Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Blacklist - Midnight of the Century
Wielokrotnie tu już to pisałem, ale nie ukrywam, że mam tendencję do częstych powtórzeń i jestem repetytywny jak coś, co jest repetytywne - generalnie to ja bardzo często rozmijam się muzycznie z kolegą Adrianem i ta topka jest tego znakomitym dowodem. Jakieś wyjątki by się znalazły, ale jak tak sobie szybko skaczę po tym co ww. kolega wrzucił w pierwszej edycji płytowej bestki to albo są to rzeczy, które mnie zmęczyły, albo do których tak czy siak nie wracałem. Fakt, w "utworówce" wygląda to znacznie lepiej, ale żaden z tych albumów jakoś do końca mnie nie porwał, nawet niezłe rzeczy miały porcje mielizny, a w paru przypadkach potrzebowałem dużej ilości dobrej woli, by wygrzebywać co lepsze kąski. W każdym razie pisząc swoje podsumowanie poprzedniej edycji po cichu liczyłem, że kolega Musiał, zwany tutaj także Adrianem, wyciągnie królika z rękawa albo asa pik ze swojego makao i powali mnie czymś na kolana.
Tym razem mu się nie udało. Sorry, ale nie. Słucham tej płyty trzeci raz i wątpie w to, bym kiedykolwiek wrócił do niej z własnej, nieprzymuszonej woli. W odwiecznej dyskusji nt. tego czy gorsze są rzeczy przeciętne czy złe ten album jest solidnym argumentem za przeciętniakami, bo naprawdę mnie solidnie zmęczył. Już mi się wydawało, że nabrałem jako-takiej tolerancji na indierockowe brzmienie z lat dwutysięcznych, ale najwyraźniej się okazuje, że albo się przeliczyłem, albo może moja tolerancja jest mocno ograniczona i aż tak to się nie polubiliśmy, by być w stanie słuchać albumów długogrających. Cały czas mam wrażenie, że ja te piosenki słyszałem już milion razy i za każdym razem myślałem o nich to samo, a gdy to było w czasach bestki - pisałem to samo. Na manowce sprowadza mnie tu to, co kolega Jakub wymienił jako zaletę - charakterystyczna dla tamtej chorej dekady mocno skompresowana i płaska produkcja. Wszystko kuźwa wtedy tak brzmiało, tak jakby nie wiem, jakaś ustawa była i kazała wszystkim ustawiać te suwaczki i presety tak by wszystko brzmiało dobrze skompresowane do 69kbps i dało się teego słuchać na taniej empetrójce.
Najgorsze jest to, że szukam tu jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś ciekawego, co by mnie mogło zaintrygować, ale no ni siusiaka nie mogę. No nie jest nim na pewno wokal, który po prostu sobie jest - ani mnie on jakoś szczególnie nie drażni, ani nie podoba. On po prostu JEST i tak samo jest z praktycznie każdą kompozycją na tej płycie - one sobie po prostu są, ale jutro o żadnej nie będę pamiętać, za żadną tęsknić, żadnej nie wyślę kartki na święta. Walą sztampą na kilometr i ja wiem, że nie ma co oczekiwać jakiejś szczególnej oryginalności po albumie wydanym w 2009 roku, ale brakuje im tego słynnego CZEGOŚ. W sumie nadal nie wiem czym to słynne COŚ jest, ale pewnie sprawiłoby, że zamiasst pisać o sztampie bym pierdzielił wam o tym, że dobra muzyka nie musi być oryginalna.
Niby przebrnąłem przez ten album bez jakiegoś wielkiego bólu i przebrnąłem przez reckę bez wspominania o tej pretensjonalności (no co ja będę napierdalać na akurat to, jak sam OP jest tego świadom lol), nie jest to najgorsza płyta w dziejach, pewnie może nawet i w innych okolicznościach przyrody (jesień czy co) by mi siadła bardziej, ale teraz mam takie wrażenie, że po prostu przesłuchałem jakąś płytę i niby nie jest to najbardziej bezproduktywna rzecz jaką mogłem zrobić, ale gdybym tego nie zrobił zupełnie NIC bym nie stracił. Bywa i tak, jebał to szpak.
Wielokrotnie tu już to pisałem, ale nie ukrywam, że mam tendencję do częstych powtórzeń i jestem repetytywny jak coś, co jest repetytywne - generalnie to ja bardzo często rozmijam się muzycznie z kolegą Adrianem i ta topka jest tego znakomitym dowodem. Jakieś wyjątki by się znalazły, ale jak tak sobie szybko skaczę po tym co ww. kolega wrzucił w pierwszej edycji płytowej bestki to albo są to rzeczy, które mnie zmęczyły, albo do których tak czy siak nie wracałem. Fakt, w "utworówce" wygląda to znacznie lepiej, ale żaden z tych albumów jakoś do końca mnie nie porwał, nawet niezłe rzeczy miały porcje mielizny, a w paru przypadkach potrzebowałem dużej ilości dobrej woli, by wygrzebywać co lepsze kąski. W każdym razie pisząc swoje podsumowanie poprzedniej edycji po cichu liczyłem, że kolega Musiał, zwany tutaj także Adrianem, wyciągnie królika z rękawa albo asa pik ze swojego makao i powali mnie czymś na kolana.
Tym razem mu się nie udało. Sorry, ale nie. Słucham tej płyty trzeci raz i wątpie w to, bym kiedykolwiek wrócił do niej z własnej, nieprzymuszonej woli. W odwiecznej dyskusji nt. tego czy gorsze są rzeczy przeciętne czy złe ten album jest solidnym argumentem za przeciętniakami, bo naprawdę mnie solidnie zmęczył. Już mi się wydawało, że nabrałem jako-takiej tolerancji na indierockowe brzmienie z lat dwutysięcznych, ale najwyraźniej się okazuje, że albo się przeliczyłem, albo może moja tolerancja jest mocno ograniczona i aż tak to się nie polubiliśmy, by być w stanie słuchać albumów długogrających. Cały czas mam wrażenie, że ja te piosenki słyszałem już milion razy i za każdym razem myślałem o nich to samo, a gdy to było w czasach bestki - pisałem to samo. Na manowce sprowadza mnie tu to, co kolega Jakub wymienił jako zaletę - charakterystyczna dla tamtej chorej dekady mocno skompresowana i płaska produkcja. Wszystko kuźwa wtedy tak brzmiało, tak jakby nie wiem, jakaś ustawa była i kazała wszystkim ustawiać te suwaczki i presety tak by wszystko brzmiało dobrze skompresowane do 69kbps i dało się teego słuchać na taniej empetrójce.
Najgorsze jest to, że szukam tu jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś ciekawego, co by mnie mogło zaintrygować, ale no ni siusiaka nie mogę. No nie jest nim na pewno wokal, który po prostu sobie jest - ani mnie on jakoś szczególnie nie drażni, ani nie podoba. On po prostu JEST i tak samo jest z praktycznie każdą kompozycją na tej płycie - one sobie po prostu są, ale jutro o żadnej nie będę pamiętać, za żadną tęsknić, żadnej nie wyślę kartki na święta. Walą sztampą na kilometr i ja wiem, że nie ma co oczekiwać jakiejś szczególnej oryginalności po albumie wydanym w 2009 roku, ale brakuje im tego słynnego CZEGOŚ. W sumie nadal nie wiem czym to słynne COŚ jest, ale pewnie sprawiłoby, że zamiasst pisać o sztampie bym pierdzielił wam o tym, że dobra muzyka nie musi być oryginalna.
Niby przebrnąłem przez ten album bez jakiegoś wielkiego bólu i przebrnąłem przez reckę bez wspominania o tej pretensjonalności (no co ja będę napierdalać na akurat to, jak sam OP jest tego świadom lol), nie jest to najgorsza płyta w dziejach, pewnie może nawet i w innych okolicznościach przyrody (jesień czy co) by mi siadła bardziej, ale teraz mam takie wrażenie, że po prostu przesłuchałem jakąś płytę i niby nie jest to najbardziej bezproduktywna rzecz jaką mogłem zrobić, ale gdybym tego nie zrobił zupełnie NIC bym nie stracił. Bywa i tak, jebał to szpak.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
W którym miejscu wymieniam to jako zaletę?mintaj pisze:22 mar 2023 21:52to, co kolega Jakub wymienił jako zaletę - charakterystyczna dla tamtej chorej dekady mocno skompresowana i płaska produkcja.
Np w tym kiedy piszę, że drugi album jest lepszy, bo nie ma tak zjebanej produkcji? Czy może tam gdzie piszę o płaskości bębnów, która psuje numer?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Z drugiej strony, wzmacnia to puls tych numerów i ich taneczność, tak więc coś za coś. <- No powiedzmy, że ten fragment nadinterpretowałem jako zaletę
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja to traktuję jako coś co tu jest i ma swoje plusy i minusy, ale raczej więcej minusów. Zresztą, siusiak z tym xd ważne, że kolejka idzie do przodu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Blacklist - Midnight of the Century
PT Musiał kontratakuje. Nie da się ukryć, że adrianowe wrzutki przejawiają cechy muzyki łatwej, lekkiej i przyjemnej. Takiej, która w 99% zawiera nieznośnie wypolerowaną produkcję. Raz człowiek złapie przyjemny kontakt, a czasem odbije się jak od ściany. Po pierwszym odsłuchu byłem znacznie bliżej tego drugiego. Z tyłu głowy zaczęli świecić Poeci, po których czasem dalej odbija mi się jak po Nickelback czy innych koszmarkach z dzieciństwa. Całe szczęście, że potem nie chciało mi się słuchać tej płyty dzień w dzień. Mija jeden z piękniejszych momentów w moim życiu w ostatnim czasie. Dopiero w tym tygodniu we wtorek odpalam drugi raz i okazało się, że jest tutaj wiele pięknych rzeczy. Podstawowy problem nie jest tak nieznośny, bo nawet jeśli niektóre kawałki nadają się do słuchania w tle bez większych emocji, to są dobrze napisane jak reszta. Każdy kolejny kontakt pozwala wychwycić różnice, świetne melodie do śpiewania samemu, miejscami po prostu sprawnie podane zagrywki gitarowe. We wtorkowe południe znalazłem paru faworytów.
Nie mam problemu z perkusją. To nie jest ani zimnokrwisty depresyjny post-punk, ani żaden pop rock. Prędzej bardzo sprawna mieszanka. Wobec tego zapodane tutaj dudnienie bardzo akuratne. Wokalista brzmi jak mieszanka Smitha i Sylviana, więc nie da się nie lubić. W tym przypadku jako komplement proszę potraktować uwagę, że całość pasowałyby jako soundtrack do gry. Brzmienie nie jest specjalnie wyszukane, ale nie sprawia też wrażenia wymuszonego, stylizowanego na siłę. Znacznie więcej życia niż u Poetów, Foxxa czy Moev. Na wysokości Odessy robi się gęściej, idzie większe zróżnicowanie. To lubię na płytach, gdy faktycznie ekipa odpowiedzialna wie co robi i pomysł do końca nie gaśnie.
