Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dawaj jeszcze wrzutkę w drugim temacie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ok, porównania z King Crimson się nie spodziewałem xd
Szanuję za to, że poświęciłeś się i probowales coś dostrzec na tym albumie, pomimo tego że to totalna antyteza twojego gustu. Jak cos to ja rozważałem wrzucenie innego projektu albinicza w utworowej, ale chyba odpuszczę, bo nie chce mieć tu latki typa od AGRESYWNEJ muzyki
Szanuję za to, że poświęciłeś się i probowales coś dostrzec na tym albumie, pomimo tego że to totalna antyteza twojego gustu. Jak cos to ja rozważałem wrzucenie innego projektu albinicza w utworowej, ale chyba odpuszczę, bo nie chce mieć tu latki typa od AGRESYWNEJ muzyki
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
I tak już za późno, więc dawaj ten hardcore punk
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Majówkę czas zacząć...
Dev serwuje Alphaville z albumem Afternoons In Utopia
Dev serwuje Alphaville z albumem Afternoons In Utopia
devotional pisze:24 kwie 2023 11:34
Alphaville - Afternoons in Utopia (1986)
...night. Khym, ekhym. Proszę Państwa (PT Forumowicze, blablabla, osoby forumowe niebinarne, blablabla), WIOSNA. Oto i ona, nadeszła i jest, i pachnie, i mieni się kolorami, i w ogóle jest słodko aż będę jechał do Rygi. Niemniej jednak, zanim to (i zanim pyłki do reszty zabiją moje zatoki), pragnę się podzielić z Wami moim ultimate wiosennym albumem. No dobra, kogo ja próbuję oszukać, mam kilka takowych na swojej liście (na czele z Ultrą, którą poznałem w kwietniu 2004), ale atakuję Was chyba dla mnie najważniejszym (poza Ultrą, no ale c’mon, co ja Czez jestem?), który zresztą – nawiązując do pierwszego nawiasu – zakupiłem również w kwietniu 2004, w Empiku w Galerii Łódzkiej (jeszcze wtedy był na bodaj drugim piętrze). W ogóle kupiłem wtedy („kupiłem”, hehe, namówiłem matulę, żeby wspomogła, co smutny i zestulejarzony piętnastolatek mógł mieć wtedy za pieniądze) 3 krążki – Ultrę, The Singles 81>85 i właśnie TO. Afternoons in Utopia, czy też jak to zwykł mawiać mój zakochany w ejtisach nauczyciel od biologii z gimbazy „prof.” Zieliński, Popołudnia w Kraju Utopii. Dodać tutaj muszę ważną rzecz – pomimo tego, iż Alphaville znałem już od połowy lat 90., kiedy to wuj dał mi kasetę magnetofonową z przegraną na jedną stronę płytą Forever Young (zmieściła się cała na jednej, na drugiej wuj mi sprezentował A Kind of Magic Queen na które się dokumentnie latami wysrywałem, po prostu rewind i lecimy od początku), to miałem byle jakie pojęcie nt. tego, kim są, skąd są, w którym roku ukazało się FY i w ogóle jakie tytuły noszą piosenki. Nie miałem żadnej wiedzy dotyczącej ich follow-upów, generalnie wiedziałem jedno wielkie Capital G (jakby to Reznor mógł ująć). Kiedy w latach 2003-2004 za sprawą znanej i lubianej odsłony serii Grand Theft Auto sięgnąłem po muzykę ejtisową, szybko znalazłem „stronników”. A to jeden ziomek z klasy, a to drugi ziomek z klasy, a to nauczycielka od francuskiego (sroga depeszka, gdyby nie ona to… nie byłoby mnie na tym forum xD), a to właśnie nauczyciel od biologii. Naprowadził mnie, gdzie trzeba, poznałem zespół „bardziej”, ogarnąłem, jaką mają dyskografię, no i wyczaiłem w Empiku Afternoons in Utopia właśnie. Do dziś mam tę płytę (jak i pozostałe dwie wówczas zakupione) w oryginalnym boksie, wkładka dołączona do niej była w formie plakatu (sic!), z bodaj najfajniejszą fotą zespołu, jaką sobie kiedykolwiek strzelili (stanowi ona zresztą też okładkę albumu). Pomimo tego, iż płyta w Empiku kosztowała wtedy średnio 60 ziko (nadal chyba tak jest, nie wiem, kradnę – WRÓĆ – infoanarchizuję lol), mamy namiawiać na dodatkowy produkt długo nie było trzeba, albowiem jest ona Niemców wielką fanką (choć sama przez 2 dekady nie wiedziała, że są z Niemiec; zresztą, jej bycie fanką można właśnie ograniczyć do znajomości debiutu, który miała w małym palcu. Nota bene, pamiętam, jak kiedyś, jeszcze w jakimś 2002 albo 2003 roku spytała mnie, czy może Alphaville są z Reichu właśnie, albowiem na debiucie mają piosenki o tytułach Summer in Berlin i To Germany With Love LOL). Dołożę jeszcze takie wspomnienie, że kiedy wsiedliśmy do jej ówczesnego auta, jakim był srebrny Opel Agila, pierwszą płytą wepchniętą do odtwarzacza nie było wcale żadne DM, ale właśnie Gold, Lloyd i (wtedy już, zamiast Mertensa) Echolette. Polecieliśmy w ciekawą podróż (która właściwie wciąż trwa).
Afternoons in Utopia to płyta już zupełnie inna od mocno synthpopowego Forever Young. Oczywiście, to ciągle pop i są synthy, ale po gargantuicznym wprost sukcesie debiutu, trio młodzieniaszków z Akwizgranu dostało nie tylko wiatru w żagle, ale też taczki pieniędzy na konta własne i wytwórni, która postanowiła, jakby to powiedział niezapomniany Richard Attenborough w Parku Jurajskim, „spare no expense”. Zespół miał więc wolne ręce w zakresie chyba wszystkiego. Dość powiedzieć, że przez sesje nagraniowe do Utopii przewinęło się ok. 30 (!) różnych muzyków sesyjnych, gdzie – o ile dobrze pamiętam – każda wykonana przez nich zagrywka została gdzieś użyta. Mamy w wielu utworach żywe bębny, mamy gitary, sekcje dęte nie grane z klawisza, właściwie nie dziwi, że aż do 1993 roku zespół właściwie nie koncertował, bo nie miał jak xD Poza tym woleli też siedzieć w studio i tłuc różne eksperymentalne rzeczy (które koniec końców zamieniały się w całkiem zwyczajny – choć IMHO fantastyczny – pop). AiU promowało aż 5 singli, z czego najważniejszym było (i jest) Dance With Me, jedna z najlepszych rzeczy, jakie w mojej opinii nagrali. Numer oparty o prosty riff, jeszcze prostszy tekst (za to jaki ponadczasowy w sumie), całość ocieka new romantic aż chce się rzygać (zupełnie jak od tej wiosny), ale z głowy wywalić nie sposób. No, na pewno ja nie mogę. Kolejnymi były Jerusalem, Sensations, Universal Daddy (najbardziej cheesy utwór na krążku, ale go uwielbiam) i na koniec bardzo lekko rockowe (bardzo lekko) Red Rose. Nie da się ukryć, że są to ejtisy, jest to pop, są klawisze, niektórych może trochę mdlić. No ale jednak to rok 1986, i o ile wiem, że rzeczy mogły już wtedy brzmieć lepiej i bardziej świeżo, ja upieram się przy swoim – to jest dobra płyta. Jak na tamte czasy, jak na synthpop (nawet, jeśli mniej oczywisty), jak na Alphaville. Gold ma głos jak dzwon, robi z niego użytek zdecydowanie lepszy niż w czasach FY i poprzedzających, ba!, nawet lepszy, niż na The Breathtaking Blue (który to jednak album jest muzycznie kolejnym mocnym krokiem naprzód). Całość w ogóle opiera się o fajny koncept – intro i outro są ze sobą spięte, sami zobaczycie. Nie będę rozpisywał się tutaj na temat poszczególnych utworów – to Wasze zadanie właściwie, napomknę jednakowoż, że do moich ulubionych należą… w zasadzie wszystkie xD Nie no, jeśli mam być BARDZO szczegółowy, to pozwolę sobie wskazać (od początku) Jerusalem, bezwzględnie Dance With Me, tytułowy (który jest naprawdę niesamowicie nastrojowy i jakoś dobrze pasuje pod nasze obecne niespokojne czasy, tekstem i przesłaniem ofc), potem Sensations, The Voyager, Universal Daddy no i balladowo słodko-pierdzące Lassie Come Home, którym się kiedyś srogo zachwycałem na tym forum (jakieś, bagatela, 18 lat temu), aż ś.p. Bojdis nazwał mnie „romantycznym prawiczkiem”. NA TAMTE CZASY ZA BARDZO SIĘ NIE POMYLIŁ, no ale. Lubię nadal, choć 16-tu lat już nie mam, prawiczkiem dawno nie jestem a z romantyzmu zostały mi głównie sentymenty. Posłuchacie, wypowiecie się. No, to w sumie na tyle?
Afternoons in Utopia były dla mnie wstępem do reszty Alphaville. Rok później, zresztą w Berlinie będąc, zakupiłem sobie The Breathtaking Blue, potem Salvation (tylko Prostitute miałem zassane). Z niecierpliwością czekałem na zapowiadany sto lat „nowy album”, kiedy w końcu się ukazał (Catching Rays on Giant, grudzień 2010), znów poleciałem do Empiku. Kiedy zapowiedziano następny – natychmiast zassałem. Lubię Alphaville, mieli swój dobry moment, choć gdyby i debiut i AiU ukazały się kilka lat wcześniej odpowiednio dla siebie, to myślę, że zdobyliby jeszcze większą popularność (zwłaszcza w Stanach i UK, na czym im bardzo zależało). Gold pisał naprawdę dobre teksty (choć często były przeplatane mocno „serowymi” wstawkami, potem niestety generalnie zrobiło się gorzej), wciąż ma dobry głos i świetny kontakt z widownią (tym bardziej nie mogę zrozumieć, dlaczego tak długo czekali z koncertowaniem), pionierami nie sposób ich nazwać, ale właściwie, czy kogoś to obchodzi? Czy kogoś powinno? W tym roku mija więcej lat odkąd poznałem ten album (19) od czasu, który dzielił moment poznania tego albumu przeze mnie od jego premiery (18 lol). Każdej wiosny go włączam, każdej wiosny się zachwycam. Trochę nostalgii, trochę tańca, trochę tango (kołysanka w stylu Mango). Nikt tu ognia nie odkrywa ani koła nie wynajduje, nawet, jeśli trochę się starano (spory budżet, masa artystów wspomagających, no i Peter Walsh jako szef zespołu producenckiego, miał już na koncie New Gold Dream Simple Minds). Niektórzy mogą powiedzieć… Nie no, nie wiem, co mogą powiedzieć. Posłuchają to powiedzą xD Chyba do tej pory nie wrzucałem jakiegoś swojego osobistego „monumentu” muzycznego, najbliżej zdecydowanie było właśnie w/w Simple Minds i Black and White, no ale nie miałem wówczas perspektywy czasowej, bo kiedy ta płyta miała premierę, to ja ich już znałem rok z okładem. Nabiłem się na premierę i byłem mocno zahajpowany. Alphaville poszło trochę inną drogą, ale wciąż z korzyścią dla siebie. I dla mnie. Także Wy słuchajcie (nim wiosna trwa), a ja uciekam, żeby depart one day in a relative way and return on the previous…
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... u1ywBLMsVs
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Alphaville – Afternoons in Utopia
Chciałbym, aby moim jedynym zadaniem tutaj było recenzowanie opisu Musiała, bo te są zawsze dobre. Niezależnie od płyt, wrzutki są utrzymane w klimacie grubej i całkiem zaraźliwej podjary, pełne śmiesznych anegdot, czasami cringowych wtrąceń baj nasz Romantyczny Prawiczek, ale ogólnie takie, że człowiek sobie myśli ‘fajnie, że ten Dev jest na forum’. A potem trzeba przejść do muzyki. Rzecz w tym, że „Afternoons in Utopia” znalazłem w folderze wymiany jaką robiliśmy z Musiałem na długo przed powstaniem naszej bestki. Ucieszyłem się, że już mam pierwsze przesłuchanie i jakieś wstępne wnioski za sobą, ale jednocześnie kompletnie nie pamiętałem tego albumu. Sprawdziłem na laście, a tu siusiak, zero scrobbli. Nie wiem, ani ja, ani Dev, nie pamiętamy, jak to do końca było, ale wychodzi na to, że wymieniliśmy się wtedy albumami, ale ostatecznie wymianę szlag trafił zanim przesłuchaliśmy nawzajem swoje propozycje. Tak więc grzecznie wróciłem na start, tyle tylko, że chociaż miałem już „Afternoons in Utopia” na dysku. No, to przejdźmy do tej muzyki.
„IAO” otwiera album w najgorszy możliwy sposób, jakbym trafił do kościoła gdzie kilkunastu Marianów Goldów, śpiewa jakąś koszmarną, chóralną melodię. O Goldzie będę dużo pisał, bo facet jest prawdopodobnie największa ofiarą tej płyty. Ok, to jest tylko intro, kompletnie zbędne, ale intro. Niestety, potem nie robi się lepiej. „Fantastic Dream” zaczyna się prawdopodobnie najkoszmarniejszą zagrywką na klawiszach jaką słyszałem, to niemal przypomina jakieś worst of neo-prog połączone z italo. Sam kawałek brzmi jak niemieckie „Jedzie pociąg z daleka”, tak naprawdę poza wokalem Golda, nie ma tu za bardzo czego szukać. Na szczęście, następny jest „Jersusalem”, który jak na ten album, nie jest zły. Wiem, że to był singiel, ale ja ten kawałek znałem średnio. Numer jest bardzo w stylu Alphaville, co jest błogosławieństwem i przekleństwem, bo z jednej strony fajnie, że pisali w rozpoznawalny sposób, ale z drugiej, „typowe Alphaville” potrafi mnie często odrzucić na grube kilometry. „Jersusalem” jest strawne, chociaż momentami wkurza… Marian Gold. Ten facet ma niesamowity głos, ale jego maniera, która sugeruje, że przy każdym pobycie w studiu miał ataki ADHD, skakał po całym pomieszczeniu i każdy tekst wyśpiewywał w tak natchniony sposób, jakby to był hymn kraju, jest momentami po prostu irytująca. Do tego stopnia, że ma się ochotę krzyczeć do tej płyty „Z CZEGO SIĘ prostytutka CIESZYSZ?”. Dla mnie, Gold ma niestety tendencję, do wchodzenia w rolę namolnego i wkurwiającego wodzireja, brakuje żeby pomiędzy linijkami były jakieś wstawki „bawicie się dobrze? Hej, śpiewajmy razem”. Na żywo, to zdaje w 100% egzamin, ale w studiu wychodzi po prostu dziwnie, zwłaszcza w takim numerach w średnim tempie, co „Jerusalem”. Ale wuj z tym, bo następny jest „Dance With Me”. To był duży hit, mocno ejtisowy, a jednak bardzo go lubię i nie potrafię powiedzieć czemu. Charakter kawałka jest centralnie pod Golda, którego „roztańczony” śpiew pasuje tutaj perfekcyjnie. Refren jest potwornie polsko-weselny, widzę tutaj chamski pociąg z chmarą najebanych, spoconych wujków i ciotek, ale lepsze to niż „Pimpf”, hehe. Moja sympatia do „Dance With Me” każe mi się oczywiście zastanowić, jak ja mogę oceniać ten album sprawiedliwie, skoro moje preferencje są tak bezczelnie wybiórcze i nie wynikają z niczego sensownego. Musiał może poczuć się urażony, że pewne kawałki chwalę z dupy, a inne, pozornie podobne, dissuję, ale pls, no tak to działa. Ja nie jestem jakiś Dejnarowicz, albo recenzent z Interii, który ma ludziom sprzedać ten album, lub ich zniechęcić, więc te nasze „recenzje”, to nie są w zasadzie recenzje, ale siusiak z tym no. Tytułowy kawałek zaczyna się od jakiegoś mdlącego, słodkiego arpa. Kurde no, ten album ma wiele bolączek i czas pogadać o kolejnej. Wszystko tu jest na maksa pod linijkę, wszystko brzmi tak sterylnie, jak tylko to jest możliwe. Słyszałem muzykę stworzoną przez AI, która wydawała się mieć w sobie więcej człowieczeństwa niż ten album Alphaville. Ja wiem, że ejtisy, ale w sumie co to w ogóle niby znaczy? Nie wszystko w tej dekadzie tak brzmiało. W trakcie kawałka, pojawia się solo na jakiejś syntezatorowej trąbce. Z jednej strony jest to po prostu niesamowicie chujowe i gówniane, a z drugiej, kojarzy mi się z fragmentami muzyki z „Heroes 3”, więc nie wiem, nie potrafię tego hejtować xD Znowu trafiamy tu do kościoła Goldów i znowu mi się to średnio podoba. Ostatecznie, kawałek nie jest zły.
„Sensations”, zaczyna się jak naprawdę bardzo zły cover Shakin’ Stevensa połączonego z Soft Cell. W refrenie wchodzą dęte z kompa, robi się serowo, ale bez tego uroku, który miały np. tego typu utwory na płytach The Cure z połowy lat 80-tych. Jedyne, co tu wypada naprawdę ok, to Marian Gold, który jest urodzonym showmanem i to mu tutaj dodaje skrzydeł. Reszta, czyli jakiś sprężynowy bas i ten kabaret trąbek z klawisza, mnie nie kręci. „20th Century” to w zasadzie niewiele więcej niż skit, ale jest to naprawdę dobry skit xD nie chcę brzmieć jak hipster, który odrzuca hity, ale gloryfikuje jakieś obskjurowe zrywki, ale to jest naprawdę bardzo spoko. Szkoda, że tyle upchnięto w półtorej minuty, bo tu był materiał na coś bardziej rozbudowanego. No, trudno. Zawsze coś. „The Voyager”. Basowy syntezatorek w tle, na feacie Chojnacki. Z czymś mi się kojarzy ten numer, ale nie wiem z czym. Gold brzmi momentami jak David Sylvian za czasów późnego Japan, wczesnego solo, co jest dla mnie trochę szokujące. Refren powiela wcześniejsze schematy, dęte z klawisze i klimat występu na jakiejś słono opłacanej rewii gwiazd. Ale nie chcę się pastwić, bo pomimo tego serowego, cringowego charakteru, nadal mi się to podoba. Na końcu gitarowe solo, nie da się już zrobić bardziej ejtisowego numeru. No, ale coś w tym jest!
„Carol Masters” ma klimat jakiegoś Roxy Music. Gold brzmi bardzo teatralnie. Czasami mam wrażenie, że on ma zbyt duże umiejętności, jak na prosty zespół pop, jakim jest Alphaville. To jest bardzo dziwne połączenie, które sprawia, że ani nie da się w pełni docenić warsztatu Mariana, jak i polubić do końca piosenek Alphaville. Solo na fretlessowym basie jest ciekawe, robi się bardzo art-rockowo. Wrażenia mam podobne, co przy „The Voyager”, z jednej strony cringe, ale z drugiej strony, miłe skojarzenia z lubianymi przeze wykonawcami. No kurde, końcówka niemal jak z jakiegoś „The Living Years” Mike + The Mechanics. Z miłej zadumy wytrąca mnie koszmarny, ejtisowy lead „Universal Daddy”. Niemniej, niech Was to nie zmyli, to jest jeden z moich ulubionych kawałków na płycie xD Bo ja się przetrwa ten początek, to potem jest tylko lepiej. W tle dzieją się fajne rzeczy, ADHD Golda zdaje egzamin, refren jest naprawdę dobry. Nawet sax z dupy mi tego nie psuje, vibe jest fajny, groove bujający, jest super.
„Lassie Come Home” budziło we mnie z początku straszny cringe, ale po paru przesłuchaniach albumu stwierdziłem, że nie jest tak źle. Ta melodia coś mi przypomina, ale nie wiem co. Alphaville znowu tutaj wracają w jakieś pseudo-art-rockowe rejony, ale w niezłym stylu. Gold śpiewa nisko, pobrzmiewa jakimś Bryanem Ferrym, czy czymś, nie wiem, to jest idealny balans między cringem, a naprawdę fajną, ejtisową muzyką. Idzie się zmarszczyć jak Marian śpiewa „Lesi kom hooołm”, ale ciupciać to, nie mam naprawdę siły i ochoty się bardziej znęcać na tymi Niemcami. „Red Rose” najtypowsze zakończenie jakie mogła mieć ta płyta, znowu trąbki z klawisza, chórki babeczek, ejstisy atakują, ale ja już zdążyłem wyjść z tego klubu. Gdzieś daleko w tle, docierają do mnie dźwięki „Lady Bright”, bo to dosłownie tak brzmi.
Jezu, co ja mam napisać o tej płycie xD Na sucho, ten album to dla mnie dosłownie pół na pół.
Marian Gold by mógł tyle osiągnąć gdzieś indziej, ale też nie chcę iść w takie pierniczenie, więc w nie nie pójdę. Strasznie kliniczna, chłodna, wypolerowana i zagrana pod linijkę płyta. Niewiele jest tu tej wiosny, którą tak reklamował Musiał, ale coś tam się przebija w tych bardziej art-rockowych momentach. Perkusja niby grana na bębnach, ale zazwyczaj brzmi jak automat. Ogólnie wiele rzeczy, które nazywałem „czymśtam z kompa/klawisza”, okazuje się być prawdziwą rzeczą (np. dętę instrumenty), ale co z tego, skoro brzmi sztucznie. W ramach mojego standardowego poszerzania horyzontów, sprawdzę jak te piosenki zabrzmiały na koncertach, ale to już poza recenzją, w innym terminie (zanim zdążycie skończyć omawianie tej płyty, to pewnie będę w stanie coś dopisać).
„Afternoons...” wyszło trzy miesiące przed moimi urodzinami, zakładam że tego się słuchało kiedy nabierałem pierwszych wdechów, osranym powietrzem przesiąkniętym świeżym strachem przed efektami pożaru w Czarnobylu. Jakie te lata 80-te były gówniane, a jednocześnie kilka rzeczy wyszło wtedy udanych, np. ja, Musiał i Murzyn. No i powiedzmy, że do jakiegoś stopnia ten album Alphaville. Ja naprawdę darzę ten zespół sympatią, pamiętam koncert w 2007 r., uśmiechniętego Mariana Golda, który dawał z siebie 300% i wszystkie te jego cechy, które czasami na płytach irytują (przesadna energia wykonania, wodzirejstwo, itd.), tam robiły robotę. Studyjne Alphaville nigdy nie potrafiło mnie do siebie przyciągnąć i ten album zapodany przez Deva, niejako potwierdza, że wszystkie te rzeczy, które mnie odrzucają, i których się boję, faktycznie na tych płytach są. Z drugiej strony, jest ta słynna druga strona medalu, która może i nie rzuca mnie na kolana, ale nie będę kłamał, że nie słuchało się momentami miło. Tym samym, „Afternoons in Utopia” ani mnie bardziej do Alphacentauri nie przekonało, ani mnie bardziej nie zraziło. Nie wiem, czy będę wracał do tej płyty, ale już widzę, że dwa lata temu wyszło jakieś poszerzone wydanie i korci mnie żeby posłuchać tych b-side’ów, remiksów, demówek i lajwów, także w sumie heh, nie wyszło ostatecznie tak źle. Może nie AVE, ale jednak kiwam głową z podniesionymi brwiami.
Chciałbym, aby moim jedynym zadaniem tutaj było recenzowanie opisu Musiała, bo te są zawsze dobre. Niezależnie od płyt, wrzutki są utrzymane w klimacie grubej i całkiem zaraźliwej podjary, pełne śmiesznych anegdot, czasami cringowych wtrąceń baj nasz Romantyczny Prawiczek, ale ogólnie takie, że człowiek sobie myśli ‘fajnie, że ten Dev jest na forum’. A potem trzeba przejść do muzyki. Rzecz w tym, że „Afternoons in Utopia” znalazłem w folderze wymiany jaką robiliśmy z Musiałem na długo przed powstaniem naszej bestki. Ucieszyłem się, że już mam pierwsze przesłuchanie i jakieś wstępne wnioski za sobą, ale jednocześnie kompletnie nie pamiętałem tego albumu. Sprawdziłem na laście, a tu siusiak, zero scrobbli. Nie wiem, ani ja, ani Dev, nie pamiętamy, jak to do końca było, ale wychodzi na to, że wymieniliśmy się wtedy albumami, ale ostatecznie wymianę szlag trafił zanim przesłuchaliśmy nawzajem swoje propozycje. Tak więc grzecznie wróciłem na start, tyle tylko, że chociaż miałem już „Afternoons in Utopia” na dysku. No, to przejdźmy do tej muzyki.
„IAO” otwiera album w najgorszy możliwy sposób, jakbym trafił do kościoła gdzie kilkunastu Marianów Goldów, śpiewa jakąś koszmarną, chóralną melodię. O Goldzie będę dużo pisał, bo facet jest prawdopodobnie największa ofiarą tej płyty. Ok, to jest tylko intro, kompletnie zbędne, ale intro. Niestety, potem nie robi się lepiej. „Fantastic Dream” zaczyna się prawdopodobnie najkoszmarniejszą zagrywką na klawiszach jaką słyszałem, to niemal przypomina jakieś worst of neo-prog połączone z italo. Sam kawałek brzmi jak niemieckie „Jedzie pociąg z daleka”, tak naprawdę poza wokalem Golda, nie ma tu za bardzo czego szukać. Na szczęście, następny jest „Jersusalem”, który jak na ten album, nie jest zły. Wiem, że to był singiel, ale ja ten kawałek znałem średnio. Numer jest bardzo w stylu Alphaville, co jest błogosławieństwem i przekleństwem, bo z jednej strony fajnie, że pisali w rozpoznawalny sposób, ale z drugiej, „typowe Alphaville” potrafi mnie często odrzucić na grube kilometry. „Jersusalem” jest strawne, chociaż momentami wkurza… Marian Gold. Ten facet ma niesamowity głos, ale jego maniera, która sugeruje, że przy każdym pobycie w studiu miał ataki ADHD, skakał po całym pomieszczeniu i każdy tekst wyśpiewywał w tak natchniony sposób, jakby to był hymn kraju, jest momentami po prostu irytująca. Do tego stopnia, że ma się ochotę krzyczeć do tej płyty „Z CZEGO SIĘ prostytutka CIESZYSZ?”. Dla mnie, Gold ma niestety tendencję, do wchodzenia w rolę namolnego i wkurwiającego wodzireja, brakuje żeby pomiędzy linijkami były jakieś wstawki „bawicie się dobrze? Hej, śpiewajmy razem”. Na żywo, to zdaje w 100% egzamin, ale w studiu wychodzi po prostu dziwnie, zwłaszcza w takim numerach w średnim tempie, co „Jerusalem”. Ale wuj z tym, bo następny jest „Dance With Me”. To był duży hit, mocno ejtisowy, a jednak bardzo go lubię i nie potrafię powiedzieć czemu. Charakter kawałka jest centralnie pod Golda, którego „roztańczony” śpiew pasuje tutaj perfekcyjnie. Refren jest potwornie polsko-weselny, widzę tutaj chamski pociąg z chmarą najebanych, spoconych wujków i ciotek, ale lepsze to niż „Pimpf”, hehe. Moja sympatia do „Dance With Me” każe mi się oczywiście zastanowić, jak ja mogę oceniać ten album sprawiedliwie, skoro moje preferencje są tak bezczelnie wybiórcze i nie wynikają z niczego sensownego. Musiał może poczuć się urażony, że pewne kawałki chwalę z dupy, a inne, pozornie podobne, dissuję, ale pls, no tak to działa. Ja nie jestem jakiś Dejnarowicz, albo recenzent z Interii, który ma ludziom sprzedać ten album, lub ich zniechęcić, więc te nasze „recenzje”, to nie są w zasadzie recenzje, ale siusiak z tym no. Tytułowy kawałek zaczyna się od jakiegoś mdlącego, słodkiego arpa. Kurde no, ten album ma wiele bolączek i czas pogadać o kolejnej. Wszystko tu jest na maksa pod linijkę, wszystko brzmi tak sterylnie, jak tylko to jest możliwe. Słyszałem muzykę stworzoną przez AI, która wydawała się mieć w sobie więcej człowieczeństwa niż ten album Alphaville. Ja wiem, że ejtisy, ale w sumie co to w ogóle niby znaczy? Nie wszystko w tej dekadzie tak brzmiało. W trakcie kawałka, pojawia się solo na jakiejś syntezatorowej trąbce. Z jednej strony jest to po prostu niesamowicie chujowe i gówniane, a z drugiej, kojarzy mi się z fragmentami muzyki z „Heroes 3”, więc nie wiem, nie potrafię tego hejtować xD Znowu trafiamy tu do kościoła Goldów i znowu mi się to średnio podoba. Ostatecznie, kawałek nie jest zły.
„Sensations”, zaczyna się jak naprawdę bardzo zły cover Shakin’ Stevensa połączonego z Soft Cell. W refrenie wchodzą dęte z kompa, robi się serowo, ale bez tego uroku, który miały np. tego typu utwory na płytach The Cure z połowy lat 80-tych. Jedyne, co tu wypada naprawdę ok, to Marian Gold, który jest urodzonym showmanem i to mu tutaj dodaje skrzydeł. Reszta, czyli jakiś sprężynowy bas i ten kabaret trąbek z klawisza, mnie nie kręci. „20th Century” to w zasadzie niewiele więcej niż skit, ale jest to naprawdę dobry skit xD nie chcę brzmieć jak hipster, który odrzuca hity, ale gloryfikuje jakieś obskjurowe zrywki, ale to jest naprawdę bardzo spoko. Szkoda, że tyle upchnięto w półtorej minuty, bo tu był materiał na coś bardziej rozbudowanego. No, trudno. Zawsze coś. „The Voyager”. Basowy syntezatorek w tle, na feacie Chojnacki. Z czymś mi się kojarzy ten numer, ale nie wiem z czym. Gold brzmi momentami jak David Sylvian za czasów późnego Japan, wczesnego solo, co jest dla mnie trochę szokujące. Refren powiela wcześniejsze schematy, dęte z klawisze i klimat występu na jakiejś słono opłacanej rewii gwiazd. Ale nie chcę się pastwić, bo pomimo tego serowego, cringowego charakteru, nadal mi się to podoba. Na końcu gitarowe solo, nie da się już zrobić bardziej ejtisowego numeru. No, ale coś w tym jest!
„Carol Masters” ma klimat jakiegoś Roxy Music. Gold brzmi bardzo teatralnie. Czasami mam wrażenie, że on ma zbyt duże umiejętności, jak na prosty zespół pop, jakim jest Alphaville. To jest bardzo dziwne połączenie, które sprawia, że ani nie da się w pełni docenić warsztatu Mariana, jak i polubić do końca piosenek Alphaville. Solo na fretlessowym basie jest ciekawe, robi się bardzo art-rockowo. Wrażenia mam podobne, co przy „The Voyager”, z jednej strony cringe, ale z drugiej strony, miłe skojarzenia z lubianymi przeze wykonawcami. No kurde, końcówka niemal jak z jakiegoś „The Living Years” Mike + The Mechanics. Z miłej zadumy wytrąca mnie koszmarny, ejtisowy lead „Universal Daddy”. Niemniej, niech Was to nie zmyli, to jest jeden z moich ulubionych kawałków na płycie xD Bo ja się przetrwa ten początek, to potem jest tylko lepiej. W tle dzieją się fajne rzeczy, ADHD Golda zdaje egzamin, refren jest naprawdę dobry. Nawet sax z dupy mi tego nie psuje, vibe jest fajny, groove bujający, jest super.
„Lassie Come Home” budziło we mnie z początku straszny cringe, ale po paru przesłuchaniach albumu stwierdziłem, że nie jest tak źle. Ta melodia coś mi przypomina, ale nie wiem co. Alphaville znowu tutaj wracają w jakieś pseudo-art-rockowe rejony, ale w niezłym stylu. Gold śpiewa nisko, pobrzmiewa jakimś Bryanem Ferrym, czy czymś, nie wiem, to jest idealny balans między cringem, a naprawdę fajną, ejtisową muzyką. Idzie się zmarszczyć jak Marian śpiewa „Lesi kom hooołm”, ale ciupciać to, nie mam naprawdę siły i ochoty się bardziej znęcać na tymi Niemcami. „Red Rose” najtypowsze zakończenie jakie mogła mieć ta płyta, znowu trąbki z klawisza, chórki babeczek, ejstisy atakują, ale ja już zdążyłem wyjść z tego klubu. Gdzieś daleko w tle, docierają do mnie dźwięki „Lady Bright”, bo to dosłownie tak brzmi.
Jezu, co ja mam napisać o tej płycie xD Na sucho, ten album to dla mnie dosłownie pół na pół.
Marian Gold by mógł tyle osiągnąć gdzieś indziej, ale też nie chcę iść w takie pierniczenie, więc w nie nie pójdę. Strasznie kliniczna, chłodna, wypolerowana i zagrana pod linijkę płyta. Niewiele jest tu tej wiosny, którą tak reklamował Musiał, ale coś tam się przebija w tych bardziej art-rockowych momentach. Perkusja niby grana na bębnach, ale zazwyczaj brzmi jak automat. Ogólnie wiele rzeczy, które nazywałem „czymśtam z kompa/klawisza”, okazuje się być prawdziwą rzeczą (np. dętę instrumenty), ale co z tego, skoro brzmi sztucznie. W ramach mojego standardowego poszerzania horyzontów, sprawdzę jak te piosenki zabrzmiały na koncertach, ale to już poza recenzją, w innym terminie (zanim zdążycie skończyć omawianie tej płyty, to pewnie będę w stanie coś dopisać).
„Afternoons...” wyszło trzy miesiące przed moimi urodzinami, zakładam że tego się słuchało kiedy nabierałem pierwszych wdechów, osranym powietrzem przesiąkniętym świeżym strachem przed efektami pożaru w Czarnobylu. Jakie te lata 80-te były gówniane, a jednocześnie kilka rzeczy wyszło wtedy udanych, np. ja, Musiał i Murzyn. No i powiedzmy, że do jakiegoś stopnia ten album Alphaville. Ja naprawdę darzę ten zespół sympatią, pamiętam koncert w 2007 r., uśmiechniętego Mariana Golda, który dawał z siebie 300% i wszystkie te jego cechy, które czasami na płytach irytują (przesadna energia wykonania, wodzirejstwo, itd.), tam robiły robotę. Studyjne Alphaville nigdy nie potrafiło mnie do siebie przyciągnąć i ten album zapodany przez Deva, niejako potwierdza, że wszystkie te rzeczy, które mnie odrzucają, i których się boję, faktycznie na tych płytach są. Z drugiej strony, jest ta słynna druga strona medalu, która może i nie rzuca mnie na kolana, ale nie będę kłamał, że nie słuchało się momentami miło. Tym samym, „Afternoons in Utopia” ani mnie bardziej do Alphacentauri nie przekonało, ani mnie bardziej nie zraziło. Nie wiem, czy będę wracał do tej płyty, ale już widzę, że dwa lata temu wyszło jakieś poszerzone wydanie i korci mnie żeby posłuchać tych b-side’ów, remiksów, demówek i lajwów, także w sumie heh, nie wyszło ostatecznie tak źle. Może nie AVE, ale jednak kiwam głową z podniesionymi brwiami.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Alphaville - Afternoons In Utopia
Nasz drogi Musiał powraca do krainy wiecznych ejtisów, przyznam że w sumie powinienem był oczekiwać wrzuty tego typu i nawet jej wyczekiwać i nawet się ucieszyłem jak ujrzałem że bedo ejtisy. Nasz ejtisowy koleżka podrzucił typowy dla siebie opis pisany z zapartym tchem rozpływając się w miłości do tej płyty, reklamując go jako idealny towar na wiosnę i chwaląc starania Niemiaszków którzy podobno nie szczędzili ni sił ni środków by stworzyć to dzieło. No ciekawe jak toto się prezentuje...
...a prezentuje się ho ho ho, co tu dużo mówić - niezwykle blado. Boziu droga co to było za twarde lądowanie dla mnie. Od pierwszych odsłuchów tej płyty niestety odstraszała mnie niemożebnie produkcja która stoi IMO na naprawdę kiepskim poziomie... Może i bym się nie czepiał tak mocno gdyby właśnie nie fakt że imć Musiał podkreślił jak to panowie z AV nie szczędzili środków na ten album, ilu to muzyków nazapraszali byle wyśrubować album niezwykły a tu straszna lipa na uszy się kładzie bo wszystko to naprawdę brzmi jak jakieś kiepskie MIDI granie. Balonik oczekiwań napompowany grubo pękł z hukiem przy pierwszym już odsłuchu. Przykre to dla mnie naprawdę gdyż sądziłem że ja w mym uwielbieniu dla tej dekady będę mógł piać z zachwytu jak nad Actually od PSB a tu rozczarowałem się srogo gdyż skojarzenia moje kierowały się bardziej w stronę mentosowej wrzuty Papa D, gdzie nawet podejrzewam mieli oni mniejsze możliwości a wyśrubowali lepsze numery a i nawet bas im tłuściej pogrywał niż tu gdzie brzmienie jest koszmarnie płaskie i mówiąc wprost - poniżej krytyki hehe. Próbowałem ale nie chwyciły mnie ani Fantastic Dream ani Dance With Me, jedynym hitem ratującym conieco z tej płyty jest dla mnie Red Rose które brzmieniem kojarzy mi się z jakimiś soulowymi wycieczkami Petera Gabriela ala Sledgehammer/Big Time i ma najwięcej życia w sobie. Afternoons In Utopia trochę wyróżnia się melodią ale brzmi jak mydlana reklama tytułowej Utopii, wstęp do Dance With Me skojarzył mi się jeszcze z jakimś nagraniem VHS czołówki jakiegoś Sport Telegramu czy innego starego programu z TVP, zaś Lassie Come Home to jeden z najbzdurniejszych kawałków jakie słyszałem od długiego czasu, no ale, to w końcu wrzuta naszego króla sera opętanego ejtisowymi sentymentami. Może obaj "wyrośliśmy" na GTA Vice City ale dev nadal tym i tam zdaje się żyć a ja poszedłem dalej za kolejnymi odsłonami gry i rzecz jasna tylko im zawdzięczam jakikolwiek muzyczny rozwój hehe.
Nie jara mnie ta płyta to bardzo skrótowe opisanie mego stosunku do niej. Szkoda bo myślałem że to Big Black będzie właśnie tym albumem o którym nie wiadomo będzie co napisać poza tym że mi nie podchodzi ale losy tamtej płyty potoczyły się inaczej. Co do słuchania AV wiosną to też nie wiem, nijak mi się to nie kleiło jakoś z aurą na zewnątrz, prawdę mówiąc może wrócę do tego i sprawdzę to ale podczas mroźnej i śnieżnej zimy, swoją drogą to pierwsze na płycie Fantastic Dream zaczyna się od "Hello today/Open your eyes/The snow is falling just like leaves" więc tym bardziej beka z tą wiosną dla mnie ALE i tak lepsze to niż jakbyś miał wrzucać teraz Ultrę xD ważne przy tej wrzucie jest jednakże oddzielenie artysty (wrzucającego) od dzieła (wrzuty) o czym wspominał Hien i ja nadal sobie kolegę Musiała bardzo cenię i cieszy mnie jego udział w naszej zabawie ale po prostu nie podzielam jego serowych sentymentów i nie łudzę się że nagle zacznie trafiać w moje gusta bo nie na tym ta zabawa polega.
Nasz drogi Musiał powraca do krainy wiecznych ejtisów, przyznam że w sumie powinienem był oczekiwać wrzuty tego typu i nawet jej wyczekiwać i nawet się ucieszyłem jak ujrzałem że bedo ejtisy. Nasz ejtisowy koleżka podrzucił typowy dla siebie opis pisany z zapartym tchem rozpływając się w miłości do tej płyty, reklamując go jako idealny towar na wiosnę i chwaląc starania Niemiaszków którzy podobno nie szczędzili ni sił ni środków by stworzyć to dzieło. No ciekawe jak toto się prezentuje...
...a prezentuje się ho ho ho, co tu dużo mówić - niezwykle blado. Boziu droga co to było za twarde lądowanie dla mnie. Od pierwszych odsłuchów tej płyty niestety odstraszała mnie niemożebnie produkcja która stoi IMO na naprawdę kiepskim poziomie... Może i bym się nie czepiał tak mocno gdyby właśnie nie fakt że imć Musiał podkreślił jak to panowie z AV nie szczędzili środków na ten album, ilu to muzyków nazapraszali byle wyśrubować album niezwykły a tu straszna lipa na uszy się kładzie bo wszystko to naprawdę brzmi jak jakieś kiepskie MIDI granie. Balonik oczekiwań napompowany grubo pękł z hukiem przy pierwszym już odsłuchu. Przykre to dla mnie naprawdę gdyż sądziłem że ja w mym uwielbieniu dla tej dekady będę mógł piać z zachwytu jak nad Actually od PSB a tu rozczarowałem się srogo gdyż skojarzenia moje kierowały się bardziej w stronę mentosowej wrzuty Papa D, gdzie nawet podejrzewam mieli oni mniejsze możliwości a wyśrubowali lepsze numery a i nawet bas im tłuściej pogrywał niż tu gdzie brzmienie jest koszmarnie płaskie i mówiąc wprost - poniżej krytyki hehe. Próbowałem ale nie chwyciły mnie ani Fantastic Dream ani Dance With Me, jedynym hitem ratującym conieco z tej płyty jest dla mnie Red Rose które brzmieniem kojarzy mi się z jakimiś soulowymi wycieczkami Petera Gabriela ala Sledgehammer/Big Time i ma najwięcej życia w sobie. Afternoons In Utopia trochę wyróżnia się melodią ale brzmi jak mydlana reklama tytułowej Utopii, wstęp do Dance With Me skojarzył mi się jeszcze z jakimś nagraniem VHS czołówki jakiegoś Sport Telegramu czy innego starego programu z TVP, zaś Lassie Come Home to jeden z najbzdurniejszych kawałków jakie słyszałem od długiego czasu, no ale, to w końcu wrzuta naszego króla sera opętanego ejtisowymi sentymentami. Może obaj "wyrośliśmy" na GTA Vice City ale dev nadal tym i tam zdaje się żyć a ja poszedłem dalej za kolejnymi odsłonami gry i rzecz jasna tylko im zawdzięczam jakikolwiek muzyczny rozwój hehe.
Nie jara mnie ta płyta to bardzo skrótowe opisanie mego stosunku do niej. Szkoda bo myślałem że to Big Black będzie właśnie tym albumem o którym nie wiadomo będzie co napisać poza tym że mi nie podchodzi ale losy tamtej płyty potoczyły się inaczej. Co do słuchania AV wiosną to też nie wiem, nijak mi się to nie kleiło jakoś z aurą na zewnątrz, prawdę mówiąc może wrócę do tego i sprawdzę to ale podczas mroźnej i śnieżnej zimy, swoją drogą to pierwsze na płycie Fantastic Dream zaczyna się od "Hello today/Open your eyes/The snow is falling just like leaves" więc tym bardziej beka z tą wiosną dla mnie ALE i tak lepsze to niż jakbyś miał wrzucać teraz Ultrę xD ważne przy tej wrzucie jest jednakże oddzielenie artysty (wrzucającego) od dzieła (wrzuty) o czym wspominał Hien i ja nadal sobie kolegę Musiała bardzo cenię i cieszy mnie jego udział w naszej zabawie ale po prostu nie podzielam jego serowych sentymentów i nie łudzę się że nagle zacznie trafiać w moje gusta bo nie na tym ta zabawa polega.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Panowie ciśniecie to AV, liczę że do końca tygodnia się z tym uporamy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Tak, jedziemy z Alphaville, nie umiem jeszcze sprecyzować opinii na temat tej płyty. Mam trochę wątpliwości.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wuja raczej się nie upora, chyba, że w ramach tureckiego all inclusive mu ktoś to napisze.stripped pisze:04 maja 2023 16:53Panowie ciśniecie to AV, liczę że do końca tygodnia się z tym uporamy
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Jak mnie natchnie to dzisiaj wleci tekst, jak nie... to jutro, jeszcze ten jeden odsłuch został
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja opiszę w poniedziałek.
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Aj, zapomniałem o wrzutce albumowej, jutro będzie.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Alphaville - Adventures in Utopia
Do tej pory znałem tylko Forever Young i to, co Musiał rzucił był na początku trzeciego sezonu Bestki. Czy miałem obawy? Ich debiut poza singlami nie wyróżnia się niczym szczególnym, jest średnio strawny, ale nie jest najgorzej. Troszkę szkoda, że tak czysto eksperymentalnie nie mamy do czynienia z następną płytą, The Breathtaking Blue. Wcale nie uważam jej za ciekawszą na dzień dobry ze względu na osobę producenta... no ale dobra, przynajmniej poznaję dyskografię zespołu chronologicznie. Początkowo miałem nawet ambitny plan wsłuchania się w obydwie równie często i dokładnie. Odpalam zatem pierwszy raz. Myślę sobie, hmm... co się tutaj odwala? Zbiór losowo skomponowanych miniaturek i jeden wyraźnie dłuższy, ale najbardziej irytujący kawałek pod koniec. Dzisiaj przeczytałem opis Musiała i jeszcze bardziej zdębiałem. Gdzie tu eksperyment? Gdzie gęste aranże, bogactwo brzmieniowe? Już bez jego lektury postanowiłem spróbować z trochę innym sprzętem, by próbować wyłapać smaczki. Coś zaczęło się wyłaniać i to coś spróbuję wyłożyć.
O co chodzi z tym intro, że przez połowę nie ma nic, a potem wjeżdżają dziwne chórki? Outro równie dezorientujące, 20th Century też niezbyt adekwatne jako wprowadzenie do kolejnej części płyty. Nie mam problemu z ewentualnym "niedopasowaniem" muzyki do aury za oknem. Wręcz przeciwnie, bardzo pasuje pod późne wieczory w chłodniejsze wiosenne dni. Jak ktoś miałby pragnienie zamarzenie słuchać tego siedząc gdzieś w słońcu pod zasłoną na tarasie to pozdrawiam serdecznie. Trudno nie wyłapać sterylności tych nagrań, cyfrowego charakteru użytych brzmień, mnie to się zawsze kojarzy z jakimś plastikiem (nie zawsze to wada). Z drugiej strony do pewnego stopnia uduchowiony klimat aranży, surowe sekwencje, niezbyt tłuste syntezatory... i ta perka przypominająca MIDI momentami. Co numer, to brzmi delikatnie inaczej, w Lassie Come Home ktoś musi siedzieć za żywymi bębnami (na początku), choć efekt jest dziwny. Tak to jest z Afternoons in Utopia, budzi różne skojarzenia, po bliższym poznaniu idzie to wszystko wyróżnić, oddzielić od siebie, a na końcu po czasie w głowie zostaje wrażenie czegoś taniego, nawet nie serowego, tylko niedopracowanego, serio. Dziwnie szkicowe kawałki, single poza Dance With Me bez wyszukanych melodii.
Nie wiem, czy to bardziej ślady inspiracji czy mimowolne poszukiwania czegoś zbliżonego do. Bujamy się między skojarzeniami z Top One, Papa Dance, jakimś Modern Talking wręcz a rejestrami charakterystycznymi dla Ferry'ego czy Sylviana i to tak w opór. Powtarzam za Hienem, ale to zbyt oczywiste porównanie nie chce wyjść z głowy. Idą piosenki bardziej rockowe, w stylu post italo disco, ale też i rzeczy rodem z soundtracków Tangerine Dream do trzecioligowych filmideł. Najbardziej podoba mi się to, co w ogóle nie aspiruje do bycia większym eksperymentem, czymś więcej ponad solidny popik. Universal Daddy to jedyny numer, do którego nie mam żadnych zastrzeżeń. Nie wierzę, że w Polsce nie zasłuchiwało się często gęsto w tej płycie. Przyjemne są czasami refreny, np. w The Voyager (Spandau Ballet core, nawet saksofon jest!) czy Sensations (Japan core). Bardzo mandarynkowy instrumentalnie utwór tytułowy ostatecznie rozjeżdża się przez średnio pomyślane wokale. Szkoda, że Gold bardziej się angażuje w niemrawych pieśnidłach niż czymś wyrazistym gatunkowo. Red Rose nie jest w ogóle potrzebne, ten Japan vibe po Lassie Come Home nawet z Lady Bright zostawiłby lepsze wrażenie. Jerusalem ma baardzo natchniony, patetyczny refren, ale w tym przegięciu jest metoda. W ogóle to się nie balansuje, ale warto wyróżnić dobre rzeczy po prostu.
Nie, już na The Breathtaking Blue nie mam ochoty. Okładka może być, choć wolę ich wizerunek z okresu debiutu, tu zdjęcie jak zdjęcie, żaden szał, żaden dramat. Tak jak właściwa zawartość płyty - na roast nie zasługuje, ale na większą uwagę również, trochę szkoda.
Do tej pory znałem tylko Forever Young i to, co Musiał rzucił był na początku trzeciego sezonu Bestki. Czy miałem obawy? Ich debiut poza singlami nie wyróżnia się niczym szczególnym, jest średnio strawny, ale nie jest najgorzej. Troszkę szkoda, że tak czysto eksperymentalnie nie mamy do czynienia z następną płytą, The Breathtaking Blue. Wcale nie uważam jej za ciekawszą na dzień dobry ze względu na osobę producenta... no ale dobra, przynajmniej poznaję dyskografię zespołu chronologicznie. Początkowo miałem nawet ambitny plan wsłuchania się w obydwie równie często i dokładnie. Odpalam zatem pierwszy raz. Myślę sobie, hmm... co się tutaj odwala? Zbiór losowo skomponowanych miniaturek i jeden wyraźnie dłuższy, ale najbardziej irytujący kawałek pod koniec. Dzisiaj przeczytałem opis Musiała i jeszcze bardziej zdębiałem. Gdzie tu eksperyment? Gdzie gęste aranże, bogactwo brzmieniowe? Już bez jego lektury postanowiłem spróbować z trochę innym sprzętem, by próbować wyłapać smaczki. Coś zaczęło się wyłaniać i to coś spróbuję wyłożyć.
O co chodzi z tym intro, że przez połowę nie ma nic, a potem wjeżdżają dziwne chórki? Outro równie dezorientujące, 20th Century też niezbyt adekwatne jako wprowadzenie do kolejnej części płyty. Nie mam problemu z ewentualnym "niedopasowaniem" muzyki do aury za oknem. Wręcz przeciwnie, bardzo pasuje pod późne wieczory w chłodniejsze wiosenne dni. Jak ktoś miałby pragnienie zamarzenie słuchać tego siedząc gdzieś w słońcu pod zasłoną na tarasie to pozdrawiam serdecznie. Trudno nie wyłapać sterylności tych nagrań, cyfrowego charakteru użytych brzmień, mnie to się zawsze kojarzy z jakimś plastikiem (nie zawsze to wada). Z drugiej strony do pewnego stopnia uduchowiony klimat aranży, surowe sekwencje, niezbyt tłuste syntezatory... i ta perka przypominająca MIDI momentami. Co numer, to brzmi delikatnie inaczej, w Lassie Come Home ktoś musi siedzieć za żywymi bębnami (na początku), choć efekt jest dziwny. Tak to jest z Afternoons in Utopia, budzi różne skojarzenia, po bliższym poznaniu idzie to wszystko wyróżnić, oddzielić od siebie, a na końcu po czasie w głowie zostaje wrażenie czegoś taniego, nawet nie serowego, tylko niedopracowanego, serio. Dziwnie szkicowe kawałki, single poza Dance With Me bez wyszukanych melodii.
Nie wiem, czy to bardziej ślady inspiracji czy mimowolne poszukiwania czegoś zbliżonego do. Bujamy się między skojarzeniami z Top One, Papa Dance, jakimś Modern Talking wręcz a rejestrami charakterystycznymi dla Ferry'ego czy Sylviana i to tak w opór. Powtarzam za Hienem, ale to zbyt oczywiste porównanie nie chce wyjść z głowy. Idą piosenki bardziej rockowe, w stylu post italo disco, ale też i rzeczy rodem z soundtracków Tangerine Dream do trzecioligowych filmideł. Najbardziej podoba mi się to, co w ogóle nie aspiruje do bycia większym eksperymentem, czymś więcej ponad solidny popik. Universal Daddy to jedyny numer, do którego nie mam żadnych zastrzeżeń. Nie wierzę, że w Polsce nie zasłuchiwało się często gęsto w tej płycie. Przyjemne są czasami refreny, np. w The Voyager (Spandau Ballet core, nawet saksofon jest!) czy Sensations (Japan core). Bardzo mandarynkowy instrumentalnie utwór tytułowy ostatecznie rozjeżdża się przez średnio pomyślane wokale. Szkoda, że Gold bardziej się angażuje w niemrawych pieśnidłach niż czymś wyrazistym gatunkowo. Red Rose nie jest w ogóle potrzebne, ten Japan vibe po Lassie Come Home nawet z Lady Bright zostawiłby lepsze wrażenie. Jerusalem ma baardzo natchniony, patetyczny refren, ale w tym przegięciu jest metoda. W ogóle to się nie balansuje, ale warto wyróżnić dobre rzeczy po prostu.
Nie, już na The Breathtaking Blue nie mam ochoty. Okładka może być, choć wolę ich wizerunek z okresu debiutu, tu zdjęcie jak zdjęcie, żaden szał, żaden dramat. Tak jak właściwa zawartość płyty - na roast nie zasługuje, ale na większą uwagę również, trochę szkoda.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Gorąco liczę że ta kijowa pogoda trochę naszych M&Ms przyklei do monitora i skrobną dziś recki ^_^
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Przecież Melki imprezę odsypia (cokolwiek się tam nie działo)
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Dobra, jadymy z tym sękaczem
Alphaville - Afternoons in Utopia (1986)
Szaro, zimno i pizga dzisiaj w tym Wrocławiu generalnie, a ja tu mam skrobnąć parę słów na temat płyty, która rzekomo się ma kojarzyć z wiosną, słoneczkiem, radością oraz wyjazdami do Rygi. I to jeszcze ejtisowej, synthpopowej płyty, a nie oszukujmy się prostytutka i nie udawajmy, że tego typu płyty w znakomitej większości składają się z paru spoko bangerów, jakiegoś solidnego deep cuta, który z jakichś przyczyn umknął całemu światu (albo czasem i tego nie) oraz pierdyliarda zapychaczy. No i nie będę ukrywał, że z paroma płytami wrzuconymi przez opa się nie męczyłem, jak się męczyłem. Generalnie - JAK ŻYĆ, PANIE PREMIERZE?
Nie znam odpowiedzi na to pytanie, znaczy w sumie to znam, ale nie wydaje mi się, by to była odpowiedź ultymatywna, ostateczna i generalnie ja jestem losowym pierdzidziutkiem, a nie jakąś wyrocznią do ciężkiej prostytutki. xD W każdym razie wiem tyle, że mam wyrobioną opinię na temat drugiego albumu Alphaville. Zespołu, który dla mnie był i jest jednym z zespołów w dziejach muzyki. Ani go lubię, ani nie lubię, fajnie generalnie, że nazwę zaczerpnięto z filmu Godarda i w sumie to mam z nim związanych parę luźnych impresji, ale to nie są wspomnienia dla mnie jakieś szczególnie ważne ni intensywne. Ot, zespół typu spoko, nawet miło wspominam debiut, ale też nie wracam jakoś często i wątpie też to, bym ja go miał tu kiedykolwiek wrzucać. I pamiętam, że bawiła mnie okładka tego albumu wydanego w 2010, w sumie to dziwi mnie, że nie ląduje do zestawień najgorszych okładek w dziejach muzyki, albo może to ja trafiałem na takie, w których nikt jej nie wrzucał. xD
Dobra, lecimy z koksem, tj. albumem. Zdjęcie okładkowe spoko, ale nie jest to najbardziej epickie foto w dziejach fotografii, acz nie neguję faktu, że to najfajniejsza fota jaką sobie ten zespół strzelił - nie wiem i nie obchodzi mnie to.
Jak pewnie sami zauważyliście, płyta zaczyna się od pierwszego kawałka - logicznym będzie, że zacznę pisanie o poszczególnych utworach od drugiego. Powiedzmy, że to intro po prostu się na albumie znalazło i powiedzmy, że jest raczej chujowe, ale czy serio mam się pastwić nad jakąś kilkunastosekundową miniaturką? Dajcie spokój. Gorzej z tym, że potem wlatuje coś, nad czym mógłbym się popastwić - Fantastic Dream jest po prostu słabe. Przaśne, przesłodzone, oscyluje gdzieś w okolicach skrajnego kiczu, ale to jest ten typ kiczu, który nawet jakoś nie drażni, tylko po prostu nie angażuje ani nie porywa, tylko wywołuje wzruszenie ramion. Drażnią mnie te klawisze, wojskowy wstęp i w ogóle Marian, stary wyjcu, przestań wyć. No nie podoba mi się to i nic tu nie zrobię. W następnym utworze wbijamy z buta czy tam wielkim, żółtym Cadillaciem do Jeruzalem i to mi się podoba zdecydowanie bardziej. Co prawda jeśli tu serio miało przy tym albumie pracować tysiąc producentów i każdy z nich zjadł tysiąc inkasentów, to chyba naprawdę nie wysilali się w tym kawałku, ale kij z tym. Refren mi się podoba, jakby to napisali na porcysie - są fajne HOOKi i w sumie jest to kawałek typu gicik okejka.
Następnie wjeżdza Dance With Me i z wrażenia aż zacząłem kolejny akapit, bo tak mnie wyrwała z butów ta kompozycja. Nie no, serio to może aż tak to nie, ale jest po prostu fajna. Duch soundtracku GTA, który unosi się nad tym forum, jest tutaj mocno wyczuwalny, na luzie to mogłoby lecieć we Flash FM w Vice City czy czymś podobnym. Solidny przykład POWERPOPU, ja rozumiem, że od tego wieje kiczem na sto fajerek, ale dla mnie to coś jak serial Renegat - takie niby prężenie muskułów i udawanie cool, ale tak przegięte, że aż odnajduję w tym swoisty urok i mi się to podoba. No ja to kupuję. Gorzej z tytułowym, bo po prostu tutaj Martin Złoty i jego armia muzyków sesyjnych przeszarżowała. Ja wiem co chciano tutaj osiągnąć, ejtisy były pełne takich wzniosłych i "epickich" ballad, większość z nich wywołuje u mnie najwyżej przewrót oczami albo chęć powiedzenia brzydkich słów panu, który tak wyje. Tutaj jest akurat ten pierwszy wariant, ale tak czy siak - no mnie to nie rusza, nie działa, nie wywołuje żadnych emocji, jeszcze to powtórzenie tytułu na koniec, które dla mnie wręcz jest ostatecznym dobiciem tego festyniarstwa. MEEEH
Następnym w kolejności utworkiem-potworkiem u mnie jest Sensations i tutaj od pierwszych dźwięków już wiem, że będzie fajniej. I jest. Tutaj czas na minikącik pseudoerudyty, ale tego skojarzenia nie mogę sobie wybić ze łba - mam mocne skojarzenia z Bronski Beat, a że generalnie to lubię ten zespół, to i tutaj całość weszła mi jak zła. Super hicior, super kawałek, potężne chórki i w ogóle dowalony banger. Praktycznie wszystko mi tu leży, może poza tą przeciągniętą codą z dupy, bo odnoszę wrażenie, że oni chyba serio mieli jakieś zapisy w umowach z tymi muzykami sesyjnymi, że wrzucą na płytę każdy dźwięk, który wypierdzieli. xD
I wbijamy na stronę bi. Zaczyna ją nibyepickie 20th Century (schizod men hehehe). W sumie nawet przyjemna popierdółka, na pewno wolę to niż to wycie z początku płyty. The Voyager zaczyna się od jakichś kolekcji dźwięków z dupy, potem bałem się, że wjedzie dżingiel Lata z Radiem na saksofonie (na stronie B generalnie było parę dziwnie znajomych dźwięków), a najgorsze, że to w sumie nie było najgorsze. Najgorsze było to, że reszta tego kawałka jest taka jakaś PRZEZROCZYSTA, niby ten refren fajny, niby kawałek powinien mi siąść, jest nawet SPEKTAKULARNA solówka na gitarce pod koniec, a summa summarum se tego tak słucham ani bez zgrzytania zębów, ani bez jakiejś wielkiej ekscytacji. Ot, jedna z piosenek w dziejach muzyki. Carol Masters zaczyna się od dźwięków z muzyki z menu jakiejś starej gry wyścigowej i nie mogę tego nieodsłyszeć. Inna sprawa, że mógłbym przekleić opis poprzednika, bo reszta przelatuje tak samo.
Mogę zaryzykować tezę, że nie jestem największym na świecie entuzjastą strony B tej płyty, bo słuchałem tego albumu kilka razy i najzwyczajniej w świecie nic dla siebie tam szczególnie ciekawego nie znalazłem, a nawet mnie męczyła. Universal Daddy? A co ja kuźwa, mam Daddy Issues? xD Brzmi jak muzyczka z napisów końcowych jakiegoś nijakiego serialu z lat 80. Mocno serowe, ale chyba za dużo tego sera - jednak czasem trzeba sobie do takiego myszy wziąć, by się najeść. Lassie Come Home zaczyna się jak jakaś kompozycja Marka Bilińskiego i aż zachciało mi się sprawdzić czy on i też nie maczał palców przy tej płycie. xD Szczerze mówiąc, miałem dziś rano napisać znacznie przychylniejszą recenzję, ale męczę się tu niemożebnie, ten kawałek trwa 7 minut, a brzmi dla mnie jakby trwał 7 lat. A Red Rose to jest dla mnie już za dużo, już się czuję zmęczony, wymemłany, wyzuty, chcę rzucić tym wszystkim w cholerę, brzmi to dla mnie jak muzyka z piekła po takiej dawce klawiszy, sera i wie co jeszcze cholera.
Czytam se wasze recenzje i jara mnie w sumie to, ze podobaja wam sie na tej plycie zupełnie inne rzeczy niż mi i w sumie to na odwrót też. Może to o czymś mówi, ale nie wiem jeszcze o czym.
Generalnie to jestem raczej na MEH. Dziś rano, jak se tak puszczałem ten album w tle, to nawet myślałem, że będę przychylniejszy i napiszę w miarę pozytywną recenzję. Nie powiem, żebym ostatecznie niczego ciekawego tu nie wygrzebał, ale ogólnie to jestem na nie. Utwierdziłem się w przekonaniu, że ejtisy da się lubić tylko momentami i przebojami, bo jednak prawie zawsze w dużej dawce męczą jak cholera. Nie jest tu inaczej, jest tu parę rzeczy, do których planuję wracać od czasu do czasu, ale całości raczej już prędko nie załączę. ŻYCIE.
Alphaville - Afternoons in Utopia (1986)
Szaro, zimno i pizga dzisiaj w tym Wrocławiu generalnie, a ja tu mam skrobnąć parę słów na temat płyty, która rzekomo się ma kojarzyć z wiosną, słoneczkiem, radością oraz wyjazdami do Rygi. I to jeszcze ejtisowej, synthpopowej płyty, a nie oszukujmy się prostytutka i nie udawajmy, że tego typu płyty w znakomitej większości składają się z paru spoko bangerów, jakiegoś solidnego deep cuta, który z jakichś przyczyn umknął całemu światu (albo czasem i tego nie) oraz pierdyliarda zapychaczy. No i nie będę ukrywał, że z paroma płytami wrzuconymi przez opa się nie męczyłem, jak się męczyłem. Generalnie - JAK ŻYĆ, PANIE PREMIERZE?
Nie znam odpowiedzi na to pytanie, znaczy w sumie to znam, ale nie wydaje mi się, by to była odpowiedź ultymatywna, ostateczna i generalnie ja jestem losowym pierdzidziutkiem, a nie jakąś wyrocznią do ciężkiej prostytutki. xD W każdym razie wiem tyle, że mam wyrobioną opinię na temat drugiego albumu Alphaville. Zespołu, który dla mnie był i jest jednym z zespołów w dziejach muzyki. Ani go lubię, ani nie lubię, fajnie generalnie, że nazwę zaczerpnięto z filmu Godarda i w sumie to mam z nim związanych parę luźnych impresji, ale to nie są wspomnienia dla mnie jakieś szczególnie ważne ni intensywne. Ot, zespół typu spoko, nawet miło wspominam debiut, ale też nie wracam jakoś często i wątpie też to, bym ja go miał tu kiedykolwiek wrzucać. I pamiętam, że bawiła mnie okładka tego albumu wydanego w 2010, w sumie to dziwi mnie, że nie ląduje do zestawień najgorszych okładek w dziejach muzyki, albo może to ja trafiałem na takie, w których nikt jej nie wrzucał. xD
Dobra, lecimy z koksem, tj. albumem. Zdjęcie okładkowe spoko, ale nie jest to najbardziej epickie foto w dziejach fotografii, acz nie neguję faktu, że to najfajniejsza fota jaką sobie ten zespół strzelił - nie wiem i nie obchodzi mnie to.
Jak pewnie sami zauważyliście, płyta zaczyna się od pierwszego kawałka - logicznym będzie, że zacznę pisanie o poszczególnych utworach od drugiego. Powiedzmy, że to intro po prostu się na albumie znalazło i powiedzmy, że jest raczej chujowe, ale czy serio mam się pastwić nad jakąś kilkunastosekundową miniaturką? Dajcie spokój. Gorzej z tym, że potem wlatuje coś, nad czym mógłbym się popastwić - Fantastic Dream jest po prostu słabe. Przaśne, przesłodzone, oscyluje gdzieś w okolicach skrajnego kiczu, ale to jest ten typ kiczu, który nawet jakoś nie drażni, tylko po prostu nie angażuje ani nie porywa, tylko wywołuje wzruszenie ramion. Drażnią mnie te klawisze, wojskowy wstęp i w ogóle Marian, stary wyjcu, przestań wyć. No nie podoba mi się to i nic tu nie zrobię. W następnym utworze wbijamy z buta czy tam wielkim, żółtym Cadillaciem do Jeruzalem i to mi się podoba zdecydowanie bardziej. Co prawda jeśli tu serio miało przy tym albumie pracować tysiąc producentów i każdy z nich zjadł tysiąc inkasentów, to chyba naprawdę nie wysilali się w tym kawałku, ale kij z tym. Refren mi się podoba, jakby to napisali na porcysie - są fajne HOOKi i w sumie jest to kawałek typu gicik okejka.
Następnie wjeżdza Dance With Me i z wrażenia aż zacząłem kolejny akapit, bo tak mnie wyrwała z butów ta kompozycja. Nie no, serio to może aż tak to nie, ale jest po prostu fajna. Duch soundtracku GTA, który unosi się nad tym forum, jest tutaj mocno wyczuwalny, na luzie to mogłoby lecieć we Flash FM w Vice City czy czymś podobnym. Solidny przykład POWERPOPU, ja rozumiem, że od tego wieje kiczem na sto fajerek, ale dla mnie to coś jak serial Renegat - takie niby prężenie muskułów i udawanie cool, ale tak przegięte, że aż odnajduję w tym swoisty urok i mi się to podoba. No ja to kupuję. Gorzej z tytułowym, bo po prostu tutaj Martin Złoty i jego armia muzyków sesyjnych przeszarżowała. Ja wiem co chciano tutaj osiągnąć, ejtisy były pełne takich wzniosłych i "epickich" ballad, większość z nich wywołuje u mnie najwyżej przewrót oczami albo chęć powiedzenia brzydkich słów panu, który tak wyje. Tutaj jest akurat ten pierwszy wariant, ale tak czy siak - no mnie to nie rusza, nie działa, nie wywołuje żadnych emocji, jeszcze to powtórzenie tytułu na koniec, które dla mnie wręcz jest ostatecznym dobiciem tego festyniarstwa. MEEEH
Następnym w kolejności utworkiem-potworkiem u mnie jest Sensations i tutaj od pierwszych dźwięków już wiem, że będzie fajniej. I jest. Tutaj czas na minikącik pseudoerudyty, ale tego skojarzenia nie mogę sobie wybić ze łba - mam mocne skojarzenia z Bronski Beat, a że generalnie to lubię ten zespół, to i tutaj całość weszła mi jak zła. Super hicior, super kawałek, potężne chórki i w ogóle dowalony banger. Praktycznie wszystko mi tu leży, może poza tą przeciągniętą codą z dupy, bo odnoszę wrażenie, że oni chyba serio mieli jakieś zapisy w umowach z tymi muzykami sesyjnymi, że wrzucą na płytę każdy dźwięk, który wypierdzieli. xD
I wbijamy na stronę bi. Zaczyna ją nibyepickie 20th Century (schizod men hehehe). W sumie nawet przyjemna popierdółka, na pewno wolę to niż to wycie z początku płyty. The Voyager zaczyna się od jakichś kolekcji dźwięków z dupy, potem bałem się, że wjedzie dżingiel Lata z Radiem na saksofonie (na stronie B generalnie było parę dziwnie znajomych dźwięków), a najgorsze, że to w sumie nie było najgorsze. Najgorsze było to, że reszta tego kawałka jest taka jakaś PRZEZROCZYSTA, niby ten refren fajny, niby kawałek powinien mi siąść, jest nawet SPEKTAKULARNA solówka na gitarce pod koniec, a summa summarum se tego tak słucham ani bez zgrzytania zębów, ani bez jakiejś wielkiej ekscytacji. Ot, jedna z piosenek w dziejach muzyki. Carol Masters zaczyna się od dźwięków z muzyki z menu jakiejś starej gry wyścigowej i nie mogę tego nieodsłyszeć. Inna sprawa, że mógłbym przekleić opis poprzednika, bo reszta przelatuje tak samo.
Mogę zaryzykować tezę, że nie jestem największym na świecie entuzjastą strony B tej płyty, bo słuchałem tego albumu kilka razy i najzwyczajniej w świecie nic dla siebie tam szczególnie ciekawego nie znalazłem, a nawet mnie męczyła. Universal Daddy? A co ja kuźwa, mam Daddy Issues? xD Brzmi jak muzyczka z napisów końcowych jakiegoś nijakiego serialu z lat 80. Mocno serowe, ale chyba za dużo tego sera - jednak czasem trzeba sobie do takiego myszy wziąć, by się najeść. Lassie Come Home zaczyna się jak jakaś kompozycja Marka Bilińskiego i aż zachciało mi się sprawdzić czy on i też nie maczał palców przy tej płycie. xD Szczerze mówiąc, miałem dziś rano napisać znacznie przychylniejszą recenzję, ale męczę się tu niemożebnie, ten kawałek trwa 7 minut, a brzmi dla mnie jakby trwał 7 lat. A Red Rose to jest dla mnie już za dużo, już się czuję zmęczony, wymemłany, wyzuty, chcę rzucić tym wszystkim w cholerę, brzmi to dla mnie jak muzyka z piekła po takiej dawce klawiszy, sera i wie co jeszcze cholera.
Czytam se wasze recenzje i jara mnie w sumie to, ze podobaja wam sie na tej plycie zupełnie inne rzeczy niż mi i w sumie to na odwrót też. Może to o czymś mówi, ale nie wiem jeszcze o czym.
Generalnie to jestem raczej na MEH. Dziś rano, jak se tak puszczałem ten album w tle, to nawet myślałem, że będę przychylniejszy i napiszę w miarę pozytywną recenzję. Nie powiem, żebym ostatecznie niczego ciekawego tu nie wygrzebał, ale ogólnie to jestem na nie. Utwierdziłem się w przekonaniu, że ejtisy da się lubić tylko momentami i przebojami, bo jednak prawie zawsze w dużej dawce męczą jak cholera. Nie jest tu inaczej, jest tu parę rzeczy, do których planuję wracać od czasu do czasu, ale całości raczej już prędko nie załączę. ŻYCIE.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Alphaville - Adventures in Utopia
Cóż, mój kontakt z Alphaville był dotąd sporadyczny i ograniczał się głównie do kilku największych przebojów. Lubię czasem do nich wrócić. Przed wysłuchaniem przeczytałem sobie bardzo entuzjastyczny opis deva i pomyślałem, że to będzie ciekawe doświadczenie. I... rzeczywiście, było, na początku nijak nie przegryzał mi się opis z tym, co usłyszałem. Przede wszystkim chłodna, ejtisowa płyta nie za bardzo kojarzy mi się z wiosną, w ogóle nie kojarzy mi się z porami roku.
Ja, jako człowiek, który od małego dużo słuchał elektronicznych brzmień z gier, komputerów, muzyki lat 80. i 90., nie mam z nią większych problemów, generalnie uważam, że kilka/kilkanaście odsłuchów brzmienia często trzeba, żeby się do niego przyzwyczaić. Zarzut o "odhumanizowanie" itp. uważam za zupełnie nietrafiający do mnie, nigdy tego nie rozumiałem. Nie chce mi się o tym pisać, z ludźmi tak uważającymi nigdy nie potrafiłem dojść do porozumienia. Wiem, że nienawidzę określenia "plastik". Jedno, z czym mam problem, to to, że to jest granie typowo singlowe, całe albumy rzadko są dostatecznie różnorodne, żeby całościowo zainteresować. Te niesinglowe kawałki są jednak specyficzne.
Wstęp dziwny, trochę jak z Mirrors Sandry (zresztą, album wydany w tym samym roku) lub jak Europa Blondie, specyficzny ten zaśpiew i zachęca do albumu jak dobry dowcip. A potem wchodzi typowe brzmienie dla tych lat. Przypomina mi to bardzo wielu wykonawców z tamtych czasów, nie tylko euro disco zresztą. Chyba nawet nie chce mi się opisywać kawałek po kawałku, nie jestem w nastroju na tę płytę (a trochę odsłuchów zaliczyłem, chyba po trzech-czterech kupiłem brzmienie). Ciekawe jest to, że dev cały czas pisze o brzmieniu na "żywych" instrumentach, a ono wydaje się całkiem elektroniczne, zupełnie nie czuć tu akustycznego grania. Wchodzi Fantastic Dream i mamy estradowe granie, coś, co od razu kojarzy się z jakimś dużym festiwalem. Zespół ma dobrego wokalistę, zależnie od nastroju Gold wychodzi na pierwszy plan lub zupełnie wtapia się w całość, w sumie nie wiem, jak to jest, ale zawsze miałem wrażenie dwoistości odczuwania przy takiej muzyce. Jerusalem przez tytuł kojarzy mi się z ELP i jest coś takiego w Goldzie, że przypomina tak ekspresyjnych wokalistów jak Lake. Taki kontrast często jest ciekawy, jeśli tylko muzyka zaskoczy, pozwala odkrywać różne warstwy. Dance With Me to rzeczywiście najbardziej chwytliwy kawałek na płycie, cała płyta dobrze pasowałaby na imprezę i to koniecznie wesołą imprezę, to jest generalnie wesoły album przy całej melancholii drzemiącej w elektronicznym brzmieniu. Radość, żywość zawarta jest w głosie. Tytułowy kawałek nadawałby się na finał jakiegoś filmu przygodowego z epoki. Początkowe dźwięki w ogóle przypominają kołysankę. Potem mamy klimaty rodem z jakiegoś We Are The World albo też Yes. Całkiem przyjemne to, ale większego wrażenia nie robi. Sensations to z kolei klimaty George'a Michaela. Skoczne, rewiowe, łatwo sobie wyobrazić tancerzy przy tym kawałku, może trochę przeciągnięte. Dwudzieste stulecie jest dziwne, intrygujące, nie wiem nawet, jak to określić, ale budzi zainteresowanie, wciąga tajemnicą. The Voyager zaczyna się nieco melodramatycznie (do kryminału też by pasowało, w ogóle sporo tu muzyki, która dobrze by służyła pod ilustrację epoki), te elektroniczne pasaże jak pod przygody bohatera, trochę takie śródziemnomorskie klimaty... Uderza mnie to, że z upływem czasu jednorodna płyta wydaje mi się coraz mniej jednorodna, Fantastic Dream to były jednak inne klimaty niż The Voyager i niż Lassie Come Home. Golda słucha się bardzo dobrze, przyjemna barwa głosu, całkiem sporo pan potrafi. Carol Masters to taka miękka, przyjemna piosenka, momentami Gold podnosi głos, nie wiem, czy to dobrze tu pasuje, tempo raczej wolne, dźwięki spokojne, całość jednak mocno wtulająca w siedzenie. Z upływem czasu widzę, że jednak opisuję kawałek po kawałku. Potem mamy taneczny hit pod imprezę i to dla ludzi w średnim wieku (ciekawe, czy ja już w nim jestem?) Fajny refren, wciąga. Lassie Come Home to fajny, nastrojowy kawałek, jedna z najprzyjemniejszych piosenek na płycie jednak o parę minut za długiej. Fest chilloutowe brzmienia, przy takiej muzyce emocje potrafią wyjść na zewnątrz, ale złość chowa się do środka. Mocno familijne nagranie. Fajne to jest, bardzo ciekawe, wciągające klimaty. Świetne są te pasaże klawiszowe, takie niespieszne, klimatyczne, ciekawe, bo długi kawałek, a zupełnie tego nie czuć. To mógłby być finał, ale mamy jeszcze mniej melancholijną, a bardziej energiczną Red Rose, coś między euro disco, Master & Servant i w sumie średnio to są moje klimaty, zbyt wysokie wokale chyba. Ciekawe, co by było, gdybym puścił te kawałki losowo, między innymi, podobnymi?
Nie czuję, żebym mógł po tej płycie krzyknąć, że mam bigos, ale te elektroniczne wyciszacze (choć jest to dość głośna i pierwszoplanowa muzyka, to jednak słuchając jej czuję, jak napięcia we mnie opadają dość nisko) są całkiem przyjemne. Na plus na pewno Lassie Come Home (chyba najlepszy kawałek na płycie). tytułowy i Universal Daddy to fajne hity, 20 stulecie intryguje. Trochę to długie i to na pewno minus wydawnictwa. Odkrycie talentów Golda też jest ciekawe. Dobra rzecz.
Cóż, mój kontakt z Alphaville był dotąd sporadyczny i ograniczał się głównie do kilku największych przebojów. Lubię czasem do nich wrócić. Przed wysłuchaniem przeczytałem sobie bardzo entuzjastyczny opis deva i pomyślałem, że to będzie ciekawe doświadczenie. I... rzeczywiście, było, na początku nijak nie przegryzał mi się opis z tym, co usłyszałem. Przede wszystkim chłodna, ejtisowa płyta nie za bardzo kojarzy mi się z wiosną, w ogóle nie kojarzy mi się z porami roku.
Ja, jako człowiek, który od małego dużo słuchał elektronicznych brzmień z gier, komputerów, muzyki lat 80. i 90., nie mam z nią większych problemów, generalnie uważam, że kilka/kilkanaście odsłuchów brzmienia często trzeba, żeby się do niego przyzwyczaić. Zarzut o "odhumanizowanie" itp. uważam za zupełnie nietrafiający do mnie, nigdy tego nie rozumiałem. Nie chce mi się o tym pisać, z ludźmi tak uważającymi nigdy nie potrafiłem dojść do porozumienia. Wiem, że nienawidzę określenia "plastik". Jedno, z czym mam problem, to to, że to jest granie typowo singlowe, całe albumy rzadko są dostatecznie różnorodne, żeby całościowo zainteresować. Te niesinglowe kawałki są jednak specyficzne.
Wstęp dziwny, trochę jak z Mirrors Sandry (zresztą, album wydany w tym samym roku) lub jak Europa Blondie, specyficzny ten zaśpiew i zachęca do albumu jak dobry dowcip. A potem wchodzi typowe brzmienie dla tych lat. Przypomina mi to bardzo wielu wykonawców z tamtych czasów, nie tylko euro disco zresztą. Chyba nawet nie chce mi się opisywać kawałek po kawałku, nie jestem w nastroju na tę płytę (a trochę odsłuchów zaliczyłem, chyba po trzech-czterech kupiłem brzmienie). Ciekawe jest to, że dev cały czas pisze o brzmieniu na "żywych" instrumentach, a ono wydaje się całkiem elektroniczne, zupełnie nie czuć tu akustycznego grania. Wchodzi Fantastic Dream i mamy estradowe granie, coś, co od razu kojarzy się z jakimś dużym festiwalem. Zespół ma dobrego wokalistę, zależnie od nastroju Gold wychodzi na pierwszy plan lub zupełnie wtapia się w całość, w sumie nie wiem, jak to jest, ale zawsze miałem wrażenie dwoistości odczuwania przy takiej muzyce. Jerusalem przez tytuł kojarzy mi się z ELP i jest coś takiego w Goldzie, że przypomina tak ekspresyjnych wokalistów jak Lake. Taki kontrast często jest ciekawy, jeśli tylko muzyka zaskoczy, pozwala odkrywać różne warstwy. Dance With Me to rzeczywiście najbardziej chwytliwy kawałek na płycie, cała płyta dobrze pasowałaby na imprezę i to koniecznie wesołą imprezę, to jest generalnie wesoły album przy całej melancholii drzemiącej w elektronicznym brzmieniu. Radość, żywość zawarta jest w głosie. Tytułowy kawałek nadawałby się na finał jakiegoś filmu przygodowego z epoki. Początkowe dźwięki w ogóle przypominają kołysankę. Potem mamy klimaty rodem z jakiegoś We Are The World albo też Yes. Całkiem przyjemne to, ale większego wrażenia nie robi. Sensations to z kolei klimaty George'a Michaela. Skoczne, rewiowe, łatwo sobie wyobrazić tancerzy przy tym kawałku, może trochę przeciągnięte. Dwudzieste stulecie jest dziwne, intrygujące, nie wiem nawet, jak to określić, ale budzi zainteresowanie, wciąga tajemnicą. The Voyager zaczyna się nieco melodramatycznie (do kryminału też by pasowało, w ogóle sporo tu muzyki, która dobrze by służyła pod ilustrację epoki), te elektroniczne pasaże jak pod przygody bohatera, trochę takie śródziemnomorskie klimaty... Uderza mnie to, że z upływem czasu jednorodna płyta wydaje mi się coraz mniej jednorodna, Fantastic Dream to były jednak inne klimaty niż The Voyager i niż Lassie Come Home. Golda słucha się bardzo dobrze, przyjemna barwa głosu, całkiem sporo pan potrafi. Carol Masters to taka miękka, przyjemna piosenka, momentami Gold podnosi głos, nie wiem, czy to dobrze tu pasuje, tempo raczej wolne, dźwięki spokojne, całość jednak mocno wtulająca w siedzenie. Z upływem czasu widzę, że jednak opisuję kawałek po kawałku. Potem mamy taneczny hit pod imprezę i to dla ludzi w średnim wieku (ciekawe, czy ja już w nim jestem?) Fajny refren, wciąga. Lassie Come Home to fajny, nastrojowy kawałek, jedna z najprzyjemniejszych piosenek na płycie jednak o parę minut za długiej. Fest chilloutowe brzmienia, przy takiej muzyce emocje potrafią wyjść na zewnątrz, ale złość chowa się do środka. Mocno familijne nagranie. Fajne to jest, bardzo ciekawe, wciągające klimaty. Świetne są te pasaże klawiszowe, takie niespieszne, klimatyczne, ciekawe, bo długi kawałek, a zupełnie tego nie czuć. To mógłby być finał, ale mamy jeszcze mniej melancholijną, a bardziej energiczną Red Rose, coś między euro disco, Master & Servant i w sumie średnio to są moje klimaty, zbyt wysokie wokale chyba. Ciekawe, co by było, gdybym puścił te kawałki losowo, między innymi, podobnymi?
Nie czuję, żebym mógł po tej płycie krzyknąć, że mam bigos, ale te elektroniczne wyciszacze (choć jest to dość głośna i pierwszoplanowa muzyka, to jednak słuchając jej czuję, jak napięcia we mnie opadają dość nisko) są całkiem przyjemne. Na plus na pewno Lassie Come Home (chyba najlepszy kawałek na płycie). tytułowy i Universal Daddy to fajne hity, 20 stulecie intryguje. Trochę to długie i to na pewno minus wydawnictwa. Odkrycie talentów Golda też jest ciekawe. Dobra rzecz.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Widzę połowa osób tu innej płyty słuchała, muszę chyba sam sięgnąć po to Adventures In Utopia
Poczekamy zatem na wuja który z tego co wiem płyty słuchał i musi jedynie reckę zmajstrować.
Poczekamy zatem na wuja który z tego co wiem płyty słuchał i musi jedynie reckę zmajstrować.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup