Best of Forum III

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 26 kwie 2023 07:39

Zanim zaczniemy recenzować, to mam prośbę, co byśmy się wyrobili z tą kolejką do końca tygodnia. Wuja wyjeżdża w poniedziałek na tydzień zagranicę i nie będzie mógł pisać, chciałbym żebyśmy do poniedziałku wjechali z wrzutami następnej kolejki, bo inaczej bestka nam utknie do 8 maja, o ile nie dłużej. Daliśmy radę z piosenkami o jebaniu, to tutaj myślę, wyjątkowo, też się zepnieny.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 26 kwie 2023 10:52

Joe Armon-Jones - Starting Today

Fajna jest ta historia Murzyna z konkursem, taka wiecie, sympatyczna i miła. Przez to, słuchając tego kawałka, wyobrażam sobie podjaranego Jacka, siedzącego przed swoim bełchatowskim kompem, piszącego z Joe Armon-Jonesem o tym pod jaki dokładnie adres ma zostać wysłany singiel. Murzyn się cieszy więc tańczy w rytm numeru, który wygrał. I tak mi się w głowie tworzy klip do kawałka, w którym to nasz kolega tańczy, wychodzi z domu, idzie ulicą, dalej tańczy, zaraża tym przechodniów, dochodzi pod kopalnię i tam też zaczyna tańczyć, a ludzie tańczą razem z nim. Nie można nie polubić kawałka, który tworzy takie fajne połączenie z opowieścią, z którą jest związany. I to u obcych ludzi lol.

Murzyn narobił smaka pisząc, że ten kawałek to połączenie „Expansions” (mojego zwycięzcy pierwszej 25tki) i „The Bottle” (który na pewno jest kontenderem w tym sezonie). Wiadomo, jak to jest z takimi oczekiwaniami, zazwyczaj okazują się z dupy, ale nie tym razem. Jacek ma stopro racji z tym porównaniem i nie będę owijał za długo w bawełnę (no pun intended), jest to doskonałe. Nie sądziłem, że jeszcze tak brzmiące albumy wychodzą, ale prostytutka, przecież to głupie założenie, skoro nadal są ludzie, którzy słuchają takich „Expansions”, czy „The Bottle” z wypiekami na twarzy, to czemu by nie mieli robić takiej muzy. W przypadku „Starting Today” jest o tyle ciekawie, że jest tu sporo współczesnych elementów pojawiających się w tle (jakieś efekty, brzmienia, zabiegi, które chyba jako jedyne są świadectwem tego, że w/w utwór nie pochodzi z lat 70). No powiedzmy, że jeszcze bas nie jest taki typowo 70sowy, ale poza tym można się nabrać.

W każdym razie, klasyczna murzyńska wrzuta, łatwa okejka i to taka wielka.

Propaganda - Dr Mabuse

Musiał mi opowiadał o Propagandzie wiele razy, nawet pewnie coś puszczał, ale nie pamiętam. Swego czasu był na koncercie czegoś związanego z tym bandem, w Krakowie, i w sumie mu tego zazdrościłem, ale tylko dlatego, że w zespole był Steve Jansen, i to była chyba jedyna okazja żeby tego faceta zobaczyć, w jakimkolwiek kontekście, w Polsce. No nie ważne. Opis Deva mnie zaintrygował, w sensie sama historia Dr Mabuse, lubię takie rzeczy. Nabrałem ochoty obejrzeć wspomniane przez Musiała filmy i przeczytać wspomniane przez niego książki. Do czego nie nabrałem jakoś bardzo ochoty, to do poznawania Propagandy. Nie, że kawałek jest kiepski, bo nie jest, powiem nawet, że jest bardzo intrygujący, na pewno bardziej intrygujący niż można by się spodziewać po zespole z tamtej dekady. No, ale tamta „dekada” (brzmi jakby spluwał, wiem) wyłazi niestety w brzmieniu i to jakoś tak działa na jej niekorzyść, uinfantylnia (jest takie słowo w ogóle) tam gdzie by mogło zabrzmieć bardziej tajemniczo, czy po prostu klimatycznie. A tak to mam wrażenie jakbym słuchał jakiejś Sandry z końca lat 80. Mam uczucia mieszane, ale o ile odbiera się takie stwierdzenia pejoratywnie, to przecież jest to, jak by nie patrzeć, 50/50, a to już nie jest przecież źle. Powiem tak, jak na niebezpieczeństwo jakim grozi wrzucanie przez Musiała 80sów (ostatnio niestety też 90sów), to jest to wyjątkowo udana wrzuta i w sumie cofam to co napisałem, że nie mam ochoty poznawać Propagandy. Jest to na tyle ciekawe i intrygujące, że dam szansę całej płycie.

Kraftwerk - Autobahn

Dużo ostatnio tu wpada oczywistych hitów, to i Smoku się zdecydował na taką wrzutkę. „Autobahn” to jest jeden z tych kawałków Kraftwerk, do których nie od razu byłem przekonany. Melodia brzmiąca tak jakby Family Frost podjechało pod dom, mozolne tempo i takie nicsięniedziejstwo. Ale też mówię tutaj o wersjach skróconych, skompresowanych, itd., z którymi na początku miałem styczność. Do długiej wersji zabierałem się dłuuugo. Segment, który wjeżdża w 3:30, zawsze będzie mi się kojarzył z filmem „Control”, w którym fragment ten pojawia się kiedy zespół przyjeżdża na koncerty w Europie i na Iana czeka Annik. Pamiętam jak zobaczyłem na soundtracku wśród utworów „Autobahn” i się zastanawiałem gdzie niby to było w filmie, bo kojarzyłem tylko ten najbardziej znany fragment. W każdym razie, jest to mój ulubiony segment kawałka, na który to od długiego czasu wysrywają się live. Zresztą były czasy kiedy jeszcze Florian grał tam na flecie na koncertach, a potem już flet odszedł, i Florian też odszedł, i potem odszedł kompletnie (RIP).

Pamiętam jak stwierdziliśmy z Musiałem, że czas tę pełną wersję przetestować na prawdziwej autostradzie. Paradoksalnie, zrobiliśmy to chyba podczas wyjazdu na koncert Petera Hooka. No i powiem szczerze, że było rozczaro xD Na prawdziwej autostradzie, w aucie zasuwającym jakieś 150 km/h, „Autobahn” zamulało niesamowicie. Zdecydowanie bardziej mi się tutaj widzi scenariusz Dragona, w pociągu, tak zresztą z przyjemnością słuchałem „Endless, Endless”.

Lubię wracać do wersji albumowej raz na jakiś czas, kiedy mam więcej czasu i jakiś taki niezobowiązujący moment na numer, który wlecze się i wlecze i wlecze, i im bardziej się wlecze, tym lepiej. A „Autobahn” brzmi trochę jak autostrada, wydaje się, że nie ma końca, jedziesz i jedziesz. Aha, jako, że też wolę Kraftwerk po angielsku, to dla mnie kanoniczny jest tekst „fun fun fun at the autobahn”.

I takie małe spostrzeżenie ode mnie, że „Autobahn” to takie trochę „Dzwony Rurowe” elektroniki. Numer trwa mniej więcej tyle co pierwsza część TB, przechodzi płynnie w różne segmenty, robi piękny użytek z ciekawego instrumentarium. Płyta Kraftwerk wyszła rok bo debiucie Oldfielda, może nie tyle, że się inspirowali, ale po prostu stwierdzili, że istnieje precedens, aby rzucić się z takim kolosem na płycie. Nie wiem, ale lubię myśleć, że tak było.

Dragon jest cwany, bo wiedział, że będę chciał się wypowiedzieć o bonusie. Lata 90-te to dla wielu purystów Kraftwerk, początek końca. Pozbycie się analogowych syntezatorów na rzecz cyfrowych (Fritz Hilpert miał laptopa na scenie w 1991 r., jako jeden z pierwszych w ogóle), wersje utworów w konwencji The Mix, zarzucenie pewnych stałych wcześniej elementów (np. wspomniany flet Fauniana), nowy skład zespołu, itd. Dla mnie, to jeden z najciekawszych okresów live Kraftwerk. Wprawdzie koncerty z 97/98 nie mają u mnie podjazdu do tych z lat 91-93, ale też są bardzo spoko.
Wrzucony wyżej „Autobahn” jest spoko. Ciekawy bit, mam wrażenie że podrasowany względem „The Mix”, brzmiący niemal trip-hopowo, pięknie bujający bas (to był znak rozpoznawczy live Kraftwerk z 90sów), i faktycznie ciekawe improwizacje w środku. Mój ulubiony fragment może nie wypadł jakoś szczególnie fajnie, ale przynajmniej jest, lol. Vocoder pod koniec brzmi jakby ktoś śpiewał „jeebaaaaaałaaa sobie autobahn”. Ogólnie daję okejkę, to jest bardzo fajne wykonanie. I całej tej wrzucie daję oczywiście olbrzymi kciuk w górę.

And One - Killing The Mercy

Na temat samego zespołu nie będę się na razie za bardzo wypowiadał, bo na pewno będę coś wrzucał, możliwe, że nawet w obu tematach (co nie znaczy, że to nastąpi szybko). „Killing the Mercy” pochodzi z płyty „Stop”, która była pierwszą nagraną ze starym/nowym składem, co tak naprawdę było bardziej zmianą wizualną i ew. mającą jakieś odbicie na koncertach. Inna sprawa, że Steve Naghavi chciał dużo tym albumem udowodnić, po tym z jakim kwasem odszedł z &1 wcześniejszy stary/nowy skład (ten zespół jest trochę jak sekta, możesz odejść, ale w końcu wracasz). No i IMO wyszło tak sobie. Nie wracam do tej płyty jakoś szczególnie, częściej zdarza mi się już odpalać „Magnet”, a już na pewno albumy nagrane między 1991, a 2010 rokiem (nawet „Tanzomat” ma momenty). „Killing The Mercy” to taki dziwny kawałek, w którym SN próbuje brzmieć poważniej niż mu jaja podpowiadają, a jednocześnie bez przekraczania kompletnie granicy (co np. na „Aggresorze” się udało), przez co wychodzi takie średniej jakoś And One. Fajnie, że Wuja się jara, może znając tylko trzy kawałki tego zespołu, też bym napisał coś cieplejszego, ale to po prostu nie jest jakiś wyjątkowo udany numer &1 i tyle. Wuja rzuca tekstami ala „imitacja DM”, nie wiem który z tych trzech kawałków, które Wuja zna, brzmi w jakimkolwiek stopniu jak DM (trzeciego nie wymienił, ala nadal wątpię żeby to było coś podobnego do DM), ale chyba w takim razie słuchaliśmy innego DM (i innego And One). Żeby nie było, oni grywali covery (chociaż nie tyle co Jauntix, hehe) i poczynili kilka dosyć świadomych parodii (np. „Dancing in the Factory”), chyba właśnie ze względu na tego typu zarzuty, że próbują być imitacją. Jeśli czegoś kalką kiedykolwiek Steve próbował być, to był to Front 242, co słychać na pierwszych płytach. No, ale nie ważne, Wuja sam traci takim nastawieniem, bo to jest, wbrew pozorom, dobry zespół i warto posłuchać innych płyt.

Flipper - Ever

Ten Flipper jest tym, czym bardzo chciałem, żeby był Wielki Czarny siusiak Piosenki o Jebaniu, a nie jest. Początek już wiele mówi o zespole, bo numer zaczyna się od riffów granych na kacu, na gitarach, które może dzień wcześniej były nastrojone, ale że było pite i ktoś przewrócił stojak i generalnie jeszcze ktoś się na tych gitarach bzykał (pewnie Musiał) i je zarzygał, to brzmią jak brzmią. ALE TO NIE JEST WAŻNE, bo gramy taką, a nie inną muzykę i ona się nie ugina pod jakimiś ZASADAMI, czy jakimś szeroko pojętym POUKŁADANIEM. Brzmi pretensjonalnie i buraczano, ale ja to akurat w wykonaniu Flipper kupuję. Bo tak naprawdę tylko to intro jest takie osrane, takie trochę na pokaz, a potem już panowie, trochę może z automatu, przechodzą do konkretów. A te konkrety to w sumie to, co u Mentosa lubię najbardziej, i co zaczyna powoli stawać się jego corem. Nazwijmy to tymczasowo alko-core (bo gówno-core jednak trochę zbytnio sugeruje coś negatywnego). „Ever” pochodzi ze złotych czasów takiego post-punk-rock-gówno-grania, więc jest to materiał dla koneserów gatunku, takie best of best. No i w zasadzie tyle mogę o tym powiedzieć, naprawdę bardzo dobry przedstawiciel tego nurtu-nienurtu.

Mark Knopfler – Lights of Taormina

Chyba pierwszy raz w tej zabawie mam takie prawdziwy, życiowy link z Melkim, bo mnie też ojciec zaraził Knopflerem, i też z ojcem byłem na jego koncercie (tylko to było w 2008 r.). Różnica jest taka, że obaj trochę straciliśmy zainteresowanie po „Privateering”, które nawet dla mojego taty było już zbyt dziadersowe. Nie słuchałem „Trackera”, zatem i w/w utwór włączyłem teraz po raz pierwszy. Ładna jest ta piosenka. Slide gitara robi robotę, ja mam słabość do takich rzeczy. Sama piosenka bardzo Knopflerowa, zalatuje trochę stęchlizną, ale broni się tym, że po prostu mocno czerpie z tradycji, więc to nie jest takie dziadowanie dla samego dziadowania, czy twórczej niemocy i chorobliwego sentymentalizmu (z czym akurat ja się utożsamiam, hehe). Momentami może robi się odrobinę zbyt jarmarcznie, za gęsto od instrumentów, które nie brzmią jakby były tu niezbędne. No, ale nie chcę się bez sensu czepiać szczegółów, bo i tak jako całość, ujmuje mnie ten utwór. Brzmi jak mityczny chill, do którego się w życiu dąży i jak się go znajdzie, to już jest z górki.


Jezu, jaka dziwna ta kolejka była, zresztą jaka miała być kolejka, w której Munlup wrzucił ejtisowy mega-hit. Ogólnie, poza mną i Wujem, każdy tu wrzucił swój core i to tak na maksa corowo, jakbyśmy robili jakąś pokazówkę na speed datingu. Na szybko patrzę, że nikomu chyba jakoś szczególnie nie pojechałem, więc spoko.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 26 kwie 2023 20:39

Culture Club - Karma Chameleon

Munlup ma to "szczęście" (cudzysłów bo wiadomo że ma na to wyebane przecież xd) że jednak rzucił tym lepszym z dwóch obsranych hitów CC. Ja ogólnie za tym zespołem nie przepadałem nigdy, dla mnie to była ta część muzyki starych która do mnie nie przemawiała, dziś jest to dla mnie muzyka tudzież taki numer z którym jedyne zetknięcie moje (poza tą bestką rzecz jasna) grozi mi na jakimś weselu gdzie wujki i ciotki tańcują wspominając czasy swej młodości. Mój stosunek do niego jest w sumie całkiem neutralny, z tą różnicą że Do You Really Want To Hurt Me mnie drażni a ten numer nawet nieco dzięki tej harmonijce ustnej uważam za spoko. Swoją drogą jeśli sam fakt wykorzystania tego instrumentu wystarczy by uznać to za country to pozdro, mniemam że to taki gruby cudzysłów ze strony Hiena. W ostatnich latach trochę godzę się z tego typu muzyką (może dziadzieję?), po prostu nie reaguję już tak bezmyślnie alergicznie. Fajnie że ktoś jednak ma konkretne wspomnienia związane z takim numerem, oczyma wyobraźni ilustruję sobie taki serial i widzę montaż w którym młody munlup powiedzmy w czasach gimbazy raz po raz bywa yes manem i godzi się na rzeczy których wcale nie chce a potem zamyka się w pokoju, bije pięścią w ścianę i niemo krzyczy w złości na samego siebie (taka teen drama mi wychodzi). Potem niewykluczone że puszcza sobie Karma Chameleon z jakiejś wysłużonej taśmy i tańczy gdy nikt nie widzi ocierając łzy.

And One - Killing The Mercy

Tu przez moment musiałem sprawdzić dwa razy czy nam Czezu gdzie nie wjechał z wrzutą bo to w końcu jest nasz forumowy król takiego dark electro. Fakt że może nazywanie ich czymś w stylu cover bandu DM jest przesadą albo grubą metaforą gdyż muzycznie brzmią tu chyba bardziej jak cover band Front 242, choć wokalnie coś w tym jest - nie nie, nie brzmią jak DM tylko jak typowy cover band DM który wokalem przeważnie kładzie ich twórczość bo dokłada starań by być tak złym i mrocznym że jest to dużo bardziej przerysowane niż DM w oryginale. Ekspresja ta godna jest Laibach bez mała i sprawia że nie mam ochoty tego słuchać - ironicznie czy nie.

Kraftwerk - Autobahn

O wyjątkowo trafił się numer którego słuchałem nawet stosunkowo niedawno po dłuższej przerwie. Autobahn sprawdzałem przed laty już i wiem że skłaniałem się ku pełnej wersji również, choć nie wiem czemu myślałem że trwa ona kilkanaście minut a nie ponad 20 a na pewno sprawdzałem albumówkę z 1974 roku. Prawdopodobnie było to już na etapie mojego poszanowania dla wersji długogrających i wgryzałem się w ambienty, kosmische musik itp., może zatem więc około 2012 roku choćby, zdaje się że wtedy jakoś słuchałem Terry'ego Rileya chociażby. Mimo wszystko zdecydowanie warto było wrócić i jeszcze parę razy rzetelnie posłuchać i wyciągnąć coś z tej muzy, a dało się. Okazuje się że jakoś nie kojarzyłem zbytnio tych wszystkich improwizacji ani tego outro, pamiętałem bardziej główne melodie i wokale. Również co śmieszne zawsze myślałem że to numer czysto elektroniczny a przecież są tu i flet i gitara i to przybliża ten numer bardziej ku krautrockowym korzeniom i dzięki tej elektroakustycznej mieszance podoba mi się jeszcze bardziej. W ogóle jak dla mnie Autobahn to jest klasyka stylistyki chilloutowej, gdybym miał złożyć kompilację w takich klimatach układając ją chronologicznie na pewno otwierałby ją ten utwór, pomimo że przecież termin ten w określeniu muzyki powstał dużo później tu jednak są dla mnie jego źródła. Bardzo udany powrót zatem dla mnie i podobnie jak w przypadku Mamony chociażby jeden z tych gdzie wydawało się że wszystko już wiem i lubię a teraz lubię o wiele bardziej i dopiero teraz na dobre dokładam ten numer do mojego osobistego kanonu. Ja sam - będący jednak laikiem nadal w temacie trochę - gdybym miał komuś zareklamować Kraftwerk puściłbym mu właśnie Autobahn. Czego nie dopowiedziałem a co chyba oczywiste - fantastyczne syntezatory, jeden z nich, ten bardziej basowy kojarzy mi się z So Cruel ale w wykonaniu DM.

Propaganda - Dr Mabuse

Moje jedyne zetknięcie z Propagandą dotychczas to było przy okazji pewnej składanki gdzie było p:Machinery w wydłużonej wersji i miałem wrażenie że oni byli bardziej... alternative że tak powiem. Tenże numer tutaj o doktorze to tak mi bardziej pachnie jakimiś klimatami italo czy euro disco, jakimś CC Catch, Bad Boys Blue czy inne Fancy, tak mi się takie ilości reverbu kojarzą i taneczny rytm. Ogólnie bardziej dyskotekowo niż nie wiem nowofalowo czy dark electro. Nie groweruje u mnie ni w ząb, nie wywołuje... niczego no. Śmierdzi na kilometr Musiałem, jakkolwiek to zabrzmi.

Flipper - Ever

Mentos tak niby zrywa z gębą gościa od 1001 albumów etc. że aż sam wpada we własną pułapkę i dorabia sobie kolejną gębę - naszego małego forumowego angstowca. Te wszystkie sieczki, gitarowe jazgoty i krzyki z różnych wrzutek powoli wyłaniają obraz wiecznie walczącego z wiatrakami (gębami) punkowca. A sam Flipper, well, w sumie niby spoko numer a jednocześnie tytuł albumu jakby mówił sam za siebie - Generic Flipper. Ma to na tyle jeszcze interesujący tekst wyróżniający ten utwór że ktoś mógłby to wrzucić do punkowego radyjka w GTA tudzież osta do THPS 593956. Mimo to raczej nie jestem tym zainteresowany.

Mark Knopfler - Lights of Taormina

Przez moment chciałem napisać Lights of Monteleone ale tamta wrzuta pachniała Sycylią a ta miesza etniczne bębny z country gitarą. Melki w wydaniu wakacyjnym, to taki numer przy którym człowiek czuje na twarzy delikatną bryzę w ciepły letni wieczór. W ogóle te bębny w odróżnieniu od reszty brzmią jakoś tak live, mam wrażenie jakbym słyszał je gdzieś obok siedząc na jednym z tych niszowych koncertów na które chadza Melki (przypomniała mi się z miejsca wrzuta Constaninople). Przyjemne ale o charakterze muzakowatym jak dla mnie.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 26 kwie 2023 20:49

stripped pisze:
26 kwie 2023 20:39
Śmierdzi na kilometr Musiałem, jakkolwiek to zabrzmi.
Fajkami?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 26 kwie 2023 20:55

Mentos tak niby zrywa z gębą gościa od 1001 albumów etc. że aż sam wpada we własną pułapkę i dorabia sobie kolejną gębę - naszego małego forumowego angstowca
Trochę lipa
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 27 kwie 2023 11:32

Hien pisze:
26 kwie 2023 20:49
stripped pisze:
26 kwie 2023 20:39
Śmierdzi na kilometr Musiałem, jakkolwiek to zabrzmi.
Fajkami?
Potem, koniem i tytoniem.

Starting Today

Golas nie zaskakuje, albo właśnie zaskakuje, wrzucając letni numer średnio-wczesną wiosną, ale w sumie pasuje też pod wiosnę, więc właściwie jednak nie zaskakuje, ale też Musiał nie przestaje zaskakiwać, więc nie jestem zaskoczony, że jestem zaskoczony (albo wcale lol). Vibe RAM cafe na kilometr, nie narzekam. Jest bujająco, jest groovy, jest... WIOSENNIE, a nawet LETNIO, co sprawia, że wpadam w interesujący zachwyt. Numer pod leniwe siedzenie w fotelu rano, oczywiście jakiś duży salon z JASNĄ TYM RAZEM BOAZERIĄ, słońce wpada przez odsłonięte wysokie okna, ciepło i zapach natury przez uchylone drzwi balkonowe, no kurde, jest naprawdę super. Nie wiem, co będę zaczynał dziś, ale najważniejsze, że zaczynam. Historia jackowa też jest taka heartwarming i w ogóle wholesome, i cały ten numer taki jest, nie wiem, co więcej mogę napisać, ja go po prostu czuję xD Aż się chce robić rzeczy (a przynajmniej zaczynać). Ciekawe, że choć całość ciągnie mocno latami 70., gdyby ktoś mi to puścił bez wskazywania daty wydania, to w ciemno walnąłbym jakiś 2010, ale może to właśnie przez to "skażenie" RAMem. W drugiej części utworu, kiedy wchodzi dłuższa wstawka instrumentalna, wyobrażam sobie, jak cisnę autem po ulicach jakiegoś niesprecyzowanego miasta w bliżej nieokreślonej egzotycznej lokalizacji. Jest luźno, lajtowo, music is love, music is life, toż to brzmi tak, jakby na feacie był Louie Austen. Nie sposób się nie jarać, do mnie to idealnie trafia. Fantastyczny kawałek, łatwe złoto.

Karma Chameleon

W sumie nie spodziewałem się, że z bogatego katalogu ejtisów Hien zapoda właśnie ten utwór, może tępo założyłem, że Culture Club to kompletnie nie jego bajka przez bycie jednym z takich ejtisowych monumentów, gdzie występuje wprost przesyt pewnych rozwiązań muzycznych zbyt charakterystycznych dla tamtej epoki (nie mówię, że akurat w tym numerze, a w ogóle). Ale miło się zaskoczyć, bo pomimo tego, iż ów kawałek jest zgrany jak moje żarty, to wciąż bardzo go lubię. Nigdy nie wyszedłem w przypadku Klubu Kultury czy postaci Chłopca Jerzego poza najbardziej znane hity, ale też w sumie nigdy nie czułem wielkiej potrzeby. Pasuje mi to, co znam, ten utwór też, bo akurat jest mocno nieejtisowy jednocześnie będąc ejtisowym. Odnoszę się też do uwag Kuby w związku z tekstem, albowiem miewałem dokładnie tak samo, z jednej strony gardziłem klakierami a sam się często takim stawałem (niestety, wciąż mi się to zdarza ;( ). Także, no, co tu dużo powiedzieć, dość łatwe podium z mojej strony, bo numer wpasowuje się w moje klimaty, dobra dekada, głos George'a zawsze dawał radę, jest w pytę i tyle.

Autobahn

Spodziewałem się, że prędzej czy później ktoś spróbuje użyć pentagramu... wróć, wrzucić tutaj jeden z najbardziej monumentalnych numerów Elektrowni, no i się doczekałem. Autobahn poznałem - kawałek - jakoś w 2005 i... w ogóle nie zrobił na mnie wtedy wrażenia. Ja wówczas w muzyce elektronicznej lat 70. i 80. szukałem bardzo oczywistych rzeczy, walących w mordę rozwiązań (coś, co dobrze opisał Jacenty w swojej recencji Doktora Mabuse), a Autobahn takich nie oferował (w przeciwieństwie do takiej Das Modell). Na pełnej wsiąknąłem w Kraftwerk dopiero w marcu 2007 i od tamtej pory towarzyszy mi ciągle. Wessało mnie na tyle, że polazłem z największym zainteresowaniem w stronę Ralf und Faunian, 1 i 2 a nawet Organisation. Im bardziej coś było krautowo-obskjurowe, tym lepiej. Także dopiero wtedy mogłem docenić kunszt Niemiaszków odsłuchując całego albumu o podróżach autostradą. Cóż, podobnie jak z Big Black tutaj RÓWNIEŻ potrzebowałem settingu - ten nadszedł jakieś półtora roku później, kiedy to w czerwcu 2008, zaraz po maturach zdałem w końcu praktyczny na prawo jazdy. Żeby dołożyć do klimatu, moim pierwszym autem był trabant (choć już 1.1, czterosuwowy silnik od VW Polo, parę osób, które poznałem nie uważało już tego za prawdziwą mydelniczkę), i od razu zamontowałem w nim radio na CD. Wypaliłem w empetrójkach całą dyskografię Kraftwerk i ruszyłem w podróż. Autostrady za dużo to w Łodzi wtedy nie było, bezpłatny odcinek od węzła Emilia do węzła Stryków (skąd A2 w stronę Warszawy ruszyła dopiero na okoliczność naszego Euro) był na tyle krótki, że autostrada skończyła się szybciej niż ten kawałek xD Wciąż, fun był niesamowity, zwłaszcza, że trabiego szło rozpędzić do niezłych osiągów jak jeszcze wiatr wiał w dupę. Zabrałem na przejażdżkę kumpelę, która też lubiła Kraftwerk (ta od Placebo), w pewnym momencie spotkała nas ciekawa rzecz - jedzie przede mną van, ja bardzo chcę go wyprzedzić, ale kurde, Deutsche Plastik Auto miało swoje ograniczenia, więc co zrobić. Przymierzam się, odbijam na lewy pas, ciągnie, jak wszyscy diabli, ale WCIĄŻ nie jestem w stanie przebić bariery dźwięku, że tak to ujmę. Nagle ktoś, kto prowadził tego vana się zorientował, że ściga go trabant, więc odsunął szybę i wychylił łapę, którą zaczął wykonywać gest, jaki najlepiej jest opisać słowem DAWAYYY. No to raz jeszcze próbuję, luzuję gaz i dociskam znowu, ale delikatniej (tylko 4 biegi lol) i W KOŃCU SIĘ DZIEJE. Powtórzyłem wyczyn dziadka sprzed kilku lat niemal domykając licznik, typek też trochę zwolnił, niemniej jednak "zrobiłem" go. Mijamy szoferkę, a tam trzech typów wychyla się przez szybę z wielkim zacieszem na mordach i machają entuzjastycznie kciukami w górę xD Wspaniały to samochód był, autostrada też wspaniała, Autostrada zresztą też wspaniała. Na zawsze będzie mi się Autobahn kojarzyć właśnie z trabantem, tamtymi czasami 15 lat temu, beztroskim jeżdżeniem po różnych miejscach w kraju... Jednocześnie wiem, że to jest właściwie nie do powtórzenia - tamta wycieczka z listopada 2018 do Wroca z Hienem dobrze to pokazała. Numer już mulił i to srogo. Najwyraźniej wszystko w życiu ma swój moment, a potem - jak to śpiewał John Foxx - the moment is forever gone. Jak np. Florian.

Killing the Mercy

Gdzieś już tutaj pisałem, chyba recenzując czezowe Covenant, że w czasach zamierzchłych, kiedy niektórzy obecni członkowie tego forum albo kończyli szkołę podstawową albo wręcz zerówkę, byli tu inni członkowie (NO SHIT), którzy istnieją już tylko w pamięci mojej, Hiena, MOŻE TROCHĘ Golasa, MOŻE TROCHĘ shodana, na pewno jeszcze Miłościwie Nam Panującego. Giles, EveS, Iwonka, kawoszka et consortes, rzucali różnymi linkami chcąc zachęcić do poznania swojej muzy (taki ultimate protoplasta bestek). Ja byłem wtedy zbyt ejtisowy na niektóre rzeczy (ledwo Bartini sprzedał mi The Cure, no, ale się udało), sam próbowałem wszystkim wciskać na potęgę Simple Minds (odniosłem sukces wciskając ich Wam xD), ale też dawałem szansę wszystkiemu, co reklamowano jako DM-like i w ogóle elektroniczne rąbanie. Tak właśnie poznałem Covenant, ale nie tylko. VNV Nation, De/Vision, gdzieś tam się przewinęła chyba nawet Apoptygma, miałem zassaną płytę [:SIDT:], coś tam kurde poznałem. No i było tam And One. Jeśli o Killing the Mercy chodzi, to dziś... dziś brzmi to trochę cheesy. W sensie, nie jest źle, jak się odpowiednio ogarnia kontekst, ale mam wrażenie, że się tanio zestarzało (choć to numer z 2012 roku lol). Z drugiej strony... to jest fajny kawałek xD Oczywiście, 16-letni ja w 2005 roku jarałby się tym jeszcze mocniej, zassał cały album a i tak cisnął ten jeden numer na repeacie jak powalony. Progresja dźwięków jest przewidywalna do bólu, bębny brzmią jak z pierwszych FLów, głos Naghaviego brzmi jak wygenerowany z automatu głosów ludzi śpiewających do EBMu i tym podobnych, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. Klawiszowe solo po 3:40 jest złote, absolutnie. W ogóle się jaram, stylistycznie mam powrót do swojego pacholęctwa, muzycznie... ja wciąż słucham takich rzeczy (może nie tak intensywnie jak kiedyś, ale mogę to naprawić, bo mam teraz ochotę zassać cały krążek, jak po Covenancie). Także Wuja przyjemnie zaskakuje, po raz wtóry. I super!

Ever

Za pierwszym razem byłem przekonany, że nie ma cholery, żeby mi ten numer podszedł. Well, myliłem się, ale chwilkę to zajęło, jakieś 4 odsłuchy xD Kawałek wydaje się być kompletnie bez ładu i składu, out of tune, out of sync, wokalista ewidentnie fałszuje, zresztą cała reszta też zachowuje się tak, jakby zwyczajnie nie umieli grać. Ale umieją, więc jest to mocno udawane, ale hui z tym, bo efekt końcowy wyszedł super. Tak wyobrażam sobie Mentosa, siedzi w ciemnej i zawilgotniałej piwnicy gdzieś na Dolnym Śląsku i katuje się taką muzą odpalając szluga od szluga (a więc bardziej szlug-core). Nerwy ma rostrojone jak gitary w tym utworze (ewidentnie na nich bzykałem, tylko że chyba jakiegoś droida), jest nieco angstowo, ale tak bardziej "na odpiernicz", co sprawia, że słucha się tego inaczej niż Big Black. Nie wiem, co więcej mogę napisać. Dobry numer, kompletny obskjur, nie miałem pojęcia, że w tamtym czasie powstawały takie rzeczy (ale ja w ogóle mam niewiele pojęcia o niewielu rzeczach), nabrałem ochoty do poznania całości. Bo właściwie, czemu nie? Jest dobrze.

Lights of Taormina

Śmieszna rzecz z Taorminą i MOJĄ NIEGASNĄCĄ MIŁOŚCIĄ DO SZKOTÓW, albowiem Jim Kerr lata temu zakochał się we Włochach, Sycylii i w końcu Taorminie (ale nie we Włoszce, z tego, co wiem, jego obecną partnerką jest Japonka). Najpierw kupił tam dom, a potem wielki kawał terenu i postawił własny hotel (jedną z jego atrakcji jest to, że jak akurat Simple Minds nie koncertują ani nie gniją w studio, to można napić się z Kerrem espresso do śniadania, bo on tam ciągle przesiaduje). Nazwa Taormina pojawia się nawet w tytułach dwóch piosenek SM (w tym jednej z albumu, który tu ocenialiście). Także widząc tytuł piosenki Knopflera nie mogę o tym nie myśleć (choć sam byłem w Italii wielokrotnie, nigdy na Sycylii; niedaleko Taorminy mieszka teraz mój ziomek, może się do niego wybiorę). Przyjemny utwór, kojarzy mi się bardzo z Dylanem, niemal w ogóle z Dire Straits, ale też ja bardzo słabo znam solową twórczość Knopflera, nie powiem zbyt wiele. Jeśli wrzutka Golasa była letnia na siedzenie w salonie chałupy w willowej dzielnicy miasta (na marginesie dodam, że miałem tu też skojarzenia z tą sceną z deskorolkami z Ostatniego Komersa lol), to tu jest włóczenie się po polach i łąkach na początku sierpnia, samotne ofc i to w sąsiedztwie najwyżej pojedynczych zabudowań. Jest upalnie, słońce grzeje w ryj, oślepia niemal, człowiek z plecakiem i butelką wody maszeruje piaszczystą drogą i słucha właśnie tego numeru. Wówczas wszystko inne przestaje mieć znaczenie, setting tekstu, storytelling, ta muzyka po prostu pasuje do takich eskapad. Nic więcej nie napiszę, zachowam sobie na... sierpniowy spacer po Łagiewnikach Małych na RODos wuja, będę zapętlał, bo dlaczego nie. Przyjemnie jest zakończyć taką kolejkę czymś... takim. Dobra kolejka to była. Nie zapomnę jej.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 28 kwie 2023 18:46

Joe Armon-Jones - Starting Today

Jaca kontynuuje cykl swoich zajęć z Murzynologii (good lord, ja naprawdę kiedyś zostanę scancelowany przez te teksty xD) i choć na tych ćwiczeniach nie omawiamy klasyków, to tak czy siak czuję się usatysfakcjonowany, bo dostaliśmy kolejną dawkę RZETELNEGO grania i generalnie czuję, że ta seria zajęć poszerza moje horyzonty i w ogóle sprawia, żę otworzyłem się na coś, na co bym się w innych okolicznościach przyrody nie otworzył, bo by mi się nie chciało. Hah, ale tutaj słodko się zrobiło - czas na laurki będzie na etapie podsumowań. W każdym bądź układzie tu wszystko jest takie po prostu FAJNE - zazwyczaj piszę tak o wrzutach naszego kolegi z Bełchatowa, ale co mam tak nie pisać, skoro postuje rzeczy fajne? Podoba mi się groove tego kawałka, ja nie wiem czy określenie subtelny tutaj byłoby szczególnie celne, ale taki jakiś NIENACHALNY, w każdym razie ta sekcja rytmiczna PŁYNIE i porywa, nie jest to jakiś nagły skok energii, bardziej to jest to takie uczucie gdy poranna kawa zdążyła już wjechać i człowiek powoli zaczyna budzić się do życia. Wiosna już w pełni, więc takie rzeczy wchodzą jak coś co wchodzi. Daję okejkę i gratuluję wygrania w fejsbukowym konkursie - trochę zazdroszczę, bo ja do dziś nie mogę wyegzekwować wygranego przeze mnie na grupce czasopisma PIXEL w 2020 roku komiksu. xd

Culture Club – Karma Chameleon

Pociągnę motyw forumowiczów jako nauczycieli akademickich i zaryzykuję tezę, że Munlup na uczelni forumowej byłby dyrektorem Instytutu Melancholii Polskiej, ale też jednocześnie człowiekiem, który skończył parę prestiżowych uczelni, politechnikę, depotekę i cholera wie jeszcze co oraz generalnie co jakiś czas trochę dla odmiany, trochę z przeróżnych przyczyn, prowadzącym zajęcia na, powiedzmy, AWFie. O kontekście pozamuzycznym już się wypowiedziałem wcześniej, nie chcę się powtarzać, aczkolwiek przyznam szczerze, że nigdy się nie wgłębiałem w tekst tego kawałka i nawet nie zdawałem sobie sprawy o czym on jest. Bo to jest, proszę ja was, jeden z tych bangerów, które w sumie ciężko mi gdzieś konkretnie ulokować w moim prywatnym rankingu - za bardzo go lubię, by napisać, że go tylko toleruję, ale jednocześnie nie lubię go na tyle, by mógł tak z czystym sumieniem stwierdzić, że go lubię. On znajduje się gdzieś między tymi półkami, nie stwierdzę, że nie jest fajny, bo kuźwa jest, ale naprawdę słucham tej piosenki od święta. Powiedzmy, że daję subtelną okejkę i powiedzmy, że może dzięki zagłębieniu się w tekst ma szansę zyskac w moich oczach.

Propaganda - Dr. Mabuse (The First Life of...)

Śmieszna sprawa generalnie z tym zespołem, bo znam go z parę dobrych lat i tę płytę to w sumie też znam z parę dobrych lat, ale trafiłem do niej zupełnie innymi ścieżkami niż forum 80s (BTW mam znajomego z rocznika 95, który swego czasu miał audycje w Żaku i udziela się tam od wielu lat xd), bo to było jakoś w 2016 roku. Miałem napisać, że w 2015, ale z tego co widzę na RYMie oceniłem A Secret Wish w nowy rok 2016, więc zakładam, że to było wtedy. Tak czy siak, trafiłem na nich poprzez konotacje z Art of Noise, nie jestem pewien czy tego mi nie podrzucił jakiś algorytm czy inny bies, i tak się składa, i w sumie to myślałem, że Propaganda jest dość mocno powiązana z tym projektem, a tu tak se patrzę i się okazuję, że tak nie do końca mimo wszystko. Też pamiętam głównie hiperprzebojowy Duel i generalnie to ja napiszę coś, co tu pisałem wielokrotnie - że słabo ją pamiętam i jak teraz jej słucham to nie kumam czemu tak rzadko doń wracałem, bo ten kawałek jest po prostu superaśny. Te skojarzenia z AoN w sumie nie takie głupie, bo słychać "rękę" Horna, jest tu ta charakterystyczna przebojowa produkcja, a przy tym bogactwo brzmieniowe i aranżacyjne, tu się naprawdę cholernie dużo dzieje, a jak się wsłuchać to słychać jeszcze więcej i są to rzeczy przynajmniej intrygujące. Daję dużą okejkę!

Kraftwerk - Autobahn

W sumie to już zdązyłem zapomnieć o tym, że kolega Dragon słynął tu kiedyś z monotonnych KOBYŁ, ale ja generalnie wiele rzeczy zdążyłem zapomnieć. Podoba mi się to, że dzięki tej zabawie miewam wcale nie takie rzadkie preteksty do wracania do Kraftwerka, bo odnoszę wrażenie, że jest to ten zespół, którego słucham zawsze wystarczająco często, by nie mógł mnie znużyć i jakoś tak te bestki idealnie wyważają mi proprocje czasowe jego słuchania. Mam nieciekawą historyjkę związaną z tym kawałkiem, tj. słuchałem go jakoś w 2010 i niewiele z tego kumałem, może i nawet nic, ale chyba mi się podobało, ale tego nie pamiętam i w ogóle. Szczerze mówiąc, nie jestem wcale to a wcale zaskoczony, że ten kawałek nie zdał "egzaminu praktycznego" w wykonaniu Musiała & Munlupa, bo o ile "motoryzacyjne" skojarzenia raczej nasuwają się same, tak jednak faktycznie ten kawałek jest zbyt wolny, by nie rzec zamulający, by miał się kojarzyć z podróżą AUTOBAHNEM. Ja wiem, że to kwestia paru dekad, którę minęły od daty premiery, ale co zrobisz, Bożenko? Bardziej mi się to kojarzy ze spokojną podróżą po zakorkowanym i zatłoczonym mieście, w której wszyscy obok gdzieś i po coś pędzą (albo ma się takie wrażenie), czyli wypisz wymaluj z Wrocławiem, bo to co się tu dzieje na drogach to często bywa masakra i jak to obserwuję z poziomu chodnika to naprawdę jestem rad z faktu, że nie jestem zmotoryzowany. Nie ma to jednak większego znaczenia - to całkiem przyjemna i satysfakcjonująca podroż, a czasem to tak bywa, że ona jest ciekawsza niż jej cel czy coś takiego.

And One - Killing the Mercy

Trochę mnie rozczuliło zawyrokowanie na temat A1 na podstawie paru kawałków i w sumie to wrzucanie praktycznie nieznanego zespołu do bestki utworowej też, ale w sumie to ja też parę razy tak czyniłem, więc tej akurat kwestii się nie będę czepiał. Ja nie wiem, czy to jest aż takie podobne do DM, ale rozumiem o co cho, bo jakoś też nie wkręciłem się w ten cały okołodepeszowy synthpop - to forum skutecznie mnie zraziło do jakichkolwiek prób zasymiliwania się z "subkulturą" Depeche Mode i to jest akurat ta kwestia, w której nic się u mnie przez te lata nie zmieniło. Ba, chyba nawet się zradykalizowałem po średnio sympatycznej przygodzie w klubie Liverpool sprzed paru tygodni, ale mniejsza z tym. Tak czy siak jestem wam wdzięczny nie tylko za bestki.
Nie wiem, nie słyszę tu jakoś bardzo naszego ulubionego zespołu jeśli mam być z wami szczery, ale tak czy siak - nie podoba mi się to. Ni cholery nic tu nie czuję, kawałek sprawia wrażenie nijakiego, wymuszonego, wypranego z jakiejkolwiek autentyczności i emocji. Jest prosty, ale w taki tani sposób, hooki i wszystkie okołochwytliwe momenty są masakrycznie wręcz banalne - fakt, że przed chwilą słuchałem Propagandy nie pomaga, bo w zestawieniu z nią brzmi wręcz prymitywnie. Wisienką na torcie jest tu wokal. Nie wiem czy oglądaliście taki serial Ślepnąc od Świateł, ale był tam generalnie z nim taki problem, że główny bohater docelowo miał sprawiać wrażenie chłodnego i zdystansowanego, ale typ za cholerę nie potrafił grać i wypadał maksymalnie drętwo w tych scenach i takie mam wrażenie jak słyszę tego typa. Zero emocji, zero czegokolwiek. Nie pomagają też skojarzenia z pijanym dziadami w koszulach z Depeche Mode czy białych podkoszulkach, ale to już odkładam na bok, bo pewnie i tak czy siak by mi ten kawałek się nie spodobał. Sorry, ale jestem na nie.

Mark Knopfler - Lights Of Taormina

Fajno, że przy opisie tej wrzuty melki pisze o jakimś krakowskim Alboniście i Stachurskim i przy okazji współczuję lokatora. Fajno, że mam jakiś pretekst do zapoznania się z solową płytą Knopflera z 2015 roku, bo umówmy się - poza tą zabawą w życiu bym tego najprawdopobniej nie zrobił. xD Akurat tego kawałka nie dotknął syndom starego wykonawcy odcinającego kupony, ale to z racji tego, że Mark Knopfler urodził się już stary i już w dzieciństwie pewnie miał zakola oraz 47 lat. I w sumie to brzmi jak dowolny utwór Marka Knopflera, ale do ciężkiej prostytutki jak ma niby brzmieć kawałek Marka Knopflera? xD Jestem rozczarowany, bo liczyłem że napiszę coś o generyczności, muzaki, że tego nie kupuję i takie tam standardowe pierdolety, ale o dziwo - naprawdę mi się ten kawałek spodobał. Jest lekki, czuję w tym jakiś taki SPOKÓJ, błogość może i nawet, taki soundtrack do siedzenia na bujanym krześle przed chacjentą i czilowania. W sumie możliwe, że gdyby wrzucił to ktoś inny kiedy indziej albo ktoś tu wrzucił bardzo podobny kawałek innego wykonawcy to bym mehał, ale ja już się nie łudzę w kwestii tego, że cokolwiek z teego słuchania muzyki zrozumiem.

I z tą myślą was zostawiam na ten weekend majowy. Fajna to była kolejeczka after all, są odkrycia, są powroty, trochę to Endłan odstaje, ale bywa czasem i tak.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 28 kwie 2023 19:12

W sumie to jest smutne, że And One cierpi na syndrom kontotacji z najebanymi, podstarzalymi depeszami na imprezie dm, ale niestety w Polsce tak to wygląda, i pomimo że sam poznałem ten zespół zanim w ogóle przyszło mi do głowy żeby się wybrać na jakiś spęd fanów dm i okolic, to i tak mam, niestety, takie same skojarzenia. Całe lata walczyłem, aby sobie to w głowie odseparować, ale nie jest łatwo. Tym bardziej, wydaje mi się to koszmarnie niesprawiedliwe, że ta muza tonie w tak koszmarnych skojarzeniach. Chciałbym powiedzieć, że zespół nie zawinił, ale podobno Steve Naghavi ma grać w tym roku DJ set na jakimś polskim zlocie, więc heh... Może zaraz po nim będą występować Jauntix.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 28 kwie 2023 22:06

No wiadomo że to nikt nie zasługuje na powiązania z depeszowcami, to mocno uwłaczająca sprawa. Ja w sumie nie chce tego projektu całkowicie skreślać, mimo dość ostrego roastu tego kawałka, więc liczę na to że jeszcze pojawią się w tej zabawie mimo wszystko i to z czymś co pozwoli mi się do nich przekonać
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 29 kwie 2023 12:41

Joe Armon-Jones - Starting Today

Myślę, że opowieść Mudżyna o konkursie, w którym wziął udział, a dzięki któremu nawiązał kontakt z muzykiem i zdobył singiel, to jest podium opowieści około muzycznych w tym temacie. Aż się widzi tutaj ludzi tańczących w klubie, bawiących się dobrze, kiedy muzycy dają czadu. Pogodne brzmienie keyboardów w połączeniu z wokalem Ashebera z typowego, zadymionego, małego klubu pełnego kolorowych świateł i kolorowych ludzi (bo to bardzo pozytywna muzyka) - super! Całość podbita delikatnym, powoli idącym do przodu bitem i groove'em, tak, od tego można dobrze zacząć kolejkę.
Rzeczywiście, zdziwiłem się, że nie jest to kawałek z roku, powiedzmy, 1974 (nie wiem, dlaczego akurat ten jako pierwszy przyszedł mi do głowy), ale współczesny. Da się wyczuć kilka zmian nastroju: po upływie półtorej minuty wokalista się nagle ożywia, instrumenty dęte stają się coraz głośniejsze, to już nie impreza, a przygoda. "Czy jesteście ze mną?" Myślę, że niejeden z nas odpowie, że tak, że jest tam na imprezie lub zagląda przez okno i zaraz wejdzie. Mamy wyciszenie, dzięki któremu perkusja wychodzi na pierwszy plan, a po 3:30 zaczyna się szaleństwo. Szalony taniec, ludzie wirują, tempo ciągle wzrasta. Potem wchodzi letnia, wakacyjna impreza. Ludzie się wyszaleli i słuchają zabawiającego ich muzyka i bawią się razem z nim. Gość brzmi, jakby bezpośrednio zwracał się do słuchaczy i to jest bardzo miłe wrażenie. Długie to, a zupełnie się tego nie czuje. Piękna sprawa, piękna wrzuta!

Culture Club – Karma Chameleon

Śmieszne, ale zupełnie nie pamiętałem pierwszych, gitarowych dźwięków tego kawałka, który tyle razy słyszałem w radiu. Nawet niektórych linii wokalnych (w zwrotkach) nie pamiętałem. W sumie to w ogóle dawno go nie słuchałem, Culture Club zawsze był dla mnie zespołem dwóch hitów, nigdy się w niego nie zagłębiałem. Ale, żeby nie było, dla mnie Karma Chameleon to kawałek RZETELNY, z chwytliwą melodią, kojarzy mi się z czasami, kiedy słuchałem bardzo dużo różnych takich hitów. Tyle, że nie do końca w moim klimacie. Fajny jest ten motyw zagrany na harmonijce, dodaje wiele uroku utworowi. Głos przyjemny, dobry, rzeczywiście nieźle się go słucha. Nie wiem, co tu dodać, jest ok.

Propaganda - Dr. Mabuse (The First Life of...)

Oho, mamy znów te ciemniejsze ejtisy, z tym dudniącym, posągowym brzmieniem jakby z głębokich, ciemnych i dużych sal, opuszczonych, bazujące na elektronice i ją przyozdobione, a zaczyna się jak z jakiegoś kryminału czy innego filmu sensacyjnego. Dobre, przestrzenne brzmienie, ten obcy akcent, mocne wokale, te wszystkie eksplozje klawiszy są jak nagle oślepiające, mocne światło w czasie przesłuchania/ścigania zbiega. Kobieta ma naprawdę fajny, mocny głos, aż chce się jej posłuchać więcej. Wszystko to się jawi w szarych, ciemnoszarych kolorach, może nawet czarnych, ciemniejszych niż na okładce.
Spowolnienie jak punkt kulminacyjny w filmie, jak spotkanie adwersarzy twarzą w twarz, jeden od drugiego coś wziął i się rozeszli bez mordobicia. I tak chyba lepiej. Dużo się dzieje, na bogato, trzeba będzie się zabrać za całość, bardzo mi się podoba.

Kraftwerk - Autobahn

A teraz mamy klasyka, znanego od lat z jakiejś składanki, co prawda w okrojonej wersji, ale klasyka. Brzmi mocno staroświecko, ten klakson, to hałaśliwe uruchamianie pojazdu, ten początek podróży, a potem wchodzi ten doskonale znany motyw. Sporo efektów jakby z jakiejś Phaedry, a w każdym razie muzyki bardziej abstrakcyjnej. Dobrze, że to wjechało. Kawałek jest dosyć jednostajny, w sumie niewiele się w tym tle dzieje, jest surowo, jest klawiszowo, jest też generalnie lekko. Potem wchodzi motyw filmowy, coś jakby muzyka ilustracyjna (właśnie się złapałem na tym, że Hien właśnie to opisuje ;( ech, ten mój poziom znajomości filmów ;(), coś jak spotkanie na postoju, może w barze przy drodze, gdzie się spotykają ludzie i coś się zaczyna dziać. Kawałek do słuchania niezobowiązująco, na długie, samotne chwile, kiedy można sobie pozwolić na różne chille i eksperymenty typu "ciekawe, jak się takiej muzyki słucha samej i świadomie, do czego ona pasuje, z czym się kojarzy?" Na pewno nie do słuchania na szybko, w drodze. Dawno już nie słuchałem, a przynajmniej nie tak, żebym coś z tego wyniósł, a tu proszę ;(. Improwizacji zupełnie nie pamiętałem albo nie wryły mi się w pamięć, bo w czasie, kiedy je poznałem, to nie byłem na nie gotowy. Kosmiczna muzyka drogi, ale chyba nie na drogę. To raczej muzyka pracujących maszyn, silników, komputerów, sprężyn, rur, wysięgników. Potem mamy drony. Drobiazgi, które robią wrażenie. Sam koncept jest ciekawy. Powrót wokalu wydaje się trochę na siłę/trochę pretekstem do kolejnej improwizacji. Muzyka się nieco rozwadnia, nabiera skojarzeń z jakimiś terenami nadwodnymi. Około 16:00 znów zmienia się klimat. Finał to już taka wariacja na tematy znane. Powoli dojeżdżamy do celu. Prowadził cię... Kraftwerk. I Dragon. A myśli zostają przy samej podróży.

And One - Killing the Mercy

Przyznam, że pierwszy odsłuch tego kawałka minął mi dosyć bezwiednie. Tzn. zanim poczułem, że utwór się zaczął, on tak naprawdę już zdążył się skończyć ;(. Pomyślałem, że może kolejny raz wniesie coś więcej. Gość śpiewem skojarzył mi się z Rammsteinem. Agresywne electro, chłodna aura, ten zły i mroczny wokal, aż brakuje, żeby wyskoczył jakiś gość jak z Dosko i powiedział: "to ja poproszę colę" i całe to napięcie, ta mozolnie budowana ciężka atmosfera rozwiały się bezpowrotnie, bo to jest aż za poważne. Cieszę się, że nigdy nie słuchałem grup uważanych za coverbandy DM. Mnie to jakoś nie przypomina DM, jeszcze ten pretensjonalny tekst, nie wiem, co to ma być, ale wygląda źle. To się nadaje na imprezę, ale tę chwilę, kiedy człowiek akurat siada na chwilę na kanapie, żeby odpocząć. Mocny bit, trochę zbyt jednostajny. Brakuje mi trochę jakiegoś lepszego przejścia między zwrotką a refrenem. Monotonia, która u Kraftwerku była zaletą, która wchodziła nawet u Joego, ale tam wszystko trzymał bujający bit w ryzach, tu raczej słabi. Aha, to ma niezły potencjał depresjogenny i już samo to powinno być dla mnie sygnałem ostrzegawczym. Trochę to przepływa koło mnie, w takiej sytuacji to ja chyba wolę Ultrę zapuścić, dużo lepiej oddaje ciężkie klimaty. Swoją drogą, kiedyś się odbiłem od Clan of Xymox, może do nich czas wrócić?

Flipper - Ever

Sam początek kojarzy mi się z imprezą, która powoli dobiega końca i goście po raz ostatni próbują przyciągnąć uwagę znużonej i żądnej udania się do domów publiczności. Gość drze japę, ale nie przyciąga to jakoś bardzo uwagi, jeszcze słychać jakiś hałas gitarowy w tle, ludzie się jeszcze bawią, ale od niechcenia, w ogóle dopiero teraz widzę, że to z 1981, ja myślałem, że to współczesne, mało to dzisiaj takich grajków? Coś rodem z piwnicy dla ludzi, których niespecjalnie obchodzi świat, nie obchodzi, co oni myślą o nich, no, ale z piwnicy to chyba wyjść się z tym nie da. Też mam wrażenie, że Mentos dużo skacze po różnych dziwnych rzeczach, tyle że w sposób bardziej skoordynowany niż ja. Ale jakąś gębę to przylepia: to robota do kitu, tu się związek nie udał, tu mam angst, taki don Furiato trochę z naszego Mintaja. Piosenki o pieprzeniu były jednak duuużo lepsze.
Co jeszcze wali po oczach, to kiepska okładka. Jeśli to jest "standardowy" Flipper, to nie za dobrze. Niestety.

Fajnie się kolejka zaczyna, Starting Today to złoto, Karma Chameleon - solidny hit, którym nie pogardzę, Dr. Mabuse zachęca do przesłuchania całości, Autobahn to klasyk, a potem coś siadło.

Dobra, teraz czas się zająć czymś swoim.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 29 kwie 2023 21:52

Joe Armon-Jones - Starting Today

No mam ja czasami pewien problem z takimi utworami od Murzyna. Trochę ich już było, częściej chwaliłem niż marudziłem. Teraz raczej bardziej bym chyba marudził. Oczywiście wszystko tu niby fajnie gra, utwór jest rytmiczny, nawet bujający. Wokal naprawdę świetny. Instrumenty razem i każdy z osobna super chodzą. Ale mnie to tym razem nie bierze. Może to kwestia kompozycji, może niepasującego mi do końca brzmienia klawiszy, a może to po prostu nie moja bańka. Może też zależy w jakich okolicznościach bym tego słuchał. Na pewno nie włączę sobie tego w łóżku przed snem. Nie zabiorę też na spacer do lasu, bo to nie te klimaty. Myślę, że najszybciej by poleciało, gdybym chciał sobie usiąść w ciepłe letnie popołudnie na balkonie lub tarasie, popijał piwo, patrzył się w niebo i otaczającą zieleń i chciał się po prostu wyluzować. Wtedy ta muzyka pewnie spełniłaby swoją rolę. Może kiedyś nawet zrobię sobie taką murzynową playlistę z tymi wszystkimi soulowo-jazzowymi wrzutkami, które mi się podobały i będę czasami puszczał w takich okolicznościach?
Na pewno stripped miał jednak lepsze wrzutki w tych klimatach.
No ale opowieść o konkursie i nagrodzie pocieszenia, która była lepsza od nagrody głównej, zacna.

Culture Club – Karma Chameleon

Rozumiem doskonale Hiena, bo ja sam mam utwory, które od zawsze mi się podobają i już. Niestety nigdy jednak nie przepadałem za Boyem Georgem i Culture Club mimo, że to były przecież moje czasy. Nie znam za dużo, bo zaledwie kilka singli, ale nigdy nie zachęciły mnie one do czegoś więcej. Tego utworu nie słyszałem naprawdę bardzo długo, ale teraz robi na mnie jeszcze gorsze wrażenie niż kiedyś. Sam utwór nie jest może zły, ale aranż mi nie pasuje kompletnie. Nie będę wygłaszał bredni, że wali kapciem (choć wali), bo sam nie lubię takich argumentów. Wiadomo, że ten utwór powstał ponad 3 dekady temu i muzyka się od tego czasu mocno zmieniła. Jak się coś lubi, to i zestarzenie się brzmienia rzadko przeszkadza. Ale mnie się to brzmienie nigdy nie podobało. Lubię ogólnie dobrze użytą harmonijkę ustną, ale akurat nie w tym przypadku. Zagrywka gitarowa też nieco drażni. Utwór brzmi słabo i nie wywołuje we mnie żadnych emocji.

Propaganda - Dr Mabuse

No ja w przeciwieństwie do Hiena nie dam szansy całej płycie. Nie dlatego, że to zła muzyka. Są niezłe momenty jak np. fajne i klimatyczne bębny w środku. Ale to jednak muzyka, która naprawdę mnie już nie pociąga w jakimkolwiek stopniu. To muzyka tak eitisowa, jak to tylko możliwe. Kiedyś w młodości takich rzeczy słuchałem. Nawet klimatem i brzmieniem mocno kojarzy mi się to np. z London Boys, których lubiłem. No ale czasy się zmieniają, mnie też się mocno pozmieniało i już do takiej nuty nie wracam. Tak, sam czasami wrzucę jakimś eitisem, ale to są właśnie te przypadki, kiedy coś się lubi wyjątkowo od zawsze, nawet po latach. Działa sentyment, nostalgia i wspomnienia. Propagandy nie znałem, więc teraz już na nią stanowczo za późno. Na ten styl, na to brzmienie.

Kraftwerk – Autobahn

Kolejny przystanek Kraftwerk na mojej drodze. Pierwszym był album zapodany przez Czeza, który mi się nie podobał. Potem utwór od Melkiego i album od Murzyna, które to podeszły mi dużo bardziej. No i teraz mini album od Dragona, którego nigdy nie słyszałem, a który na tę chwilę umiejscowiłbym gdzieś tak pośrodku. Ciekawa rzecz złożona z różnych segmentów, które jednak fajnie spinają się w całość. Na początku były chwile znudzenia, może i nadal takie się trafiają, ale są i bardzo ciekawe. Nie miałem jakoś czasu lub sposobności, żeby posłuchać tego w jakichś nietypowych okolicznościach, jak np. we wspomnianym pociągu, w samochodzie, w podróży. W pracy czy w domu to pewnie nie wybrzmiewa idealnie. Nie wczułem się jeszcze jakoś szczególnie w to, ale i tak oceniam pozytywnie. Jest potencjał na growera. Jak lecą te dźwięki imitujące jadące samochody, to klimat od razu kojarzy mi się ze starymi komputerowymi ścigałkami. A to zawsze fajne skojarzenia.

Flipper – Ever

O i to jest muzyka, jaka u mnie nie przejdzie. Nie że nie potrafię go ogarnąć czy coś. Ale nie lubię takich piwniczno-garażowo-burakowatych klimatów (z wyjątkiem Kultu). Kojarzy mi się ten utwór z tymi wszystkimi szarpidrutami, którymi katował nas w szkole wojskowej kolega, o którym już kiedyś pisałem. A ja tej jego muzyki naprawdę nienawidziłem. W ogóle to brzmi, jakby człowiek stał na chodniku i słyszał przez małe piwniczne okienko dochodzące z dołu przytłumione łupanie jakichś chłystków. Nie podoba mi się. I jeszcze to raczej niepotrzebne klaskanie przez cały utwór. Nie mam nic do klaskania, ale tu akurat nie pasuje.
Big Black to jednak dwa piętra wyżej stoi.

Mark Knopfler – Lights of Taormina

No i Melki ładnie kończy tę dosyć słabą jak dla mnie jednak kolejkę. Zgadzam się z nim, że utwór jest uroczy. Nawet bardzo uroczy. I tak niesamowicie kojący. Trochę w klimatach country, przez co od razu kojarzy mi się z Ameryką oczywiście. Z jakimś ranczo skąpanym w popołudniowym letnim słońcu. Na ganku siedzi sobie na bujanym fotelu Knopfler w kowbojskim kapeluszu, gra na gitarze i snuje tę opowieść. Lubię takie klimaty. Lubię głos Marka. I lubię taką muzykę. Gitara jest świetna, nawet słyszę w którymś momencie gustownie brzmiący akordeon. Idealna muzyka do całkowitego wyluzowania się.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 29 kwie 2023 22:42

Shania Twain - When You Kiss Me 2002

Wrzucam awansem, bo za godzinę wyjeżdżam na tydzień. Laptopa nie biorę, a pisanie opisów w telefonie mi się nie widzi.
Będzie też krótko, bo czas mnie nagli. Do tej wrzutki zainspirował mnie właściwie Melki. Jego utwór Knopflera miał taki country charakter, więc od razu mimowolnie przypomniałem sobie o piosenkarce country Shanie Twain. Poznałem ją jakoś bliżej w okolicach 2002r., gdy ukazał się jej czwarty album Up! Oczywiście jej kilka wcześniejszych singli słyszałem, ale dopiero single z Up! zwróciły moją wzmożoną uwagę na piosenkarkę z Kanady. Ten album był zresztą nagrany w trzech wersjach: country, pop i międzynarodowa cokolwiek to oznacza. Ja słuchałem tylko wersji czerwonej, czyli pop.
Shania ma co najmniej kilka utworów, które mógłbym tu z powodzeniem umieścić. Wybrałem piękną balladę When You Kiss Me, która zamyka album. Ten utwór zawsze porusza we mnie jakąś czułą strunę. Nie ma się tu co rozwodzić z opisami. To po prostu piękna i nastrojowa piosenka. I tyle mi wystarczy. Ładna linia melodyczna, ładna aranżacja i piękny głos Shani, który zawsze bardzo lubiłem. Głos bardzo charakterystyczny i niepodrabialny.

https://www.youtube.com/watch?v=J-ws5Zf4BXg
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 29 kwie 2023 23:00

Czy my nie czekamy na dragona? xD
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 29 kwie 2023 23:06

A czytałeś co Wuja napisał?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 30 kwie 2023 00:06

Nie
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 30 kwie 2023 12:37

Ale z majówką raczej lecimy dalej, więc Smok może czuć się zaproszony do wrzucania recenzji dzisiaj.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 01 maja 2023 03:14

Joe Armon-Jones Starting Today

Słuchałem pierwszy raz bez spojrzenia w opisy i zastanawiałem się, na czym ten koleś gra... klawisze obstawiałbym jako ostatnie. Intuicyjnie odniosłem wrażenie, że nie może odpowiadać za najmniej ciekawy element całości xD Solidny groove, szkoda, że numer rozmywa się do postaci nienarzucającego się dżezowego muzaka w tle. Wokale nie irytują, ale powtarzalność tytułowej frazy w dawce bliskiej przekroczenia momentu krytycznego. Zestaw instrumentów typowy, zagrywki niezbyt wyróżniające się, nie jest tak hipnotyczne, wciągające jak Expansions. Ma to sznyt sugerujący znacznie wcześniejszą datę wykonania, 2018 rok też mnie zaskoczył. Przy okazji audycji w RAMce wielokrotnie natknąłem się na takie kawałki. Trochę trwają, znajdują się po/przed ciekawszymi rzeczami. Słucham z uwagą, ale też z oczekiwaniem nadejścia czegoś innego. Średnio szybkie tempo, brzmieniowy rozgardiasz miejscami... nie byłoby czilery.

Culture Club Karma Chameleon

Bardzo lubię Boya. Ze specyficzną satysfakcją odnotowuję fakt, iż świat nie zapomniał o nim do końca. Udział w jednym show telewizyjnym, stosunkowo spore zainteresowanie powrotem Culture Club sprzed kilku lat. Nie wiem, gdzie natknąłem się pierwszy raz na nagrania koncertowe z Berkeley, ale po kilku minutach totalnie się wkręciłem. BG jako całkiem zabawny konferansjer-anegdociarz momentami, który co rusz występuje w innym zgrabnym ciuszku, a do tego TEN głos. Ewolucja gahanozy to pikuś w porównaniu do przepysznie obniżonego zjechanego głosu Boya. Może dzisiaj brzmi to pewnie odrobinę inaczej, ale do tego zestawu nagrań mam ogromny sentyment i wracam do nich ze szczerą radochą. Ikoniczne, kolejna piękna postać światowego queeru. Wybrałbym się na Culture Club, gdyby kiedykolwiek chcieli zagrać w Polszcze.

https://www.youtube.com/watch?v=JVF9NkxLt7U

Karma Chameleon jest jak ten jeden dzień. Posiadówka z przyjaciółką w salce muzycznej. Ona z gitarą, ja bawiący się przy klawiszu. Już nie pamiętam - próba nie próba - na pewno przed naszym ostatnim grupowym performansem piosenkowo-poetyckim. Przynajmniej godzina upłynęła przy spontanicznym "próbowaniu" rzeczy, czy może bardziej śpiewaniu dla przyjemności przy jednoczesnym sprawdzeniu możliwości. Od ręki jeden numer za drugim. Wśród nich wrzucane przez Hiena Karma Chameleon. Dzisiaj jeszcze jeden błyskotliwy nawrót wspomnienia. Obok Justa na mojej pierwszej studiówce pamiętam KC z drugiej, tańce w dobrze znanym gronie tych, którzy wtedy już od wielu miesięcy byli przy mnie najbliżej, a jednocześnie mogli bez skrępowania wpaść na imprezę. Ostatnie miesiące przed pandemią.

CC ma w repertuarze wiele innych, równie dobrych bangerów. Church of the Poisoned Mind, Black Money, Do You Really Want to Hurt Me. Boy znakomity również w The Crying Game, itede, itepe...

Propaganda Dr Mabuse

Wydawało się kompletnie obce, ale pachnie mi czymś dobrze znanym przez moją mamę oczywiście. Coś mi mówi fragment z "sell him your soul / never look back". Jednocześnie brzmi dość podobnie do masy rzeczy lubianych w domu, a z drugiej strony ten charakterystyczny śpiew pamiętam sam w sobie. Te dobre kilka lat temu musiałem raz usłyszeć i po prostu nie drążyć tematu. Gdybym to zrobił... dzisiaj pewnie byłoby wśród lubianych i ogranych dziesiątki, setki razy. Mocno osadzone estetycznie w trendach ejtisowych, wyższa szkoła klawiszologii, ale co najważniejsze nie jedzie ani taniochą, ani przesadą. Nawet niemczyzna nie straszy, choć znajomość Tic Tac Toe (WARUM?) i Falco na pewno ułatwia sprawę. Specyficzny wybór obskjurowy Musiała po raz kolejny zdaje egzamin.

And One Killing the Mercy

And One może być co najwyżej podróbką And One, bo pomimo kilku podobieństw oni wcale nie są tak blisko Depeche Mode. Mogę mówić tylko na podstawie znajomości Bodypop i kilku starszych singli, ale w ich muzyce wbrew pozornej prostocie, paru średnich zabiegów często stosowanych... jest to mityczne COŚ WIĘCEJ. Dobrze zawieszone między mhokiem jak się patrzy, odpowiednią melodyjnością i rzetelnością wykonania na wokalu. Pomimo przesadnie długiej jazdy na niskich tonach wokalisty, prawie że śmiesznych wejść w chórkach któregoś z zespołowych łysoli... numer działa. Ilustracyjna, dobrze bujająca i schludnie wykonana potańcowka z lekkim dreszczykiem. Tylko Sexkeit i rzewne Love You To The End poruszają we mnie wrażliwe struny. Niezbyt rzecz na poważnie, ale też żaden kicz i tandeta. Zasadniczo nie szukam w ich muzyce wielkich przeżyć. Sam lubię również trzymać się z dala skojarzeń z jakimś chlaniem, imprez dla pijaczyn lubiących DM i to wszystko, co dla nich jest do depeszy podobne. To wielka rzecz, ale pomimo narośli ta muzyka się broni.

Flipper Ever

Zastanawiam się, co tu napisać. Zacząłem coś pouczającego, ale stanąłem w miejscu. Zgubiłem wątek, zacząłem się nie zgadzać sam ze sobą. To nie jest w ogóle łatwa muzyka. Dzisiaj łatwo ją przyjmuję. Nawet się trochę od niej już odbijam, bo młodzieńczy angst wobec społeczeństwa mam za sobą, ale... gdybym nie miał, to Ever i inne takie mogłyby go wzmagać. Ambiwalentna rzecz. Uporządkowany chaos i brud jak u Massacre. Specyficznie nieprzyjemny, ale bardzo wiarygodny wokal. Tekst dodatkowo przygniata. Pozornie sprawia wrażenie jakiegoś szkicu, jakby od niechcenia się zaczyna i tak trwa w tym marazmie. Doskonale zaplanowanym i przemyślanym artystycznym poczuciu bylejakości. Niepokojąco trafne. Wiem, że to już nie moja muzyka. Staję obok i patrzę z uznaniem, ale też ze sporą rozwagą.

Mark Knopfler Lights of Taormina

Naiwnie można by pomyśleć, że Dire Straits wyczerpuje do końca możliwość kreacji muzycznego dziaderstwa. Bestka uzmysławia mi, że pięknie się myliłem, trwając w błogiej nieświadomości i naiwności. W przypadku Dire Straits dzieje się jeszcze coś więcej pod względem artystycznym, natomiast co wrzuta z Knoppersem, to przekraczam kolejny poziom sztampy, schematu, kreatywnej martwicy. Obumierania nadziei. Wychodzi na to, że Knopfler w pewnym momencie się zaszył i męczy w niemożliwie neutralny sposób. Klepie płyty jedna po drugiej, trwa w uwielbieniu dla folku, country, a słuchacze poza rezydentami El Paso czy Lubbock po prostu uciekają z krzykiem, zostawiając rzeczy w lokalnym hostelu, byle jak najdalej od kolejnej tej samej ballady na temat. Już wolę Domek na prerii. Dziadowanie dla dziadowania w celu romantyzowania.

Kolejka dwóch wrażeń. Jeden tercet dostaje serduszko, drugi dostaje kosę w plecy.
Big Black to jednak dwa piętra wyżej stoi.
Shodan to jednak lubi robić porównania, których nie chce robić :(
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 01 maja 2023 11:48

Jadę dalej

Jessie Ware - Stay Awake, Wait For Me
(2017)

No tym razem postaram się nie popełnić tego błędu co z Honeyroot gdzie odpuściłem sobie już wrzutkę utworową skoro wrzucałem cały album i nie dałem możliwości by Nobody Loves You (The Way I Do) zabłyszczało najpierw solo, kto ten utwór docenił ten docenił, tu jest wrzutka bardziej osobista jednak a nie z grona rekomendacji więc nie odpuszczam.

Wstępu robić w sumie nie muszę dla Jessie bo podejrzewam każdy już chociaż raz zerknął na mój opis do albumu Glasshouse który wjedzie niebawem do bestki albumowej, jak wiecie była to płyta której namiętnie słuchałem jesienią 2017 roku (na moim nieśmiertelnym odtwarzaczu mp3) kiedy to objąłem nowe stanowisko w pracy. Wraz z nowym stanowiskiem wiązały się też inne godziny pracy i tym samym pracę kończyłem wówczas bardzo późno bo o godzinie 23 po czym nieprzytomny turlałem się do chaty gdzie czekał na mnie przeważnie już tylko pies z pełnym pęcherzem niecierpliwie wymagającym spaceru, no chyba że był piątek lub sobota. Wtedy z rzadka zdarzało się że moja dziewczyna jeszcze nie spała tylko siedziała do późna oglądając coś w telefonie dla zabicia czasu i przyznam szczerze bardzo lubiłem te momenty kiedy zastawałem ją w domu oczekującą mojego powrotu.

O tym właśnie dla mnie jest ten kawałek a właściwie jego refren, gdyż sam utwór zdaje się bardziej opowiadać historię stęsknionej kobiety wyczekującej następnej schadzki z kochankiem. To subtelna (bo nie znajduję lepszego słowa w sumie na cały ten album), nieco senna ballada utrzymana w klimacie późnych wieczorów właśnie, wydaje mi się że dość smacznie oddająca klimat bycia zakochanym. Ma fajny gitarowy wstęp, leniwy bicik, prostą zagrywkę na dęciakach i ładne solo na trąbce, odrobinę przypomina mi to klimat niektórych ballad Isaaca Hayesa z początku lat 70. Numer ten jak i reszta płyty pełne są moim zdaniem takich prostych lecz skutecznych, sprawdzonych zabiegów, może brzmią bezpieczne ale przyjemnie i czego chcieć więcej. Sentyment do utworu pozostał i do dziś kiedy czasem zdarza mi się pracować do późna łapię się na tym że gdy wracam do domu to spacerując pustymi ulicami miasta nucę ten refren w głowie.

https://youtu.be/Iv_cSSzhgko
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 01 maja 2023 12:05

Fajnie, że Culture Club zebrało universal acclaim, ale nie spodziewałem się niczego innego. Tymczasem, powinienem teraz wrzucić jakąś balladę spod hasła encyklopedycznego "munlup", ale nie, przerwę tę serię smętów, którą koledzy zaczęli.

Goldfinger – Superman


Na maj zaplanowałem dla Was kompletnie inny core, którego jeszcze nie prezentowałem, i którego w zasadzie nikt z nas tutaj za bardzo nie liznął. Tym samym, może być ciekawie. Jedno mogę zapowiedzieć – na miesiąc pożegnajcie się z balladami. Serię tę otwieram utworem, który poznałem dzięki grze. Pisałem już kiedyś, że też mam swoje „GTA”, czas zatem otworzyć tę puszkę. W pierwszego Tony’ego Hawka zagrałem po raz pierwszy jakoś w 2000 r., pół roku przed premierą dwójki. „Superman” to wyjątkowy utwór dla każdego fanatyka tej serii, bo to pierwszy kawałek jaki słyszy się w grze, po odpaleniu pierwszego levelu „Warehouse”.

Goldfinger to zespół grający skate punk i ska punk, istnieją do dziś, o czym jeszcze będę pisał pod koniec. Powiem szczerze, z polskim punkiem nigdy się szczególnie nie polubiłem. Może w liceum słuchałem trochę Pidżamy Porno, Sedesu i czegoś tam jeszcze, ale wiecie, teenage angst, z tego się wyrasta. Polski punk, stylistycznie i lirycznie jakoś mi nie siedział, to była i nadal jest muza nagrywana przez brudasów, dla brudasów, do tego często mocno siedząca w polityce, co ze mną średnio korespondowało w tamtym czasie. Co innego punk z USA. To jest zupełnie inne granie, mniej związane z jakimś poważnym buntem przeciwko poważnym rzeczom, a raczej z collegowymi imprezami z fajnymi laskami i skaterami w tle. Wiecie, zaczyna się „American Pie”, ujęcie amerykańskiej szkoły, cheerleaderki ćwiczą jakiś układ, obok gra kapela. To jest mój punk.

U nas to skejtowanie było smutniejsze. Nakręcony grami z serii THPS, kupiłem sobie deskę (no ok, dostałem od ojca) i zacząłem się uczyć. To się zrobiło nagle tak popularne, że na parkingu hipermarketu koło mnie, wybudowano w wakacje skatepark z prawdziwego zdarzenia, a do tego odbyły się zawody. Ja w nich nie startowałem, bo byłem zbyt chujowy, ale fajnie było się tam plątać z deską i chociaż popatrzeć, chłonąć tę atmosferę. Wielu z nas patrzyło w kierunku USA, która dla nas była wzorem tego, jak skejtowe życie powinno wyglądać. Nie na blokowisku, z jakimś smutnym polskim hip-hopem w tle, ale właśnie z amerykańskim pop-punkiem. Do dziś, to jest jedyny rodzaj punku, jakiego słucham (a ma on różne odnóża, więc jest tego sporo, i wbrew pozorom te zespoły się różnią od siebie). Ze ska się jakoś szczególnie nie lubiłem, ale to też do momentu, w którym usłyszałem zagraniczne zespoły.

„Superman” to kawałek, który dojrzewał przez lata z nami, dzieciakami grającymi w THPS, w czasach największej świetności i popularności serii. Dojrzewał też lirycznie, bo to kawałek o starzeniu się. Jak wchodzę na yt i czytam komentarze pod tym numerem, to połowa osób stwierdza, że teraz dopiero w pełni rozumie o czym to jest. „Superman” to jeden z wielkich hymnów starzejących się millenialsów, takich jak ja. Przenosi do krainy nastoletniego braku prawdziwych trosk i zobowiązań, a jednocześnie przypomina, że pomimo tego, że w głowie jesteśmy coraz młodsi, to robimy się coraz starsi i zdziadziali, ale oczywiście tego po sobie nie możemy pokazać. Jeszcze z 5 lat temu zdarzało mi się turlać na czterech małych kółkach w towarzystwie, uwaga, Adriana Musiała, któremu kupiłem jakaś tanią deskę w prezencie, bo nigdy nie próbował. Ale my musieliśmy komicznie wyglądać, jak Krzysztof Ibisz odpychający 20tkę. Obecnie już prawie nie jeżdżę na desce, bo zwyczajnie jestem zbyt niedołężny i boję się, że faktycznie powybijam sobie zęby jeśli nie gorzej xD

https://www.youtube.com/watch?v=XvziPPpryv0

bonusowa trivia: kilka miesięcy temu, Tony Hawk wystąpił na koncercie Goldfinger i zaśpiewał z nimi „Superman”. Jeżeli jest coś bardziej zajebistego, co wyszło poza ramy pikseli, to proszę o przykład, poczekam.

https://www.youtube.com/watch?v=un3ACPabUDQ
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 01 maja 2023 17:32

Partia - Warszawa i ja

Ja wiem, rozumiem, zdaję sobie sprawę z tego, że na tym forum jest spory klub nienawidzicieli Miasta Stołecznego naszego wspaniałego kraju, i muszę Wam powiedzieć, Porcupine Tree Forumowicze, że sam wiele lat temu do nich należałem. Jako Prawdziwy Łodzianin<TM>, bardziej nawet z wyboru niż pochodzenia (choć lwia część członków mojej rodziny, w tym wszyscy od strony ojca urodzili się w Łodzi właśnie, moje przyjście na świat w Zgierzu i generalnie mieszkanie tam są dziełem czystego przypadku), gardziłem Wawą ile wlezie. Warszawa dla Łodzi to zło, źródło wszelkich nieszczęść i to właściwie od samego początku rozwoju miasta (a więc od mniej więcej czasów w okolicach Powstania Listopadowego, kiedy to Prezes Komisji Królestwa Polskiego - takiego odpowiednika rządu - Rajmund Rembieliński przejeżdżał z Piotrkowa do Zgierza przez góry, doły i zasilane licznymi rzeczkami bagna i stwierdził "o, tu jebniemy osadę fabryczną"). Władze centralne miały Łódź w dupie, czy to przez typowo inteligencko-poszlachecką wzgardę wobec kapitalizmu i robienia pieniędzy, czy przez niechęć wobec żywego w tym mieście zwłaszcza w czasach niepodległości dwudziestolecia międzywojennego socjalizmu (poczytajcie sobie, jak Warszawa unieważniała wybory samorządowe, bo w każdym kolejnym głosowaniu na urząd prezydenta miasta zwyciężał Norbert Barlicki, brudny pepeesowiec, ale taki prawdziwy, nie sanacyjny oportunista-karierowicz), czy też w czasach PRLu (praktycznie zero inwestycji w cokolwiek, wybłagane uniwersytet i polibuda), czy oczywiście zaraz po jego upadku, kiedy rząd - każdy zresztą, czy były to Solidaruchy, czy postkomuna - wysrywał się na miasto na rzadko. W końcu włókniarki to nie górnicy, nie przyjadą do Stolicy palić opony i wybijać kamieniami okiem w KPRMie na Aleja Ujazdowskich. Pamiętam Łódź lat 90., pamiętam nieliczne wizyty w Warszawie. Łódź była syfem, przeokrutnym i przerażającym. Centrum sypało się w oczach, liczba mieszkańców, od imponujących 890 tysięcy w 1988 roku, topniała w zastraszającym tempie (aż wg ostatniego spisu powszechnego osiągnęła 630 tysięcy), miastem rządzili zastępujący się nawzajem "czerwoni baronowie", którzy dziś pamiętani są głównie przez różnorakie afery. W końcu w 2002 roku, w pierwszych powszechnych wyborach prezydenckich (do tamtego czasu prezydenta wybierali rajcy) zwycięża były zetchaenowiec Jerzy Kropiwnicki i z miejsca obiecuje cuda. Co to za cuda były, to już w innym wątku pisałem, największym z nich było to, że to miasto w ogóle nie runęło. Wszyscy pozyskani w tamtym czasie inwestorzy właściwie już tu nie urzędują, sztandarową inwestycją był szybki Łódzki Tramwaj Regionalny, który nie jest i nigdy nie był ani szybki ani regionalny, ale jego budowa rozpieprzyła na kilka lat całe miasto. Zabytki się paliły, utrzymanie bieżące nie istniało (teraz zresztą też nie istnieje), syf, kiła i mogiła. Warszawa na tym tle jawiła się jak starszy brat z sukcesami, na które jednak była skazana (wszak siedziba władz centralnych), ale też taki starszy brat, który jest jawnie faworyzowany przez rodziców (czyli władze centralne). Warszawy się za to nie lubiło. Jeszcze to najbardziej wkurwiające zjawisko - drenaż mózgów. W Łodzi od zawsze było cienko z robotą dla ludzi wykształconych. Symbolem miasta stali się uciekinierzy (najczęściej zaraz po studiach) albo tzw. Boat People, którzy codziennie rano dymali na dworzec Łódź Fabryczna wsiąść w Telimenę (odjazd 5:25 OIDP) i pruć do Stolicy do roboty i potem z tejże wracali późnym wieczorem. Wielu z nich w końcu zasiedliło Bemowo czy Targówek, no bo ile można (szacuje się, że tzw. byli Łodzianie to niemal 25% wszystkich mieszkańców Warszawy). Jest całkiem niezły film, który opisuje to zjawisko - Aleja Gówniarzy, taki pun na nazwę jednej z głównych arterii północ-południe w mieście, a więc Aleja Włókniarzy. Wyreżyserował go Piotr Szczepański (nie wiem, czy reżyserował coś później TBH), a jedną z głównych ról gra wyjątkowo niewnerwiający mnie Wojciech Mecwaldowski. Razem z imć Hienem lubimy tę pozycję i polecamy. Po co ten wielki wstęp?

A bo ja TEŻ szczerze nienawidziłem Warszawy. Miasto-złodziej, przyczyną katastrofy swojego mniejszego sąsiada, miejsce, w którym prawie wszystko się prawie wszystkim udaje, jednocześnie bezczelnie wyniosłe, zamieszkane przez buraków granatem od pługa oderwanych, co to uważają się za niewiadomo kogo, choć urodzili się w Żyrardowie lub pod Koluszkami. Miasto, na które patrzyło się jednocześnie z pogardą i podziwem, ale cichym, a na pewno z zazdrością, że oni mają pieniądze, inwestycje, firmy, urzędy, sprawny transport, no w ogóle metropolia. Większość Łodzian do dziś ma Stolicę w głębokim poważaniu, inni odpuścili, inni się przenieśli, bo nie mieli innego wyboru. Ja np. potrzebowałem uciec ze Zgierza, Łódź była za blisko, Kraków spalony, chciałem Gdańsk, ale niestety, głupie decyzje sprawiły, że musiałem się trzymać blisko środka Polski. I tak, 5 lat po tym, jak reklamowałem pewnemu swemu ziomkowi Łódź (kol. Hien zna tego ziomka zresztą), a na Warszawę plułem ile ślinianki pozwoliły, za jego między innymi namową w tej Warszawie wylądowałem. Faktem jest, że uwielbiam duże miasta. Im większe tym lepsze, a w Polsce za dużo takich ośrodków nie ma. Jeszcze miasto nad wielką wodą - w tym wypadku rzeką - już w ogóle wygryw. Przeniosłem się do Wawy we wrześniu 2012 roku. I w porównaniu do tego, co spotykało mnie w Zgierzu/Łodzi, to mogę szczerze powiedzieć, że spędziłem tam najpiękniejszy czas w swoim życiu. W 10 lat zaliczyłem średnio 10 mieszkań, 3 poważne związki, sporo mniej poważnych, 4 różne prace, poznałem od cholery fajnych i ciekawych ludzi (nieciekawych i niefajnych też trochę), zawiązałem długotrwałe przyjaźnie. Po tej ponad dekadzie mogę powiedzieć, że naprawdę polubiłem to miasto. Uważam je za swój drugi dom (pierwszym na zawsze będzie Radogoszcz Wschód, na którym teraz jestem pisząc te słowa), jest i piękne i paskudne, i uporządkowane i do bólu chaotyczne, inspirujące i dołujące, ekstatyczne i mordercze, pełne wspaniałych osób i nadętych dupków. Ot, same kontrasty, trochę jak Jerzy Urban. Pewne okoliczności zmusiły mnie do jego opuszczenia na razie, ale wkrótce tam wrócę i otworzę zupełnie nowe rozdziały. Nie żałuję ani jednej minuty tam spędzonej, choć Hien zapewne powie, że powinienem lol.

Numer, który zapodaję, pokazała mi moja pierwsza warszawska dziewczyna (ta od Craft Spells) jakoś w styczniu 2013, a więc spory kawałek czasu temu. Partia to nieistniejący już zespół rockowy który powstał... Oczywiście w Warszawie, jakoś w 1995 roku. Wydali parę krążków (przestali istnieć w 2003), nic odkrywczego - a posłuchałem to i owo - ale ten jeden numer mnie ukradł z miejsca. Jest... No, zajebisty. Prosty w gruncie rzeczy, przypomina trochę popłuczyny po punku, a do tego chwytliwy refren, odpowiednie tempo, czego chcieć więcej. No i tekst, tekst, który absolutnie uwielbiam. Od tamtej pory puszczałem go sobie raz na jakiś czas, głównie celem podkreślenia jakichś ważnych momentów związanych z moją bytnością w tym mieście. Teraz dla odmiany mnie tam nie ma, ale nie mogłem odmówić sobie przyjemności stania na balkonie i palenia papierosa w swoją ostatnią noc w poprzednim mieszkaniu dwa wieczory temu. Oczywiście obserwując stołeczny skyline, który należy do moich absolutnie ulubionych widoków ever. Teraz mnie tam nie ma, ale niedługo znów będę, i oczywiście pierwszego wieczoru odpalę ten kawałek. Znając siebie będę miał w kieszeni jakąś szminkę, Kuba będzie toczył bekę, paru znajomych będzie chciało iść na piwo a pewne dziewczę do łóżka, ktoś znowu porysuje mi samochód a w pobliskiej piekarni będę musiał od nowa tłumaczyć, czym jest angielka i dlaczego nie jest słodkim ciastem. A Łódź... Gałganów diabli wzięli a miasto stoi, więc się o nią nie martwię. To tyle, powiem jedynie, Warszawa da się lubić, tylko trzeba mieć do niej dobre podejście. Mnie się po latach zmieniło. Uważajcie, bo Wam też może.

https://youtu.be/iEVBG5e-1-I
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl