wuja, wrzutka w moich klimatach którą gdzieś słyszałem ale nie słuchałem uważnie nigdy i dobrze że wujek mi blachę sprzedał, kazał usiąść i posłuchać jak należy. Nie wykluczam że to może być najbardziej równa z płyt Alicii jakie słuchałem dotąd i do tego tak spójna klimatem, sklejona też tymi klimatycznymi przerywnikami. Propsy za fajny album i za wbicie na moją dzielnicę i spuszczenie Murzynowi wpierdolu na jego własnym terenie hehe.

Stan Ridgway "Black Diamond" by dev

Ridgway ogólnie był jednym z pierwszych albumów jakie łyknąłem w tej bestce choć nie był to jeszcze zachwyt na poziomie XTC. Co ciekawe jednak powroty zweryfikowały te oceny i dzisiaj chyba oceniam te albumy dość równo. Jakiś 90sowy obskjur z dziadem co wygląda albo brzmi jak Harry Dean Stanton w 3 sezonie Twin Peaks, co to w ogóle jest??? Ano, zaginiona perła z lamusa, a może tytułowy czarny diament, ciul wie, jakiś klejnot, cenne odkrycie dla mnie z pewnością. Album jedyny w swoim rodzaju, mieszający ejtisowy rock, westernowe country i to wszystko posklejane czasem 90sowym MIDI. Mieszanka trochę od czapy ale żre i to się liczy, lubię nietypowe połączenia, eklektyzm sobie cenię to czemu nie. Nie byłoby tej topki bez Stana to wiem na pewno.

Tangerine Dream "Rubycon" by Wielki Elektronik

Ha! To Ci zaskoczenie, co? Rubycon to była jedna z tych płyt co to lekką ręką machnąłem na nie w tej bestce i początek ambientowego muzeum Pana Roberta i zasadniczo nie brałem go nawet pod uwagę do topki, ale... robiłem powroty, rzucałem uchem na to i owo i sprawdzałem czy coś się zmieniło, no i tu się zmieniło. Ostatnimi czasy lepiej mi wchodziły dłuższe kompozycje (vide Riley) więc odpaliłem Rubycon... i było bardzo przyjemnie naprawdę. Przesłuchałem go od deski do deski i stwierdziłem że jest niezły, klasyka i w ogóle i czego ja się czepiałem? Do topki brałem pod uwagę może DJ Spooky, honorowo mógłbym wspomnieć Recoil ale tak naprawdę chętniej i łatwiej posłucham Rubyconu w całości niż wspomnianych płyt, nawet jeśli tam są momenty które mi robią AŁA i żrą to całość już nie aż tak. Mandarynkom i wrzucającemu należy się szacunek i przeprosiny.

and...

last but not least...

.
.
.

My Bloody Valentine "Loveless" by mentos the Freshmaker

Też spore zaskoczenie i dla mnie tutaj. Prawdę mówiąc do top10 początkowo brałem pod uwagę Bowiego lub (co byłem nawet pewien że wjedzie początkowo) King Crimson. O ile powrót do KC zweryfikował nieco moje poglądy że chyba bardziej na wyrywki mam ochotę tego słuchać choć ma to swoje własne brzmienie, Bowie zaś pewniej mógłby tu wjechać ALE odpaliłem sobie wczoraj loveless i nie ma bata, jeden evergreen już wrzuciłem i gdybym tego nie zamieścił tutaj byłaby to zmarnowana szansa. Pamiętałem że loveless było nieco ciężkie w odsłuchu ale miało to coś i słuchając tego wczoraj TO COŚ mnie rozjechało. Ten album jest PIĘKNY i absolutnie GENIALNY. W ogóle śmiechowa sprawa ale podczas słuchania nagle przed oczami pojawiły mi się obrazy z filmu Control i COŚ w tym jest moim zdaniem że MBV odbieram jako duchowych spadkobierców Joy Division. Jeśli na początku lat 80. post-punk był najlepszym rockowym środkiem wyrażania emocji i jakiegoś poczucia wyobcowania tak dekadę później tą rolę przejął shoegaze. Jeżeli ja wyróżniłem się brzmieniowo w tej bestce wrzucając Glassa to IMO najbardziej obok mnie chyba zrobił to też mentos tym albumem (a jednak nie uwzględniam tu Massacre bo tam czułem matematykę a tu prawdziwe emocje). Mało tego przypadek sprawił że utwór "sometimes" stał się też soundtrackiem do pewnych ważnych życiowych wydarzeń u mnie więc siłą rzeczy wdarł się do mojej bestki życia na stałe i zawsze już będę nieco smutał go słuchając. Tym ważnym wydarzeniem było [informacja dostępna dla subskrybentów MINTAJ+].



Długa, wyczerpująca podróż to była. Przerobiliśmy sporo fajnej muzyki, dużo różnych wspomnień i emocji.

Dziękuję Panowie. Zapraszam po kolejne odcinki.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 lut 2023 10:47

stripped pisze:
21 lut 2023 10:09
Wydaje mi się że statystycznie było tu nieco mniej typowego znanego z drugiej bestki hien-core'u.
Myślę, że można to łatwo wytłumaczyć. U wielu artystów, utwory typu hien-core to jakieś rzadsze, o ile nie pojedyncze strzały na płytach. Jak się przyjrzeć, to takie albumy mój-core od A do Z, to się rzadko zdarzają, nawet no-man u Wuja przywalili w środku "Pigeon Drummer". Konkretnymi kawałkami z płyt Fishmans, a nawet Timberlake'a i Jarra, mógłbym stworzyć iluzję wykonawców hien-corowych (tym, którzy ich nie znali), ale w albumach trudno jest taki efekt uzyskać (czego zresztą nie miałem zamiaru robić).
stripped pisze:
21 lut 2023 10:09
Yurameki cośtam cośtam
Bawi mnie, że akurat japoński fragment zapamiętałeś, a nie "in the air" xD Dla mnie to od początku było "$#^%#%#@%@# in the Air", bo wszystko mam rigczowo otagowane w krzaczkach.
stripped pisze:
21 lut 2023 10:09
Przerobiliśmy sporo fajnej muzyki, dużo różnych wspomnień i emocji.
Myślę, że sporo tych płyt, które poznaliśmy dzięki tej zabawie, sami byśmy za jakiś czas wrzucili w tego typu bestce, w innym gronie.
Dużo fajnych wspomnień się potworzyło. Ja, jako człowiek sentymentalny, mam tendencję do słuchania tych samych, sezonowych płyt non stop, i walczę trochę z tym nawykiem, bo przez to nie tworzą się nowe wspomnienia, a tylko odgrzewane są stare. Trudno się czasami do tego zmusić, więc ta bestka to dla mnie taki "miły przymus" poznawania nowych płyt.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 lut 2023 11:22

Hien pisze:
21 lut 2023 10:47

stripped pisze:
21 lut 2023 10:09
Yurameki cośtam cośtam
Bawi mnie, że akurat japoński fragment zapamiętałeś, a nie "in the air" xD Dla mnie to od początku było "$#^%#%#@%@# in the Air", bo wszystko mam rigczowo otagowane w krzaczkach.
To był tylko taki hehe żarcik, serio podejrzewasz że nie pamiętam tytułu numeru który stawiam w pierwszej 5 pierwszej bestki? ;)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 lut 2023 11:50

tak xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 22 lut 2023 02:37

To i ja pierdykne od siebie zdań parę, bo czemu by nie?

MUNLUP

Kolega Jakub (z jakichś przyczyn przez sekundę uznałem, że napisanie zamiast tego Dżejson będzie błyskotliwym i zabawnym pomysłem, z którego szybko się wycofałem) w bestce albumowej pokazał bardzo podobne oblicze, co w topie utworowym: więcej niż trochę melancholii, trochę nieoczywistych wynalazków, trochę śmego i owego tudzież tamtego, szczypta mainstreamu, parę łyżek popkultury z 20 wieku, no i odpowiednik ananasa na pizzy tudzież truskawki na torcie czyli niepopularny wśród fanbejsu album uznanego wykonawcy. Jako absolwent filmoznawstwa jednocześnie dobrze wie, że udana wersja pełnometrażowa popularnego serialu powinna zawierać wszystko to za co kochamy pierwowzór, tylko w wariancie SZYBCIEJ, MOCNIEJ, WIĘCEJ. I z grubsza tak było, może zdarzyło się parę dłużyzn i nietrafionych gagów, ale dobre momenty z nawiązką je rekompensowały.
Perłą Eksport w koronie munlupowych wrzut zdecydowanie było The Disposable Heroes of Hiphoprisy - pokochałem ten album szczerze od pierwszego odsłuchu, zdecydowanie jest w ścisłej czołówce moich odkryć tej zabawy i bardzo często wrzucałem kawałki z niego na ruszt, ze szczególnym uwzględnieniem "Television, the Drug of the Nation" czy "Famous and Dandy". Wychwalając i komplementując nie mogę nie wspomnieć rzecz jasna o słynnych Rybakach, ale kaman - pisać tu o nich to trochę jak pisać o tym, że Warszawa śmierdzi. Oczywistość. No i prawdziwy Drake.
Reszta też solidnie, z perspektywy czasu chyba trochę za mocno zjechałem soundtrack do Ucieczki z nowego Jorku jak sobie tak pomyślę i mam dziwny problem z XTC, bo niby rozumiem czemu i za co ten album chwalicie, ale ja jakoś nie mogę do końca się weń wkręcić i dołączyć do chóru zachwyconych. Trudno, kiedyś się przestawi, wierzę. Do reszty rzeczy raczej nie wracałem, ale z różnych przesłanek - do takiego Heartstring czy The Bravery po prostu mi się nie chciało, do Sinatry nie miałem moodu. No ok, jeszcze ten Timberlake był taki se, ale każdy miał tu jakiś przestrzał - poza Czezem. xD Ale poza tym - dużo zdrowia i witamin, czekam na wincyj.

MURZYN

Mam podobnie z naszym czarnoskórym przyjacielem z Bełchatowa, co on ze mną - w bestce utworowej czasem zdarzy mi się mehnąć czy wzruszyć ramionami (ale chyba jednak ciut rzadziej niż w drugą stronę jak se tak myślę), ale w albumowej generalnie było gicio i miodzio, gdybym był Włochem to bym robił ten śmieszny gest rękami. Nawet nieliczne wtopy jakoś się broniły - Honeyroot wleciało w idealnym miejscu i idealnym czasie, a nawet ta nieszcęsna Lilu miała jakieś tam momenty i chyba mimo wszystko rozumiem, że komuś się może podobać, zwłaszcza w przypadku lepszych wspomnień z tamtego okresu niż moje oraz rodzinnych konotacji. Dużo tu było łakoci i witamin dla całej rodziny - Glass i Spruty Igor często towarzyszyły mi wiosną, a Electric Cafe na początku tego roku. Matko, jak ludzie mogą traktować tę płytę jako jedną ze słabszych tego zespołu, to mi się nie mieści w pale. xD Dużo fajnych powrotów - Pink Floyd, The Cure, Fever Ray, trochę pozwoliły mi odkurzyć tudzież spojrzeć na nowo na te albumy, co do których przez lata miałem ugruntowaną opinię. Oprócz tego parę spoko lekcji z historii hip-hopu i mały wyrzut w postaci Gang Starr, bo jednak zasługują na częstsze wizyty na moim odtwarzaczu. Ale któż wie, co przyniesie rok 2023. Poza kolejnym spoko rzeczami od naszego koleżki, bo te to mamy pewne jak w banku, albo chociaż piramidzie finansowej.

DEV

W toku pierwszej bestki utworowej często pisałem, że jednym z najciekawszych odkryć tej zabawy niewątpliwie było to, że rozmijam się muzycznie z Musiałem - nie wiem, jakoś wydawało mi się, że te nasze gusta są bardziej zbieżne, chociaż nie wiem w sumie też dlaczego. Może to przez parę rzeczy z ejtisów, może to przez Azbest, może przez to, że kiedyś widziałem jak prejzował Einsturzende Neubaten na muzbawce. xD No w każdym razie często te wrzuty dissowałem, przeszło mi gdzieś bodaj na przełomie edycji, bo jednak się okazało, że kolega Musiał jak chce to wrzuci coś lepszego niż muzak lecący w windzie radia RAM, a jak teraz tak patrzę to...
Welp, tragedii nie ma, ale też nic nie wyrwało mi nerek, nie złamało serca, nie porwało do tańca z panną Madonną, legendą tych lat.
Nokturny były bardzo spoko i pamiętam je jako jedną z przyjemniejszych płyt w tej zabawie, fajnie było se posłuchać ELO (nawet pomimo tego niepotrzebnego roastu na Beatelsów), Other Channels pamiętam jako INTRYGUJĄCE, Edgeland jako CIEKAWE. Było parę ciekawostek typu Yeah Whatever czy Signs of Life, albo płyt baardzo nierównych jak Maya czy Black Diamond. Honorable mention dla Interplay, bo pamiętam, że strasznie mnie ta płyta zmęczyła i ledwo co dałem wyskrobać te parę zdań na jej temat - nie była szczególnie zła ani nic, po prostu złapał mnie przepotężny IMPAS i aż mi słabo jak myślę o niej i o tej próbie wypierdzenia paru zdań w tamtym chorym miesiącu maju. xD
Mimo wszystko - ja nadal wierzę w to, że Musiał rzuci czymś, co rzuci mnie na kolana i sprawi, że zapragnę mieszkać w Zgierzu czy coś. Czekam na to z wypiekami oraz budyniem.

SMOKU

Pamiętam, że po pierwszej edycji bestki utworowej byłem raczej pewien, że kolega Robert będzie szedł w stronę jakiegoś gitarowego grania i dostaniemy od niego porcję mocnego, rockowego grania. No cóż, TROCHĘ przestrzeliłem, ale słabo kolegę wówczas znałem, nawet jeśli kojarzę go z przestrzeni internetowej od paru ładnych lat. Tutaj było trochę podobnie, widząc Recoil w pierwszej rundzie można było się spodziewać, że na forum wrócił duch Jariego i dostaniemy tutaj eseje na temat tego dlaczego Alan W. wielkim poetą był.
Skończyło się jednak ciut ciekawiej: dostaliśmy od kolegi ROBERTA solidną dawkę muzyki elektronicznej. Jak tak se patrzę to zdecydowanie najrówniejszy partycypant tej zabawy. Ciężko chybiać mając do dyspozycji takie rzeczy jak Rubycon, Oxygene czy The Campfire Headphase. Parę bardzo dobrych odkryć: DJ Spooky faktycznie był spooky, W KOŃCU dowiedziałem się o co cho z hype'm na Arcę (czemu tak późno ehh), virtua.zip też pamiętam jako rzecz całkiem intrygującą. No i ten MASAKRYCZNY finisz. <3 Chyba tylko Houdini z tego zestawu zjakichś przyczyn mi nie siadł, ale jeszcze się taki nie urodził, co każdemu dogodził. Jednak widać piętno Wrocławia...

CZEZU

No nasz stary, poczciwy Czezu wbił na chwilę, sprzedał nam nieznany album grupy Violator pt. Depeche Mode, pochwalił kolekcją numerów Komputer Świata, po czym poszedł balować na statkach. Był taki mem z jakimś czarodziejem, co mówił MY JOB HERE IS DONE i jakaś laska mu odpowiedziała BUT YOU DIDN'T DO ANYTHING - jak se tak myślę o udziale Czeza w zabawie to jednak myślę, że on chociaż wrzucił spoko albumy. Bardziej bym go porównał z kadencją Krzysztofa Pawlaka w reprezentacji Polski. Ale liczę na triumfalny powrót. Kiedyś. Na więcej niż kolejkę. Czy coś.

MENTOS

Jakiś debil hehe

WUJA

Nasz kolega z kompanii w ostatnich kolejkach już chyba na dobre odpiął od siebie łatkę czołowego wrzucacza śpiewających pań. W sumie tbh wydawało mi się, w tej zabawie wrzucał je częściej, ale i tak czy siak pojawiały się u niego nierzadko. Melua była raczej spoko, ale jednak zaryzykuję tezę, że znam lepsze pory roku na wrzucenie płyty pt. "In Winter" niż wiosna, Birdy to mój kolejny wyrzut, który musi u mnie koniecznie częściej gościć na głośnikach, chyba jedyna płyta, która mi totalnie nie siadła to Taylor, ale cóż - mam alergię na laskę i nic na to nie poradzę. xD Oprócz tego dostaliśmy trochę ładnego popu z przełomu 80/90s, ze świetnymi Pet Shop Boys na czele, solidną płytę New Order, niezłego tylko Wilsona oraz Wildera, którego nie powinienem lubić, a jednak polubiłem. No dobra, w sumie więcej dobra niż niedobra.

MELKI

Nie wiem czemu myślałem, że Melki wrzucił tu więcej płyt niż 3 i bawił się z nami od początku. Szkoda, że tylko tyle, ale też liczę na triumfalny powrót, chociaż pamiętam, że kolega miał dość duże problemy z zaangażowaniem się w tę zabawę. Bywa i tak, sam to rozumiem i sam się sobie dziwię, że nie zrobiłem nigdy jakiejś długiej przerwy, tylko co najwyżej opóźniam kolejne kolejki, czym wywołuję wkurw sekcji łódzko-bełchatowskiej. xD Blondie pamiętam jako RZETELNĄ, powrót do P.T. PT był zaskakująco spoko, Sandra była też okej. Czyli jest okej.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 27 lut 2023 23:10

Oto spóźniony - jak zawsze - wpadam z podsumowankiem.

Jadę wrzucającymi - na pierwszy ogień MURZYN.

Murzyn zapodawał... cokolwiek ciekawe rzeczy. Nie ze wszystkim się polubiłem, momentami stężenie rapsów robiło się zbyt solidne jak na mój gust, ale nie mogę powiedzieć, żebym się jakoś soczyście nudził. O ile Nas nie był mocno z mojej bajki (choć jednak do pewnego stopnia siadł), to miłym zaskoczeniem był Pezet, którego mogłem sobie po baaardzo wielu latach odświeżyć. Ewidentnie rap połączony z nostalgią daje dobre i interesujące efekty. Ja takowe otrzymałem, więc JEST SPOKO. Dostałem też klasykiem w postaci dobrze przeze mnie znanego Seventeen Seconds, podobnie z Electric Cafe, cokolwiek interesującym mariażem ejtisów z huiwieczym w postaci Honeyroot, potem kapitalna Fever Ray, ale tbh jak mam wybrać faworyta... (a będzie po jednym u każdego), to zdecydowanie jest to Philip Glass i jego KOYAANISQATSI. Tutaj zostałem wmurowany w ścianę, to był jeden wielki wygryw ten odsłuch, spodobało mi się niesamowicie i wiem, że będę wracał (zresztą, zassane od dawna). Jacek udowadnia, że mimo mocno rapowych korzeni (i czasem związanych z tym wtop, vide Lilu), potrafi zaskoczyć czymś naprawdę... zaskakującym xD Także bardzo dobrze, keep up the good work!

HIEN

Kurde, Hien... Hien jest bezapelacyjnym zwycięzcą całości, bowiem nie wrzucił ANI JEDNEJ ZŁEJ PŁYTY. Wszystko, co zapodał, jest po prostu fantastyczne. Już poczynając od tej dziwacznie popowej Leighton Meester, i potem nagle wjazd w soundtrack, to i tak nawet, jeśli zaliczam te dwie rzeczy do ogona, to jest to ogon złoty, rzekłbym - ogon pegaza albo jednorożca. Miałem aż problem z wyborem tego, co wyszło naprawdę najlepiej xD Każda wrzuta była zaskoczeniem dla mnie (może poza The Bravery, bo to po prostu znałem), każda była ciekawa. No ale coś wybrać musiałem, i wybór to dla wielu będzie oczywisty - Ryboludzie i ich japońskie semi-dreamowe granie. To, jak dobra jest ta płyta, właściwie nie wymaga wypowiadania jakichkolwiek słów. Hien potrafi nawet w otoczeniu platyny wywalić próbę tak czystą, że deklasuje w tym całą resztę. A powiem, że miałem tu problem z wyborem, albowiem konkurencja była sroga (honorable mention dla Hipocrisy Is the Greatest Luxury choćby). Fantastyczne dzieło, od początku do końca. Fishmans jest w całości moim największym odkryciem tutaj i przy nim zostanę. Hien ma gust, koniec kropka.

DRAGONOWSKI

Robert czarował to tu to tam i głównie serwował rzeczy okołoambientowe, elektroniczne, syczące, czasem lekko nużące, ale też ma swój cokolwiek fajny styl i ta konsekwencja mi się bardzo podoba. Zaatakował co prawda subHumanem, którego... z jakiegoś powodu się nie spodziewałem, ale ten nadszedł. Handicap na sam początek, bo oczywiście krążek znałem. Potem się dopiero zaczęło robić ciekawie (z dość zaskakującym twistem na sam koniec w postaci Massacre), niemniej jednak... znów miałem problem, ale teraz chciałem wybrać coś naprawdę może nie tyle wyróżniającego się, co coś, co mi najbardziej zapadło w pamięć. Na co bym się zdecydował? No i padło na klasyka w postaci Tangerine Dream i Rubyconu. Wiem, że lekko nawiązywał do poprzedniej wrzuty (z czego ja sobie nie zdawałem sprawy lol), ale pchnęło mnie to do bardziej sensownego zapoznania się z Froesem i jego dziełami. Najbardziej nastrojowy, klimatyczny, no po prostu z Dragonowych najbardziej naj dla mnie, choć pewnie druga w kolejce pod tym jednym względem byłaby virtua.zip. Poprzestałem na subiektywnych odczuciach i przy nich zostanę.

MIĘTUS

I znów zagwozdki, zagwozdki, dużo zagwozdek. Mentos potrafił srogo docisnąć, czasem w sposób nietrafiony, czasem w sposób aż wspaniale genialny. Przyatakował na początku King Crimson, które okazało się być kurde strzałem w dziesiątkę totalnym, następnie trochę mnie rozbawił Papa Dance (ale w sumie z perspektywy czasu patrzę na to pozytywnie, sami wiecie siłą rzeczy w jakim byłem wtedy stanie xD), potem było Grimes, przy którym miałem... grymas (kiepski żart, wiem), ale potem fantastyczna Kasia Krzak, a potem odświeżanie klasyczka. Potem... właściwie to nie jest ważne, najważniejsze jest to, że potem było Sparks, które okazało się być dla mnie - obok Fishmans - odkryciem całej tej gry, w którym totalnie się rozpłynąłem xD To coś więcej niż po prostu dobry album, absolutny kurde fenomen, podobał mi się od początku do końca i nim Seba mógłby niemal zdeklasować wszystkich rywali, no ale też nie o to tutaj chodzi. Po prostu super wrzuta, którą jednak potem trochę przytarł Kazikiem, no ale trudno xD Naprawdę się pojarałem i wiem, że będę kontynuował. Z tego będą dzieci, zdecydowanie.

End of part 1.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 01 mar 2023 09:02

Musiał oczywiście musiał zrobić cyrk i wrzucać podsumowanie na raty, grunt że mnie podsumował a że jeszcze nie wszystkich... OH WELL. Odniosę się zatem do tego co pisaliście.
Hien pisze:
20 lut 2023 11:47

Murzyn:

Phillip Glass – Koyaanisquantsi
Fever Ray – Fever Ray


U Murzyna mógłbym długo wymieniać, bo przecież jeszcze na wstępnej liście miałem Gang Starr, miałem Nasa, itd. Dużo dobrej czarnej muzyki, ale może dlatego postanowiłem wyróżnić dwie płyty, których się po Murzynie mało kto spodziewał. Glass to była taka rzecz, która mnie zwłąszcza zaskoczyła. I wprawdzie, kiedy zna się już background z GTA, to wyłania się typowy Murzyński, ale mimo wszystko. Płyta z początku mnie tak zadziwiła, że nie potrafiłem powiedzieć, czy mi się to podoba, czy nie, ale wyczuwałem w tym znajomy, przyjazny klimat. Kilka przesłuchań rozwiało wątpliwości, album jest świetny i do dziś, nikt inny w bestkach nie zapodał czegokolwiek w takim stylu. Fever Ray to było dosyć grube zaskoczenie, bo The Knife nie lubiłem, nie lubię i raczej nie polubię, a tu proszę. Doskonały album, bardzo mi podszedł. Jeżeli na coś mógłbym ponarzekać, to to, że Murzyn nie zaprezentował nic z czarnych, soulowych klimatów, którymi włada i rządzi w bestce utworowej, ale wychodzi na to, że on całych płyt w tym stylu nie zna, tylko utwory z GTA xD
Bardzo fajnie że Kuba (uuu!) wskazał akurat te dwie płyty i docenił to moje wychodzenie z szufladki. Zwłaszcza ciepłe przyjęcie Glassa za jego odmienność w tym gronie miło robi. Co do soulowych klimatów czy ogólnie czarnych vintage klimatów to coś wjedzie myślę nawet w tej dyszce ale fakt faktem słuchałem całych płyt niedużo i rzadko jarały mnie w całości więc stąd to wynika.
shodan pisze:
20 lut 2023 15:12
Pozwoliłem sobie jak zwykle zabawić się w liczby. Każdy album oceniłem od 0 do 10 i podsumowałem punkty:

1. Stripped – 73
2. Devotional – 68
3. Hien – 67
4. Mintaj i Dragon – 66
5. Malkolit – 25 (3 albumy)
6. Czez – 14 (2 albumy)

Od miejsca 2 do 4 bardzo ciasno. Tylko Murzyn trochę odskoczył.

Stripped

Murzyn to niespodziewany zwycięzca tej rundy. Taki powiedzmy sobie umowny, bo ta punktacja nie oddaje wszystkiego. Czasami albumy po prostu ciężko porównać i rzetelnie ocenić. No ale stripped dał radę. Jeden album uznałem, że zasługuje na maksymalną notę, bo Fever Ray naprawdę mnie zauroczyła. Tym bardziej, że poznawałem ją w lesie na grzybach i ta muzyka ma po prostu wprost idealny klimat do takich miejsc.
Bardzo wysoko cenię kilka kolejnych pozycji: Nas – kto by się spodziewał? Świetny hip-hop, z kilkoma naprawdę bangerami, do których często wracam (szczególnie My country i What goes around). Dalej Honeyroot. Gdyby nie te instrumentale, to byłby pewnie maks. Bo utwory wokalne są fantastyczne. Regularnie wracam do dwóch przegenialnych utworów: Nobody loves you (the way i do) i Where i belong. Tak jak Fever Ray zawsze będzie mi się kojarzyć z grzybami i ciemnym lasem, tak Honeyroot z Maderą, bo akurat wtedy była kolej tego albumu i tam słuchałem każdego wieczora przed zaśnięciem.
Miło zaskoczył The Cure, których przecież nigdy nie lubiłem. Dobrze podszedł mi klimat albumu Koyaanisqatsi. Pink Floyd, Gang Starr, Kraftwerk i Lilu też bardzo pozytywnie. Właściwie to tylko
Pezet/Noon - Muzyka Poważna nie było w moim typie. Ale przeżyć też się jakoś dało.
Podsumowując stripped dawał albumy na naprawdę dobrym i równym poziomie. To była recepta jego sukcesu.
Cieszę się że shodan jako jedyny chyba ładnie odebrał Honeyroot i Lilu, a przynajmniej nie jako wtopy na tle reszty, choć sam przyznaję że mogły wejść lepsze rzeczy (w miejsce Lilu powinno było wjechać wrzucone teraz dopiero ATCQ, jest też płyta która wypadła z pierwszej dychy i nadrobię ją jakoś tego lata dopiero bo wleciało Honeyroot). Z reguły nie jestem fanem przekładania wszystkiego na cyfry ale rozumiem ocb z tym że dzięki utrzymaniu wysokiego Twoim zdaniem poziomu wypadam najlepiej a jednocześnie może nie wrzuciłem najlepszej płyty jaką tu słyszałeś. Docenienie Nasa przez Ciebie poczytuję sobie za kolejny sukces tej bestki.
Dragon pisze:
20 lut 2023 18:31

Mudżyn

Przez pierwsze sekundy obawiałem się znacznie większej ilości rapu, ale pan Jacek dobrze namieszał. Autor największego troll moment przy okazji Wish You Were Here chybił tylko w przypadku Honeyroot. NAPRAWDĘ. Może o całych płytach Nasa, Gang Starr czy Lilu nie myślę jak o arcydziełach, ale... Z każdym krążkiem wiążą się kawałki, które zayebiście bujają i do których wracam zaskakująco często. Z Fever Ray też tak jest, choć nie aż tak regularnie. Obecność Glassa zaskakuje, ale też świadczy o ciekawych poszukiwaniach. Po zapodaniu Riley trzeba jasno stwierdzić, że nie ma w tym niczego przypadkowego. Lubię jego muzykę. Nie zmienia to faktu, że wracam naprawdę rzadko. Powaqqatsi też jest dobra, ale ostatni raz mogłem słuchać cztery lata temu... Albo The Cure. Nigdy nie było mi po drodze, a tu proszę, propozycja na post-punkowo i siadła od razu.

Powroty dotyczą Muzyki Poważnej, Floydów i Kraftwerk. Pezet-Noon rozsiadł się w osobistej topce hip-hopowych płyt, WYWH nie wonieje aż tak sandałem po latach fanatycznego tłuczenia w gimnazjum, a na Electric Cafe czasami dalej mam fazę. To-Samo przesądza o tym, że najlepszy powrót był związany z chłodnym, lekko introwertycznym nawijaniem o życiu i ważnych rzeczach rurznych. Ciekawe, czy Mudżyn będzie w stanie potwierdzić taką formę w drugim sezonie hehe

Parę jego propozycji wylądowało w setce najczęściej granych w zeszłym roku na Spotify, także props.

Największe odkrycie: One Mic/You Know My Steez/Telefon (feat. Łona)
Powroty: Muzyka Poważna, Wish You Were Here, Electric Cafe
Dragona zadowolić ciężko ale to też człowiek o szerokim spektrum zainteresowań i z przeszłością bogatą w różne RYMowe poszukiwania, do tego też chyba dochodzi może inna wrażliwość i podejście do muzyki między nami. Najbardziej cieszące go rzeczy już i tak znał, bardziej obskjurowe pozycje jak już mówiłem nie były też może najwyższego sortu, chyba z The Cure coś najlepiej się udało ale i pojedyncze strzały utworowe zaszczepione koledze to zawsze jakiś sukces, zwłaszcza jeśli kręciły się często gęsto w głośnikach. Myślę że o poziom mojej drugiej dychy Dragon może być spokojny.
mintaj pisze:
22 lut 2023 02:37


MURZYN

Mam podobnie z naszym czarnoskórym przyjacielem z Bełchatowa, co on ze mną - w bestce utworowej czasem zdarzy mi się mehnąć czy wzruszyć ramionami (ale chyba jednak ciut rzadziej niż w drugą stronę jak se tak myślę), ale w albumowej generalnie było gicio i miodzio, gdybym był Włochem to bym robił ten śmieszny gest rękami. Nawet nieliczne wtopy jakoś się broniły - Honeyroot wleciało w idealnym miejscu i idealnym czasie, a nawet ta nieszcęsna Lilu miała jakieś tam momenty i chyba mimo wszystko rozumiem, że komuś się może podobać, zwłaszcza w przypadku lepszych wspomnień z tamtego okresu niż moje oraz rodzinnych konotacji. Dużo tu było łakoci i witamin dla całej rodziny - Glass i Spruty Igor często towarzyszyły mi wiosną, a Electric Cafe na początku tego roku. Matko, jak ludzie mogą traktować tę płytę jako jedną ze słabszych tego zespołu, to mi się nie mieści w pale. xD Dużo fajnych powrotów - Pink Floyd, The Cure, Fever Ray, trochę pozwoliły mi odkurzyć tudzież spojrzeć na nowo na te albumy, co do których przez lata miałem ugruntowaną opinię. Oprócz tego parę spoko lekcji z historii hip-hopu i mały wyrzut w postaci Gang Starr, bo jednak zasługują na częstsze wizyty na moim odtwarzaczu. Ale któż wie, co przyniesie rok 2023. Poza kolejnym spoko rzeczami od naszego koleżki, bo te to mamy pewne jak w banku, albo chociaż piramidzie finansowej.
Mentosowi zdaje się zaserwowałem sporo powrotów bo to też już człek obyty i znający sporą część moich propozycji z tej śmiesznej książki o najlepszych albumach w historii po którą sam często sięga, on ma szczęście że ja jeszcze całej nie przeczytałem i kilkakrotnie zdążył mnie jeszcze zaskoczyć. Doceniam docenienie Glassa ponownie, również to że mentos potrafi spojrzeć czasem odmiennie od reszty z pewną dozą wyrozumiałości na pewne płyty, nawet jeśli nie do końca czuje daną muzykę to rozumie kontekst w jakim się pojawiła w bestce.
devotional pisze:
27 lut 2023 23:10
MURZYN.

Murzyn zapodawał... cokolwiek ciekawe rzeczy. Nie ze wszystkim się polubiłem, momentami stężenie rapsów robiło się zbyt solidne jak na mój gust, ale nie mogę powiedzieć, żebym się jakoś soczyście nudził. O ile Nas nie był mocno z mojej bajki (choć jednak do pewnego stopnia siadł), to miłym zaskoczeniem był Pezet, którego mogłem sobie po baaardzo wielu latach odświeżyć. Ewidentnie rap połączony z nostalgią daje dobre i interesujące efekty. Ja takowe otrzymałem, więc JEST SPOKO. Dostałem też klasykiem w postaci dobrze przeze mnie znanego Seventeen Seconds, podobnie z Electric Cafe, cokolwiek interesującym mariażem ejtisów z huiwieczym w postaci Honeyroot, potem kapitalna Fever Ray, ale tbh jak mam wybrać faworyta... (a będzie po jednym u każdego), to zdecydowanie jest to Philip Glass i jego KOYAANISQATSI. Tutaj zostałem wmurowany w ścianę, to był jeden wielki wygryw ten odsłuch, spodobało mi się niesamowicie i wiem, że będę wracał (zresztą, zassane od dawna). Jacek udowadnia, że mimo mocno rapowych korzeni (i czasem związanych z tym wtop, vide Lilu), potrafi zaskoczyć czymś naprawdę... zaskakującym xD Także bardzo dobrze, keep up the good work!
Tu chyba mogę już napisać tylko amalgamat tego co powyżej pisałem i przy okazji zdziwko bo jednak ten Glass się przewija częściej w Waszych podsumowaniach niż mi się wydawało i wysuwa się na mój największy sukces tej bestki. Rap nie do każdego trafia, ale te pierwsze wrzutki wynikały niejako z mojego poczucia obowiązku i trzymałem się chronologii poznawania ich, zobaczymy czy przyszłe wrzutki w tym temacie coś zmienią w odbiorze gatunku a jeszcze ich będzie trochę, na pewno będę starał się żonglować klimatem pomiędzy nimi. Mam nadzieję że będzie lepiej, póki co większy prejz zbierały moje wrzuty-powroty dla Was i wychodzenie z murzyńskiej szufladki poprzez Glassa, The Cure czy Fever Ray. Jest nad czym myśleć, zobaczę czy utrzymam plan drugiej dychy jaki dotąd miałem bo jednak okaże się że Was zanudzam a może jedynie zwinnie pomieszam między tym co planowałem.
Tak czy siak ponownie DZIĘKUJĘ.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 30 sie 2023 13:22

Kto z was, z ręką na sercu, wracał do płyty Birdy? Wszyscy deklarowali powroty (czytnąłem sobie recenzje), ale nikt się raczej nie podjął (wyłączając oczywiście Wujka). Ja słucham teraz, w ramach nostalgicznych powrotów do zeszłorocznych wrzutek, i mogę powiedzieć, że moja opinia nie zmieniła się jakoś szczególnie, może odrobinę na plus (a i tak była już dosyć pozytywna). Pierwsza połowa albumu już tak nie męczy, doceniam bardziej klimaty (skojarzenia z Jessie Ware się teraz pojawiły), acz nadal nerwowo czekam na "Deepest Lonely", bo od tego momentu zaczyna się naprawdę fascynująca jazda na tej płycie. W międzyczasie, przez ostatnie 12 miesięcy, wracałem głównie do tego oraz "Celestial Dancers" i "Voyager", ale cały album broni się jako dobry.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 30 sie 2023 13:49

Planowałem we wrześniu, tzn. nadal tak zrobię, albowiem we wrześniu rok temu słuchałem jej po raz ostatni i siadła wtedy aż za bardzo.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 30 sie 2023 13:52

Ja nie wracałem ale od powrotów mamy osobny temat nazwany "Ciąg dalszy nastąpił"
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 30 sie 2023 14:04

Siadła aż za bardzo, czyli na zawsze wylądowała na półce xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 30 sie 2023 14:55

Nie wiem, nie przypominam sobie żebym deklarował powroty do tego albumu.

P.S.

Sprawdziłem, raczej mehałem, o powrotach ani słowa.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 30 sie 2023 15:29

A to do Musiała było sory
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 30 sie 2023 15:35

A to do Ciebie
Hien pisze:
30 sie 2023 13:22
Kto z was, z ręką na sercu, wracał do płyty Birdy? Wszyscy deklarowali powroty (czytnąłem sobie recenzje), ale nikt się raczej nie podjął (wyłączając oczywiście Wujka).
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup