Best of Forum III

Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 01 maja 2023 19:33

Nie szanuję weryfikacji Autobany współcześnie w czymś innym niż Trabant xD prawidłowa aranżacja odsłuchu, proszę państwa

David Bowie - Lazarus (2015)

Końcówka gimnazjum to rozkład najważniejszej przyjaźni. Początek problemów z fryzurą. Stopniowe odchodzenie od pierwszych istotnych dla mnie pożeraczy czasu w sieci. Zaczęły puszczać regularne bóle głowy. Z drugiej strony coraz dalej mi było do rówieśników, coraz dalej do kogokolwiek. Punkt kulminacyjny gorączki dojrzewania, frustracji w sobie, przemądrzałego podejścia do wszystkiego, toksycznego dystansu. Pamiętam tylko pojedyncze dni ze szkoły, obecność na 1/4 zajęć z WFu podczas ostatniego roku nauki. Grono najbliższych znajomych już się ustabilizowało. Pozornie przyjemny czas, jeszcze kawałek do egzaminów gimnazjalnych, cyrku z rekrutacją do liceum. Było za chłodno na wieczorne wycieczki poza Wałbrzych. W przerwie świątecznej zaszyłem się w domu, intensywnie robiłem muzykę. Wtedy też mniej więcej wychodziły pierwsze single zwiastujące kolejną płytę Bowiego.

Łazarza na pewno słyszałem PRZED śmiercią DB, dwa dni PO wrzuciłem na Fejsbuka teledysk do Blackstar. Pamiętam to wrażenie, choć szczątkowo. Rozmach nieporównywalny z tym, co działo się na The Next Day. Niepokojąca atmosfera. Po 10 stycznia wszystko stało się nieznośnie sugestywne, ale coś mi świta, że Blackstar wcale nie miał być ostatnią płytą. Wyszło jednak inaczej. Pewnie wtedy naiwnie myślałem, że może jednak mała trasa się odbędzie. Nie byłem zbytnio zorientowany w stanie zdrowia Bowiego, zachwycony piętnastolatek miał prawo wybiegać trochę w przyszłość. Zrekompensowałem sobie to po prostu KUPUJĄC Blackstar na CD w MediaMarkcie jakoś bardzo szybko po tym. Na przekór sugestiom wszystko broni się tak jak powinno. Łazarz był pierwszy i to słyszę za każdym kolejnym razem, gdy do niego wracam, bo dziś wydaje mi się wręcz za bardzo osłuchany. Świetny, dojrzały kawałek, który momentami wydaje się aż zbyt wulgarny, ale to też osobliwa uroda całej płyty. Specyficznie niepokojące, w tym przypadku bardzo płynnie słuchacz jest prowadzony za rączkę w krainie obłędu, jakiegoś ostatecznego rozliczenia. Od zawsze dreszczyk we mnie wzbudza ten złowieszczy saksofon. Ikoniczny wjazd w pierwszych linijkach, potem rozbudowany opis, wreszcie ostatnie tango w Nowym Jorku, a na koniec katharsis. Nie da się tego kawałka przechwalić. Po prostu trzeba oddać to, co boskie wiadomo komu. Last i inne takie już nigdy nie oddadzą tego, jak bliska była mi ta płyta w tamtym czasie.

https://www.youtube.com/watch?v=d6PUnsHmsGQ
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 02 maja 2023 19:05

M&Ms ziomeczki nie zamulajcie majóweczki i dawajcie wrzuteczki
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 03 maja 2023 10:12

Dobra, majówka się kończy, zaczyna się znów działanie (niestety) ;(.

Było już Blondie albumowo, a teraz pora na utwór, od którego zaczynała się moja wielka sympatia do zespołu. Ponieważ zaczynałem poznawać muzykę rozrywkową w latach 90., to nie będzie zapewne niespodzianką, że piosenką tą była:

Blondie - Maria

https://www.youtube.com/watch?v=qNJM8Zo ... qO&index=3

Piosenka z roku 1999, a ponieważ nieliczne tylko moje wspomnienia muzyczne sięgają wcześniej, to mogę powiedzieć, że jest to utwór znany mi od zawsze. Wielki powrót grupy, która święciła triumfy w II połowie lat 70. i na początku 80., które jednak szybko się skończyły, w zmienionym składzie: z panią Harry i panami Steinem, Burke'iem i Destrim (który też wkrótce odpadł). Przebój z klipem w konwencji zamachu snajpera na gwiazdę ze szczytu wieżowca i występu znakomicie skądinąd prezentującego się zespołu (Clem Burke wymiata, pani prezentuje się świetnie, znacznie lepiej od chyba wszystkich wymienianych wcześniej przeze mnie śpiewających pań - poza Enyą, ale ona nie musi, Enya jest Enyą). Mamy tu przebój pop w starym stylu i tu się potwierdza powiedzonko o starych, dobrych czasach. Tym bardziej, że Maria brzmi bardzo świeżo (aż sobie postanowiłem przypomnieć No Exit; tym bardziej, że zauważyłem, że wiele takich rzeczy umyka pamięci i po wielu dniach od odsłuchu człowiek pamięta już tylko, jak leciał kawałek, ale żeby kojarzyć subtelności, to już nie bardzo), a jednocześnie wprost nawiązuje do najlepszych lat grupy, do takiego Parallel Lines na przykład. Popkultura to jest generalnie rzecz dla ludzi młodych, niezależnie od tego, po której stronie sceny postawić wykonawców, to wielu w wieku już nawet nazwijmy to dojrzałym, nie mówiąc o starszym, nie daje sobie rady, takich dawniej opromienionych sukcesami. Maria to opowieść o kobiecie doprowadzającej mężczyzn do szaleństwa (czyli klasyka w wydaniu Blondie; były już szalone kobiety w One Way Or Another, były zołzy w Rip Her To Shreds, były gwiazdy w Living In The Real World). Nastrojowość kawałka dobrze łączy się z nocnym klipem, przebojowość z ekspresją pani Harry (już prawie 80 lat ma!) Spokojny wstęp na gitarze, a potem mamy energiczną piosenkę pop. Destri jak zwykle jest mocnym punktem zespołu, Clema Burke'a to najlepiej sobie pooglądać na nagraniach na żywo. Refren nieco podrasowany (słychać, że pani Debbie na żywo już tak nie wyciąga, choć zachowała mimo swoich przygód z używkami mocny głos), całość jest bardzo motoryczna. Pamiętam, że któregoś lata wszystkie wieczory z muzyką kończyły się właśnie Marią, to musiało być jeszcze zanim dołączyłem do Devotees. I to musiały być czasy, kiedy miałem dookoła siebie pełno młodszych znajomych pełnych szalonych pomysłów. Tak, to były piękne czasy!
A ja sobie pozwolę wrzucić wersję nieco dłuższą od radiowej, okrojonej o jedną zwrotkę.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 03 maja 2023 20:05

To co, jutro po 10 lecimy z recenzjami
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 03 maja 2023 21:39

Kto jutro wraca, ten jutro wraca, ja już od wczoraj zapierniczam i w ogóle.
Parę słówek o Flipperze - cieszę się, że część z was coś tutaj usłyszała, coś tam zauważyła i w ogóle coś tam dojrzała (ale szybko dorastają!). No, może Murzyn za bardzo się zasugerował nazwą albumu, a Wuja tkwi w pradawnych uprzedzeniach, ale bywa czasem i tak. Powalone generalnie, że wszyscy niemal gremialnie porównywaliście to z Big Black, tak jakby to był ten sam gatunek, to i to wychodziło w tej samej epoce i w ogóle wrzuciła to tutaj ta sama osoba. Wbrew przypisywanej mi tutaj powoli łacie nie jestem żadnym punkowcem, nie wychodziłem prawie w ogóle poza żelazne klasyki, a fakt, iż parę osób już zwróciło uwagę, że strasznie w tych wrzutach jojczę i utyskuję łamane na wkurwiam, świadczy o tym, że chyba czas na rewoltę stylistyczno-gatunkową czy coś w ten deseń. xd

Art of Noise - A Time for Fear Who's Afraid?

I oto ona.Na początęk tylko słówko od sponsora: poniższą wrzutę sponsorują literki M, U, S, I, A oraz Ł - no tak się bowiem PRZEZABAWNIE złożyło, że pisząc o Propagandzie przypomniałem sobie o Trevorze Hornie, a myśląc o Trevorze Hornie przypomniałem sobie też o Art of Noise, a myśląc o Art of Noise przypomniałem sobie o muzyce Art of Noise, a dalej to już z górki, bo jak już człowiek przypomni sobie o czymś o spoko, to okazuje się, że jest spoko, a jak jest spoko, to generalnie źle nie jest.
Zespół, którego propozycję wam zapodaję, zapoznałem w dość specyficznym okresie mojego życia, bo latem 2015. Ja zdaję sobie sprawę, że lecę tutaj po linii najmniejszego oporu (nigdy chyba nie zapomnę faktu, że to jest poprawna forma) wrzucając tym razem coś, co kojarzy mi się z okresem, w którym było wręcz u mnie skrajnie dobrze, ale nic na to nie poradzę. Tradycyjnie nie pamiętam żadnych szczególniejszych okoliczności, ani jak na to trafiłem - to chyba było jakieś leniwe popołudnie, ja generalnie to pamiętam, że ów lata miewałem okresy srogiego "przestoju" zapoznawania się z muzyką. Mówimy o ówczesnym sobie ofc, bo teraz jestem już stary i zgrzybiały, ale tygodnie w którym poznawałem 2-3 nowe albumy wtedy były dla mnie tymi słabszymi. Czasem niby za tym tęsknie, chociaż w sumie to nie jest tak, że nie mam tego wolnego czasu na tyle, by nadal nie być muzycznym nerdem i w ogóle - po prostu mi się nie chce. W każdym bądź razie miałem te swoje cholerne 22 czy tam 23 rocznikowo lata, zatem był to już ten okres, w którym teoretycznie powinienem być dorosły i pełnoletni, ale jak dobrze wiecie to ja jestem pod wieloma aspektami jestem zacofany jak polska motoryzacja w PRLu, więc tak w telegraficznym skrócie to wyglądało to u mnie wtedy tak, że byłem mentalnie gdzieś na poziomie średnio kumatego licealisty (aczkolwiek i tak zaczynałem robić znaczące postępy), ale jednocześnie mogłem korzystać w pełni z uroków "dorosłego" życia. No i zdałem pierwszy rok studiów bez większych problemów oraz miałem dość bujne życie towarzyskie, które jednocześnie udawało mi się łączyć z byciem nerdem oraz jakąś tam powiedzmy pracą, co akurat imponuje mi do dziś, bo naprawdę teraz to prędzej się zesram, niż osiągnę taką harmonię na tylu płaszczyznach.
Tyle tu majaczenia o wycinku swojego życia, nawet zapomniałem wspomnieć o tym, że grałem wtedy w GTA 5 i w sumie to też jest jedna z tych rzeczy, które tkwią mi w głowie niesamowicie w związku z tym wycinkiem czasu (co ciekawe - nigdy później nie grało mi się w tę grę tak samo dobrze jak wtedy, nawet rok później, gdy w sumie to było de facto jeszcze lepiej) i generalnie to im dłużej sobie myślę o tym, tym bardziej z wieloma niepotrzebnymi rozkminami i impresjami moich resztek mózgu chcę się z wami dzielić. Np. o tym, jak pojechałem spontanicznie na imprezę TV GRY i minąłem się z tymi śmiesznymi kolesiami, którzy potem pojawili się w filmiku Klocucha. O beztroskich nocach i bujaniu się Golfem Dwójką po wioskach w rytm jednego hitu, który tu kiedyś się pojawi. Ale może zostawmy już to, zostawmy tamto lato, które nigdy nie wróci i którego nigdy nie będzie, tak samo jak drugiej kadry Nawałki czy czegoś tam.
Zamiast tego może posłuchajcie sobie Trevora Horna i jego awangardowego synthpopu. Kuźwa, ja naprawdę nie znam się na muzyce i nie wiem jak tu pisać o czymś, co niby się zwie avant synth-pop bo to na papierze brzmi jak kompaktowy samochód ciężarowy albo kineskop do radioodbiornika. Coś co nie ma sensu, co nie powinno działać ni pasować, ale cholera jasna - piszemy o muzyce. To naprawdę jest takie zjawisko, które często działa, gdy okazuję się, że nie powinno działać i czasem niestety działa na odwrót, a im więcej o niej piszę, tym bardziej jestem świadom tego, że majaczę. W każdym razie to jest muza, która jest jednocześnie przystępna i trudna, przebojowa i awangardowa, a może nie jest, ale po prostu w moich majaczeniach i wizji świata taka się wydaje. Ja ją po prostu kupuję, z całym dobrodziejstwem inwentarza, z całym jej odjechaniem i z tymi wszystkimi dziwnymi, pokręconymi dźwiękami, o których pisałem przy Propagandzie i które Trevor Horn wciska na każdym kroku. Może i wam się to spodoba, może nie spodoba - bierzcie i sprawdzajcie to wszyscy.

https://youtu.be/EjZloAS8MUo
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 04 maja 2023 07:04

"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 04 maja 2023 07:43

Shania Twain - When You Kiss Me

Co by nie mówić przyznać najpierw muszę że Shania posiada głos naprawdę jedyny w swoim rodzaju i jest w nim coś naprawdę przyjemnego a może to po prostu kwestia tego że jest dla mnie jak wehikuł czasu przenoszący mnie w czasy nastoletnie gdy była na topie. Zabawne jak wtedy wydawała się być może już trochę stara a miała "zaledwie" 38 lat i dziś widząc ją na okładce albumu Up! widzę kobietę w kwiecie wieku. When You Kiss Me to prosta, zwyczajna gitarowa ballada zawierająca w sobie jeszcze parę takich serowych zabiegów lat 90. - jakieś ckliwe dzwoneczki i trochę kiczowe chórki, a tu tak naprawdę wokal, gitara i bas wystarczają. Jest ok, liczę jednak jeszcze ze strony wuja na wrzuty z jakąś historią w sobie a nie jedynie kolejne rekomendacje śpiewających pań, których zapewne ma jeszcze dużo w zanadrzu.

Goldfinger - Superman

Kuba z kolei postanowił otworzyć puszkę Pandory z etykietą skate-core'u. Pop punk i wszelkie jego odmiany tudzież fuzje gatunkowe stanowi może pół a może ćwierć procenta słuchanej przeze mnie muzyki więc faktycznie w tym przypadku jest to nie moja bańka ale wszelakie OSTy do Tony'ego Hawka wspominam pozytywnie i możliwe że jeden numer z tej konkretnej szuflady wrzucę kiedyś. O ile pop punk jest ok, ska też jest ok tak ten melanż gatunkowy niezbyt do mnie przemawia. Kawałek zasadniczo jest spoko, wolałbym go posłuchać chyba jednak bez tych ska dęciaków, to jakoś kiepsko mi się kojarzy, nie wiem, może z jakimś Pol'and Rockiem czy czymś, tak festiwalowo, gdzieś między Łydką Grubasa a Enejem i to są bardzo krzywdzące skojarzenia na pewno ale chwilowo nie umiem ich się pozbyć.

P.S. jeszcze teraz skojarzyło mi się jakoś z numerem On Mercury od RHCP, tam jest taka harmonijka ustna bądź melodica trochę robiąca reggae ska klimat połączony z rockowym graniem.

Partia - Warszawa i ja

O proszę, nawet nie wiedziałem że istnieje taki stolica-core hehe. Dev kontynuuje rockowe klimaty nawet trochę trąci punkiem ale tym razem z festiwalu przenosimy się do lokalu. Ten numer brzmi jak rasowy muzak do losowej "rockowej" knajpy w mieście - czy to Warszawa czy Bełchatów. Jest gitarowo bo być musi, jest trochę barowo do kieliszka tudzież browara a trochę parkietowo i podpite laski mogą się powyginać wraz z przydupasami o modnych fryzurach i drogich ciuchach. Najbliższe skojarzenie jakie tu z kolei miałem to trochę T. Love, wielkomiejskie granie o wielkomiejskim życiu. Myślę że to taka muza której słuchają te współczesne, niezależne, trudne do zdobycia kobiety, coś jak te dziewczyny za którymi oglądał się Rojek i chłopcy z Myslovitz a one nie chciały ich znać.

David Bowie - Lazarus

Kawałek znam i z Blackstar słuchałem go najwięcej, w sumie to nie tak - słuchałem go jako jedynego numeru może obok drugiego singla czyli tytułowego Blackstar i to było tyle. Lazarusa może ze trzy razy w życiu posłuchałem pewnie, teraz jeszcze raz i moje zdanie się nie zmieniło od premiery albumu - to naprawdę dobry kawałek. Ten saks tu faktycznie robi robotę i smuci tak jak trzeba, numer idealnie skrojony pod umierającego artystę i podkreślony jego rozpaczliwym nieco wokalem. Produkcja jest bardzo wporzo ogólnie i bas i gitara spełniają swoje role, jedyny ewentualny mankament tej wrzuty to to że Dragon wrzucił ten smutny numer na majówkę, ja ogólnie szanuję i doceniam ten numer ale nie mam ochoty go odpalać a tym bardziej kiedy wiosna w głowie. Nie wykluczam że ta wrzuta doczeka się z mej strony swoistej odpowiedzi gdzieś tam kiedyś w przyszłości.

Blondie - Maria

Zastanawiając się czym Melki tym razem nie zaskoczy w nadchodzącej kolejce przyszło mi do głowy że w sumie nie wrzucał jeszcze Blondie i chyba wykrakałem hehe. Trochę smutam że wleciała Maria bo to tak ograny do bólu przebój radiowy że nie potrafi już chyba wzbudzić jakichkolwiek emocji we mnie. Numer przed laty lubiłem, bo to hit chwytliwy w gruncie rzeczy ale to było w epoce mojego wychodzenia poza słuchanie hip hopu do którego miałem jednak lepszy dostęp więc to poszerzanie horyzontów opierało się głównie o oglądanie VH1 a najchętniej programów poświęconych wideoklipom lat 80. i 90., choć Marię kojarzę nawet wcześniej bo z radia pod koniec lat 90. Obecnie nie wracam już do niej, zostawiam to właśnie stacjom radiowym, łyknąłem w międzyczasie trochę tego starego Blondie i zdecydowanie bardziej preferuję to nowofalowe oblicze. Kawałek jest spoko, jak się natknę to posłucham a potem przejdę dalej, gitary i energia kawałka na plus, te dzwony trochę cringe i to tyle.

Art of Noise - A Time For Fear (Who's Afraid?)

MUSIAŁem otrzeć się już o ten numer kiedyś słuchając ich składanki Daft, na tamten moment jednak nie wchłonąłem Art of Noise całościowo, moje zainteresowanie zatrzymało się gdzieś na Beat Box i różnych wariantach Moments In Love (co jak już wiecie zaowocowało później gdy natrafiłem na tamten kawałek Marengo który tu wrzucałem). O ile Dr Mabuse w moim odczuciu nie był najlepszym numerem do zareklamowania talentu Trevora Horna tak ten numer Art of Noise... też pewnie nie będzie najlepszym, ale ukazuje go z kolei chyba w jego najbardziej interesującym, eksperymentalnym wydaniu. Choć na pierwszy rzut ucha nieco się skrzywiłem że znów w tej kolejce przychodzi mi mierzyć się z numerem który już znam szybko okazało się - na szczęście - że nie do końca wszystko pamiętam. Pamiętałem głównie te rytmiczne, powiedzmy surowsze fragmenty połączone z samplowanymi fragmentami przemówień jakichś polityków czy wojskowych i gdyby kawałek składał się tylko z nich to brzmiałoby to trochę jak jakiś numer Front 242 (albo proto-Front242). Ale są w tym utworze i te segmenty delikatniejsze i to połączenie obu elementów jest w sumie całkiem fajne. Suma sumarum jest to taki kawałek awangardowego ejtisowego grania na syntezatorach i samplerach i ja to lubię i mocno to szanuję. I czemu nie dziwi mnie że mentos nawet jak ucieka od tych łatek to i tak ciągnie je za sobą no bo któż inny jak nie nasz profesor od hałasu i jazgotu mógłby wrzucić tu Art of NOISE? he he he ;)


Tym razem kolejka byłaby dla mnie na straty gdyby nie te stukania i walenia wrzucone przez miętusa, aczkolwiek nadal z całym szacunkiem dla Bołiego czy Blondie do tych numerów wracać nie mam zbytnio ochoty, rockowych sentymentów dwójki Panów z Łodzi niestety nie podzielam acz szanuję, shodan zaś zrobił mi odrobinę gimbaza nostalgia zone tymi serowymi chórkami w nawet przyjemnej balladzie. Wdzięczny za przypominajkę o Art of Noise jestem, biję się w pierś i wiem że zasługują na większą uwagę.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 04 maja 2023 18:11

Shania Twain - When You Kiss Me

Wuja zasunął najklasyczniejszą balladą, czyli absolutnie obowiązkowe przejazdy po dzwoneczkach, plumkająca gitara akustyczna, perkusista stukający w obręcz werbla, chórki i tekst o miłości. Nie da się bardziej. Numer z 2002 r., ale to jeszcze czkawka po latach 90. Ja się w tamtej dekadzie wychowywałem, poznawałem muzykę, itd., co chcę powiedzieć, to to, że po prostu mam słabość do takich piosenek. W tym wypadku, nostalgia nadrabia u mnie tam gdzie powinna wjechać jakaś surowość za kompletną generyczność tej ballady, czy użycie wszystkich encyklopedycznych zabiegów i niczego więcej, CHOCIAŻ, muszę pochwalić Twain, że nie ma tu równie klasycznego mocniejszego wejścia w pewnym momencie (na mostek lub ostatni refren), gdzie robi się epicko, itd. Tutaj Shania jak zaczyna, tak kończy, i pewnie gdybym był bardziej sfrustrowany, czy coś, to bym się tu poznęcał nad tym i owym, ale siedzę sobie na przedłużonej majóweczce, pogoda jest piękna, mimo gęstym prognozom głoszącym, że do weekendu będzie lało i mroziło, leci sobie wrzutka Wuja i jest super. Jeśli chodzi o takie kawałki, to jestem trochę podobny do Wuja, ujmuje mnie to i tyle.

Jessie Ware - Stay Awake, Wait For Me


Z Murzynem czasami jest jak Mentosem, w sensie hejtuje coś za te i tamte rzeczy, a potem wrzuca coś bardzo, baardzo podobnego i rżnie głupa, że no co chcecie, super muza. Tutaj Murzyński zakłada maskę niejakiego Artura, ale w opisie czuć jednak tę bawełnianą podszewkę. Nie chce żeby się z tego zrobił mem, ale ten kawałek przypomina mi trochę jeden numer no-man (i trochę inny Tima solo) xD Fajne otwarcie wiosny by Murzyn, nawet ładnie to koresponduje z moim Finkiem sprzed paru kolejek. Jeszcze się za album nie zabrałem, więc fajnie, że dostaję takie oto zacne intro. Vibe jednocześnie pogodny, ale również bardzo sentymentalny, taki jakby coś się kończyło, ale wiadomo, że kiedyś wróci (coś jak pory roku, hyh). Miękkie, ciepłe brzmienie, ale zupełnie inne niż w kawałku zaproponowanym przez Wuja, tutaj słychać, że jesteśmy daleko od lat 90 i 00, w tle czai się hip-hop, w wokalu miło pobrzmiewa soul, takie leniwe rnb, które w takim wydaniu można łykać kilogramami, litrami, itd.

Śmiesznie wyszło, że akurat kiedy ja zmieniłem trochę core, to nawet Murzyn zaczął tu ciskać balladami, tym samym po tych dwóch pierwszych numerach, mój ska-punk brzmi kompletnie z dupy i powinienem się wstrzymać żeby chociaż następny numer wjechał. Albowiem...

Partia - Warszawa i ja

Stoję na balkonie, palę papierosa, Warszawa i ja. Trudno o lepszy opis Adriana Musiała. Jeżeli wybudowano by mu pomnik (nie wiem prostytutka za co, ale jeśli), to tak właśnie powinien wyglądać – typ z fajką na balkonie i w tle jakiś pałac kultury i komuny. Ja związek Deva ze stolicą dobrze znam i, mimo wszystko, szanuję – w końcu po 10 latach siedzenia tam, co ma innego pisać żeby nie wyjść na idiotę xD Ale serio, trudno mi sobie wyobrazić, żeby on miał mieszkać gdzieś indziej (mimo, że parę lat temu, miał w planach wyprowadzkę, ale to było w innym życiu). Sama piosenka, to też czysty Musiał, bo w ogóle mi się z nim nie kojarzy muzycznie. A to typowy Musiał, który generalnie wiele rzeczy w muzyce hejtuje, ale kiedy coś go jebnie emocjonalnie, to nagle stylistyka nie ma znaczenia i stawia on tym numerom pomniki (takie z nim samym na balkonie). Dopiero co pisałem, że z polskim punkiem mi średnio jest po drodze, ale po pierwsze – sam OP pisze, że to są popłuczyny po punku, więc paradoksalnie, lepsze xD A po drugie, nie wiem, nie ma drugiego. Z początku się krzywiłem, potem powiedzmy że trochę lepiej jest, nie jest to jakieś bardzo złe. Ale też muszę to podkreślić, największy wpływ na mój odbiór ma sam background Musiała, mniej kawałek sam w sobie. Bo on sam w sobie, jest ot taki o, ani dobry, ani słaby, taki od ludzi, którzy czują coś do Warszawy, dla ludzi, którzy czują coś do Warszawy. Jednocześnie, autor wie, że to się kiedyś skończy, no i dla Deva się (chwilowo) skończyło. Sam podchodzę do tego z pewną nostalgią, bo praktycznie całe warszawskie życie Musiała miałem przez tę dekadę relacjonowane na bieżąco, z pierwszej ręki. Działo się, i może nawet lepiej gdyby Dev o tym wszystkim nie pisał, bo (przypominam) to jest nadal publiczne forum i każdy może to czytać, nawet bez logowania xD W każdym razie, jest to wrzuta na kciuk w bok. Zadziwiająco dużo dobrych piosenek powstało na temat tego skurwiałego miasta, np. dużo lepsza „Warszawa” T.Love, czy tam jakiś „Sen o Warszawie” Czesława Nomana. Partia to jakaś tam średnia półka, z której może nawet bym chętniej brał towar w jakimś lepszym momencie, bez hejtu, bez wzruszeń. Podejrzewam, że gdyby to ktoś inny zapodał, to bym zmehał.

David Bowie - Lazarus

Ło Panie. Będzie dużo ode mnie w temacie, mógłbym z tego nawet własną wrzutę zrobić. Nie będę się czepiał, że Dragon wrzuca takie rzeczy, kiedy na dworze w końcu cieplejsza, pogodniejsza aura, bo na Bowiego zawsze jest dobry moment, ale to trochę jakby siedzieć na imprezie w dobrym humorze, i nagle dosiada się ktoś i wywleka jakiś przykry temat. Trzeba to wziąć na klatę.

Jak zaczęły wychodzić single z tej płyty, to rozpoczął się bardzo ekscytujący okres oczekiwania. Tytułowy, napompował balonik na full, zwłaszcza razem z klipem. „Lazarus” (w wersji audio) wyszedł jakoś tydzień przed świętami Bożego Narodzenia. Dragona wzmianka o niemiarodajności lasta, u mnie też ma zastosowanie, bo tych pierwszych przesłuchań nie mam zascrobblowanych. Odpalałem z YT, a wtedy takich cudów nie miałem, żeby mi takie rzeczy zbierało. Pamiętam, że napisałem wtedy do Musiała wiadomość, której teraz nie mogę znaleźć, ale wiem, że to się wydarzyło, bo potem w konwersacji na fb się do tego odnosimy, widać to był jakiś sms, który przepadł. W każdym razie, napisałem mu, że Bowie nagrał kawałek, który brzmi jak Azbest xD (miałem jeszcze skojarzenia z „The Drowning Man” The Cure, głównie przez to intro). Może to się wydawać trochę idiotyczne dla osób z zewnątrz, ale „Lazarus” przypominał wszystko to, do czego jako zespół, brzmieniowo, aspirowaliśmy w tym krótkim czasie wzmożonej aktywności tego konkretnego składu, realizując kompozycje Musiała. Bowie nigdy wcześniej nie brzmiał tak zimnofalowo, jak w tym utworze. Pierwsze scrobble tego kawałka mam z sylwestra 2015 r., z tego co pamiętam, tego dnia wyciekła cała płyta, ja ją przesłuchałem i odłożyłem wk*rwiony, bo to był jakiś naprawdę podły rip, nie wiem czy nie w mono.

Sam początek roku 2016 (który generalnie cały był dosyć trudnym rokiem dla mnie) był gruby, bo zmarła moja znajoma (zatruta czadem podczas kąpieli). Pogrzeb zaplanowano na 12 stycznia, ale 10tego przyjechałem już na miejsce. 11 stycznia rano, obudzono mnie informacją o śmierci Bowiego. Kompletnie to do mnie nie docierało, jakby ktoś powiedział, że „zmarł Święty Mikołaj”. Ale zmarł. Tak się składa, że na tym samym pogrzebie miał być również… Adrian Musiał, który był właśnie w drodze. Zacząłem pisać z moimi znajomymi, z kręgu fanów Bowiego. Jeden z moich najbliższych przyjaciół, zapytał czy widziałem klip do „Lazarusa”, no to piszę zgodnie z prawdą, że nie, bo przez całą tę sprawę z pogrzebem, kompletnie to olałem (a wideo wyszło, jak patrzę, 7 stycznia). Dostałem odpowiedź, że wprawdzie jest to trudny moment na to, ale powinienem go obejrzeć. No i obejrzałem i grubo dostałem po ryju. Brałem udział w czymś całkowicie bezprecedensowym, artysta publicznie żegnał się z fanami za pomocą swojej sztuki. Jak dotarł Dev, to długo o tym gadaliśmy. Niestety, to nie był koniec. Okazało się, że tego samego dnia, co zmarł Bowie, wypadek miał Colin Vearncombe, czyli Black, i był w śpiączce. Pamiętam, jak Musiał usiadł, spuścił łeb i stwierdził „prostytutka, jeżeli Black też umrze, to się chyba zajebię”. Blacka odłączono dwa tygodnie później.

Kiedy słucham „Lazarusa” to mam przed oczami galerię „momentów” z tamtych dni, zresztą odpowiednio pochmurnych, deszczowych i zimnych. Pogrzeb znajomej, w połączeniu ze śmiercią Bowiego i wypadkiem (w efekcie również śmiertelnym) Blacka, dowalił nam naprawdę srogi experience. Chodziliśmy z Devem jak jebnięte kręgle, otoczeni wszechobecną śmiercią. W każdym razie, wielokrotnie się zastanawiałem, czy śmierć Bowiego, nie zakrzywiła odbierania „Blackstar” do tego stopnia, że nie idzie już inaczej tego albumu odbierać, niż przez ten kontekst. Ja miałem już na temat tej piosenki wyrobioną opinię wcześniej, oczywiście byłem nią zachwycony, chociaż już wtedy wskazywano (zarówno w tym, jak i tytułowym utworze i generalnie na albumie) pewne bardzo konkretne nawiązania do starszych płyt, co sugerowało rozliczeniowy charakter. Napisałem już ścianę, ale mało o samej muzyce. Ale nie wiem tbh, co ja mam napisać. To jest doskonały utwór, z piękną atmosferą, pięknym instrumentarium, w efektywny i ekscytujący sposób łączący style i to „coś” co tylko Bowie miał, i nikt inny mieć nie będzie. Myślę, że background życiowy więcej tu powie o moim stosunku do tego utworu, niż jakieś kwieciste opisy tego, kto tu czego zajebiście nie zagrał, jaki tekst nie jest wspaniały, czy nawet jak to Bowie się żegnał z fanami. Jeśli chodzi o ostatni album, to wiem, że Bowie zaczął pisać jakieś nowe piosenki, bo był w artystycznym gazie, nagrał nawet kilka prostych dem, które raczej nigdy nie wypłyną w żaden sposób do fanów (ale może jestem naiwny). Nie wiem, czy oglądaliście „Moonage Daydream”, ale jedną z tych rzeczy, które tam bardzo uwypuklono jest to, że Bowie kochał życie, jak nic innego. Nie dziwi mnie, że facet, nawet będąc na łożu śmierci, do ostatniej chwili chciał żyć na 100%, tak jakby nic się nie zmieniło. „Blackstar” to było pożegnanie pro-forma i niestety, wycelowane niemal co do dnia. „Lazarus”, mimo że trudno oddzielić go od całej tej otoczki, jest fenomenalnym utworem samym w sobie.

Blondie – Maria

Sam już nie wiem, czyj numer brzmi w tej kolejce bardziej z dupy, mój, czy Dragona. Zwłaszcza jak zaraz po wejściu Bowiego do szafy, odpala się MAAARYYYYJAAAA. Już to kilka razy pisałem i jestem świadomy, jak bardzo to nie ma znaczenia w kontekście czyjegoś wyboru z Bestki życia, ale żeby strzelać takim kawałkiem mając do wyboru całą dyskografię xD Nie raziło mnie to zupełnie u Mentosa, bo on walnął „Shout” znając tylko jedną płytę Tears for Fears, ale żeby taki fan i znawca Blondie, jak Melki, wrzucił „Marię”… Tak, doczytałem opis, widzę że fundamenty sentymentalne tutaj są, więc zapewne bardziej mnie boli to, że „Maria” to nie jest jakiś wybitny kawałek. Melki pisze, że brzmi świeżo, a ja się w ogóle nie mogę z tym zgodzić, zwłaszcza jeśli mówimy o „No Exit”, na którym znajdują się naprawdę nowocześniej brzmiące (jak na Blondie) rzeczy jak „Forgive and Forget” albo tytułowy „No Exit” z udziałem Coolio. „Maria”, w tym towarzystwie, brzmi jak coś umyślnie i na maksa nawiązującego do starego Blondie z bardzo dawnych czasów. Kawałek napisał Jimmi Destri, który był w tym zespole gościem od melodii i generalnie hitowych piosenek. Jakiś czas potem wyszło na jaw, że ma problem z narkotykami. Zdecydował się iść na odwyk, a ze strony zespołu, zamiast pomocnej reki, dostał kopa w dupę. Tak to jest, czasami łatwiej się pozbyć problemu niż zawalczyć o jednego z oryginalnych członków zespołu i absolutny filar w kwestii kompozycji. Mniejsza z tym. „Maria” to ostatni hit, który napisał dla zespołu, brakuje u nich takich kawałków na nowszych albumach.

Pamiętam kiedy ten utwór latał po wszystkich stacjach radiowych, ja wtedy nie wiedziałem nawet, że to numer Blondie, a o samym Blondie tez chyba za dużo nie wiedziałem, chociaż raczej na bank kojarzyłem „Heart of Glass”. Co ciekawe, myślałem, że to śpiewa jakiś facet z wysokim głosem. Czemu? Może dlatego, że Debbie Harry brzmi tu fatalnie. Nie wiem z czego to wynika, ale w refrenie ona wyje niesamowicie. Można powiedzieć, że już wtedy była stara, ale srsly, na tej płycie, czy nawet późniejszych, są kawałki, w których brzmi o niebo lepiej, i to wykonując znacznie większe akrobacje wokalne. Tymczasem „Maria” brzmi jak wykonanie live jakiegoś starego kawałka, który kiedyś była w stanie zaśpiewać, a teraz robi to, bo trzeba odbębnić hity (coś jak Gahan na Exciter Tour). Dobra, przejeżdżam się po tej MARYJI, ale generalnie wcale nie uważam, że to jest jakaś słaba piosenka, wręcz przeciwnie. Może radio już ją zarżnęło, może Debbie nie wyrabia, ale ogólnie to jest fajny hit i bardzo udany come back zespołu, na którego powrót pewnie już nikt nie liczył, ani się go nie spodziewał. Może przemawia przeze mnie fan Blondie, który po prostu za dużo lepszych piosenek tego zespołu słyszał, i w przypadku Melkiego liczyłem na jakąś większa niespodziankę, ale to absolutnie nie jest zła wrzuta. A na majówkę, to już w ogóle pasuje doskonale.

Moim marzeniem jest zobaczyć Blondie na żywo, ale powoli tracę nadzieję, że to się uda. Byli w Polsce raz, w 2005 r., grając dla januszy w sopockiej Operze Leśnej (bez kitu), Debbie była tak ubrana, że pewnie połowa amfiteatru zachłysnęła się piwskiem. Od tamtej pory nic w tym temacie się nie rusza i chyba na tym etapie nie ruszy. Debbie Harry jest już naprawdę stara, jak na rygor jeżdżenia w trasy (niedawno odwalili turnus z Garbage i teraz chyba robią kolejny, a dopiero byli na Coachelli) i takie podróże do innych krajów nie są już szczególnie wskazane. To i tak cud, że ten zespół nadal funkcjonuje, nagrywa, występuje, itd. Ostatnią dużą trasę po Europie mieli prawie 10 lat temu, więc obawiam się, że tego marzenia koncertowego nie uda mi się już spełnić. Szkoda.

Art of Noise - A Time for Fear Who's Afraid?

Trevora Horna kojarzę z pierdyliarda różnych projektów, to jest niesamowite w ile różnych, znanych mi zakamarków, facetowi udało się wepchnąć. Był liderem Yes przez dwa albumy, produkował drugie Dzwony Oldfielda, robił jedną z moich ulubionych płyt Robbiego Williamsa, miksował dla Blackfield, napisał i nagrał "Video killed the radio star", a to wszystko to nie jest nawet wierzchołek góry lodowej, to jest jakiś prostytutka pyłek na wierzchołku.

Horna kojarzyłem przede wszystkim z tego, że gdziekolwiek się nie pojawił, tam pojawiało się wypolerowane, wesołe, przebojowe brzmienie. Gość potrafiłby z „Lazarusa” zrobić wesoły, wakacyjny hit. Tym bardziej się zdziwiłem jak usłyszałem numer wrzucony przez Mentosa.
I teraz już nie wiem, kto wrzucił bardziej z dupy numer w tej kolejce, naprawdę. Nie znałem wcześniej tej nazwy, ani tego bandu, mam wrażenie, że powinno mi być głupio i to jakiś duży i brzydki ubytek w mojej wiedzy na temat muzyki (mogłem udawać, ale za stary jestem na takie idiotyzmy). Brzmi to trochę jak The Avalanches, więc Mentos dokleja sobie kolejną gębę do gęby.

Powiem szczerze, dupy mi nie urwało. I już pali licho, czy to pasuje do aury, czy nie pasuje, Bowie nie pasuje kompletnie, a jednak z takimi monolitami się nie dyskutuje, a tu raczej odbieram vibe ciekawostki i to takiej typowo mentosowej – czyt. słuchajcie tego napierdalania, a ja się pakuje na offa. Bardziej traktuję to, jako coś co warto chociaż poznać i docenić kreatywność jaką odznaczali się ci ludzie w połowie lat 80-tych, bawiąc się samplingiem w ten sposób. Dziś to brzmi jak coś co się bezpowrotnie zestarzało i nie robi już wrażenia, chyba że pod kątem historycznym. Szanuję Horna, szanuję band i szanuję ten numer, ale samym szacunkiem się punktów w muzyce nie zdobywa.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 07 maja 2023 20:39

Kurde, myślałem, że przywitamy Wuja kompletem recenzji, ale chyba mi się murzyński optymizm udzielił.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 07 maja 2023 20:56

Czarny humor hehe
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 07 maja 2023 22:44

Ja niedługo wlecę, ale zanim to zrobię tylko nadmienię, że znam trzy płyty Tears of Fears...
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 07 maja 2023 22:50

A TO PRZEPRASZAM

Rozumiem, że chodzi o Krzesło, Tears Roll Down i Greatest Hits
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 08 maja 2023 08:10

Hien pisze:
07 maja 2023 20:39
Kurde, myślałem, że przywitamy Wuja kompletem recenzji, ale chyba mi się murzyński optymizm udzielił.
Wiesz jak jest, w szkole też nie chciało się pracy domowej w weekend odrabiać ;(
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 08 maja 2023 23:30

Shania Twain - When You Kiss Me

Dziwnie aż zaczynać kolejkę od wrzuty wujasa, bo tak się człowiek przyzwyczaił do pewnej kolejności i jakoś prawie zawsze nasz superkomputer z system shocka dwójki wrzucał jakąś balladkę pod sam koniec każdej kolejki i słysząc takową jako pierwszą aż musiałem sprawdzić czy nie ustawiłem jakiegoś trybu szufli czy czegoś w ten deseń. Strasznie mnie męczy to takie pikanie w tle, które przewija się przez cały kawałek, bo w domu rodziców był piekarnik, który wydawał identyczne dźwięki i cały czas mam wrażenie, że go słyszę. xD Strasznie to ckliwe i szczerze mówiąc - za bardzo ckliwe, lukier wręcz się wylewa, cały czas mam wrażenie, jakbym słysza to w jakimś serialu dla nastolatek 20 lat temu i w ogóle niech ktoś wyłączy ten pieprzony piekarnik. Może gdybym był taką nastolatką z amerykańskiego hajskulu w latach zerowych marzyłbym o tym, by Josh ze szkolnej drużyny całował mnie przy tym kawałku, ale jestem kim jestem i raczej sobie mehnę. Takie rzeczy to generalnie wchodzą mi dość losowo, nie tym razem.

Jessie Ware - Stay Awake, Wait For Me

Jakoś tak się złożyło, że zapomniałem o tym, że jest ktoś taki jak Jessie Ware, a pamiętam, że nawet słuchałem bodaj debiutu w czasach gdy radiostacje napierdzielały Wildest Moments i nawet się mi podobał, acz bez jakiejś szczególnej ekscytacji. Mam sentymencik do tego kawałka, do tego okresu, bo nawet miło mi się kojarzy. Zabawna sprawa z opisem murzyna, mam w sumie dość podobne wspomnienia związane z jesienią 2017, tylko zamiast nowej pracy była pierwsza, no i jednak psa mieliśmy trochę później, ale reszta w sumie się zgadza. Czy opis tej wrzuty będzie zdominowana przez moje losowe flashbacki z przeszłości? Być może. Na pewno w nieformalnym pojedynku śpiewających pań z tej kolejki ten kawałek wygrywa nokautem. Jestem zaintrygowany, kupuję ten klimat, bo jeszcze w resztkach pamięci zajebanej memami i losowymi kadrami ze starej telewizji jeszcze pamiętam jak to jest, gdy ktoś na ciebie czeka po dniu TYRY i to jest bardzo przyjemne uczucie, więc siłą rzeczy ten kawałek dostaje z tego tytułu boosta. Okejka no.

Goldfinger – Superman

Kurdebela, ska to się tu nie spodziewałem, i to w dodatku jeszcze ze strony munlupa. Skejterska kultura to jest coś, czego istnienia jestem i byłem świadom, ale jednocześnie coś, co mnie ominęło. No grało się trochę w THPS 4, które dorzucili do CD-Action, pamiętam, że w soundtracku był tam polski rap i w sumie to nawet podobał mi się ten klimacik, ale to raczej nie jest seria, która by miała większy wpływ na moją osobowość. No i ten no, ska-punk... No nie będę ukrywać, że akurat to nie jest ten rejon muzyczny, który bym jakoś szczególnie eksplorował i może już nie mam takich uprzedzeń, co jeszcze z parę lat temu, ale to chyba nie jest do końca to, czego w muzyce szukam - ni to w wydaniu polskim, ni to w amerykańskim. Lata uprzedzeń robią swoje, całe "muzyczne" życie kręciłem się praktycznie w bąbelkach, które tego rodzaju granie odtrącało od czci i wiary, przez co mam pewien problem, bo nie ukrywam, że nawet chcę się tu dopatrzeć czegoś, co mogłoby mnie zaintrygować, ale ni cholery nie mogę. Słucham tego bez bólu, ba, nawet z taką pewną nieśmiałą przyjemnością (i świadomością, że większa dawka by mnie zmęczyła jak sam hu-hu), ale still traktuję to jako najwyżej ciekawostkę. Kto wie, może powinienem wrócić sobie do jakiegoś Green Day'a i liczyć na to, że kiedyś otworzy mi to mózg i nawet docenie i te wrzutę, ale na razie zostawiam ją ze znakiem obojętności.

Partia - Warszawa i ja

Być może dzisiaj zbyt często piszę o wszystkim, poza muzyką, ale takie rzeczy wrzucacie... Nie no, tak serio, to wiadomix, że taka wrzuta musi mnie skłonić do okołostołecznych wspominek. Czy tego chcę, czy nie, miasto stołeczne odgrywa dość ważną rolę w moim tzw stołecznym życiu - od tej dekady, gdy się tam pojawiłem pierwszy raz, bywałem tam dobre kilkanaście razy, może nawet i częściej, bo jednak zawsze się tak śmiesznie układało, że większosć moich okołointernetowych znajomości było jakoś związane z tym miastem i jego okolicami (jedną z b. losowych ciekawostek o mnie jest fakt, że w celach towarzyskich zdarzało mi się bywać w Pruszkowie i Wołominie). Miewałem etapy, w których planowałem tam zamieszkać, miewałem i takie, w których uważałem to miejsce za ósmy krąg piekieł i chyba po prostu muszę tam pomieszkać jakiś czas, by wyrobić sobie ostateczną opinię - w sumie nie wykluczam scenariusza, gdzie dołączam do grona warszawofilów, bo mieszka tam jeden z moich najlepszych kumpli teraz i generalnie dużo spoko ryjców też. W każdym razie jest to miejsce w którym Tymon Tymański wyrąbał mi z bara na festiwalu muzycznym, jest to miejsce w którym jakiś random chciał mi oddać parę bitcoinów w czasach, gdy te chodziły po bezcen i jest to miejsce w którym spędziłem fajny wieczór w poprzednie wakacje.
Okej, bo tu jednak miało być o muzyce... No powiem tak - NIE BYŁO MI SZKODA, GDY TEN KAWAŁEK SIĘ KOŃCZYŁ XD Tak naprawdę to ja nie lubię jeździć po waszych wrzutach, bo jednak ten cholerny, osobisty kontekst zawsze sprawia, że siłą rzeczy nawet rzeczy, które mi się po porstu nie podobają, nie umiem zroastować, ale to jest rzecz z gatunku no kurde raczej nie dla mnie. To mi brzmi na coś, co mogłoby lecieć sobie na Męskim Graniu czy czymś podobnym, coś, co mogłoby lecieć w jakimś pubie na Nowym Świecie w tle, a ja w sumie nie mam ochoty na słuchanie takich rzeczy na codzień. Z jakichś przyczyn mnie drażni wokal i w ogóle bije od tego numeru jakimś takim dziwnym vibe'm rzeczy, która chce się stylizować na cool, ale jakoś za bardzo i w ogóle mnie to nie grzeje, ale też nie jest w tym aż tak nieudolne, bym miał z tego bekę. Po prostu lekko sobie mehnę i tyle w tej materii.

David Bowie - Lazarus

Póki co strasznie tu jojczę i narzekam, ale czasem się zdarzają i takie kolejki. Dobrze, że jest tu kolega Robert, który gra zazwyczaj mocnymi kartami i zawsze potrafi wyciągnąć jopka karo z rękawa. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest do końca trafiona analogia, bo jednak Bowie to o wiele mocniejsza karta, ale kij z tym już. Nie mam z tym albumem aż tak traumatycznych wspomnień, co kolega Munlup, ale przyznaję, że początek 2016 roku był dla mnie dość podły z wielu różnorakich przyczyn, o których w sumie nawet nie chce mi się pisać - to nie były jakieś szczególnie złe wspomnienia, ale mimo wszystko musiało się zmienić w moim życiu więcej niż parę rzeczy, bym mógł stwierdzić, że to był jeden z lepszych roczników mojego żywota. W każdym razie śmierć Bowiego pamiętam dość dobrze, bo to był jeden z nielicznych przypadków, gdy śmierć osoby publicznej autentycznie mnie dotknęła. To był jakiś podły poniedziałek i generalnie jak sobie do tego wracam, to to wszystko było jakieś dziwne, bo parę dni wcześnie dosłownie z dnia na dzień ogłoszono informację o premierze tej płyty i naprawdę przez krótki czas byłem pewien, że te informacje o śmierci to jakiś wykurwiście ekscentryczny sposób na jej wypromowanie.
Jakoś tak to wszystko złożone do kupy sprawiło, że ostatni album Bowiego niesprawiedliwie trafił na moją prywatną półeczkę rzeczy, które szanuję i których prawie w ogóle nie słucham. I prawdę powiedziawszy słuchając tej płyty teraz, też się czuję dziwnie. I chyba na tym poprzestanę, bo jakby nie ma sensu pisać, że "obiektywnie" patrząc to jest rzecz wspaniała - jeśli ktoś tego nie słyszy, to naprawdę nie jestem w stanie do takiego człowieka dotrzeć.

Blondie - Maria

Ehhhh kuźwa, coś takiego po takim Bowiem. xD Na początek srogie zdziwko - Melki bawiąc uczy i ucząc bawi, do tej pory serio myślałem, że ten kawałek jest przynajmniej z 15 lat starszy, a tu zonk. 1999 rok. Też prawdę powiedziawszy liczyłem, że jako naczelny fan Debbie Harry Melki wrzuci nam coś o wiele mniej znanego, bo ja co prawda na tym zespole prawie w ogóle się nie znam, ale nie wierzę w to, że nie mieli jakichś fajnych deep cutów na sprzedaż. Na boga, z nimi kiedyś grał Fripp! Przesłuchałem ten kawałek, nawet nie jakimś wielce nadludzkim wysiłkiem, ale nie dostałem ciar, nie czuję ekscytacji i w ogóle to nie mogę nie rzec, że to nie jest jedna piosenek w dziejach z ludzkości, ale nic poza tym. Nie tym razem.

Kurde, szczerze? Słaba ta kolejka. xD Bowie to tu wręcz nie pasuje, wrzuta Murzyna chyba jako jedyna ma u mnie szanse na zapunktowanie w przyszłości, o reszcie zapomnę pewnie po umyciu zębów. MEH
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 09 maja 2023 10:49

Shania Twain - When You Kiss Me

Shanię Twain kojarzę z szeregu przebojów takich jak Ka-Ching!, That Don't Impress Me Much, Man! I Feel Like A Woman itd. Kiedyś zresztą zainteresowałem się bliżej jej piosenkami i poznałem ich trochę więcej i generalnie podobały mi się. Pani Twain kojarzy mi się jeszcze z wtopą mojego kolegi, który puścił jej przeboje na swoim weselu (bo nie pomyślał, że muzyka pop to nie to samo, co muzyka taneczna...) i parkiet po puszczeniu kilku przebojów w tym typie opustoszał :lol:. Tutaj mamy ładną, łagodną piosenkę, w sam raz na wiosnę (Shodan świetnie wpasował się w aurę, bo te dzwoneczki, te ozdóbki są ładne jak kwitnące kwiaty, jak narcyzy czy jak małe szafirki). Delikatna gitara, spokojny śpiew pani Shanii, powoli, niespiesznie idą do przodu i wciągają w tę kolorową aurę. Bardzo ładna piosenka :).

Jessie Ware - Stay Awake, Wait For Me

Przyznam, że z początku byłem lekko zaniepokojony, bo ten kawałek przepłynął zupełnie bezwiednie i przypominał mi różne współczesne kawałki pop, które dopiero po wielu odsłuchach (czytaj: przy siedzeniu koło włączonego radia przez wiele godzin) się jakoś osłuchują. Muzyka chłodna, wolna, wokal robi trochę za instrument tła. Potem wchodzi jakiś instrument dęty i przez tę kamienną ścianę zaczyna się coś przebijać, piosenka staje się żywsza, głos pani Ware zaczyna upuszczać energię, po czym... kawałek się kończy. Nie wykluczam, że wrócę, skoro YT cały czas mi podsyła różne podobne pozycje z naszych bestek, ale nie wiem. Z własnej woli mało prawdopodobne, żebym po to sięgnął.

Goldfinger – Superman

Wesoły, radosny, skoczny kawałek, który na tę chwilę nie za bardzo do mnie trafia, może nawet - przepływa obok - tak podsumowałbym Supermana. Piękna jest ta okładka z pętlą z kabla, ten czerwony aż bije po oczach, no, fest wyzywająca. Zupełnie nie słucham takiej muzyki i nawet nie wiem, z której strony mam to ugryźć. Mnie to kojarzy się z estradą, z jakimś Skibą (który mnie mierzi), ale dalej nie wiem, jak się za to wziąć. Dawno chyba nie było czegoś, co by się ze mną tak rozminęło. Posłuchałem z ciekawości i poszedłem dalej.

Partia - Warszawa i ja

Wstęp rodem z jakiejś imprezy, na której ludzie już się dobrze bawią (pod wpływem), coś mocno ze środka, niekoniecznie dla większej grupy ludzi. Mocny, chwytliwy refren, intro, zwrotki i refren tworzą taki dziwny nie do końca przegryzający się ze sobą konglomerat różnych wrażeń. Generalnie nigdy bliżej nie poznałem Warszawy, byłem tam głównie przejazdem i przy okazji koncertów Depeche Mode, jakichś szczególnie intrygujących, osobistych wspomnień z tym miastem nie mam, a o ogólnym jej wizerunku jakoś nie chce mi się pisać. Warszawa i ja ma trochę taki dekadencki charakter, trochę taki "znowu w życiu mi nie wyszło", tylko bardziej żywo, ale kawałek generalnie dość mocno depresyjny i, co tu mówić, niezły. Dobry wokal, ma charakter.

David Bowie - Lazarus

O śmierci Bowie'ego dowiedziałem się od mojego kolegi, kiedy wychodziliśmy z budynku na przerwę w zajęciach na studiach. Zdziwiło mnie to, bo wiedziałem, że dopiero co wydał płytę. Miałem w planie odsłuchiwać, ale mocno mi wtedy wjechały inne, klasyczno-rockowe rzeczy i jakoś to się rozmazało, rozwiało i w pamięci. Jakoś nigdy nie miałem jakiegoś głębszego stosunku do Bowie'ego, bardziej go poważałem za to, co udało mi się usłyszeć niż sam chciałem go słuchać, odbiłem się wtedy trochę od "Heroes" i Low. Pamiętam jeszcze jakąś taką sztuczną panikę w środowisku fanów rocka, że "to jest 2016 rok", bo zmarło kilka uznanych postaci z tego kręgu - hello, panowie, zobaczcie, ile lat mają wasi idole, za ok. 15 lat większości z nich pewnie już nie będzie, to się dopiero będzie działo!
Zupełnie nie czuć długości Lazarusa, jest tak dobrze skomponowany, że człowiek w niego wsiąka. Zaczyna się spokojnie, melancholijnie, takie Hienowe klimaty. Słychać, że nagrywali to ludzie, którzy z niejednego pieca chleb jedli, bo brzmi to bardzo naturalnie, a rozwija się w trakcie utworu. Zbolały wokal, nie najmocniejszy, ale przejmujący, sunie powoli i porywa za sobą kolejnych czekających na niego. Te wszystkie szemrzące smyczki + marszowy bit dodają Lazarusowi charakteru wyczekiwania na coś wielkiego. W tę stronę mógłby skręcać In Your Room ;(. Potem głos coraz bardziej rozpaczliwy (koło 4 minuty), zastanawia mnie, jaki byłby odbiór Czarnej Gwiazdy, gdyby muzyk nie zmarł zaraz po jej wydaniu. Cóż, nie dowiemy się tego, rzadki wypadek twórcy, którego śmierć tak bardzo kojarzy się z ostatnimi latami (czy nawet: dniami) jego aktywności. Utwór wycisza się stopniowo, odpływa w dal, Bowie znika nam z horyzontu. Piękna pieśń.
Najciekawsze w sumie jest to, że to ponoć nie miała być ostatnia płyta muzyka.

Art of Noise - A Time for Fear Who's Afraid?

Dźwięki jakby z zaświatów, coś mi to przypomina... Signify! Potem mamy walenie w dechę, trochę jakichś fajerwerków w tle, jakiejś maszynerii, pewnie dla jaj fajnie by się tego słuchało :lol:. Tak, to jest muzyka do słuchania dla jaj, trzeba tylko poczekać na - uwaga - TĘ CHWILĘ!!! Głos ni to robota, ni to jakiegoś guru, nie wiem. Potem wchodzą jakieś dziwne klimaty i robi się z tego totalny chaos. Wolność twórcza wolnością twórczą, ale jeśli skutkuje czymś takim, to ja już wolę ostatnich punków od Mentosa, bo oni fajnie dopełniali kulturę estradową. Bardzo dziwny kawałek, mocno mi zgrzyta, to niekoniecznie dla mnie.

Ogólnie rzecz ujmując: taka sobie ta kolejka i trochę bez wyrazu. Szkoda. Na plus pani Twain, pan Bowie i w pewien sposób Partia.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 09 maja 2023 11:26

Pamiętam jeszcze jakąś taką sztuczną panikę w środowisku fanów rocka, że "to jest 2016 rok", bo zmarło kilka uznanych postaci z tego kręgu - hello, panowie, zobaczcie, ile lat mają wasi idole, za ok. 15 lat większości z nich pewnie już nie będzie, to się dopiero będzie działo!
A faktycznie, było coś takiego, bo zdaje się, że zaczęło się od Bowiego, potem był Prince, w międzyczasie chyba jeszcze Emerson i już parę nazwisk, których na szybko nie mogę sobie przypomnieć. Niby można napisać, że kto by się spodziewał, że starzy ludzie będą umierać hyhy, ale dziwnie było uświadamiać sobie, że to pokolenie dosłownie już wymiera
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 maja 2023 11:30

Tyle, że Bowie był relatywnie młody. Lifestyle się odezwał niestety. Ten 2016 r rzeczywiście wydawał się bardziej śmiertelny, ale chyba tylko ze względu na starpower umierających. Zresztą nie dziwię się, bo zgony Bowiego i Prince'a mnie bardzo dotknęły.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 maja 2023 11:31

BTW, ostatnio zacząłem się zastanawiać jakich wykonawców udało mi się zobaczyć na żywo zanim stało się to niemożliwe. Na szybko mogę wymienić Lou Reeda, Gary'ego Moore'a i Linkin Park. Plus Rick Wright.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 09 maja 2023 17:17

When You Kiss Me

Kurde, nie wiem. Przesłuchałem kilkakrotnie i tbh jestem nieco zawiedziony. W sensie, ja lubię Shanię Twain, lubię te delikatne rock-pop-folkowe klimaty przełomu wieków, też działa na mnie nostalgia, pcha we wspomnienia czasów dawnych, prawdopodobnie mocno bym się zachwycił tym utworem na dyskotece w 5-tej klasie szkoły podstawowej, no bo wiecie rozumiecie, można było potańczyć z Martą czy inną Pauliną, ale teraz... Jest nazbyt generikowo, nie ma tutaj nic, co by mnie w jakikolwiek sposób porywało, jest wręcz trochę... Mdławo. Przepraszam, jeśli kogoś urażam (np. Wuja), ale tym razem jest to hit n miss, nie widzę nic dla siebie, nie jest to klasyczna, hitowa Twain, nie jest to też jakieś odkrycie dekady dla mnie w postaci numeru z epoki, którego nie słyszałem wcześniej (choć przywołuje ciekawe obrazy). W tym momencie się żegnam, nie będzie innego wyboru.

Stay Awake, Wait For Me

Jessie Ware znam z dwóch rzeczy - utworu Wildest Moments, którego jeden mój ziomek nienawidził a drugi kochał i jej darmowego koncertu z okazji zmiany nazwy Galerii Mokotów z Galerii Mokotów na Westfield Mokotów (i tak nikt tej nowej nie używa), na którym co prawda nie byłem, ale za to do niedawna mieszkałem niemal naprzeciw parkingu na dachu na którym ten występ zorganizowano i z 10-tego piętra doskonale wszystko słyszałem xD Jak jest? Znowu kurde mdławo. Najfajniejsza jest końcówka, lubię takie powtarzane mantry-manterki, które domykają utwór (sam stosuję ten zabieg u siebie, kto słyszał, ten wie). Muzycznie nie mogę powiedzieć, że lepiej niż Twain, bo to jednak zupełnie inne epoki muzyczne i bądź co bądź style również. Jakoś sobie przyjemnie płynęło w tle, ale pod coś więcej niż muzę do zabicia czasu w... galerii handlowej (LOL) albo chociaż u fryzjera to tego bym nie dał. Sorry Murzynku, tym razem statek do Europy odpływa bez Ciebie ;(

Superman

Wtf, na razie ta kolejka morduje moje libido, dosłownie xD To znaczy, nie zrozumcie mnie źle, ja rozumiem, że to jest muza z nostalgią, i wiem, że są ludzie, którzy życie spędzili na Tonym Hawku i jarają się deską, ale ja nigdy do nich nie należałem i raczej należeć już nie będę. Choć faktycznie, jakieś 5 lat temu latem kol. Jakub Kurek (skoro już mnie wywołał w pełni) kupił mi deskę, z której jednak nie potrafiłem zrobić żadnego użytku xD W sensie, poodpychałem się trochę od ziemi i na tym się właściwie skończyło. Kol. Jakub z kolei prawie się zabił zjeżdżając na desce (na której siedział) z krawędzi peronu na torowisko kolejowe xD To były śmieszne czasy, myślę, że ostatnie tak naprawdę śmieszne. Ten numer niestety stanowi dla mnie dobry do nich komentarz (choć wtedy go nie znałem, bo i skąd), albowiem sam jest dla mnie trochę śmieszny. Nigdy mnie skejterska kultura nie jarała, taka muza też nie, choć odnajduję tu w brzmieniu echa Partii... w sumie, śmiesznie xD Niestety, nic z tego nie będzie. Superman nie jest super (ale za to okładka płyty już tak).

Lazarus

Ja pier*olę... Ze wszystkiego, czym Smoku mógł przywalić od Bowiego, wybrał Lazarusa, który swego czasu rozsmarował mnie na ścianie. Właściwie nie powinienem nic pisać, bo nie wiem też co miałbym napisać, tzn. Hien napisał już wszystko, a ja napisałbym dokładnie to samo. Skojarzenia z Azbestem, klimat końca roku (a 2015 był baaardzo specyficzny, miał mroczną i intrygującą - dla mnie - jesień, czuło się... coś w powietrzu), koszmarny początek 2016... Zgodzę się z tą zimnofalowością, to jest jak czystej krwi post punk a la Martin Hannett, doskonałość sama w sobie. Lazarus jest kapitalny, cała płyta zresztą mnie urzekła, szkoda tylko, że złapała w tak podłych okolicznościach. Albowiem zapowiadające ją EP siadło właśnie tak jesienno-mrocznie i trochę wręcz bawiło swoją nie do końca poważną otoczką. A utwór? Faktycznie, pamiętam wymianę smsów z Kurkiem, pamiętam wspominanie Lazarusa i moje słuchanie go, tylko kiedy dokładnie to było? Sam początek roku 2016 (który generalnie cały był dosyć pokręconym rokiem dla mnie) był gruby, bo zmarła znajoma Kuby (zatruta czadem podczas kąpieli). Pogrzeb zaplanowano na 12-tego stycznia, ja dojeżdżałem dzień wcześniej. 11-tego stycznia przed południem dostałem od ówczesnej partnerki Kuby info, że Bowie nie żyje. Kompletnie to do mnie nie docierało, jakby ktoś powiedział, że „zmarł Święty Mikołaj”. Ale zmarł. Zebrałem się na pociąg i po chwili byłem właśnie w drodze. Zacząłem pisać z moimi znajomymi, z kręgu fanów Bowiego. Jeden z moich ziomków, niedoszły frontman Tune'a zapytał, czy widziałem klip do „Lazarusa”, no to piszę zgodnie z prawdą, że nie, bo przez całą tę sprawę z podróżą i pogrzebem kompletnie to olałem (a wideo wyszło, jak patrzę, 7 stycznia). Dostałem odpowiedź, że wprawdzie jest to trudny moment na to, ale powinienem go obejrzeć. No i obejrzałem i grubo dostałem po ryju. Brałem udział w czymś całkowicie bezprecedensowym, artysta publicznie żegnał się z fanami za pomocą swojej sztuki. Jak dotarłem na miejsce, to długo o tym z Hienem gadaliśmy. Niestety, to nie był koniec. Okazało się, że tego samego dnia, co zmarł Bowie, wypadek miał Colin Vearncombe, czyli Black, i był w śpiączce. Pamiętam, jak usiadłem, spuściłem łeb i stwierdziłem „prostytutka, jeżeli Black też umrze, to się chyba zajebię”. Blacka odłączono dwa tygodnie później. Właściwie nie mam nic więcej do dodania. Cały styczeń wisiała nad nami śmierć, było gęsto, ciężko, w tym momencie aż nie pamiętam za wiele z tamtego czasu poza tym, że w dzień pogrzebu okrutnie walił śnieg, a wieczór wcześniej... całkiem nieźle się bawiłem z kol. Hienem słuchając ejtisowej muzy z winyli i pijąc wino domowej roboty. Trochę schizofrenicznie, ale then again cały 2016 taki był, więc... RIP Mistrzu.

Maria

Ojacięniemogę, jak ja gardziłem tym kawałkiem swego czasu, tzn. w czasach jego premiery i później, a także później i jeszcze później też. Warto dodać, że przez lata myślałem, że to numer... świąteczny xD Przez te cholerne dzwony w refrenie. Pamiętam, jak za dzieciaka, ale takiego naprawdę dzieciaka widziałem wideo do tego utworu. Później, kiedy zobaczyłem inne klipy Blondie byłem przekonany, że to jest... inny zespół, albowiem Debbie Harry nie wygląda jak ona xD Może mieli nową wokalistkę? Ofc byłem zwyczajnie zrąbany, wszystko się tam zgadza. Potrzebowałem się trochę bardziej - również dzięki naszym bestkom - zakręcić wokół Blondie, żeby docenić tę muzę i postać Harry. Po latach Maria trafia zupełnie inaczej, choć też nie udało się w całości pozbyć tego odium paskudnie-chwytliwego-radiowego-hitu-który-leci-na-każdej-stacji-prostytutka-co-robić-gdzie-spierdolić-jak-się-zmienia-kanał. Przymykam jednak oko i łapię ten klimat, no, wchodzi, po prostu. Blondie jest super i tak samo jak kol. Hien szanuję, że Harry wciąż koncertuje, choć jest niewiele młodsza od moich dziadków. Tu nostalgia złapała mocniej, niż w przypadku Twain. Może dlatego, że ten numer po prostu znałem?

A Time For The Fear (Who's Afraid)

To jest... to było spodziewane po Mentosie xD Seba-core w całej okazałości, muzyczne dziwactwo, które brzmi tak, jakby mógł to wyprodukować albo Trevor Horn albo banda ujaranych dzieciaków z czterościeżkowcem w jakiejś zapyziałej piwnicy. Nic, zupełnie nic szczególnego, same klisze (fragment jakiegoś przemówienia na początku, zdeformowana brzmieniowo perka z automatu, wszechobecne reverby), ale urzeka mocno, naprawdę, aż mi się serduszko uśmiecha. Brzmi to trochę tak, jakby ktoś chciał robić mimikrę Einstuerzende Neubauten, ale do dyspozycji miał tylko jeden kawałek ryflowanej blachy, starą piłę i metalowe wiadro (HIEN PAMIĘTA). Jednocześnie rozczula wręcz, bo to jest, no fajne, wkręca się. Te niepokojące klawisze w tle dodane na zasadzie "niech to nie będzie wyłącznie walenie młotkiem w rurę", powklejane z dupy sample głosowe, jakiś chyba pociąg w tle? Sam już nie wiem. Nie jest źle, naprawdę, jest wręcz fajnie, lepszy koniec tej kolejki od początku. Samą nazwę Art of Noise kojarzę, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek doś od nich puścił. Trochę beka, iż na Wiki czytam, że ich najbardziej znany numer miał na feacie Toma Jonesa lol. Ale, jak widać, muzyka nie zna granic.

Nierówna kolejka jak diabli. Dołożyłem swoją cegiełkę, Dragon nam wszystkim sprzedał ostrą lepę na ryj, Mentos przyszedł na party w stroju posępnego grabarza uzbrojonego w śrubokręty wszystkich rozmiarów i końcówek, a ja... ja idę zapalić.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 maja 2023 17:46

devotional pisze:
09 maja 2023 17:17
Przepraszam, jeśli kogoś urażam (np. Wuja)
Skisłem na głos, nie wiem nawet czemu xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn