Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Re: Best of Forum (Albumy) vol. 2

Post 21 kwie 2023 19:03

No cóż , mimo paru dobrych słów jednak zawód. Niby młody i obyty człowiek, a nie zajumał. W przypadku Dragona naprawdę liczyłem na więcej. Tymczasem dev lepiej to zakumał.
Ale brawa za I didn't czencz my numba. Chociaż tu się chłop jednak poznał.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 kwie 2023 20:35

Na lascie ktoś ładnie napisał o BE: overrated but overhated at the same time, i w sumie lepiej bym tego nie ujął xD Ten fejm jej nie robi dobrze, bo ludzie siusiak wie czego oczekują, po czym się obrażają, że tego nie dostali.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 21 kwie 2023 21:30

Ludzie są głupi. Ja oczekiwałem po Billie czegoś dobrego, a dostałem dużo więcej.
Jak Małysz był na fali, to głupcy nawet drugie miejsce nazywali porażką lub daniem dupy.
A Billie wcale nie zajęła drugiego miejsca, bo nagrała drugą płytę lepszą od pierwszej. Trudno mi sobie wręcz wyobrazić, co jeszcze może zrobić lepszego.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 24 kwie 2023 04:04

Billie Eilish - Happier Than Ever

Kurde, śmieszna sprawa z tą Billie Ajrisz, bo jednocześnie jestem świadom tego, że to bardzo młoda osoba i ledwo co przetrawiłem fakt, że przedstawiciel rocznika 2001 nie zajmuje się chodzeniem do podstawówki, jak i wydaje mi się, że jej (dotychczasowy) szczyt popularności miał miejsce jakieś 100 lat temu. Niby upłynęły zaledwie 4 lata odkąd bad guy było jednym z tych kawałków, którego nie dało się nie znać nie żyjąc pod kamieniem, ale dobrze o tym wiecie, że zmieniło się od tamtego czasu dosłownie WSZYSTKO. Włącznie z moim stosunkiem do Billie, bo przyznam, że z początku byłem dość negatywnie nastawiony wychodząc z założenia, że to produkt dla pokolenia, z którym już wtedy się nie identyfikowałem, a uświadamianie przez wytwory popkultury faktu bycia starym musiało wywołać we mnie wkurw, gniew i cholera wie co. Szybko mi w sumie przeszło - za którymś razem bad guy po prostu mi się spodobało, ja trochę o tej lasce poczytałem i w sumie to sobie uświadomiłem, że to nie do końca tak, bo laska ma jakiś pomysł na siebie i w sumie to jest spoko, no i jak wyszedł ten kawałek do ostatniego Bonda to utwierdziłem się w przekonaniu, że jest spoko, a nawet I W OGÓLE, oraz że mógłbym się z nią napić bubble tea i zjeść ramen czy coś, jeno musiałbym się upewnić czy nie ma Musiała w pobliżu.

Tutaj chyba w jakiś subtelny, płynny sposób powinienem przejść do 2021 i tej zmiany image'u, ale widzę, że już ktoś mi to wygarnął. xD Tak czy siak - podchodziłem mimo wszystko z pewną rezerwą. Pierwszy longplej pani Eilish mi po prostu nie siadł, uznałem go za dość męczący, pełen zapychaczy i jakiś taki, no i szczerze mówiąc bałem się powtórki z rozrywki, albo - nie daj cholera wie kto - że się wynudzę jak przy jakiejś Taylor Swift.
Tak się jednak nie stało, dostałem album nawet więcej niż rzetelny - po prostu dobry, peany ze strony WUJA są w pełni uzasadnione i usprawiedliwione. To album w pełni dojrzały, świadomy i jeśli nie utoniemy w zalewie śmieci albo innej postpostpostpostpostironii, która nie pozwoli nam na kontemplowanie niczego innego poza hiphopem dla ludzi uzależnionych od napoi energetycznych, zostanie klasykiem lat współczesnych za parę lat. Ta płyta ma po prostu wszystko, by się takowym stać i jestem pod dużym wrażeniem tego, że nagrała ją typiara w wieku 22 lat, bo ja to generalnie byłem wtedy pierdzibąkiem zaczynającym n-te studia i ryje mi banie, że ktoś na tym etapie życia nagrywa takie albumy i w ogóle jest taki dojrzały.

Okej, bo mi się tu trochę laurka dla zoomerki robi. xD Erste auf all - produkcja, produkcja i jeszcze raz brzmienie. Nawet ta niby niewchodząca mi pierwsza płyta była dla mnie spoko pod tym względem, tutaj nic się nie zmieniło. Świetnie się tego słucha, ta płyta ma specyficzne, SWOJE, brzmienie, może i pod pewnym kątem i na jakiejś płaszczyźnie można zaryzykować tezę, że anemiczne, ale ja się z tym nie do końca zgodzę, nie przychodzi mi do głowy żadne sensowne określenie, najbliższym tego miana byłoby określenie SUBTELNE, więc nim pozwolę sobie je określić. Bardzo podoba mi się i jara fakt, że pomimo wielu wycieczek stylistycznych (faktycznie słychać, że Fineasz słyszał w życiu to i owo) w naprawdę przeróżne rejony całość brzmi spójnie - ja się nie znam, ale jednak dla mnie to spora sztuka i tutaj CHYLE COPKE.

Ciężko mi wyróżnić jakąś jedną, dwie lub nawet siedem kompozycji. Często pisze się tak albo o płytach średnich na których ciężko o ciekawsze kawałki lub o albumach, z których wyrywanie poszczególnych piosenek mija się z celem - tutaj po prostu jest to wynikiem tego o czym pisałem w poprzednim akapicie, a także równie wysokiego poziomu poszczególnych kompozycji. Welp, mimo wszystko spróbuję się odnieść do paru wymienionych przez wuja kawałków. Otwieracz faktycznie jest spoko - może trochę nadinterpretowuję go, uznając jako swoiste zamknięcie tego "nastoletniego" etapu swojego życia i rozpoczęcie nowego - tego dorosłego, może i trudniejszego, ale bardziej dojrzałego emocjonalnie i świadomego. I Didn't Change My Number może nie wywołało we mnie ekscytacji i dreszczy, ale nie umiem nie napisać, że to nie jest rzecz świetna, także dojrzała, także świetnie wyprodukowana i wykonana. Billie Bossa Nova też jest dla mnie kapitalna, ale dla mnie niekoniecznie bas "robi" ten kawałek - ja po porstu jestem pod wrażeniem subtelności aranżacji i tego wykonu wokalnego. W ogóle jakoś nie zdołałem wcześniej o nim wspomnieć, a możliwości wokalne laski są dla mnie niesamowite. Może i faktycznie na początku brzmi on "męcząco", ale w sumie dobrze się stało, że udało mi się doń przekonać już dawno temu, więc nie miałem problemu z łyknięciem go bez popity na opisywanym albumie. Wracając do kawałków - za którymś razem mocno mi się wkręcił GOLDWING i tu się zgodzę z OPem, żę to faktycznie rzecz wyrywająca z kapci. Na ten moment chyba jedyne utwory do jakich mam zarzuty to Halley's Comet, która po prostu nie wydaje mi się być AŻ TAK WSPANIAŁA i tytułowy, bo sorry, ale ten mocniejszy fragment pod koniec brzmi po prostu biednie. Tak, wiem, że chwalę tę płytę za brzmienie, ale to jest akurat dość solidna łyżka dziegciu, ten fragment brzmi płasko, jest zbyt przesterowany i zupełnie mi nie leży. A ten nowy bad guy całkiem spoko hehe.

No i cóż - gdy poznałem Billie Eilish to była taka gówniara, ledwo pod stół wchodziła i na chleb BEP mówiła, a teraz? A teraz to pannica i w ogóle, ale te dzieci rosną, łojeju jeju! A tak serio - kapitalny album, wart wszelkich nagród, akademii, pochodów. Jestem rad, że się z nim zapoznałem i generalnie jeśli następne pokolenia mają być reprezentowane przez osoby takie jak Billie - może jest jeszcze jakaś szansa dla tej zjebanej planety. AVE Billie.[2]
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 24 kwie 2023 07:31

Melki nadganiaj chłopaku. Dwa słowa nt. Ozrików i recka Billie, jutro puszczam kolejkę miętusową.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 25 kwie 2023 07:58

Melki tradycyjnie chowa głowę w piasek/szachy/sasanki (niepotrzebne skreślić), trudno, będzie to będzie.

Zapraszam do omawiania Songs About Fucking od Big Black :)
mintaj pisze:
18 lut 2023 02:27
Big Black - Songs about fucking

Generalnie śmiesznie się to trochę ułożyło - w bestce utworowej uchodzę za uosobienie czystego randomu i losowości, by w albumowej uchodzić praktycznie za konserwę, która wrzuca same uznane klasyki i albumu z gatunku "1000 płyt, które musisz usłyszyć przed śmiercią" czy coś w ten deseń. Powiedzmy, że ta propozycja to lekka próba zerwania z tą GĘBĄ.
Big Black to jeden z więcej niż dwóch, ale mniej niż 5963 projektów niejakiego Steve'a Albiniego - legendy NIEZALU, typa który wyprodukował od cholery płyt i generalnie jest w swoich kręgach postacią kultową. Możecie go kojarzyć z wyprodukowania mało znanego In Utero niszowego zespołu Nirvana. Może nie powiem, że byłem kolesiem zafascynowany, bo jednak nie jest w moim typie, ale chyba był jedną z tych osób o których się dowiedziałem w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, bo pewnie jakbym go czytał teraz, to bym go uznawał za lekko bucowatego pierdzibąka, który z jednej strony może i ma jakąś tam WIZJĘ tworzonej tudzież produkowanej przezeń muzy, ale z drugiej z którego wieloma poglądami totalnie się nie zgadzam - dla przykładu kiedyś widziałem wywiad, w którym stwierdził, że muzyka oparta na samplach to dla niej siusiak nie muza (tak, dokładnie tak powiedział i to po polsku). Z trzeciej to w sumie i tak nawet mimo tego nie ma problemu z samplowaniem swojej muzy, zgadzam się z jego wieloma take'ami na temat branży muzycznej, no i generalnie jednak jest jakiś tam urok w byciu przezeń bezczelnym bucem.
Dobra, ale mniejsza z tym, jak kogoś zachęce to może sobie coś o panu Albinim poczytać w sieci WWW, a jak nie to nie. Piosenki o kopulacji poznałem blisko z dekadę temu - o tym, kim bylem i jaki byłem pisałem wielokrotnie, więc nie będę się powtarzał. Dodam niemniej, że poznałem je w NAPRAWDĘ ODPOWIEDNIM czasie tamtego okresu mojego życia, bo byłem zmęczony nicnierobieniem, dostałem potężnego kosza i generalnie to eufemizmem byłoby określenie tego okresu jako średnim. Czas zabijałem poznawaniem gargantuicznych ilości muzy, wtedy jeszcze ściąganej z Soulseeka czy skądś i serio poznanie tej płyty było wręcz jak cios w splot słoneczny czy jakoś tak. Ta płyta to 30 minut z hakiem skondensowanej złości, brudu, syfu, gniewu i cholera wie czego, generalnie to odnoszę wrażenie, że to już z piętnaście trylionów razy pisałem, że te wszystkie emocje wylewają się z tego albumu i jest przepotężny.
W zasadzie to chyba nie powinienem nic tu dalej pisać, bo wiem dobrze, że część z was przeżegna się stopami na myśl o tych męczarniach (chociaż bez przesady, to naprawdę krótka płyta xd). No i nie napiszę! Tylko dodam, że wrzucam wersję z coverem He's a Whore, bo jest fajny. Coś tam bierzcie i słuchajcie tego, bowiem [post dostępny dla subskrybentów MINTAJ+]

https://www.youtube.com/watch?v=IWn6L6K ... B&index=10
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 25 kwie 2023 09:15

Melki pogrążył się w nirwanie więc może ode mnie dwa słowa gwoli podsumowania.
Hien do albumu Eilish odniósł się w sposób, jakiego w sumie oczekiwałem. No ale on już przed wrzuceniem tego albumu krótko mi zaspoilerował, co o nim myśli.
Na pewno oczekiwałem, że Dragon bardziej to kupi. Murzyn jak to Murzyn, nigdy nie wiadomo czy pochwali, czy akurat mehnie. Teraz było całkiem nieźle. Całej płyty nie kupił może, ale trochę utworów jednak tak.
Fajna i satysfakcjonująca recka od Mentosa. Słucha chłop dużo staroci i dziwnych rzeczy, ale okazuje się, że i współczesne brzmienie potrafi docenić. I tutaj docenił nawet bardziej, niż się spodziewałem.
No i duże w sumie zaskoczenie od deva. Niby nie lubi Billie jako wokalistki i osoby, ale warstwę dźwiękową w wielu miejscach potrafił docenić. Nie zjechał albumu całościowo, dla zasady, tylko ładnie wszystko opisał i uzasadnił, co mu się podoba, a co nie. I ja to doceniam. Bo z góry zakładałem utylizację albumu z jego strony, a wyszło jak na wroga Billie całkiem dobrze.
Ciekawi mnie opinia Melkiego. Może się jeszcze doczekam.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 kwie 2023 11:51

Ja to już niczego po nikim nie oczekuję, ile razy wydaje mi się, że potrafię przewidzieć chociaż w małym stopniu reakcję innych na jakąś muzykę, to się potem okazuje, że nie miałem racji. I tak też pewnie będzie się czuł Mentos, czytając mój poniższy wysryw

Big Black - Songs About Fucking

Za czasów studiów dostałem pewnego kosza. Laska mi powiedziała: „miałam inne wyobrażenie o tobie, ale to moja wina, nie twoja”, wiecie, taki tekst, po którym ma się ochotę zacytować fragment jednej z legendarnych gier komputerowych: „Wychodzisz z chaty, ale jakoś nie możesz pozbyć się uczucia, że właśnie cię obrażono”. Po latach, niestety, sam będę chyba musiał dać takiego kosza, ale Mentosowi i jego wrzucie.

Bo to było tak, że najpierw mi Murzyn na priwie napisał, że słuchał płyty i że generalnie, szybka, krótka sieczka. Ja sobie w głowie to połączyłem z Dragonowską „Masakrą” i tym co Miętowy wrzucał do bestki utworowej (i to nawet aktualnie), jakieś post-punki, czy inne „Późne kurestwa”, i się podjarałem. No, ale obawy nastąpiły od razu, bo Seba napisał, że to jest taka płyta, że on ją słucha jak go coś wkurwi. Też mam taki album, ale trzy razy bym się zastanowił, czy trzy razy się zastanowić, czy go tu wrzucać. Bo jednak my tu rzadko jesteśmy jakoś bardzo wk*rwieni, albo nie zabieramy się za te albumy w tych momentach, a niektórzy to są już tak wyluzowani, że sąsiadom pozwalają na wycinkę własnych drzew.

Mentos chwali też autora, że jest bucem. Na mnie ta otoczka robi średnie wrażenie. Buce niby bywają spoko, ale jak to ich bucowstwo ma ręce i nogi, tymczasem Albini wydaje mi się być takim gościem, co po prostu lubi wkładać kijek w szprychy, a czy to są czyjeś szprychy, czy jego, to już nie jest ważne, this is jackass. Z tego co dopisał Mentos, gość trzepie takie ilości różnych rzeczy, że już trudno się w tym połapać, a jemu samemu jest już przy takich ilościach tworzonych tworów, wszystko jedno, czy się zesra, czy stworzy coś fajnego.

Ostatnie pytanie, zanim przejdę do konkretów. Co jeśli album, którego powinienem słuchać na wkurwie, sam mnie wk*rwia? xD Dobra, może aż tak źle nie jest, ale byłem blisko takiej incepcjii.

No ok, zaczyna się płyta. „The Power of...” myślę sobie, co to za „Call Me” w domu? Dużo się tutaj dzieje, za dużo jak na półtorej minuty. Za dużo żeby to był 100% emocjonalny spust i szczerze, mimo to nawet nie chce się zgłębiać tego numeru. Potem następny kawałek ruszył, myślę sobie, że teraz „The Model” w domu, a tu niespodzianka, to jest „The Model”. Ja za tym kawałkiem nigdy nie przepadałem, ani w oryginale, ani tym bardziej w coverach. Na początku mehnąłem kosmicznie, ale po kilku przesłuchaniach płyty, podoba mi się nawet jak sprawnie zastąpiono wszystkie instrumenty gitarami.

„Bad Penny” się zaczyna I TERAZ ROZMAWIAMY. Bardzo dobry numer. Wyjątkowo nie przeszkadza mi tutaj monotonny automat, przypomina jeden numer no-man (bez kitu) pt. „Screaming Head Eternal”. Gitary brzmią jak nie gitary, jakby to był jakiś kompletnie odrealniony nowy instrument, którego nie znam. To jest naprawdę, naprawdę dobre, dla takich rzeczy przyszedłem na tę imprezę. „L Dopa” też się fajnie zaczyna, w zasadzie jak trochę szybsza wersja poprzedniego kawałka. Domyślam się, że tutaj można faktycznie dać upust złości, bo jakimś chujowym dniu, wydarzeniu, rozmowie, itd. Nie będę teraz szukał powodu żeby się wk*rwić, muszę zaufać wyobraźni. Jest to spoko numer, ale bez przesady też. O następnych kilku kawałkach nie mam jakoś szczególnie dużo do napisania. Z tym albumem należałoby pewnie spędzić więcej czasu, ale nie tydzień, czy dwa, ale tak z rok słuchania raz na jakiś, np. raz na miesiąc, żeby nie zgłupieć od tego. Wtedy można wyłapać jakieś niuanse, dokopać się do czegoś więcej. Istnieje też niebezpieczeństwo, że tych niuansów nawet tam nie ma, i nie ma się czegoś dokopywać xD „Kitty Empire” wraca na jakieś interesujące tory, coś tutaj się dzieje interesującego, jest klimat, gitary mają jakiś sens. Jest ok. „Ergot” jest pod tym kątem interesujący, że brzmi trochę jak John Carpenter, albo Goblini, gdyby grali muzykę heavy. I tak naprawdę aż do „Bombastic Intro” nie dzieje się nic jakoś bardzo ciekawego, a samo „Bombastic Intro” jest rewelacyjne, ale trwa pół minuty. Cover „He’s a Whore” wyszedł bardzo fajnie.

Nie wiem, czytam, że fanem tego albumu był między innymi John Peel, do tego zachwalał go Robert Plant i generalnie album ma poklask wśród ludzi, których opinia może nie tyle znaczy dużo, co po prostu jest interesująca. W ogóle „Songs About Fucking” pochodzi ze złotych czasów tego typu muzyki, ja myślałem, że to jakiś nowszy album lol. No, ale to niczego nie zmienia.

Mentos pisze, że próbuje tą wrzutą zerwać z GEBĄ, a ja odnoszę wrażenie, że on właśnie nią tylko te GĘBĘ przypudrował i podkreślił, że ona jest.

Próbuję podejść do tej płyty na poważnie, wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności natury, itd. Jako coś co po naukowemu biorę pod lupę, jest to na swój sposób ok. Bezkompromisowość nadal jest pod wieloma względami w cenie, chociaż muzyczny ekwiwalent „BO TAK” potrafi być gównem, i tutaj Czarne Wacki naprawdę balansują na linie między czymś dobry, a chujowym. Nie wiem, czy potrafię sobie wyrobić jakaś opinię na temat tego albumu, może jak będziemy podsumowywać całą 10tkę, jakoś w 2024 roku, to będę miał w głowie poukładane bardziej, lub zupełnie nie? Jeśli chodzi o bardziej emocjonalne podejście, to heh. No nie jest to TEN moment, do czego zaraz dojdę.

Teraz wiem tylko jedno. Steve, miałem inne wyobrażenie o tobie, ale to moja wina, nie twoja. Płyta jest ok, ale ja nie potrafię jej w pełni docenić. Ciekawe są te kompletnie wypłaszczone gitary, które razem tworzą jakieś dźwięki z kosmosu, jeśli miałbym wskazać coś, co zrobiło tutaj na mnie największe wrażenie, to właśnie to. Niemniej, na ten moment, to tyle. Nastawiłem się na fajną rzeźnię (coś w stylu Flippera), bo ja generalnie tego typu albumy lubię. I jest tu wiele wspólnych mianowników z moją pytą na wkurwienie, czyli „Broken” Nine Inch Nails. Różnica jest taka, że Trent potrafił jednocześnie wyrzygać i wysrać się na tym EP wkurwem, ale też zrobić to za pomocą dobrych piosenek. I generalnie ma się przy tym albumie wrażenie, że jakoś tak jest tu pole dla własnej złości, a na „Songs About Fucking” jest tylko obrywanie czyimś wkurwem. No, ale jest to ogólnie rzecz biorąc, album szanowany, kultowy, uwielbiany, z czegoś to się musiało wziąć.

Jak Seba pisze o podatnych czasach, w których poznał ten album, to ja rozumiem o co mu chodzi. Był czas, kiedy też po usłyszeniu „Songs About Fucking”, ubzdurałbym sobie, że to jest najlepsza rzecz jaka wyszła spod ręki rodzaju ludzkiego, że tylko Steve Albini mnie rozumie i że generalnie świat to gówno, ale dopóki ten album jest włączony, to idzie to znieść. I nawet szkoda, że muszę oceniać tę wrzutkę bez wazeliny, no ale tbh, wolę zmehać ten album niż być nieszczęśliwy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 25 kwie 2023 15:14

Big Black - Songs About Fucking

Jak już wspomniałem wcześniej, zabierałem się do tej płyty way too long. Owszem, wspominana na różnych grupach, muzbawki, szóstki, implying we can discuss bullshit i takie tam, i miałem zawsze mieszane odczucia względem swojego zebrania się doń. Właśnie przez ten overhype xD Czyli innymi słowy ja w stosunku do Billie Eilish. Tam mi przeszło, o czym Wuja już wie, a tutaj? No, bestka mnie przymusiła, więc posłuchałem. Raz, drugi, i jakoś nie wchodziło, jak powinno (dobry pun lol). Jest faktycznie angstowo, ale tak do przesady aż, jest wkurw, czuję się obrażony (trochę jak Hien), ale w inny sposób. Chaos przypomina mi trochę Blank Dogs, tylko dam jest zdecydowanie więcej lo-fi elektroniki. Tutaj są wrzaski, trzaski, szarpanie drutów i tym podobne. Najfajniejsze w tej płycie jest to, że jest... krótka, ale to nie znaczy, że dłuższa byłaby do dupy czy coś (choć zdecydowanie byłaby myślę męcząca wówczas), to jest po prostu dość specyficzna produkcja, która wali Cię po głowie i właściwie nie wiadomo, skąd te ciosy padają. Nie byłem w stanie jej dobrze ugryźć z miejsca, więc pomyślałem, że potrzebuję odpowiednich okoliczności. Planowałem rower, weekend był stosunkowo ciepły i w ogóle było spoko (nawet wyszedłem, ale z czymś innym na słuchawkach), niemniej jednak złożyło się inaczej. Nie będę owijał w bawełnę - pod tytuł płyty.

Na moje szczęście laska jest fanką mocniejszych brzmień (jeśli mogę tak to określić), więc moja propozycja na OST po kilku głębszych nie spotkała się z odrzuceniem. To jest cheesy jak diabli, ale pykło, tzn. chwyciła mnie energia, jaka od tego krążka bije. Wiem, że przede wszystkim całość jest przesycona agresją i wkurwem, ale then again nie przeszkadzało mi to ani trochę (wprost przeciwnie), a i owo spotkanie to był trochę hatefuck, więc jeszcze lepiej. Pardon za wiwisekcję, ale to chyba lepiej, niż gdybym miał kogoś pod tę muzykę mordować (Heaven 17 mieli swoją drogą kawałek o tytule Music to Kill Your Parents By). Oczywiście, całość się trochę zlewała w jedno, także dziś rano dałem czwarty spin, i mogę coś więcej powiedzieć o samych numerach. Opening od razu nastraja odpowiednio, hałas i chaos, czyli dokładnie to, czego można się po takiej pozycji spodziewać. Cover Kraftwerk mnie trochę zaskoczył, w sensie nie pomyślałem od razu, że to cover widząc tytuł na trackliście. Faktycznie, fajny pomysł z zastąpieniem całego instrumentarium gitarami (bębny też były spoko). Potem dostajemy autorskie produkcje niemal do samego końca które są... czezowym koszmarem, czyli milion godzin tego samego xD Ale są wciąż fajne, choć gdyby nie było tam fejdów, stopów i przejść generalnie, to mógłbym to potraktować jako całość. W senie wszystko jest trochę na jedno kopyto. Wyróżnienie na pewno należy się El Dupie, Kitty Empire ma fajny, nieco industrialowy vibe (skojarzenia z Killing Joke mi się nasuwają. W podobną stronę idzie Ergot, chociaż tu zrobiło się bardziej NIN-owo (też nieźle w sumie). Polski akcent daje nieco oddechu, potem faktycznie najlepsze jest Bombastic Intro, które robi za dobre outro. No, to by było na tyle xD

Nie będę się jakoś bardzo rozwodził, nie jest to coś na tyle złożonego jak, nie wiem, Eilish, czy chyba na dobrą sprawę cokolwiek innego w tej bestce, to jest po prostu soundtrack do bycia wnerwionym, ale w nieco pretensjonalny sposób (albo w ogóle, po prostu chce się chwycić za kij). Wszystko jest tutaj zby przesterowane i za głośne, no ale taki był zamysł, kim ja jestem, by oceniać, więc sobie słucham z ciekawością, potem bezczelnie zmuszałem kogoś do słuchania (nie przyszło mi do głowy pytać o opinię tho, nie wiem, czy to dobrze), ale nie żałuję, nie zmarnowałem czasu. Nie wszystko zresztą jest tuaj straszną kakofonią, takie Fish Fry np. przypomina mi też mocno The Soft Moon (ale zdecydowanie ostrzejsze), w wielu kawałkach basik fajnie pracuje... Mentos to w ogóle trochę hejter (albo tak mi się wydaje przynajmniej) okołomuzbawkowego środowiska, a wypluwa mocno rzeczy, które mi się z tymże środowiskiem kojarzą. Ale to dobrze, bo znów - muszę posłuchać, to słucham, i okazuje się być GŁÓWNIE spoko. Tutaj też tak jest, z tym, że chyba lepiej by mi to podeszło, jakby mi ktoś sprzedał ten album 15-16 lat temu, kiedy byłem wiecznie wkurwionym stulejarzem. Teraz jestem tylko wkurzony, ale wolę sobie zapuścić Cate Brooks na wyciszenie. Może jednak powinienem wyjść na ten rower z Big Black? Bo myślę, że tam by się przydało. Najlepiej jadąc środkiem chodnika przy Jerozolimskich w godzinach szczytu. Albo od razu robiąc drive-by. Teraz mam ochotę wziąć kij i wtłuc Bogu ducha winnemu współlokatorowi, może trenerowi na boksie dziś zasugeruję zapuszczenie tego krążka, ostatnio nam muzykę włącza. Także, no, wpasowuję się teraz w potworny schemat, ale jeśli Mentos zaproponuje kiedyś wspólny odsłuch i nie będzie mi chciał przy tym obić mordy, będę rozczarowany.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 25 kwie 2023 15:27

Big Black - Songs about fucking

Zanim zacząłem swoją przygodę z albumem zespołu Big Black jeden z forumowych kolegów sugerował mi, żebym rychło zaczął go słuchać, bo jego przetrawienie zajmie mi co najmniej miesiąc. Drugi forumowicz za to zakładał, że mnie przy jego słuchaniu szlag trafi. Do tego sam Mentos pisał, że to jakiś niezal idealny na wkurwienie. I że niektórzy przeżegnają się stopami na myśl o tych męczarniach. No i czego ja miałem w tych okolicznościach oczekiwać? Czy będzie drugi Loveless? Czy może okropieństwo pokroju Późnego Królestwa? A może jeszcze gorzej. Miałem zwyczajnie stracha. I z tym strachem i bez jakichkolwiek oczekiwań podszedłem do odsłuchów.
Ależ ten album jest chujowy. Co za sieczka! Co za bezsensowny jazgot! Jedyna zaleta to taka, że Loveless jak i Późne Królestwo były jednak jeszcze gorsze. Zarzynanie gitar to coś, co mnie od dawna już nie interesuje. A jest jeszcze druga zaleta – uff, utwory jak i cały album są na szczęście krótkie. Choć i tak za długie. To nie jest muzyka na wkurw. To jest muzyka po prostu wkurwiająca. Prywatnie w życiu nie mam zbyt wieku okazji do denerwowania się. A tu wkurza mnie muzyka, czyli coś, co cenię najbardziej w świecie. Czemu ten Mentos nam to robi? Gość napisał taką piękną laurkę mojej Billie, a ja nie jestem w stanie mu się odwdzięczyć nawet jakbym chciał.
A teraz zanim Mentos w reakcji na moje słowa pójdzie się do kibla pochlastać, to niech jeszcze zechce doczytać do końca. Powyższe odczucia miały miejsce po dwóch pierwszych odsłuchach w pracy na głośnikach. Następnego dnia mając robotę w ogrodzie postanowiłem zmierzyć się z albumem ponownie już na porządnych słuchawkach, choć spodziewałem się, że może być jeszcze gorzej. Słuchawki nie sprawią, że muzyka stanie się nagle lepsza. A przynajmniej nie tego typu. No ale każda muzyka musi wybrzmieć uczciwie również na słuchawkach. Nawet Loveless miało taką szansę.
No więc wkopuję sobie te krawężniki w ziemię i słucham. Pierwszy utwór przeleciał niepostrzeżenie. Potem The Model. Lubię ten utwór. Więc w sumie nawet w tej jazgotliwej wersji nie jest tak źle. Przynajmniej jest jakaś znana melodia. W ogóle jest jakaś melodia. A nawet w tym morzu gitar udało mi się wyłowić fajne zagrywki. Dobre i to. Co do reszty nie miałem nadziei. A jednak zaskakująco dobrze mi się tego przy pracy słuchało. Mimo wykonywanych czynności tak naprawdę nic mi się przeszkadzało w dobrym wsłuchaniu się w utwory. Wychwyciłem podczas tego pierwszego słuchawkowego odsłuchu 3 utwory, które mi się nawet spodobały. Jeszcze nie wiedziałem które to, bo w playlistę nie zaglądałem. Album przeleciał piorunem, że aż się dziwiłem, iż tak szybko. Więc z rozpędu zapuściłem jeszcze raz. I to nie z przymusu. Po prostu miałem na to ochotę. Coś mnie w tym całym jazgocie jednak zaciekawiło.
I znów dosłyszałem sporo interesujących momentów. Ugruntowałem sobie też zdanie o tych najlepszych utworach. Nawet poczułem sympatię do drącego japę wokalisty. No niesłychane rzeczy. Krótkość utworów działa zdecydowanie na ich korzyść. Gdyby miały po 5 minut, to by było za dużo. A tak przeważnie po te dwie minuty z hakiem przelatuje migiem. Miałem wciąż momenty, że słuchając uśmiechałem się do siebie, jaka to beztroska gitarowo-perkusyjna rzeźnia. Niby totalnie przesadzona, jakby twórcy chcieli słuchaczowi zamordować aparat słuchu. Ale jednocześnie zaczynało mi się coraz bardziej podobać.
Następnego dnia nastąpiły kolejne odsłuchy. Podobało mi się wiele gitarowych zagrywek. Bo z tego początkowego huku zacząłem wyławiać brzmienia naprawdę dobre. Tylko trzeba było po prostu dotrwać do tego momentu i obyć się z materiałem.
Mam na tym albumie parę utworów, które naprawdę lubię. Oprócz wspomnianego The Model są to: Bad Penny, L. Dopa, Colombian Necktie, Kitty Empire, Kasimir S. Pulaski Day, Tiny, King of the Jews i przede wszystkim Precious Thing. To całkiem sporo. Reszta raczej średnia lub robiąca za tło.
Generalnie to jestem sam zdziwiony. Ten album ma wszystko, żebym go nienawidził. Ja miłośnik śpiewających pań i melancholijnych nut chwalę jakąś gitarową napierdalankę. Nie wierzę. Kiedyś słuchałem trochę takich ostro grających gitarowych zespołów i widocznie po latach coś się z tego jeszcze zupełnie niespodziewanie ostało. Ale fakt jest taki, że nie wszystkie gitarowe harce są sobie równe. Często są po prostu nudne i nie do zniesienia. Tutaj jest sporo naprawdę dobrze i efektownie brzmiących gitar.
No cóż, nie jest to może mój świat, moja muzyczna bajka. Nie jest to też muzyka, którą mógłbym może słuchać za często. Ale od czasu do czasu jestem w stanie do tego wrócić. A już na pewno do co niektórych utworów. Tylko muszę mieć nastrój na taką rzeźnię. :D
Biorąc pod uwagę początkowe wielkie kłody pod nogami teraz mam wrażenie, że muszę przeskakiwać co najwyżej przez nie przesadnie grube badylki.
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 25 kwie 2023 16:24

Wuja widzę miał podobną przeprawę, co ja z Ajlisz xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 kwie 2023 17:02

Wuja się tutaj ładnie rozwija muzycznie, strach pomyśleć co będzie za rok.
devotional pisze:
25 kwie 2023 15:14
Może jednak powinienem wyjść na ten rower z Big Black?
Przyznam, że parsknąłem śmiechem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 25 kwie 2023 22:47

Big Black - Songs About Fucking

Początkowo nie było wcale różowo, tej płycie zresztą daleko do różu w jakiejkolwiek formie hehe. Po pierwszych kontaktach z tą płytą napisałem wręcz Hienowi że ta płyta śmierdzi duupą spoconego grubasa xD to była najlepsza metafora jaka przyszła mi wtedy do głowy, ten album ociekał potem i testosteronem wyciekającymi z otchłani jakiegoś totalnego prymitywa (miałem napisać robola ale mam szacunek dla ludzi pracy, może bardziej właśnie nieroba spędzającego dnie z piwem i paczką chipsów na kanapie przed telewizorem, swoją drogą chyba tak zawsze wizualizowałem sobie naszego drogiego Sebę xD ). Ta płyta to był jeden wielki jazgot nie podparty jakimiś fajnymi kompozycjami albo czymkolwiek, nie potrafiłem się w tym odnaleźć. O ile w Massacre mieliśmy matematykę tu był totalny bajzel a ja jestem raczej na bakier z takim graniem YOLO, na odpiernicz, jak to odbierałem. Wydawało mi się że jest tu tylko średni cover The Model i cała reszta to guano. Nie czułem tej płyty za cholerę i to był problem a próbowałem słuchając z głośników komputerowych, próbowałem na słuchawkach i nic, uszy krwawiły a postępu nie czułem (przy Loveless ten z czasem się wyłaniał). Wtedy już niejako w akcie desperacji postanowiłem poddać tę płytę próbie ostatecznej, ale by wyjaśnić na czym ona polegała muszę trochę cofnąć się w czasie mej opowieści...

Był bodajże lipiec roku Pańskiego 2022 kiedy to w naszej bestce albumowej przyszło nam się mierzyć z albumem niejakich Fishmans zatytułowanym Uchu Nippon Setagaya. Przy okazji tejże - jako że płyta fajnie siadła - postanowiłem również odświeżyć sobie numer z bestki utworów czyli Yurameki In The Air. Była sobota, po całym dniu w robocie wracałem późnym wieczorem do domu i odpaliłem sobie tenże numer z telefonu w kieszeni, na głośniczku normalnie (możecie nie wiedzieć ale mam w zwyczaju słuchać tak nieraz muzy, również z Waszych wrzutek). Wracałem zatem sobie do domu przez opustoszałe miasto przy dźwiękach Fishmans, było całkiem przyjemnie, wyszedłem sobie ścieżynką z zarośli i w oddali na mostku ujrzałem zakochaną parę stojącą sobie na wieczornej schadzce, może kończyli rendez-vous, nie wiem. Niewiele myśląc jednak uznałem że a niech tam, mam na nich wywalone i z tym Yurameki In The Air sączącym się z głośnika spokojnym krokiem minąłem ich w drodze do domu i może nie byłoby w tym nic szczególnego gdyby nie fakt że utwór wszedł właśnie w fazę ostateczną ze smyczkami i totalnym kocim jęczeniem na wokalu a ja z pełnym luzem przechodząc obok poczułem jedynie pełne zdziwienia spojrzenia a po chwili za plecami tylko ciche "ja pier*olę..." rzucone przez tamtego amanta xD w ten oto piękny sposób objawiłem im się wyłaniając się z ciemności i nieco zmieszałem klimat tamtego spotkania mijając ich przy tej muzyce jak jakiś totalny kosmita i było mi z tym zajebiście dobrze i kisłem już w środku wiedząc jaką bekę będzie ze mnie kręcił Munlup gdy mu opowiem jak zrobiłem z siebie idiotę promując Rybarzy w moim zapyziałym mieście.

Wracając do teraźniejszości zatem postanowiłem właśnie wracając sobie z roboty sprawdzić Big Black odtwarzając go na pierdzikofonie i zrobić mu taki "test Yurameki". Różnica była taka tym razem że robiłem to w biały dzień ale efekt osiągałem zbliżony - odwracające się głowy i pełne zniesmaczenia palące spojrzenia przechodniów podczas gdy ja w myślach mówiłem sobie tylko "pier*olcie się wszyscy" i było mi z tym naprawdę przyjemnie. Wszystko nagle kliknęło jak trzeba, nastąpiła totalna imersja niezbędna do zgłębienia tej muzy, która swoją drogą dużo lepiej mi wchodziła ze smartfonowego głośniczka, ale umówmy się - to nie jest jakiś bass-oriented materiał, słyszałem głównie jazgot elektrycznych gitar i krzykliwe wokale i to było niezbędne minimum oddające ducha tej muzyki. Słuchanie tego na słuchawkach uważam wręcz za jakieś nieporozumienie i nieposzanowanie własnego aparatu słuchu, a słuchając tego z telefonu przy okazji ta muza nie miała takiej mocy która drażniłaby moje uszy. Może jakoś tak jest że ta zagrana na odpier*ol muzyka wymagała właśnie takiego słuchania na odpier*ol też, może po prostu trzeba ją czuć bardziej niż dokładnie słyszeć? NIE WIEM cytując klasyka. Być może wpływ na mój odbiór wówczas miała popołudniowa kawa wypita przed wyjściem z pracy, NIE WIEM. Wiem że nagle wszystko stało się jasne i usłyszałem w tym zarówno angstowe wydanie Nirvany z In Utero (Very Ape, Tourettes, Radio Friendly Unit Shifter) jak i to z debiutu (Negative Creep itp) i Big Black smakowało mi nie gorzej nawet.
Próbowałem powtórzyć ten trick na wieczornym spacerze z psem ale... już nie było tak dobrze, nie miałem w sobie tej energii już, byłem zmęczony i miałem ochotę na co innego, ostatecznie widząc idącą z naprzeciwka matkę z dzieckiem nawet wyłączyłem tę muzę bo odezwał się mój wewnętrzny dad (w sensie papa a nie dziad). Byłem nawet zły na siebie, poczułem że chwila uciekła, że zamknął się jakiś magiczny portal do innego świata. Ta płyta taka jest po prostu, wymaga ściśle określonych warunków aby ukazać słuchaczowi swoją wartość, coś jak z zaćmieniem księżyca albo zorzą polarną. I miałem odłożyć tę reckę i pisać ją dalej jutro, próbując znów wywołać ten efekt u siebie ale uznałem że znajdywanie sposobu na nią to byłoby trochę jak odzieranie jej z magii, jak pokazywanie dziecku na czym polega sztuczka z królikiem z kapelusza itp. i że to niepotrzebne. A ja po prostu chcę wierzyć jak Fox Mulder nawet jeśli inni za plecami będą na mnie wołać Spooky. Wierzę że TO TAM JEST.

Lubię takie momenty w tych naszych bestkach kiedy dzieją się właśnie takie rzeczy podczas obcowania z tymi Waszymi wrzutami. Ta płyta to faktycznie może nie jest pozycja z tych 1001 które trzeba usłyszeć przed śmiercią ale myślę że na pewno zapewniła sobie już miejsce na liście 101 albumów które wstrząsnęły tym forum. Spójrzcie sami - munlup lubi sieczkę i meha, Wujas nienawidzi jazgotu i propsuje, nasz kolega defaultional (nie będę rzucał nazwiskami bo zaraz się okaże że laska przesłucha Memento Mori i jeszcze się zarejestruje na naszym forum xD) inicjuje tą płytą hatefuck a Murzyn doznaje olśnienia jakby ujrzał twarz Jezusa na bloku w Bełchatowie czy innym Pajęcznie. Przeszedłem z tą płytą drogę od obcowania z guanem do obcowania ze sztuką i wiem że w zależności od tego co w nas siedzi może ona być jednym bądź drugim. Nie ma znaczenia co będzie dalej, ile numerów poserduszkuję czy nie, to wyczytacie sobie z lasta, poznałem potencjał tej płyty i wiem że do majówki pewnie nie tknę Alphaville poszukując wkurwionego wewnętrznego "ja" na ulicach mego miasta. Mentos, król zwrotów akcji, mistrz muzycznych doświadczeń, AVE.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 kwie 2023 23:20

Mentos się zesra, jak te wszystkie recenzje przeczyta.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 25 kwie 2023 23:39

ale nas pogrzało z tempem, o radości, iskro bogów

Big Black Songs About Fucking

Seba z selekcjonera Kolekcji Klasyki ewoluuje w selekcjonera Kolekcji Klasyki Niezalu... hmm, choć już wcześniej było Papa Dance, także to nie to. Jak dla mnie mylenie tropów trwa dalej, może GĘBĄ jest właśnie ciągle balansowanie między rzeczami różnymi? Trudno zarzucić jednoznacznie oparcie się na klasyce, a ślady niezalowo/edgy/internetowe nie są wcale od czapy. Po czasie najbardziej zdumiewa Grimes w tym zbiorowisku. Albini i spółka zaskoczyli mnie pod tym względem, że na moim radarze byli od lat, prędzej czy później miałbym coś z ich dyskografii za sobą. Na Laście są zarejestrowane dosłownie DWA skroble z Atomizera. Trzy lata temu nie byłem gotowy/zainteresowany/nie miałem psychy, a teraz postawiony pod ścianą sprawdzam i weryfikuję. Generalnie od pierwszego odsłuchu zdanie mam dość wyraźnie utrwalone i uporządkowane, od tamtej pory szło znaleźć parę niuansów, wyróżnić jeszcze niektóre kawałki.

Albini jako, hmm, koordynator prac w studiu odpowiada za jakieś sześć milionów rzeczy i to akurat takich, które niespecjalnie nawet liznąłem. Nirvana, Low, jeszcze max 2-3 zespoły kojarzę przez pojedyncze płyty, poza tym jest cała masa anonimowych projektów. Czytam wasze refleksje o nim jako o człowieku, więc idąc z duchem czasu sprawdzam, co ciekawego pisuje na Twitterze. Może nie jestem już aż takim dziadersem w kwestii muzyki, ale na tematy społeczne pluje często yebane fakty, a poza tym też pogrywa sobie w pokera, co i mnie się jeszcze zdarza, choć już nie tak intensywnie jak kiedyś. Trudno nie mieć do niego pewnej dozy sympatii. Lubię twórców charakternych, czasem balansujących na granicy. Na tej skromnej podstawie trochę rozumiem pomysł na SAF, ale szkoda, że bardzo często cały opór idzie w powietrze, kompletnie rozmywając pomysł.

Wiecie, to w ogóle nie są piosenki o seksie i do seksu. Nie jestem kinkshamer, co najwyżej zjawiska na pograniczu przemocy są dla mnie śliskie. Kontrowersyjny, bezkompromisowy tytuł skrywa parę piosenek i rozproszony wkurw opakowany w jakieś mikronarracje o rzeczach złych, brudnych, syfiastych, gniewnych i cholera wie jakich. Same numery (czy bardziej szkice, mocno skondensowane pigułeczki) wymagają praktycznie co chwilę jakiegoś wyraźniejszego komentarza, by komukolwiek było łatwiej wydobyć sens, kontekst, osadzić to w pewnym zrozumiałym otoczeniu. Nie mam problemu z tym, że rzeczy bywają niejednoznaczne, ale gorzej, gdy pomimo pozornie nieznośnej i transgresyjnej energii są o niczym. Intro jak intro, potem idą na dzień dobry dwa najlepsze kawałki. Być może są najlepsze tylko dlatego, że najbliżej im do takiej uporządkowanej, klarownej kompozycji, ale tylko tutaj jestem tak wciągnięty, tak bardzo działa na mnie przekaz, chcę do tego wracać. Jest nagle melodia, hipnotyczny bas (co oni zrobili w The Model to jest majstersztyk), a po chwili dobrze podany angst z rzucanym mimochodem erotycznym podtekstem, w którym też nie brakuje konkretnych pomysłów. Tytułowa linijka wracająca często gęsto czy pomysłowa, choć nieskomplikowana zagrywka to jedne z nich. Potem już do samego końca idzie ta hałaśliwa drobnica z punkowym rodowodem, z której po 3-4 odsłuchach udało się wyłowić rzeczy dobre. Na wyraźny plus Kitty Empire, które brzmi jak taki marszowy hymn outsiderów, nie wiem, ludzi żyjących poza określonymi normami społecznymi. Pierydolą społeczeństwo i żyją obok niego zgodnie z własnym kodeksem etycznym. Znowu przyjemna hipnoza za sprawą właśnie perki i bujających gitar. Podobał mi się jeszcze Pulaski Day, bo pomimo tego charakteru angst inscenizacji ma rewelacyjny zaśpiew pod koniec i w ogóle to jest przyjemny schemacik, dobrze to jest pomyślane. Poza tym podobały się czasami niektóre rozwiązania (początek Pavement Saw czy początek Tiny King of the Jews), to wszystko. He's a Whore nie pasuje trochę do reszty, przez wokale wjeżdża tu dystans i parodia, co mogłoby zabić całą płytę w większej dawce.

Ani do bzykania, ani do wkurwiania się w trakcie odsłuchu. Bywa momentami w kwaśny sposób sensualna na przykład, ale to bardziej takie przyjemne rozsiadanie się w fotelu, subtelne myśli na temat, a nie wcielanie założeń w czyn. Gdyby całość brzmiała jak The Model/Bad Penny, to byłaby genialna. Ostatecznie wychodzę z tego dark roomu odrobinę rozczarowany...
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 25 kwie 2023 23:46

Właśnie czytam i GNIJĘ (z faktu, że Melczet nie odniósł sie do własnej wrzuty, gdy my już praktycznie zamykamy zabawę też) trochę, nie jestem pewien czy najpiękniejsze są te wzmianki o życiu seksualnym deva czy może stripped baitujący mieszkańców małego miasta puszczaniem muzyczki z głośnika telefonu (nie pamiętam kiedy ostatnio coś takiego praktykowałem, ale myślę, żę to było gdzieś w epoce, którą teraz nazywamy LATAMI ZEROWYMI; btw bardzo celna wizualizacja mojej osoby), fascynuje mnie to, że shodanowi udało się COŚ dostrzec. Recenzja kolegi MUNLUPA wbrew pozorom jest najmniejszym zaskoczeniem, byłem niemal 99,99% pewien że ją zroastuje i właściwie to go rozumiem, bo szczerze mówiąc napisałbym pewnie coś podobnego o tym albumie, gdybym go nie znał i gdyby mi go podrzucił jakiś freak z Wrocławia. xd Podoba mi się to, że w sumie każdy tutaj po pierwszych odsłuchach czuł się jak po dostaniu ciosem obuchem w ryj, by potem znaleźć sobie jakiś kontekst, w którym okazało się, że ta płyta jednak COŚ w sobie ma.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 25 kwie 2023 23:48

Ku*wa, autentycznie kisnę ze wszystkich recenzji, ale w taki pozytywny sposób xD Faktycznie, jak to napisał Golas, każdy inaczej, Kuba chyba chciałby się wkurzyć ale nie może, Wuja nie chciał się wkurzyć ale siadło, ja potrzebowałem seksu na dywanie, Golas pękających szyb bełchatowskich wielkopłytowców a Dragon na wszelki wypadek nie rusza pałek i kastetów. W sumie ten krążek to jest jedno wielkie "znajdzie się kij na forumowy ryj", niemniej jednak chyba raz na jakiś czas czegoś takiego tu potrzeba. Seba ewidentnie chciał nam wszystkim przerobić trochę facjaty. Nie mogę się doczekać jego podsumowanka <3
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 25 kwie 2023 23:50

UDERZ W STÓŁ A MENTOS NAPISZE PRZED TOBĄ LOL. A tak jeszcze nawiążę do tego, co napisał Golas - laska lubi Depeche Mode, ale zatrzymała się na PTAku xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 25 kwie 2023 23:52

A Melki dalej w chu.ja leci jak Zorro w pierwszym odcinku. ;(
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 25 kwie 2023 23:55

Melki teraz będzie odsłuchiwał Big Black próbując odtworzyć podejście każdego z nas na raz ;( ;( ;(
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl