Best of Forum III
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja tylko powiem, że jak do piątku nie wlecą recenzje, to lecimy dalej. Tydzień na samo pisanie, to jest jednak bardzo dużo.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja póki co mogę napisać, że ciesze się, że większość z was się zna na muzyce i docenia mój kawałek!
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Lantlos - Melting Sun IV: Jade Fields
Oto jest numer, którego słuchałem najdłużej i najwięcej z tej kolejki. Dragon swoją wrzutką i opisem uchwycił ducha, którego czuję w sobie srogo, a ze swoimi jeszcze srogimi skłonnościami do nostalgii podbijam... srogo xD Duch rośnie, serce roście, no generalnie jest w pytę. Ta muzyka ma w sobie taki klimat końca, jest z jednej strony po prostu dobra (strasznie mi się te przedłużone pasaże na gitarach podobają, tak prawdę mówiąc, to to mogłoby być 7 prawie minut tylko tego rozwleczonego intro i też byłoby super), ale też z drugiej strasznie uderza w struny tęsknoty, tęsknoty za czymś, czego może się nawet nie przeżyło na dobrą sprawę, ale w głowie została jakaś vague recollection. Dziwnie mi się tego słucha teraz... Za oknem wali śnieg (ostatni taki marzec pamiętam w 2015 roku), a tutaj czuję lato, wczesne, albo późne, późne popołudnie, złota poświata w powietrzu, promienie słońca wpadające do mieszkania z jednostronną ekspozycją, palone skręcane fajki, butelki po tanim winie, kilka osób w częściowym negliżu poopieranych o siebie na zdecydowanie zbyt małej wersalce, z głośników bardzo taniego i bardzo małego laptopa leci jakaś muzyka, może właśnie to? Klimat wpada mi częściowo przynajmniej, gdyż potrafię zarówno w/w opis przybić gwoździem do tego, o czym wspomina Smoku, jak i do swojego... skądinąd marca właśnie, ale 2013 xD Aż trudno uwierzyć, że niektóre rzeczy działy się dekadę temu... To jest naprawdę porcja fantastycznej, choć bijącej po czułch punktach muzyki. Faktycznie, metalem bym sam tego nie nazwał chyba, post rock prędzej, zresztą, całość mocno przypomina mi Mogwai, ale nie mam też poczucia takiego, że potrzebuję na gwałt jakiejś łatki. Gitarowo-rozciągnięte granie, jest nostalgicznie i fajnie, jednocześnie boleśnie, jednocześnie... a, a kogóż to obchodzi?
Daft Punk - Something About Us (SI-FI Remix)
Ciekawa jest ta kolejka, naprawdę ciekawa. Daft Punk znam rzecz jasna, no ale z hitów, nigdy się jakoś bardzo nie wkręciłem. Pamiętam, jak 18 (DLACZEEEGOOO) lat temu na pewnym obozie pożyczałem od ziomka z pokoju jego empetrójkę (miał Zena MuVo), bo strasznie mi się podobało, jak pięknie pracowały dołączone do niej słuchawki (perfekcyjne wprost rozbicie panoramy na kanały, nigdy później czegoś takiego nie słyszałem choć sam przez moment miałem MuVo xD). Gość miał tam sporo różnej elektronicznej muzyki, w tym One More Time, przywołane zresztą przez Golasa. Ja coś tam wiedziałem wcześniej o istnieniu Daft Punk, ale wówczas bardzo mi się ten numer wkręcił. Coś tam jeszcze posłuchałem, poznałem, a jak nie chciałem, to i tak mnie to dopadło, vide rok 2013 i to zasrane Get Lucky, którym w pewnym momencie już okrutnie rzygałem. Opis Murzyna o lekkim R&B w oryginalnej wersji mnie zaintrygował, a obecność remiksu nieco zaskoczyła, ale niepotrzebnie zupełnie - remiks jest bowiem totalnym sztosem. I zgadzam się całkowicie z tym, że jest to po raz kolejny wyraz jakiejś nieopisanej nostalgii i tęsknoty. Powtarzam się? No i co z tego lol? Tutaj jednak mamy do czynienia z czymś nieco... innym, tzn. uczucie jest inne trochę. Wrzutka Roberta była "na gorąco", wszystko ciśnie i dusi jeszcze, tutaj mam - przynajmniej ja - spojrzenie na chillu, z pewnej perspektywy, jednocześnie brzmienie utworu nie pozwala zupełnie zapomnieć o owej przeszłości, momentach, chwilach, przeżyciach etc. Jak dotąd kolejka jest dla mnie totalnie nienadająca się do opisu technicznego, za bardzo trafia mnie right in the feels. Lubię bardzo takie housowe granie, przypomina mi chociażby niektóre dokonania wspominanego już przeze mnie w tej zabawie Joriego Hulkkonena z Finlandii (zresztą on sam natłukł masę remiksów), klimat jest niezaprzeczalny, pochłania mnie, pozwala jednocześnie złapać nieco oddechu w obecnych pokręconych dla mnie czasach. Wielka okejka, Stripped wraz ze Smokiem napdają na pociąg ze złotem (MOŻE POD WAŁBRZYCHEM HUEHUE) i kradną cały ładunek.
Mark Snow - The X-files (PM Dawn Remix)
I znów mamy remiks, co mnie nieco (ale tylko nieco) bawi, choć rzecz jasna fajna to sprawa posłuchać czegoś w nieco innej wersji. A i w tym wypadku mam do czynienia z czymś, co w teorii znam. W teorii, gdyż nie ma chyba na świecie osoby, która nie słyszałaby o "Z archiwum X", jednocześnie bodaj większość tych ludzi nigdy nie widziała nawet jednego odcinka, i ja się do nich zaliczam xD O serialu wiem tyle, że istnieje, że grał tam Duchovny, który potem grał w Californication, i że grała tam Anderson, którą ostatnio widziałem w Sex Education albo The Crown (tylko sezon z Thatcher był ciekawy). I że stamtąd jest More Than This The Cure, które już tutaj wrzucałem przy innej okazji (wnerwiając Kubę), ale nawet nie znam kontekstu. Nigdy mnie do tego serialu nie ciągnęło i raczej już nie pociągnie. Z drugiej strony w tym momencie swojego życia nie mam już w ogóle czasu na obcowanie z kulturą inną niż muzyka, jednocześnie w ogóle nie cierpiąc z tego powodu. Co do samego utworu, a raczej tej konkretnej wersji... Jest zajebista
Naprawdę, czuję doskonale cały ten groove, o którym pisze imć Hien. Wkręca się w ucho porządnie, ma cudowny wprost posmak lat 90. w brzmieniu, produkcji, zastosowanych zabiegach, to mógłby być bardzo wczesny DJ Shadow albo wręcz... Yello tamtych czasów (a trzeba przyznać, że Yello potrafiło w latach 90. nagrywać naprawdę mroczne rzeczy, nawet, jeśli wciąż brzmiały lekko absurdalnie). Genialne zabiegi z tą wersją się dzieją, cały ten główny motyw grany na elektryku wywołuje u mnie ciary bardziej, niż oryginał. Gdy nagle milknie pod sam koniec i na wierzch wyłażą różne elektroplumkania w tle robi się jeszcze fajniej. Jestem bardzo pozytywnie nastawiony względem tego dzieła. Obskjur nie obskjur, jest fantatycznie wprost <3 I rozwaliło mnie nawiązanie do reklamy pewnych cukierków xD
U2 - The Wanderer
Przez chwilę miałem takie "wtf, co to do cholery", bowiem słyszę kogoś, kim nie jest Bono, tylko raczej jakiś... Johnny Cash właśnie, a potem zauważyłem, że przecież Wuja wspomina o tym w swojej wrzutce, tylko ja jestem - jak zawsze - ślepy. Historia o gonieniu za muzyką U2 bardzo fajna, zawsze się przyjemnie czyta takie historie z przeszłości, za którymi stoją fajne przeżycia, wspomnienia, też parę takich mam, choć nie AŻ takich. Co do samego U2... dziś podchodzę do tej grupy zupełnie inaczej, niż kiedyś, kiedy byłem totalnie w obozie Simple Minds do tego stopnia, że U2 gardziłem i dosłownie w ukryciu przed samym sobą odpalałem sobie Pride xD Które, nota bene, do dziś jest moim ulubionym ich numerem (obok New Year's Day i Unforgettable Fire). Podobnie zresztą miałem z Warszawą, na którą plułem latami, a w końcu mieszkam w niej już ponad 10 lat. Bardzo przyjemny kawał grania, mocno amerykański w swoim wydźwięku, znów mam skojarzenia z latem, łażeniem po jakichś pustkowiach, tu pole, tam las, tam łąka, wioska niby z Hirołsów tylko z szerokopasmowym internetem, jeszcze ten Cash, to mógłby być jego numer w ogóle, na innych poziomach kojarzy mi się nieco z Wayfaring Stranger, czuję Woody'ego Guthrie, coś takiego mógłby zresztą nagrać Stan Ridgway na swoich późnych albumach. Ci, którzy mówią, że takie juesejowe granie jest słabe, sami są słabi. Super jest, nostalgiczny afterglow, bardzo mi się podoba. Naprawdę, co za fantastyczna kolejka lol.
Pink Floyd - A Pillow of Winds
Melczet idzie podobnym tropem co Wuja, choć pewnie niezamierzenie. Znów jest gitarowo, znów jest melancholijnie, jest soczyście... nostalgicznie xD Tutaj mniejsze skojarzenia z latem, to mogłaby być nawet wczesna wiosna, ale znów łażę sobie po jakichś wiejsko-sielskich zadupiach, tylko wokół resztki roztopów i jakieś tam nędzne przebiśniegi wyrastają z ziemi. Bardzo czuję taki vibe łażąc w nieskończoność po stołecznym Wawrze, o którym zawsze mi mówiono, że jest kompletnym zadupiem, tymczasem to jest bezwzględnie jedna z najlepszych dzielnic tego miasta. Właśnie przez swój idealnie wprost małomiasteczkowy klimat (rujnowany jedynie autostradową ulicą Patriotów o zabawnym przebiegu). I jak pod koniec miesiąca wybiorę się tam na wczesnowiosenny spacer, to wiem, że będę czuł właśnie ten klimat. I nawet posłucham sobie tego numeru, albowiem wchodzi jak złoto. Mama Melczeta ma trochę racji, a na pewno w odniesieniu do tego kawałka. Jest trochę smutająco, nostalgia przestaje być na moment przyjemna i zajmująca, wchodzi jakieś wyzerowanie, smutek wręcz. Atmosfera lekkiego zejścia. Bardzo mi się jednocześnie A Pillow of Winds podoba, gitary robią tutaj fanstastyczną robotę, wokal zresztą też. O takich Floydów nic nie robiłem i nie będę nadal. Kolejka się zagęszcza.
The Chameleons - Less Than Human
Zawsze się zastanawiałem, czy wytwórnia płytowa More Than Human (która ma na koncie choćby parę albumów Cate Brooks solo) inspirowała się tytułem tego numeru lol. Numeru, który, kurde, znam, i to z takich dawnych, zamierzchłych wręcz czasów, gdy mocno eksplorowałem tego typu muzykę. Jednocześnie nie zassałem wtedy całej płyty - a która to płyta jest podobno bardzo dobra. Przypomnienie sobie tej pozycji w tym momencie, w ogóle w tej kolejce, jest absolutnie wybitnym doświadczeniem. Oto po streaku pozytywnie (do pewnego stopnia) nostalgicznych kawałków, które wywołują oczywiście emocje, jakie ciężko nazwać lekkimi, ale też przywołują piękne wspomnienia (ładnie się składa, bo jak wspomniałem przy pierwszej recce tutaj, marzec 2013 był dla mnie wyjątkowym miesiącem, to say the least), dostajemy nagle najpierw lekki zjazd w dół z Floydami, a potem spadamy na ziemię z dużej wysokości i to wprost w ten zimowy klimat za oknem. Porcelanowe gitary, ciężkie, obezwładniające bębny, głęboki wokal, mocne zaśpiewy, zimna fala do kwadratu. Kiedyś bardzo chciałem grać taką muzykę, co się zresztą częściowo udawało (choć z eks-adminem tego forum pewne rzeczy udać się nie mogły), dziś z przyjemnością do niej wracam. Echa Joy Division są dla mnie mniej słyszalne niż np. The Cure z okresu około-Pornography. Zabawne, że właściwie znam chyba teraz więcej nowych (stosunkowo) zespołów, które grają w bardzo podobny sposób, niż tych starych. Zapotrzebowanie na taką "muzykę końca świata" będzie chyba zawsze, więc nie powinno to dziwić. Dobra jest ta wrzutka, bardzo dobra, robi fantastyczne podsumowanie całej kolejki, siła jej przekazu (kolejki) wbija w fotel, aż się nie spodziewałem. Co do samej okładki, bekowe jest nieco to, że cover albumu Windows White Door (z którego pochodzi wrzucane przeze mnie w pierwszej bestce Behind the White Door) jest bardzo podobny, może to ten sam grafik? xD Tak czy inaczej, jest moc, jest depra (ale za oknem też), empatyzuję z Mentosem, jako że cały rok 2022 to był (jak dotąd lol) bezwzględnie najgorszy rok mojego życia, a i ten się wesoło nie zapowiada (choć się bardzo wesoło zaczął). 2019 paradoksalnie wspominam całkiem spoko, ostatni raz Less Than Human słuchałem jakoś w... 2007, a ten był przeładowany mrokiem (i Milk, Inc.). 16 lat temu, kto by to spamiętał...
Oto jest numer, którego słuchałem najdłużej i najwięcej z tej kolejki. Dragon swoją wrzutką i opisem uchwycił ducha, którego czuję w sobie srogo, a ze swoimi jeszcze srogimi skłonnościami do nostalgii podbijam... srogo xD Duch rośnie, serce roście, no generalnie jest w pytę. Ta muzyka ma w sobie taki klimat końca, jest z jednej strony po prostu dobra (strasznie mi się te przedłużone pasaże na gitarach podobają, tak prawdę mówiąc, to to mogłoby być 7 prawie minut tylko tego rozwleczonego intro i też byłoby super), ale też z drugiej strasznie uderza w struny tęsknoty, tęsknoty za czymś, czego może się nawet nie przeżyło na dobrą sprawę, ale w głowie została jakaś vague recollection. Dziwnie mi się tego słucha teraz... Za oknem wali śnieg (ostatni taki marzec pamiętam w 2015 roku), a tutaj czuję lato, wczesne, albo późne, późne popołudnie, złota poświata w powietrzu, promienie słońca wpadające do mieszkania z jednostronną ekspozycją, palone skręcane fajki, butelki po tanim winie, kilka osób w częściowym negliżu poopieranych o siebie na zdecydowanie zbyt małej wersalce, z głośników bardzo taniego i bardzo małego laptopa leci jakaś muzyka, może właśnie to? Klimat wpada mi częściowo przynajmniej, gdyż potrafię zarówno w/w opis przybić gwoździem do tego, o czym wspomina Smoku, jak i do swojego... skądinąd marca właśnie, ale 2013 xD Aż trudno uwierzyć, że niektóre rzeczy działy się dekadę temu... To jest naprawdę porcja fantastycznej, choć bijącej po czułch punktach muzyki. Faktycznie, metalem bym sam tego nie nazwał chyba, post rock prędzej, zresztą, całość mocno przypomina mi Mogwai, ale nie mam też poczucia takiego, że potrzebuję na gwałt jakiejś łatki. Gitarowo-rozciągnięte granie, jest nostalgicznie i fajnie, jednocześnie boleśnie, jednocześnie... a, a kogóż to obchodzi?
Daft Punk - Something About Us (SI-FI Remix)
Ciekawa jest ta kolejka, naprawdę ciekawa. Daft Punk znam rzecz jasna, no ale z hitów, nigdy się jakoś bardzo nie wkręciłem. Pamiętam, jak 18 (DLACZEEEGOOO) lat temu na pewnym obozie pożyczałem od ziomka z pokoju jego empetrójkę (miał Zena MuVo), bo strasznie mi się podobało, jak pięknie pracowały dołączone do niej słuchawki (perfekcyjne wprost rozbicie panoramy na kanały, nigdy później czegoś takiego nie słyszałem choć sam przez moment miałem MuVo xD). Gość miał tam sporo różnej elektronicznej muzyki, w tym One More Time, przywołane zresztą przez Golasa. Ja coś tam wiedziałem wcześniej o istnieniu Daft Punk, ale wówczas bardzo mi się ten numer wkręcił. Coś tam jeszcze posłuchałem, poznałem, a jak nie chciałem, to i tak mnie to dopadło, vide rok 2013 i to zasrane Get Lucky, którym w pewnym momencie już okrutnie rzygałem. Opis Murzyna o lekkim R&B w oryginalnej wersji mnie zaintrygował, a obecność remiksu nieco zaskoczyła, ale niepotrzebnie zupełnie - remiks jest bowiem totalnym sztosem. I zgadzam się całkowicie z tym, że jest to po raz kolejny wyraz jakiejś nieopisanej nostalgii i tęsknoty. Powtarzam się? No i co z tego lol? Tutaj jednak mamy do czynienia z czymś nieco... innym, tzn. uczucie jest inne trochę. Wrzutka Roberta była "na gorąco", wszystko ciśnie i dusi jeszcze, tutaj mam - przynajmniej ja - spojrzenie na chillu, z pewnej perspektywy, jednocześnie brzmienie utworu nie pozwala zupełnie zapomnieć o owej przeszłości, momentach, chwilach, przeżyciach etc. Jak dotąd kolejka jest dla mnie totalnie nienadająca się do opisu technicznego, za bardzo trafia mnie right in the feels. Lubię bardzo takie housowe granie, przypomina mi chociażby niektóre dokonania wspominanego już przeze mnie w tej zabawie Joriego Hulkkonena z Finlandii (zresztą on sam natłukł masę remiksów), klimat jest niezaprzeczalny, pochłania mnie, pozwala jednocześnie złapać nieco oddechu w obecnych pokręconych dla mnie czasach. Wielka okejka, Stripped wraz ze Smokiem napdają na pociąg ze złotem (MOŻE POD WAŁBRZYCHEM HUEHUE) i kradną cały ładunek.
Mark Snow - The X-files (PM Dawn Remix)
I znów mamy remiks, co mnie nieco (ale tylko nieco) bawi, choć rzecz jasna fajna to sprawa posłuchać czegoś w nieco innej wersji. A i w tym wypadku mam do czynienia z czymś, co w teorii znam. W teorii, gdyż nie ma chyba na świecie osoby, która nie słyszałaby o "Z archiwum X", jednocześnie bodaj większość tych ludzi nigdy nie widziała nawet jednego odcinka, i ja się do nich zaliczam xD O serialu wiem tyle, że istnieje, że grał tam Duchovny, który potem grał w Californication, i że grała tam Anderson, którą ostatnio widziałem w Sex Education albo The Crown (tylko sezon z Thatcher był ciekawy). I że stamtąd jest More Than This The Cure, które już tutaj wrzucałem przy innej okazji (wnerwiając Kubę), ale nawet nie znam kontekstu. Nigdy mnie do tego serialu nie ciągnęło i raczej już nie pociągnie. Z drugiej strony w tym momencie swojego życia nie mam już w ogóle czasu na obcowanie z kulturą inną niż muzyka, jednocześnie w ogóle nie cierpiąc z tego powodu. Co do samego utworu, a raczej tej konkretnej wersji... Jest zajebista
U2 - The Wanderer
Przez chwilę miałem takie "wtf, co to do cholery", bowiem słyszę kogoś, kim nie jest Bono, tylko raczej jakiś... Johnny Cash właśnie, a potem zauważyłem, że przecież Wuja wspomina o tym w swojej wrzutce, tylko ja jestem - jak zawsze - ślepy. Historia o gonieniu za muzyką U2 bardzo fajna, zawsze się przyjemnie czyta takie historie z przeszłości, za którymi stoją fajne przeżycia, wspomnienia, też parę takich mam, choć nie AŻ takich. Co do samego U2... dziś podchodzę do tej grupy zupełnie inaczej, niż kiedyś, kiedy byłem totalnie w obozie Simple Minds do tego stopnia, że U2 gardziłem i dosłownie w ukryciu przed samym sobą odpalałem sobie Pride xD Które, nota bene, do dziś jest moim ulubionym ich numerem (obok New Year's Day i Unforgettable Fire). Podobnie zresztą miałem z Warszawą, na którą plułem latami, a w końcu mieszkam w niej już ponad 10 lat. Bardzo przyjemny kawał grania, mocno amerykański w swoim wydźwięku, znów mam skojarzenia z latem, łażeniem po jakichś pustkowiach, tu pole, tam las, tam łąka, wioska niby z Hirołsów tylko z szerokopasmowym internetem, jeszcze ten Cash, to mógłby być jego numer w ogóle, na innych poziomach kojarzy mi się nieco z Wayfaring Stranger, czuję Woody'ego Guthrie, coś takiego mógłby zresztą nagrać Stan Ridgway na swoich późnych albumach. Ci, którzy mówią, że takie juesejowe granie jest słabe, sami są słabi. Super jest, nostalgiczny afterglow, bardzo mi się podoba. Naprawdę, co za fantastyczna kolejka lol.
Pink Floyd - A Pillow of Winds
Melczet idzie podobnym tropem co Wuja, choć pewnie niezamierzenie. Znów jest gitarowo, znów jest melancholijnie, jest soczyście... nostalgicznie xD Tutaj mniejsze skojarzenia z latem, to mogłaby być nawet wczesna wiosna, ale znów łażę sobie po jakichś wiejsko-sielskich zadupiach, tylko wokół resztki roztopów i jakieś tam nędzne przebiśniegi wyrastają z ziemi. Bardzo czuję taki vibe łażąc w nieskończoność po stołecznym Wawrze, o którym zawsze mi mówiono, że jest kompletnym zadupiem, tymczasem to jest bezwzględnie jedna z najlepszych dzielnic tego miasta. Właśnie przez swój idealnie wprost małomiasteczkowy klimat (rujnowany jedynie autostradową ulicą Patriotów o zabawnym przebiegu). I jak pod koniec miesiąca wybiorę się tam na wczesnowiosenny spacer, to wiem, że będę czuł właśnie ten klimat. I nawet posłucham sobie tego numeru, albowiem wchodzi jak złoto. Mama Melczeta ma trochę racji, a na pewno w odniesieniu do tego kawałka. Jest trochę smutająco, nostalgia przestaje być na moment przyjemna i zajmująca, wchodzi jakieś wyzerowanie, smutek wręcz. Atmosfera lekkiego zejścia. Bardzo mi się jednocześnie A Pillow of Winds podoba, gitary robią tutaj fanstastyczną robotę, wokal zresztą też. O takich Floydów nic nie robiłem i nie będę nadal. Kolejka się zagęszcza.
The Chameleons - Less Than Human
Zawsze się zastanawiałem, czy wytwórnia płytowa More Than Human (która ma na koncie choćby parę albumów Cate Brooks solo) inspirowała się tytułem tego numeru lol. Numeru, który, kurde, znam, i to z takich dawnych, zamierzchłych wręcz czasów, gdy mocno eksplorowałem tego typu muzykę. Jednocześnie nie zassałem wtedy całej płyty - a która to płyta jest podobno bardzo dobra. Przypomnienie sobie tej pozycji w tym momencie, w ogóle w tej kolejce, jest absolutnie wybitnym doświadczeniem. Oto po streaku pozytywnie (do pewnego stopnia) nostalgicznych kawałków, które wywołują oczywiście emocje, jakie ciężko nazwać lekkimi, ale też przywołują piękne wspomnienia (ładnie się składa, bo jak wspomniałem przy pierwszej recce tutaj, marzec 2013 był dla mnie wyjątkowym miesiącem, to say the least), dostajemy nagle najpierw lekki zjazd w dół z Floydami, a potem spadamy na ziemię z dużej wysokości i to wprost w ten zimowy klimat za oknem. Porcelanowe gitary, ciężkie, obezwładniające bębny, głęboki wokal, mocne zaśpiewy, zimna fala do kwadratu. Kiedyś bardzo chciałem grać taką muzykę, co się zresztą częściowo udawało (choć z eks-adminem tego forum pewne rzeczy udać się nie mogły), dziś z przyjemnością do niej wracam. Echa Joy Division są dla mnie mniej słyszalne niż np. The Cure z okresu około-Pornography. Zabawne, że właściwie znam chyba teraz więcej nowych (stosunkowo) zespołów, które grają w bardzo podobny sposób, niż tych starych. Zapotrzebowanie na taką "muzykę końca świata" będzie chyba zawsze, więc nie powinno to dziwić. Dobra jest ta wrzutka, bardzo dobra, robi fantastyczne podsumowanie całej kolejki, siła jej przekazu (kolejki) wbija w fotel, aż się nie spodziewałem. Co do samej okładki, bekowe jest nieco to, że cover albumu Windows White Door (z którego pochodzi wrzucane przeze mnie w pierwszej bestce Behind the White Door) jest bardzo podobny, może to ten sam grafik? xD Tak czy inaczej, jest moc, jest depra (ale za oknem też), empatyzuję z Mentosem, jako że cały rok 2022 to był (jak dotąd lol) bezwzględnie najgorszy rok mojego życia, a i ten się wesoło nie zapowiada (choć się bardzo wesoło zaczął). 2019 paradoksalnie wspominam całkiem spoko, ostatni raz Less Than Human słuchałem jakoś w... 2007, a ten był przeładowany mrokiem (i Milk, Inc.). 16 lat temu, kto by to spamiętał...
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja wiem, że Musiał stosuje takie grzecznościowe zwroty żeby się popisać swoją wysoką kulturą i elokwencją, ale za każdym razem gdy widzę coś takiego, to mam wrażenie jakby używał jakiegoś obraźliwego słowa ala incel.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
kek
Brzmi jak tytuł książki dla młodzieży, czytałbym - jakbym znów miał kilkanaście lat
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Brzmi jak Wuja opis "Suspirii".
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Friendly reminder, że jutro wieczorkiem rusza następna kolejka.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Trzeci post po sobie heh. Myślę, że lecimy dalej. Wyjątkowo, ten jeden raz, pozwalam na śmietnik, czyli Melki może dorzucić recki w trakcie wrzucania numerów, ALE pod warunkiem, że w tym samym poście dorzuci też nowy numer. LET'S GO.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Lecimy, na pohybel zamulaczom.
Sam nie wiem umyślnie czy nie ale pozwolę sobie zacząć nową kolejkę mniej więcej w takim miejscu w jakim skończyła się poprzednia, nawet IMĆ Musiał wspominał o tej płycie przy okazji recki numeru mentosa i przyznaję coś w tym jest...
The Cure - The Figurehead
(1983)
Przyznam się na wstępie że myśląc o jakimś numerze kjurów do bestki utworowej jakoś nie myślałem o tej wrzutce wcześniej tak naprawdę. Rozważałem rzuceniem czymś bardziej obskjurowym nawet lub po prostu moim ulubionym ich kawałkiem, uznałem jednak że nie zawsze w tej bestce muszą wlatywać faworyci, czasem mogą ustąpić miejsca utworom które kiedyś w pewnym momencie życia przeżywaliśmy dużo bardziej i które bardziej kojarzą się z jakimiś wydarzeniami lub po prostu wywołują pewne emocje sprawniej (nieco analogiczna sytuacja choćby z ATCQ - tak naprawdę w tych bestkach nie wrzuciłem ani ulubionego ich utworu ani albumu, ale te wybrane do bestek mają większe znaczenie historyczne że tak powiem).
The Figurehead to kawałek pochodzący z albumu Pornography, który poznawałem jako jeden z pierwszych z dyskografii kjurów obok Disintegration i 17s. Było to jakoś w roku 2007 lub 2008 zatem kiedy z jednej strony poznawałem na dobre pozytywne brzmienie rapu wspomnianego ATCQ a z drugiej sięgałem po kjurów i słuchałem ich płyt leżąc na łóżku w długie jesienne wieczory w moim pokoju oświetlonym jedynie nocną lampką i upajałem się tą dołującą muzyką rozmyślając nad beznadzieją własnego życia. Mam też przebłyski wspomnień związane z tą płytą jak słuchałem jej w drodze do Piotrkowa i z powrotem gdzie uczęszczałem na studia i gapiłem się na obrazy za oknem, jakiś słoneczny dzień, luty bądź marzec chyba właśnie, za oknem jakieś pola, nieużytki, błoto, uschnięta trawa, możliwe że gdzieś dalej resztki topniejącego śniegu, w słuchawkach Pornography a ja chłonąłem te obrazy z jakąś turpistyczną fascynacją, chyba cofały mnie w czasie do mojego dzieciństwa, może to właśnie to. To dziwne i w sumie smutne ale kiedy myślę o dzieciństwie, czasach podstawówki to właśnie takie obrazy mam przed oczami też, jakby nic nie istniało wtedy tylko to brzydkie jeb*ne przedwiośnie, mam wrażenie że nie ma nic lepiej oddającego piękno (czyt. brzydotę) naszego kraju. Brzydkie, smutne obrazki które w pochmurny dzień byłyby mi może bardziej obojętne ale świecące przy tym mocno słońce jakby chciało zrobić na przekór i jak najlepiej ukazać całe paskudztwo wokół. Muzyka na Pornography była dla mnie muzycznym uosobieniem takiego przedwiośnia właśnie i smutnych wspomnień oglądanych w pamięci przez filtr w barwach sepii. Ulubiony duet z tej płyty to było Siamese Twins i The Figurehead właśnie.
Podstawą jest tu charakterystyczna dla tej płyty dudniąca mechanicznie perkusja która zdaje się mieć jakby wywalone na resztę i prze ślepo do przodu jakby w chorym transie. Swoją drogą nie jestem już pewien czy mi się to przyśniło czy czytałem kiedyś że inspiracją dla Tolhursta (perkusisty) była gra Stephena Morrisa z Joy Division. Do pary z perkusją mamy też dudniący bas, no i oczywiście gitarę grającą jakieś smętne melodie. Smith śpiewa w tym numerze (i na tej płycie ogólnie) z dużą dozą desperacji w głosie jakby miał faktycznie niedługo zejść z tego świata i było to rozpaczliwe pożegnanie a może wołanie o pomoc człowieka w głębokiej depresji. Śpiewa z manierą człowieka mocno nieszczęśliwego i chociaż moje upajanie się tym klimatem przed laty było żałosne tudzież zabawne to jednak jak spoglądam wstecz to w sumie ani w tamtym czasie studiów ani w powracających we wspomnieniach czasach dzieciństwa nie znałem prawdziwego szczęścia i żyłem w przekonaniu że tak będzie już zawsze, że życie nie może być lepsze od tego co znałem. Nie mogąc przeżywać radosnych chwil zwyczajnie lgnąłem do jedynych silnych emocji jakie znałem - ból istnienia, weltschmerz, a kiedy to mijało wtedy kolejny szary jałowy dzień zdawał się być lepszy niż był w rzeczywistości. Musiało minąć kolejnych parę lat zanim moja psychika naprawdę znalazła się na skraju prawdziwej depresji a wówczas nie byłem już w stanie sięgać po taką muzykę i porzuciłem ją na długi czas na rzecz disco i muzyki klubowej która trzymała mnie w pionie w najgorszych chwilach zagłuszając realne problemy.
The Cure, The Figurehead, taka ode mnie pocztówka z szaroburego przedwiośnia mojego umysłu dla Was.
https://youtu.be/oA4Zdpw5MN0
Sam nie wiem umyślnie czy nie ale pozwolę sobie zacząć nową kolejkę mniej więcej w takim miejscu w jakim skończyła się poprzednia, nawet IMĆ Musiał wspominał o tej płycie przy okazji recki numeru mentosa i przyznaję coś w tym jest...
The Cure - The Figurehead
(1983)
Przyznam się na wstępie że myśląc o jakimś numerze kjurów do bestki utworowej jakoś nie myślałem o tej wrzutce wcześniej tak naprawdę. Rozważałem rzuceniem czymś bardziej obskjurowym nawet lub po prostu moim ulubionym ich kawałkiem, uznałem jednak że nie zawsze w tej bestce muszą wlatywać faworyci, czasem mogą ustąpić miejsca utworom które kiedyś w pewnym momencie życia przeżywaliśmy dużo bardziej i które bardziej kojarzą się z jakimiś wydarzeniami lub po prostu wywołują pewne emocje sprawniej (nieco analogiczna sytuacja choćby z ATCQ - tak naprawdę w tych bestkach nie wrzuciłem ani ulubionego ich utworu ani albumu, ale te wybrane do bestek mają większe znaczenie historyczne że tak powiem).
The Figurehead to kawałek pochodzący z albumu Pornography, który poznawałem jako jeden z pierwszych z dyskografii kjurów obok Disintegration i 17s. Było to jakoś w roku 2007 lub 2008 zatem kiedy z jednej strony poznawałem na dobre pozytywne brzmienie rapu wspomnianego ATCQ a z drugiej sięgałem po kjurów i słuchałem ich płyt leżąc na łóżku w długie jesienne wieczory w moim pokoju oświetlonym jedynie nocną lampką i upajałem się tą dołującą muzyką rozmyślając nad beznadzieją własnego życia. Mam też przebłyski wspomnień związane z tą płytą jak słuchałem jej w drodze do Piotrkowa i z powrotem gdzie uczęszczałem na studia i gapiłem się na obrazy za oknem, jakiś słoneczny dzień, luty bądź marzec chyba właśnie, za oknem jakieś pola, nieużytki, błoto, uschnięta trawa, możliwe że gdzieś dalej resztki topniejącego śniegu, w słuchawkach Pornography a ja chłonąłem te obrazy z jakąś turpistyczną fascynacją, chyba cofały mnie w czasie do mojego dzieciństwa, może to właśnie to. To dziwne i w sumie smutne ale kiedy myślę o dzieciństwie, czasach podstawówki to właśnie takie obrazy mam przed oczami też, jakby nic nie istniało wtedy tylko to brzydkie jeb*ne przedwiośnie, mam wrażenie że nie ma nic lepiej oddającego piękno (czyt. brzydotę) naszego kraju. Brzydkie, smutne obrazki które w pochmurny dzień byłyby mi może bardziej obojętne ale świecące przy tym mocno słońce jakby chciało zrobić na przekór i jak najlepiej ukazać całe paskudztwo wokół. Muzyka na Pornography była dla mnie muzycznym uosobieniem takiego przedwiośnia właśnie i smutnych wspomnień oglądanych w pamięci przez filtr w barwach sepii. Ulubiony duet z tej płyty to było Siamese Twins i The Figurehead właśnie.
Podstawą jest tu charakterystyczna dla tej płyty dudniąca mechanicznie perkusja która zdaje się mieć jakby wywalone na resztę i prze ślepo do przodu jakby w chorym transie. Swoją drogą nie jestem już pewien czy mi się to przyśniło czy czytałem kiedyś że inspiracją dla Tolhursta (perkusisty) była gra Stephena Morrisa z Joy Division. Do pary z perkusją mamy też dudniący bas, no i oczywiście gitarę grającą jakieś smętne melodie. Smith śpiewa w tym numerze (i na tej płycie ogólnie) z dużą dozą desperacji w głosie jakby miał faktycznie niedługo zejść z tego świata i było to rozpaczliwe pożegnanie a może wołanie o pomoc człowieka w głębokiej depresji. Śpiewa z manierą człowieka mocno nieszczęśliwego i chociaż moje upajanie się tym klimatem przed laty było żałosne tudzież zabawne to jednak jak spoglądam wstecz to w sumie ani w tamtym czasie studiów ani w powracających we wspomnieniach czasach dzieciństwa nie znałem prawdziwego szczęścia i żyłem w przekonaniu że tak będzie już zawsze, że życie nie może być lepsze od tego co znałem. Nie mogąc przeżywać radosnych chwil zwyczajnie lgnąłem do jedynych silnych emocji jakie znałem - ból istnienia, weltschmerz, a kiedy to mijało wtedy kolejny szary jałowy dzień zdawał się być lepszy niż był w rzeczywistości. Musiało minąć kolejnych parę lat zanim moja psychika naprawdę znalazła się na skraju prawdziwej depresji a wówczas nie byłem już w stanie sięgać po taką muzykę i porzuciłem ją na długi czas na rzecz disco i muzyki klubowej która trzymała mnie w pionie w najgorszych chwilach zagłuszając realne problemy.
The Cure, The Figurehead, taka ode mnie pocztówka z szaroburego przedwiośnia mojego umysłu dla Was.
https://youtu.be/oA4Zdpw5MN0
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Peter Gabriel – Mercy Street
Na wstępie chcę napisać, że nie planowałem tego teraz wrzucać. Pierwotny plan zakładał, żeby „Mercy Street” wjechało w styczniu, ale nie chciałem rozbijać tej pierwszej sekwencji utworów w trzeciej 25-tce, więc stwierdziłem, że odłożę to na styczeń 2024 r. Niemniej, ostatnio coraz więcej osób tu na forum zaczyna wspominać o tym kawałku i myślę sobie, że jak będę czekał do przyszłego roku, to mi w końcu ktoś to podjebie. Inna sprawa, że spojrzałem właśnie za okno, a tam śnieg, więc niech już będzie lol xD A teraz do rzeczy.
Petera Gabriela poznałem na początku lat 00wych. Genesis znałem już trochę wcześniej, ale tylko „Calling All Stations” i jakieś największe hity z kompilacji „Turn It On Again”, więc nie wiedziałem o tym, że on tam śpiewał. Tzn. na tej kompie jest „Carpet Crawlers 99”, do którego nagrał nowe wokale, i było o tym dosyć głośno, ale ja jeszcze wtedy nie skojarzyłem, że to ten sam gość od „Sledgehammer”. Kiedy się dowiedziałem, to był to szok na poziomie odkrycia, że Joy Division i New Order, to jeden zespół. W każdym razie, nie potrafię sobie do końca przypomnieć co było pierwsze, ale moja mania na Gabriela zaczęła się od dwóch wydarzeń. Po pierwsze, usłyszenie mini koncertu PG ze studia, który to koncert odtwarzał Kaczkowski w Trójce, jakoś pod koniec 2002 roku, a po drugie znalezienie w zbiorach ojca, przegrywanej kasety magnetofonowej podpisanej „Peter Gabriel Live”. W tym drugim przypadku, owym lajwem było „Plays Live”, czyli zasadniczo „best of” Gabriela z pierwszych czterech płyt. Katowałem tę kasetę ostro podczas wyjazdu w góry na wspinaczkę, jaki zrobiliśmy sobie z ojcem. Słuchanie „No Self Control”, siedząc w nocy w schronisku, patrząc na oświetlone przez księżyc lasy i góry, to jest konkretny klimat. Tamten drugi koncert, młodszy o prawie 20 lat, zawierał głównie kawałki z wydanego akurat „Up” i dwóch reprezentantów „So”, w tym „Mercy Street”.
Byłem pod gigantycznym wrażeniem tego wszystkiego, zarówno nowych, jak i starych utworów. Powiem szczerze, że do dziś mało kto zrobił mi takie przemeblowanie w głowie, jeśli chodzi o muzykę, co Peter Gabriel. Facet szybko urósł dla mnie to rozmiarów boga i w zasadzie niewiele się pod tym katem zmieniło. Pamiętam, że w grudniu 2002 poleciałem do pobliskiego Geanta, żeby kupić sobie „So” na kasecie (wtedy można było jeszcze takie rzeczy tam kupić). Jak usłyszałem studyjną wersję „Mercy Street” to już nic nie było takie samo.
UWAGA, będzie grube tańczenie o architekturze. Ja nie wiem, trzeba jednak być geniuszem, żeby zrobić taki utwór z głównym motywem opartym na dzwonku i ten dzwonek brzmi jak coś najlepszego na świecie. Swego czasu zasłuchiwałem się w kolażu demówek tego utworu, który został dołączony do rocznicowego boxa „So”. Długo to był utwór oparty na pianinie, ale w końcu Gabriel zdecydował się je usunąć, wierząc, że uzyska lepszy efekt oszczędniejszą aranżacją. Był też szybsze, bardziej rockowe wersje, ale ostatecznie stanęło na tym, co wylądowało na płycie. I mimo że Gabriel konsekwentnie zdejmował z „Mercy Street” kolejne warstwy instrumentów, nadal dzieje się tam bardzo dużo, jednocześnie z zachowaniem pięknej przestrzeni i mocno onirycznej atmosfery.
Można słuchać tego kawałka dziesiątki razy, a i tak się wszystkiego nie wyłapie. Tam się pojawiają tak niezwykłe brzmienia w trakcie, że ja nawet nie wiem co to jest i jak to zostało wygenerowane. Jednocześnie, podkład jest całkowicie lekki, nieprzesadzony, szczery i tak bezpretensjonalny, jak tylko może być. Tyle się dzieje, ale jednocześnie nic za dużo. Każdy dźwięk ma swoje miejsce, nic nie wydaje się niepotrzebne. Wszystko płynie plamami ambientowych klawiszy, pięknych ozdobników, które pojawiają się i znikają oraz tym, co u Gabriela zawsze grało pierwsze skrzypce, rytmem. Peter wyczarował trans, jak ze snu, co tylko pogłębia użycie dwóch, bardzo różnych, ale idealny zsynchronizowanych ścieżek wokalu (podobny efekt uzyskał Grant w „Drug”). Na końcu jeszcze piękne wokalizy Gabriela, tak charakterystyczne, że dorobiły się wśród fanów oficjalnego określenia – gabrielize (gabrielowanie).
Próbuję jakoś przełożyć magię tego utworu na słowa, ale po prostu się nie da. Czasami muzykę konstruuje się po inżyniersku, a czasami się ją wyczarowuje, i w wypadku „Mercy Street”, to jest w zasadzie jedno i drugie, ale ze zdecydowanie większą ilością czarów, bo wytworzenia takiej atmosfery i takiego brzmienia nie da się wpisać we wzory, nie ma recepty na takie kawałki.
Ten utwór już na zawsze będzie mi się kojarzył z ciemnymi, zaśnieżonymi, a jednocześnie przytulnymi, zimowymi wieczorami spędzonymi przy opisywanej przeze mnie ostatnio wieży.
Z tym i z grą „Reksio i Skarb Piratów”, długa historia.
Widziałem Gabriela na żywo trzy razy, w tym dwukrotnie wykonującego ten utwór, i to za każdym razem było dla mnie mocne przeżycie i niesamowite doświadczenie, nigdy tych występów nie zapomnę. W tym roku raczej się na jego koncert nie wybiorę, bo mam poważne i ważne wydatki zaplanowane, a ceny biletów zaczynające się od 400 zł za najsłabsze miejsca, to już przesada (w Łodzi w 2014 r., najdroższe był golden circle za 330 zł, co za czasy). Ale co zobaczyłem i usłyszałem, to moje.
https://www.youtube.com/watch?v=2vJQOs8k4N0
Na wstępie chcę napisać, że nie planowałem tego teraz wrzucać. Pierwotny plan zakładał, żeby „Mercy Street” wjechało w styczniu, ale nie chciałem rozbijać tej pierwszej sekwencji utworów w trzeciej 25-tce, więc stwierdziłem, że odłożę to na styczeń 2024 r. Niemniej, ostatnio coraz więcej osób tu na forum zaczyna wspominać o tym kawałku i myślę sobie, że jak będę czekał do przyszłego roku, to mi w końcu ktoś to podjebie. Inna sprawa, że spojrzałem właśnie za okno, a tam śnieg, więc niech już będzie lol xD A teraz do rzeczy.
Petera Gabriela poznałem na początku lat 00wych. Genesis znałem już trochę wcześniej, ale tylko „Calling All Stations” i jakieś największe hity z kompilacji „Turn It On Again”, więc nie wiedziałem o tym, że on tam śpiewał. Tzn. na tej kompie jest „Carpet Crawlers 99”, do którego nagrał nowe wokale, i było o tym dosyć głośno, ale ja jeszcze wtedy nie skojarzyłem, że to ten sam gość od „Sledgehammer”. Kiedy się dowiedziałem, to był to szok na poziomie odkrycia, że Joy Division i New Order, to jeden zespół. W każdym razie, nie potrafię sobie do końca przypomnieć co było pierwsze, ale moja mania na Gabriela zaczęła się od dwóch wydarzeń. Po pierwsze, usłyszenie mini koncertu PG ze studia, który to koncert odtwarzał Kaczkowski w Trójce, jakoś pod koniec 2002 roku, a po drugie znalezienie w zbiorach ojca, przegrywanej kasety magnetofonowej podpisanej „Peter Gabriel Live”. W tym drugim przypadku, owym lajwem było „Plays Live”, czyli zasadniczo „best of” Gabriela z pierwszych czterech płyt. Katowałem tę kasetę ostro podczas wyjazdu w góry na wspinaczkę, jaki zrobiliśmy sobie z ojcem. Słuchanie „No Self Control”, siedząc w nocy w schronisku, patrząc na oświetlone przez księżyc lasy i góry, to jest konkretny klimat. Tamten drugi koncert, młodszy o prawie 20 lat, zawierał głównie kawałki z wydanego akurat „Up” i dwóch reprezentantów „So”, w tym „Mercy Street”.
Byłem pod gigantycznym wrażeniem tego wszystkiego, zarówno nowych, jak i starych utworów. Powiem szczerze, że do dziś mało kto zrobił mi takie przemeblowanie w głowie, jeśli chodzi o muzykę, co Peter Gabriel. Facet szybko urósł dla mnie to rozmiarów boga i w zasadzie niewiele się pod tym katem zmieniło. Pamiętam, że w grudniu 2002 poleciałem do pobliskiego Geanta, żeby kupić sobie „So” na kasecie (wtedy można było jeszcze takie rzeczy tam kupić). Jak usłyszałem studyjną wersję „Mercy Street” to już nic nie było takie samo.
UWAGA, będzie grube tańczenie o architekturze. Ja nie wiem, trzeba jednak być geniuszem, żeby zrobić taki utwór z głównym motywem opartym na dzwonku i ten dzwonek brzmi jak coś najlepszego na świecie. Swego czasu zasłuchiwałem się w kolażu demówek tego utworu, który został dołączony do rocznicowego boxa „So”. Długo to był utwór oparty na pianinie, ale w końcu Gabriel zdecydował się je usunąć, wierząc, że uzyska lepszy efekt oszczędniejszą aranżacją. Był też szybsze, bardziej rockowe wersje, ale ostatecznie stanęło na tym, co wylądowało na płycie. I mimo że Gabriel konsekwentnie zdejmował z „Mercy Street” kolejne warstwy instrumentów, nadal dzieje się tam bardzo dużo, jednocześnie z zachowaniem pięknej przestrzeni i mocno onirycznej atmosfery.
Można słuchać tego kawałka dziesiątki razy, a i tak się wszystkiego nie wyłapie. Tam się pojawiają tak niezwykłe brzmienia w trakcie, że ja nawet nie wiem co to jest i jak to zostało wygenerowane. Jednocześnie, podkład jest całkowicie lekki, nieprzesadzony, szczery i tak bezpretensjonalny, jak tylko może być. Tyle się dzieje, ale jednocześnie nic za dużo. Każdy dźwięk ma swoje miejsce, nic nie wydaje się niepotrzebne. Wszystko płynie plamami ambientowych klawiszy, pięknych ozdobników, które pojawiają się i znikają oraz tym, co u Gabriela zawsze grało pierwsze skrzypce, rytmem. Peter wyczarował trans, jak ze snu, co tylko pogłębia użycie dwóch, bardzo różnych, ale idealny zsynchronizowanych ścieżek wokalu (podobny efekt uzyskał Grant w „Drug”). Na końcu jeszcze piękne wokalizy Gabriela, tak charakterystyczne, że dorobiły się wśród fanów oficjalnego określenia – gabrielize (gabrielowanie).
Próbuję jakoś przełożyć magię tego utworu na słowa, ale po prostu się nie da. Czasami muzykę konstruuje się po inżyniersku, a czasami się ją wyczarowuje, i w wypadku „Mercy Street”, to jest w zasadzie jedno i drugie, ale ze zdecydowanie większą ilością czarów, bo wytworzenia takiej atmosfery i takiego brzmienia nie da się wpisać we wzory, nie ma recepty na takie kawałki.
Ten utwór już na zawsze będzie mi się kojarzył z ciemnymi, zaśnieżonymi, a jednocześnie przytulnymi, zimowymi wieczorami spędzonymi przy opisywanej przeze mnie ostatnio wieży.
Z tym i z grą „Reksio i Skarb Piratów”, długa historia.
Widziałem Gabriela na żywo trzy razy, w tym dwukrotnie wykonującego ten utwór, i to za każdym razem było dla mnie mocne przeżycie i niesamowite doświadczenie, nigdy tych występów nie zapomnę. W tym roku raczej się na jego koncert nie wybiorę, bo mam poważne i ważne wydatki zaplanowane, a ceny biletów zaczynające się od 400 zł za najsłabsze miejsca, to już przesada (w Łodzi w 2014 r., najdroższe był golden circle za 330 zł, co za czasy). Ale co zobaczyłem i usłyszałem, to moje.
https://www.youtube.com/watch?v=2vJQOs8k4N0
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
like I said it's too late
Charli XCX - Vroom Vroom
Kolejna artystka odkryta na fali queerowo-teatralnej rewolucji pod moją kopułą. Z jej muzyką wiąże się wiele istotnych wspomnień i wydarzeń. Zastanawiałem się nad czymś związanym z pandemią, ale ostatecznie wygrała chęć podzielenia się pierwszym doświadczeniem. Nie jestem już pewien, czy w tym przypadku zadziałał podobny mechanizm jak przy BMTH. Najpewniej na fali zachwytów nad SOPHIE musiałem szukać dalej i wśród różnych propozycji wyskoczyła mi jej kooperacja z Charli XCX. Do tej pory postać dla mnie kompletnie anonimowa, a od wakacji 2018 jedna z obowiązkowych gwiazd każdego kolejnego spotkania z moimi równie jak ja wykręconymi przyjaciółmi po dziś dzień. W pandemii pojawiła się płyta how I'm feeling now, która doskonale oddawała wszystkie odczuwane przeze mnie wtedy emocje. Pod każdym względem trafiała w dziesiątkę. Od tej pory uważnie obserwuję, sprawdzam nowości.
Pod koniec roku szkolnego 17/18 po korytarzach szkolnych poruszałem się jak na skrzydłach. Po pierwsze zmiana fryzury. Po drugie wreszcie zaangażowanie w coś twórczego i pobudzającego mózg do pracy. Kolega z klasy zachęca mnie, bym poszedł do auli. Trwa tam spotkanie typu quasi casting. Na odchodne jeden nieprzyjęty chłopak rzuca jakieś kwaśne linijki do wszystkich zgromadzonych. Jest nim bohater mojej ulubionej anegdotki związanej z My Bloody Valentine, jeśli ktoś w ogóle notuje w głowie to, co mam do powiedzenia. W tamtym czasie nie mieliśmy już sobie zbyt wiele do powiedzenia. No ale dobra, typo wychodzi, ja zaczynam rozmowę, dopytuję o co chodzi. Szukają zastępstwa do roli... księdza, którego do tej pory jedna z ichniejszych znajomych. Wtedy na pełnej objawia się moja skłonność do podejmowania ryzyka. Zgadzam się i jestem sobie za to bardzo wdzięczny. Do marca 2020 roku Dolinę Issy wystawimy jeszcze kilka razy, m.in. w naszej szkole, w wałbrzyskim TDSz, a także w zaprzyjaźnionej restauracji, w której mieliśmy chody i umówioną współpracę. Przez cały ten czas spektakl ewoluował, pewnego dnia trzeba było wykazać się mocną świadomością sytuacyjną... Nie zapomnę wrażenia, które towarzyszyło mi podczas pierwszych prób. Odbywały się na ostatnim piętrze liceum w małej sali gimnastycznej. Drewniana podłoga, od wejścia po prawej ogromne okna, na wprost lustra, z lewej drabinki. Zaraz przy wejściu stolik, radio. Pod oknami niskie ławeczki. Powstało tam wiele dobrych rzeczy, relacji, które trwają latami i przyniosły wszystkim wiele pozytywnej energii. Były w to wplątane wątki romansowe i to dość mocno, ale czy kiedyś o tym opowiem, hmm... Na tym etapie byłem dla wielu osób wręcz odkryciem, aż czasami sam się sobie dziwiłem dopytując, czemu dopiero teraz to się zaczyna. Wtedy było po prostu magiczne.
Pierwsze symptomy tej energii zaklęte są w tym kawałku. Jest w nim bezkompromisowość, bezpardonowość. Wjazd na pełnej, gdzie mali chłopcy padają na kolana przed królową. Do tego charakterystyczna produkcja SOPHIE, najpewniej to ona na początku zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Potem dojechała cała reszta. Numer zaaranżowany wręcz ascetycznie, ale ta niepozorna zabawa polega na potężnych kontrastach i hookach, które po prostu robią robotę. Nieodżałowana gwiazda dostarczyła kolejnego potężnego bangera. Odsłoniła możliwości Charli, zapodając kolejny hymn hedonizmu, wyjebki i dominacji. Od tamtej pory wydarzyło się jeszcze wiele momentów totalnego zachwytu, ale tutaj cały ambaras się zaczął. Trzymajcie się mebli, bo dopiero zaczynamy odlot.
https://www.youtube.com/watch?v=qfAqtFuGjWM
Charli XCX - Vroom Vroom
Kolejna artystka odkryta na fali queerowo-teatralnej rewolucji pod moją kopułą. Z jej muzyką wiąże się wiele istotnych wspomnień i wydarzeń. Zastanawiałem się nad czymś związanym z pandemią, ale ostatecznie wygrała chęć podzielenia się pierwszym doświadczeniem. Nie jestem już pewien, czy w tym przypadku zadziałał podobny mechanizm jak przy BMTH. Najpewniej na fali zachwytów nad SOPHIE musiałem szukać dalej i wśród różnych propozycji wyskoczyła mi jej kooperacja z Charli XCX. Do tej pory postać dla mnie kompletnie anonimowa, a od wakacji 2018 jedna z obowiązkowych gwiazd każdego kolejnego spotkania z moimi równie jak ja wykręconymi przyjaciółmi po dziś dzień. W pandemii pojawiła się płyta how I'm feeling now, która doskonale oddawała wszystkie odczuwane przeze mnie wtedy emocje. Pod każdym względem trafiała w dziesiątkę. Od tej pory uważnie obserwuję, sprawdzam nowości.
Pod koniec roku szkolnego 17/18 po korytarzach szkolnych poruszałem się jak na skrzydłach. Po pierwsze zmiana fryzury. Po drugie wreszcie zaangażowanie w coś twórczego i pobudzającego mózg do pracy. Kolega z klasy zachęca mnie, bym poszedł do auli. Trwa tam spotkanie typu quasi casting. Na odchodne jeden nieprzyjęty chłopak rzuca jakieś kwaśne linijki do wszystkich zgromadzonych. Jest nim bohater mojej ulubionej anegdotki związanej z My Bloody Valentine, jeśli ktoś w ogóle notuje w głowie to, co mam do powiedzenia. W tamtym czasie nie mieliśmy już sobie zbyt wiele do powiedzenia. No ale dobra, typo wychodzi, ja zaczynam rozmowę, dopytuję o co chodzi. Szukają zastępstwa do roli... księdza, którego do tej pory jedna z ichniejszych znajomych. Wtedy na pełnej objawia się moja skłonność do podejmowania ryzyka. Zgadzam się i jestem sobie za to bardzo wdzięczny. Do marca 2020 roku Dolinę Issy wystawimy jeszcze kilka razy, m.in. w naszej szkole, w wałbrzyskim TDSz, a także w zaprzyjaźnionej restauracji, w której mieliśmy chody i umówioną współpracę. Przez cały ten czas spektakl ewoluował, pewnego dnia trzeba było wykazać się mocną świadomością sytuacyjną... Nie zapomnę wrażenia, które towarzyszyło mi podczas pierwszych prób. Odbywały się na ostatnim piętrze liceum w małej sali gimnastycznej. Drewniana podłoga, od wejścia po prawej ogromne okna, na wprost lustra, z lewej drabinki. Zaraz przy wejściu stolik, radio. Pod oknami niskie ławeczki. Powstało tam wiele dobrych rzeczy, relacji, które trwają latami i przyniosły wszystkim wiele pozytywnej energii. Były w to wplątane wątki romansowe i to dość mocno, ale czy kiedyś o tym opowiem, hmm... Na tym etapie byłem dla wielu osób wręcz odkryciem, aż czasami sam się sobie dziwiłem dopytując, czemu dopiero teraz to się zaczyna. Wtedy było po prostu magiczne.
Pierwsze symptomy tej energii zaklęte są w tym kawałku. Jest w nim bezkompromisowość, bezpardonowość. Wjazd na pełnej, gdzie mali chłopcy padają na kolana przed królową. Do tego charakterystyczna produkcja SOPHIE, najpewniej to ona na początku zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Potem dojechała cała reszta. Numer zaaranżowany wręcz ascetycznie, ale ta niepozorna zabawa polega na potężnych kontrastach i hookach, które po prostu robią robotę. Nieodżałowana gwiazda dostarczyła kolejnego potężnego bangera. Odsłoniła możliwości Charli, zapodając kolejny hymn hedonizmu, wyjebki i dominacji. Od tamtej pory wydarzyło się jeszcze wiele momentów totalnego zachwytu, ale tutaj cały ambaras się zaczął. Trzymajcie się mebli, bo dopiero zaczynamy odlot.
https://www.youtube.com/watch?v=qfAqtFuGjWM
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Miike Snow - Bavarian #1 (Say You Will) (2012)
Jest sobie marzec 2012 i... nie, wróć. Jest luty albo styczeń nawet, i to 2010. Jadę sobie swoją ciemnozieloną strzałą (kurewsko wygodny Citroen Xsara z 1998 roku) przez ulice Miasta Włókniarzy i słucham radia. Miałem wtedy - co pewnie już mówiłem przy innej okazji - fazę na Trójkę (pod wpływem kolekcji winyli i szpul starego, a także swojej ówczesnej dziołchy), więc latała często, niczego innego (poza okazjonalnie Eską Rock i Tok FM) wówczas nie odpalałem. I tak w pewnym momencie zaczyna lecieć kawałek, który stał się dla mnie czymś w rodzaju bramy do hipsterskiej muzyki (samo określenie "hipster" poznałem nieco później tego samego roku, 1-go kwietnia podczas popijawy w Parku Julianowskim na urodzinach pewnej mojej znajomej, co to jej Hien nie lubi). Nie wiem co to, bowiem na panelu radioodbiornika się nic poza nazwą stacji nie wyświetla, nie zapowiedzieli, w ogóle nic, ale zapamiętałem fragment tekstu i szybko wpisałem w telefon. W domu risercz i tak trafiłem na numer Animal trio Miike Snow, na które składa(ło) się 2 Szwedów - Pontus Winnberg i Christian Karlsson oraz Amerykanin Andrew Wyatt. Szwedzi robili muzykę, Wyatt pisał teksty, grał na pianinie i śpiewał. Nikt nikomu nie wypadł sroce spod ogona, Szwedasy miały (mają?) duet producencki, który siedzi na rynku już od wielu lat, zaś Wyatt robił za muzyka sesyjnego (o ile mnie pamięć nie myli to on grał na pianinie w piosence Everytime Britney Spears). Zresztą, trio spotkało się właśnie podczas prac nad płytą Spears In the Zone (z której pochodzi Everytime) i 3 lata później zrobili sobie zespół. Nazwa pochodzi od nazwiska ich wspólnego kumpla, do którego dołożyli jedno 'i', bo wyglądało to fajnie (i tak media potem wciskały kit szerokiej publiczności, że to nawiązanie do nazwiska japońskiego reżysera Takashi Miikego). W 2009 wydali pierwszy album zatytułowany po prostu Miike Snow i właśnie on promowany był singlem Animal (ofc nie tylko tym). Numer jest świetny, kupił mnie z miejsca, zassałem najpierw singiel, potem płytę (która też jest świetna), przepadłem. Stała się ona - obok innych rzeczy, jakie highlightowały dla mnie rok 2010 - głównym soundtrackiem tamtego czasu. Podobały mi się nawet te numery, na które kilka lat wcześniej bym srogo mehnął. Dobra rzecz. Zacząłem ich śledzić i w końcu - po dłuższym okresie ciszy - wypuścili follow-up o tytule Happy to You. Miało to właśnie miejsce w marcu 2012. Album szybko wleciał mi na empetrójkę i katowałem go niemal całą wiosnę. A marzec 2012 to był ciężki miesiąc (Hien pamięta, może powiedzieć to i owo), pełny wkurwienia i jakichś tam nadziei (powoli klarował się mój pomysł z wyjazdem do Warszawy), ale na pewno obfitował w dobrą muzę (wtedy też poznawałem mocniej Austrę i takie tam). Zastanawiałem się, czy nie wrzucić całej płyty do bestki albumowej, ale nie zdecydowałem się na to z paru powodów. Tak naprawdę głównym jest ten, że ich druga płyta nie jest tak dobra, jak ta pierwsza. Jest sporo fajnych utworów, ale reszta to straszne fillery. Zapodaję ten, który wtedy wcisnął mi się w głowę najmocniej (i do dzisiaj oczywiście wracam). Może są tutaj ludzie, którzy znają Animal i nawet im się podobał, może nawet znają debiut? Może będzie im przykro, że nie wstawiłem, no ale TRUDNO. Bavarian jest super - bardzo kojarzy mi się właśnie z owym ich debiutem singlowym (perkaaa, pianino), jest nieco czilowy, a jednak też nieco niepokojący, ma fajny hook wokalny, dobrze oddaje charakter ich twórczości. Co było dalej? Na kolejną płytę trzeba było czekać aż 4 lata. iii (taki tytuł) premierowała też w marcu, ale 2016 i wyrzuciła kilka fajnych (ale już bardziej generikowych) singli (np. świetne Heart Is Full), w ogóle była lepsza od Happy to You, ale potem drużyna właściwie przepadła. Grają na żywo, to wiem, przynajmniej okazjonalnie, Karlsson i Winnberg zrobili dwa remiksy DM na drugą kompilację Remixes (bardzo fajne zresztą), Wyatt chyba przez moment bzykał Lykke Li, ale nic z tego chyba nie wyszło, no, pokręcona historia. Ale hej, jest marzec, słucham ich znowu, i prawie jestem w stanie uwierzyć, że faktycznie jest 2012, moje płuca jeszcze nie są tak zdewastowane, jeszcze nie spróbowałem najfajniejszych rzeczy w życiu a Hien ma do mnie jeszcze minimum szacunku. A może jeszcze trochę ma? A może będzie miał? SAY YOU WIIIL na na na na na na nana nana nana nanaaa...
https://www.youtube.com/watch?v=BlIj3oEJUE8
Jest sobie marzec 2012 i... nie, wróć. Jest luty albo styczeń nawet, i to 2010. Jadę sobie swoją ciemnozieloną strzałą (kurewsko wygodny Citroen Xsara z 1998 roku) przez ulice Miasta Włókniarzy i słucham radia. Miałem wtedy - co pewnie już mówiłem przy innej okazji - fazę na Trójkę (pod wpływem kolekcji winyli i szpul starego, a także swojej ówczesnej dziołchy), więc latała często, niczego innego (poza okazjonalnie Eską Rock i Tok FM) wówczas nie odpalałem. I tak w pewnym momencie zaczyna lecieć kawałek, który stał się dla mnie czymś w rodzaju bramy do hipsterskiej muzyki (samo określenie "hipster" poznałem nieco później tego samego roku, 1-go kwietnia podczas popijawy w Parku Julianowskim na urodzinach pewnej mojej znajomej, co to jej Hien nie lubi). Nie wiem co to, bowiem na panelu radioodbiornika się nic poza nazwą stacji nie wyświetla, nie zapowiedzieli, w ogóle nic, ale zapamiętałem fragment tekstu i szybko wpisałem w telefon. W domu risercz i tak trafiłem na numer Animal trio Miike Snow, na które składa(ło) się 2 Szwedów - Pontus Winnberg i Christian Karlsson oraz Amerykanin Andrew Wyatt. Szwedzi robili muzykę, Wyatt pisał teksty, grał na pianinie i śpiewał. Nikt nikomu nie wypadł sroce spod ogona, Szwedasy miały (mają?) duet producencki, który siedzi na rynku już od wielu lat, zaś Wyatt robił za muzyka sesyjnego (o ile mnie pamięć nie myli to on grał na pianinie w piosence Everytime Britney Spears). Zresztą, trio spotkało się właśnie podczas prac nad płytą Spears In the Zone (z której pochodzi Everytime) i 3 lata później zrobili sobie zespół. Nazwa pochodzi od nazwiska ich wspólnego kumpla, do którego dołożyli jedno 'i', bo wyglądało to fajnie (i tak media potem wciskały kit szerokiej publiczności, że to nawiązanie do nazwiska japońskiego reżysera Takashi Miikego). W 2009 wydali pierwszy album zatytułowany po prostu Miike Snow i właśnie on promowany był singlem Animal (ofc nie tylko tym). Numer jest świetny, kupił mnie z miejsca, zassałem najpierw singiel, potem płytę (która też jest świetna), przepadłem. Stała się ona - obok innych rzeczy, jakie highlightowały dla mnie rok 2010 - głównym soundtrackiem tamtego czasu. Podobały mi się nawet te numery, na które kilka lat wcześniej bym srogo mehnął. Dobra rzecz. Zacząłem ich śledzić i w końcu - po dłuższym okresie ciszy - wypuścili follow-up o tytule Happy to You. Miało to właśnie miejsce w marcu 2012. Album szybko wleciał mi na empetrójkę i katowałem go niemal całą wiosnę. A marzec 2012 to był ciężki miesiąc (Hien pamięta, może powiedzieć to i owo), pełny wkurwienia i jakichś tam nadziei (powoli klarował się mój pomysł z wyjazdem do Warszawy), ale na pewno obfitował w dobrą muzę (wtedy też poznawałem mocniej Austrę i takie tam). Zastanawiałem się, czy nie wrzucić całej płyty do bestki albumowej, ale nie zdecydowałem się na to z paru powodów. Tak naprawdę głównym jest ten, że ich druga płyta nie jest tak dobra, jak ta pierwsza. Jest sporo fajnych utworów, ale reszta to straszne fillery. Zapodaję ten, który wtedy wcisnął mi się w głowę najmocniej (i do dzisiaj oczywiście wracam). Może są tutaj ludzie, którzy znają Animal i nawet im się podobał, może nawet znają debiut? Może będzie im przykro, że nie wstawiłem, no ale TRUDNO. Bavarian jest super - bardzo kojarzy mi się właśnie z owym ich debiutem singlowym (perkaaa, pianino), jest nieco czilowy, a jednak też nieco niepokojący, ma fajny hook wokalny, dobrze oddaje charakter ich twórczości. Co było dalej? Na kolejną płytę trzeba było czekać aż 4 lata. iii (taki tytuł) premierowała też w marcu, ale 2016 i wyrzuciła kilka fajnych (ale już bardziej generikowych) singli (np. świetne Heart Is Full), w ogóle była lepsza od Happy to You, ale potem drużyna właściwie przepadła. Grają na żywo, to wiem, przynajmniej okazjonalnie, Karlsson i Winnberg zrobili dwa remiksy DM na drugą kompilację Remixes (bardzo fajne zresztą), Wyatt chyba przez moment bzykał Lykke Li, ale nic z tego chyba nie wyszło, no, pokręcona historia. Ale hej, jest marzec, słucham ich znowu, i prawie jestem w stanie uwierzyć, że faktycznie jest 2012, moje płuca jeszcze nie są tak zdewastowane, jeszcze nie spróbowałem najfajniejszych rzeczy w życiu a Hien ma do mnie jeszcze minimum szacunku. A może jeszcze trochę ma? A może będzie miał? SAY YOU WIIIL na na na na na na nana nana nana nanaaa...
https://www.youtube.com/watch?v=BlIj3oEJUE8
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
The Beatles - Being for the Benefit of Mr. Kite!
Chyba musiało to kiedyś nastąpić - wrzucam BITELSÓW. Słynny kwartet z Liverpoolu, który zapisał się nawet nie wielkimi, ale GARGANTUICZNYMI zgłoskami w dziejach popkultury, któremu poświęcono wiele publikacji, artykułów, analiz i który był fenomenem tak wielkim jak coś, co jest większe niż bardzo duże. No i też zespół, który ma dość liczny elektorat negatywny, zwłaszcza w niezalowych banieczkach, ale tutaj go ostatencyjnie oleję. Ja to sam wychodzę z założenia, że jak ktoś za Beatelsami nie przepada, to chyba musi być z nim coś nie do końca tak. xD
Bitelsy były dla mnie dość ważnym zespołem w mrocznych pradziejach początków interesowania się muzyką, czyli gdzieś na przełomie 2009/10 roku, kiedy postanowiłem sobie, że zacznę się ZNAĆ na muzyce, więc czytałem wszystko co się da, ściągałem co się da i rzecz jasna słuchałem tego, czego się tylko da. Tam naprawdę przewijały się rzeczy przeróżne i przeróżniejsze, ale nie mogło zabraknąć miejsca dla najsłynniejszej czwórki z Liverpoolu, której słuchałem często i gęsto, sporo i w ogóle, chociaż w latach późniejszych już mocno zeszła z moich playlist i prawdę powiedziawszy od jakichś dobrych 11 lat pojawia się tam raczej incydentalnie. No ale respekt pozostał i w ogóle.
Podobnie jak z Floydami i jeszcze czymś tam miałem tutaj nie lada problem czym was tu, heh, zaskoczyć. Te największe hiciory są niby spoko, ale żaden z nich nie był dla mnie ani szczególnie wybitny, ani też nie odegrał jakiejś ważnej roli w moim żywocie (ament). Rozważałem jedną piosenkę z Abbey Road, której słuchałem przed maturami i która się zwała Carry that weight, ale uznałem, że jednak to bardziej miniaturka muzyczna niż pełnoprawna kompozycja. Generalnie to ja tutaj nadmienię, że zdecydowanie jestem fanem tej późniejszej odsłony Bitli - tej po 66 roku, kiedy to zrezygnowali z występów live na rzecz poświęcenia się pracy w studio, co - wraz z nieukrywaną sympatią do środków hehe odurzających - poskutkowało paroma uroczymi psychodelicznymi albumami.
Podrzucam więc wam mój ulubiony "deep cut" z mojego ulubionego Sierżata Pieprza - kompozycję kwaśną, barokową i losową. Weźcie i słuchajcie jej po prostu.
https://youtu.be/bJVWZy4QOy0
Chyba musiało to kiedyś nastąpić - wrzucam BITELSÓW. Słynny kwartet z Liverpoolu, który zapisał się nawet nie wielkimi, ale GARGANTUICZNYMI zgłoskami w dziejach popkultury, któremu poświęcono wiele publikacji, artykułów, analiz i który był fenomenem tak wielkim jak coś, co jest większe niż bardzo duże. No i też zespół, który ma dość liczny elektorat negatywny, zwłaszcza w niezalowych banieczkach, ale tutaj go ostatencyjnie oleję. Ja to sam wychodzę z założenia, że jak ktoś za Beatelsami nie przepada, to chyba musi być z nim coś nie do końca tak. xD
Bitelsy były dla mnie dość ważnym zespołem w mrocznych pradziejach początków interesowania się muzyką, czyli gdzieś na przełomie 2009/10 roku, kiedy postanowiłem sobie, że zacznę się ZNAĆ na muzyce, więc czytałem wszystko co się da, ściągałem co się da i rzecz jasna słuchałem tego, czego się tylko da. Tam naprawdę przewijały się rzeczy przeróżne i przeróżniejsze, ale nie mogło zabraknąć miejsca dla najsłynniejszej czwórki z Liverpoolu, której słuchałem często i gęsto, sporo i w ogóle, chociaż w latach późniejszych już mocno zeszła z moich playlist i prawdę powiedziawszy od jakichś dobrych 11 lat pojawia się tam raczej incydentalnie. No ale respekt pozostał i w ogóle.
Podobnie jak z Floydami i jeszcze czymś tam miałem tutaj nie lada problem czym was tu, heh, zaskoczyć. Te największe hiciory są niby spoko, ale żaden z nich nie był dla mnie ani szczególnie wybitny, ani też nie odegrał jakiejś ważnej roli w moim żywocie (ament). Rozważałem jedną piosenkę z Abbey Road, której słuchałem przed maturami i która się zwała Carry that weight, ale uznałem, że jednak to bardziej miniaturka muzyczna niż pełnoprawna kompozycja. Generalnie to ja tutaj nadmienię, że zdecydowanie jestem fanem tej późniejszej odsłony Bitli - tej po 66 roku, kiedy to zrezygnowali z występów live na rzecz poświęcenia się pracy w studio, co - wraz z nieukrywaną sympatią do środków hehe odurzających - poskutkowało paroma uroczymi psychodelicznymi albumami.
Podrzucam więc wam mój ulubiony "deep cut" z mojego ulubionego Sierżata Pieprza - kompozycję kwaśną, barokową i losową. Weźcie i słuchajcie jej po prostu.
https://youtu.be/bJVWZy4QOy0
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Babylon Zoo - Animal Army
Będzie krótko, bo miałem dosyć zajęty weekend i dopiero znalazłem chwilę.
Babylon Zoo to brytyjski zespół muzyczny działający w latach 90'. Na koncie mają zaledwie dwa albumy: The Boy With The X-Ray Eyes z 1996r., z którego pochodzi Animal Army oraz ich największy hit Spaceman oraz King Kong Groover z 1999r. Pierwszy album znam bardzo dobrze, drugiego nie słyszałem. Były jeszcze zapowiedzi nowej płyty w 2005, podano nawet jego nazwę, ale nigdy do jej wydania nie doszło. Na temat samego zespołu za dużo nie wiem poza tym, że grali rock alternatywny oraz że wokalista Jas Mann jest wielkim miłośnikiem zwierząt. Wierzył, że kiedyś zabijane przez człowieka zwierzęta się zbuntują i wezmą odwet na ludzkości. I właśnie o dzikich zwierzętach jest utwór Aminal Army oraz teledysk do niego. Uważam, że to bardzo dobra kompozycja. Kiedyś słuchałem sporo rocka, teraz już raczej rzadko do niego wracam. Ale czasami Babylon Zoo lubię sobie przypomnieć. Podoba mi się brzmienie gitar w Animal Army. Wokal Manna jest dosyć charakterystyczny i dziwaczny, ale nie przeszkadza mi. Dobry przebojowy numer.
Utwór dziwnie się tu urywa, bo to wersja albumowa, która płynnie łączy się z następnym utworem.
Lubię do Animal Army wracać dużo chętniej niż do Spaceman.
https://www.youtube.com/watch?v=GQQEMuuWSHU
Będzie krótko, bo miałem dosyć zajęty weekend i dopiero znalazłem chwilę.
Babylon Zoo to brytyjski zespół muzyczny działający w latach 90'. Na koncie mają zaledwie dwa albumy: The Boy With The X-Ray Eyes z 1996r., z którego pochodzi Animal Army oraz ich największy hit Spaceman oraz King Kong Groover z 1999r. Pierwszy album znam bardzo dobrze, drugiego nie słyszałem. Były jeszcze zapowiedzi nowej płyty w 2005, podano nawet jego nazwę, ale nigdy do jej wydania nie doszło. Na temat samego zespołu za dużo nie wiem poza tym, że grali rock alternatywny oraz że wokalista Jas Mann jest wielkim miłośnikiem zwierząt. Wierzył, że kiedyś zabijane przez człowieka zwierzęta się zbuntują i wezmą odwet na ludzkości. I właśnie o dzikich zwierzętach jest utwór Aminal Army oraz teledysk do niego. Uważam, że to bardzo dobra kompozycja. Kiedyś słuchałem sporo rocka, teraz już raczej rzadko do niego wracam. Ale czasami Babylon Zoo lubię sobie przypomnieć. Podoba mi się brzmienie gitar w Animal Army. Wokal Manna jest dosyć charakterystyczny i dziwaczny, ale nie przeszkadza mi. Dobry przebojowy numer.
Utwór dziwnie się tu urywa, bo to wersja albumowa, która płynnie łączy się z następnym utworem.
Lubię do Animal Army wracać dużo chętniej niż do Spaceman.
https://www.youtube.com/watch?v=GQQEMuuWSHU
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jeśli Melki planuje dołączyć, to proszę o jakikolwiek post w tym temacie od niego, może być nawet "BIGOS". Jeśli ten apel pozostanie bez odpowiedzi, to od jutra lecimy z recenzjami (co jest raczej fair). Potem dopiero w następnej kolejce będzie możliwość (bo furtkę zostawiam naturalnie otwartą).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Przepraszam za obsuwę, ostatnio na okrągło coś robię i, nawet gdy mam jakąś chwilę, to organizm zaczyna żądać przystopowania (i ma rację). No, ale jestem znowu
Ale emocjonalny odbiór muzyki mam stępiony jak nigdy.
Lantlôs - Melting Sun IV: Jade Fields
Zaczyna się od budowania klimatu gitarami i klawiszami, potem pojawia się mocny rytm i ryzyko, że będzie ostra rąbanka, wzrasta. Potem rzeczywiście mamy partie ostrych gitar (jak chodziłem częściej na jakieś koncerty, to mnie to raczej męczyło na dłuższą metę, choć w sumie... wczoraj byłem na koncercie grupy Milam i oni budowali dość podobne tło klawiszowe, a i efekty gitarowe były wcale niezłe i dość podobne; ale to było takie shoegaze'owe czy dream popowe, a tu mamy metal). Wokal wycofany, hałas wzrasta, no, przyznam, że nie jestem do końca przekonany, bez tych galopad i agresywnych dźwięków (jak przed i koło 5 minuty) brzmiałoby to chyba lepiej, mniej pretensjonalnie. Śmieszne, ale na początku właśnie ta wrzutka podobała mi się najbardziej, a teraz wychodzi na to, że najbardziej straciła z upływem czasu (ile tego czasu było, 5, 6 dni?)
Bruce Springsteen - Human Touch
Muzyka amerykańskich bezdroży śpiewana przez sprawnego opowiadacza, tekstowo też mi się całkiem podoba. W sumie chciałoby się pojechać w taką wyprawę, tylko patrzeć przed siebie, ewentualnie na boki, podziwiać krajobraz, zatopić się we własnych myślach i przywieźć stamtąd nowe pomysły na działanie i przemożną chęć ich realizacji (i siłę, by temu zadaniu sprostać). Takie proste, gitarowe dźwięki, brzmienie bez jakiegoś wykrzywienia czy zniekształcenia zwracającego mocno na to uwagę, po prostu pieśń drogi. W sumie lubię takich starych, rockowych opowiadaczy, póki nie sprowadzają się do darcia japy i uprawiania jazgotu na gitarze wrzeszcząc przy tym wniebogłosy. I Bruce Springsteen też się wpisuje w te tony, no, nie powiem, fajne to, chciałoby się posłuchać w spokoju, którego ostatnio jest mało. Może nawet całych płyt? Przy bliższym zapoznaniu zyskuje coś, po co bym chyba sam nie sięgnął.
Daft Punk - Something About Us (SI-FI Remix)
Po którymś odsłuchu chyba w końcu zaskoczyło, pojawiły się skojarzenia z The Orb czy różnymi wcześniejszymi wrzutkami Gołego i zadziałało! Fajne, klimatyczne, przestrzenne brzmienie, ten pulsujący w tle rytm przenosi jakby wprost do lat 90. Leniwie to się snuje, doskonałe do słuchania w tle, tego można by słuchać w celach wypoczynkowych, wycofany wokal też dobrze spełnia swoją rolę. Tekst właściwie mimowolnie wbija się do głowy, nie jest to może najważniejszy element utworu, ale wpływa do głowy z upływem czasu. Spokojny klimat, myślę, że w odpowiedniej chwili całe płyty mogłyby wjechać bez wspomagania i bez specjalnego zachęcania. Generalnie podoba mi się, więcej może sam spróbuję.
U2 - The Wanderer
Opowieść Shodana o kupowaniu płyty U2 to z pewnością best of best opowieści w tym temacie, to się stanie kultowe
Nigdy nie wkręciłem się w U2, po kilku podejściach dałem sobie spokój, emocjonalnie ten zespół po prostu zupełnie na mnie nie działa. Znam w sumie tylko kilka sztandarowych przebojów: One, With Or Without You czy I Still Haven't Found What I'm Looking For... Wanderera słuchałem teraz pierwszy raz w życiu. Kojarzy mi się z takim typowym amerykańskim rockiem drogi, wrażenie to potęguje trzymający w napięciu rytm i elektroniczne brzmienie. Wokalista śpiewa tak, że w życiu nie skojarzyłbym kawałka z U2. Chociaż przypomina mi to takiego typowego opowiadacza historii, bo, jak zauważyłem, taki też ma tekst. To chyba kawałek, który najbardziej z tutejszych zapadł mi w pamięć. Okładka zupełnie nie kojarzy mi się z taką muzyką. Nim dojdę do takiego stanu, że będę sam sięgał po muzykę, może minąć chęć do sięgnięcia po Zooropę, ale brzmi to bardzo ciekawie.
Mark Snow – The X-Files (P.M. Dawn Remix)
Ten kawałek chyba najmniej zapadł mi w pamięć podczas pierwszych odsłuchów, zupełnie go nie zapamiętałem. To ma trochę taki klimat nibyrockowy, wielu potrzebuję odsłuchów, żeby się do takowych przyzwyczaić. No, ale nie mam kiedy, więc piszę teraz
Trochę tej tajemniczości tutaj jest, ale całość jest całkiem ekspansywna, to jasne brzmienie mocno dominuje nad utworem. Jest w tym coś filmowego, głosy w tle jak w starym PT, ale nie wybrzmiewają aż tak dobrze, rytm próbuje zbudować jakieś napięcie i chyba średnio mu to wychodzi, to najmniej wyrazista propozycja z tegokolejkowych. Dosyć przeciętna, raczej nie zapada w pamięć.
The Chameleons - Less Than Human
Lekko chaotyczna okładka i chyba nie w moim guście. Od razu słychać mocno walącą perkusję, nieco wycofany wokal trochę jakby z góry, gitary wypełniające tło. Jest w tym kawałku i coś smutnego, i uspokajającego, i zajmującego przestrzeń, a więc bardzo ekspansywnego (heh, wczoraj byłem na koncercie grupy Milam, to od razu mi się skojarzyło z nimi, bo grali podobną muzykę, może tylko perkusista nie był tak wyrazisty, a śpiewała babka, a nie facet). I, ponieważ cały czas trochę tkwię w tamtym klimacie, który był godziną ukojenia po trzech godzinach gonitwy i godzinie ze szczekającym psem, napiszę, że podoba mi się, jestem za.
Wcale niezła kolejka, w sumie to poza dość bezbarwnym remiksem Marka Snowa jest dobrze. W sumie Jade Fields to też nie do końca moje klimaty.
Zgodnie z prośbą wrzucam od razu własną propozycję:
Republika - Mamona
https://www.youtube.com/watch?v=7qa-A_o5NTY
I z klipem:
https://www.youtube.com/watch?v=-R7qqsT6-T8
Kawałek z gatunku tych znanych od zawsze, bo poznałem go, kiedy byłem mały, kiedy oglądałem telewizję z dziadkami, czyli musiałem mieć parę lat, bo Ciechowski niedługo potem zmarł. Refren "ta piosenka jest śpiewana dla pieniędzy" wbił mi się mocno w pamięć, tym bardziej, że z grubsza oddaje mój stosunek do podobnej wielkości gwiazd (które w danym momencie pracują przy muzyce zawodowo). Sam utwór miał mieć charakter nieco prześmiewczy wobec ludzi deklarujących, że grają "tylko dla idei" (niefajnie się czyta o popularnych muzykach w kontekście finansów i to bardzo, ale czy zwykli ludzie są lepsi? Ale pokazanie "wała" różnym zakłamanym typom mi się podoba; zresztą, nawet i największe gwiazdy często się krygują z ich stosunkiem do pieniędzy, bo jakby to wyglądało, ciągle gadać o tym, jak fajnie być bogatym i jak to oddala od ludzi? Nawet takim zapala się lampka, że ludzie mogą tego nie kupić), potem - chyba niepotrzebnie - zaczął się z tego wycofywać. Mocny rytm inspirowany chyba Locomotive Breath (czuć to mocno, a na pewno Ciechowski był fanem Szalonego Flecisty), chwytliwa melodia, fajne brzmienie i... mamy hit! Zdecydowanie jeden z najciekawszych tekstów w polskiej muzyce popularnej. Wróciłem do tego chyba z dwa, trzy lata temu, jakoś mi YT podsunął chyba i od tego czasu już świadomie chętnie bardzo słucham.
A teraz muszę znów zniknąć
ATCQ przesłuchałem, mam spostrzeżenia, wrzucę, jedźcie beze mnie, ja Was dogonię 
Lantlôs - Melting Sun IV: Jade Fields
Zaczyna się od budowania klimatu gitarami i klawiszami, potem pojawia się mocny rytm i ryzyko, że będzie ostra rąbanka, wzrasta. Potem rzeczywiście mamy partie ostrych gitar (jak chodziłem częściej na jakieś koncerty, to mnie to raczej męczyło na dłuższą metę, choć w sumie... wczoraj byłem na koncercie grupy Milam i oni budowali dość podobne tło klawiszowe, a i efekty gitarowe były wcale niezłe i dość podobne; ale to było takie shoegaze'owe czy dream popowe, a tu mamy metal). Wokal wycofany, hałas wzrasta, no, przyznam, że nie jestem do końca przekonany, bez tych galopad i agresywnych dźwięków (jak przed i koło 5 minuty) brzmiałoby to chyba lepiej, mniej pretensjonalnie. Śmieszne, ale na początku właśnie ta wrzutka podobała mi się najbardziej, a teraz wychodzi na to, że najbardziej straciła z upływem czasu (ile tego czasu było, 5, 6 dni?)
Bruce Springsteen - Human Touch
Muzyka amerykańskich bezdroży śpiewana przez sprawnego opowiadacza, tekstowo też mi się całkiem podoba. W sumie chciałoby się pojechać w taką wyprawę, tylko patrzeć przed siebie, ewentualnie na boki, podziwiać krajobraz, zatopić się we własnych myślach i przywieźć stamtąd nowe pomysły na działanie i przemożną chęć ich realizacji (i siłę, by temu zadaniu sprostać). Takie proste, gitarowe dźwięki, brzmienie bez jakiegoś wykrzywienia czy zniekształcenia zwracającego mocno na to uwagę, po prostu pieśń drogi. W sumie lubię takich starych, rockowych opowiadaczy, póki nie sprowadzają się do darcia japy i uprawiania jazgotu na gitarze wrzeszcząc przy tym wniebogłosy. I Bruce Springsteen też się wpisuje w te tony, no, nie powiem, fajne to, chciałoby się posłuchać w spokoju, którego ostatnio jest mało. Może nawet całych płyt? Przy bliższym zapoznaniu zyskuje coś, po co bym chyba sam nie sięgnął.
Daft Punk - Something About Us (SI-FI Remix)
Po którymś odsłuchu chyba w końcu zaskoczyło, pojawiły się skojarzenia z The Orb czy różnymi wcześniejszymi wrzutkami Gołego i zadziałało! Fajne, klimatyczne, przestrzenne brzmienie, ten pulsujący w tle rytm przenosi jakby wprost do lat 90. Leniwie to się snuje, doskonałe do słuchania w tle, tego można by słuchać w celach wypoczynkowych, wycofany wokal też dobrze spełnia swoją rolę. Tekst właściwie mimowolnie wbija się do głowy, nie jest to może najważniejszy element utworu, ale wpływa do głowy z upływem czasu. Spokojny klimat, myślę, że w odpowiedniej chwili całe płyty mogłyby wjechać bez wspomagania i bez specjalnego zachęcania. Generalnie podoba mi się, więcej może sam spróbuję.
U2 - The Wanderer
Opowieść Shodana o kupowaniu płyty U2 to z pewnością best of best opowieści w tym temacie, to się stanie kultowe
Nigdy nie wkręciłem się w U2, po kilku podejściach dałem sobie spokój, emocjonalnie ten zespół po prostu zupełnie na mnie nie działa. Znam w sumie tylko kilka sztandarowych przebojów: One, With Or Without You czy I Still Haven't Found What I'm Looking For... Wanderera słuchałem teraz pierwszy raz w życiu. Kojarzy mi się z takim typowym amerykańskim rockiem drogi, wrażenie to potęguje trzymający w napięciu rytm i elektroniczne brzmienie. Wokalista śpiewa tak, że w życiu nie skojarzyłbym kawałka z U2. Chociaż przypomina mi to takiego typowego opowiadacza historii, bo, jak zauważyłem, taki też ma tekst. To chyba kawałek, który najbardziej z tutejszych zapadł mi w pamięć. Okładka zupełnie nie kojarzy mi się z taką muzyką. Nim dojdę do takiego stanu, że będę sam sięgał po muzykę, może minąć chęć do sięgnięcia po Zooropę, ale brzmi to bardzo ciekawie.
Mark Snow – The X-Files (P.M. Dawn Remix)
Ten kawałek chyba najmniej zapadł mi w pamięć podczas pierwszych odsłuchów, zupełnie go nie zapamiętałem. To ma trochę taki klimat nibyrockowy, wielu potrzebuję odsłuchów, żeby się do takowych przyzwyczaić. No, ale nie mam kiedy, więc piszę teraz
The Chameleons - Less Than Human
Lekko chaotyczna okładka i chyba nie w moim guście. Od razu słychać mocno walącą perkusję, nieco wycofany wokal trochę jakby z góry, gitary wypełniające tło. Jest w tym kawałku i coś smutnego, i uspokajającego, i zajmującego przestrzeń, a więc bardzo ekspansywnego (heh, wczoraj byłem na koncercie grupy Milam, to od razu mi się skojarzyło z nimi, bo grali podobną muzykę, może tylko perkusista nie był tak wyrazisty, a śpiewała babka, a nie facet). I, ponieważ cały czas trochę tkwię w tamtym klimacie, który był godziną ukojenia po trzech godzinach gonitwy i godzinie ze szczekającym psem, napiszę, że podoba mi się, jestem za.
Wcale niezła kolejka, w sumie to poza dość bezbarwnym remiksem Marka Snowa jest dobrze. W sumie Jade Fields to też nie do końca moje klimaty.
Zgodnie z prośbą wrzucam od razu własną propozycję:
Republika - Mamona
https://www.youtube.com/watch?v=7qa-A_o5NTY
I z klipem:
https://www.youtube.com/watch?v=-R7qqsT6-T8
Kawałek z gatunku tych znanych od zawsze, bo poznałem go, kiedy byłem mały, kiedy oglądałem telewizję z dziadkami, czyli musiałem mieć parę lat, bo Ciechowski niedługo potem zmarł. Refren "ta piosenka jest śpiewana dla pieniędzy" wbił mi się mocno w pamięć, tym bardziej, że z grubsza oddaje mój stosunek do podobnej wielkości gwiazd (które w danym momencie pracują przy muzyce zawodowo). Sam utwór miał mieć charakter nieco prześmiewczy wobec ludzi deklarujących, że grają "tylko dla idei" (niefajnie się czyta o popularnych muzykach w kontekście finansów i to bardzo, ale czy zwykli ludzie są lepsi? Ale pokazanie "wała" różnym zakłamanym typom mi się podoba; zresztą, nawet i największe gwiazdy często się krygują z ich stosunkiem do pieniędzy, bo jakby to wyglądało, ciągle gadać o tym, jak fajnie być bogatym i jak to oddala od ludzi? Nawet takim zapala się lampka, że ludzie mogą tego nie kupić), potem - chyba niepotrzebnie - zaczął się z tego wycofywać. Mocny rytm inspirowany chyba Locomotive Breath (czuć to mocno, a na pewno Ciechowski był fanem Szalonego Flecisty), chwytliwa melodia, fajne brzmienie i... mamy hit! Zdecydowanie jeden z najciekawszych tekstów w polskiej muzyce popularnej. Wróciłem do tego chyba z dwa, trzy lata temu, jakoś mi YT podsunął chyba i od tego czasu już świadomie chętnie bardzo słucham.
A teraz muszę znów zniknąć
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Peter Gabriel - Mercy Street
Chyba nie jestem odosobniony w tym że nie lubię pisać o utworach które dobrze znam i lubię, łatwiej mi stwierdzić ten fakt niż dochodzić przyczyny. Mercy Street oczywiście znam jak i całe So, bez którego przyznam nie wyobrażam sobie też naszej bestki albumowej (a jednocześnie naskrobałem listę 40 płyt i nadal do So nie doszedłem bo choć to album bardzo dobry tak niekoniecznie najważniejszy w moim życiu). W ogóle to jest taka płyta którą szkoda rozbierać na czynniki pierwsze a z drugiej strony tak bogata że spokojnie nasza siódemka mogłaby serwować po jednym kawałku z niego zanim dojdziemy do omawiania samego albumu. Niemniej kiedy sięgnąłem po ten album to faktycznie minimalnie chyba Mercy Street jako pierwsze wyróżniało się poza poznanymi wcześniej singlami. Dla mnie ten utwór to przede wszystkim niezwykły klimat, vibe, nigdy nie przywiązywałem wagi do tego o czym PG tu śpiewa. Produkcja oparta o ciepły bas, lekkie elementy perkusyjne, delikatne linie syntezatorowe oraz trójkąt który pogrywa przez cały utwór w rytmie brazylijskiej muzyki forro (wyczytane w komentarzach, sprawdziłem, faktycznie tak jest). Miałem pisać że będę miał utwór z taką rytmiczną grą trójkąta ale przecież już taki wrzucałem - Expansions od Lonnie Liston Smitha zaczyna się jego melodią, fajnie że Hien tą wrzutką skierował trochę światła reflektorów na ten niepozorny i często niezauważalny instrument. Co do klimatu to zdaje się Mercy Street było nawet w Miami Vice swego czasu i ja taki nocny ejtisowy vibe też odczuwam kiedy słucham tego numeru. Pięknie było wrócić i powtórzę się, fajnie było samemu wreszcie zwrócić uwagę na ten trójkąt bo pamiętałem z tego numeru bardziej bas i synthy.
Charlie XCX - Vroom Vroom
Fajnie przy okazji tej wrzutki odczułem różnice pokoleń bo Charlie kojarzę bardziej z lat 2012-2014 a późniejszymi dokonaniami się nie interesowałem. W tamtych latach albo była księżniczką dark wave albo jedną z twarzy radiowego popu rodem z Eski, ciągu dalszego nie znałem zbytnio choć wydaje mi się że mogłem ten kawałek kiedyś słyszeć, tytuł kojarzę jakby. Trochę bałem się powtórki mojej recki Sophie ale ten kawałek dużo lepiej mi podchodzi. To jest po prostu banger a bangery - choć może tego nie widać po moich wrzutkach - są raczej naturalnym środowiskiem Murzyna (ja nadal zbieram się by w końcu to jakoś udowodnić w tej bestce). Fajny bit, dość surowy w brzmieniu a przez to charakterystyczny, wyróżnia się, czuć tu że to klimaty pokrewne bardziej Arce niż radiu Eska. Podoba mi się że w numerze są równorzędne dwie fajne melodie, inaczej idą zwrotki i inaczej refren, są też utrzymane w różnych tempach. Spoko kawałek, znów nie czuję potrzeby rozgrzebywania tego bardziej pod mikroskopem, czuję go i styka.
Miike Snow - Bavarian #1 (Say You Will)
Miike Snow znam, kojarzę, coś tam pewnie nawet sprawdzałem pierwszy album kiedyś i coś pewnie nawet kiedyś wrzucę. Jednakowoż nigdy mnie debiut nie porwał mocno i później zapomniałem o nich, nie natrafiłem na żadne ich późniejsze dokonania w eterze ani nie sugerował mi ich JUTUB, olałem. Tym bardziej fajnie przekonać się że coś fajnego nagrali potem, choć podchodziłem początkowo z mehem do tego numeru tak urósł mi w uszach. Podoba mi się sznyt tego numeru, te wojskowe tudzież orkiestrowe werble i gwizdy - jak z muzyki granej na meczu amerykańskiego futbolu. Ładna melodia, refren też wkręcający się a jak pod koniec wjechały smyczki to już było całkiem epicko. Zgrzytał mi jedynie ten zniekształcający efekt nałożony na melodię w połowie numeru ale to szczegół. Zerkam na okładkę, na ten pejzaż ukryty we wnętrzu królojelenia i widzę ten numer jako tło do scen podróży przez amerykańskie bezdroża, kliszowy segment filmowy z podnoszącą na duchu muzyką (chyba przyszło mi to do głowy bo aktualnie oglądam The Last of Us, tam jednak takiej scenki nie uraczy człowiek, tak kolorowo tam nie jest). Piękny grower.
The Beatles - Being For The Benefit of Mr. Kite
Czekałem na ten moment kiedy mentos rzuci BITLESÓW z uwagi na moją niedawno nabytą sympatię dla nich po seansie dokumentu Get Back. I początkowo srogo się zastanawiałem nad tym numerem bo ta wrzuta wydawała mi się tak losowa, od czapy i na pewno była czymś czego się nie spodziewałem a może bardziej liczyłem na coś innego a dostałem TO, no bo to wrzuta mentosa i nie powinno mnie to dziwić kompletnie. Pierwsze skojarzenia oczywiście z wrzucanym dopiero co Frankiem Zappą i znów latającym cyrkiem Monthy Pythona, bogactwo, ornamenty melodii itede itepe. Brzmiało to jak specyficzny przerywnik, skecz, a nie utwór jakiego się spodziewałem. Ale ale tak się złożyło że miałem okazję odsłuchiwać kolejkę w towarzystwie mojego niezawodnego Pataja który najpierw kiedy próbowałem wytłumaczyć mu metrum 3/4 rezolutnie stwierdził że TO JEST WALEC (jeden z większych WTF momentów w mojej rodzicielskiej karierze) a potem za którymś odsłuchem wygłupialiśmy się przy tym numerze, ja klaskałem w rytmie talerza, on podskakiwał, potem próbowałem uczyć go tańczyć wspomnianego walca, był to rzadki przypadek kiedy budowałem silnie pozytywne skojarzenia z danym numerem ad hoc i totalnie nie mógłbym już na niego mehnąć. Była to zatem fajna podróż w głąb bogatego, kolorowego świata mintaja. P.S. przy okazji taka myśl że chyba w sumie właśnie wolę ich numery z Johnem na wokalu, ma coś w sobie.
Babylon Zoo - Animal Army
Jak już zapewne wiecie mam spore braki w muzyce drugiej połowy lat 90. i Babylon Zoo znam jedynie ze Spacemana z pewnej skladanki nabytej kilka lat wstecz. Do dziś nawet poza refrenem nie bardzo pamiętam tamten numer, ale Animal Army jest świetneeee. Latami 90. dostałem fajnie po ryjku, ostre gitary skojarzyły mi się z L7 lecącym w radyjku z GTA San Andreas, wokal specyficzny ale to dobrze, jest w tym unikatowość jakaś. Najbardziej rozbawiło mnie uslyszenie w zwrotkach między wersami riffu chyba zaczerpniętego od Lenny'ego Kravitza z jego Are You Gonna Go My Way?, ale to przyjemne skojarzenie potęgujące i moją sympatię i zakotwiczenie tego numeru w latach 90. Swoją drogą ten kawałek to był pierwszy mój zachwyt w tej kolejce gdy ją zaczynałem odsłuchiwać. Wujek bardzo dobrze wychodzi gdy wrzuca takie nieoczywiste dla niego kawałki lat 90. (pamiętajmy też FRISTAJLO), z całym szacunkiem dla Seala czy Jona Secady. Ogólnie chyba trzecia 25. w wykonaniu wujka najwięcej łakoci na razie mi przyniosła.
Republika - Mamona
Tu ofkors, trochę mehnąłem na wejściu by już za moment sprzedać sobie blachę za to podejście. Tak to bywa z numerami ogranymi latami przez media że człowiekowi wydaje się że zna je na wylot a tu ch*j, nic podobnego. Strasznie mnie trafił ten numer i katowałem go ostro od wczoraj jakbym dopiero go usłyszał, bo trochę i tak było po prawdzie. Gdzieś przez lata traktowałem ten numer po prostu jako przebój lat 90. a to w gruncie rzeczy jest nadal rasowa Republika jak się przysłuchałem z tą całą specyficzną ekspresją Ciechowskiego. Przez lata chyba więcej ten numer widziałem z klipem niż go słuchałem. Nie kojarzyłem za dobrze tych wszystkich kosmiczno-kwasowych syntezatorów które tam zawsze pogrywały i które teraz nabierają w uszach trochę Ultrowości odkąd zwrócił mi Hien na to uwagę. Mamona wraz z Animal Army sprawiła że na moment byłem przekonany że lata 90. zgarną całą pulę nagród w tej kolejce, fantastyczne zamknięcie kolejki z przytupem i przyznam że będę się głowił czy traktować ten kawałek w kategorii powrotów czy może jednak odkrycia bo usłyszałem go na nowo dzięki Melkiemu. Ładny to swoją drogą come back znad przepaści był bo byłem przekonany że znów chłopina zniknie bez słowa a takimi oczywistymi-nieoczywistymi wrzutkami pokazuje mi że byłoby szkoda.
No no Panowie, mentos pomarudził ostatnio i poskutkowało, jak dla mnie to była najlepsza kolejka w dziejach tej zabawy, każdy wrzucił coś powyżej przeciętnej, wszystkie było dobre lub bardzo dobre, tylko siedzieć i zapętlać
Chyba nie jestem odosobniony w tym że nie lubię pisać o utworach które dobrze znam i lubię, łatwiej mi stwierdzić ten fakt niż dochodzić przyczyny. Mercy Street oczywiście znam jak i całe So, bez którego przyznam nie wyobrażam sobie też naszej bestki albumowej (a jednocześnie naskrobałem listę 40 płyt i nadal do So nie doszedłem bo choć to album bardzo dobry tak niekoniecznie najważniejszy w moim życiu). W ogóle to jest taka płyta którą szkoda rozbierać na czynniki pierwsze a z drugiej strony tak bogata że spokojnie nasza siódemka mogłaby serwować po jednym kawałku z niego zanim dojdziemy do omawiania samego albumu. Niemniej kiedy sięgnąłem po ten album to faktycznie minimalnie chyba Mercy Street jako pierwsze wyróżniało się poza poznanymi wcześniej singlami. Dla mnie ten utwór to przede wszystkim niezwykły klimat, vibe, nigdy nie przywiązywałem wagi do tego o czym PG tu śpiewa. Produkcja oparta o ciepły bas, lekkie elementy perkusyjne, delikatne linie syntezatorowe oraz trójkąt który pogrywa przez cały utwór w rytmie brazylijskiej muzyki forro (wyczytane w komentarzach, sprawdziłem, faktycznie tak jest). Miałem pisać że będę miał utwór z taką rytmiczną grą trójkąta ale przecież już taki wrzucałem - Expansions od Lonnie Liston Smitha zaczyna się jego melodią, fajnie że Hien tą wrzutką skierował trochę światła reflektorów na ten niepozorny i często niezauważalny instrument. Co do klimatu to zdaje się Mercy Street było nawet w Miami Vice swego czasu i ja taki nocny ejtisowy vibe też odczuwam kiedy słucham tego numeru. Pięknie było wrócić i powtórzę się, fajnie było samemu wreszcie zwrócić uwagę na ten trójkąt bo pamiętałem z tego numeru bardziej bas i synthy.
Charlie XCX - Vroom Vroom
Fajnie przy okazji tej wrzutki odczułem różnice pokoleń bo Charlie kojarzę bardziej z lat 2012-2014 a późniejszymi dokonaniami się nie interesowałem. W tamtych latach albo była księżniczką dark wave albo jedną z twarzy radiowego popu rodem z Eski, ciągu dalszego nie znałem zbytnio choć wydaje mi się że mogłem ten kawałek kiedyś słyszeć, tytuł kojarzę jakby. Trochę bałem się powtórki mojej recki Sophie ale ten kawałek dużo lepiej mi podchodzi. To jest po prostu banger a bangery - choć może tego nie widać po moich wrzutkach - są raczej naturalnym środowiskiem Murzyna (ja nadal zbieram się by w końcu to jakoś udowodnić w tej bestce). Fajny bit, dość surowy w brzmieniu a przez to charakterystyczny, wyróżnia się, czuć tu że to klimaty pokrewne bardziej Arce niż radiu Eska. Podoba mi się że w numerze są równorzędne dwie fajne melodie, inaczej idą zwrotki i inaczej refren, są też utrzymane w różnych tempach. Spoko kawałek, znów nie czuję potrzeby rozgrzebywania tego bardziej pod mikroskopem, czuję go i styka.
Miike Snow - Bavarian #1 (Say You Will)
Miike Snow znam, kojarzę, coś tam pewnie nawet sprawdzałem pierwszy album kiedyś i coś pewnie nawet kiedyś wrzucę. Jednakowoż nigdy mnie debiut nie porwał mocno i później zapomniałem o nich, nie natrafiłem na żadne ich późniejsze dokonania w eterze ani nie sugerował mi ich JUTUB, olałem. Tym bardziej fajnie przekonać się że coś fajnego nagrali potem, choć podchodziłem początkowo z mehem do tego numeru tak urósł mi w uszach. Podoba mi się sznyt tego numeru, te wojskowe tudzież orkiestrowe werble i gwizdy - jak z muzyki granej na meczu amerykańskiego futbolu. Ładna melodia, refren też wkręcający się a jak pod koniec wjechały smyczki to już było całkiem epicko. Zgrzytał mi jedynie ten zniekształcający efekt nałożony na melodię w połowie numeru ale to szczegół. Zerkam na okładkę, na ten pejzaż ukryty we wnętrzu królojelenia i widzę ten numer jako tło do scen podróży przez amerykańskie bezdroża, kliszowy segment filmowy z podnoszącą na duchu muzyką (chyba przyszło mi to do głowy bo aktualnie oglądam The Last of Us, tam jednak takiej scenki nie uraczy człowiek, tak kolorowo tam nie jest). Piękny grower.
The Beatles - Being For The Benefit of Mr. Kite
Czekałem na ten moment kiedy mentos rzuci BITLESÓW z uwagi na moją niedawno nabytą sympatię dla nich po seansie dokumentu Get Back. I początkowo srogo się zastanawiałem nad tym numerem bo ta wrzuta wydawała mi się tak losowa, od czapy i na pewno była czymś czego się nie spodziewałem a może bardziej liczyłem na coś innego a dostałem TO, no bo to wrzuta mentosa i nie powinno mnie to dziwić kompletnie. Pierwsze skojarzenia oczywiście z wrzucanym dopiero co Frankiem Zappą i znów latającym cyrkiem Monthy Pythona, bogactwo, ornamenty melodii itede itepe. Brzmiało to jak specyficzny przerywnik, skecz, a nie utwór jakiego się spodziewałem. Ale ale tak się złożyło że miałem okazję odsłuchiwać kolejkę w towarzystwie mojego niezawodnego Pataja który najpierw kiedy próbowałem wytłumaczyć mu metrum 3/4 rezolutnie stwierdził że TO JEST WALEC (jeden z większych WTF momentów w mojej rodzicielskiej karierze) a potem za którymś odsłuchem wygłupialiśmy się przy tym numerze, ja klaskałem w rytmie talerza, on podskakiwał, potem próbowałem uczyć go tańczyć wspomnianego walca, był to rzadki przypadek kiedy budowałem silnie pozytywne skojarzenia z danym numerem ad hoc i totalnie nie mógłbym już na niego mehnąć. Była to zatem fajna podróż w głąb bogatego, kolorowego świata mintaja. P.S. przy okazji taka myśl że chyba w sumie właśnie wolę ich numery z Johnem na wokalu, ma coś w sobie.
Babylon Zoo - Animal Army
Jak już zapewne wiecie mam spore braki w muzyce drugiej połowy lat 90. i Babylon Zoo znam jedynie ze Spacemana z pewnej skladanki nabytej kilka lat wstecz. Do dziś nawet poza refrenem nie bardzo pamiętam tamten numer, ale Animal Army jest świetneeee. Latami 90. dostałem fajnie po ryjku, ostre gitary skojarzyły mi się z L7 lecącym w radyjku z GTA San Andreas, wokal specyficzny ale to dobrze, jest w tym unikatowość jakaś. Najbardziej rozbawiło mnie uslyszenie w zwrotkach między wersami riffu chyba zaczerpniętego od Lenny'ego Kravitza z jego Are You Gonna Go My Way?, ale to przyjemne skojarzenie potęgujące i moją sympatię i zakotwiczenie tego numeru w latach 90. Swoją drogą ten kawałek to był pierwszy mój zachwyt w tej kolejce gdy ją zaczynałem odsłuchiwać. Wujek bardzo dobrze wychodzi gdy wrzuca takie nieoczywiste dla niego kawałki lat 90. (pamiętajmy też FRISTAJLO), z całym szacunkiem dla Seala czy Jona Secady. Ogólnie chyba trzecia 25. w wykonaniu wujka najwięcej łakoci na razie mi przyniosła.
Republika - Mamona
Tu ofkors, trochę mehnąłem na wejściu by już za moment sprzedać sobie blachę za to podejście. Tak to bywa z numerami ogranymi latami przez media że człowiekowi wydaje się że zna je na wylot a tu ch*j, nic podobnego. Strasznie mnie trafił ten numer i katowałem go ostro od wczoraj jakbym dopiero go usłyszał, bo trochę i tak było po prawdzie. Gdzieś przez lata traktowałem ten numer po prostu jako przebój lat 90. a to w gruncie rzeczy jest nadal rasowa Republika jak się przysłuchałem z tą całą specyficzną ekspresją Ciechowskiego. Przez lata chyba więcej ten numer widziałem z klipem niż go słuchałem. Nie kojarzyłem za dobrze tych wszystkich kosmiczno-kwasowych syntezatorów które tam zawsze pogrywały i które teraz nabierają w uszach trochę Ultrowości odkąd zwrócił mi Hien na to uwagę. Mamona wraz z Animal Army sprawiła że na moment byłem przekonany że lata 90. zgarną całą pulę nagród w tej kolejce, fantastyczne zamknięcie kolejki z przytupem i przyznam że będę się głowił czy traktować ten kawałek w kategorii powrotów czy może jednak odkrycia bo usłyszałem go na nowo dzięki Melkiemu. Ładny to swoją drogą come back znad przepaści był bo byłem przekonany że znów chłopina zniknie bez słowa a takimi oczywistymi-nieoczywistymi wrzutkami pokazuje mi że byłoby szkoda.
No no Panowie, mentos pomarudził ostatnio i poskutkowało, jak dla mnie to była najlepsza kolejka w dziejach tej zabawy, każdy wrzucił coś powyżej przeciętnej, wszystkie było dobre lub bardzo dobre, tylko siedzieć i zapętlać
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Kolejka była tak dobra, że aż Mudżyn chciał ten fakt zaakcentować dwa razy 