Best of Forum III
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No nie spodziewałem się klasycznych przeprosin dla wszystkich którzy poczuli się urażeni xd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja sobie uświadomiłem, że w sumie to nikogo takiego nie mogę sobie przypomniec, poszperałem w meandrach pamięci i przypomniałem sobie o Glennie Brancy którego widziałem kwadrans na którymś offie. Prawie wszyscy trzymają się zdrowo jak ryby, a na Iggiego Popa poszłyby moje wnuki gdybym takowych się dorobił.Hien pisze:09 maja 2023 11:31BTW, ostatnio zacząłem się zastanawiać jakich wykonawców udało mi się zobaczyć na żywo zanim stało się to niemożliwe. Na szybko mogę wymienić Lou Reeda, Gary'ego Moore'a i Linkin Park. Plus Rick Wright.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wuja, Smoku, co jest z Wami? Te 6 piosenek tyle kłopotów sprawia?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Chciałbym zauważyć, że byłem nieco zajęty ostatnio.
Jessie Ware - Stay Awake, Wait For Me
Zgadzam się z Murzynem, że w kwestii utworu Honeyroot Nobody Loves You (The Way I Do) popełnił błąd. Bo to doskonały utwór, który zasługiwał na największą uwagę. Byłby u mnie na podium każdej 25-ki, a możliwe, że i w ogóle całej bestki. W przypadku Jessie Ware Jacek już tego błędu nie popełnił. I chwała mu za to, bo utwór jest również wg mnie doskonały. Uwielbiam piosenki utrzymane w takim nieśpiesznym i dostojnym tempie. Piękna kompozycja i piękna aranżacja. Nie ma tu ani jednego zbędnego dźwięku. No i wokal Jessie również doskonały.
Zapewniam Was, że na albumie, który niebawem będziemy omawiać jest dużo więcej takich smakołyków. Muzyka idealna pod moje preferencje.
Jak widać nikt nie jest całkowicie odporny na śpiewające panie.
Goldfinger – Superman
Oho Hien tym razem zaskakuje rodzajem muzyki. Ale jak lubi tak bardzo grę Tony Hawk’s Pro Skater, to nie ma co się dziwić. Ja muszę powiedzieć, że mnie ta wrzutka osobiście kompletnie nie podchodzi z dwóch powodów.
Po pierwsze - nigdy nie wkręciłem się w tę grę. Czytałem w CD Action recenzję i gra Tony Hawk’s Pro Skater dostała jako jedna z nielicznych ocenę 10/10, co w tamtych czasach było niezwykle rzadkim przypadkiem. Ale ja takich gier nie preferuję. Na desce też nigdy nie próbowałem nawet jeździć, bo mnie to nie kręciło i w moim otoczeniu nie było to modne. Zresztą w czasie, kiedy gra święciła swoje triumfy byłem już na to zwyczajnie za stary.
Po drugie – wszelkie odmiany punka są dla mnie nie do zniesienia. I nawet milion odsłuchów tego nie zmieni. Zgadzam się, że mimo wszystko amerykański punk jest zdecydowanie lepszy od polskiego. Ale i tak nie lubię. Jednocześnie przyznaję, że utwór Superman dobrze komponuje się z w/w grą. To jest podobna sprawa jak z Fifą i utworem zespołu Blur. W grze ten utwór kompletnie mi nigdy nie przeszkadzał i nawet dobrze do niej pasował jako podkład w menu. Ale słuchać w oderwaniu od gry już ochoty nie miałem.
Generalnie utwór Superman nie uważam za jakiś zły. Jak na odmianę punku jest nawet całkiem znośny. Przypomina mi jak żywo utwór do Kiepskich. No ale to i tak zdecydowanie nie dla mnie. Bo kto by tam chciał słuchać muzyki ledwie „znośnej”?
Partia - Warszawa i ja
Niezły wstęp napisał dev o Warszawie. Dwa długie akapity bez słowa prawie o samym utworze. No i szacun, bo ja tak nie umiem. Ale wiem, że nie lubię Warszawy. Nie za te wszystkie rzeczy, o których pisał dev, ale za to, że jest dużym miastem. Nie lubię dużych miast i nie mógłbym za Chiny Ludowe w którymś z nich mieszkać, bo byłbym nieszczęśliwy. Dla mnie im mniejsza mieścina, tym lepiej. Nie lubię też Warszawy za to, że od początku majówki co roku na Mazurach następuje prawdziwa inwazja Warszawiaków. Niekończące się co weekend kolumny samochodów na warszawskich blachach, zakorkowane ulice, miasteczka namiotowe i kempingowe wokół każdego dostępnego skrawka linii brzegowej i tony śmieci po wyjeździe tych wszystkich ludzi jesienią. I oczywiście dziesiątki wypasionych motorówek i skuterów, które mając do dyspozycji całe hektary wody muszą zapierdalać po chamsku na pełnym gazie dokładnie tuż obok wędkarskiej łodzi o mało nie wywracając jej do góry dnem.
No dobra, ale przejdźmy do samej piosenki. A tu za dużo nie napiszę, bo to kompletnie nie mój muzyczny świat. Nie lubię takiej muzyki, wręcz nie znoszę. Tekst mnie nie rusza, ba nawet przez pierwsze 3 odsłuchy nie zarejestrowałem nawet słowa. Bo wyobraźcie sobie, że potrafię słuchać piosenki po polsku nie zwracając uwagi na tekst. Szczególnie, gdy muzyka mi się nie podoba. Słaby i nijaki wokalista, nieprzyjemna gitarowa solówka, nawet akordeon mnie tu mierzi. Jednym słowem muszę mocno mehnąć. Nie chcę, ale muszę. Mimo tego długiego i dobrego wprowadzenia deva.
David Bowie – Lazarus
Byłem w szoku jak przeczytałem, że Bowie zmarł w 2016r. Że to już tyle lat. A mnie na serio się wydawało, ze minęły może ze dwa lata. O jego śmierci dowiedziałem się tutaj na forum. I zrobiło mi się autentycznie smutno, bo odszedł wielki artysta i człowiek. Co prawda wtedy go kompletnie nie słuchałem, ale należał do tego wąskiego grona ludzi, których się lubi i szanuje jako człowieka po prostu. Można kogoś nie słuchać, a jednak doceniać. Tak właśnie było z Bowiem.
Utwór oczywiście znam tak jak cały album Blackstar, który bardzo mi się podoba. Bowie ma dla mnie dwie twarze muzyczne. Czyli wczesny Bowie, którego do mnie nie przemawia oraz Bowie z czasów późniejszych, który grał już zupełnie inaczej. I tego późniejszego Bowiego lubię. Przynajmniej te rzeczy, które znam, choć mam jeszcze sporo do nadrobienia. Super rytm, świetna linia melodyczna, perkusja, genialny bas, gitara, saksofon. No i głos Davida nie do podrobienia. Wszystko mi się tu podoba na 100%. Doskonały, smutny i niesamowicie brzmiący utwór.
Blondie – Maria
Ja rozumiem Melkiego, że od tego utworu zaczęła się jego przygoda z Blondie, ale mimo wszystko też się dziwię, że nie wynalazł czegoś lepszego i mniej zarżniętego. Bo nawet na albumie, który swego czasu wrzucał było parę lepszych utworów. Oczywiście Maria nie jest złym utworem, ale na kolana też nie rzuca. Zgadzam się z Hienem, że Debbie zawodzi wokalnie. Kompletnie nie podoba mi się jej niski głos w zwrotkach. Ja akurat jestem zwolennikiem teorii, że niektórym kobietom wraz z wiekiem głos się psuje. Choć oczywiście nie mam pojęcia, czy tutaj tak rzeczywiście było, czy to tylko taki urok utworu.
Dzwonki w refrenie też są strasznie słabe i zajeżdżają wiochą. Reszta jest ok, ale tylko ok. Niestety nic więcej.
Art of Noise - A Time for Fear Who's Afraid?
Nazwę zespołu kojarzę, ale chyba nic od nich nigdy nie słyszałem. Prezentowany utwór jest bardzo typowy dla Mentosa. Tylko on może wrzucać tutaj takie dziwolągi. Od razu przypominam sobie te wszystkie rzeczy typu Coil, Avananches czy The Knife. Tamte dziwadła mi się podobały i nie inaczej jest tutaj. Im dłużej słucham, tym jest lepiej. Bardzo ciekawa rzecz. Utwór zbudowany z naprzemiennie następujących po sobie odmiennych segmentów: szybszych i hałaśliwych oraz spokojniejszych i wręcz uroczych. Narowiste klawisze i tłuczenie deską jak to nazwał Melki są naprawdę fajne. Natomiast klawisze w spokojniejszych fragmentach mają wręcz taki bajkowy charakter. A taki klimat to zawsze sobie cenię.
Jessie Ware - Stay Awake, Wait For Me
Zgadzam się z Murzynem, że w kwestii utworu Honeyroot Nobody Loves You (The Way I Do) popełnił błąd. Bo to doskonały utwór, który zasługiwał na największą uwagę. Byłby u mnie na podium każdej 25-ki, a możliwe, że i w ogóle całej bestki. W przypadku Jessie Ware Jacek już tego błędu nie popełnił. I chwała mu za to, bo utwór jest również wg mnie doskonały. Uwielbiam piosenki utrzymane w takim nieśpiesznym i dostojnym tempie. Piękna kompozycja i piękna aranżacja. Nie ma tu ani jednego zbędnego dźwięku. No i wokal Jessie również doskonały.
Zapewniam Was, że na albumie, który niebawem będziemy omawiać jest dużo więcej takich smakołyków. Muzyka idealna pod moje preferencje.
Jak widać nikt nie jest całkowicie odporny na śpiewające panie.
Goldfinger – Superman
Oho Hien tym razem zaskakuje rodzajem muzyki. Ale jak lubi tak bardzo grę Tony Hawk’s Pro Skater, to nie ma co się dziwić. Ja muszę powiedzieć, że mnie ta wrzutka osobiście kompletnie nie podchodzi z dwóch powodów.
Po pierwsze - nigdy nie wkręciłem się w tę grę. Czytałem w CD Action recenzję i gra Tony Hawk’s Pro Skater dostała jako jedna z nielicznych ocenę 10/10, co w tamtych czasach było niezwykle rzadkim przypadkiem. Ale ja takich gier nie preferuję. Na desce też nigdy nie próbowałem nawet jeździć, bo mnie to nie kręciło i w moim otoczeniu nie było to modne. Zresztą w czasie, kiedy gra święciła swoje triumfy byłem już na to zwyczajnie za stary.
Po drugie – wszelkie odmiany punka są dla mnie nie do zniesienia. I nawet milion odsłuchów tego nie zmieni. Zgadzam się, że mimo wszystko amerykański punk jest zdecydowanie lepszy od polskiego. Ale i tak nie lubię. Jednocześnie przyznaję, że utwór Superman dobrze komponuje się z w/w grą. To jest podobna sprawa jak z Fifą i utworem zespołu Blur. W grze ten utwór kompletnie mi nigdy nie przeszkadzał i nawet dobrze do niej pasował jako podkład w menu. Ale słuchać w oderwaniu od gry już ochoty nie miałem.
Generalnie utwór Superman nie uważam za jakiś zły. Jak na odmianę punku jest nawet całkiem znośny. Przypomina mi jak żywo utwór do Kiepskich. No ale to i tak zdecydowanie nie dla mnie. Bo kto by tam chciał słuchać muzyki ledwie „znośnej”?
Partia - Warszawa i ja
Niezły wstęp napisał dev o Warszawie. Dwa długie akapity bez słowa prawie o samym utworze. No i szacun, bo ja tak nie umiem. Ale wiem, że nie lubię Warszawy. Nie za te wszystkie rzeczy, o których pisał dev, ale za to, że jest dużym miastem. Nie lubię dużych miast i nie mógłbym za Chiny Ludowe w którymś z nich mieszkać, bo byłbym nieszczęśliwy. Dla mnie im mniejsza mieścina, tym lepiej. Nie lubię też Warszawy za to, że od początku majówki co roku na Mazurach następuje prawdziwa inwazja Warszawiaków. Niekończące się co weekend kolumny samochodów na warszawskich blachach, zakorkowane ulice, miasteczka namiotowe i kempingowe wokół każdego dostępnego skrawka linii brzegowej i tony śmieci po wyjeździe tych wszystkich ludzi jesienią. I oczywiście dziesiątki wypasionych motorówek i skuterów, które mając do dyspozycji całe hektary wody muszą zapierdalać po chamsku na pełnym gazie dokładnie tuż obok wędkarskiej łodzi o mało nie wywracając jej do góry dnem.
No dobra, ale przejdźmy do samej piosenki. A tu za dużo nie napiszę, bo to kompletnie nie mój muzyczny świat. Nie lubię takiej muzyki, wręcz nie znoszę. Tekst mnie nie rusza, ba nawet przez pierwsze 3 odsłuchy nie zarejestrowałem nawet słowa. Bo wyobraźcie sobie, że potrafię słuchać piosenki po polsku nie zwracając uwagi na tekst. Szczególnie, gdy muzyka mi się nie podoba. Słaby i nijaki wokalista, nieprzyjemna gitarowa solówka, nawet akordeon mnie tu mierzi. Jednym słowem muszę mocno mehnąć. Nie chcę, ale muszę. Mimo tego długiego i dobrego wprowadzenia deva.
David Bowie – Lazarus
Byłem w szoku jak przeczytałem, że Bowie zmarł w 2016r. Że to już tyle lat. A mnie na serio się wydawało, ze minęły może ze dwa lata. O jego śmierci dowiedziałem się tutaj na forum. I zrobiło mi się autentycznie smutno, bo odszedł wielki artysta i człowiek. Co prawda wtedy go kompletnie nie słuchałem, ale należał do tego wąskiego grona ludzi, których się lubi i szanuje jako człowieka po prostu. Można kogoś nie słuchać, a jednak doceniać. Tak właśnie było z Bowiem.
Utwór oczywiście znam tak jak cały album Blackstar, który bardzo mi się podoba. Bowie ma dla mnie dwie twarze muzyczne. Czyli wczesny Bowie, którego do mnie nie przemawia oraz Bowie z czasów późniejszych, który grał już zupełnie inaczej. I tego późniejszego Bowiego lubię. Przynajmniej te rzeczy, które znam, choć mam jeszcze sporo do nadrobienia. Super rytm, świetna linia melodyczna, perkusja, genialny bas, gitara, saksofon. No i głos Davida nie do podrobienia. Wszystko mi się tu podoba na 100%. Doskonały, smutny i niesamowicie brzmiący utwór.
Blondie – Maria
Ja rozumiem Melkiego, że od tego utworu zaczęła się jego przygoda z Blondie, ale mimo wszystko też się dziwię, że nie wynalazł czegoś lepszego i mniej zarżniętego. Bo nawet na albumie, który swego czasu wrzucał było parę lepszych utworów. Oczywiście Maria nie jest złym utworem, ale na kolana też nie rzuca. Zgadzam się z Hienem, że Debbie zawodzi wokalnie. Kompletnie nie podoba mi się jej niski głos w zwrotkach. Ja akurat jestem zwolennikiem teorii, że niektórym kobietom wraz z wiekiem głos się psuje. Choć oczywiście nie mam pojęcia, czy tutaj tak rzeczywiście było, czy to tylko taki urok utworu.
Dzwonki w refrenie też są strasznie słabe i zajeżdżają wiochą. Reszta jest ok, ale tylko ok. Niestety nic więcej.
Art of Noise - A Time for Fear Who's Afraid?
Nazwę zespołu kojarzę, ale chyba nic od nich nigdy nie słyszałem. Prezentowany utwór jest bardzo typowy dla Mentosa. Tylko on może wrzucać tutaj takie dziwolągi. Od razu przypominam sobie te wszystkie rzeczy typu Coil, Avananches czy The Knife. Tamte dziwadła mi się podobały i nie inaczej jest tutaj. Im dłużej słucham, tym jest lepiej. Bardzo ciekawa rzecz. Utwór zbudowany z naprzemiennie następujących po sobie odmiennych segmentów: szybszych i hałaśliwych oraz spokojniejszych i wręcz uroczych. Narowiste klawisze i tłuczenie deską jak to nazwał Melki są naprawdę fajne. Natomiast klawisze w spokojniejszych fragmentach mają wręcz taki bajkowy charakter. A taki klimat to zawsze sobie cenię.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Pięknie. Normalnie bym rzekł, że jedziemy w czwartek rano, ale ta kolejka trwa już zdecydowanie za długo, więc kto chce, może lecieć już jutro wieczorem, a Dragon ma jeszcze dużo czasu.
Btw Wuja wygrywa konkurs na skojarzenia, kiedy myślałem, że Skiby nikt nie przebije. Jak się rejestrowałem na PPE, to można tam było zbierać achievementy. Jednym z nich było zebranie największej ilości negatywnych reakcji na swój komentarz. Myślę, że zdobyłem w końcu ekwiwalent beatkowy xD Mój pierwszy roast, jak to śpiewała Kalina Jędrusik.
Btw Wuja wygrywa konkurs na skojarzenia, kiedy myślałem, że Skiby nikt nie przebije. Jak się rejestrowałem na PPE, to można tam było zbierać achievementy. Jednym z nich było zebranie największej ilości negatywnych reakcji na swój komentarz. Myślę, że zdobyłem w końcu ekwiwalent beatkowy xD Mój pierwszy roast, jak to śpiewała Kalina Jędrusik.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No przyznaję, że to mocne porównanie, bo naprawdę nie wiem jak musiałbym się starać i ile szukać, by dosłyszeć jakiekolwiek podobieństwo. xd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Może zdążę do jutra wieczora, we will see
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
lecimy
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Dragon nie zdążył, a ja mam szybszy samochód. Otwieram kolejną!
Black - Charlemagne (2005)
Black już tu raz był, ale pod inną postacią. W ogóle jego imię/ksywa/nazwa zespołu przewijały się we wszystkich bodaj bestkach kilkakrotnie, ale poza Water on Snow jeszcze go tu nie było. Ktoś wspominał, że zna Wonderful Life, ale niewiele więcej, ktoś wspominał, że za trochę więcej, ale w gruncie rzeczy niewiele, może ta wrzutka kogoś zachęci? Dodam, że kminiłem, czy nie wrzucić do albumowej - zamiast Alphaville - albo płyty, z której pochodzi niniejszy kawałek, albo jeszcze innej, ale ofc też Blacka. Between Two Churches to krążek, którym Black wrócił jako Black. Ostatni album pod tym monikerem wydał w 1993, skądinąd fajny, choć nieco oniryczny i melancholijny Are We Having Fun Yet. Tam zresztą było wciąż sporo charakterystycznego dla jego początków i całej epoki popu, tutaj jest bardziej rockowo, ale tylko trochę, albowiem instrumentarium mamy głównie akustyczne (mówię o całej płycie). Charlemagne to numer wyłącznie akustyczny. 2, może 3 gitary (raczej jednak 2) i Colin ze swoim ekstremalnie spokojnym głosem. Between Two Churches poznawałem na raty, parę piosenek usłyszałem już w 2007, ale wtedy nie siedział mi w głowie klimat na taką muzykę, z całością zaprzyjaźniłem się dopiero w 2011. Kiedy dokładnie? Oczywiście wiosną. Kwiecień, maj, a katowałem przede wszystkim ten właśnie utwór (Last tego nie odda, albowiem iTunes raz scrobblowało mi z iPoda a raz nie). Czas to był dla mnie szalony, ale w gruncie rzeczy dość smutny i ta piosenka bardzo to podbijała. Tekst jest trochę o niczym, choć ja widzę w nim jakoś zgrabnie zakamuflowany przekaz o niepoddawaniu się, choć wszystko wokół się jakoś tam wali. Gitara grana wyżej ładnie "tańczy" z tytułem utworu zalatując baaardzo delikatnie średniowiecznymi klimatami w muzyce. Zawsze, jak to odpalam, bez względu na porę roku widzę świeżo zazielenione drzewa, może wyszło wieczorem trochę słońca po wiosennym deszczu, jest ciepło, ale czuć jeszcze końcówkę oddechu zimy. Siedzę sam w jakimś lesie albo ogrodzie, dusza się wzrusza, takie tam. Ale zupełnie serio mówiąc, Charlemagne chwyta mnie za serce, to już 12 lat a nic się nie zmienia pod tym względem. Zresztą, całe Between Two Churches takie jest. Na marginesie dodam, że album ten nagrywali z Vearncombem ludzie, którzy byli odpowiedzialni za oprawę Spirit of Eden i Laughing Stock Talk Talk, nie wiem, może słyszę jakieś tego echa? Może być. Black był wspaniałym artystą i ciężko się wspomina jego koniec końców bezsensowną śmierć. Typ miał głowę pełną pomysłów, pisał nowe piosenki, sukces comebacku, jaki zaliczył... również wiosną 2015 bardzo go zaskoczył i chciał skorzystać z tej szansy. Nie było mu to dane, ale zostawił za sobą masę fantastycznej muzyki, a ja znów się nią z Wami dzielę. Następnym razem obiecuję album, ale ponieważ dla mnie Black = wiosna (poza jednym, może dwoma wyjątkami), to sobie trochę poczekamy. Posłuchajmy Karola Wielkiego w tym czasie.
https://www.youtube.com/watch?v=cVBxbMpEPdI
Black - Charlemagne (2005)
Black już tu raz był, ale pod inną postacią. W ogóle jego imię/ksywa/nazwa zespołu przewijały się we wszystkich bodaj bestkach kilkakrotnie, ale poza Water on Snow jeszcze go tu nie było. Ktoś wspominał, że zna Wonderful Life, ale niewiele więcej, ktoś wspominał, że za trochę więcej, ale w gruncie rzeczy niewiele, może ta wrzutka kogoś zachęci? Dodam, że kminiłem, czy nie wrzucić do albumowej - zamiast Alphaville - albo płyty, z której pochodzi niniejszy kawałek, albo jeszcze innej, ale ofc też Blacka. Between Two Churches to krążek, którym Black wrócił jako Black. Ostatni album pod tym monikerem wydał w 1993, skądinąd fajny, choć nieco oniryczny i melancholijny Are We Having Fun Yet. Tam zresztą było wciąż sporo charakterystycznego dla jego początków i całej epoki popu, tutaj jest bardziej rockowo, ale tylko trochę, albowiem instrumentarium mamy głównie akustyczne (mówię o całej płycie). Charlemagne to numer wyłącznie akustyczny. 2, może 3 gitary (raczej jednak 2) i Colin ze swoim ekstremalnie spokojnym głosem. Between Two Churches poznawałem na raty, parę piosenek usłyszałem już w 2007, ale wtedy nie siedział mi w głowie klimat na taką muzykę, z całością zaprzyjaźniłem się dopiero w 2011. Kiedy dokładnie? Oczywiście wiosną. Kwiecień, maj, a katowałem przede wszystkim ten właśnie utwór (Last tego nie odda, albowiem iTunes raz scrobblowało mi z iPoda a raz nie). Czas to był dla mnie szalony, ale w gruncie rzeczy dość smutny i ta piosenka bardzo to podbijała. Tekst jest trochę o niczym, choć ja widzę w nim jakoś zgrabnie zakamuflowany przekaz o niepoddawaniu się, choć wszystko wokół się jakoś tam wali. Gitara grana wyżej ładnie "tańczy" z tytułem utworu zalatując baaardzo delikatnie średniowiecznymi klimatami w muzyce. Zawsze, jak to odpalam, bez względu na porę roku widzę świeżo zazielenione drzewa, może wyszło wieczorem trochę słońca po wiosennym deszczu, jest ciepło, ale czuć jeszcze końcówkę oddechu zimy. Siedzę sam w jakimś lesie albo ogrodzie, dusza się wzrusza, takie tam. Ale zupełnie serio mówiąc, Charlemagne chwyta mnie za serce, to już 12 lat a nic się nie zmienia pod tym względem. Zresztą, całe Between Two Churches takie jest. Na marginesie dodam, że album ten nagrywali z Vearncombem ludzie, którzy byli odpowiedzialni za oprawę Spirit of Eden i Laughing Stock Talk Talk, nie wiem, może słyszę jakieś tego echa? Może być. Black był wspaniałym artystą i ciężko się wspomina jego koniec końców bezsensowną śmierć. Typ miał głowę pełną pomysłów, pisał nowe piosenki, sukces comebacku, jaki zaliczył... również wiosną 2015 bardzo go zaskoczył i chciał skorzystać z tej szansy. Nie było mu to dane, ale zostawił za sobą masę fantastycznej muzyki, a ja znów się nią z Wami dzielę. Następnym razem obiecuję album, ale ponieważ dla mnie Black = wiosna (poza jednym, może dwoma wyjątkami), to sobie trochę poczekamy. Posłuchajmy Karola Wielkiego w tym czasie.
https://www.youtube.com/watch?v=cVBxbMpEPdI
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wrzutkowi Avengersi assemble xd
Sokół feat. Oxy.gen - Angela (Gdybym wiedział, że istniejesz...)
(2008)
Za mało rapsów dawałem w tej 25. i trzeba ponadrabiać, zwłaszcza kiedy nie ma co się oszukiwać - jest to jednak forma wyrazu mi najbliższa, podobnie jak polska muzyka ogólnie często bliżej do serducha trafia. Wiem że za polskim rapem tu tak średnio przepadacie ale w sumie mi to wisi, jest parę numerów bez których nie da się mówić o moim guście muzycznym nie uwzględniając ich w pierwszej setce.
Angelę poznałem poprzez moją kumpelę, tak się złożyło że słuchała płyty duetu Sokół i Pono z 2008 roku (kobiety mam wrażenie ogólnie lubią Sokoła za jego głos) na którym to albumie jako bonus track zamieszczony był solowy kawałek Sokoła nagrany wraz z zespołem Oxy.gen (internet podpowiada - kapela z Trójmiasta grywająca mieszankę rocka, elektroniki i jakichś funky rzeczy). Oxy.gen wydali wtedy cały album zatytułowany Dziewczyny który był dostępny do ściągnięcia za darmo (nawet sprawdzałem ale nic poza Angelą mnie nie zainteresowało). Numer od razu mi się spodobał za sprawą swojego wieczornego klimatu i elektronicznego instrumentarium. Sokół rapuje w tym utworze o samotności i o wymarzonej partnerce, kobiecie dla której byłby w stanie zrobić wszystko. Początkowo sam tak odbierałem i przeżywałem ten kawałek, z czasem nabrał dla mnie dodatkowego znaczenia po moim nieudanym romansie o którego losach już tu wcześniej opowiadałem. Wówczas to Angela nabrała innego wydźwięku, oddawała to uczucie że spóźniłem się w swym życiu by kogoś spotkać kto niestety ułożył już sobie życie z kimś innym i wtedy Angela stała się takim moim soundtrackiem do rozmyślań co by było gdyby... Numer nie jest pewnie jakimś mega rapowanym kawałkiem bo bądźmy szczerzy - Sokół do najlepszych raperów też jak dla mnie nie należy, słynie raczej z drewnianego flow a liryka jest raz gorsza raz lepsza, jest tu fajny klimat w muzyce i są pewne wersy które choć dziecinnie proste przemawiały do mnie w tamtym czasie ("Jestem niezły to czemu nie mam kobiety? Kobiety mam niezłe lecz nie moje niestety"), nadal mam feelsy i jest to dla mnie istotna pozycja z mego murzyńskiego kanonu jeśli chodzi o polskie rapsy. Cóż jeszcze mogę dodać? Polecam pierwszy raz posłuchać go w ciemności na słuchawkach
https://youtu.be/6vYxgcEbpDs
Sokół feat. Oxy.gen - Angela (Gdybym wiedział, że istniejesz...)
(2008)
Za mało rapsów dawałem w tej 25. i trzeba ponadrabiać, zwłaszcza kiedy nie ma co się oszukiwać - jest to jednak forma wyrazu mi najbliższa, podobnie jak polska muzyka ogólnie często bliżej do serducha trafia. Wiem że za polskim rapem tu tak średnio przepadacie ale w sumie mi to wisi, jest parę numerów bez których nie da się mówić o moim guście muzycznym nie uwzględniając ich w pierwszej setce.
Angelę poznałem poprzez moją kumpelę, tak się złożyło że słuchała płyty duetu Sokół i Pono z 2008 roku (kobiety mam wrażenie ogólnie lubią Sokoła za jego głos) na którym to albumie jako bonus track zamieszczony był solowy kawałek Sokoła nagrany wraz z zespołem Oxy.gen (internet podpowiada - kapela z Trójmiasta grywająca mieszankę rocka, elektroniki i jakichś funky rzeczy). Oxy.gen wydali wtedy cały album zatytułowany Dziewczyny który był dostępny do ściągnięcia za darmo (nawet sprawdzałem ale nic poza Angelą mnie nie zainteresowało). Numer od razu mi się spodobał za sprawą swojego wieczornego klimatu i elektronicznego instrumentarium. Sokół rapuje w tym utworze o samotności i o wymarzonej partnerce, kobiecie dla której byłby w stanie zrobić wszystko. Początkowo sam tak odbierałem i przeżywałem ten kawałek, z czasem nabrał dla mnie dodatkowego znaczenia po moim nieudanym romansie o którego losach już tu wcześniej opowiadałem. Wówczas to Angela nabrała innego wydźwięku, oddawała to uczucie że spóźniłem się w swym życiu by kogoś spotkać kto niestety ułożył już sobie życie z kimś innym i wtedy Angela stała się takim moim soundtrackiem do rozmyślań co by było gdyby... Numer nie jest pewnie jakimś mega rapowanym kawałkiem bo bądźmy szczerzy - Sokół do najlepszych raperów też jak dla mnie nie należy, słynie raczej z drewnianego flow a liryka jest raz gorsza raz lepsza, jest tu fajny klimat w muzyce i są pewne wersy które choć dziecinnie proste przemawiały do mnie w tamtym czasie ("Jestem niezły to czemu nie mam kobiety? Kobiety mam niezłe lecz nie moje niestety"), nadal mam feelsy i jest to dla mnie istotna pozycja z mego murzyńskiego kanonu jeśli chodzi o polskie rapsy. Cóż jeszcze mogę dodać? Polecam pierwszy raz posłuchać go w ciemności na słuchawkach
https://youtu.be/6vYxgcEbpDs
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Murzyn wygrał z miejsca, leżę i właśnie odpalam ten numer xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Smoku nadrobi, trudno, wiecznie czekać nie będziemy.
Moja punkowa wrzutka zrobiła na Was takie wrażenie, że nie pozostaje mi nic innego, jak kontynuować ten wątek. ALE, zanim to zrobię, mały spontan. Pomiędzy skejterów, wciskam utwór, który był na liście później, ale okoliczności są zbyt kolorowe, żebym go teraz nie wrzucił.
Daði Freyr – 10 Years
Otwieram kolejną puszkę, tym razem pt. Eurowizja. Akurat trwa tegoroczny konkurs, więc stwierdziłem, że z tej okazji wrzucę jeden z eurowizyjnych kawałków, które mam przygotowane do bestki. Samym konkursem, zainteresowałem się poważniej parę lat temu, kiedy zorientowałem się, że to nie tylko „My Słowianie”, ale można tam wyłowić naprawdę dobrą i ciekawą muzykę. Od tego czasu regularnie oglądam występy półfinałowe i finałowe. Daði Freyr to młody Islandzki muzyk, który zakwalifikował się już jako reprezentant Eurowizji 2020, ale została ona z oczywistych przyczyn anulowana. Większość wykonawców pozostała na stanowiskach w 2021 r., ale ze względu na regulamin, każdy musiał wybrać inną piosenkę niż tą zgłoszoną rok wcześniej. Daði, ze swoim zespołem, zaprezentował kawałek „10 Years” i był moim faworytem tamtej edycji. Ostatecznie, zajęli czwarte miejsce, co jest w sumie dosyć niezłym osiągnięciem, biorąc pod uwagę to, jak losowo brzmiące kawałki potrafią wygrywać Eurowizję (krótko mówiąc, nie ma recepty na zwycięski numer). Niestety zespół nie mógł wystąpić na żywo, bo już na miejscu, w Rotterdamie, u jednego z członków stwierdzono koronawirusa, więc cała ekipa wylądowała w pokoju hotelowym, na kwarantannie (skąd livestreamowano ich reakcje). W „10 Years” wszystko mi podeszło. Fajna, popowa piosenka, z elektronicznym podkładem, disco gitarką i dobry wokalem. Do tego sam występ był zrobiony z jajem, bo i sam Freyer to gość lekko memiczny i lubiący nieszczególnie poważną atmosferę. Sam utwór napisał dla żony, na 10tą rocznicę ich związku (wcześniej zgłoszony kawałek był zainspirowany narodzinami ich pierwszego dziecka). To był jeden z tych numerów (w skład których wchodzi też "Sunshine Reggae" i "Living Proof"), które mnie bardzo podniosły podczas dużej zdrowotnej mielizny, w której wtedy tkwiłem. Nie wiem co mogę więcej napisać, numer jest prosty i po prostu fajny. Od tamtej Ojrowizji stałem się fanem Daðiego i wracam sobie co jakiś czas do jego płyt i epów.
https://www.youtube.com/watch?v=XaRcaImszE4
Moja punkowa wrzutka zrobiła na Was takie wrażenie, że nie pozostaje mi nic innego, jak kontynuować ten wątek. ALE, zanim to zrobię, mały spontan. Pomiędzy skejterów, wciskam utwór, który był na liście później, ale okoliczności są zbyt kolorowe, żebym go teraz nie wrzucił.
Daði Freyr – 10 Years
Otwieram kolejną puszkę, tym razem pt. Eurowizja. Akurat trwa tegoroczny konkurs, więc stwierdziłem, że z tej okazji wrzucę jeden z eurowizyjnych kawałków, które mam przygotowane do bestki. Samym konkursem, zainteresowałem się poważniej parę lat temu, kiedy zorientowałem się, że to nie tylko „My Słowianie”, ale można tam wyłowić naprawdę dobrą i ciekawą muzykę. Od tego czasu regularnie oglądam występy półfinałowe i finałowe. Daði Freyr to młody Islandzki muzyk, który zakwalifikował się już jako reprezentant Eurowizji 2020, ale została ona z oczywistych przyczyn anulowana. Większość wykonawców pozostała na stanowiskach w 2021 r., ale ze względu na regulamin, każdy musiał wybrać inną piosenkę niż tą zgłoszoną rok wcześniej. Daði, ze swoim zespołem, zaprezentował kawałek „10 Years” i był moim faworytem tamtej edycji. Ostatecznie, zajęli czwarte miejsce, co jest w sumie dosyć niezłym osiągnięciem, biorąc pod uwagę to, jak losowo brzmiące kawałki potrafią wygrywać Eurowizję (krótko mówiąc, nie ma recepty na zwycięski numer). Niestety zespół nie mógł wystąpić na żywo, bo już na miejscu, w Rotterdamie, u jednego z członków stwierdzono koronawirusa, więc cała ekipa wylądowała w pokoju hotelowym, na kwarantannie (skąd livestreamowano ich reakcje). W „10 Years” wszystko mi podeszło. Fajna, popowa piosenka, z elektronicznym podkładem, disco gitarką i dobry wokalem. Do tego sam występ był zrobiony z jajem, bo i sam Freyer to gość lekko memiczny i lubiący nieszczególnie poważną atmosferę. Sam utwór napisał dla żony, na 10tą rocznicę ich związku (wcześniej zgłoszony kawałek był zainspirowany narodzinami ich pierwszego dziecka). To był jeden z tych numerów (w skład których wchodzi też "Sunshine Reggae" i "Living Proof"), które mnie bardzo podniosły podczas dużej zdrowotnej mielizny, w której wtedy tkwiłem. Nie wiem co mogę więcej napisać, numer jest prosty i po prostu fajny. Od tamtej Ojrowizji stałem się fanem Daðiego i wracam sobie co jakiś czas do jego płyt i epów.
https://www.youtube.com/watch?v=XaRcaImszE4
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Forumowicze konsekwentnie wylewają dziecko z kąpielą, no cusz
Shania Twain When You Kiss Me
Kojarzę tylko oczywiste That Don't Impress Me Much, raczej ze względu na kontakt radiowy typu ugulny. Nie odnoszę wrażenia, że mam jakieś poważne zaległości. Dobrymi chęciami stereotyp wrzucacza śpiewających pań wybrukowany, wiadomo. Pościelowa balladka popowa, po której raczej nie mam wielkiego podniecenia na myśl o całej płycie Up!. Podoba mi się śpiewana melodia, szczegolne quasi chórki, natomiast tło kompletnie bezjajeczne. Dostatecznie znośne by wylądować na playliście dowolnego radia o dowolnej porze. Chwilę człowiek pomyśli o rzeczach, zdobędzie się na promil większych emocji w sobie. Po pierwszym dżinglu danej stacji, po każdej kolejnej minucie znika coraz bardziej z pamięci. Taka muzyka również ma miejsce w kosmosie, ale ja na tę częstotliwość praktycznie nigdy nie stroję odbiornika.
Jessie Ware Stay Awake, Wait For Me
Nie wiem o co chodzi z rozkwitem popularności jej najnowszych płyt NA RYMIE i tym podobnych skupiskach ludzi. Z drugiej strony zastanawia mnie najniższa ocena dla tej płyty, z której pochodzi wrzuta jackowa (nie mylić z dżekowa), a którą to Mudżyn szmugluje do bestce albumowej. Tak, tutaj jedyny ślad historyczny zapamiętan utrwalon przetrwał był to Wildest Moments. Na pewno częściej obijał się o uszy niż jedyny znak rozpoznawczy Shanii Twain. WM ma takie charakterystyczne dla tamtego czasu bicia, dość wyraziste, lekko przełamane, ale bez przesadzonego eksperymentu. Ładnie spinają całą resztę delikatniejszych, bardziej subtelnych dźwięków. Znów spokojny pop, ale już bardziej kombinowany za sprawą choćby dodatkowych głosów czasami. Jak jest tutaj? Anonsowanie przez Mudżyna subtelności zaczyna mnie trochę prowadzić na kurs kolizyjny przez ostatnie propozycje, ale czy było czego się obawiać? Czuję Wujasa w tych rytmach i to w opór. Spokojnie mogłaby to grać Alicia Keys, nikt by się nie kapnął, nie miał wątpliwości, złudzeń i problemów. Fajne bicia znów, ale jest to podobne do całej masy rzeczy... Wielkomiejskie radia z lekkim graniem do wietrzenia pokoju dziennego znowu są na tak. Trudno mieć wyraźnie negatywną ocenę wobec wody, powietrza, muzyki tego pokroju. Pomóc mogą tylko wyraźnie osobiste doświadczenia, częsta obecność kawałka na pewnym etapie życia. To rozumiem, ale w mojej historii kochanek nie dociera na miejsce.
Goldfinger Superman
Nie jestem koneserem ska granka (nie mylić z Eska graniem) właśnie ze względu na polackie ciągoty do przeintelektualizowania, piętrzenia metafor i jakąś licealno-wczesnostudencką pretensjonalność. Z drugiej strony estetyka American Pie nigdy mnie poważnie nie śmieszyła. Otwieram kolejne klapki w swoim umyśle nieustannie, ale czy tego typu muzyka kiedyś znajdzie we mnie na tyle uznania, by szukać, interesować się? Ty, no nie wiem. Zatrzymam się na peronie stacji 100 Gecs, skoro Hien ma swoje staromilenialsowe Goldfinger, to pewnie zrozumie bardziej kampowe, odpowiednie dla kręgu moich znajomych, przyjaciół i obiektów zainteresowań Ska Gekony (patrz: I Got My Tooth Removed). Numer zaczyna się jak kawałek do jakiejś gry przeglądarkowej sprzed 12-13 lat. Bije z niego radocha, brak specjalnych intelektualnych ciężarów. Jest znacznie lepiej niż w przypadku Pidżamy Porno czy coś, ale to dalej jak kontakt z nieznaną cywilizacją. Da się lubić, przyjąć bez popity. Gitary pracujo, dęciaki grzejo, wszystko to, czego w tym formacie nie trawię tutaj jest w formie najbardziej dla mnie przyswajalnej. Nie żeby polubić, ale dać okejkę.
Partia Warszawa i ja
Jest coś nieznośnego w tej kolejce, jeśli ktoś jest w stanie to wytłumaczyć, to ma u mnie wielkie uznanie. W sporze między wielbicielami Default City a koneserami Łodzi, Koorwa przyjmuję bezpieczną pozycję obserwatora z cieplutkiego wrocławskiego rynku lub wałbrzyskich punktów widokowych. Być może kryje się tutaj przekaz, który wymaga polityczno-samorządowej analizy, ale poza tym ja bym nie demonizował, lecz wyrozumiale obserwował i dawał się lubić. Warszawa jest naprawdę znośna, dzisiejsze miasta, hmm... mało które nie ma w sobie czegoś odpychającego. Patodeweloperka, autostrady w centrach, kompleksy mieszkańców, dominująca opcja polityczna, znieczulica społeczna, znieczulica polityczna. Te mamroty na samym początku są irytujące, poza tym to jest jakieś postświetlickie, a więc całkiem w porządku. Ja od takich rzeczy mam Bluszcz, jeszcze do niego wrócę w ramach bestki z pewnością. Albo to - wszyscy złotą autostradą chcą do Eldorado, a w Tobie, ma Warszawo, mój dom. To miejsce przywodzi dobre wspomnienia, ale muzyczny garnitur... szyty nie na mnie. Refren ma fajną energię, a reszta obcą energią nasączona. Tu piłem, kochałem, dotknąłem poważnej sztuki wielokrotnie. Mam w serduszku nadwiślański świt. I mokotowskie moje sny.
Blondie Maria
To jest scena, w której aktor wychodzi na scenę i wygłasza monolog o utworze, który dawno poznany i dość męczący głowę po latach jest odmalowany w sentyment i nieznośną przyswajalność. Przyznam, że dawniej miałem problem z identyfikacją płci osoby, która wykonuje ten utwór. Dzisiaj nazwałbym to poszanowaniem za androgeniczność i pewnie przypadkowo wytworzone wrażenie transgresji czy też przekroczenia. Głupio się przyznać, ale lekko serowy refren, ta śmieszna harmonijka, odrobinę dziadorockowa motoryka skupione w jednym bycie działają dobrze. Sentyment naznaczony fałszem, ale dzisiaj nieironicznie TROSZKĘ mi się podoba. Ten sam przypadek co słynne, jedyne słuszne ejtisowe Bolero vel Człowiek Widmo. Troszkę dalej nie oznacza ekstazy i szału uniesień, ale nie mam wątpliwości, że jest na plus.
Art of Noise A Time for Fear Whos' Afraid?
Moments In Love. Tylko Moments In Love i ostatnie minuty Viva Zwei. Słuchałem całej płyty kilka razy i wydawało mi się, że znam ją dobrze. Figa z makiem z pasternakiem. Nie wiem co to jest awangardowy synthpop, przestałem rozumieć etykietki w dobie nadprodukcji podgatunków przez masę dziwnych nerdów z pewnych grupek i banków informacji o tekstach kultury (produkcja synonimów nigdy się nie kończy). Coraz częściej oznaczają to, czym dane Cuś nie jest. Jestem bezradny. Zostały tylko pospolite przymiotniki. Ilustracyjny, eksperymentalny, eklektyczny. Trochę surowy brzmieniowo, ma coś w sobie z industrialu. Formą przypomina to, co później stanie się normą dla Negativland. Sugestywne twory z ambicjami do mówienia o rzeczach i zjawiskach. Tu chyba jeszcze nie ma poważnego przekazu założonego w tle. Zabawa samplingiem, kompozycją samą w sobie. Nic dziwnego, że siada najpiękniej i najpełniej. Coś złowrogiego, ale odbierasz to w bardzo przyjemny sposób. Dobrze niepokojąca opowieść odbierana na łóżku pod kocem w dość znośnie oświetlonym pomieszczeniu.
Shania Twain When You Kiss Me
Kojarzę tylko oczywiste That Don't Impress Me Much, raczej ze względu na kontakt radiowy typu ugulny. Nie odnoszę wrażenia, że mam jakieś poważne zaległości. Dobrymi chęciami stereotyp wrzucacza śpiewających pań wybrukowany, wiadomo. Pościelowa balladka popowa, po której raczej nie mam wielkiego podniecenia na myśl o całej płycie Up!. Podoba mi się śpiewana melodia, szczegolne quasi chórki, natomiast tło kompletnie bezjajeczne. Dostatecznie znośne by wylądować na playliście dowolnego radia o dowolnej porze. Chwilę człowiek pomyśli o rzeczach, zdobędzie się na promil większych emocji w sobie. Po pierwszym dżinglu danej stacji, po każdej kolejnej minucie znika coraz bardziej z pamięci. Taka muzyka również ma miejsce w kosmosie, ale ja na tę częstotliwość praktycznie nigdy nie stroję odbiornika.
Jessie Ware Stay Awake, Wait For Me
Nie wiem o co chodzi z rozkwitem popularności jej najnowszych płyt NA RYMIE i tym podobnych skupiskach ludzi. Z drugiej strony zastanawia mnie najniższa ocena dla tej płyty, z której pochodzi wrzuta jackowa (nie mylić z dżekowa), a którą to Mudżyn szmugluje do bestce albumowej. Tak, tutaj jedyny ślad historyczny zapamiętan utrwalon przetrwał był to Wildest Moments. Na pewno częściej obijał się o uszy niż jedyny znak rozpoznawczy Shanii Twain. WM ma takie charakterystyczne dla tamtego czasu bicia, dość wyraziste, lekko przełamane, ale bez przesadzonego eksperymentu. Ładnie spinają całą resztę delikatniejszych, bardziej subtelnych dźwięków. Znów spokojny pop, ale już bardziej kombinowany za sprawą choćby dodatkowych głosów czasami. Jak jest tutaj? Anonsowanie przez Mudżyna subtelności zaczyna mnie trochę prowadzić na kurs kolizyjny przez ostatnie propozycje, ale czy było czego się obawiać? Czuję Wujasa w tych rytmach i to w opór. Spokojnie mogłaby to grać Alicia Keys, nikt by się nie kapnął, nie miał wątpliwości, złudzeń i problemów. Fajne bicia znów, ale jest to podobne do całej masy rzeczy... Wielkomiejskie radia z lekkim graniem do wietrzenia pokoju dziennego znowu są na tak. Trudno mieć wyraźnie negatywną ocenę wobec wody, powietrza, muzyki tego pokroju. Pomóc mogą tylko wyraźnie osobiste doświadczenia, częsta obecność kawałka na pewnym etapie życia. To rozumiem, ale w mojej historii kochanek nie dociera na miejsce.
Goldfinger Superman
Nie jestem koneserem ska granka (nie mylić z Eska graniem) właśnie ze względu na polackie ciągoty do przeintelektualizowania, piętrzenia metafor i jakąś licealno-wczesnostudencką pretensjonalność. Z drugiej strony estetyka American Pie nigdy mnie poważnie nie śmieszyła. Otwieram kolejne klapki w swoim umyśle nieustannie, ale czy tego typu muzyka kiedyś znajdzie we mnie na tyle uznania, by szukać, interesować się? Ty, no nie wiem. Zatrzymam się na peronie stacji 100 Gecs, skoro Hien ma swoje staromilenialsowe Goldfinger, to pewnie zrozumie bardziej kampowe, odpowiednie dla kręgu moich znajomych, przyjaciół i obiektów zainteresowań Ska Gekony (patrz: I Got My Tooth Removed). Numer zaczyna się jak kawałek do jakiejś gry przeglądarkowej sprzed 12-13 lat. Bije z niego radocha, brak specjalnych intelektualnych ciężarów. Jest znacznie lepiej niż w przypadku Pidżamy Porno czy coś, ale to dalej jak kontakt z nieznaną cywilizacją. Da się lubić, przyjąć bez popity. Gitary pracujo, dęciaki grzejo, wszystko to, czego w tym formacie nie trawię tutaj jest w formie najbardziej dla mnie przyswajalnej. Nie żeby polubić, ale dać okejkę.
Partia Warszawa i ja
Jest coś nieznośnego w tej kolejce, jeśli ktoś jest w stanie to wytłumaczyć, to ma u mnie wielkie uznanie. W sporze między wielbicielami Default City a koneserami Łodzi, Koorwa przyjmuję bezpieczną pozycję obserwatora z cieplutkiego wrocławskiego rynku lub wałbrzyskich punktów widokowych. Być może kryje się tutaj przekaz, który wymaga polityczno-samorządowej analizy, ale poza tym ja bym nie demonizował, lecz wyrozumiale obserwował i dawał się lubić. Warszawa jest naprawdę znośna, dzisiejsze miasta, hmm... mało które nie ma w sobie czegoś odpychającego. Patodeweloperka, autostrady w centrach, kompleksy mieszkańców, dominująca opcja polityczna, znieczulica społeczna, znieczulica polityczna. Te mamroty na samym początku są irytujące, poza tym to jest jakieś postświetlickie, a więc całkiem w porządku. Ja od takich rzeczy mam Bluszcz, jeszcze do niego wrócę w ramach bestki z pewnością. Albo to - wszyscy złotą autostradą chcą do Eldorado, a w Tobie, ma Warszawo, mój dom. To miejsce przywodzi dobre wspomnienia, ale muzyczny garnitur... szyty nie na mnie. Refren ma fajną energię, a reszta obcą energią nasączona. Tu piłem, kochałem, dotknąłem poważnej sztuki wielokrotnie. Mam w serduszku nadwiślański świt. I mokotowskie moje sny.
Blondie Maria
To jest scena, w której aktor wychodzi na scenę i wygłasza monolog o utworze, który dawno poznany i dość męczący głowę po latach jest odmalowany w sentyment i nieznośną przyswajalność. Przyznam, że dawniej miałem problem z identyfikacją płci osoby, która wykonuje ten utwór. Dzisiaj nazwałbym to poszanowaniem za androgeniczność i pewnie przypadkowo wytworzone wrażenie transgresji czy też przekroczenia. Głupio się przyznać, ale lekko serowy refren, ta śmieszna harmonijka, odrobinę dziadorockowa motoryka skupione w jednym bycie działają dobrze. Sentyment naznaczony fałszem, ale dzisiaj nieironicznie TROSZKĘ mi się podoba. Ten sam przypadek co słynne, jedyne słuszne ejtisowe Bolero vel Człowiek Widmo. Troszkę dalej nie oznacza ekstazy i szału uniesień, ale nie mam wątpliwości, że jest na plus.
Art of Noise A Time for Fear Whos' Afraid?
Moments In Love. Tylko Moments In Love i ostatnie minuty Viva Zwei. Słuchałem całej płyty kilka razy i wydawało mi się, że znam ją dobrze. Figa z makiem z pasternakiem. Nie wiem co to jest awangardowy synthpop, przestałem rozumieć etykietki w dobie nadprodukcji podgatunków przez masę dziwnych nerdów z pewnych grupek i banków informacji o tekstach kultury (produkcja synonimów nigdy się nie kończy). Coraz częściej oznaczają to, czym dane Cuś nie jest. Jestem bezradny. Zostały tylko pospolite przymiotniki. Ilustracyjny, eksperymentalny, eklektyczny. Trochę surowy brzmieniowo, ma coś w sobie z industrialu. Formą przypomina to, co później stanie się normą dla Negativland. Sugestywne twory z ambicjami do mówienia o rzeczach i zjawiskach. Tu chyba jeszcze nie ma poważnego przekazu założonego w tle. Zabawa samplingiem, kompozycją samą w sobie. Nic dziwnego, że siada najpiękniej i najpełniej. Coś złowrogiego, ale odbierasz to w bardzo przyjemny sposób. Dobrze niepokojąca opowieść odbierana na łóżku pod kocem w dość znośnie oświetlonym pomieszczeniu.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jednak bez achievementu za kompletny roast, no nic. Może kiedyś.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
To chyba jest argument za tym dlaczego tkwię ciągle we WrocławiuW sporze między wielbicielami Default City a koneserami Łodzi, Koorwa przyjmuję bezpieczną pozycję obserwatora z cieplutkiego wrocławskiego rynku lub wałbrzyskich punktów widokowych.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Shackleton - Asha In The Tabernacle (2009)
W czasach starych baśni, gdy słońce było bogiem, irytowała mnie jedna rzecz. Mój młodszy brat pod koniec podstawówki zaczął na poważnie wkręcać się w gry. Do tej pory pod tym względem praktycznie nic się nie zmieniło. To pierwsza czynność jaka mi się z nim kojarzy. Do pewnego momentu można było próbować zaradzić, a dzisiaj wszyscy jesteśmy starsi, żyjemy trochę poważniej, mamy swoje sprawy na głowie. Szkoda zachodu i cierpliwości. Te dziesięć lat temu wyglądało to inaczej, dzisiaj pewna nieporadność i opór w życiu codziennym byłby kompletnie nie do zniesienia. Wtedy miałem nieprzyjemność pośrednio towarzyszyć codziennemu tłuczeniu w to, co tylko wpadło pod ręce i oczy młodego człowieka. Nie miał szerszych horyzontów muzycznych, a w tym przypadku szczególnie zainspirował się naszym najstarszym bratem. Wieczorami nie szło spać przez osobliwy jazgot... brostepu. Można powiedzieć, że zainteresowanie Skrillexem przeszło z Pana eM na Pana Ka całkiem naturalnie. Najstarszy (eM) miał jednak tę przewagę, że nie mieszkał z nami. Zanim pojęcie brostepu się przyjęło, to jego muzykę określano po prostu jako dubstep i tak też o niej mówiło się w moim domu. Pewną alergię do tego muzycznego ufo porno mam do dzisiaj, ale w pewnym momencie zaczęło mnie zastawiać, czy ten dubstep to tak na serio jest tylko czymś takim?
Początkowo odbiłem się prawie od wszystkiego. Burial nie wchodził - mimo, że jego klasyka wchodzi prawie wszystkim. Do niego wróciłem po paru latach od pierwszego kontaktu na samym końcu gimnazjum. Na własną rękę zacząłem szukać czegoś mniej oczywistego, ale równie charakterystycznego, wyrazistego. Trafiłem na Shackletona. Z jego Three EPs było równie trudno, ale utwór po utworze, miesiąc po miesiącu ostatecznie dokopałem się do czterech rewelacyjnych numerów, które zaskakiwały w różnych momentach. Wrzucany przeze mnie kawałek zaskoczył najpóźniej, ale do tej pory trzyma najmocniej. Esencja muzyki basowej i jednocześnie autorskiego stylu Brytyjczyka. Surowe, minimalistyczne granie rytmicznie inspirowane egzotyką spoza Europy. Dub to przede wszystkim bas, więc przede wszystkim na nim trzeba się skupić. Reszta to tak naprawdę znakomite uzupełnienie dla hipnotycznego, głębokiego pulsowania, które subtelnie rozwija się w paru momentach. Tło do końca rozwinie się naprawdę poważnie, może nawet będzie dla wielu ciekawsze niż właściwy element hipnotyzujący, ale szkielet jest jasny. Moment jego wejścia można potraktować jako drop, to jeden z potężniejszych wjazdów w elektronice tego typu. Poza tym wjeżdżają tutaj samplowane głosy nadające trochę więcej głębi, żeby klimat nie był aż tak laboratoryjny. Niech moc będzie z wami, dobry sprzęt to wynagrodzi i świetnie uzmysłowi.
Nie czujecie Stotta, więc wcale nie będę zaskoczony opiniami. Nie znaczy to, że nie będę w takiej sytuacji oczywiście lekko rozczarowany xD Tego typu granie jako zapowiedź sekcji bardziej poszukującej i rozrywkowej? Jeszcze jak!
https://www.youtube.com/watch?v=G0vJcxy3LTw
W czasach starych baśni, gdy słońce było bogiem, irytowała mnie jedna rzecz. Mój młodszy brat pod koniec podstawówki zaczął na poważnie wkręcać się w gry. Do tej pory pod tym względem praktycznie nic się nie zmieniło. To pierwsza czynność jaka mi się z nim kojarzy. Do pewnego momentu można było próbować zaradzić, a dzisiaj wszyscy jesteśmy starsi, żyjemy trochę poważniej, mamy swoje sprawy na głowie. Szkoda zachodu i cierpliwości. Te dziesięć lat temu wyglądało to inaczej, dzisiaj pewna nieporadność i opór w życiu codziennym byłby kompletnie nie do zniesienia. Wtedy miałem nieprzyjemność pośrednio towarzyszyć codziennemu tłuczeniu w to, co tylko wpadło pod ręce i oczy młodego człowieka. Nie miał szerszych horyzontów muzycznych, a w tym przypadku szczególnie zainspirował się naszym najstarszym bratem. Wieczorami nie szło spać przez osobliwy jazgot... brostepu. Można powiedzieć, że zainteresowanie Skrillexem przeszło z Pana eM na Pana Ka całkiem naturalnie. Najstarszy (eM) miał jednak tę przewagę, że nie mieszkał z nami. Zanim pojęcie brostepu się przyjęło, to jego muzykę określano po prostu jako dubstep i tak też o niej mówiło się w moim domu. Pewną alergię do tego muzycznego ufo porno mam do dzisiaj, ale w pewnym momencie zaczęło mnie zastawiać, czy ten dubstep to tak na serio jest tylko czymś takim?
Początkowo odbiłem się prawie od wszystkiego. Burial nie wchodził - mimo, że jego klasyka wchodzi prawie wszystkim. Do niego wróciłem po paru latach od pierwszego kontaktu na samym końcu gimnazjum. Na własną rękę zacząłem szukać czegoś mniej oczywistego, ale równie charakterystycznego, wyrazistego. Trafiłem na Shackletona. Z jego Three EPs było równie trudno, ale utwór po utworze, miesiąc po miesiącu ostatecznie dokopałem się do czterech rewelacyjnych numerów, które zaskakiwały w różnych momentach. Wrzucany przeze mnie kawałek zaskoczył najpóźniej, ale do tej pory trzyma najmocniej. Esencja muzyki basowej i jednocześnie autorskiego stylu Brytyjczyka. Surowe, minimalistyczne granie rytmicznie inspirowane egzotyką spoza Europy. Dub to przede wszystkim bas, więc przede wszystkim na nim trzeba się skupić. Reszta to tak naprawdę znakomite uzupełnienie dla hipnotycznego, głębokiego pulsowania, które subtelnie rozwija się w paru momentach. Tło do końca rozwinie się naprawdę poważnie, może nawet będzie dla wielu ciekawsze niż właściwy element hipnotyzujący, ale szkielet jest jasny. Moment jego wejścia można potraktować jako drop, to jeden z potężniejszych wjazdów w elektronice tego typu. Poza tym wjeżdżają tutaj samplowane głosy nadające trochę więcej głębi, żeby klimat nie był aż tak laboratoryjny. Niech moc będzie z wami, dobry sprzęt to wynagrodzi i świetnie uzmysłowi.
Nie czujecie Stotta, więc wcale nie będę zaskoczony opiniami. Nie znaczy to, że nie będę w takiej sytuacji oczywiście lekko rozczarowany xD Tego typu granie jako zapowiedź sekcji bardziej poszukującej i rozrywkowej? Jeszcze jak!
https://www.youtube.com/watch?v=G0vJcxy3LTw
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Do dziś uważam Untrue za najbardziej przereklamowany album ever, więc jestem po tej drugiej stronie "prawie".Dragon pisze:11 maja 2023 01:56Burial nie wchodził - mimo, że jego klasyka wchodzi prawie wszystkim.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
I jeszcze jedno, wrzuty do końca piątku, może uda nam się trochę nadrobić po tej zamule majówkowej. Dragon nadgonił pięknie, to teraz widzę tu Wuja i Memłaczy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Irene Cara - What a Feeling!
https://www.youtube.com/watch?v=xliHCbUwwos
Moje sympatie do muzyki tanecznej (choć nigdy nie byłem jakimś zagorzałym bywalcem klubów, traktowałem ją raczej jako muzykę do słuchania, zwykle ożywiała u mnie myślenie, pobudzała emocjonalnie) zaczęły kształtować się dosyć wcześnie za sprawą szeregu mniej i bardziej znanych przebojów, trudno nawet ustalić mi, kiedy, zapewne wtedy, kiedy zacząłem rozróżniać piosenki, które lecą tam i ówdzie w radiu (jeszcze nie było czasów internetowych), a tata słuchał różnych stacji radiowych (bo dziadek to chyba głównie wiadomości słuchał). Wiele takich piosenek było, niektóre jeszcze pamiętam, z upływem czasu jedna dość wyraźnie wybiła się w moim uchu (może nie ponad wszystkie, takiego całościowego rankingu nie umiałbym zrobić) - What A Feeling (z soundtracku do Flashdance, ale ze mnie kinoman marny, pewnie najbardziej marny z forumowiczów
) amerykańskiej piosenkarki, aktorki i jeszcze innych profesji Irene Cary. Nigdy nie interesowała mnie jakoś bardzo osoba wykonawczyni, ale z pewnym smutkiem przeczytałem wiadomość o jej śmierci w listopadzie ubiegłego roku (63 lata, mogła jeszcze długo pożyć, ale ponoć była już bardzo chora). Z innych jej wielkich hitów kojarzę Fame, ale to poznałem dużo później.
To, co lubię w tym przeboju, to ciepły, przyjemny, ale i energiczny głos wokalistki. Linia wokalna też pierwszorzędna, pani prezentuje niepoślednie umiejętności. Lubię te czyste, elektroniczne dźwięki, ten powolny wstęp prowadzący do rozwoju akcji i kulminacji w refrenie. Nie byłoby What A Feeling u mnie w rankingu, gdyby nie ten mocny bit. I sama piosenka kojarzy mi się nie tyle z małym, zadymionym klubem w podłej dzielnicy, co raczej z miejscem bardziej eleganckim, oświetlonym, kolorowym i też mniej hałaśliwym, a mnie jakoś nie ciągnie w stronę ulic nędzy, raczej wolałbym, żeby było mi lepiej niż gorzej. Słuchajcie! Piszcie!
https://www.youtube.com/watch?v=xliHCbUwwos
Moje sympatie do muzyki tanecznej (choć nigdy nie byłem jakimś zagorzałym bywalcem klubów, traktowałem ją raczej jako muzykę do słuchania, zwykle ożywiała u mnie myślenie, pobudzała emocjonalnie) zaczęły kształtować się dosyć wcześnie za sprawą szeregu mniej i bardziej znanych przebojów, trudno nawet ustalić mi, kiedy, zapewne wtedy, kiedy zacząłem rozróżniać piosenki, które lecą tam i ówdzie w radiu (jeszcze nie było czasów internetowych), a tata słuchał różnych stacji radiowych (bo dziadek to chyba głównie wiadomości słuchał). Wiele takich piosenek było, niektóre jeszcze pamiętam, z upływem czasu jedna dość wyraźnie wybiła się w moim uchu (może nie ponad wszystkie, takiego całościowego rankingu nie umiałbym zrobić) - What A Feeling (z soundtracku do Flashdance, ale ze mnie kinoman marny, pewnie najbardziej marny z forumowiczów
To, co lubię w tym przeboju, to ciepły, przyjemny, ale i energiczny głos wokalistki. Linia wokalna też pierwszorzędna, pani prezentuje niepoślednie umiejętności. Lubię te czyste, elektroniczne dźwięki, ten powolny wstęp prowadzący do rozwoju akcji i kulminacji w refrenie. Nie byłoby What A Feeling u mnie w rankingu, gdyby nie ten mocny bit. I sama piosenka kojarzy mi się nie tyle z małym, zadymionym klubem w podłej dzielnicy, co raczej z miejscem bardziej eleganckim, oświetlonym, kolorowym i też mniej hałaśliwym, a mnie jakoś nie ciągnie w stronę ulic nędzy, raczej wolałbym, żeby było mi lepiej niż gorzej. Słuchajcie! Piszcie!
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Próbowałem wiele razy, ale poza niektórymi ciekawszymi momentami to dla mnie dosłownie ten sam numer podany w kilku wariacjach.