Podoba mi się ta emocjonalna historia, w której zespół trochę prowadzi słuchacza za rączkę. Na początku specyficznie pozytywnie (Flight...), w środku najbardziej melodyjnie, żeby na koniec wyjść z pewnym katharsis na prostą. Wychodzi z dość pozytywnego nastroju w Still Changes, a na Worlds Collide wracamy właściwie do punktu wyjścia. The Believer to taki drugi finał dla lepszego wybrzmienia dobrego wrażenia. Zaproponowana produkcja sprawia, że nie ma nigdy przegięcia, ale tym numerom nie jest w ogóle potrzebne. Wbrew marudersom powien, że płycizny ostatecznie nie odnotowałem. Zapychacze nie nudzą, do momentów wyraźnie lepszych już wracam i to pewnie potrwa, bo niektóre wręcz idealnie pasują do mojego dobrego nastroju. Dobrego, choć być może w związku z dość podejrzanymi zachowaniami... Zaczęło się od Shock in the Hotel Falcon i tego soczystego refrenu. Moment przełomowy, kiedy uważne wsłuchiwanie się zaczęło popłacać. Potem Odessa, faworytem zdecydowanie Poison for Tomorrow. Trochę teatralnie wręcz płaczliwe, ale w trzech minutach skondensowane idealnie. Gdyby na płytę składało się jedenaście takich zbitek to sam byłbym zbity, na szczęście dzieje się to, o czym już wyżej mówiłem. Dzisiaj jeszcze wyraźnie notowania zyskał tercet Frontiers-CuMMing of History-Worlds Collide. W przypadku tego typu muzyki mam małą słabość do przechodzenia utworów jeden po drugim, szczególnie gdy któryś z nich jest bardziej instrumentalny. Nie zażarły tak naprawdę tylko Julie Speaks i Language of the Living Dead.
Absolutne zaskoczenie, bo dziesięć dni temu byłem tym wyczerpany. Legancka wrzuta!
PT Musiał kontratakuje. Nie da się ukryć, że adrianowe wrzutki przejawiają cechy muzyki łatwej, lekkiej i przyjemnej. Takiej, która w 99% zawiera nieznośnie wypolerowaną produkcję. Raz człowiek złapie przyjemny kontakt, a czasem odbije się jak od ściany. Po pierwszym odsłuchu byłem znacznie bliżej tego drugiego. Z tyłu głowy zaczęli świecić Poeci, po których czasem dalej odbija mi się jak po Nickelback czy innych koszmarkach z dzieciństwa. Całe szczęście, że potem nie chciało mi się słuchać tej płyty dzień w dzień. Mija jeden z piękniejszych momentów w moim życiu w ostatnim czasie. Dopiero w tym tygodniu we wtorek odpalam drugi raz i okazało się, że jest tutaj wiele pięknych rzeczy. Podstawowy problem nie jest tak nieznośny, bo nawet jeśli niektóre kawałki nadają się do słuchania w tle bez większych emocji, to są dobrze napisane jak reszta. Każdy kolejny kontakt pozwala wychwycić różnice, świetne melodie do śpiewania samemu, miejscami po prostu sprawnie podane zagrywki gitarowe. We wtorkowe południe znalazłem paru faworytów.
Nie mam problemu z perkusją. To nie jest ani zimnokrwisty depresyjny post-punk, ani żaden pop rock. Prędzej bardzo sprawna mieszanka. Wobec tego zapodane tutaj dudnienie bardzo akuratne. Wokalista brzmi jak mieszanka Smitha i Sylviana, więc nie da się nie lubić. W tym przypadku jako komplement proszę potraktować uwagę, że całość pasowałyby jako soundtrack do gry. Brzmienie nie jest specjalnie wyszukane, ale nie sprawia też wrażenia wymuszonego, stylizowanego na siłę. Znacznie więcej życia niż u Poetów, Foxxa czy Moev. Na wysokości Odessy robi się gęściej, idzie większe zróżnicowanie. To lubię na płytach, gdy faktycznie ekipa odpowiedzialna wie co robi i pomysł do końca nie gaśnie.
Podoba mi się ta emocjonalna historia, w której zespół trochę prowadzi słuchacza za rączkę. Na początku specyficznie pozytywnie (Flight...), w środku najbardziej melodyjnie, żeby na koniec wyjść z pewnym katharsis na prostą. Wychodzi z dość pozytywnego nastroju w Still Changes, a na Worlds Collide wracamy właściwie do punktu wyjścia. The Believer to taki drugi finał dla lepszego wybrzmienia dobrego wrażenia. Zaproponowana produkcja sprawia, że nie ma nigdy przegięcia, ale tym numerom nie jest w ogóle potrzebne. Wbrew marudersom powien, że płycizny ostatecznie nie odnotowałem. Zapychacze nie nudzą, do momentów wyraźnie lepszych już wracam i to pewnie potrwa, bo niektóre wręcz idealnie pasują do mojego dobrego nastroju. Dobrego, choć być może w związku z dość podejrzanymi zachowaniami... Zaczęło się od Shock in the Hotel Falcon i tego soczystego refrenu. Moment przełomowy, kiedy uważne wsłuchiwanie się zaczęło popłacać. Potem Odessa, faworytem zdecydowanie Poison for Tomorrow. Trochę teatralnie wręcz płaczliwe, ale w trzech minutach skondensowane idealnie. Gdyby na płytę składało się jedenaście takich zbitek to sam byłbym zbity, na szczęście dzieje się to, o czym już wyżej mówiłem. Dzisiaj jeszcze wyraźnie notowania zyskał tercet Frontiers-CuMMing of History-Worlds Collide. W przypadku tego typu muzyki mam małą słabość do przechodzenia utworów jeden po drugim, szczególnie gdy któryś z nich jest bardziej instrumentalny. Nie zażarły tak naprawdę tylko Julie Speaks i Language of the Living Dead.
Absolutne zaskoczenie, bo dziesięć dni temu byłem tym wyczerpany. Legancka wrzuta!
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
BAZA
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Melczet zobowiązał się nadrobić przez weekend, jak nie to będzie pauzował. Piszę tylko bo publiczny shaming czasem działa :]
Słuchać wrzutki Dragona a od poniedziałku puścimy kolejkę dalej.
Słuchać wrzutki Dragona a od poniedziałku puścimy kolejkę dalej.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Fajnie jakby ludzie zaczęli słuchać Dragona po wrzuceniu swojej recenzji Musiała, a nie od poniedziałku.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Pewnie nic z tego bo wychodzi jutro nowe dEpEchE modE
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja jutro będę mecza oglądał a nie jakieś stare pierdzibaki
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Cały dzień?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Tak, obejrzę go 21 razy
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Krótki mecz.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
!bigos
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Melki, jak nie wrzucasz recenzji, to lepiej już nic nie pisz w tym temacie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Wrzucę w weekend (dla mnie weekend będzie się zapewne kończył w poniedziałek, ale wrzucę wcześniej).
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Nie, jednak nie wrzucam wcześniej, tzn. noc z niedzieli na poniedziałek to trochę dalej jak niedziela, no, ale...
W sumie to zacząłem w nocy, ale już rano 
A Tribe Called Quest - The Low End Theory
Na początku byłem pełen obaw, kiedy zobaczyłem, że Mudżyn wrzucił album raperski. Pomyślałem sobie: ja przecież nie przepadam za rapem, za tą nawijką, to jest na tyle nie moja estetyka, że może po mnie spłynąć jak woda po płytach chodnikowych. I pierwszy odsłuch zdawał się potwierdzać te obawy, bo niespecjalnie wiele po nim pamiętałem poza tym, że brzmi to jak jedna całość, w której nie rozróżniam szczegółów. Obawiałem się, że kolejne mogą być podobne. Potem pisałem z Gołym na privie (po drugim lub trzecim odsłuchu). I potem coś się zmieniło.
Zacząłem może nie tyle odróżniać utwory czy nawijki, ile złapałem ten vibe, jakoś tak zacząłem kiwać głową do tego i zauważyłem, że obraz się rozjaśnia mniej więcej tak, jak niebo w tej chwili za oknem. A potem poszedłem za ciosem i zacząłem zauważać zmianę poszczególnych ścieżek. Coraz bardziej mam wrażenie, że byłbym w stanie słuchać rapu, ale potrzebowałbym jakiegoś przewodnika, który by mnie w to wprowadził (oczywiście, w chwilach, kiedy mam ochotę poznawać nową muzykę, bo kiedy nie chcę, to rywalizację o uwagę wygraliby mniej więcej ci wykonawcy, których już polecałem). Byłoby to raczej coś na obrzeżach moich zainteresowań, ale... mogłoby być. I to jest może jedno z większych odkryć naszych bestek poza powrotem - w pewnym stopniu - do różnego rodzaju melancholików, odkryciem różnych śpiewających, spokojnych pań i poszukujących elektroników.
Może jednak lepiej przejść do opisu samej The Low End Theory. 14 kawałków to trochę dużo, ale tutaj to działa po prostu jak długa płyta, nie ma jakichś szczególnie drażniących z tego powodu momentów, bo, dla odmiany, nie ciągną się jak guma. Mimo wszystko fajnie byłoby album skrócić (myślę, że najlepsze długością są albumy z epoki czarnych płyt, tam po prostu, jeśli materiał jest słaby, to się szybko kończy i nie trzeba kopać w poszukiwaniu czegoś w 11. nagraniu po odsłuchaniu 10 takich sobie. Przynajmniej generalnie i nie w każdym gatunku, jakiś trans czy długie elektroniczne pasaże to mogą być i dłuższe i jest git).
Już na wstępie słychać ten kontrabas, o którym pisał Mudżyn (heh, pamiętam jeden z pierwszych koncertów, na których byłem, a na którym występował kontrabasista - nagłośnienie było na tyle słabe, że o grze tego gościa trudno cokolwiek powiedzieć, bo był niemal niesłyszalny, podobnie jak gitarzysta). Bit generalnie cały czas sunie do przodu, niemal się nie zatrzymuje, co utrzymuje w specyficznym transie. Teksty (już po pierwszym widać) ewidentnie odnoszą się, jak to u raperów, do sytuacji społecznych. Goście sprawnie nawijają, jest git, płynni są. Nie wiem, ja często pierwszy słuchany kawałek traktuję jak wstępniak i musi mieć to coś, żeby przytrzymać i Excursions dobrze wprowadza, Buggin' Out dobrze się z nim komponuje i czuć już vibe.
Podkład jest gęsty, żywy, a bit wyrazisty. Porównanie z Szekspirem i "I'm leaving" w Rap Promoterze to takie fragmenty, które wybitnie przyciągają uwagę, potem jest ich więcej. Przyznaję, że nie sprawdzałem zbytnio tekstów. Przejście w Butter dziwne, takie jakby rwane, budzi dość mieszane uczucia. Ale one szybko mijają. Ten akcent jest niełatwy do załapania. Czuć klimaty barowe, dobrze jest, aż sobie przypomniałem Louie'ego Austena. Verses from the Abstract wchodzą i czuć, że wstępy się skończyły, mamy właściwą część płyty. Tempa szybkie, trochę trudno się połapać, co goście rapują, ale to temat na dalsze wgłębianie się, które może nastąpić (serio?), na razie cieszy ucho płynność, bit, nastrój może nie, ale taki swoisty trans już tak. Vibes and Stuff to też mocny kawałek. Ten wibrafon, ten bit, to pomijając rytm ma świetny klimat w tle! Czuć jakąś mało ciekawą dzielnicę, ale za to klub/bar już fajny. W ogóle zauważam, że jeśli przy rocku wyczuwa się monotonię, to jest ona zwykle czymś zniechęcającym, bo brak innej wartości. A tu, w rapie, jest klimat, jest ciekawe instrumentarium, są różne warstwy, każda z nich może przejąć rolę tej pchającej czy ciągnącej.
Nie wiem, co tu dalej pisać, w kolejnych utworach po prostu jesteśmy na tym poziomie, na który już weszliśmy wcześniej i nie czujemy potrzeby zejścia. Check The Rhime ma klimat, fajnie wchodzi. Nie wiem, co to jest klasyczna hip-hopowa płyta, może dlatego dobrze wchodzi. Świetne te jazzowe wstawki, wibrafon (chyba), bit, dobrze pełni rolę podtrzymującego zainteresowanie. Everything is Fair jest bardzo chwytliwe, ma świetne wejście. Jeden z najlepszych kawałków na płycie. To wszystko świetnie brzmi, nie trzeba się nawet przez moment zastanawiać nad jakością. Potem mamy klimatyczny Jazz. Forma ewidentnie spadła do poziomu bardzo niskiego (moja, nie ATCQ). Czas kończyć. What? jest ciekawe i trochę inne niż inne kawałki, inny podkład. Mocno to chwytliwe. Scenario brzmi jak bonus, raperów więcej, aura trochę inna, żywy, pozytywny finał.
Kończy się płyta, kolejnego odsłuchu teraz nie będzie, bo się trza zająć czymś innym, ale jest szansa, że on będzie.
Zawsze jestem ostrożny wobec podobnych dzieł, ale tutaj, podobnie jak w przypadku Disposable Heroes of Hypocrisy, może się trafić powrót. Jest dobrze.
Blacklist - Midnight of the Century
Muzyka zaproponowana przez kolegę Adriana pięknie pokazuje, jak bardzo od siebie mogą różnić się dwie osoby siedzące na tym samym forum muzycznym, o - zdawałoby się - podobnym punkcie zaczepienia. Tutaj, mam wrażenie, nasze gusta kompletnie się rozjeżdżają. Od razu przyznam, że nie przepadam specjalnie za tego rodzaju współczesnym rockiem, bo nie znajduję w nim wiele dla siebie. To po prostu nie moja estetyka, bo ja preferuję jednak elektroniczne brzmienia. Szczególnie męczy mnie to brzmienie, które jest niemal zawsze takie samo i nie potrafię rozróżniać poszczególnych zespołów. Podobnie wokalistów.
I, niestety, ale z Blacklist mam podobnie. Pierwszy odsłuch robiłem w wannie, gdzie odtwarzacz co chwilę się zacinał, więc pomyślałem, że to może niezbyt dobre warunki do słuchania muzyki i powtórzę odsłuch już normalnie, przy kompie, a wrażenie będzie inne. Bo, przy problemie, który poniekąd sam wywołałem, zauważyłem, że po pierwszym momencie danego utworu, pierwszym gitarowo-perkusyjnym łomocie i wejściu wokalisty wszystko zlewa się dla mnie w jedną magmę. Przyznam, że po paru odsłuchach nadal miałbym problem z odróżnieniem od siebie poszczególnych kompozycji, po prostu przeszliśmy obok siebie. Ta muzyka niespecjalnie budzi we mnie jakieś żywsze emocje, jeśli w ogóle, dla mnie jest po prostu głośno, hałaśliwie, a melodie są takie, że chwilę po wybrzmieniu ja już ich nie pamiętam. Nie jestem może jakoś wyczulony na tę głośność, o której chłopaki pisali, ale daje się wyczuć i jest dość nieprzyjemnie, jest to podkręcone aż za bardzo.
Wokalista nawet nie działa mi tak jak Shodanowi na nerwy, po prostu na mnie nie oddziałuje zbytnio. Swoją drogą, ja nie rozumiem tej łatki "indie"=independence=niezależny, skoro to wszystko ciągle brzmi tak samo. Dziwne określenie. Dosyć to wszystko konwencjonalne. Specjalnie nie wymieniłem żadnego tytułu, bo nie zapamiętałem. A, nie, The Cunning of History jest ciekawsze, klimat się zmienia, nie ma tego łomotu, jest nieco pastoralnie, wokalista śpiewa spokojniej. Chyba tego brakuje: większego urozmaicenia. Końcówka, trzy ostatnie utwory, jest ogólnie jakaś taka sympatyczniejsza. To nie jest przytyk do Adriana, sam też wrzucałem rzeczy, które, jak widziałem, nie budzą w ludziach tak żywych reakcji jak we mnie, znaczy, że po prostu tak bywa. Ja chyba jednak w rocku preferuję starsze rzeczy. Nie wiem, co takiego jest w tym gatunku, że współczesne brzmienie zupełnie mi do niego nie pasuje mimo że to stare często jest fatalne. Ale ma swój urok. Nie mógłbym się chyba podzielić jakąś osobistą historią związaną z taką odmianą rocka, bo mnie to po prostu ominęło, podobnie jak i koncerty, płyty itd. Nie moja bajka. Nie jest to album zły, ale bezbarwny. To i tak lepsze od muzyki działającej na nerwy (np. z ciągle rwanym bitem). Mogę jeszcze napisać truizm, że jak ktoś się przy tym dobrze bawi, skacze, tupie, podśpiewuje, to ja to rozumiem i jest git. I może tyle.
A Tribe Called Quest - The Low End Theory
Na początku byłem pełen obaw, kiedy zobaczyłem, że Mudżyn wrzucił album raperski. Pomyślałem sobie: ja przecież nie przepadam za rapem, za tą nawijką, to jest na tyle nie moja estetyka, że może po mnie spłynąć jak woda po płytach chodnikowych. I pierwszy odsłuch zdawał się potwierdzać te obawy, bo niespecjalnie wiele po nim pamiętałem poza tym, że brzmi to jak jedna całość, w której nie rozróżniam szczegółów. Obawiałem się, że kolejne mogą być podobne. Potem pisałem z Gołym na privie (po drugim lub trzecim odsłuchu). I potem coś się zmieniło.
Zacząłem może nie tyle odróżniać utwory czy nawijki, ile złapałem ten vibe, jakoś tak zacząłem kiwać głową do tego i zauważyłem, że obraz się rozjaśnia mniej więcej tak, jak niebo w tej chwili za oknem. A potem poszedłem za ciosem i zacząłem zauważać zmianę poszczególnych ścieżek. Coraz bardziej mam wrażenie, że byłbym w stanie słuchać rapu, ale potrzebowałbym jakiegoś przewodnika, który by mnie w to wprowadził (oczywiście, w chwilach, kiedy mam ochotę poznawać nową muzykę, bo kiedy nie chcę, to rywalizację o uwagę wygraliby mniej więcej ci wykonawcy, których już polecałem). Byłoby to raczej coś na obrzeżach moich zainteresowań, ale... mogłoby być. I to jest może jedno z większych odkryć naszych bestek poza powrotem - w pewnym stopniu - do różnego rodzaju melancholików, odkryciem różnych śpiewających, spokojnych pań i poszukujących elektroników.
Może jednak lepiej przejść do opisu samej The Low End Theory. 14 kawałków to trochę dużo, ale tutaj to działa po prostu jak długa płyta, nie ma jakichś szczególnie drażniących z tego powodu momentów, bo, dla odmiany, nie ciągną się jak guma. Mimo wszystko fajnie byłoby album skrócić (myślę, że najlepsze długością są albumy z epoki czarnych płyt, tam po prostu, jeśli materiał jest słaby, to się szybko kończy i nie trzeba kopać w poszukiwaniu czegoś w 11. nagraniu po odsłuchaniu 10 takich sobie. Przynajmniej generalnie i nie w każdym gatunku, jakiś trans czy długie elektroniczne pasaże to mogą być i dłuższe i jest git).
Już na wstępie słychać ten kontrabas, o którym pisał Mudżyn (heh, pamiętam jeden z pierwszych koncertów, na których byłem, a na którym występował kontrabasista - nagłośnienie było na tyle słabe, że o grze tego gościa trudno cokolwiek powiedzieć, bo był niemal niesłyszalny, podobnie jak gitarzysta). Bit generalnie cały czas sunie do przodu, niemal się nie zatrzymuje, co utrzymuje w specyficznym transie. Teksty (już po pierwszym widać) ewidentnie odnoszą się, jak to u raperów, do sytuacji społecznych. Goście sprawnie nawijają, jest git, płynni są. Nie wiem, ja często pierwszy słuchany kawałek traktuję jak wstępniak i musi mieć to coś, żeby przytrzymać i Excursions dobrze wprowadza, Buggin' Out dobrze się z nim komponuje i czuć już vibe.
Podkład jest gęsty, żywy, a bit wyrazisty. Porównanie z Szekspirem i "I'm leaving" w Rap Promoterze to takie fragmenty, które wybitnie przyciągają uwagę, potem jest ich więcej. Przyznaję, że nie sprawdzałem zbytnio tekstów. Przejście w Butter dziwne, takie jakby rwane, budzi dość mieszane uczucia. Ale one szybko mijają. Ten akcent jest niełatwy do załapania. Czuć klimaty barowe, dobrze jest, aż sobie przypomniałem Louie'ego Austena. Verses from the Abstract wchodzą i czuć, że wstępy się skończyły, mamy właściwą część płyty. Tempa szybkie, trochę trudno się połapać, co goście rapują, ale to temat na dalsze wgłębianie się, które może nastąpić (serio?), na razie cieszy ucho płynność, bit, nastrój może nie, ale taki swoisty trans już tak. Vibes and Stuff to też mocny kawałek. Ten wibrafon, ten bit, to pomijając rytm ma świetny klimat w tle! Czuć jakąś mało ciekawą dzielnicę, ale za to klub/bar już fajny. W ogóle zauważam, że jeśli przy rocku wyczuwa się monotonię, to jest ona zwykle czymś zniechęcającym, bo brak innej wartości. A tu, w rapie, jest klimat, jest ciekawe instrumentarium, są różne warstwy, każda z nich może przejąć rolę tej pchającej czy ciągnącej.
Nie wiem, co tu dalej pisać, w kolejnych utworach po prostu jesteśmy na tym poziomie, na który już weszliśmy wcześniej i nie czujemy potrzeby zejścia. Check The Rhime ma klimat, fajnie wchodzi. Nie wiem, co to jest klasyczna hip-hopowa płyta, może dlatego dobrze wchodzi. Świetne te jazzowe wstawki, wibrafon (chyba), bit, dobrze pełni rolę podtrzymującego zainteresowanie. Everything is Fair jest bardzo chwytliwe, ma świetne wejście. Jeden z najlepszych kawałków na płycie. To wszystko świetnie brzmi, nie trzeba się nawet przez moment zastanawiać nad jakością. Potem mamy klimatyczny Jazz. Forma ewidentnie spadła do poziomu bardzo niskiego (moja, nie ATCQ). Czas kończyć. What? jest ciekawe i trochę inne niż inne kawałki, inny podkład. Mocno to chwytliwe. Scenario brzmi jak bonus, raperów więcej, aura trochę inna, żywy, pozytywny finał.
Kończy się płyta, kolejnego odsłuchu teraz nie będzie, bo się trza zająć czymś innym, ale jest szansa, że on będzie.
Zawsze jestem ostrożny wobec podobnych dzieł, ale tutaj, podobnie jak w przypadku Disposable Heroes of Hypocrisy, może się trafić powrót. Jest dobrze.
Blacklist - Midnight of the Century
Muzyka zaproponowana przez kolegę Adriana pięknie pokazuje, jak bardzo od siebie mogą różnić się dwie osoby siedzące na tym samym forum muzycznym, o - zdawałoby się - podobnym punkcie zaczepienia. Tutaj, mam wrażenie, nasze gusta kompletnie się rozjeżdżają. Od razu przyznam, że nie przepadam specjalnie za tego rodzaju współczesnym rockiem, bo nie znajduję w nim wiele dla siebie. To po prostu nie moja estetyka, bo ja preferuję jednak elektroniczne brzmienia. Szczególnie męczy mnie to brzmienie, które jest niemal zawsze takie samo i nie potrafię rozróżniać poszczególnych zespołów. Podobnie wokalistów.
I, niestety, ale z Blacklist mam podobnie. Pierwszy odsłuch robiłem w wannie, gdzie odtwarzacz co chwilę się zacinał, więc pomyślałem, że to może niezbyt dobre warunki do słuchania muzyki i powtórzę odsłuch już normalnie, przy kompie, a wrażenie będzie inne. Bo, przy problemie, który poniekąd sam wywołałem, zauważyłem, że po pierwszym momencie danego utworu, pierwszym gitarowo-perkusyjnym łomocie i wejściu wokalisty wszystko zlewa się dla mnie w jedną magmę. Przyznam, że po paru odsłuchach nadal miałbym problem z odróżnieniem od siebie poszczególnych kompozycji, po prostu przeszliśmy obok siebie. Ta muzyka niespecjalnie budzi we mnie jakieś żywsze emocje, jeśli w ogóle, dla mnie jest po prostu głośno, hałaśliwie, a melodie są takie, że chwilę po wybrzmieniu ja już ich nie pamiętam. Nie jestem może jakoś wyczulony na tę głośność, o której chłopaki pisali, ale daje się wyczuć i jest dość nieprzyjemnie, jest to podkręcone aż za bardzo.
Wokalista nawet nie działa mi tak jak Shodanowi na nerwy, po prostu na mnie nie oddziałuje zbytnio. Swoją drogą, ja nie rozumiem tej łatki "indie"=independence=niezależny, skoro to wszystko ciągle brzmi tak samo. Dziwne określenie. Dosyć to wszystko konwencjonalne. Specjalnie nie wymieniłem żadnego tytułu, bo nie zapamiętałem. A, nie, The Cunning of History jest ciekawsze, klimat się zmienia, nie ma tego łomotu, jest nieco pastoralnie, wokalista śpiewa spokojniej. Chyba tego brakuje: większego urozmaicenia. Końcówka, trzy ostatnie utwory, jest ogólnie jakaś taka sympatyczniejsza. To nie jest przytyk do Adriana, sam też wrzucałem rzeczy, które, jak widziałem, nie budzą w ludziach tak żywych reakcji jak we mnie, znaczy, że po prostu tak bywa. Ja chyba jednak w rocku preferuję starsze rzeczy. Nie wiem, co takiego jest w tym gatunku, że współczesne brzmienie zupełnie mi do niego nie pasuje mimo że to stare często jest fatalne. Ale ma swój urok. Nie mógłbym się chyba podzielić jakąś osobistą historią związaną z taką odmianą rocka, bo mnie to po prostu ominęło, podobnie jak i koncerty, płyty itd. Nie moja bajka. Nie jest to album zły, ale bezbarwny. To i tak lepsze od muzyki działającej na nerwy (np. z ciągle rwanym bitem). Mogę jeszcze napisać truizm, że jak ktoś się przy tym dobrze bawi, skacze, tupie, podśpiewuje, to ja to rozumiem i jest git. I może tyle.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Pewnie zamókłPierwszy odsłuch robiłem w wannie, gdzie odtwarzacz co chwilę się zacinał
Sorki, generalnie spoko że jednak Melki nadrobiłeś choć znając Twój tryb życia pewnie znów znikniesz i za tydzień bedziemy Cię wyciągać spod kamyka żebyś kolejną reckę wydusił z siebie
No i jednak rap wygrał z rockiem więc warunkowo dopuszczam do dalszej zabawy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jedźmy dalej, bo pewnie i tak prędzej wleci jakaś recka płyty Dragona niż kolega Musiał się ustosunkuje do naszego odbioru
Auscultation - L'étreinte imaginaire
Auscultation - L'étreinte imaginaire
Dragon pisze:03 lut 2023 02:38Auscultation - L'étreinte imaginaire (2015)
W przypadku propozycji płytowych cały czas próbuję zwrócić waszą uwagę na oczywistą różnicę. Słuchanie w izolacji lub towarzystwie zbliżonego materiału, niby oczywiste, ale dla mnie to podstawowy sygnał, by interpretować rzeczy inaczej. Jeśli coś mi siądzie, to potrafię przefiltrować materiał naprawdę dokładnie. Różnice mogą być niewielkie, często nawet nie do wyłapania tak szybko na podstawie dwóch/trzech pobieżnych kontaktów. Jestem dziwnie przekonany, że to kolejny krążek, który może prowokować różne opory, ale w sumie co mnie to interesuje xD To kolejna zaleta bestki, czyli wkalkulowane ryzyko. Jedenasty przystanek to jednocześnie ukłon w stronę tych, którzy poszanowali Starą Pornozvezdę... i trochę nie. Pozbywamy się dystansu i rosyjskiego kontekstu, zostawiamy sam piwniczny vibe. W tym miejscu wcześniej planowałem trochę inny materiał, ale w międzyczasie wróciłem do całości i uznałem, że jednak jego wartość mocno spadła. Tutaj dzieje się dokładnie odwrotnie. Od początku odczuwałem coś w rodzaju poważnego uznania, ale rok po roku stawiam ją coraz wyżej.
Podczas poszukiwań vaporowych w pewnym momencie zboczyłem z trasy i... to już znacie. W 2017 roku poza AL-90 był jeszcze jeden projekt, który mi wyraźnie siadł. Związany był z pewną sympatyczną zapewne wytwórnią kasetową 100% Silk. Charakteryzują się w wydawaniu piwnicznego house'u, bywa bardziej lo-fi, zdarzają się produkcje mniej oczywiste, eklektyczne. Naturalnie takiej muzyki nie da się słuchać wiecznie, a przynajmniej nie bez poważnych konsekwencji, ale takowych nie doświadczyłem. Któregoś dnia coś mnie podkusiło, żeby wrócić i poszukać czegoś w podobnym stylu. Wtedy znałem nagrania bardziej klubowe niż atmosferyczne, ale to akurat nie był główny powód poszukiwań. Trzeba odświeżać głowę. Nie lubię stać w miejscu. Podobają mi się kasetowe formaty, więc liczyłem na estetyczne okładki i (w miarę) znośną muzykę. Tak trafiłem jesienią 2019 roku na Auscultation. Ciekawy czas - koniec studiów, ostatnie gnicie w Wałbrzychu jeszcze bez studenckiego natłoku spraw. Nikt nie myślał o COVIDzie. W planach były dalsze pomysły teatralne. Liczyłem na intrygujące znajomości zawarte w niedalekiej przyszłości poprzez studia. W bliższych relacjach bywało różnie. W takich okolicznościach w ręcę wpadł mi bardzo specyficzny materiał. Początki były trudne. Czemu to jest aż tak mulące? Jak to sklasyfikować? Wtedy ten specyficzny balans między kontemplacją a klubowym transem wydawał się przekombinowany. DO CZASU. Pewnego dnia wracam z Wrocławia do domu. Jestem lekko zmęczony, musiała być przyjemna, ciepła pogoda. Zaawansowane popołudnie. Okolice stacji, na której najczęściej wysiadam "na powrót", czyli Wałbrzych Miasto. 10 minut do wysiadki? Wtedy zatrybiło. Połączyły się wszystkie składowe, a do tego dostałem od znajomego sympatyczną wiadomość. Pewien utwór doskonale oddawał dziwnie przyjemny trans, otępiający spokój. Jednocześnie podbił pozytywne wrażenia dnia i satysfakcjonującą sytuację w danym momencie. To była Vanda, która otwiera tutaj stronę B.
Nazwa płyty to podobno coś w stylu "Wymyślony ucisk", a w ogóle to projekt nazywa się Osłuchiwanie. Specyficzny wybór, ale jestem w stanie to przyjąć bez zgrzytania zębami. Zaskakująco celnie oddaje charakter muzyki. To wszystko tutaj budzi jakieś fikcjonalne wyobrażenia. Dużo pracy wyobraźni, zabiegów wprowadzających ją w stan uśpienia, specyficznego spowolnienia obrotów, ale nie bez pewnego ciepła i empatii. Promise You'll Haunt Me zapowiada dość chropowaty materiał. Później się okaże, że wszystko jest utrzymane w podobnym brzmieniu, ale za każdym razem pomysł będzie inny, a realizacja podobnie trafna. Wręcz doskonała. Na dzień dobry dostajemy trochę wielkomiejskim klimatem rodem z 2814, ale to nie jest Tokio wieczorem skąpane w deszczu. Prędzej jakaś kameralna biblioteka. Cały czas będą się krzyżować przebiegi wyraźnie ambientowe z rytmiką potraktowaną jakimiś lo-fi zniekształceniami, ale jakość muzyki wcale nie jest zła, a brzmienie oszczędne. Bywa naprawdę gęsto. Drop Off wyraźniej skręca w stronę eksploracji. Tu już prędzej dzieję się wieczór w mieście. Jakby gdzieś w oddali, w głębi pulsował soczysty klubowy banger. Po raz pierwszy pojawia się soczysty bas. Dla wielu numerów stanowi tutaj coś w rodzaju specyficznego szkieletu. Black Window rozpuszcza w głowie specyficzny nocny klimat. Na tym etapie jeśli ktoś nie wsiąknął... to będzie mieć coraz trudniej. Całość dość niespiesznie, ale konsekwentnie się rozwija. Composure Fuzz z kolei przypomina mi pewien rytuał z dzieciństwa, który nigdy nie był okraszony tymi dźwiękami. Wstając rano do szkoły, budziłem się często w towarzystwie odpalonego telewizora. Jakaś szósta, siódma rano. Poranny program w TVN24. Szczególnie zimowe wydania pamiętam dobrze. W domu chłodno, bo w nocy w piecu kompletnie gasło. Wiadomości i reklamy były przerywane statecznymi ujęciami z różnych miejsc w Polsce. Szczególnie górskie kadry tutaj mi przychodzą do głowy (bardziej okolice Zakopanego, z moich rejonów pokazywali tylko Książ...). Pasowałoby do jakiejś wystawy w galerii. Wreszcie pojawia się Vanda, dla mnie najbardziej kwaśny odjazd, punkt kulminacyjny płyty. Również spokojny, konsekwentny rozwój, aż w piątej minucie pojawia się jedna z najbardziej rezolutnych i charakterystycznych melodyjek. Głowa szaleje. Tutaj dzieje się najwięcej. Rave we śnie. Przedostatnie Stranded Love zapowiada pojawienie się bardziej introwertycznych wrażeń. Niby też bogaty aranż, ale odbieram go jako specyficzny minimal. Synthy coraz bardziej niepokojące. Magiczny sen dobiega końca, a potem budzisz się o piątej rano. Sam w łóżku. Może nawet za oknem panuje jeszcze mgła? Lost You in the Fog to najbardziej stateczny kawałek, ale jak dla mnie doskonale świadczy o wrażliwości autora. Mistrzowsko poprowadzona opowieść, która pozostawia słuchacza samego ze sobą w kompletnym pustkowiu. Nie ma przebłysków. Oniryczny finisz, któremu towarzyszy niepokój. Tylko ten bas jakby nas ściągał na Ziemię. Kojarzy mi się z budzikiem.
A tak naprawdę zaczyna się od okładki. Inspiracje mangą dość oczywiste, ale podane w oszczędnym, eleganckim zestawieniu. Autorem muzyki jest gość z USA. W związku z AL-90 zapraszałem na narkotyczne pląsy, tutaj to z kolei już pełnoprawny, godzinny, katarktyczny (uhuhu) seans. Jak dla mnie warty wszystkiego, nawet grymasów na początku. Jeszcze tutaj wrócicie pewnego sympatycznego letniego wieczora (okolice zachodu słońca koniecznie!). Wrzucam teraz, bo zimowa pogoda służy tej muzyce. Przynajmniej na końcówkę sierpnia będziecie dobrze osłuchani, a muzyka solidnie ułoży się w głowie. Nie znajdziecie nic lepszego w tym nurcie, ja wam to gwarantuję.
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... NlVBs--gKM
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
No właśnie rzecz w tym, że samego opisu nie musiałem z siebie wyduszać, bo, jak się już za niego zabrałem, to raczej gładko mi wyszedł. Gorzej z wyduszaniem chęci do pisania, mnie się nawet na własny użytek pisać nie chce, można powiedzieć, że podtrzymuję trochę sztucznie ten ogieństripped pisze:27 mar 2023 07:52Pewnie zamókłPierwszy odsłuch robiłem w wannie, gdzie odtwarzacz co chwilę się zacinał![]()
Sorki, generalnie spoko że jednak Melki nadrobiłeś choć znając Twój tryb życia pewnie znów znikniesz i za tydzień bedziemy Cię wyciągać spod kamyka żebyś kolejną reckę wydusił z siebie![]()
No i jednak rap wygrał z rockiem więc warunkowo dopuszczam do dalszej zabawy![]()
Dobra, na razie dość, wrócę do tematu później.