Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie umarł. Czasu było brak. A o TGO chętnie się wypowiem, bo to zacny numer.Hien pisze:13 kwie 2023 22:15No, ja myślę, że jak wróci liga to tak tydzień na wybór będę potrzebował, w końcu to poważne decyzje (btw, tyłu mamy tu fanów TGO, a temat tbt umarł).
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Śmiało
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ty też się nie wstydź. To nic strasznego.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mogę, ale byłem ciekaw, czy jeśli sam nie zacznę, to ktos się sam zainteresuje. 3 tygodnie minęły, więc mam odpowiedź.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Dobra ściema nie jest zła. 
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Ozric Tentacles - Erpland
Co mogę powiedzieć, na pewno dwie rzeczy - pierwsza, Melczet wtopił trochę, wrzucając z tego krążka akurat Mysticum Arabicola, albowiem na płycie jest cała masa lepszych numerów xD Nie chcę przez to powiedzieć, że MA jest słabe (choć w takim tonie się trochę wypowiedziałem w utworowej, ale o tym za chwilę), albowiem BARDZO zyskuje w szerszym kontekście, niemniej jednak gdybym wówczas dostał w twarz takimi Eternal Wheel czy Tidal Convergence to byłaby zupełnie inna rozmowa o czym innym (no, nie do końca o czym innym, ale wiadomo, o co się rozchodzi). MA brakowało tego kontekstu bardzo. Nie sięgnąłem wtedy po całość z dość oczywistych względów - pierwszy, jestem leniwą piz*ą, drugi, trochę odstraszyła mnie ta "arkejdowość" muzyki, która mocno przywoływała skojarzenia z bardziej ambitnymi platformówkami lat 90. I teraz znów - odsłuch całego albumu nie do końca zmienił u mnie tę opinię, tzn. nadal jest... arcade xD I nadal mogłaby to być muzyka do jakiejś ambitniejszej wersji Raymana (co wcale nie oznacza, że jest zła), momentami się to niesamowicie mocno wręcz przebija (np. w takich utworach jak Toltec Spring, tytułowy czy A Gift of Wings), ale też przestaje przeszkadzać. Co więcej, uważam to za niemal atut teraz, albowiem połączenie prog-space jest czymś, od czego jakiś czas temu bym się raczej odbijał. Szczęśliwie, jeśli o prog chodzi to dostaję tutaj bardzo fajne rzeczy, których mogłem posłuchać będąc nieco dojrzalszym, to i też odbiór mam inny. W tym wypadku taka mieszanka jednego z drugim z dodatkiem nastroju platformowego wchodzi we mnie jak dobrej jakości zmrożona wódka. Niby nie moja bajka, ale jednak nie sposób zaprzeczyć, że wchodzi i jest to przyjemne. To koniec tej części pierwszej xD
Druga rzecz jest taka, że to póki co najbardziej wiosenna muzycznie rzecz spośród zapodanych w ostatnim czasie przez PT Forumowiczów we wszystkich bestkach (zaraz obok mentosowej Grimes, która będzie katowana w maju oj będzie). Każda kompozycja tutaj wprost rzyga kwiatkami, listkami, wyższą temperaturą i słońcem. Nie muszę nawet zamykać oczu, ażeby ujrzeć przed nimi jakąś lekko zadrzewioną łąkę, co to się kwieciem mieni, wszystko pachnie, wokół pszczółki i żuczki, a także paskudne pajęczaki, ale też co by nie było za słodko, to (biorąc zresztą pod uwagę charakter tej muzyki) jestem na lekkim haju, może psylocybinka lol. A tak zupełnie serio - to jest po prostu okrutnie wiosenna muzyka, no co mogę więcej powiedzieć. Najbardziej takiego odczucia dostaję, kiedy po pierwszym (i skądinąd doskonałym) Eternal Wheel wjeżdża Toltec Spring (NO BO WIECIE, SPRING HEHE), które zaczyna się od bongosów. Co z nimi? Ano brzmią niemal identycznie jak outro do jednej z piosenek Alphaville, której słucham zawsze wiosną xD Pomijając już oczywiste konotacje z tytułem i jeszcze te ptaszki w tle, to po prostu taka muzyka, która doskonale wchodzi pod obcowanie z naturą. Żałuję, że jak zacząłem tego słuchać to na zewnątrz było jeszcze syfiaście, zaś jak w końcu zrobiło się ciepło i wiosennie to ja się pochorowałem i nie bardzo mogłem wyjść z domu. Ale zrobię to, właśnie z Erplandem, albowiem tego się właściwie w domu spokojnie słuchać nie da (no, po prostu w pomieszczeniu zamkniętym). Jednocześnie mam dokładnie to poczucie, że gdyby Melki wepchnął nam ten album latem albo - o zgrozo - jesienią, to w ogóle by mi tak nie wszedł (i możliwe, że innym również, ktoś się tam ze mną podobnymi odczuciami dzielił). Także, chwała Melczetowi za jego wybory!
I w końcu pozwolę sobie może coś więcej o samej muzyce. Jak już wspomniałem wcześniej, duch arcade'u jest niemal niezaprzeczalny i trudny do usunięcia z mojej głowy (i naprawdę, już niewiele ma tu do powiedzenia sam fakt tego, że przeleciałem tak przez Mysticum Arabicola). Na pewno "nie pomaga" muzyce fakt, że jest instrumentalna. W sensie nie pomaga jej pod tym właśnie względem takiego a nie innego odbioru tejże z mojej strony. No ale, jak już powiedziałem, przestaję to traktować jako wadę. Koniec końców lubiłem słuchać OSTów z gier (nadal to zresztą robię lol), tutaj pchnęło mnie to aż do... zassania krążka. Będzie częstym gościem w moim Powerampie tej wiosny, bez wątpienia (prawdopodobnie wlezie jeszcze lepiej, jak "zabiorę go na rower"). Jak miałbym rozebrać całość na poszczególne kawałki to bez wątpienia moim ulubieńcem będzie Tidal Convergence. To, co tam się dzieje z brzmieniami, tempem, gitary w drugiej połowie numeru, elektroniczne i psychodeliczne zagrywki, dosłownie jakbym cisnął soundtrack do NFS2 na niektórych mapach. Z kolei na tle całości najbardziej "zwyczajnie" brzmi dla mnie Sunscape, które zaczyna się jak coś od Little Nemo, czy wręcz - ale to już pewnie skrajność, a może i bluźnierstwo - Pink Floyd lol. Przez to jednak odstaje wyraźnie od reszty i jeśli miałbym wskazać najsłabsze ogniwo na Erpland, to właśnie będzie to. No dobra, podium w obie strony określone, co na plus na drugim i trzecim miejscu? Valley of a Thousand Thoughts i A Gift of Wings, bezapelacyjnie. Zwłaszcza ten pierwszy, aż się chce wyleźć z mieszkania do jakiegoś lasu, najlepiej na moczary (to jest zresztą utwór, który najbardziej daje mi Rayman-vibes, i to Rayman 2, a jak dobrze wiemy, Rayman 2 był najlepszym Raymanem i nie zapraszam do dyskusji bo nie ma o czym), tylko trzeba uważać, żeby nie zaplątać się w jakieś pnącza. Klimat tego kawałka jest fantastyczny. A Gift of Wings z kolei... najbardziej Banco de Gaia-like utwór na tej płycie, a przecież podobnie wypowiedziałem się o MA. No to tutaj to brzmi na poziomie - i world, i mistycznie, i elektronicznie, i klasycznie, i w ogóle. No cud miód i orzeszki. Jeśli ta wiosna ma tak brzmieć, niech tak brzmi. Melczet - fantastyczna wrzutka, dziękuję i pozdrawiam!
Co mogę powiedzieć, na pewno dwie rzeczy - pierwsza, Melczet wtopił trochę, wrzucając z tego krążka akurat Mysticum Arabicola, albowiem na płycie jest cała masa lepszych numerów xD Nie chcę przez to powiedzieć, że MA jest słabe (choć w takim tonie się trochę wypowiedziałem w utworowej, ale o tym za chwilę), albowiem BARDZO zyskuje w szerszym kontekście, niemniej jednak gdybym wówczas dostał w twarz takimi Eternal Wheel czy Tidal Convergence to byłaby zupełnie inna rozmowa o czym innym (no, nie do końca o czym innym, ale wiadomo, o co się rozchodzi). MA brakowało tego kontekstu bardzo. Nie sięgnąłem wtedy po całość z dość oczywistych względów - pierwszy, jestem leniwą piz*ą, drugi, trochę odstraszyła mnie ta "arkejdowość" muzyki, która mocno przywoływała skojarzenia z bardziej ambitnymi platformówkami lat 90. I teraz znów - odsłuch całego albumu nie do końca zmienił u mnie tę opinię, tzn. nadal jest... arcade xD I nadal mogłaby to być muzyka do jakiejś ambitniejszej wersji Raymana (co wcale nie oznacza, że jest zła), momentami się to niesamowicie mocno wręcz przebija (np. w takich utworach jak Toltec Spring, tytułowy czy A Gift of Wings), ale też przestaje przeszkadzać. Co więcej, uważam to za niemal atut teraz, albowiem połączenie prog-space jest czymś, od czego jakiś czas temu bym się raczej odbijał. Szczęśliwie, jeśli o prog chodzi to dostaję tutaj bardzo fajne rzeczy, których mogłem posłuchać będąc nieco dojrzalszym, to i też odbiór mam inny. W tym wypadku taka mieszanka jednego z drugim z dodatkiem nastroju platformowego wchodzi we mnie jak dobrej jakości zmrożona wódka. Niby nie moja bajka, ale jednak nie sposób zaprzeczyć, że wchodzi i jest to przyjemne. To koniec tej części pierwszej xD
Druga rzecz jest taka, że to póki co najbardziej wiosenna muzycznie rzecz spośród zapodanych w ostatnim czasie przez PT Forumowiczów we wszystkich bestkach (zaraz obok mentosowej Grimes, która będzie katowana w maju oj będzie). Każda kompozycja tutaj wprost rzyga kwiatkami, listkami, wyższą temperaturą i słońcem. Nie muszę nawet zamykać oczu, ażeby ujrzeć przed nimi jakąś lekko zadrzewioną łąkę, co to się kwieciem mieni, wszystko pachnie, wokół pszczółki i żuczki, a także paskudne pajęczaki, ale też co by nie było za słodko, to (biorąc zresztą pod uwagę charakter tej muzyki) jestem na lekkim haju, może psylocybinka lol. A tak zupełnie serio - to jest po prostu okrutnie wiosenna muzyka, no co mogę więcej powiedzieć. Najbardziej takiego odczucia dostaję, kiedy po pierwszym (i skądinąd doskonałym) Eternal Wheel wjeżdża Toltec Spring (NO BO WIECIE, SPRING HEHE), które zaczyna się od bongosów. Co z nimi? Ano brzmią niemal identycznie jak outro do jednej z piosenek Alphaville, której słucham zawsze wiosną xD Pomijając już oczywiste konotacje z tytułem i jeszcze te ptaszki w tle, to po prostu taka muzyka, która doskonale wchodzi pod obcowanie z naturą. Żałuję, że jak zacząłem tego słuchać to na zewnątrz było jeszcze syfiaście, zaś jak w końcu zrobiło się ciepło i wiosennie to ja się pochorowałem i nie bardzo mogłem wyjść z domu. Ale zrobię to, właśnie z Erplandem, albowiem tego się właściwie w domu spokojnie słuchać nie da (no, po prostu w pomieszczeniu zamkniętym). Jednocześnie mam dokładnie to poczucie, że gdyby Melki wepchnął nam ten album latem albo - o zgrozo - jesienią, to w ogóle by mi tak nie wszedł (i możliwe, że innym również, ktoś się tam ze mną podobnymi odczuciami dzielił). Także, chwała Melczetowi za jego wybory!
I w końcu pozwolę sobie może coś więcej o samej muzyce. Jak już wspomniałem wcześniej, duch arcade'u jest niemal niezaprzeczalny i trudny do usunięcia z mojej głowy (i naprawdę, już niewiele ma tu do powiedzenia sam fakt tego, że przeleciałem tak przez Mysticum Arabicola). Na pewno "nie pomaga" muzyce fakt, że jest instrumentalna. W sensie nie pomaga jej pod tym właśnie względem takiego a nie innego odbioru tejże z mojej strony. No ale, jak już powiedziałem, przestaję to traktować jako wadę. Koniec końców lubiłem słuchać OSTów z gier (nadal to zresztą robię lol), tutaj pchnęło mnie to aż do... zassania krążka. Będzie częstym gościem w moim Powerampie tej wiosny, bez wątpienia (prawdopodobnie wlezie jeszcze lepiej, jak "zabiorę go na rower"). Jak miałbym rozebrać całość na poszczególne kawałki to bez wątpienia moim ulubieńcem będzie Tidal Convergence. To, co tam się dzieje z brzmieniami, tempem, gitary w drugiej połowie numeru, elektroniczne i psychodeliczne zagrywki, dosłownie jakbym cisnął soundtrack do NFS2 na niektórych mapach. Z kolei na tle całości najbardziej "zwyczajnie" brzmi dla mnie Sunscape, które zaczyna się jak coś od Little Nemo, czy wręcz - ale to już pewnie skrajność, a może i bluźnierstwo - Pink Floyd lol. Przez to jednak odstaje wyraźnie od reszty i jeśli miałbym wskazać najsłabsze ogniwo na Erpland, to właśnie będzie to. No dobra, podium w obie strony określone, co na plus na drugim i trzecim miejscu? Valley of a Thousand Thoughts i A Gift of Wings, bezapelacyjnie. Zwłaszcza ten pierwszy, aż się chce wyleźć z mieszkania do jakiegoś lasu, najlepiej na moczary (to jest zresztą utwór, który najbardziej daje mi Rayman-vibes, i to Rayman 2, a jak dobrze wiemy, Rayman 2 był najlepszym Raymanem i nie zapraszam do dyskusji bo nie ma o czym), tylko trzeba uważać, żeby nie zaplątać się w jakieś pnącza. Klimat tego kawałka jest fantastyczny. A Gift of Wings z kolei... najbardziej Banco de Gaia-like utwór na tej płycie, a przecież podobnie wypowiedziałem się o MA. No to tutaj to brzmi na poziomie - i world, i mistycznie, i elektronicznie, i klasycznie, i w ogóle. No cud miód i orzeszki. Jeśli ta wiosna ma tak brzmieć, niech tak brzmi. Melczet - fantastyczna wrzutka, dziękuję i pozdrawiam!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
le ci my in ter net!
Ozric Tentacles Erpland
Ten album jest cały ze sprzeczności. Jednocześnie zawiera to, co powinno mnie zainteresować oraz to, od czego z czasem po prostu się odbijam. Pierwszy raz pamiętam z tego względu, że zatrzymałem się na Mysticum Arabicola i zraziłem się dokumentnie tą nudą idącą ze słuchawek. Było to w liceum jeszcze przed ścięciem włosów, czyli przynajmniej pięć lat temu. Parę dni temu wróciłem do tego wyzwania sprowokowany przez Melkiego. Dobrnąłem do końca płyty z dwoma dość długimi przerwami po drodze, dość mocno zdegustowany. Od tej pory trochę się zmuszałem do słuchania całości bez przerwy. Skończyło się na trzech próbach, dwa razy na raz, jeden raz przez pół dnia.
Irytuje mnie tutaj masa rzeczy, a zaczyna się od samego pomysłu na płytę. Eklektyczne 70 minut z hakiem, podczas których mamy do czynienia z kompozycjami zmierzającymi kompletnie donikąd. Zaczynają się nigdzie i do równie konkretnego miejsca wracają. Losowy jest zestaw użytych brzmień. Coś na modłę new age, fragmenty bardziej etniczne, wdziera się czasami tribal ambient, a to wszystko na prościutkim, kompletnie odtwórczym, zupełnie nieprzyciągającym szkielecie rockowym. Monotonne dudnienie i niespecjalnie wyszukane partie basowe, średnio zapamiętywalne pasaże klawiszowe. Albo onanizm techniczny (Eternal Wheel to jest mocny test na cierpliwość) albo zabieg godny producentów gier, którzy dostają dwie minuty materiału, a potem umiejętnie go sklejają w taki sposób, by podczas przechodzenia poziomu nie zorientować się do końca, że w tle leci praktycznie cały czas to samo (MA). Podoba mi się musiałowe skojarzenie z grami. W moim przypadku jednak sama muzyka niespecjalnie prowokuje wyobraźnię do pracy, a i nie wiem, czy nie zepsułaby jakiegoś Spyro na Plajtajszyn lub czegoś ledno do przetrawienia na przeglądarki.
Płytka z 1990 roku, więc wykorzystana elektronika mocno kojarzy się z vaporami. Momenty, które ratują całość przed utylizacją, to te pozbawione "energetycznego" potencjału, czymkolwiek on jest podany w taki sposób z perką z puszki i nijakimi solówkami... Da się polubić plemienne Toltec Spring czy dobrze odrobione lekcje z Tangerine Dream w postaci Crackerblocks. Trochę Love On A Real Train, trochę vapor jakby żywcem wyciągnięty z galerii handlowej, w której na parterze znajduje się fontanna. Podoba mi się ten efekt spływającej wody. Ujdzie jeszcze A Gift of Wings, brzmi jak wyrwany z ostatnich minut jakiegoś filmu wydanego na VHSie (ni to kryminał, ni coś z dreszczykiem), a do tego pierwsza część realizuje to, co było największym problemem reszty płyty ostatecznie xD Po połowie człowiek miał małą nadzieję na to, że muzycy pójdą po rozum do głowy i zaczną tworzyć nastroje, eleganckie melodie, ale niestety wjazd Throbbe, tej cholernej perkusji i zaśpiewu... źle kiczowata klisza. W ogóle to się nie nadaje na tło, szkoda uszu. Zbyt bogate aranże, za mało subtelności, kompletnie niesugestywne. Nie grzeje, ale i nie ziębi, więc nie kojarzy mi się z jakąkolwiek porą roku. Co najwyżej można by to pakować do czołówek programów typu Top 10 kraks lub teleturniej z wyzwaniami, koniecznie obecny w ramówce dowolnej stacji telewizyjnej, ale w najtisach. Uwzględniam również możliwość wcisnięcia dowolnego numeru z tej płyty jako tła pod program dnia, to wszystko. Albo za słabe dropsy albo ja nic nie wziąłem przed odpaleniem Erpland i to był błąd. Z tych samych powodów nie lubię całej masy wydawnictw TD z końcówki XX wieku. Utopili się w podobnie nijakim graniu, choć nigdy nie poszli w tak wyraźnie rockową estetykę. Pisali jednak podobnie beznadziejne numery do płyt o tak zmyślnych tytułach jak Goblins Club czy What a Blast. Być może ktoś to wykorzystywał jako tło do obrazów ruchomych, ale wydaje się, że czas pomyślnie zweryfikował wartość artystyczną jednego i drugiego, że dziś właściwie nikogo one nie interesują. Do mnie szum wokół Ozric Tentacles nigdy nie dotarł.
Nie lubię odpalania muzyki dla samego odpalania, więc dzisiaj z pewnością słuchałem ichniejszych tworów ostatni raz, chyba że ktoś ma zamiar coś jeszcze podesłać później... Mam deja vu, bo chcę napisać o czymś, co zarzucałem wcześniej innej płycie. Być może brakuje tu konkretniejszego pomysłu na numery, zdecydowania się na oszczędniejszy zestaw brzmień, pełniejszego wykorzystania tego, co jest. Najgorsze rzeczy tutaj to te, które już na dzień dobry zaczynają się gitarką. Jeśli oni tak na każdej płycie, to boże broń.
Ozric Tentacles Erpland
Ten album jest cały ze sprzeczności. Jednocześnie zawiera to, co powinno mnie zainteresować oraz to, od czego z czasem po prostu się odbijam. Pierwszy raz pamiętam z tego względu, że zatrzymałem się na Mysticum Arabicola i zraziłem się dokumentnie tą nudą idącą ze słuchawek. Było to w liceum jeszcze przed ścięciem włosów, czyli przynajmniej pięć lat temu. Parę dni temu wróciłem do tego wyzwania sprowokowany przez Melkiego. Dobrnąłem do końca płyty z dwoma dość długimi przerwami po drodze, dość mocno zdegustowany. Od tej pory trochę się zmuszałem do słuchania całości bez przerwy. Skończyło się na trzech próbach, dwa razy na raz, jeden raz przez pół dnia.
Irytuje mnie tutaj masa rzeczy, a zaczyna się od samego pomysłu na płytę. Eklektyczne 70 minut z hakiem, podczas których mamy do czynienia z kompozycjami zmierzającymi kompletnie donikąd. Zaczynają się nigdzie i do równie konkretnego miejsca wracają. Losowy jest zestaw użytych brzmień. Coś na modłę new age, fragmenty bardziej etniczne, wdziera się czasami tribal ambient, a to wszystko na prościutkim, kompletnie odtwórczym, zupełnie nieprzyciągającym szkielecie rockowym. Monotonne dudnienie i niespecjalnie wyszukane partie basowe, średnio zapamiętywalne pasaże klawiszowe. Albo onanizm techniczny (Eternal Wheel to jest mocny test na cierpliwość) albo zabieg godny producentów gier, którzy dostają dwie minuty materiału, a potem umiejętnie go sklejają w taki sposób, by podczas przechodzenia poziomu nie zorientować się do końca, że w tle leci praktycznie cały czas to samo (MA). Podoba mi się musiałowe skojarzenie z grami. W moim przypadku jednak sama muzyka niespecjalnie prowokuje wyobraźnię do pracy, a i nie wiem, czy nie zepsułaby jakiegoś Spyro na Plajtajszyn lub czegoś ledno do przetrawienia na przeglądarki.
Płytka z 1990 roku, więc wykorzystana elektronika mocno kojarzy się z vaporami. Momenty, które ratują całość przed utylizacją, to te pozbawione "energetycznego" potencjału, czymkolwiek on jest podany w taki sposób z perką z puszki i nijakimi solówkami... Da się polubić plemienne Toltec Spring czy dobrze odrobione lekcje z Tangerine Dream w postaci Crackerblocks. Trochę Love On A Real Train, trochę vapor jakby żywcem wyciągnięty z galerii handlowej, w której na parterze znajduje się fontanna. Podoba mi się ten efekt spływającej wody. Ujdzie jeszcze A Gift of Wings, brzmi jak wyrwany z ostatnich minut jakiegoś filmu wydanego na VHSie (ni to kryminał, ni coś z dreszczykiem), a do tego pierwsza część realizuje to, co było największym problemem reszty płyty ostatecznie xD Po połowie człowiek miał małą nadzieję na to, że muzycy pójdą po rozum do głowy i zaczną tworzyć nastroje, eleganckie melodie, ale niestety wjazd Throbbe, tej cholernej perkusji i zaśpiewu... źle kiczowata klisza. W ogóle to się nie nadaje na tło, szkoda uszu. Zbyt bogate aranże, za mało subtelności, kompletnie niesugestywne. Nie grzeje, ale i nie ziębi, więc nie kojarzy mi się z jakąkolwiek porą roku. Co najwyżej można by to pakować do czołówek programów typu Top 10 kraks lub teleturniej z wyzwaniami, koniecznie obecny w ramówce dowolnej stacji telewizyjnej, ale w najtisach. Uwzględniam również możliwość wcisnięcia dowolnego numeru z tej płyty jako tła pod program dnia, to wszystko. Albo za słabe dropsy albo ja nic nie wziąłem przed odpaleniem Erpland i to był błąd. Z tych samych powodów nie lubię całej masy wydawnictw TD z końcówki XX wieku. Utopili się w podobnie nijakim graniu, choć nigdy nie poszli w tak wyraźnie rockową estetykę. Pisali jednak podobnie beznadziejne numery do płyt o tak zmyślnych tytułach jak Goblins Club czy What a Blast. Być może ktoś to wykorzystywał jako tło do obrazów ruchomych, ale wydaje się, że czas pomyślnie zweryfikował wartość artystyczną jednego i drugiego, że dziś właściwie nikogo one nie interesują. Do mnie szum wokół Ozric Tentacles nigdy nie dotarł.
Nie lubię odpalania muzyki dla samego odpalania, więc dzisiaj z pewnością słuchałem ichniejszych tworów ostatni raz, chyba że ktoś ma zamiar coś jeszcze podesłać później... Mam deja vu, bo chcę napisać o czymś, co zarzucałem wcześniej innej płycie. Być może brakuje tu konkretniejszego pomysłu na numery, zdecydowania się na oszczędniejszy zestaw brzmień, pełniejszego wykorzystania tego, co jest. Najgorsze rzeczy tutaj to te, które już na dzień dobry zaczynają się gitarką. Jeśli oni tak na każdej płycie, to boże broń.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ozric Tentacles - Erpland
Miałem efekt mandoliny przed zabieraniem się do recenzji tej płyty, bo byłem pewien, że to był jeden z tych zespołów, które przewijały się w okolicach 2011-12 roku, gdy Munlup z niejakim Rajcą i kimś tam jeszcze przerzucali się różnymi progowymi cudami wiankami, w międzyczasie wzdychając nad Porcupine Tree i Stefanem Wilsonem w różnych inkarnacjach. A tu błąd - nazwę gdzieś słyszałem, ale w sumie to diabli wiedzą skąd, przez kogo i od kogo i w sumie to chyba też nie jest to jakaś rzecz, która spędza mi sen z powiek.
Przed napisaniem z ciekawości sprawdziłem co tam sądzą o tym albumie moi znajomi z baniek różnorakich, których oceny kataloguje RYM. Generalnie większość oceniła ten album na dość poprawny, ale urzekła mnie jedna z recenzji, która brzmi następująco: "Zespół gra swoje - i ma ten album dobre momenty. ocena - 3.37 pkt". I może nie pokuszę się o napisanie oceny w skali rymowej, szkolnej, Komputer Świata Gry, ani nawet głównej bohaterki z Archiwum X, ale generalnie to, po przymknięciu oka na trochę może zbyt dużą lakoniczność tej recenzji, mogę się w jakimś ogólnym stopniu z nią zgodzić.
Bo to jest po prostu jedna z tych płyt, co to przy nich z reguły piszę o rzetelności, poprawności i niezłym poziomie wykonawczym, co robię nagminnie, gdy wiem, że mam do czynienia z czymś niezłym, ale jednocześnie też wiem, że do tego czegoś zazwyczaj nie będę wracał, albo w sumie nie wiem co napisać lol. Tutaj tych powrotów nie wykluczam, bo tej płyty słucha mi się zaskakująco dobrze, nie było nawet cienia chwili momentu, w którym np. bym musiał się przymuszać do powrotów i odsłuchów, a BYWAŁO RÓŻNIE. No i to jest znowu kolejny dowód na może nie tyle magię muzyki, co moją hipokryzję - bo nie przeszkadza mi to, że ten album trwa ponad godzinę, nie przeszkadza mi też to, że to album progresywny wydany po 1982 roku, ani w ogóle nic mi tu nie przeszkadza. xD
Z ciekawośći sobie zerknąłem na wasze opinie i komentarze, by sprawdzić co tam mogę podpieprzyć do swojej recenzji. Niektóre mnie zdziwiły, bo np. żadnych skojarzeń z muzyką z menu z gier nie mam, a te tytuły które wymieniał Musiał to dla mnie jakaś abstrakcja. xD Mi chyba jest bliżej do szkoły Melczeta, tj. czegoś, co można nazwać muzyką tła, ten groove jest wciągający i rytmiczny na tyle, że fajnie sobie to leci w tle, a jednocześnie daleko tu o skrajną monotonię, bo dużo tu siakiś ornamentów, pierdoletów. One mi notabene brzmią podejrzanie znajomo, może trochę podświadomie tu gdzieś słyszę Porcupine Tree, ale ja to ja. Kolega munlup wspomniał o tym, że to spoko zespół na żywo i to mi uświadomiło, że coś w tym może być. Lata temu na którymś OFFIe byłem na koncercie Merkabah - ja wiem, że to trochę inna bajka i w ogóle, ale jakoś ta płyta mi się z tym faktem kojarzy (może to przez to, że to był ten sam rok, w którym Melczet słuchał tego albumu pod swoje rycie na studia lol), a może barzdiej z faktem, że to było bardzo błogie i przyjemne popołudnie okraszone spoko muzyką - sielanka w morzu ówczesnego gówna.
Słucham se tych kawałków też i słucham, nie wiem jaki tu wyróżnić szczerze powiedziawszy, bo to jednak nie jest ten album, by sobie z niego wyciągać hity i bangiery, ale głupio tak pisać znowu to samo. Mysticium Arabica w kontekście całości jest jednym z wielu utworów, ale w sumie podoba mi się to, że faktycznie pasuje jako teaser i Melczet trafił z tym wyborem imo w mocną dziewiątke, jak nie dziesiątke. Kapitalne jest Crackerblocks, które troche mi zalatuje Rushem z okresu Moving Pictures, a trochę Tangerine Dream - dziwna, ale sympatyczna mieszanka. Uwzględnie też tytułowy oraz otwieracz.
I tyle z mojej strony. Znowu podoba mi się coś, co w sumie nie musiało mi się spodobać. Klawa, solidna płytka. AMENT.
Miałem efekt mandoliny przed zabieraniem się do recenzji tej płyty, bo byłem pewien, że to był jeden z tych zespołów, które przewijały się w okolicach 2011-12 roku, gdy Munlup z niejakim Rajcą i kimś tam jeszcze przerzucali się różnymi progowymi cudami wiankami, w międzyczasie wzdychając nad Porcupine Tree i Stefanem Wilsonem w różnych inkarnacjach. A tu błąd - nazwę gdzieś słyszałem, ale w sumie to diabli wiedzą skąd, przez kogo i od kogo i w sumie to chyba też nie jest to jakaś rzecz, która spędza mi sen z powiek.
Przed napisaniem z ciekawości sprawdziłem co tam sądzą o tym albumie moi znajomi z baniek różnorakich, których oceny kataloguje RYM. Generalnie większość oceniła ten album na dość poprawny, ale urzekła mnie jedna z recenzji, która brzmi następująco: "Zespół gra swoje - i ma ten album dobre momenty. ocena - 3.37 pkt". I może nie pokuszę się o napisanie oceny w skali rymowej, szkolnej, Komputer Świata Gry, ani nawet głównej bohaterki z Archiwum X, ale generalnie to, po przymknięciu oka na trochę może zbyt dużą lakoniczność tej recenzji, mogę się w jakimś ogólnym stopniu z nią zgodzić.
Bo to jest po prostu jedna z tych płyt, co to przy nich z reguły piszę o rzetelności, poprawności i niezłym poziomie wykonawczym, co robię nagminnie, gdy wiem, że mam do czynienia z czymś niezłym, ale jednocześnie też wiem, że do tego czegoś zazwyczaj nie będę wracał, albo w sumie nie wiem co napisać lol. Tutaj tych powrotów nie wykluczam, bo tej płyty słucha mi się zaskakująco dobrze, nie było nawet cienia chwili momentu, w którym np. bym musiał się przymuszać do powrotów i odsłuchów, a BYWAŁO RÓŻNIE. No i to jest znowu kolejny dowód na może nie tyle magię muzyki, co moją hipokryzję - bo nie przeszkadza mi to, że ten album trwa ponad godzinę, nie przeszkadza mi też to, że to album progresywny wydany po 1982 roku, ani w ogóle nic mi tu nie przeszkadza. xD
Z ciekawośći sobie zerknąłem na wasze opinie i komentarze, by sprawdzić co tam mogę podpieprzyć do swojej recenzji. Niektóre mnie zdziwiły, bo np. żadnych skojarzeń z muzyką z menu z gier nie mam, a te tytuły które wymieniał Musiał to dla mnie jakaś abstrakcja. xD Mi chyba jest bliżej do szkoły Melczeta, tj. czegoś, co można nazwać muzyką tła, ten groove jest wciągający i rytmiczny na tyle, że fajnie sobie to leci w tle, a jednocześnie daleko tu o skrajną monotonię, bo dużo tu siakiś ornamentów, pierdoletów. One mi notabene brzmią podejrzanie znajomo, może trochę podświadomie tu gdzieś słyszę Porcupine Tree, ale ja to ja. Kolega munlup wspomniał o tym, że to spoko zespół na żywo i to mi uświadomiło, że coś w tym może być. Lata temu na którymś OFFIe byłem na koncercie Merkabah - ja wiem, że to trochę inna bajka i w ogóle, ale jakoś ta płyta mi się z tym faktem kojarzy (może to przez to, że to był ten sam rok, w którym Melczet słuchał tego albumu pod swoje rycie na studia lol), a może barzdiej z faktem, że to było bardzo błogie i przyjemne popołudnie okraszone spoko muzyką - sielanka w morzu ówczesnego gówna.
Słucham se tych kawałków też i słucham, nie wiem jaki tu wyróżnić szczerze powiedziawszy, bo to jednak nie jest ten album, by sobie z niego wyciągać hity i bangiery, ale głupio tak pisać znowu to samo. Mysticium Arabica w kontekście całości jest jednym z wielu utworów, ale w sumie podoba mi się to, że faktycznie pasuje jako teaser i Melczet trafił z tym wyborem imo w mocną dziewiątke, jak nie dziesiątke. Kapitalne jest Crackerblocks, które troche mi zalatuje Rushem z okresu Moving Pictures, a trochę Tangerine Dream - dziwna, ale sympatyczna mieszanka. Uwzględnie też tytułowy oraz otwieracz.
I tyle z mojej strony. Znowu podoba mi się coś, co w sumie nie musiało mi się spodobać. Klawa, solidna płytka. AMENT.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Rajca się nigdy Ozricami raczej nie interesował, to ja tu parę razy wspomniałem, że słucham (jakoś koło 2009/10 roku), ale nikt tematu szczególnie nie podjął. Grałem natomiast ich muze w Żaku, ale to też było już dawno temu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ozriki wlatywali do listy przebojów ze dwa lata temu?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To Melki musiał.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Swoją drogą ja też mam jakieś takie mętne wspomnienie jakby nazwy Porcupine Tree i Ozric Tentacles przewijały się równie często, i czasem też coś ktoś pisał o Riverside?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Riverside było wspominane często w tamtych latach, bo akurat tego z Rajcą słuchaliśmy oporowo. Jeśli chodzi o konotacje z PT, to wspominałem o Ozrikach w recenzji "The Sky Moves Sideways".
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
O, Riverside akurat dobrze pamiętam - to z racji tego, że przebywałem/czytywałem parę różnych for o muzyce i albo ten zespół wynoszono pod niebiosa, albo uważano za jakieś pretensjonalne nudziarstwo, stopień polaryzacji tych opinii był mniej więcej tak duży jak w przypadku nwm jakiejś Konfederacji a Lewicy. Akurat tutaj reprezentowałem opcję, która nie kumała fenomenu, bo debiut dla mnie był nudny, a ten album z 2013 taki se, ale tbh liczę na to, że kiedyś ktoś (Hien bo w sumie kto poza nim?) wrzuci ich do bestki którejkolwiek, to przynajmniej będę miał jakis pretekst, by skonfrontować to ze współczesnym sobąstripped pisze:15 kwie 2023 17:49Swoją drogą ja też mam jakieś takie mętne wspomnienie jakby nazwy Porcupine Tree i Ozric Tentacles przewijały się równie często, i czasem też coś ktoś pisał o Riverside?
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Może jakiś utwór wpadnie za parę lat, ale album, biorąc pod uwagę nasze tempo, mógłby ewentualnie jakoś po 2030 r.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No i wiedzialem że coś pomyliłem...
To nie było Ozric Tentacles przed laty tak tu wielbione tylko zdaje się Opeth :p
To nie było Ozric Tentacles przed laty tak tu wielbione tylko zdaje się Opeth :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Zdążymy do tego dojść zanim Wuja wycedzi te trzy zdania o Erpland.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Melki podsumowuj powoli, wuja miał dojechać z Erpland i coś go nie ma. Rano puszczam Billie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja podsumuję za Melkiego: 
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn